Epoka

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

Epoka

02 lut 2015, 01:43

(kontynuacja tego posta)

Bus chwiał się jeszcze delikatnie, chociaż nic nie wskazywało na to, by miał zmienić swoją pozycję. Sytuacja była dramatyczna. Pasażerowie prawej strony pojazdu przelecieli na drugi bok, boleśnie obijając się o metalowe oparcia siedzeń, torby i ludzi, na których udało im się wylądować. Nie było ani sekundy ciszy. Panika w postaci pierwszych okrzyków, jęków rozpaczy i bólu opanowała bus już chwilę po przewróceniu.

W moment zrobiło się duszno i parno. Co dziwne, nie zbiła się żadna z szyb, co wpływało na szybko rosnącą temperaturę wnętrza "Jotki". Czuć było ostry, obrzydliwy pot, krew i wszystko to, co wylało się lub zmiażdżyło w trakcie wypadku. Kogoś o wyczulonym zmyśle powonienia mógł zaniepokoić delikatny swąd, który paraliżował wyobraźnię. Pojazd najwyraźniej gdzieś się palił.

Kierowca był nieprzytomny. Ucierpiał najbardziej ze wszystkich, choć jako jedyny był przypięty pasami. Nikt nie był jednak w stanie skupić się na jego stanie zdrowia, bo najważniejszym okazała się instynktowna potrzeba natychmiastowego opuszczenia busa po wypadku. Były na to dwie możliwości: albo postarać się przewrócić pojazd na właściwą stronę, ułatwiając tym samym dostęp do automatycznych drzwi po prawej, albo wybić przednią lub tylną szybę, pozwalając pasażerom wytoczyć się z przewróconego busa.

Młotek temu służący przymocowany był do siedzenia nieprzytomnego kierowcy.

Co było najgorsze, decyzje należało podejmować szybko, a przecież minęła dopiero chwila. Wszyscy byli w szoku, obici i obolali, co znacznie utrudniało koncentrację.

Istniała także trzecia opcja, którą należało uwzględnić. "Jotka" nie była w końcu taka wielka – osoba zwinna i sprawna mogła postarać się otworzyć drzwi siłą w przewróconym busie i podciągnąć się do wyjścia. Należało jednak założyć, że nie każdy (a w szczególności jeden z podróżnych) byłby w stanie tego dokonać.

Liczył się czas.

Najwięcej "do powiedzenia" mieli w tym przypadku pasażerowie pierwszych siedzeń: przyciśnięta do szyby, opalona kobieta (kurczowo zaciskająca ręce na rzucającej się i syczącej zawartości nosidełka) oraz mężczyzna, który spadł na nią z prawej strony. Wyglądał na Teksańczyka, ale mogły to być jedynie domysły, czasu na analizowanie korzeni po prostu nie było. Sportowy garnitur, który miał na sobie, był teraz okropnie ubrudzony i pognieciony. To oni, opisana dwójka, byli najbliżej kierowcy i, mimo że wszędzie walały się najróżniejsze siatki, torby i torebki, mieli najłatwiejszy dostęp do wyjścia. Co więcej, oboje byli przytomni i sprawni do działania.

– Wezwijcie karetkę! – wrzasnęła rozpaczliwie kobieta, która zajmowała dalsze miejsce. – Moja noga. Kurwa! Złamałam nogę! Pomóżcie mi!

– Wybijcie szybę! – dodała sąsiadująca pani, choć nieco mniej pewnie.

– Ruszcie się! Czuję spaleniznę!

Okrzyków było coraz więcej. Robiło się coraz cieplej.

Najwięcej skupionych było wokół drugiego i trzeciego rzędu siedzeń, bo aż siedem osób – cztery kobiety (w tym jedna, która nakazała wezwanie karetki) i trzech mężczyzn. Niektórzy stękali, inni krzyczeli o pomoc, słychać było też szloch. Reakcji było wiele, lecz nikt nie potrafił zdecydować się na nic konkretnego. Zdawało się, że każdym powodowała panika lub oszołomienie, czemu trudno było się dziwić.

Ostatni rząd zajmował krótkowłosy szatyn, którego szara bluza splamiona była krwią. Niedużą ilością, bo pochodziła z niezbyt głębokiej rany na prawym ramieniu. Odsłaniał ją rozcięty materiał i trudno było stwierdzić, co w obecnej sytuacji mogło ją spowodować. Prawdopodobnie wszystko. Leżał między dwoma panami – ten od góry drżał mocno, ale niewygodna pozycja nie pozwalała rannemu stwierdzić, co się z nim dzieje. Pod sobą miał potężnego, ciężko dyszącego mężczyznę, który śmierdział tak ostrym potem, że (mimo wszelkich innych wrażeń) aż kręciło się od tego w głowie. Ci ostatni mogli od biedy stłuc tylną szybę i w ten sposób stworzyć wszystkim możliwość wyjścia, jednak mieli znacznie mniejsze pole manewru niż para z przodu. Ograniczały ich także siedzenia, których nie dało się złożyć.

Najtrudniej miał mieć ten śmierdzący grubas, to było pewne.

– Rozbujajmy to – powiedział wreszcie pewien mężczyzna, ciemnoskóry, który obił twarz o metalowe oparcie. Wyglądał strasznie, lecz zdawał się nie zwracać na to większej uwagi. – Słuchajcie mnie, musimy coś zrobić, inaczej się tu spalimy. Trzeba pomóc tej kobiecie. Ktoś jest ranny? Co z kierowcą?

Choć starał się narzucić jakieś działanie, nie brzmiał pewnie. Jego głos drżał, zdradzając zdenerwowanie. Zadawał za dużo pytań, na które niewiele osób było w stanie odpowiedzieć. Był jednak pierwszą osobą, która coś zaproponowała. Reszta mogła się go posłuchać.

Mogła też zaproponować inne wyjście z tej chorej sytuacji.

Liczył się czas.

Widocznie ranny jest tylko Sławomir, choć niezbyt poważnie. Rana może szczypać od zabrudzenia.

Każdy czuje się poobijany.


Kolejność dowolna. Działajcie.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

16 lut 2015, 14:03

Sławomir otworzył kabinę kierowcy.

Natychmiast odwrócił głowę od widoku krwi. W obrzydzeniu skrzywił twarz. Wyobraźnia, pobudzona makabrycznym obrazem, stworzyła wizję martwych ludzi. W środku nie było nikogo, lecz przeczucie napotkania trupa utrudniało podjęcie próby przeszukiwania pojazdu.

