Epoka

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

Epoka

02 lut 2015, 01:43

(kontynuacja tego posta)

Bus chwiał się jeszcze delikatnie, chociaż nic nie wskazywało na to, by miał zmienić swoją pozycję. Sytuacja była dramatyczna. Pasażerowie prawej strony pojazdu przelecieli na drugi bok, boleśnie obijając się o metalowe oparcia siedzeń, torby i ludzi, na których udało im się wylądować. Nie było ani sekundy ciszy. Panika w postaci pierwszych okrzyków, jęków rozpaczy i bólu opanowała bus już chwilę po przewróceniu.

W moment zrobiło się duszno i parno. Co dziwne, nie zbiła się żadna z szyb, co wpływało na szybko rosnącą temperaturę wnętrza "Jotki". Czuć było ostry, obrzydliwy pot, krew i wszystko to, co wylało się lub zmiażdżyło w trakcie wypadku. Kogoś o wyczulonym zmyśle powonienia mógł zaniepokoić delikatny swąd, który paraliżował wyobraźnię. Pojazd najwyraźniej gdzieś się palił.

Kierowca był nieprzytomny. Ucierpiał najbardziej ze wszystkich, choć jako jedyny był przypięty pasami. Nikt nie był jednak w stanie skupić się na jego stanie zdrowia, bo najważniejszym okazała się instynktowna potrzeba natychmiastowego opuszczenia busa po wypadku. Były na to dwie możliwości: albo postarać się przewrócić pojazd na właściwą stronę, ułatwiając tym samym dostęp do automatycznych drzwi po prawej, albo wybić przednią lub tylną szybę, pozwalając pasażerom wytoczyć się z przewróconego busa.

Młotek temu służący przymocowany był do siedzenia nieprzytomnego kierowcy.

Co było najgorsze, decyzje należało podejmować szybko, a przecież minęła dopiero chwila. Wszyscy byli w szoku, obici i obolali, co znacznie utrudniało koncentrację.

Istniała także trzecia opcja, którą należało uwzględnić. "Jotka" nie była w końcu taka wielka – osoba zwinna i sprawna mogła postarać się otworzyć drzwi siłą w przewróconym busie i podciągnąć się do wyjścia. Należało jednak założyć, że nie każdy (a w szczególności jeden z podróżnych) byłby w stanie tego dokonać.

Liczył się czas.

Najwięcej "do powiedzenia" mieli w tym przypadku pasażerowie pierwszych siedzeń: przyciśnięta do szyby, opalona kobieta (kurczowo zaciskająca ręce na rzucającej się i syczącej zawartości nosidełka) oraz mężczyzna, który spadł na nią z prawej strony. Wyglądał na Teksańczyka, ale mogły to być jedynie domysły, czasu na analizowanie korzeni po prostu nie było. Sportowy garnitur, który miał na sobie, był teraz okropnie ubrudzony i pognieciony. To oni, opisana dwójka, byli najbliżej kierowcy i, mimo że wszędzie walały się najróżniejsze siatki, torby i torebki, mieli najłatwiejszy dostęp do wyjścia. Co więcej, oboje byli przytomni i sprawni do działania.

– Wezwijcie karetkę! – wrzasnęła rozpaczliwie kobieta, która zajmowała dalsze miejsce. – Moja noga. Kurwa! Złamałam nogę! Pomóżcie mi!

– Wybijcie szybę! – dodała sąsiadująca pani, choć nieco mniej pewnie.

– Ruszcie się! Czuję spaleniznę!

Okrzyków było coraz więcej. Robiło się coraz cieplej.

Najwięcej skupionych było wokół drugiego i trzeciego rzędu siedzeń, bo aż siedem osób – cztery kobiety (w tym jedna, która nakazała wezwanie karetki) i trzech mężczyzn. Niektórzy stękali, inni krzyczeli o pomoc, słychać było też szloch. Reakcji było wiele, lecz nikt nie potrafił zdecydować się na nic konkretnego. Zdawało się, że każdym powodowała panika lub oszołomienie, czemu trudno było się dziwić.

Ostatni rząd zajmował krótkowłosy szatyn, którego szara bluza splamiona była krwią. Niedużą ilością, bo pochodziła z niezbyt głębokiej rany na prawym ramieniu. Odsłaniał ją rozcięty materiał i trudno było stwierdzić, co w obecnej sytuacji mogło ją spowodować. Prawdopodobnie wszystko. Leżał między dwoma panami – ten od góry drżał mocno, ale niewygodna pozycja nie pozwalała rannemu stwierdzić, co się z nim dzieje. Pod sobą miał potężnego, ciężko dyszącego mężczyznę, który śmierdział tak ostrym potem, że (mimo wszelkich innych wrażeń) aż kręciło się od tego w głowie. Ci ostatni mogli od biedy stłuc tylną szybę i w ten sposób stworzyć wszystkim możliwość wyjścia, jednak mieli znacznie mniejsze pole manewru niż para z przodu. Ograniczały ich także siedzenia, których nie dało się złożyć.

Najtrudniej miał mieć ten śmierdzący grubas, to było pewne.

– Rozbujajmy to – powiedział wreszcie pewien mężczyzna, ciemnoskóry, który obił twarz o metalowe oparcie. Wyglądał strasznie, lecz zdawał się nie zwracać na to większej uwagi. – Słuchajcie mnie, musimy coś zrobić, inaczej się tu spalimy. Trzeba pomóc tej kobiecie. Ktoś jest ranny? Co z kierowcą?

Choć starał się narzucić jakieś działanie, nie brzmiał pewnie. Jego głos drżał, zdradzając zdenerwowanie. Zadawał za dużo pytań, na które niewiele osób było w stanie odpowiedzieć. Był jednak pierwszą osobą, która coś zaproponowała. Reszta mogła się go posłuchać.

Mogła też zaproponować inne wyjście z tej chorej sytuacji.

Liczył się czas.

Widocznie ranny jest tylko Sławomir, choć niezbyt poważnie. Rana może szczypać od zabrudzenia.

Każdy czuje się poobijany.


Kolejność dowolna. Działajcie.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 923
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

25 lut 2015, 12:52

Kierowcy w ogóle nie powinno się ruszać. Jacob prychnął. Jasne, najlepiej wystawić go na środek drogi. Może kolejny świr przejedzie mu po głowie. Stał bezczynnie ze skrzyżowanymi rękami czekając, aż cała ta tęczowa gromadka się w końcu na coś zdecyduje. Przy okazji w duchu narzekał na czym świat stoi, że postawiono go w takim miejscu. Wyjął swój telefon sprawdzając ile jeszcze pociągnie bateria. Czekanie na pomoc mijało się z celem jeśli pomoc nie była wezwana, a wiadomość sprzed chwili przyniosła mu na myśl nowe rozwiązanie. Jeśli tylko jego komórka to wytrzyma odpisze ordynatorowi krótką, szybko wystukaną wiadomością w której krótka zawrze ich orientacyjną lokalizację oraz słowa "wypadek, brak kontaktu, potrzebna karetka". Szpitale zawsze dodzwaniały się do szpitali, choćby skały srały. A im szybciej przyjedzie tu po niego jakaś karetka, tym szybciej chirurg będzie na lotnisku i z powrotem w Teksasie. Stary znowu przerwał mu urlop, kurwa mać.

