Epoka

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

Epoka

02 lut 2015, 01:43

(kontynuacja tego posta)

Bus chwiał się jeszcze delikatnie, chociaż nic nie wskazywało na to, by miał zmienić swoją pozycję. Sytuacja była dramatyczna. Pasażerowie prawej strony pojazdu przelecieli na drugi bok, boleśnie obijając się o metalowe oparcia siedzeń, torby i ludzi, na których udało im się wylądować. Nie było ani sekundy ciszy. Panika w postaci pierwszych okrzyków, jęków rozpaczy i bólu opanowała bus już chwilę po przewróceniu.

W moment zrobiło się duszno i parno. Co dziwne, nie zbiła się żadna z szyb, co wpływało na szybko rosnącą temperaturę wnętrza "Jotki". Czuć było ostry, obrzydliwy pot, krew i wszystko to, co wylało się lub zmiażdżyło w trakcie wypadku. Kogoś o wyczulonym zmyśle powonienia mógł zaniepokoić delikatny swąd, który paraliżował wyobraźnię. Pojazd najwyraźniej gdzieś się palił.

Kierowca był nieprzytomny. Ucierpiał najbardziej ze wszystkich, choć jako jedyny był przypięty pasami. Nikt nie był jednak w stanie skupić się na jego stanie zdrowia, bo najważniejszym okazała się instynktowna potrzeba natychmiastowego opuszczenia busa po wypadku. Były na to dwie możliwości: albo postarać się przewrócić pojazd na właściwą stronę, ułatwiając tym samym dostęp do automatycznych drzwi po prawej, albo wybić przednią lub tylną szybę, pozwalając pasażerom wytoczyć się z przewróconego busa.

Młotek temu służący przymocowany był do siedzenia nieprzytomnego kierowcy.

Co było najgorsze, decyzje należało podejmować szybko, a przecież minęła dopiero chwila. Wszyscy byli w szoku, obici i obolali, co znacznie utrudniało koncentrację.

Istniała także trzecia opcja, którą należało uwzględnić. "Jotka" nie była w końcu taka wielka – osoba zwinna i sprawna mogła postarać się otworzyć drzwi siłą w przewróconym busie i podciągnąć się do wyjścia. Należało jednak założyć, że nie każdy (a w szczególności jeden z podróżnych) byłby w stanie tego dokonać.

Liczył się czas.

Najwięcej "do powiedzenia" mieli w tym przypadku pasażerowie pierwszych siedzeń: przyciśnięta do szyby, opalona kobieta (kurczowo zaciskająca ręce na rzucającej się i syczącej zawartości nosidełka) oraz mężczyzna, który spadł na nią z prawej strony. Wyglądał na Teksańczyka, ale mogły to być jedynie domysły, czasu na analizowanie korzeni po prostu nie było. Sportowy garnitur, który miał na sobie, był teraz okropnie ubrudzony i pognieciony. To oni, opisana dwójka, byli najbliżej kierowcy i, mimo że wszędzie walały się najróżniejsze siatki, torby i torebki, mieli najłatwiejszy dostęp do wyjścia. Co więcej, oboje byli przytomni i sprawni do działania.

– Wezwijcie karetkę! – wrzasnęła rozpaczliwie kobieta, która zajmowała dalsze miejsce. – Moja noga. Kurwa! Złamałam nogę! Pomóżcie mi!

– Wybijcie szybę! – dodała sąsiadująca pani, choć nieco mniej pewnie.

– Ruszcie się! Czuję spaleniznę!

Okrzyków było coraz więcej. Robiło się coraz cieplej.

Najwięcej skupionych było wokół drugiego i trzeciego rzędu siedzeń, bo aż siedem osób – cztery kobiety (w tym jedna, która nakazała wezwanie karetki) i trzech mężczyzn. Niektórzy stękali, inni krzyczeli o pomoc, słychać było też szloch. Reakcji było wiele, lecz nikt nie potrafił zdecydować się na nic konkretnego. Zdawało się, że każdym powodowała panika lub oszołomienie, czemu trudno było się dziwić.

Ostatni rząd zajmował krótkowłosy szatyn, którego szara bluza splamiona była krwią. Niedużą ilością, bo pochodziła z niezbyt głębokiej rany na prawym ramieniu. Odsłaniał ją rozcięty materiał i trudno było stwierdzić, co w obecnej sytuacji mogło ją spowodować. Prawdopodobnie wszystko. Leżał między dwoma panami – ten od góry drżał mocno, ale niewygodna pozycja nie pozwalała rannemu stwierdzić, co się z nim dzieje. Pod sobą miał potężnego, ciężko dyszącego mężczyznę, który śmierdział tak ostrym potem, że (mimo wszelkich innych wrażeń) aż kręciło się od tego w głowie. Ci ostatni mogli od biedy stłuc tylną szybę i w ten sposób stworzyć wszystkim możliwość wyjścia, jednak mieli znacznie mniejsze pole manewru niż para z przodu. Ograniczały ich także siedzenia, których nie dało się złożyć.

Najtrudniej miał mieć ten śmierdzący grubas, to było pewne.

– Rozbujajmy to – powiedział wreszcie pewien mężczyzna, ciemnoskóry, który obił twarz o metalowe oparcie. Wyglądał strasznie, lecz zdawał się nie zwracać na to większej uwagi. – Słuchajcie mnie, musimy coś zrobić, inaczej się tu spalimy. Trzeba pomóc tej kobiecie. Ktoś jest ranny? Co z kierowcą?

Choć starał się narzucić jakieś działanie, nie brzmiał pewnie. Jego głos drżał, zdradzając zdenerwowanie. Zadawał za dużo pytań, na które niewiele osób było w stanie odpowiedzieć. Był jednak pierwszą osobą, która coś zaproponowała. Reszta mogła się go posłuchać.

Mogła też zaproponować inne wyjście z tej chorej sytuacji.

Liczył się czas.

Widocznie ranny jest tylko Sławomir, choć niezbyt poważnie. Rana może szczypać od zabrudzenia.

Każdy czuje się poobijany.


Kolejność dowolna. Działajcie.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

01 mar 2015, 17:52

"Jeśli coś może pójść źle, to pójdzie. "

Sławomir zauważył ciało, chociaż z początku jego oczy dostrzegły duży obiekt, który prawdopodobnie nie miał nic wspólnego z ludzkim organizmem. Duży, czerwony obiekt. Dalsza obserwacja niepokojącego obiektu spowodowała w głowie Polaka kalkulację. Powoli układał on myśli, dodawanie dwa do dwóch było procesem długotrwałym, ale dokładnym. Mężczyzna zmrużył oczy i wpatrywał się w coś, co w żadnym razie nie mogło być ciałem człowieka. Nie było takiej możliwości.

Niestety, umysł Judith funkcjonował najwyraźniej szybciej. Niepokojące słowa kobiety pomogły mężczyźnie dojść do odpowiednich wniosków. Na twarzy Sławomira pojawiła się mina niedowierzania. Widok trupa ratownika był nie do zaakceptowania. Dlaczego ciało znalazło się tutaj, dlaczego martwa osoba znajdowała się w lesie? Jak do tego doszło?! Krew w samochodzie… czy to miało jakikolwiek związek?!