Polaka pożerał strach. Mężczyzna nie ukrywał tego. Szatyn zacisnął zęby i zajrzał do środka.

– Ja pierdolę. No, kurwa! – Emocje wyleciały przez usta Polaka.

Radiostacja wyglądała na nieuszkodzoną. Ktoś, kto się na tym znał, z całą pewnością wykorzystałby radio do skontaktowania się z jakąkolwiek pomocą. Iskierki nadziei prawie rozpaliły w sercu ciemnookiego ogień wiary na ratunek. Podmuch pesymizmu skutecznie zabił pozytywną energię. Nadzieja była przejawem niezdrowego dla umysłu optymizmu. Zasłonić oczy i patrzyć przez palce, jak wszystko pierdoli się na łeb, powtarzając sobie wierszyk: wszystko będzie dobrze. Nie będzie. Dopóki nie przygotowani ludzie na syf byli w centrum problemów wymagających interwencji służb, dopóty wszyscy ci ludzie, ocalali z wypadku, byli sparaliżowani. Wzywali pomoc, nie wiedzieli co robić, czekali na pomysły, zależność, zależność, zależność. Sławomir wiedział, że nie był lepszym skurwielem od tego całego towarzystwa. Sam się już wpakował to w gówno. Porozmawiał z jakimś człowiekiem, chociaż na poziomie świadomym nic go nie łączyło z tą kobieta, to na podświadomym już był z nią związany. Od tego momentu nie dało się już zrealizować odejście z grupy. Byłoby mu głupio, czułby się winny, instynktownie wyczuwałby przyciąganie do stada. Pierdolone życie, niczego nie ułatwiało.

Sławomir wziął do ręki komórkę.

Nie działała. Nic nie szkodzi. Mężczyzna sprawdził czy nowoczesna zabaweczka nie posiadała w sobie kartę pamięci. Jeśli posiadała, przywłaszczyłby sobie nośnik pamięci. Istniała bardzo mała szansa, że telefon był służbowy. Jeśli był, pewnie były w nim przechowywane informacje. Jeszcze mniejsza szansa była na odczytanie tych informacji, albowiem one mogłyby być przechowywane na samej pamięci telefonu. Sławomir dodatkowo schował do kieszeni baterię. Rozbebeszony telefon dotykowy wyrzucił jak śmieć.

Dokumenty. Może były na nich zapisane jakieś procedury, rozkazy, wytyczne? Cokolwiek? Polak wziął w swoje ręce papier i złożył go trzykrotnie w mały prostokąt. Schował zdobycz do kieszeni.

Opuścił karetkę. Rudowłosa pobiegła do człowieka, który władał medykamentami jak jakiś pierdolony lekarz. Zimne spojrzenie Sławomira znów objęło gromadkę ludzi. Dłonie powędrowały do kieszeni. Powolnym krokiem zbliżył się do współpasażerów. Wreszcie mógł się im lepiej przyjrzeć. Sławomir powymieniał się spojrzeniami, oceniając, kto zdawał się w jego opinii poczciwym człowiekiem, a kto kroczącym ścieżką do piekła. Wyglądała na to, że większość była normalnymi ludźmi. Dziewczyna z wisiorem na szyi zdawała się otwarta i przyjęta losem ludzi. Medyk, który opatrzył Sławomira przypominał kogoś, kto musiał włożyć niemały wysiłek w pomoc poszkodowanym. Jakby chciał, rzuciłby to wszystko w cholerę, ale nie zrobił tego. Niezbyt przyjemna w odbiorze twarz, lecz Słowamir widział w zielonych oczach ducha, który znał swoje miejsce na tym cholernym świecie. Był jeszcze ranny murzyn, który był bardzo głośny. Kobietę ze złamaną nóżką o odpychającej postawie. Rudą, względnie otwartą osóbkę. Odchodzącego grubasa Sławomir nie zauważył. Dopiero pogardliwie uwagi uświadomiły go, że to tłuste bydle gdzieś sobie idzie. Sławomira zaciekawiły motywy postępowania rudego. Nagle, powiązanie dwóch rudych ludzi zrodziło irracjonalne pytanie: czy byli oni rodzeństwem? Głupie skojarzenie, jednakże ta myśl poprawiła zły humor ciemnookiego.

– Hej – zaczepił jedyną osobę, która go rozumiała. – Dasz radę to przetłumaczyć? – podał kobiecie papierowy prostokącik.

Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

17 lut 2015, 17:39

Różę wypełniała determinacja. Stała wreszcie na pewnym gruncie, gotowa i przygotowana na to, co trzeba było zrobić. A było tego niemało i na pewno zrealizowanie wszytko nie będzie łatwym zadaniem. Ale podchodziła do tego pozytywnie, jak zresztą do każdego zadania, którego się podejmowała.
Odwróciła się zaskoczona, kiedy usłyszała uwagę mężczyzny o odchodzącym rudowłosnym… potężnym mężczyźnie. Patrzyła, jak odchodzi, ciężko człapiąc. Potem znowu odwróciła się do czarnoskórego mężczyzny.

Przynajmniej robi cokolwiek. – powiedziała łagodnie, a następnie jeszcze raz spojrzała na mapę – Wygląda też na to, że idzie w tym samym kierunku, w którym wybieramy się my. Pewnie jeszcze się zobaczymy.

Pokręciła głową.

Chyba w tej chwili każdy z nas potrzebuje pomocy. – Uśmiechnęła się – Dziękuję panu bardzo. Nazywam się Róża.

Usłyszawszy jego prośbę, skinęła mu głową. Nie była może mistrzynią retoryki, ale była względnie pewna co do swoich umiejętności w dziedzinie przekonywania ludzi. Chociaż, wolała to raczej nazywać naprowadzaniem. Czasami po prostu tok ich myślenia szedł w złą stronę i koniecznym okazywało się wyprostowanie jego krętych ścieżek. Dla ich własnego dobra.
W tej chwili ci ludzie również potrzebowali przyjcielskiego popchnięcia we właściwą stronę. Na pewno opanowanej osoby z odpowiednim podejściem posłuchają. Na pewno.

Wyrównała oddech i podeszła do zdezorganizowanej, chaotycznej grupki ludzi, wśród których widziała pierwsze zalążki paniki. Sytuacja ich przytłaczała, niezrozumienie prowadziło do pochopnych wniosków i strachu, a dalej lokomotywa nie potrzebowała już żadnego paliwa. Trzeba było ich uspokoić.