Mężczyzna spojrzał na panikującego osobnika. Tutaj potrzeba było raczej kogoś innego niż zrzędliwego lekarza. Psychologa? Może niekoniecznie. Jacob spojrzał na coś, co przypominało hipisa i kulało się swego czasu wśród rannych próbując leczyć ich wodą.

- Spróbuj z nim pogadać – rzucił w jej stronę. Pewnie i tak pójdzie jej lepiej niż poszłoby jemu, do niego pacjenci przychodzili bo był dobry, a nie miły. To ostatnie jakoś przez większość życia mu nie wychodziło.

Nim zdążył oderwać wzrok od siedzącego kolesia ten najprawdopodobniej stracił przytomność. Jacob zaklął głośno i podszedł do niego aby sprawdzić puls.

Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

25 lut 2015, 22:32

Kamienie miały to do siebie, że z zasady nie służyły komfortowemu siedzeniu. Francis na pewno nie odczuwał wygody, mógł jednak usadzić swoje wielkie ciało w jednym miejscu i odpocząć chwilę, zbierając siły po niespotykanym wysiłku. Zdecydowanie nie powinien kierować się emocjami – według tego, co zobaczył na mapie, stacja nie była daleko, niedługo powinien się na niej znaleźć, nawet jeśli miał teraz zwolnić. Nie warto było tracić cennych sił na pokazanie samemu sobie, jak szybko potrafi dotrzeć do miejsca z jedzeniem. To nie na jego nerwy.

A już na pewno nie na jego kondycję.

Warunki nie sprzyjały pogodnemu samopoczuciu. Przez głowę rudzielca przelatywało mnóstwo nienawistnych myśli pod adresem pogody, miejsca i całego świata, zupełnie jakby ten sprzeciwił mu się specjalnie. To było egoistyczne myślenie.

Francis na pewno był egoistą.

Znowu poczuł pragnienie. Po całym tym wysiłku musiał, po prostu musiał się napić. Potrzeba ta wysuwała się powoli na pierwszy plan, pokonując ochotę znalezienia się w przyjaznych, piwniczych warunkach. Chociaż kilka łyków.

Odgłosy łamanych gałązek były coraz wyraźniejsze. Coś się zbliżało, być może ktoś – robiło to szybko i niezgrabnie, najwyraźniej nie potrafiąc poruszać po lesie lub mocno spiesząc. Francis nie mógł jednak tego usłyszeć. Przeszkadzały mu w tym słuchawki, przez które płynęła morderczo głośna, ostra muzyka.

Gałązki ucichły. Za wielkimi, spoconymi plecami rozległ się głośny jęk, potem kroki po trawie, która dzielił ścianę lasu z kamieniem zajmowanym przez Francisa. Coraz bliżej. Mężczyzna nie był niczego świadomy.

Przynajmniej do czasu, gdy poczuł rozpaczliwie wbijające się w jego mokre plecy dłonie.

*

Josh wiedział, co należało robić w takiej sytuacji, a jednak nie mógł wykrztusić z siebie nawet słowa. Naprawdę się wystraszył – był młody, został na stacji sam, a mężczyzna w furii nie sprawiał wrażenia, jakby miał dać się przekonać do podjęcia rozsądnej decyzji.

– N-nie mogę tego zrobić – wyjąkał, patrząc na Kyle’a. – Nagrania z monitoringu nie są dyspozycji każdego. – Przełknięcie śliny. Chłopak podświadomie czuł, że pakuje się w prawdziwe gówno swoimi tłumaczeniami. – P-roszę pana, zadzwonimy na policję. Wtedy dowiemy się, kim jest sprawca.

W tym momencie na stację wpadł rowerzysta, który powitał zgromadzonych słowami dotyczącymi samego wypadku. Zwrócił na siebie uwagę wszystkich. Kasjer wypuścił z siebie powietrze. Kobieta stojąca za Kylem odsunęła się od niego, podświadomie wyczuwając zagrożenie. Nikt nie lubił podobnych sytuacji, a ciemnoskóry klient już na pierwszy rzut oka wydawał się nieobliczalny.

– Widzi pan? – wtrącił staruszek z długimi włosami, przerywając chwilę ciszy. – Niech pan zostawi te półki, gniecie pan produkty. Kto za to zapłaci? Tego młodzieńca pan pyta. I zadzwoni na policję, to trzeba zgłosić.

– Ja to zrobię – zaoferował szybko kasjer, już trzymając telefon przy uchu.

Był młody, chudy i lekko pryszczaty, co prowokowało stwierdzenie, że dorabiał tutaj jako uczący się nastolatek. Mimo że nie wydarzyło się nic strasznego (jeszcze), ręce trzęsły mu się z nerwów. Najwyraźniej źle reagował na podobne sytuacje.

Zanim zdążył wykręcić numer, jego telefon zawibrował, ogłaszając połączenie przychodzące. Chłopak miał już aparat przy uchu, odebrał automatyczne.

– Tak?

Josh, kurwa, zamykaj stację i nie wychodź z niej. Wiesz już? Włącz jakieś radio, najlepiej zamknij się g… epidemia, to się roznosi szybko, powiedz… nie wychodzili, póki syt… nie polepszy!

– Szefie, ledwo słyszę – pisnął. Treść wypowiedziana tonem, którego użył rozmówca, wywołała zimny dreszcz. – Mam zamknąć stację? Była stłuczka muszę wezwać policję.

Ty kretynie! Jest wojna! Zamy…

– Jaka wojna? Szefie? Szefie?!

Połączenie zostało przerwane. Chłopak był świadomy, że zebrani go obserwują i nie wiedział, co powiedzieć. Jego szef nigdy się tak nie zachowywał, nie był to człowiek, który robił sobie żarty z czegokolwiek.

– Szef mówi, że jest wojna. Mam zamknąć stację – obwieścił bezradnie.

*

Jacob miał wszelkie powody ku temu, by osiągnąć niepokojący stopień poirytowania – nic nie szło po jego myśli. Nic. Być może przetrwał ten gówniany wypadek, ale co z tego? Ranni potrzebowali pomocy, której nie było nawet jak wezwać. Ludzie nie wiedzieli, w jaki sposób się zachować, gdzie pójść i co ze sobą zrobić, denerwując lekarza jeszcze bardziej. Widać było po jego postawie, w jakim znajduje się stanie.