W normalnych warunkach, bez żadnych wypadków, bez zabitych, bez dezorientacji i niewiadomych ciemnooki nie przejmował się zbytnio ludzkością. Współpracował z nią, aby zapewnić sobie godziwe życie. Nic, co wybijałoby się ponad przeciętność. Żył we własnym świecie, gdy nic nie zmuszało go do wyjścia poza strefę komfortu. Powolna, pełna przemyśleń egzystencja. Skupienie się na osobistych problemach, dostosowanie się do swojego tempa, kierowanie się własnym rozsądkiem. Dlaczego w jednej chwili te założenia rozmyły się jak sen po przebudzeniu? Odludek poczuł, że nie może zostawić tego człowieka. Jego serce podpowiadało, że trzeba pomóc. Prawda ukazała się przed Sławomirem, objawienie nadeszło w najmniej spodziewanej chwili. Najważniejsi na świecie byli ludzie. Każda decyzja powinna być podejmowania przez uwzględnienie wspólnego dobra. Nawet jeśli to jednostkowo zdawało się kompletnie nieopłacalne – narażanie karku, pieprzone bohaterstwo, wychodzenie przed szereg – to w duchu trza było postąpić wbrew sobie. Dla dobra sumienia i zasad, bo bez nich było tylko bydło i mięso.

Ciemnowłosy chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił. Czuł pustkę w łbie, rozszerzająca się próżnia, która pozbawiała śmiałości w podjęciu komunikacji. Rozmowa nie miała sensu. Sławomir szybkim krokiem podszedł do ciała, nie zważając na reakcję towarzyszki. W tym momencie Judith nie istniała w świadomości Sławomira. Nie było dla niej miejsca. Liczył się tylko on i jego decyzje względem martwego. Czy na pewno martwego?

Polak był bardzo blisko poległego ratownika. Rozległe obrażenia szyi i mnóstwo krwi skutecznie demotywowały do sprawdzenia żywotności rannego biedaka. Sławomir nie miał zielonego pojęcia, jak udzielić teraz pomoc. Bez wahania, pod wpływem emocji, złapał za bark ratownika i potrząsnął nim delikatnie. Sławomir nie akceptował śmierci. Coś można było uczynić, aby tego człowieka postawić na nogi, do kurwy nędzy! Bezsilność, brak wiedzy wzmagało gniew. Emigrant był zdenerwowany swoją niekompetencją.

Jedynym, sensownym rozwiązaniem było ustalenie tożsamości ratownika i wezwanie pomocy. Sławomir przeszukał tylne kieszenie spodni zmarłego. Jeżeli znalazłby portfel, wyciągnąłby z niego kilka plastikowych kart, na których umieszczono nazwisko i imię nieboszczyka. Schowałby przedmioty do swojego portfela, cudzy odłożyłby tam, skąd go wyjął.

Sławomir odwrócił się zrezygnowany i pozbawiony sił. Był psychicznie bardzo zmęczony i zdołowany. Oczy tępe, pozbawione blasku.

– Wracajmy – powiedział półszeptem, a jego mowa była pozbawiona emocji. Pusty komunikat z równie pustego, beznadziejnego źródła.

Obcokrajowiec spróbował wrócić na autostradę.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 275
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

02 mar 2015, 20:47

Francis pożerał samochody wzrokiem; środek lokomocji był w tym momencie dla niego niemal równie ważny, co jedzenie. Możliwość szybkiego przemieszczania się z miejsca na miejsce była wręcz nieoceniona w całej tej sytuacji z epidemią. Oznaczała bowiem możliwość przedostania się gdzieś, gdzie było w miarę bezpiecznie. Plany, jakie snuł, opierały się na scenariuszu klęski/epidemii, z którym spotykał się najczęściej w filmach, grach, serialach, książkach i komiksach: motywem apokalipsy zombi, mimo że według jego dotychczasowych informacji niekoniecznie pasował do tego, co się dzieje. Jeśli udałoby mu się załatwić samochód, wypełnić ten samochód żarciem i uciec na jakieś zaopatrzone w internet odludzie, gdzie nie widziałby nikogo przez miesiące, gdzie byłby bezpieczny – byłby fenomenalnie urządzony, i to w obu scenariuszach. Zombi nie mogło być tam, gdzie nie było ludzi, i zarazy czy innej epidemii też nie. Rojenia o ogólnoamerykańskim nerdowisku chwilowo zostały zapomniane; musiały poczekać na to, aż dostanie dobre zaopatrzenie w internet i względne bezpieczeństwo personalne. Wtedy mógłby zacząć je realizować. Coś go tknęło; szybko wyciągnął telefon i sprawdził, czy chodzi tu internet, i czy chodzi szybko. Niezależnie od wyników… wiedział, że teraz zostaje, niestety, zmuszony do współpracy z normies. Potrzebował samochodu, i to bardzo. I potrzebował żarcia, jeszcze bardziej.

Wparował do środka, ogarniając wzrokiem całą sytuację, z wyrazem skupienia na nalanej twarzy. Coś w środku już zaszło, i to z całą pewnością. Jakiś dzieciak z rozbitym nosem płakał. Miał na sobie uniform, który sugerował, że tu pracował. To mogła być szansa, której Francis potrzebował. Wiedział jednak, że nie prezentuje się zbyt dobrze dla tych mieszkańców zewnętrza; musiał, jakkolwiek odrażające mu się to by nie wydawało, kolaborować z nimi. A skoro musiał, równie dobrze mógł mieć w tej kolaboracji dominującą pozycję, lub się o nią postarać. Ten dzieciak, skoro tu pracował, musiał mieć jakiś samochód. I był teraz osłabiony, i w szoku… Francis, mimo tego, że był… specyficzny, nie był totalnym idiotą. Wykorzystanie tego było okazją, której nie mógł w tym momencie przepuścić.

Podszedł do dzieciaka szybkim i zdecydowanym krokiem, skierował w jego stronę palec i powiedział głośno:

Ty jesteś odpowiedzialny za to miejsce?

Francis wiedział, że prawdopodobnie, jakkolwiek nieprawdopodobne by się to wydawało, tak właśnie sprawa wyglądała. Nikt nie przyszedł mu na pomoc w sytuacji kryzysowej, która najwyraźniej chwilę temu miała miejsce. Gość musiał być sam na zmianie, więc, niemalże nie czekając na odpowiedź, Francis wyciągnął portfel z kieszeni, wyciągnął kilka stów, nie liczył ich nawet dokładnie, ale więcej niż pięć, walnął nimi o kontuar, pozwalając, żeby wyśliznęły mu się z tłustej ręki, opadając w nieładzie na blat, i mówił dalej, podniesionym głosem i napięciem w nim utrzymując dzieciaka w stanie oszołomienia:

Masz tu samochód? Bierzesz teraz tę forsę, bierzemy całe żarcie, jakie tu jest, i wyjeżdżamy. Powiem ci, gdzie jechać. Słyszałeś? WOJNA JEST, DZIECIAKU, EPIDEMIA! RUSZAJ SIĘ, JEŚLI CHCESZ ŻYĆ! – mówił coraz gwałtowniej, pod koniec niemalże wydzierając się gościowi – Joshowi, jak mówiła plakietka – prosto w twarz. Miał nadzieję, że to wystarczy, żeby Josh zaczął wykonywać jego polecenia. Na innych nie zwracał uwagi, dopóki go nie zaczepili. Nie mógł teraz pozwolić sobie na zbytnie szaleństwa; nie, dopóki nie wyjedzie stąd sam albo z tym dzieciakiem.

Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

03 mar 2015, 16:05

Róża w pełnym przerażenia milczeniu czytała post wklejony na bloga, raz po raz przesuwając spojrzenie od początku do końca wpisu, szczegółowo oglądając makabryczne zdjęcia i dokładnie lustrując tekst w poszukiwaniu rzeczy, które mogła ominąć. Była w tym cichym, lekko katatonicznym rodzaju szoku. Garbiła się i podnosiła barki wysoko w nieudolnych próbach schowania się w samej sobie. Trawiła straszne informacje powoli, dochodząc do wniosków po zbyt długim czasie.

Zadrżała i obróciła się do Damiena. Jej oczy były szeroko otwarte, a telefon trząsł się jej w dłoniach.

N-nie jest prawdziwe? A wszystkie te komunikaty rządowe? One też nie są prawdziwe? Autor n-nie mylił się także co do tego, że trudno jest się z czymkolwiek połączyć, a Internet d-działa słabo. Spójrz.

Wskazała palcem przekreśloną literkę “i" u góry ekranu.

Nie działa. Nic nie działa.

Zanim schowała komórkę do kieszeni, pokazała zdjęcia z załadowanej strony Tomowi i wtajemniczyła także swoją niewielką grupę towarzyszy.

Musimy się pośpieszyć. Mam złe przeczucia.

Jej szybki krok zakrawał o bieg kogoś uciekającego w panice. Niemalże, ale nie do końca.

Musiała się uspokoić. Nie ma się czego bać, powtarzała sobie w myślach jak jakąś chorą mantrę, gorączkowo i raz za razem. Nie ulegnie panice. Nie podda się swoim emocjom. Musiała być silna. Silna i pewna siebie. Minęły już te czasy, kiedy chowała się pod kołdrą przed każdym dźwiękiem, jaki dochodził z jej skrzypiącej szafy. Minął strach, jaki czuła, kiedy nad głową, za pochyłą, zieloną ścianą jej pokoju słyszała tupot mysich stóp. Kiedy chowała się przed gniewem niezadowolonego ojca, jego krzykiem i gorącą frustracją, która tak ją paliła. Przed jego słowami, które uderzały jak bicze. Minęło, wszystko minęło.

Otarła oczy dłonią i mocnej zacisnęła swoją drugą rękę na torbie, żałując, że nie czuje znajomego ciężaru nosidełka. Czuła się przez to wytrącona z równowagi. Złamana.

Była dorosła, a wokół niej znajdowali się ludzie, którzy być może potrzebowali wsparcia bardziej, niż ona sama. Daj sobie spokój.

Nie sądzę… nie sądzę, by udało nam się wezwać pomoc, nawet ze stacji. Musimy działać na własną rękę. Szpitale pewnie i tak pracują już dwadzieścia cztery godziny na dobę i nikt nie będzie chętny przyjąć kolejnych poszkodowanych. Trzeba będzie zorganizować coś samemu, jakąś żywność, wodę, cokolwiek. Miejmy nadzieję, że na stacji nie spotka nas żadna przykra niespodzianka.

Była paranoikiem. Ale to nie szkodzi, nie szkodzi. Trzeba było coś zrobić. Musiała się czymś zająć. Czymkolwiek, naprawdę. Czymś, żeby odciąć się od wszystkich tych myśli, jakie wypływały na powierzchnię, kiedy zaczynała panikować.

Shit.
Awatar użytkownika
Grynfa
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

03 mar 2015, 22:25

Zachowanie kasjera, choć uzasadnione, nieco rozczarowało Travisa. Josh, czy jak mu tam było na imię, za nic w świecie nie chciał się uspokoić, mocno utrudniając chłopakowi zdobycie przedmiotów, dla których zawitał na stację. No cóż… Skoro znowu nie mógł polegać na innych, pozostała próba odnalezienia potrzebnych narzędzi lub materiałów samemu. W końcu sklepik nie był zbyt duży, a ryzyko przeoczenia jakiegokolwiek pomocnego przedmiotu nie należało do największych.

Łańcuch nie był mocno uszkodzony, brakowało tylko jednego z metalowych pinów łączących ogniwa, prawdopodobnie leżącego głęboko w ściółce leśnej parę mil wstecz. Znalazł kolejny sposób na rozwiązanie tego problemu – w ostateczności mógł je połączyć wystruganym w odpowiedni sposób kawałeczkiem gałęzi, tylko jakim? Nie mógł przecież wsadzić elementu o zbyt dużym przekroju – nie pozwalałby on na poruszanie się sąsiednich ogniw w miejscu spojenia, a miejscowo usztywniony łańcuch mocno ograniczał możliwości i prowadził do kolejnych uszkodzeń. Zaś kawałek drewna pozwalający na ruch sąsiednich ogniw wypadłby przy najmniejszej nierówności – wystruganie końcówek w sposób temu zapobiegający było niemożliwe przy jego nikłych umiejętnościach rzeźbiarskich.

Travis snuł się więc po sklepie, uważnie i szybko lustrując jego asortyment. Lwią część półek zajmowały różnego rodzaju produkty spożywcze, których zapas z pewnością przydałoby się uzupełnić. Chłopak wybierał żywność wysokokaloryczną, o małej objętości, by w plecaku zmieściło się jej jak najwięcej – 10 czekolad mlecznych, 4 orzechowe, 8 batonów i z braku lepszych alternatyw 3 paczki suszonych owoców – od razu podliczał kwotę, jaką mu przyjdzie zapłacić, nie chciał znów zdawać się na załamanego kasjera. Wszystko trzymał w rękach, przeglądając kolejne półki – nic ciekawego jednak nie znalazł. Bądź co bądź przy kasie też były półki, na których znajdowały się być może inne niż żarcie produkty.

Rzeczywistość potwierdziła słuszność jego teorii – oprócz gum do żucia (które w ilości 5 dołożył do zakupów, w końcu pozwalały nieźle oszukać głód) pożywienia tam nie było. Znalazł zaś zapalniczki i od razu zabrał 3. Uderzające było, jak wiadomość o wojnie podziałała na chłopaka – zamiast panikować lub nie dowierzać wolał dmuchać na zimne i zbierać zapasy, wystarczające na parę dni podróży. Ciągle odrzucał myśl o dzwonieniu do matki, czekającej w Mersenton – chociaż telefony i tak nie działały, więc nie miał lepszej alternatywy. Wrócił do przeglądania półek. Papierosy, alkohol, kawa rozpuszczalna, baterie, pinezki… Pinezki? Jak mógł o tym nie pomyśleć? Wbite w drewno, ograniczyłyby skutecznie płaszczyznę ruchu drewnianej części. Rozwiązanie problemu z rowerem było takie banalne, że jeszcze przez chwilę stał oszołomiony, wpatrując się w pudełko z niedowierzaniem.