Wszystko miała już w głowie. Zamierzała przekonywać ludzi po kolei, nie za pomocą jakichś wyniosłych mów czy poważnych słów, ale zwykłej, ludzkiej rozmowy, starając się, w miarę możliwości, mówić do mniejszych grup ludzi, choć wciąż na tyle małych, by sprawa wciąż sprawiała wrażenie osobistej. Należało to zrobić odpowiednio i nikogo do niczego nie zmuszać, uświadamiając każdego z nich, że ma wybór — zostać tutaj, albo pójść z resztą, na stację, gdzie cywilizacja i połączenie ze światem będzie w zasięgu ręki.

Problemem pozostawał kierowca. Zostawienie go tutaj nie wchodziło w grę, a jednak próba wzięcia go ze sobą rodziła kolejne, trudne do rozwiązania problemy. Na szczęście, Róża obmyśliła odpowiednie rozwiązanie. Wpadła na nie, kiedy przypatrzyła się rozbitej karetce. W środku z pewnością były jakieś nosze, których możnaby użyć, by przenieść niezdolnych do ruchu. Obawiała się jednak, że przekonanie ludzi do pomocy innym będzie jeszcze trudniejsze od zorganizowania ich w jakikolwiek sposób. Miała więc zamiar sama stać się przykładem i wziąć sprawę w swoje ręce, oferując swoje… ręce każdemu, kto mógł potrzebować pomocy.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

18 lut 2015, 15:03

Francis wzdrygnął się, kiedy radio powiedziało mu o agresji. Sytuacja zaczęła wyglądać coraz mniej przyjemnie dla niego – przynajmniej otrzymał jeszcze jeden ważny powód, żeby trzymać się z daleka od innych w miarę możliwości. Przyspieszył kroku – na stacji musiał być zasięg i musiało być wifi. Nawet na tym zadupiu. Dobrze, że nie była daleko. Kilka, kilkanaście minut i powinien być na miejscu. Tak mało dzieliło go od tej namiastki cywilizacji!

I będzie tam żarcie do kupienia.

Ta myśl dała mu power. Maszerował żwawo i z zaskakującą jak na jego posturę szybkością. Efektem ubocznym było pocenie się, ale to było efektem ubocznym praktycznie wszystkiego, co robił. W pewnym momencie, sfrustrowany tym, że radio przez irytująco długi okres czasu – około dwudziestu sekund – nie wydało z siebie niczego poza szumem, wyłączył je i odpalił najpotężniejszy power metal, jaki miał na dysku. Co jeszcze bardziej przyspieszyło jego tempo. Idąc, podśpiewywał, kołysał się w rytm, nucił i mamrotał koszmarnie, parę razy nawet zrobił air guitar. Jeśli ktokolwiek zobaczyłby go podczas tej wędrówki… nightmare fodder.

W międzyczasie rozmyślał nad utworzeniem zjednoczonego nerdowskiego frontu antyepidemicznego. W końcu jeśli jakaś grupa społeczna nie była narażona na zachorowanie – była nią grupa basement dwellerów, którzy opuszczali swoje przytulne piwnice wyłącznie w sytuacjach największego kryzysu. Taka sytuacja nadciągnęła i należało podjąć kroki. Tak. To będzie pełne chwały. Francis już widział oczami wyobraźni te zaopatrzone w internet, ciągły dopływ Cheetosów, Mountain Dew i hot pockets bunkry, o ściany których fale normies rozbijałyby się bezsilnie.

Podróż zupełnie mu się nie dłużyła.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 923
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

22 lut 2015, 14:36

– Kiedy przyjedzie – Jacob odparł bezczelnie kobiecie, wzruszając ramionami na znak, że nie jest w stanie nic więcej powiedzieć.

Wymagających jakiegoś opatrzenia osób ubywało, właściwie został tylko czarnuch z rozwaloną twarzą, który bujał się wciąż wokół próbując wyciągnąć od ludzi jakieś informacje. Lekarz westchnął sam do siebie. Telefon w jego kieszeni odezwał się, dokładając do całej tej sytuacji kolejne problemy. Wyciągnął go i przeczytał wiadomość, przy okazji z niezadowoleniem dostrzegając stan baterii. Tego mu brakowało, przecież ledwo co go ładował. Mruknął coś do siebie. Takie wiadomości nie były niczym nowym, a on miał pierdolony urlop. "Potrzebowali" go w tym szpitalu dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Kaszlnął znów, zasłaniając usta pięścią, po czym zostawił kobietę z usztywnioną nogą. Jeśli dalej jęczała i narzekała, powiedział jej jedynie że w tej chwili nic więcej nie jest w stanie zrobić, że nic poważnego jej nie jest, a pomoc wkrótce się pojawi. Standard.

Chwycił torbę z medykamentami i ruszył w stronę poharatanego murzyna. Ledwo co postawił kilka kroków i znów dorwała go jakaś rudowłosa kobieta. Jacob zatrzymał na krótką chwilę spojrzenie na jej włosach, aby w końcu dotarło do niego, że ta przebąkuje coś o radiostacji w karetce. Mniej więcej wiedział jak ona działa… mniej, niż więcej. Chirurg nie był w karetce od obsługi radiostacji, jeśli już w niej był w pierwszej kolejności. Pokiwał głową, oznajmiając że zobaczy co może zrobić za chwilę i znów rozpoczął swój mozolny marsz do rannego. Kolejne kilka kroków, kolejna kobieta. Jacob powstrzymał się od wywrócenia oczami. Ta znowu mówiła coś o tym, że powinni iść na stację, blablabla. Pokiwał jedynie głową. Skoro nie szło się dodzwonić w tej chwili na numer alarmowy, to mogli i tam iść, proszę bardzo. Jemu było wszystko jedno, wypadki się zdarzały, w swojej karierze już zdrapywał ludzi z autostrad. To co wydarzyło się tutaj było co prawda dziwne, ale nie widział powodu, żeby się przejmować. Dodzwonią się w końcu po pomoc, ktoś to ogarnie, jutro będą mogli o wszystkim zapomnieć.