Omdlały mężczyzna miał przyspieszony puls, wypieki na twarzy i gorączkę, którą można było wyczuć bez potrzeby pomiarów termometrem. Tylko tego brakowało lekarzowi – kolejnej osoby, którą należało się w jakiś sposób zająć, która wymagała teraz opieki.

Kogo innego niż samego Jacoba.

Być może los się ugiął, ten jeden raz, gdy pozwolił mężczyźnie wysłać wiadomość. Samo to było wystarczająco zaskakujące – walić miało się przecież wszystko. A jednak wiadomość dotarła, choć trwało to naprawdę długo, co potwierdził odpowiedni dźwięk komórki. Więcej nawet.

Chwilkę później inny dźwięk zasygnalizował sms zwrotny.

wybuchla epidemia w atlancie, nowe objawy,nie ma karetek,wsysto sparaliżowane gdzie jestes

Wiadomość musiała być pisana w pośpiechu, na co wskazywały liczne błędy. Jacob mógłby odpisać, gdyby los nie postanowił zagrać z nim znowu. Telefon zawibrował ostrzegawczo i zgasł, reagując na brak baterii.

Róży udało się przekonać (choć było to ciężkie zadanie) część grupy do przejścia na pobliską stację benzynową. Zebrały się cztery osoby – ona, Damien, Tom i jeszcze jeden mężczyzna, który dotąd się nie przedstawił. Kto by się teraz tym jednak przejmował. Należało działać. Ta dziwaczna sytuacja musi się wreszcie skończyć, przecież to było chore.

Odcięci od świata, po wypadku. Byli wśród nich ranni, byli też zaginieni. Scenariusz do taniego horroru, już mogli zacząć myśleć nad sprzedaniem do niego praw.

Ruszyli. Kto mógł, zabrał swoje rzeczy (nikt normalny nie zostawiłby bagażu wśród, bądź co bądź, obcych ludzi) i w czteroosobowej grupce poszli w stronę drogi, która odbijać miała według mapy w stronę stacji i baru.

– Spróbujesz odpalić jeszcze raz ten Internet? Coś mnie… ten gość, wiesz, grubas, sprawdzał coś na telefonie. Może jakieś informacje sprawiły, że poszedł, nie wiem. To przecież dziwne. Poszukaj – poprosił Różę Damien, równając się z nią tempem.

Judith uśmiechnęła się krzywo w reakcji na niezdarne próby wymówienia jej imienia. Prawdopodobnie z grzeczności nie poprawiła Sławomira, pozwalając mu tak do siebie mówić. A może wszystko jej było jedno. Trudno było stwierdzić.

Podeszli blisko linii lasu, za którą musiała zniknąć załoga karetki. Widoczność nie była tam jakoś szczególnie ograniczona – nie z pozycji tej dwójki. Można się było za to założyć, że gdyby postanowili wejść głębiej, spotkałaby ich ciemność i słabo wyznaczone drogi.

O ile jakiekolwiek.

Rudowłosa pokręciła głową i potarła po czole w bliżej niezrozumiałym geście. Najwyraźniej nie była przekonana co do argumentacji Sławomira, którą zdawała się w pełni rozumieć. To z wypowiedzeniem swoich myśli miała większy problem.

Luzie. Byli luzie, może potrzeba pomocy. Sua… Sła… womisze. – Była poirytowana, Sławomir mógł to zauważyć. Najwyraźniej kontakt z Judith nie miał należeć do najłatwiejszych.

Pokazała jeszcze raz linię lasu palcem, namawiając w ten sposób mężczyznę, by poszukać załogi karetki.

Troche.

W tym samym czasie, gdy grupa ochotników miała stracić okolice wypadku z oczu, przed nimi pojawił się czerwony samochód – Toyota Avensis. Chwilowi podróżnicy najpierw zauważyli charakterystycznie wgnieciony przód samochodu, który informował o prawdopodobnie świeżym wypadku. Kierowca, kobieta, minęła grupkę (wyjeżdżała drogą, którą zamierzała się teraz udać grupa Róży), ale zatrzymała się chwilę dalej, widząc wypadek.

Tej scenerii nie dało się w końcu pomylić z czymś innym.

Blondynka otworzyła drzwi i wysiadła. Była śliczna, co okrutnie psuł rozmazany od łez makijaż.

– Boże, co tu się stało?! – wykrzyczała, gdy podbiegła do miejsca zdarzenia. Znajdowała się najbliżej Jacoba.

*

Zaginiona blondynka niemalże zrzuciła Francisa z kamienia, co było niebywałym osiągnięciem. Zerwała mu słuchawki z uszu i wrzasnęła tak głośno, jakby zwariowała:

– Byłeś w tym busie! W lesie leży ktoś z karetki, nie żyje! Nie żyje, słyszysz?!

Była definicją szaleństwa. Gdyby Francis mocno się skupił, pewnie by ją poznał. Zaginioną pasażerkę "Jotki", która wyglądała po prostu okropnie. Była brudna, spocona, zapłakana. Po jej wyglądzie można było stwierdzić, że wiele razy się przewróciła.

Stała przed Francisem, nie dziwiąc się niczemu. W ogóle sprawiała wrażenie osoby, która przez emocje niewiele myśli.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

26 lut 2015, 01:55

– Do diabła, niech będzie. – Mimo ogromnych wątpliwości związanych z poszukiwaniem pasażerów karetki, Sławomir zgodził się na wyprawę do lasu. Nie chciał on zostawić Judith samej sobie, jedynej osoby, która potrafiła się z nim komunikować. Poza tym czuł, że przemawianie do rozsądku komukolwiek zazwyczaj – w jego przypadku – kończyło się niepowodzeniem. Polak pogodził się z brakiem charyzmy. Zły humor ogarnął mężczyznę.

– Ku przygodzie, hura – szepnął niepocieszony.

Założył kaptur na głowę. Przekroczył linie dzielącą obszar drogi, kawałek cywilizacji od gęstwin, terenu nieokiełznanej przyrody. Sławomir wszedł pierwszy w las.

– Wyciągnij swoją komórę. Poświeć na ziemię. – zakomunikował ledwo opanowanym głosem. Mężczyzna musiał postarać się utrzymać w sobie spokój.

Jeśli jego kompanka zrozumiałaby polecenie – i posiadała wbudowaną latarkę bądź inne tworzące światło ustrojstwo – Polak wypatrywałby śladów na ściółce. Kompletnie się na tym nie znał, jednakże lepiej było podjąć próbę poruszania się po tropie niż błądzić niepotrzebnie. Zapewne dwójka poszukiwaczy i tak wkroczyłaby dalej w las, dlatego Sławomir wyciągnął brelok z kluczami i naznaczał kilka pni naraz, aby później móc łatwiej odnaleźć drogę powrotną. Zakapturzony nie był zamyślony, uważnie rejestrował teren, aby zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Starał się trzymać blisko dziewczyny.