Huk ponownie otwieranych drzwi wyrwał Travisa z zamyślenia. Chłopak instynktownie odwrócił się. To co zobaczył i poczuł nosem, wzbudziło w nim odruch wymiotny. Przepocony spaślak wlazł, czy raczej wtoczył się do środka. I szedł w jego stronę, co było w tym wszystkim najgorsze. Travis złapał więc szybko pudełko pinezek, wyciągnął z portfela 50$ i rzucił je na ladę. Produkty ledwo kosztowały cztery dychy, ale o to nie dbał, dbał za to o to, by poruszający się z głodem w oczach grubas nie wydarł mu ich z rąk i zaczął pożerać wraz z opakowaniami. Chłopak wszedł między półki, kątem oka zauważając, że to nie on był celem nowego klienta. Nie był to z pewnością najlepszy dzień w życiu Josha. Travis słyszał słowa grubasa, który wyglądał na nie zdającego sobie sprawy, w jakim stanie jest jego rozmówca. Whatever, rozwiązywania cudzych problemów miał już dość, trzeba było w końcu zająć się sobą. Wyszedł z budynku trzaskając głośno drzwiami.

Niestety wyposażenie stacji nie zawierało stolików na zewnątrz, więc zakupione produkty musiał ustawić na ziemi, obok swojego środka transportu. Wyciągnął z plecaka całą jego zawartość. Musiał ułożyć ją w bardziej ekonomiczny sposób, inaczej spora część żywności po prostu by się nie zmieściła, głównie przez pękatą paczkę chipsów. Suszone owoce, czekolady, batony i ledwo upchane kanapki nie zostawiały miejsca na resztę produktów. Butelka napoju wciśnięta do bocznej kieszeni plecaka była ostatnią rzeczą, którą z trudem tam zmieścił. Na asfalcie pozostały zapalniczki, gumy, chipsy, pinezki i uszkodzony łańcuch. Zapalniczki wraz z gumami powędrowały do kieszeni spodni, a chipsy miały poczekać na spożycie po dokonaniu naprawy łańcucha.

Travis wyciągnął nóż z kieszeni i skierował się w stronę lasu, pozostawiając swój dobytek przed wejściem do sklepiku. W końcu odchodził tylko parę metrów, a nawet jeśli dalej, to co komu po popsutym rowerze? Szybko znalazł gałązkę o odpowiedniej, prawie centymetrowej średnicy, odciął ją nożem i wrócił na stację. Po okorowaniu i delikatnym wystruganiu pasowała niemal idealnie, pozostawiając niewielki, potrzebny do działania mechanizmu luz. Przyciął definitywnie za długi kawałek do wymaganego rozmiaru, nabił z jednej strony pinezkę, włożył prowizoryczną część w miejsce zgubionego pina, wbił pinezkę z drugiej strony, uniemożliwiając drewnianemu walcowi ruchy na boki i upewnił się co do tego, że ograniczniki nie wypadną, przybijając je delikatnie okutą rękojeścią noża sprężynowego. Po wykonanej naprawie wcisnął pudełko pinezek do przepełnionego plecaka, delikatnie założył łańcuch na przerzutkę, wsiadł na siedzonko i sprawdził, czy naprawa odniosła zamierzony skutek.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 263
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

04 mar 2015, 16:14

Brak samochodów trochę zastanawiał młodego mężczyznę. Dużo podróżował i była to bardzo niecodzienna sytuacja. Drogi powinny być zapełnione o tej porze. Całe szczęście, nie miał czasu i ochoty rozmyślać o przyczynie takiej sytuacji. Z pedałem gazu wciśniętym w podłogę połykał kolejne kilometry asfaltowej drogi. Czuł pot na plecach oraz dłoniach, co chwilę rozglądał się na boki czy nie widać gdzieś czerwonej Toyoty. Niemożliwe aby samochód głupiej kobiety nagle wyparował.

Musiał wymyślić jakiś plan działania. Złapanie sprawcy wypadku to jedno, ale co zrobić dalej? Musi podejść do sprawy bardzo rozważnie. Po pierwsze, oceni status majątkowy kobiety. Wpierw zażąda pieniędzy. Wiedział już, że to nie będzie mała kwota. Nie dosyć, że policzy sobie za szkodę, koszty napraw to jeszcze musi brać pod uwagę to, że musiał sam gonić sprawczynię. Weźmie po prostu całą gotówkę którą będzie miała w portfelu. Jeśli się na to nie zgodzi to zapewne ograbi ze wszystkich wartościowych rzeczy jakie będzie posiadała. Zaczynając od telefonu, kończąc na skarpetkach. Wolał nie wyobrażać sobie co zrobi z jej samochodem gdy kobieta nie będzie dysponować pieniędzmi.

Rozmyślając nad swoim ambitnym planem, minął jakiegoś grubasa i kobietę. Chciał się zatrzymać, ale nie było widać nigdzie poszukiwanego samochodu. Zignorował towarzystwo i jechał dalej. Nie miał czasu żeby przesłuchiwać wszystkich mijanych ludzi. Jak się potem okazało, podjął słuszną decyzję.

Czerwony samochód zaatakował jego oczy. Zatrzymał samochód kawałek za Toyota. Tablice się zgadzały. Nie było mowy o pomyłce. Kyle wyłączył silnik swojego samochodu i chwycił plecak, który leżał na fotelu pasażera. Rzeczy znajdujące się w nim wolał mieć przy sobie. Nie wiedział czy zaraz nie wywiąże się z tego większa afera. Wyciągnął kluczyki ze stacyjki i wysiadł z samochodu. Pewnym krokiem ruszył w kierunku zbiorowiska ludzi. Jeśli miał być szczery to mało obchodziła go sytuacja zebranych ludzi. Dla niego liczyła się tylko właścicielka czerwonej Toyoty. Miała przejebane.

– Przepraszam, kurwa. Do kogo należy ta czerwona Toyota? – zadał głośno pytanie gdy był już na tyle blisko aby każdy go dostrzegł. Swój wzrok skupił na dwóch blondynkach, które były najbliżej niego. Któraś z nich była tą cipą, która rozwaliła jego Volvo.

Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

07 mar 2015, 12:13

Które z nich mogło spodziewać się tego, co właśnie zobaczyli? Oboje wiedzieli, że ciemny las po dość niespodziewanym (tajemniczym?) wypadku to niezbyt odpowiednia opcja na spacer, ale w życiu nie pomyśleliby wcześniej, że trafią tu na miejsce… morderstwa.

Nie, to nie mogło być niczym innym. Nieznany im mężczyzna (Sławomir nie doszukał się niczego w jego kieszeniach) wyglądał jak po rzezi. Krwi wokół ciała było tak wiele, że trudno było uwierzyć, że należy tylko do tego ratownika – jej smród, odór całego wydarzenia, potu, ziemi wwiercał się w nozdrza, obrzydzając. Judith powstrzymała głośno odruch wymiotny i odsunęła się kilka kroków, zupełnie jakby miało ją to odciąć od znaleziska.