Z takimi myślami dotarł w końcu do czarnego i zajął się jego poharataną twarzą. Wyglądało boleśnie, ale nie poważnie, zrobił to samo co wcześniej z takimi ranami. Starał się przy okazji w miarę możliwości obandażować go tak, żeby ten mógł cokolwiek widzieć. Po tym zostawił z nim torbę z medykamentami (nie była już przecież potrzebna) i udał się do tej cholernej karetki. Przeszedł kilka metrów po czym zatrzymał się gwałtownie. Spojrzał na obecne na jej szczycie światła. Nie migały. Syrena nie wyła. Akumulator nie działał. Zaklął pod nosem i zrezygnował z tego pomysłu, wrócił do grupy chcąc dowiedzieć się co mają zamiar zrobić. Weźmie swoje rzeczy i pójdzie z nimi, co mu szkodziło. Na stacji benzynowej przynajmniej będzie mógł załadować telefon i dowiedzieć się o co chodziło ordynatorowi.

Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

23 lut 2015, 22:09

Stacja benzynowa przy autostradzie

Dla pewnego kierowcy ten dzień miał okazać się naprawdę paskudnym. Problemy w pracy, w domu, problemy z pieniędzmi i teraz to – stłuczka. Paskudna, nikomu potrzebna stłuczka. Dla Elizabeth, sprawcy i kierowcy, lepiej było, że właściciel skrzywdzonego samochodu nie widział samego momentu wypadku, zajęty płaceniem przy kasie na stacji benzynowej. Dziewczyna warknęła z irytacją i, nie wiedzieć czemu (chociaż coś musiało nią kierować, gdy podjęła tak głupią decyzję), cofnęła swój pojazd i odjechała.

Nic się nie liczyło. Byle uciec od problemów – jak najdalej.

Volvo zostało, a jakże, z wgnieceniem z tyłu, raniąc oczy swoją nagłą szpetnością.

Świadkiem zdarzenia były nie tylko kamery obiektu, ale także młody rowerzysta, który właśnie zmierzał na stację benzynową. Miał okazję zobaczyć wszystko na własne oczy, przyjrzeć się i zdarzeniu, i numerom samochodu sprawcy. Był to zdecydowanie nietypowy element jego zwyczajowych wycieczek rowerowych, które przebiegały spokojnie i bez większych przygód. Teraz, jak na złość, i jego środek transportu szwankował, co stało się bezpośrednią przyczyną planowanego postoju na stacji benzynowej.

Wszystko się psuło.

Ani właściciel uszkodzonego samochodu, ani właściciel roweru nie był świadomy, że już niedługo popsute środki transportu staną się ich najmniejszym problemem.

Sam budynek stacji nie był wielki, lecz sprawiał wrażenie okazałego przez przytulony do jego ściany bar. Niezbyt pasująca nazwa – Orchard Bar – okazywała się jego najładniejszym elementem. Wnętrze było urządzone w starym stylu, choć wskazywało to raczej na niewielki budżet właściciela, nie smak i pomysł dekoratora. Tabliczka na drzwiach informowała każdego zainteresowanego:

Orchard Bar – posiłki, napoje, przekąski

Czynne codziennie 08:00-19:00

Zawsze był to jednak dobry lokal na odpoczynek i posiłek – podobnych temu miejsc, co dziwne, w najbliższej okolicy brakowało. Prawdopodobnie z tego powodu to nieestetyczne miejsce przetrwało tak długo.

Stacja benzynowa nie różniła się niczym od innych – kasy, mały sklep, paru ludzi. W tle drażniąca, spokojna muzyka, którą najczęściej słyszało się w marketach. Sprzedawca (Josh, jeśli wierzyć plakietce na firmowej koszulce) zdawał się nie zwracać już na nią uwagi. Młody mężczyzna skupiał się na aktualnym kliencie – wysokim, ciemnoskórym mięśniaku, który z pewnością zwracał uwagę swoim wyglądem.

Za nim stało dwoje ludzi – wyglądająca niezwykle młodo kobieta i, dla odmiany, staruszek z długimi, siwymi włosami. Dość krępy.

Już za chwilę klient stacji miał odwrócić głowę i zobaczyć, co stało się z jego autem.

*

Sławomir stał się nowym posiadaczem maleńkiej karty pamięci, którą przywłaszczył sobie ze znanych tylko mu powodów. Jeżeli tak bardzo interesowało go w obecnej sytuacji, co poprzedni właściciel trzymał w telefonie, wystarczyło znaleźć odpowiednie urządzenie, do którego mógłby kartę włożyć. Ale przecież… miał teraz znacznie większe zmartwienia.

Jedno z nich było niewysokie i rudowłose, które uczepiło się mężczyzny niczym przysłowiowy rzep. Kobieta wykonała zadanie i poinformowała jedynego jawnego lekarza o radiostacji do wypróbowania – zaraz potem znowu podeszła do Sławomira. Motywem takiego zachowania było prawdopodobnie to samo, co kazało Polakowi uważać rudowłosą za otwartą – możliwość jakiegokolwiek porozumienia w języku bliskim, choć z różnych powodów.

Kobieta pokręciła głową, trzymając w dłoniach dokumenty.

Nic ważne. Wszystki o tym – poinformowała, wskazując brodą na porzuconą karetkę. Skrzywiła się nieco dramatycznie. – Nie umiem… powiezieć tego. Nie mówie dobsze po polsku – powtórzyła, starając się przekazać Sławomirowi, że nie jest w stanie przetłumaczyć dokumentów.

Te nie wyglądały jednak na coś szczególnie ważnego. Miejsce na jakieś podpisy, sporo tekstu. Daty. Wyglądało to na spis prowadzony przez załogę karetki – być może dziennych przypadków, może jakichś kontroli technicznych.

Jestem Judith. – Zielone oczy wpatrywały się intensywnie w rozmówcę. – Co byli tam, co zobaczył? – Choć mówienie sprawiało jej duży problem, bardzo się starała. Znowu wskazywała na karetkę, by Sławomir wiedział, o czym mówi. – Zobaczy, tam.

Kobieta złapała Sławomira za rękaw zdrowej ręki i odciągnęła od grupy, najwyraźniej rozdrażniona faktem, że nie potrafiła ująć myśli w odpowiednie słowa. Już w milczeniu pokazała mężczyźnie to, co sam zdążył zauważyć – ślady przy karetce, które potem ginęły gdzieś za linią drzew. Judith sprawiała wrażenie zdeterminowanej, by odnaleźć załogę porzuconego pojazdu.

Być może pragnęła rozwiązać choć jedną z zagadek. Mógł to być też sposób na odwrócenie uwagi od męża, który z niejasnych powodów nie odbierał telefonu. Zająć się czymś i… nie myśleć zbyt wiele.