Coraz gorsze oświetlenie wywoływało w Namorskim niepokój. Podświadomie uniósł barki, był spięty. Każda chwila spędzona w tym zielonym piekle gnębiła ciemnowłosego. Konsekwentnie oznaczał po kilkanaście drzew naraz, aby w razie kłopotów szybko wycofać się na autostradę. Motywacja szukania ludzi malała.

– Ściemnia się. Wieczorna przechadzka po lesie nie jest czymś mądrym, Dżudif.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 264
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

27 lut 2015, 04:33

– Co ty pierdolisz, pajacu? – wydyszał ciężko w stronę kasjera. Wkurzony Kyle nie mógł uwierzyć w to co słyszy. – Tylko, kurwa, wezwij policję to wrócę tutaj i twoim zakutym łbem wyklepie ten bagażnik. – powiedział jeszcze głośniej niż poprzednio. Mocniej zacisnął palce na przypadkowych produktach po to aby rzucić nimi w kasjera gdy na stację wszedł jeszcze jeden klient.

Okazał się bardzo pomocnym człowiekiem. Chłopak odwrócił wzrok od Josha i uważnie słuchał świadka zdarzenia. Starał się wszystko zapamiętać, chociaż samochód, którym poruszała się sprawczyni był na tyle charakterystyczny, że numery rejestracyjne wydawały się niepotrzebne. Mimo wszystko literki nie były skomplikowane i szybko zapadły w pamięć.

Po takiej ilości informacji był gotów do dalszej drogi. Nie miał co czekać na dalszy rozwój wypadków. Z każdą kolejną chwilą spędzoną na stacji, kobieta w czerwonej Toyocie oddalała się od niego. Odpuścił niczemu niewinnym produktom i odwrócił się w stronę dziadka

– Jeśli będę miał taki kaprys to ty, kurwa, zapłacisz za te rzeczy. Zamknij ryj i nawet nie myśl o policji bo Ty też będziesz pomocny przy naprawie bagażnika. – miał nadzieję, że starszy facet zrozumie, że pouczanie Kyle’a nie było najlepszym pomysłem.

Chłopak miał już się skierować w stronę drzwi gdy usłyszał słowa o wojnie. No tylko tego, kurwa, brakowało. W jednej sekundzie doskoczył do lady i chwycił Josha za firmową koszulkę. Był wysoki, miał duży zasięg ramion, a kasjer nie mógł stać daleko od lady. Gdyby udało mu się go chwycić, przyciągnął by go tak aby twarz miał przy samej ladzie.

– Czy Ciebie to kurwa bawi. – krzyknął po czym walnął jego czołem o ladę. Chwycił go za policzki i jeszcze raz spojrzał w oczy. – Takie zabawne, że masz ochotę na żarty? – po tych słowach pchnął go przed siebie. Chciał przeskoczyć ladę i tam dokończyć dzieła, ale w porę się opanował. Nie miał czasu na wyjaśniania sytuacji z kasjerem. Nerwowo zacisnął pięści i wyszedł ze budynku.

– Teraz sobie zamknij stację, cwaniaku. – powiedział sam do siebie gdy był już przy samochodzie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że całe zajście nie rozładowało negatywnych emocji, które nagromadziły się w mężczyźnie. Cały czas słał przekleństwa w stronę blondynki, która rozwaliła mu auto.

Wsiadł do samochodu i przekręcił kluczyk w stacyjce. Nie pozostało mu nic innego jak ruszyć w szaleńczy pościg za kobietą. Niewiele myśląc, wyjechał ze stacji i znów rozpędzał się na autostradzie. Oczywiście na swojej drodze szukał czerwonej Toyoty Avensis. Zgrabnie omijał samochody, wykonując dziki slalom. Dopiero gdy trochę ochłonął, zdał sobie sprawę z kilku rzeczy. Co zrobi jak już znajdzie kobietę? Najpierw pobije, a potem zażąda pieniędzy. A może na odwrót? Logika zaczęła brać górę nad emocjami, a cały ten pościg zaczynał tracić sens. Mimo wszystko postanowił dalej ścigać tępe babsko. Drugą sprawą pozostała kwestia zapłaty za paliwo oraz pobicie kasjera. Teraz przypomniał sobie, że przecież zatankował samochód do pełna i odjechał nie płacąc. Wyglądało na to, że znowu wpadł w sam środek bagna. A miał tylko przewieść przesyłkę do Mersenton.

Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

27 lut 2015, 11:59

Oczywiście. Nie ma sprawy. — odparła Róża z uśmiechem i wyciagnęła telefon z kieszeni. Po krótkiej walce i kilku próbach wpisania hasła, dziewczyna dostała się wreszcie na główny ekran i ponownie wcisnęła ikonkę Safari.

Poszukała najnowszych wiadomości i informacji, najpierw z okolicy, później ze Stanów i ze świata. Następnie miała zamiar przekazać wiedzę towarzyszom.

Awatar użytkownika
Grynfa
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

28 lut 2015, 13:03

Ostatnie słowa poszkodowanego, jakie usłyszał Travis, gdy wchodził do sklepiku stanowiły znakomite potwierdzenie stereotypu, że niggas nie lubią policji. Gdyby nie okoliczności i pewne oszołomienie wywołane rozwojem wypadków, chłopak pewnie uśmiechnąłby się z politowaniem nad głupotą sprzedawcy i jego oderwaniem od rzeczywistości. Po co wzywać policję przy takich stłuczkach? Niemniej jednak, przekazanie informacji pechowemu kierowcy uspokoiło lekko sytuację. Przynajmniej na chwilę perspektywa stabilizacji i wypożyczenia zestawu narzędzi stała się bliższa. Wszystko popsuł telefon…

– Wojna? Jaka kurwa wojna? – wyrwało mu się z ust. Zamyślił się… Czy widział coś podejrzanego podczas długiej drogi przez las? Nie. Ale czy jakieś ślady być tam powinny? Informacja była absurdalna, jednak po raz pierwszy nie wiedział, jak zareagować. Zignorował furiata atakującego kasjera. Właściwie, spodziewał się takiego zachowania. Wyładuje się i będzie spokój. W końcu chyba był na tyle inteligentny, żeby powstrzymać się przed poważniejszym uszkodzeniem twarzy pechowego delikwenta… A reakcja na słowa staruszka dowodziła, że próba interwencji tylko sytuację by pogorszyła.

Tak jak się spodziewał, po chwili czarny dosłownie rzucił kasjerem i opuścił stację, głośno trzaskając drzwiami. Atmosfera, mimo, że wciąż napięta, trochę się rozluźniła. Nie chciałby być teraz w skórze blondynki, uciekającej przed rozwścieczonym właścicielem Volvo. Jednak pościg, jak i sama autostrada zdawały się być teraz rzeczami odległymi, najważniejsza była zasłyszana informacja o wojnie i zamknięciu stacji. Nie mógł na to pozwolić, nie bez chociażby próby uzyskania narzędzi do naprawy zepsutego środka lokomocji.