Mieli odpowiedź, tu był ratownik. Człowiek, który mógłby im pomóc po wypadku…

Dopiero teraz Sławomir z towarzyszką mieli okazję poczuć, jak bardzo głupio postąpili, idąc samotnie w las. Czuli to. Byli sami, nikt nie wiedział, dokąd się udali. Dodatkowo trafili na gorącego, zmasakrowanego trupa.

Nie mieli kogo poinformować, kogo wezwać na to miejsce. Telefon Judith pozostał obojętny na sytuację, nadal nie znajdując nawet kreski zasięgu.

Sławomir zdawał się zdezorientowany, ale tylko przez chwilę. Nie mogąc pogodzić się z odkrytą śmiercią, szturchnął ciało, brudząc sobie przy tym dłonie krwią. W leśnych ciemnościach mogła wyglądać równie dobrze na brud, jednak jej zapachu nie dało się pomylić z czymkolwiek innym. Polak wyraźnie przygasł – człowiek na ziemi, jak można było podejrzewać, w żaden sposób nie zareagował na dotyk.

Rudowłosa drżała na całym ciele. Skinęła nieznacznie głową, gdy Sławomir wydał jedyne słuszne w tej sytuacji polecenie, ale nie ruszyła od razu.

P-powinni… Dla policy – wytłumaczyła się mało zrozumiale i wyciągnęła telefon przed siebie. Z widocznym na twarzy obrzydzeniem zrobiła zdjęcie, wcześniej ustawiając odpowiedni tryb pracy aparatu. Nie spojrzała, jak wyszła fotografia. Telefon natychmiast schowała do kieszeni skórzanej kurtki. – Slawomir, bardzo się boi.

Jej słowa były wyprane z emocji, a właśnie to – paradoksalnie – świadczyło najlepiej o przerażeniu Judith. Razem ze Sławomirem szli przez chwilę, starając oddalić od miejsca zdarzenia. Nie odzywali się do siebie.

Z minuty na minutę robiło się coraz ciemniej. Podążali śladem oznaczonych przez Sławomira drzew, co okazało się niezwykle pomocne w ich przypadku – trudno było się w obecnych warunkach odpowiednio skoncentrować.

Marsz przerwał im dziwny dźwięk po prawej stronie. Judith pisnęła w zaskoczeniu, najwyraźniej przyzwyczajona do otaczającej ich ciszy. Usłyszeli to ponownie.

A potem zobaczyli.

Zza drzew wyłoniła się kolejna postać. Pierwsza rzuciła się w oczy charakterystyczna, czerwona kamizelka – kolejny ratownik. Przecież… Gdyby się nad tym zastanowić – załoga karetki rzadko kiedy składała się z jednej osoby, gdzieś musieli się znajdować pozostali.

– Mój Boże! – wykrzyknęła Judith, a w jej głosie pojawiła się wyraźna ulga. Wskazała ręką kierunek, skąd wracali właśnie ze Sławomirem. – Tam leży człowiek, ktoś z karetki, on chyba… nie żyje. Nie żyje, znaleźliśmy go przed chwilą, wszędzie jest pełno krwi!

Postać (kobieta, co można było stwierdzić, gdy odrobinę się zbliżyła) odwróciła gwałtownie głowę na słowo "tam", ale zaraz potem wróciła spojrzeniem na znalezioną dwójkę. Wyglądała i poruszała się dziwnie, nie odzywała się. Kobieta musiała być w szoku, nie odezwała się ani słowem.

Powłóczyła nogami. Czarne buty szurały irytująco po ściółce, ale ratownik nie podnosiła nóg, zdawała się nie być w stanie.

– Proszę pani?

Zero odpowiedzi.

Ratownik uniosła jedną rękę. Dzieliło ją od Sławomira i Judith jakieś trzy i pół metra, lecz ciągle się zbliżała. Widocznych było coraz więcej szczegółów: jej blada, brudna twarz, którą wykrzywiał dziwny grymas, pomalowane usta, brązowe włosy związane w wysoki kucyk. Nienaturalnie zgięte palce wyciągniętej dłoni.

Judith z jakiegoś powodu odsunęła się o krok, ciągnąc za rękę Sławomira.

– Coś jest z nią tak, Slawomir – stwierdziła, zapominając o przetłumaczeniu swoich słów na polski. Zaraz się poprawiła. – Ona chybi jest chora. Proszę pani! Rozumie mnie pani?

Wtedy kobieta otworzyła usta. Była już na tyle blisko, że mogli to ujrzeć – zęby całe w krwi, usta nie pomalowane, a tylko nią ubrudzone. Ślady brudu na twarzy…

Ratownik jęknęła przeciągle, patrząc na nich. Był to jęk pełen bólu.

Zbliżała się.

*

Cipa, która rozwaliła auto czarnoskóremu mężczyźnie, zbladła jeszcze bardziej. Blondynka otworzyła szerzej swoje wielkie, niebieskie oczy i pokręciła głową, nie odpowiadając jednak od razu. Strach, który powoli przyjmował znamiona zwykłego, ludzkiego przerażenia, był aż nadto widoczny na jej twarzy. Kyle musiałby być idiotą, by nie domyślić się od razu, kto był sprawcą stłuczki. Swój cel osiągnął, znalazł kierowcę – pytaniem zostało, co miało wyjść z planowanej z nim… rozmowy.

Robiło się coraz później, a był przecież umówiony w Mersenton. Należało się spieszyć.

Dziewczyna od razu wiedziała, że rozbiła samochód nieodpowiedniej osobie (nie wspominając o nieodpowiednim zachowaniu tuż po wydarzeniu). Wystarczyło spojrzeć na mężczyznę, który ją dogonił – wysoki, postawny, czarny, na którego twarzy malowało się czystej postaci wkurwienie. Niemądrze byłoby go teraz zignorować. Wystarczyła odrobina instynktu, by wiedzieć, jak źle mogłoby się to dla niej skończyć.

– Czerwona Toyota należy do mnie – odpowiedziała cicho Faith, nieświadomie trochę się odsuwając. – B-bardzo pana przepraszam, spanikowałam. Zapłacę za szkody, proszę mi tylko pozwolić pójść po portfel.

Trzeba było jej przyznać – myślała szybko i trzeźwo. Nawet jeśli tylko grała, doskonale budowała wizerunek osoby uległej i skorej do współpracy. Posłała kwaśne spojrzenie plecom Jacoba, który opuścił ją w niekorzystnym momencie, i ruszyła w stronę swojego samochodu, oczekując, że poszkodowany podąży za nią. W pewnym momencie będzie mógł dostrzec, że kobieta ma portfel wypchany dolarami.

Cóż, jeśli zamierzał wcielić w życie wcześniejsze plany… ten dzień mógł okazać się całkiem dobrym dniem.

– Dobra, ile pana zadowoli? – Kyle usłyszał rezygnację w głosie blondynki, gdy ta zadała pytanie z portfelem w dłoniach.

Jacob mógł tylko wyliczać, ile już zrobił dla tej niewdzięcznej grupy. Pomoc, chęć pomocy, sprawne załatwienie transportu dla poszkodowanych osób, gdy tylko pojawiła się taka możliwość – drażnić mogło, że cały ten wysiłek nie został w żaden sposób doceniony.