Róża miała głowę pełną dobrych i całkiem logicznych pomysłów. W wyposażeniu karetki musiały być nosze, wystarczyło tylko je wyjąć i… przekonać resztę do działania. I tym zajęła się dziewczyna, podchodzą kolejno do każdego i tłumacząc różne opcje i możliwości.

Mieszała ludziom w głowach. Jedni nieśmiało wstawali, jakby zawstydzeni swoim obecnym zastojem i bezczynnością, inni zerkali na Różę jak na obłąkaną – w ich opinii nie tylko zachowywała się dziwnie, nie decydując na oczekiwanie pomocy, ale też wyglądała cudacznie. Niektórzy z pasażerów pamiętali przecież, że dziewczyna miała ze sobą… kota. Kto normalny przewozi w ten sposób zwierzę?

– Nie przeniesiecie nas – odezwała się w końcu kobieta ze złamaniem. Zdawała się coraz bardziej opanowana, chociaż nadal wypowiedzi przerywała drażniącymi jękami bólu. – Mniejsza ze mną, kierowcy w ogóle nie powinno się ruszać. Jeśli nic się nie zmieni, niech parę osób po prostu pójdzie na tę stację i wezwie pomoc.

– Może tam ktoś zgodzi się przyjechać autem? – podchwycił jeden z mężczyzn, który w Jotce siedział w przedostatnim rzędzie. – W każdym razie, ta pani ma rację. Nie pójdziemy wszyscy, a trzeba się ruszyć. Ja mogę iść, jestem Tom – przedstawił się szybko. Najwyraźniej nagle uderzyła w niego potrzeba działania. – Kto jeszcze?

– Ja – zgłosił się Damien.

– Ja też pójdę – włączył się kolejny mężczyzna, dotąd milczący.

– Niech lekarz lepiej zostanie tutaj. Jest jeszcze ten facet… – wtrąciła kobieta ze złamaną nogą. – Dziwnie się zachowuje. Jak obłąkany.

Mówiła o mężczyźnie, który po wypadku zdawał się wpaść w panikę. Nie odzywał się do teraz i siedział z boku. Miał zamknięte oczy i nie zareagował w żaden sposób na swoiste wywołanie, zajęty własnymi myślami. Może bólem.

Na pewno szokiem.

Prawdopodobnie powinien się nim zainteresować jedyny lekarz, Jacob, który i bez wspomnianego mężczyzny miał ręce pełne roboty. Najpierw sam wypadek, potem sprawdzenie karetki, udzielenie pomocy, znowu karetka… Z jakiegoś powodu uznał, że radiostacja nie zadziała, co pozwoliło mu się skupić na kolejnej porcji udzielanej pomocy. Sprawiał wrażenie osoby, która zna się na tym, co robi, a jednocześnie której przychodzi to z wielkim trudem. Grymas na twarzy Jacoba wskazywał na jakiś rodzaj rozdrażnienia i na pewno nie wzbudzał wielkiego zaufania.

Co z tego jednak, w końcu pomagał. Nie zignorował nikogo, kto mógł go teraz potrzebować, choć niektórzy (ze szczególnym akcentem na panią od złamania) nie okazali mu odpowiedniej wdzięczności. Lekarz chyba musiał do tego przywyknąć.

Działał w skupieniu, co było dość dziwne, zwłaszcza że sam wypadek przypominał mu o…

Oszołomiony mężczyzna, o którym przed chwilą była mowa, niespodziewanie odchylił się i upadł – najzwyczajniej w świecie zemdlał, a przynajmniej właśnie tak to wyglądało.

Zmęczenie przyszło niespodziewanie.

Nie była to żadnego rodzaju zadyszka czy efekt lekkiego wysiłku fizycznego – Francisa zupełnie niespodziewanie oblały poty i opuściły wszelkie siły, zmuszając do odpoczynku. Nadwaga miała swoje granice, które rudzielec już dawno temu przekroczył – jego otyłość nie pozwoliła mu na stawienie nawet kroku więcej. Mężczyzna poczuł ostrą kolkę.

Musiał się napić. Przesadził.

Słabość nie pozwoliła mu w żaden sposób zareagować, gdy w pośpiechu minął go samochód ze strony stacji benzynowej. Francis zdążył jedynie zauważyć, że kierowcą byłą kobieta – tyle. Pojazd pojawił się i zniknął. Pocieszeniem mogło być to, że w ogóle jakiś się objawił (w końcu wszystko dotąd na drogach zamarło) oraz fakt, że i tak nie w tę stronę zmierzał rudzielec. Ostry metal w słuchawkach rozdzierał uszy, nie działając już jednak pobudzająco.

Wszystko się waliło. Nie było Internetu, radio nie działało, nigdzie wokół nie było ludzi, których Francis mógł wykorzystać do zaspokojenia najważniejszych potrzeb. W końcu tylko do tego byli mu potrzebni.

Nic więcej. Gdyby nie to, równie dobrze mogliby zniknąć z tej planety.

Po swojej prawej mężczyzna zobaczył sporawy kamień, na którym mógł odpocząć. Nigdzie wokół nie było znaków – tylko droga, po obu stronach otoczona lasem. Warunki nie pasowały do Francisa, mężczyzna nie mógł czuć się tu swobodnie.

Gdyby zdjął słuchawki, na co się nie zapowiadało, usłyszałby cały zestaw uroków okolicy – śpiew ptaków, wiatr, szum liści.

A także trzask deptanych gałązek.

Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

24 lut 2015, 15:49

Dziewczyna z bólem serca przyjęła to, że kilkoro z nich najwidoczniej musiało zostać. Być może zbyt szybko podjęła decyzję i ruszyła do działania. Może rzeczywiście powinna, jak normalny człowiek, przestać się przejmować i poczekać, aż nadejdzie pomoc.
Ostatnim razem “pomoc", cóż, przejechała obok. Starała się tym nie frasować, ale chyba niewielkie robaki paranoi przekradły się do jej głowy mimo wszystko i miały swój udział w jej planach. Cieszyła się, że ktokolwiek oprócz niej wykazał jakąkolwiek inicjatywę i wziął się w garść. Policzyła chętnych. Łącznie z nią, na stację udadzą się cztery osoby. Niewielka liczba, w porównaniu do całkowitej ilości pasażerów, ale wszystko było kwestią perspektywy. Jej perspektywa była różowa, a przynajmniej miała nadzieję, że taką jest. Sam fakt, że musiała zadać sobie takie pytanie, coś o niej mówił.
No nic.