Podszedł do leżącego na podłodze kasjera, w razie potrzeby przeskakując ladę i pomógł mu wstać. Rozumiał, że po takim potraktowaniu przez furiata raczej trudno się mu będzie pozbierać, jednak pragnął szybko uzyskać wymagane informacje. Współczuł też trochę Joshowi, w końcu w umowie o pracę na pewno nie pisał się na rozwiązywanie sytuacji takich, jak ta. Z drugiej strony, mógłby pokazać kierowcy nagrania z monitoringu, w końcu urzędowe formułki o ograniczonym dostępie rzadko kiedy sprawdzały się w rzeczywistości, niekonwencjonalnej i nieszablonowej.

Gdy tylko kasjer wstał i trochę się uspokoił, Travis zapytał go w miarę delikatnie:
- Nie macie na stacji lutownicy lub chociażby kawałka drutu? Zerwał mi się łańcuch w rowerze, a piesza podróż parenaście mil nie jest zbyt przyjemna, tym bardziej, że noc się zbliża. Naprawię mój środek lokomocji i możesz zamykać stację.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 923
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

28 lut 2015, 14:54

- What a fucking a piece of shit – padła ze strony Jacoba odpowiedź na zadane przez kobietę pytanie. Powiedzmy. Mężczyzna westchnął wpatrując się w bezczelną śmierć swojego telefonu, który właśnie był dość potrzebny.

Gdzie jesteś. Ile jest kurwa autostrad przechodzących przez Mersenton w Atlancie, geniuszu? Jak ci tak zależy na twoim chirurgu w szpitalu, to helikopter znalazłby nas w pół godziny. Epidemia, srał pies.

Schował sprzęt do kieszeni i spojrzał na blondynkę, która była pierwszą osobą jaka postanowiła się zatrzymać na tym zadupiu i sprawdzić czy ktoś nie potrzebuje pomocy… albo chociaż pooglądać. Ba, chyba nawet zapytała co się stało. Dał sobie spokój z wylewaniem żali w swoich myślach.

- Karetka wpadła w autobus, jest kilka rannych osób – stwierdził niemal beznamiętnie, nie siląc się na jakiekolwiek tłumaczenia. Zresztą, chyba było widać co się stało, prawda? Karetka wpadła w autobus.

Jacob westchnął stwierdzając, że cała ta irytująca zgraja wokół niego w końcu coś z sobą zrobi, więc nie ma czym się przejmować. Przewrócił omdlałego mężczyznę na bok ustawiając go w bezpiecznej pozycji. Miał gorączkę… Czyżby ta cała epidemia? Zachowanie jego przełożonego było dla niego tajemnicą. Wybuchła w Atlancie, a nie w Texasie. Po jaką cholerę Jacob miał wracać do szpitala. W dodatku co chirurg miał niby do epidemii grypy. Cała sprawa śmierdziała i miał chęć jak najszybciej ja wyjaśnić. Tylko że nie miał telefonu.

Odsunął się na wszelki wypadek od rozgorączkowanego mężczyzny zostawiając go na ziemi. I tak nie mógł nic więcej w tej chwili z nim zrobić. Byli na środku drogi na jakieś miasteczkowe zadupie. Musiał wypytać ludzi, czy aby ktoś nie jest w stanie użyczyć mu baterii do telefonu, albo odgrzebać w pamięci numer do ordynatora. W innym wypadku zostaną tu jeszcze bardzo długo.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

28 lut 2015, 23:48

Ta kobieta była najwyraźniej szalona. Zaatakowała Francisa mokrymi łapskami od tyłu, zdzierając z niego słuchawki i zaskakując go kompletnie. Najwyraźniej nie miała pojęcia, w co się właśnie pakowała. I kto tu był bardziej szalony. Zaskakiwanie go było prawdopodobnie jedną z gorszych decyzji, jaką kobieta podjęła w ciągu ostatnich paru dni. Efekty tego nigdy nie były przyjemne – dla nikogo w sąsiedztwie.

REEEEEEEEEEEEEE – dziki pisk wydobył się z niesamowicie ściśniętej i spanikowanej krtani Francisa, kiedy przerwał gwałtownym spazmem kontakt, odwrócił się chybotliwie i niezgrabnie, ale szybko, i pchnął kobietę obiema rękami, odrzucając ją od siebie, tryskając dookoła śliną.

NIE DOTYKAJ MNIE NIE RUSZAJ MNIE NIE DOTYKAJ MNIE NIE RUSZAJ MNIE - darł się, a słuchawki dyndały mu szaleńczo, latając dookoła i zderzając się ze wszystkim w okolicy, kiedy rudzielec wpadł w amok. Kiedy już uwolnił się od tej blondynki, gwałtownie, szybko i z narastającym wraz z powrotem przytomności oburzeniem powrócił na skraj jezdni, cały czas patrząc na kobietę. Powrót względnych zmysłów spowodował jednak narastającą, panikę: ta karetka wiozła zarażonych, na pewno, załoga może też była zarażona. Ta kobieta była blisko trupa z karetki. Mogła sama być zarażona. Dotknęła go. Wyglądała agresywnie; w końcu go zaskoczyła i wyglądała jak jakiś brudny dzikus z puszczy.


NIE ZBLIŻAJ SIĘ DO MNIE! ODEJDŹ! ODWAL SIĘ! Fuck the fucking fuck off! – jego głos powoli wracał do nie do końca szaleńczej modulacji i tonu – czyli do normy. W każdym razie żadnego zamiaru nie miał niczego przedsiębrać, jeśli chodziło o tę kobietę – chciał tylko, żeby jej nie było, żeby odwróciła się i odeszła tam, skąd przyszła, żeby wreszcie ta paraliżująca, zaślepiająca panika ustąpiła.



Wtedy mógłby podjąć ponownie, dysząc z wyczerpania, stresu i oburzenia, wyprawę do swojego Graala – stacji benzynowej, niosącej ocalenie. NORMIES! ZAWSZE, ZAWSZE wszystko psuli. Skołatane nerwy Francisa mogła teraz uspokoić tylko góra śmieciowego żarcia. Albo perspektywa czegoś dobrego, dla odmiany. Kiedy tylko udało mu się pozbyć tej namolnej, niebezpiecznej, skazanej na zagładę idiotki, powrócił do drogi, tym razem dbając o to, żeby nie paść ze zmęczenia po chwili. Ale nie miał już nastroju na muzykę. Słuchawki wcisnął w kieszeń; zaczął trochę uważać na okolicę, powodowany czystą paniką i szokiem po zetknięciu z tą babą.

Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

01 mar 2015, 15:22

Jak zapowiadałam wcześniej, niektóre dialogi będę przeprowadzała z uczestnikami sesji kanałami prywatnymi, by sztucznie nie zwiększać ilości postów. Rozmowy są wklejone, nie dodaję ze strony postaci prowadzonych przez graczy niczego, czego sami nie napisali.