Lekarz równie dobrze mógł to jednak zignorować i zająć się tym, czym teraz należało. Nie przejmować niepotrzebnie i skupić. Coraz mocniej w tym wszystkim przeszkadzała mu potrzeba zapalenia kolejnego papierosa. Uzależnienie było bezlitosne i odzywało się w tych najmniej odpowiednich momentach – gdyby mężczyzna się odwrócił, zobaczyłby jednak, że dziwna konwersacja, w którą wdała się poznana chwilę wcześniej Faith, dała mu trochę więcej czasu przed swoistym "załadunkiem" rannych do samochodu. Zdąży zapalić. Najpierw jednak…

Kierowca.

Nadal nie wyglądał najlepiej, ale znacznym pocieszeniem okazała się jego przytomność. Staruszek miał otwarte oczy, poruszał się, próbował nawet dźwignąć na łokciach, by odrobinę unieść. Zaraz opadł jednak z powrotem na plecy, pozwalając sobie na głośne westchnięcie.

– Wody.

Brzmiał nieprzyjemnie, miał okropnie zachrypnięty głos. Odzywał się jednak, poruszał i zdawał w pełni odzyskiwać świadomość. Brakowało jedynie pytania, które świadczyłoby całkowicie o jego przytomności. Zadał je dosłownie trzy sekundy później:

– Co… się stało?

Los najwyraźniej uznał, że Jacob dawno nie miał okazji odpowiedzieć na to pytanie.

W kieszeni spodni kierowcy lekarz ujrzał charakterystyczną wypukłość – to nie mogło być nic innego jak telefon komórkowy.

*

Jedynie Róża mogła zrozumieć, co w jej głowie nakazało dalszy marsz – informację należało przecież przekazać reszcie ocalałych, tymczasem zachowała ją dla siebie, dzieląc jedynie z towarzyszami wyprawy na stację benzynową. Nie mieli wyjścia – wszyscy ruszyli, od razu narzucając sobie zabójcze tempo.

Minęli nowy samochód, a chociaż Tom bąknął coś na temat pomocy ze strony kierowcy Volvo, został zignorowany przez resztę. Nie mogli zostać tu wiecznie, nie po tym, co zobaczyli na ekranie telefonu Róży, nie po tym całym syfie, który mieli za plecami. Dość tego, działać, zrobić cokolwiek, co pozwoli im zrozumieć tę sytuację. Wszystko to motywowało do drogi.

Wszystko to na swój sposób frustrowało.

Szli tą samą drogą, którą wcześniej udał się otyły, rudowłosy facet, istniała jednak mała szansa, że po takim czasie gdzieś go spotkają. Damien mruknął pod nosem coś obraźliwego, kierowanego niewątpliwie pod adresem Francisa. Nie znał co prawda jego imienia, znalazł jednak wiele zastępczych nazw, dość pomysłowych, by go określić. Z jakiegoś powodu nim gardził, co do tego nikt nie miał żadnych wątpliwości. Ciemnoskóry mężczyzna nie znalazł jednak osoby chętnej do podjęcia tematu nienawiści.

Mijały minuty, robiło się powoli coraz ciemniej. Było za wcześnie, by ciemności ograniczały ich widoczność, jednak grupa dostała wystarczający sygnał, że należało się pospieszyć. Nikt nie chciał, by zastał ich po drodze wieczór. Stacja na szczęście nie była daleko.

Miauknięcie przerwało chwilę ciszy, która zapadła wśród idących.

Jedno, drugie. Trzecie – przeciągłe i charakterystyczne – zwróciło uwagę wszystkich na pobliskie drzewo po lewej.

– To chyba ten twój kot – stwierdził pusto Damien, zwracając się do Róży. Wskazał palcem wysokie drzewo i zakreślił kółko w miejscu, skąd zwisał biały ogon. – Twój, prawda?

Tom prychnął, wznosząc oczy do góry.

– Chyba nie na tym powinniśmy się teraz skupić, nie? To tylko kot.

"Tylko kot" ponownie miauknął. Tym razem rozdzierająco.

*

Chłopak myślał trzeźwo, choć nietypowo. Gdy kobieta na stacji powoli wpadała w panikę, staruszek z kolejki bez skutku próbował z kimś się połączyć, a kasjer… pogrążał się w swojej prywatnej, obezwładniającej rozpaczy – Travis wziął sprawy w swoje ręce. Przyjechał naprawić rower, więc zamierzał to zrobić – bez względu na niesprzyjające okoliczności. Wiadomość o wojnie nie była czymś typowym (co śmiało można było brać za eufemizm), a jednak nie wytrąciła z równowagi rowerzysty. W jego rękach znajdowało się stopniowo coraz więcej produktów, które z jakiegoś powodu uznał za przydatne.

Przez chwilę kręcił się po sklepie, wydając głuchy na rozmowy reszty klientów.

Zapłacił przy kasie, nikt jednak nie przejął się w obecnej sytuacji jego pieniędzmi. Jeśli położył za mało – miał właśnie wygrać darmowe produkty. Josh kompletnie zapomniał o roli, jaką pełnił na stacji benzynowej, skupiony na próbie uspokojenia szlochu i powstrzymania krwotoku. Potrzebował pomocy, to było widać na pierwszy rzut oka.

Na to Travis też miał pozostać obojętny? Najwyraźniej.

Francis chyba oszalał – być może oślepł. Nie sądził chyba, że jego słowa i pieniądze zdziałają coś w sytuacji, którą miał możliwość teraz przed sobą ujrzeć. Krzyczał o wojnie i epidemii do młodzieńca o zakrwawionej twarzy. Warto się było zastanowić chwilę, nim wparował na teren stacji z takimi słowami.

Wywołał natychmiastową panikę.

Dodatkowo… to była krew. Jak Francis, będąc świadomy, co się aktualnie działo, był w stanie przebywać tak blisko zakrwawionej osoby? Przestał się bać, zmienił priorytety?

Kobieta z kolejki krzyknęła. Telefon wypadł jej z ręki, ale nie schyliła się, by go podnieść. Starszy mężczyzna cofnął się i oparł plecami o najbliższą półkę. Jeżeli druga, obca osoba przybiegała na teren stacji z informacją o wojnie (uzupełniając ją o epidemię), coś musiało być na rzeczy. Atmosfera w pomieszczeniu zrobiła się gęsta i naprawdę nieprzyjemna.

– Nie mam samochodu. Przywozi mnie wuj – stwierdził głucho kasjer, zaskakując wszystkich. Zdawało się przecież, że kompletnie spanikował. – Weź pan swoje pieniądze – wydusił z pogardą.

Cisza trwała tylko chwilę.

– Kurwa, dobrze, ja mam samochód – warknęła nieznana Francisowi kobieta. – Ten gówniarz do niczego się teraz nie nadaje. Jeśli mi zapłacisz, pojedziemy moim autem. Tylko… – Wyraz twarzy nieznajomej mógł świadczyć tylko o tym, jak bardzo brzydziła się choćby rozmowy z przepoconym rudzielcem. – Wytłumacz, o co chodzi. Co się stało? Jaka, kurwa, wojna?