Chodźmy, w takim razie. Nie ma co tracić czasu.

Popatrzyła z żalem na pozostałych. Naprawdę chciałaby im jakoś pomóc. Niestety, wyglądało na to, że póki co jej pomoc mogła objawić się jedynie jako danie im odrobiny spokoju. Miała złe przeczucia, ale trudno było ich nie mieć tuż po wypadku. Cały dzisiejszy dzień był dziwny. Niepokojący.
Ajajaj.
Będzie musiała opowiedzieć o nim swoim przyjaciołom.

Pomyślała, że być może odnajdą tego… większego chłopaka. Albo zaginioną, tajemniczą blondynkę, o ile oboje nie zgubili się w lesie. Wyglądali na ludzi zaradnych, przynajmniej patrząc po wyborach, jakich dokonali. A może po prostu nie lubili ludzi.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 264
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

24 lut 2015, 16:07

To miał być kolejny zwykły dzień. Tak przynajmniej się zapowiadał od samego rana. Kyle miał dzisiaj parę rzeczy do zrobienia co niezbyt mu leżało. Jednak wolał nie wkurwiać przełożonych i jeśli ktoś kazał mu jechać do sąsiedniego miasta to jego obowiązkiem było zapytać "jak szybko to ma być zrobione". Wyjechał późno bo po 12. Nadal lekko zaspany wlazł do samochodu i zrobił szybką rundkę po mieście. Musiał odebrać dwie paczki od znajomych i ruszyć z nimi do jakiegoś turystycznego miasta. Nigdy tam nie był, ale zapamiętał, że ma być na literkę "M". Nawigacja wyznaczyła trasę przez autostradę. Podróż do umówionego celu miała trwać dobre dwie i pół godziny. Kyle z niedowierzaniem pokręcił głową i zaklął w aucie.

– Przecież to pierdolony kawał drogi. – warknął i włożył do zmieniarki płytę CD. Po krótkiej chwili z głośników odezwał się znajomy dźwięk i chłopak bez gadania kontynuował jazdę. Nie jechał agresywnie i w samym mieście nie łamał przepisów. Przygoda z policją była ostatnią rzeczą, której potrzebował. Odetchnął z ulgą gdy znalazł się już na autostradzie. Udało się ominąć korki i zaoszczędzić trochę czasu. Zmienił bieg i wcisnął pedał gazu w podłogę. Słuchał jak benzynowy silnik wchodzi na wyższe obroty i podziwiał oddalające się od niego samochody we wstecznym lusterku. Mało ludzi doceniało moc tego auta. Nim się obejrzał, na liczniku miał 170 km/h. W kabinie zrobiło się głośno. Jego Volvo nie mogło się pochwalić opływowym kształtem, dlatego przy większych prędkościach wiatr robił wszystko aby zwolnić pojazd. Na szczęście i na to była recepta. Wystarczyło pogłośnić radio. Nie słysząc już nawet własnych myśli, jechał do celu.

Jazda sprawiała mu radość. Za kółkiem mógł się odprężyć i uciec od codziennych problemów. Prowadzenie samochodu było dla niego czymś w rodzaju ucieczki od codzienności. Bardzo lubił to uczucie. W dodatku był szalenie związany ze swoim autem. Miał je od kilku lat, sam zrobił w nim większość rzeczy i cieszył go każdy kilometr pokonany tym pojazdem. Samochód odwdzięczał się w miarę bezawaryjną jazdą. Nigdy nie zawiódł w potrzebie i nie było sytuacji w której samochód odmówiłby posłuszeństwa. Była jednak sprawa która męczyła każdego posiadacza pojazdu mechanicznego. Niezależnie czy miał on silnik benzynowy czy diesla, trzeba było często odwiedzać stację benzynową. Jego samochód nie miał komputera pokładowego co było dosyć dobrym rozwiązaniem. Gdyby Kyle zobaczył średnie spalanie benzyny przy prędkości stu siedemdziesięciu kilometrów na godzinę, rozważyłby podróż komunikacją miejską.

Czerwona kontrolka na desce rozdzielczej przykuwała jego uwagę od dobrych trzydziestu minut. Wiedział, że bez problemu przejechałby jeszcze dobre sto kilometrów, ale zgłodniał. Postanowił zatankować samochód, kupić sobie coś do jedzenia i przy okazji wymienić jeden bezpiecznik. Szczęśliwie dla niego, mijany znak informował, że najbliższa stacja benzynowa pokaże się za niecałe 5 kilometrów.

Stacja była taka jak każda inna. Kilka dystrybutorów, mały sklepik a do tego jakiś dziwny bar. Zaparkował samochód i zaczął wlewać benzynę. Podczas tankowania nerwowo stukał opuszkami palców po dachu. Nie lubił tego procesu, mimo że cena za galon nie była złodziejska. Zresztą poza miastem ceny zawsze były nieco niższe niż w miastach. Chwilę zastanawiał się nad odwiedzeniem pobliskiego baru, miał ochotę na jakieś skrzydełka. Jednak po szybkim spojrzeniu na zegarek zaniechał tego pomysłu. Odłożył pistolet na swoje miejsce i szybkim krokiem ruszył w kierunku kasy. W środku było bardzo pospolicie. Stacja niczym się nie różniła od innych. Liczył, że chociaż za kasą będzie stała jakaś ładna panienka. Chyba miał dzisiaj pecha. Zrobił szybką rundkę po sklepiku i ustawił się w kolejce. Prócz benzyny, zdecydował się na zakup paczki orzeszków, coli w butelce oraz kanapki z serem i salami. Spojrzał na swoje zakupy i cicho westchnął. Żałował, że nie ma więcej czasu, wiele by oddał za jakiś ciepły posiłek w pobliskim barze.

Z nudów rozglądał się po okolicy. Widział masę samochodów na autostradzie i te które stały przy stacji. Nie wiedział kiedy, ale jego uwagę zwrócił samochód dość szybko opuszczający stację. Niezbyt go to zainteresowało, dopóki nie spojrzał w stronę swojego pojazdu. Przecież nie zaparkowałby go tak krzywo względem dystrybutora.