Nie ściemniało się tak szybko, jednak faktycznie, las znacząco ograniczał widoczność poszukiwaczy-amatorów. Szli we dwoje, blisko siebie, zachowując podwójną ostrożność. Szczególnie Sławomir – oznaczał drzewa, przypatrywał się oświetlonej przez latarkę Judith ściółce i stąpał z uwagą, szukając jakichkolwiek śladów po zaginionej załodze karetki.

Rudowłosa na chwilę przestała świecić i sprawdziła coś na ekranie. Westchnęła z wyraźnym rozczarowaniem – zasięg w lesie, co nie było znowu takie dziwne, wcale się nie poprawił. Na pewno chciała zadzwonić do męża, swojej jedynej stałej, jedynego powodu, który utwierdziłby ją w przekonaniu, że wszystko jest w porządku.

Każdy teraz tego potrzebował.

Nawet nie spróbowała wykonać połączenia, wiedziała, że próba by się nie udała. Na nowo oświetliła drogę, przypatrując się jednocześnie zachowaniom ostrożnego Sławomira.

Wiem – odpowiedziała mu szeptem. Podświadomie czuła, że w takim miejscu nie należy zachowywać się głośno. – Troche. Jeszcze troche. Ni boli? Twoje rana – upewniła się, kierując do rozmówcy pytanie.

Bywało gorzej – odpowiedział Sławomir, a w jego głosie usłyszeć można był znużenie. Mężczyzna zdawał się zmęczony i spięty. Gdy mówił, patrzył przed siebie, co chwilę oznaczając kolejne drzewa.

Zapadła chwila ciszy. Pierwsza przerwała ją znowu Judith:

Co tu robi? Nie w Polsce?

Polak zerknął na kobietę.

Praca. – Mężczyzna zatrzymał się wreszcie i rozejrzał. – Hmm, masz pomysł, gdzie mogą być? Nigdzie ich nie widzę.

Dziewczyna nie odpowiedziała, zamiast tego nagle się zatrzymując. Zmrużyła oczy, gdy jej wzrok trafił na czerwony, ciemny przedmiot po swojej lewej stronie – skierowała w tym kierunku słabe światło latarki i wciągnęła ze świstem powietrze, gdy jaśniejszy element "przedmiotu" okazał się odblaskiem. To bez wątpliwości był…

– Oh my gosh… Czy to…? – urwała i zamarła.

"Przedmiotem" był ratownik medyczny. Leżał w lesie, niezbyt daleko miejsca, gdzie zdarzył się wypadek. Nie poruszał się, nie reagował w żaden sposób na nadchodzącą dwójkę, więc prawdopodobnie stracił przytomność. To było… przerażające odkrycie. Sławomir i Judith byli tu sami, nie powiedzieli nikomu o tym, że udają się na poszukiwania, gdy teraz o tym pomyśleć – bezsensowne, skoro reszta grupy rozdzielała się i planowała sprowadzić pomoc. Co jeśli wrócą, a na miejscu wypadku nikogo nie będzie?

Co zamierzali zrobić z ze swoim… odkryciem?

Judith wyrwała się do przodu.

Caly we kl… krfi – wydusiła.

Mężczyzna, co stwierdzić można było po podejściu, miał rozszarpaną szyję. Wokół niego było tyle krwi, że nikt nie mógł mieć już ku temu wątpliwości – nie żył. Nie mógł przeżyć czegoś… takiego.

Sytuacja była poważniejsza, niż mogli podejrzewać.

*

Kyle nie mijał po drodze żadnych samochodów, a wyobrażenie tego mogło być efektem gotujących się w nim emocji, które uniemożliwiały trzeźwe myślenie. Omamy? Wściekłość, furia, agresja, każdy rodzaj gorącej złości trudnej do opisania – wszystko to powodowało czarnoskórym mężczyzną, robiąc z niego nieobliczalnego potwora. Nikt nie chciałby znaleźć się na jego drodze. Całym szczęściem – na nikogo początkowo nie trafił.

Trudno było sobie wyobrazić, ile negatywnych emocji mogło siedzieć w jednym człowieku. Kyle skrzywdził kasjera stacji, choć ten wykonywał tylko swoje obowiązki. Groził starszemu mężczyźnie, mimo że usłyszał od niego jedynie propozycję pokojowego rozwiązania problemu. Strach pomyśleć, co zrobi kobiecie, która zniszczyła mu samochód – zakładając oczywiście, że na niego trafi. Pojechał w końcu automatycznie, nie zastanawiając nawet, w którą stronę sprawczyni uciekła.

Jego telefon zawibrował, lecz Kyle nie miał szans ani tego usłyszeć, ani poczuć.

Zachowywał się, patrząc na to racjonalnie, idiotycznie. Mając przy sobie takie rzeczy, mając tyle na sumieniu, prowokować do tego spotkanie z policją. Powinien ochłonąć, nim zrobi naprawdę głupią rzecz.

Nawet tacy mężczyźni mieli w życiu coś, czego mogli później żałować.

Czarnoskóry aferał minął dwie osoby – olbrzymiego, tłustego mężczyznę, który z jakichś powodów gwałtownie odsuwał się od kobiety przy lesie. Jego zaangażowanie w niesienie przemocy i agresji nie pozwoliło mu się na tym wydarzeniu zatrzymać myślami. Jechał dalej.

Coraz szybciej.

Nie minęło wiele czasu i już po kolejnej chwili wyjechał na główną drogę. Po swojej lewej miał mniejszą grupkę ludzi, dalej – coś, co nie wyglądało na nic innego jak wypadek. Gdzieś między tymi ludźmi stał samochód. Ten samochód. Blondynki na miejscu zdarzenia były dwie – jedna stała i prowadziła z jakimś mężczyzną rozmowę. Nerwową, co sądzić można było po ujrzanej przez Kyle’a sytuacji. Druga siedziała na ziemi z usztywnioną nogą.

Wypadek.

Wypadek mógł sprowadzić policję.

Gorące myśli Kyle’a, jego furia i wściekłość urosły jednak do priorytetu, gdy ujrzał samochód sprawcy. Od niego zależało, jak rozwiąże teraz sprawę stłuczki.

Przeglądarka działała, zupełnie jak na zawołanie. Grymasiła, ale z opóźnieniem ładowała odpowiednie strony. W podobnej sytuacji takie rzeczy zawsze zaskakiwały, jednocześnie ciesząc. Każdy potrzebował odrobiny normalności, a w aktualnych czasach dawał ją nieograniczony dostęp do informacji – jego namiastkę trzymała teraz w rękach Róża, maksymalnie wykorzystując. Wyniki poszukiwań nie miały jej przynieść jednak dobrych wieści.

Było one dalekie od… dobrych.