Rower zdawał się działać bez zarzutu. Travis nie mógł przewidzieć, jak długo wytrzyma naprawiona przez niego część, jednak teraz był w stanie ruszyć w dalszą drogę. Nie słyszał dialogu, który prowadzili ludzie wewnątrz stacji – odciął się od nich. Miał swój wypełniony różnymi produktami plecak, swój rower. Miał paczkę chipsów, która nigdzie się nie mieściła. Tylko od niego zależało, co zrobi i gdzie się uda.

Wojna. Czy to możliwe, by tak po prostu wybuchła… wojna?

Robiło się coraz później. Jeśli zamierzał dotrzeć do Mersenton, należało jechać.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 915
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

07 mar 2015, 14:14

- Karetka wpadła w busa – powtórzył po raz kolejny, bezczelnie wyciągając papieros i wkładając go do ust.

- Niech pan nie wstaje, szkoda sił. Zaraz pana zabierzemy do szpitala, żeby tam to obejrzeli i zszyli. Do tego czasu proponuję leżeć – mówił dalej, w kącie ust trzymając papieros. Nie przejmował się zbytnio tym, że ludzie nie cenili jego pomocy. Przecież do tego przyzwyczajony był już chyba każdy lekarz na świecie, nawet ci najmłodsi, a Jacob miał za sobą już nieco czasu w zawodzie. Jedyne co słuchali to pretensje. Ludzie szybko przestawali irytować, zamiast irytacji wkraczała zwykła obojętność. Zadziwiające, że człowiek był w stanie się przyzwyczaić do niemal wszystkiego.

Zerknął za siebie, szukając wzrokiem Faith. Nie było jej. Znaczy, była, ale nie tam gdzie miała być. No pewnie. Kobieta stała niemal w tym samym miejscu co wcześniej gadając z jakimś czarnuchem. Nie wyglądało to na nic ważnego, a przynajmniej nie na tyle ważnego, żeby się tym zajmować akurat-kurwa-teraz. Jacob spojrzał na kobietę, która wydawała się… wystraszona? Czarni, kurwa ich mać.

- Zaraz wrócę, w samochodzie będzie czas na rozmowę – mruknął do kierowcy, aby uciąć wszelkie ewentualne pytania, jakie ten mógł zadać. Przy odrobinie szczęścia to uderzenie w głowę zapewniło mu na tyle cierpliwości, żeby nie biadolił.

Ruszył szybkim krokiem w stronę samochodu blondynki. Oczywiście po drodze zapalił trzymany w ustach papieros. Od ostatniego minęło już pewnie kilkanaście dobrych minut, albo i więcej. Gdyby był w szpitalu byłoby to nic, tam przerwy pomiędzy papierosami przeżywały drastyczny wzrost, nawet i kilkukrotny. Ale w tym wypadku związek przyczynowy był prosty – kolejny papieros.

Chowając zapalniczkę w kieszeni był już prawie obok nich. W całej tej zgrai brakowało tylko wyłudzającego pieniądze murzyna. A przynajmniej tak wyglądała cała sytuacja.

- To kiepski moment na rozmienianie pieniędzy – powiedział głośno.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

07 mar 2015, 15:33

Pisk towarzyszki wyrwał Sławomira z mrocznego fantazjowania. Polak błądził myślami. Przemierzał on drogę, po jej obu stronach oglądał obrazy beznadziei. Swojej nieudolności. Nic nie mógł zrobić z zabitym mężczyzną. Gdyby ciemnooki postępował logicznie, nie powinien on obwiniać siebie. Jednakże instynkt wziął w swoje panowanie osobowość szatyna. Prawdziwa natura pokonała rozsądek.

Ciemność pożerała światło. Nadchodziła noc. Nadchodziła słabość.

Postać ubrana w kamizelkę ratownika szła niezdarnie ku dwójki osób. Namorski zmrużył oczy. Natychmiast spadła na jego głowę świadomość tego, że będzie musiał poinformować ratownika o jego zamordowanym koledze. Niespodziewany przypływ gorąca wypełnił ciało emigranta. Czuł, że popełnił gdzieś błąd. Coś mu kazało negatywnie o sobie myśleć. Spojrzał w swoje splamione krwią dłonie. Zignorował niezrozumiałą mowę koleżanki. Czerwień na skórze, zapach pobudzający zmysły. Sławomir prawie się porzygał. Jego dłoń odruchowo zmierzała ku ust. Polak nagle oprzytomniał. Powstrzymał odruch, aktywował się drugi. Wytarł ręce o swą bluzę.

Przypomniał sobie o obecności dwóch osób. Usłyszawszy swoje imię, Sławomir raz jeszcze powrócił do uważnego rejestrowania tego, co się wokół niego działo. Trudno mu było panować nad swoim umysłem. Polakowi bardzo się nie spodobał obraz wyciągniętej ku niemu ręki. Ratowniczka z każdym krokiem stawała się widoczniejsza.

Wspomnienie o chorobie. Krew na zębach. Sławomir spanikował. Zobaczył on potwora w ludzkiej skórze. To coś nie mogło być normalne! Ciemnooki postanowił uciekać.

Wyciągnął baterię, którą sobie przywłaszczył. Cisnął przedmiotem w głowę bladej kobiety. Mężczyzna odwrócił się do Judith.

– Uciekaj!

Awatar użytkownika
Grynfa
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

08 mar 2015, 13:05

Szczęście widocznie sprzyjało Travisowi. Pobyt na stacji przyniósł pozytywne, przynajmniej dla niego, zakończenie, a niedawno otrzymane niezbyt miłe informacje nie wpłynęły, ba, nawet ułatwiły chłopakowi zebranie się do kupy. Wymyślił, jak naprawić rower, wykonał swój plan i teraz testował możliwości już działającego jednośladu. Travis nie pokładał wielkich nadziei w prowizorycznej części, jednak łańcuch był chociaż chwilowo cały. Leżąca na asfalcie paczka chipsów przypomniała mu o ostatniej rzeczy, jaką miał do załatwienia na stacji – posiłku. Chłopak zsiadł więc z pojazdu, opierając go o ścianę i podniósł rzeczy, które pozostawił na ziemi. Ostrożnie zamknął nóż sprężynowy, zablokował ostrze i schował do kieszeni spodni, po czym otworzył chipsy i opierając się o parapet okna sklepiku, zaczął je konsumować.

W miarę, jak kolejne chrupki znikały z paczki, coraz bardziej myślał o wojnie, o której informację niedawno otrzymał. Początkowo, w przeciwieństwie do reszty osób, które wciąż panikowały za ścianą – przecież nadal słyszał ich niezrozumiałe krzyki – nie wziął jej na poważnie, uznając za wyjątkowo paskudny żart szefa Josha. Do czasu, gdy wpadający do środka grubas nie zaczął wykrzykiwać czegoś o epidemii, Travis był raczej spokojny, gdy zaś naprawiał rower – nie miał za bardzo czasu i chęci na filozofowanie. Teraz, gdy wykonał plan, nie miał już czym zająć myśli i wiadomość o wojnie dotarła do jego świadomości. Nie wątpił już w prawdziwość informacji, w końcu co zmusiłoby do biegu takiego spaślaka, jak nie zagrożenie życia? Pożałował, że opuścił budynek, może dowiedziałby się czegoś więcej? Zawsze można było zawrócić, wejść ponownie do środka. Oznaczałoby to jednak niekonsekwencję, której wolał uniknąć. W końcu powody, dla których opuścił sklepik były nadal tak samo ważne i palące jak i dwadzieścia minut wcześniej. Skąd miał pewność, że z trwającej za ścianą awantury to on nie wyjdzie teraz z połamanym nosem?