Gdy skojarzył fakty, serce zaczęło mu bić szybciej, a po plecach przebiegł zimny dreszcz. Z niedowierzaniem otworzył usta i stał chwilę wpatrzony w szybę. Po jakiś kilku sekundach rzucił niechlujnie produkty na ladę i wystrzelił ze stacji. Pierwsze co zrobił to podbiegł do własnego samochodu i zaczął oglądać wyrządzone szkody. Z nerwów złapał się za głowę i chwilę trzymał tam ręce, nie wiedząc do dalej robić. Po sprawcy nie było już śladu, został tutaj sam z wgniecionym tyłem.

– Co za pierdolona kurwa. – rzucił dość głośno nadal wpatrując się w swój bagażnik. Adresatem wyzwisk był oczywiście sprawca wypadku. Ktoś mu za to zapłaci. Jeszcze nie wiedział kto, ale osoba, która to zrobiła miała przejebane. Ruszył znowu w kierunku stacji. Gdyby ktoś stał mu na drodze do kasy, niestety zostałby odepchnięty przez młodego chłopaka i to dość mocno. Gdyby już znalazł się przy kasie, spojrzał na ekspedienta i oparł ręce na ladzie, gdzie wcześniej rozrzucił swoje zakupy.

– Pokażesz mi nagranie z monitoringu, muszę wiedzieć co za kurwa rozjebała mi samochód, rozumiesz? – powiedział do niego przez zaciśnięte zęby. Oddychał bardzo ciężko, tak jakby za chwilę ktoś miałby mu odebrać dopływ tlenu. Dłonie miał zaciśnięte na jakiś przypadkowych produktach, a wzrok wlepiony w kasjera. Dla Josha zdecydowanie lepiej by było gdyby nie sprawiał problemów i pokazał nagranie.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

24 lut 2015, 21:42

Polak wsłuchał się w słowa kompanki. Zabrany dokument z rozbitej karetki został oceniony jako nieważny. Słuchacz raz jeszcze skupił wzrok na kawałku zapisanego papieru. Przyjrzawszy się kompozycji bloku tekstu, miejscom przeznaczonym na podpisy i dacie, mężczyzna uznał papier za bezwartościowy. Nic w przyrodzie nie ginie, dlatego ciemnooki wziął z powrotem do swoich rąk niby zaświadczenie, złożył je w mały prostokącik, schował do kieszeni.

– Nazywam się Sławomir Namorski. Hm, Dżudich, dobrze to wymawiam? – uśmiechnął się nieśmiało, w tym samym czasie ręką drapiąc tył swojej głowy. Po chwili przestał i powrócił do swej pochmurnej postawy. Ukrył dłonie tam, gdzie zwykle miał w zwyczaju je chować. Ruda wpatrywała się intensywnie w przymrużone oczy szatyna. Ten lustrował patrzałki dziewczyny spojrzeniem pozbawionym blasku. Zdawało się, jakby z każdą chwilą Polak tracił w sobie energię. Tak się działo. Dłuższe obcowanie z ludźmi męczyło obcokrajowca. Gdy znajoma już osóbka ponownie przemówiła, ciemnowłosy zerknął na jej usta i ewentualne ruchy rąk. Próbował jak najlepiej zrozumieć rozmówczyni.

– Co zobaczyłem? Sporo krwi. – Odpowiedział na pierwsze pytanie. Zobaczy, tam? Co masz na myśli? Co mam zobaczyć? – Przeniósł wzrok z twarzy kobiety na karetkę. O co mogło jej chodzić?

Rude cholerstwo niespodziewanie złapało za łapę Sławomira. Nie spodziewał się on takiego posunięcie ze strony Judith. Natychmiast się pobudził, Polak instynktownie poczuł się zagrożony. Wysoka samokontrola pozwoliła powstrzymać odruch wyrwania uchwyconą w kobiecą dłoń kończyny. Zamiast tego facet poszedł za ciągnącą go siłą, ciekawym okiem badając małą bohaterkę. Oddalili się od grupy. Dziewczyna wskazała na ślady. W jej oczach błyskała determinacja. Sławomir w mig zdiagnozował chorobę w rudej, paskudne objawy altruizmu i heroizmu. Należało zaaplikować lekarstwo: zimną logiką.

– Pasażerowie karetki udali się do lasu – mówił powoli i pomagał sobie gestykulacją, aby zmaksymalizować szansę na udaną komunikację. – Co się stanie, jak wejdziemy do lasu? Zabłądzimy. Nie znajdziemy tych ludzi i jeszcze zagubimy się, gdzieś w lesie – tłumaczył. Złapał za ramię zielonookiej. – Poza tym, skoro uciekli w las, to zapewne poczuli się odpowiedzialni za wypadek. Czują się winni, uciekają przed gniewam tych ludzi – Kciukiem pokazał Sławomir grupę ocalałych znajdującą się za jego plecami. – Wracajmy. – Odwrócił się i wracał do swoich.

Sławomir miał cholerne przeczucie, że coś zaraz runie jak domino. Jeśli ruda kobieta nagle, niespodziewanie postanowiłaby sama się wybrać w gęstwiny, Polak ruszyłby za nią, przeklinając w duchu swoją niewyobrażalną głupotę.

Awatar użytkownika
Grynfa
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

24 lut 2015, 23:07

Lasy Georgii… Wielkie, odwieczne i nieskażone cywilizacją… To było to, co lubił w częstych wycieczkach po okolicy. Cisza, z rzadka przerywana odgłosami ptaków i łamanych przez koła roweru gałązek, wszechogarniała i zapierała dech w piersiach. Nie czuł się tutaj bynajmniej osamotniony, raczej cieszył się z możliwości swobodnego zebrania myśli i odpoczęcia od gwaru życia codziennego. Liście szeleściły, ptaszki ćwierkały i kolejne kilometry upływały w przyjemnym poczuciu wolności od problemów. Powoli zapominał nawet o celu wędrówki, liczyły się tylko kolejne mile mijane stałym, niezakłócanym niczym tempem. Niestety, ta sielanka szybko miała się skończyć.