16:30 PODAJEMY OFICJALNY KOMUNIKAT STANU GEORGIA

Władze zalecają obywatelom, co następuje: za wszelką cenę pozostać w domach. Zaopatrzyć się w żywność i wodę na dwa tygodnie.

Słowa uderzyły w dziewczynę, przygotowując do przyjęcia jeszcze gorszych wieści. Musiała jednak korzystać, póki Internet działał, nie było czasu na jakieś komentarze. Damien, który zaglądał jej przez ramię, zamarł. Nie odezwał się nawet słowem, a reakcja tej dwójki powstrzymała pytania pozostałych członków wyprawy na stację benzynową. Widzieli, że dziewczyna czegoś się dowiedziała.

[Fotografia: robiona z wyższego piętra jakiegoś budynku, przypuszczalnie bloku. Widać zakorkowaną niżej ulicę, porzucone samochody i ludzi biegnących między nimi. Na chodnikach leżą ciała, jeśli się przyjrzeć – widać krew. W różnych miejscach scenerii. Wybita szyba ledwo widocznego sklepu.]

Wybuchła epidemia. Widziałem na własne oczy, jak szybko ludzie się zarażają po ugryzieniu czy jakimś bliższym kontakcie. Nie mogę wydostać się ze swojego mieszkania, sąsiedzi są ze mną, mamy trochę jedzenia i wody, zebraliśmy szybko po komunikacie rządowym. Są problemy z połączeniem, nie działają telefony, czasami można złapać Internet. Nikt nie wie, co się dzieje, ludzie się zabijają. W mieście słychać strzały. Jesteśmy przerażeni. Unikajcie kontaktu z zarażonymi.


Róża trafiła na wpis blogowy, który z jakichś przyczyn wyświetlił się jako pierwszy w wyszukiwarce. W innej karcie trafiła na zdjęcie zakrwawionego i poszarpanego ciała, które ułożone było na chodniku – przypuszczalnie tego samego miasta. Zero cenzury. Na blogu nie było żadnych komentarzy, dziewczyna nie znalazła też godziny publikacji. To wszystko mogło być chorym żartem…

…lub przerażającą prawdą.

– Czy ty… k-kurwa – wyjąkał Damien, odsuwając się. Pokręcił głową. – Tych ludzi popierdoliło, Róża, m-musimy iść na stację, bo nic z tego – machnął nerwowo w stronę telefonu – nie jest prawdziwe.

– O czym wy mówicie? – spytał Tom, patrząc na tę dwójkę.

Gdyby Róża spróbowała dowiedzieć się czegoś więcej, nie udałoby się jej. Internet ponownie odmówił współpracy, zostawiając po sobie upiorne poczucie niedosytu.

Jak na życzenie Jacoba, nad głową ocalałych niespodziewanie i z hukiem przeleciał helikopter, kompletnie ignorując wydarzenia pod nim. Na pewno zostali zauważeni, ich po prostu nie dało się nie zauważyć, a jednak mogli mieć w pełni uzasadnione wrażenie, że nikt nie zlituje się i nie wyląduje w pobliżu.

To wszystko musiało być popapranym, chorym snem. Coraz mniej było w nim zdarzeń, które dało się jakoś wytłumaczyć.

Blondynka, która przed chwilą przyjechała, przegryzła wargę. Od samego początku rozmowy trzęsły jej się ręce, nawet przed tym, nim zdążyła zamienić kilka słów z Jacobem. Wyglądała na zdenerwowaną, choć na tym polu i w tej sytuacji specjalnie się z tego powodu nie wyróżniała.

– Wzywaliście karetkę? – spytała, a potem spojrzała na jedną, która była przyczyną wypadku. – P-przepraszam, mam na myśli: jakąś pomoc? Kiedy to się wydarzyło?

Tłumaczeń oszczędziła lekarzowi kobieta ze złamaną nogą. Mężczyzna nie chciał marnować słów, być może nie miał na to siły lub ochoty. Cały czas otaczała go ta odpychająca bariera niedostępności, markotności. Widać to było aż nazbyt wyraźnie.

Kiedy przyjezdna rozmawiała z jedną z ofiar wypadku, Jacob próbował znaleźć aparat ze sprawną, naładowaną baterią – ewentualnie samą baterię, by móc połączyć się ze swoim przełożonym. Istniała nadzieja na kontakt z jedyną osobą, która faktycznie mogła coś w tej sytuacji zrobić. Pomóc.

Z jakiegoś powodu nie było jednak chętnych. Ludzie albo tłumaczyli się potrzebą oszczędzania baterii, albo rozładowanym telefonem. Niektórzy po prostu mówili "nie" – jak na przykład kobieta w różowym topie i spódnicy.

Plan Jacoba nie miał szans na powodzenie.

Podeszła do niego blondynka od czerwonego samochodu.

– Pan jest lekarzem, prawda? – spytała, z jakiegoś powodu jeszcze bardziej blednąc. Być może była chora. Być może tak wpłynęła na nią ujrzana sytuacja. – Mogę kogoś zabrać do szpitala swoim samochodem, tylko potrzebuję pomocy z… załadowaniem. – Trzymała w ręku telefon. – Jestem Faith.

W tym samym momencie na miejsce zajechał inny, również czerwony samochód.

*

Samochód minął ich w pośpiechu, przecinając chwilę ciszy, która zapadła po gwałtownej, histerycznej reakcji Francisa. Zapłakana dziewczyna stała przerażona, sparaliżowana, wpatrując się wielkimi oczami w olbrzymiego mężczyznę. Spodziewać mogła się wielu reakcji po takim "ataku" na nieznajomego, ale ta przerosła jej wszelkie wyobrażenia. Od razu zrozumiała, że nie dojdzie między nimi do żadnego kontaktu.

Mimo to spróbowała raz jeszcze.

– W lesie l-leży kobieta. Ratownik. Nie żyje. – Próbowała mówić cicho i zrozumiale. – Musi pan wezwać pomoc. Proszę.

Francis pozostał głuchy na te słowa, liczyło się dla niego jego własne bezpieczeństwo, które wspierane było silną wiarą w teorię dotyczącą wszystkich tych dziwnych sytuacji. Epidemia. Najlepszym sposobem było trzymanie się od ludzi z daleka, skoro każdy mógł być zarażony. Mężczyzna oglądał zbyt wiele filmów, by nie wiedzieć, jak mogła się skończyć zbytnia poufałość.

Której, co najśmieszniejsze, i bez takich sytuacji nie doświadczał.

Zostawił dziewczynę za sobą, ta zresztą nie próbowała go śledzić. Usiadła na tym samym kamieniu, który przed chwilą zajmował Francis, prezentując sobą obraz nieszczęścia i rozpaczy – rudzielec pozostał na to wszystko obojętny. Miał swój cel, nadeszła pora, by go wreszcie osiągnąć.