Nawet nie zauważył, kiedy zjadł wszystkie chipsy z paczki, którą to trzymał w ręku. Puste opakowanie zgniótł i rzucił wściekle o drzwi sklepiku. Dlaczego wszystko musiało się jebać? Dlaczego nic nie mogło iść zgodnie z planem? Nie spodziewał się, że akurat ta pandemia okaże się być zabójcza dla ludzkości, przecież co roku koncerny medyczne straszą coraz to nowymi odmianami chorób, od razu oferując za wygórowaną cenę szczepionkę. Coś musiało wymknąć się spod kontroli, drobnoustrój się zmutował i mamy teraz zabójczą chorobę bez lekarstwa. Nie żeby się tego nie spodziewał, zabawa w Boga musiała się tak skończyć.

Wstał nagle, założył plecak, wsiadł na rower i ruszył w dalszą podróż w stronę z stronę Mersenton, zostawiając grupkę w budynku z ich problemami. W końcu – co oni go obchodzili, miał własne sprawy do załatwienia. Starał się nie myśleć o powodzie, dla którego udał się do miasta, jedyną możliwością przekonania się o tym, że mama jest żywa i zdrowa było osobiste tego sprawdzenie, a nie przejmowanie się tym teraz, gdy nie mógł nic zrobić. Dźwięk rozmowy wyrwał go z rozmyślań. Ktoś zbliżał się z drugiej strony. I musiały być to przynajmniej dwie osoby, bo kto gada sam ze sobą?

Z zadowoleniem przekonał się o prawdziwości swoich przypuszczeń, gdy za zakrętem spotkał aż czwórkę nieznajomych osób. Średniego wzrostu kobieta w różowych okularach i trójka mężczyzn patrzyli na koronę jednego z buków, tocząc rozmowę. Piskliwe miauknięcie i mignięcie kawałka czegoś białego wśród listowia uświadomiły Travisowi, czego ta grupka poszukuje na drzewie. Myślał, że tego dnia już nic go nie zaskoczy, jednak ratowanie kota w obliczu szalejącej epidemii nie było bynajmniej typowe, przewidywalne i racjonalne. Poczekał chwilę, w oddaleniu obserwując rozwój wypadków. Mężczyźni nie byli prawdopodobnie zbytnio zainteresowani zwierzakiem, bo po chwili zostawili kobietę z tyłu, wciąż podążając w jego kierunku – widać było, że go zauważyli. Z bliska dostrzegał kolejne detale, świadczące o tym, że i oni doświadczyli czegoś nieprzyjemnego – jeden z nadchodzących miał mocno obitą twarz. Grupka nie zdradzała oznak zarażenia wirusem – a przynajmniej nie były one widoczne. Po chwili namysłu podszedł więc do nich i zalał potokiem pytań, na które tak gorączkowo poszukiwał odpowiedzi.

– Potrzebujecie państwo pomocy? Czy wiecie cokolwiek o tej epidemii, o której grubas, który przed wami dotarł do stacji, wrzeszczał? Kto panu tak obił twarz? Czy Mersenton jest już sparaliżowane? – tyle pytań na początek, miał nadzieję, że sytuacja choć trochę się wyklaruje. Może ci ludzie wiedzieli choć trochę więcej od niego?

Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

09 mar 2015, 15:43

Róża podskoczyła z zaskoczenia, usłyszawszy serię jękliwych miąuknięć. Ich wydźwięk przyprawił ją o strach, który tylko spotęgował widok białego jak śnieg ogona wśród gałęzi. Uniosła dłoń do piersi i zamarła na chwilę. Na jej twarzy zagościł udręczony wyraz.

Sir Bacon! – jęknęła.

Odwróciła się do towarzyszy.

Nie czekajcie. Muszę się tym zająć, jakkolwiek absurdalnie to brzmi. Przepraszam, za chwilę was dogonię…

Ruszyła się z miejsca jeszcze mówiąc. Czuła, że tracenie czasu nie jest zbyt mądrym pomysłem. Mimo to, nie mogła po prostu przejść dalej obok białej piękności. Martwiła się o niego przez cały czas. Chyba jej sumienie by ją pożarło, gdyby nie odpowiedziała na rozpaczliwe wołania kiciusia. Zatrzymała się przed wysokim drzewem i spojrzała w górę, skupiając spojrzenie na ogonie.

W jednej chwili jej głowę wypełniła niepewność. Miała się wspiąć na drzewo? Za kotem? Może byłoby to fajną zabawą, gdyby przez cały czas nie akompaniowały jej jęki kota, z którym Bóg wie co się w tej chwili działo. Ręcę jej drżały. Nie była nawet pewna, czy potrafiłaby wspiąć się nawet metr, zanim nie runęłaby ciężko na ziemię, zapłakana i rozdarta. Co w ogóle robił sir Francis na drzewie? Ten kot był dziwny, nawet jak na kota. Pamiętała, jak pewnego razu syn jej przyjaciela wrzucił go do basenu. Francis absolutnie nic sobie z tego nie zrobił, nawet nie próbował prostestować, nic. Cokolwiek wpędziło go na drzewo i wywołało taki atak paniki, musiało być naprawdę poważną rzeczą.

Cofnęła się o krok.

Z doświadczenia wiedziała, że próbować ściągnąć kota z drzewa czy innego miejsca, w którym akurat chce przebywać, to prawdziwa męka. Ktokolwiek podejmował się tak heroicznego zadania, zasługiwał na jej szacunek.

Rozdarta między rozsądkiem, sumieniem i miłością do kotów, Róża odwróciła się powoli od drzewa, niemalże sparaliżowana. W kącikach oczu miała zalążki łez. Nie miała czasu na… nie wierzyła, że o tym myśli… na pogoń za kotem.

Damn it, damn it, damn it, damn it!

Chyba zwariowała. Zostawić kota na pastwę losu to jak zabić.

Wracając, powtarzała sobie, że sir Francis Bacon, podobnie zresztą jak ona, jest już dorosły i potrafi sobie poradzić w życiu. Ale mimo tego nie potrafiła wyrzucić z głowy obrazu kociaka o białej sierści, o włos unikającego kół szaleńczo jadącego samochodu.
Miała zapamiętać ten niefortunny moment strachu i rozpaczy do końca życia. Tyle razy mówiła sobie, że nie zostawi już swoich kotów, że będzie się nimi opiekować. Dzisiaj już dwa razy złamała te obietnice i bolało ją to jak jasna cholera.

Za dużo stresu. Za dużo biegania, adrenaliny, łez i żałosnych prób wzięcia się w garść. Boże, powinna coś zrobić ze swoim charakterem, albo chyba tu zaraz umrze.

Darnnnnnnn!

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 10 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52147
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1043
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Ponczolinio
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.