Trzask w mechanizmie roweru gwałtownie przerwał podróż Travisa. Brak jakiegokolwiek oporu przy naciskaniu na pedały nie sugerował nic poważnego, ot łańcuch spadł z zębatek. Zsiadł i przykucnął, żeby go założyć ponownie, kiedy zauważył, co rzeczywiście się stało.
Fuck – chłopak zaklął, a dźwięk jego głosu poniósł się echem po pustym lesie. Łańcuch ciągnął się sznurkiem za pojazdem, uniemożliwiając dalszą podróż. Travis dobre wiedział, że na ten moment nie jest w stanie nic z tym zrobić, potrzebował lutownicy lub nowego egzemplarza zepsutej części, a obu tych rzeczy nie miał pod ręką. Sięgnął pamięcią do mapy Google, na której planował trasę, gdy jeszcze siedział w domu. Jak na złość, bateria komórki zepsuła się parę dni przed wycieczką, więc nie był pewien, czy jedzie we właściwym kierunku, jednak przypomniał sobie grubą linię autostrady ciągnącą się skrajem rozległego lasu, w którym aktualnie się znajdował. Nie było czasu do stracenia, wrzucił więc przerwany łańcuch do plecaka i prowadząc rower za kierownicę, skierował się na wschód, prawdopodobnie w stronę ciągu komunikacyjnego, z nadzieją na napotkanie stacji benzynowej, gdzie miał szanse znaleźć potrzebne narzędzia lub złapać busa do Mersenton.

Szczęście mu dopisało, wyszedł z lasu pareset metrów od znaku na autostradzie informującego o miejscu postojowym za 1 milę. Spacer mocno dawał mu się we znaki, nie był w końcu przyzwyczajony do prowadzenia roweru na przestrzeni ośmiu mil. Na stację dotarł w idealnym momencie, aby dostrzec niezbyt pewnie prowadzoną czerwoną Toyotę Avensis zjeżdżającą właśnie z autostrady. Przez szybę dotrzegł młodą dziewczynę, a przecież wiadomo, że jak kobieta za kierownicą, to stłuczka murowana. Przewidywania potwierdziły się, Toyota wjechała w tył zaparkowanego obok dyspozytora również czerwonego Volvo i natychmiast wycofała, z piskiem opon uciekając z miejsca wypadku. Potwiedzało to słuszność teorii, że rzeczy w jednakowych kolorach się przyciągają. Chłopak zdążył zauważyć numery rejestracyjne sprawczyni: DZX 098 Tennessee, w końcu podobna blondyna za kierownicą wjechała parę lat temu w auto jego matki, więc w momencie określenia płci kierowcy zainteresował się nimi. Travis miał już kierować się w stronę budynku, gdy drzwi otworzyły się z hukiem i właściciel Volvo wyleciał zeń jak strzała, pewnie zalarmowany hałasem wywołanym stłuczką. Mężczyzna nie postał długo przy aucie, z widocznymi oznakami narastającej furii odwrócił się na pięcie i skierował z powrotem w stronę sklepiku. Chłopak nie dziwił się zbytnio jego zachowaniu, w końcu takie piękne Volvo bynajmniej nie było tanie do naprawy, nie mówiąc już o trudnościach ze znalezieniem mechanika, który byłby w stanie to zrobić.

Travis skierował się więc w stronę sklepiku, za którego drzwiami zniknął mężczyzna, opierając zepsuty rower o ścianę budynku. Właściciel poszkodowanego auta pewnie już rozpoczął awanturę, czego dowodziły wrzaski słyszane na zewnątrz. Chłopak zdecydowaĺ się wyjawić posiadane informacje na temat sprawcy wypadku, w końcu mogło go to trochę uspokoić, bo szykująca się burda nie przybliżała perspektywy wypożyczenia lutownicy od personelu stacji, o ile takie rzadko spotykane narzędzie mieli na składzie.
Widziałem całe zajście, stĺuczkę spowodowała kierowana przez blondynkę czerwona Toyota Avensis o numerach DZ X098 Tennessee – wypowiedział jednym tchem, wchodząc do pomieszczenia. Ciekawiła go reakcja mężczyzny, może w zamian za udzielone informacje zaproponuje mu podwózkę, bo widząc ubogie wyposażenie stacji wątpił, że uda mu się tu znaleźć poszukiwaną lutownicę.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

24 lut 2015, 23:42

Rzęził.

Uciekł mu dech, skończyły się siły. Nagle nie mógł przejść już ani jednego kroku; zatrzymał go straszliwy ból w boku, który nie odszedł nawet wtedy, kiedy już się zatrzymał. Rozejrzawszy się gorączkowo, zidentyfikował coś, na czym mógł usiąść: kamień. Przez głowę przeszło mu jakieś starożytne wspomnienie z czasów, kiedy jeszcze wychodził z domu: matka mówiąca, że jeśli usiądzie na kamieniu, coś złego się stanie. Dostanie rysia, czy tam innego wilka, czy tam przeziębi się. Nie pamiętał już. Ale teraz nie bał się już niczego, chciał tylko usiąść.

Siedząc na kamieniu, dysząc, rzężąc i rozglądając się dookoła, po raz pierwszy zwracając z nudów uwagę na okolicę, zastanawiał się, czym by ten ryś miał być niby spowodowany. Kamień wyglądał normalnie, trochę omszały, trochę brudny od ziemi. Był raczej niewygodny i Francis musiał chwilę się pokołysać, poprzelewać z boku na bok i poprzestawiać, żeby osiągnąć w miarę komfortową pozycję. Coraz bardziej zniechęcał się do wychodzenia na zewnątrz w tym momencie. Było zimno, mokro, wiał wiatr, coś na plecach go swędziało, kamień był twardy, plecak ciężki(tak naprawdę wcale nie był), a bok bolał. Nie cierpiał całego świata w tej chwili; chciał wrócić do swojej przytulnej piwnicy, gdzie było ciepło, cicho, gdzie był internet i gdzie mógł robić, na co tylko miał ochotę.

Tam był dla niego świat, a nie tu. Spróbował wstać, całkiem niecierpliwie; musiał walczyć o swoją piwnicę, swoją twierdzę, swoją fortecę. Ból w boku sprawił jednak, że prawie natychmiast usiadł z powrotem. Walczyć, ale może nie teraz. Będzie szedł wolniej.

Gdyby miał skłonności do teatralnego zachowania, przewróciłby oczami i westchnął głęboko, widząc, jak wszystko dookoła próbuje go ograniczać. Faktycznie takie skłonności miał, więc to zrobił. Uwięziony na kamieniu, we wrogiej okolicy, narażony na wilka, rozglądał się, badając swoje więzienie, dopóki nie odzyska mocy na tyle, żeby wydobyć się z niego.

Kiedy odpocznie – ruszy dalej, tym razem już uważając na tempo. Wiedział, że ten las jest przeciwko niemu. Nie miał zamiaru mu się dać!

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 3 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 2 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Majestic-12 [Bot]
Liczba postów: 52206
Liczba tematów: 2973
Liczba użytkowników: 1046
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Senti
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.