Nie wiedział, ile minęło mu czasu na spokojniejszej już wycieczce. Uważał, by zbytnio się nie zmęczyć, pamiętając o ostatnich efektach takiego działania. Spocony i tak był niemiłosiernie, śmierdział jak stado wołów, a pragnienie i wywołana tym suchość w ustach pozbawiła go resztek świeżego oddechu. Nigdy nie należał do przystojnych (co jest w jego przypadku przesadnym eufemizmem), ale teraz wykonał wszystko, absolutnie każdą czynność, by sprawiać wrażenie obrzydliwego i odrzucającego.

Po jakimś czasie (nie widział już dziewczyny, która wywołała w nim taką panikę) trafił na upragniony budynek stacji benzynowej z przytulonym do jego ścian barem. Na zewnątrz stały dwa samochody i rower. Oprócz tego na terenie było pusto, ludzie musieli być w środku.

Z baru zapachniało.

Biedny Francis nie mógł się zdecydować, czy bardziej chciało mu się pić, czy jeść.

Kasjer zdawał się nie rozumieć pytania zadanego przez rowerzystę, chociaż dał radę stanąć o własnych nogach. Tak, było to swego rodzaju osiągnięcie – został uderzony naprawdę mocno, czego efektem był rozbity, zakrwawiony nos, do którego ostrożnie przykładał chudą rękę. Przez chwilę się nie odzywał, dając upust swoim emocjom. Rozpłakał się bezgłośnie, stojąc bezradnie przed trójką swoich klientów. Można się było domyślić, że na razie nie jest zdatny do jakichkolwiek rozmów, a co dopiero do profesjonalnej obsługi gości stacji benzynowej.

Za plecami Travisa odchrząknął staruszek.

– Zostaw go, chłopcze, Josh chyba musi usiąść. – Wydawał się bardzo przejęty ujrzaną sytuacją, na którą zwyczajnie nie był przygotowany. Dobrze, że wiek nie wywołał u niego żadnych niepożądanych reakcji, które mogły skończyć się czymś znacznie poważniejszym. Nikomu nie brakowało przecież zawału starszej osoby. – Ta pani próbuje się dodzwonić na policję.

Kobieta, o której była mowa, pokręciła głową.

– Albo nie ma sygnału, albo nikt nie odbiera. Chyba zepsuł mi się… – przerwała i wykręciła jakiś inny numer. – Taak, musiał mi się zepsuć telefon, nie mogę się dodzwonić do domu.

Zebrani usłyszeli kolejne chlipnięcie poszkodowanego kasjera.

– Wojna…! Szef mówił, że jest wojna, mam zamknąć stację, bo jakaś epidemia! – Siedział na krześle, które przed chwilą przysunął sobie do lady. Dłonie miał ubrudzone własną krwią, a tę, która próbowała wydostać się z jego nosa, powstrzymywał kawałkiem przyłożonej szmatki. – Ludzie, nie rozumiecie?! – jęknął żałośnie.

Może przez irytację, może z bólu.

Gdyby Travis zdecydował się naprawiać rower mimo wszystkiego, co usłyszał, z pewnością na własną rękę byłby w stanie znaleźć narzędzia i przedmioty, które były mu teraz potrzebne. Sam mógł stwierdzić, że Josh do niczego mu się nie przyda. Chłopak był kompletnie załamany. Zdruzgotany.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 923
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

01 mar 2015, 17:31

Widząc że najwyraźniej nikt nie ma zamiaru ruszyć tyłka odpuścił w końcu, mówiąc jedynie ludziom, że skoro nie chcą żeby ktoś po nich przyjechał, to ich sprawa. Pokręcił sam do siebie głową i zostawił ich samym sobie. Niech się bujają. Spojrzał ponownie na blondynkę, która wcześniej go zagadywała. Miała samochód. Nim jednak powiedział cokolwiek na ten temat ona sama postanowiła się odezwać.

Skinął głową twierdząco, gdy ta zapytała czy jest lekarzem. Dziewczyna nie wyglądała najlepiej, ale cóż, wokół byli tacy, którzy wyglądali jeszcze gorzej. Także nie miał zamiaru się tym chwilowo przejmować. Przedstawiła się.

Jacob na pół sekundy, może sekundę zamarł, patrząc jej w stronę. Otrząsnął się jednak dość szybko. Faith, tak, Faith. Ładne imię, popularne imię w Stanach.
- Jacob – odpowiedział. Mimowolnie się uśmiechnął. "Załadowaniem", jakbyśmy mieli wieźć trupy. Pokiwał ponownie głową i wskazał dłonią w stronę wypadku, choć nie było to raczej konieczne. Czekała go najdłuższa wypowiedź od ostatnich kilku godzin.

- Są dwie osoby, które przydałoby się zawieść do szpitala. Jeden facet zemdlał, ma gorączkę, a kierowca dostał dość porządnie w głowę. Możemy upchnąć ich z tyłu. Nie widzę przeciwwskazań. Przy okazji na miejscu w końcu wezwie się tu jakąś pomoc – kompletnie zignorował drugi samochód. Nie było to teraz ważne, dopóki nie załatwił jednej sprawy. Jeśli tamten kierowca się zatrzyma i udzieli jakiejś pomocy, tym lepiej. Chwilowo jednak trzeba było się zająć tymi, którzy byli najbardziej poszkodowani. Jeśli tylko blondynka nie będzie miała jakichś wątpliwości, to z jej pomocą zaprowadzi, czy może bardziej zaniesie obu mężczyzn do samochodu. Oczywiście, miał zamiar też jechać. Musiał być na miejscu, na wypadku gdyby zaczęło się dziać coś nieoczekiwanego. I przy okazji dowie się w końcu w pieprzonym szpitalu o co chodzi z tą całą epidemią.

Ta jędza ze złamaną nogą pewnie znowu zacznie biadolić, ale miał już gotową odpowiedź, że z usztywnioną nogą nie dadzą rady jej z wszystkimi wcisnąć do samochodu. Od biedy pewnie by się jakoś udało, ale Jacob ani myślał się dla niej gimnastykować. Poczeka, nic jej nie będzie. Przy okazji umili życie wszystkim, którzy odmówili mu baterii. No proszę, jaki ten świat sprawiedliwy.

Nieco już uspokojony i zadowolony z faktu, że sprawy w końcu zaczęły iść w kierunku rychłego rozwiązania skinął na Faith i ruszył w stronę kierowcy. Może facet miał się już lepiej i odzyskał kontakt ze światem zewnętrznym. Dla kierowcy busa to nie był raczej pierwszy wypadek jaki widział w życiu, więc nie powinien pozostawać tak długo w szoku. Jakieś poważne obrażenia wykluczał raczej nadal, wyglądałoby to wtedy dużo gorzej niż rozcięty łuk brwiowy, gdyby tak wytrzymała część czaszki uległa uszkodzeniu.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 5 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Majestic-12 [Bot]
Liczba postów: 52206
Liczba tematów: 2973
Liczba użytkowników: 1047
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Nightmare
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.