Epoka

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

Epoka

02 lut 2015, 01:43

(kontynuacja tego posta)

Bus chwiał się jeszcze delikatnie, chociaż nic nie wskazywało na to, by miał zmienić swoją pozycję. Sytuacja była dramatyczna. Pasażerowie prawej strony pojazdu przelecieli na drugi bok, boleśnie obijając się o metalowe oparcia siedzeń, torby i ludzi, na których udało im się wylądować. Nie było ani sekundy ciszy. Panika w postaci pierwszych okrzyków, jęków rozpaczy i bólu opanowała bus już chwilę po przewróceniu.

W moment zrobiło się duszno i parno. Co dziwne, nie zbiła się żadna z szyb, co wpływało na szybko rosnącą temperaturę wnętrza "Jotki". Czuć było ostry, obrzydliwy pot, krew i wszystko to, co wylało się lub zmiażdżyło w trakcie wypadku. Kogoś o wyczulonym zmyśle powonienia mógł zaniepokoić delikatny swąd, który paraliżował wyobraźnię. Pojazd najwyraźniej gdzieś się palił.

Kierowca był nieprzytomny. Ucierpiał najbardziej ze wszystkich, choć jako jedyny był przypięty pasami. Nikt nie był jednak w stanie skupić się na jego stanie zdrowia, bo najważniejszym okazała się instynktowna potrzeba natychmiastowego opuszczenia busa po wypadku. Były na to dwie możliwości: albo postarać się przewrócić pojazd na właściwą stronę, ułatwiając tym samym dostęp do automatycznych drzwi po prawej, albo wybić przednią lub tylną szybę, pozwalając pasażerom wytoczyć się z przewróconego busa.

Młotek temu służący przymocowany był do siedzenia nieprzytomnego kierowcy.

Co było najgorsze, decyzje należało podejmować szybko, a przecież minęła dopiero chwila. Wszyscy byli w szoku, obici i obolali, co znacznie utrudniało koncentrację.

Istniała także trzecia opcja, którą należało uwzględnić. "Jotka" nie była w końcu taka wielka – osoba zwinna i sprawna mogła postarać się otworzyć drzwi siłą w przewróconym busie i podciągnąć się do wyjścia. Należało jednak założyć, że nie każdy (a w szczególności jeden z podróżnych) byłby w stanie tego dokonać.

Liczył się czas.

Najwięcej "do powiedzenia" mieli w tym przypadku pasażerowie pierwszych siedzeń: przyciśnięta do szyby, opalona kobieta (kurczowo zaciskająca ręce na rzucającej się i syczącej zawartości nosidełka) oraz mężczyzna, który spadł na nią z prawej strony. Wyglądał na Teksańczyka, ale mogły to być jedynie domysły, czasu na analizowanie korzeni po prostu nie było. Sportowy garnitur, który miał na sobie, był teraz okropnie ubrudzony i pognieciony. To oni, opisana dwójka, byli najbliżej kierowcy i, mimo że wszędzie walały się najróżniejsze siatki, torby i torebki, mieli najłatwiejszy dostęp do wyjścia. Co więcej, oboje byli przytomni i sprawni do działania.

– Wezwijcie karetkę! – wrzasnęła rozpaczliwie kobieta, która zajmowała dalsze miejsce. – Moja noga. Kurwa! Złamałam nogę! Pomóżcie mi!

– Wybijcie szybę! – dodała sąsiadująca pani, choć nieco mniej pewnie.

– Ruszcie się! Czuję spaleniznę!

Okrzyków było coraz więcej. Robiło się coraz cieplej.

Najwięcej skupionych było wokół drugiego i trzeciego rzędu siedzeń, bo aż siedem osób – cztery kobiety (w tym jedna, która nakazała wezwanie karetki) i trzech mężczyzn. Niektórzy stękali, inni krzyczeli o pomoc, słychać było też szloch. Reakcji było wiele, lecz nikt nie potrafił zdecydować się na nic konkretnego. Zdawało się, że każdym powodowała panika lub oszołomienie, czemu trudno było się dziwić.

Ostatni rząd zajmował krótkowłosy szatyn, którego szara bluza splamiona była krwią. Niedużą ilością, bo pochodziła z niezbyt głębokiej rany na prawym ramieniu. Odsłaniał ją rozcięty materiał i trudno było stwierdzić, co w obecnej sytuacji mogło ją spowodować. Prawdopodobnie wszystko. Leżał między dwoma panami – ten od góry drżał mocno, ale niewygodna pozycja nie pozwalała rannemu stwierdzić, co się z nim dzieje. Pod sobą miał potężnego, ciężko dyszącego mężczyznę, który śmierdział tak ostrym potem, że (mimo wszelkich innych wrażeń) aż kręciło się od tego w głowie. Ci ostatni mogli od biedy stłuc tylną szybę i w ten sposób stworzyć wszystkim możliwość wyjścia, jednak mieli znacznie mniejsze pole manewru niż para z przodu. Ograniczały ich także siedzenia, których nie dało się złożyć.

Najtrudniej miał mieć ten śmierdzący grubas, to było pewne.

– Rozbujajmy to – powiedział wreszcie pewien mężczyzna, ciemnoskóry, który obił twarz o metalowe oparcie. Wyglądał strasznie, lecz zdawał się nie zwracać na to większej uwagi. – Słuchajcie mnie, musimy coś zrobić, inaczej się tu spalimy. Trzeba pomóc tej kobiecie. Ktoś jest ranny? Co z kierowcą?

Choć starał się narzucić jakieś działanie, nie brzmiał pewnie. Jego głos drżał, zdradzając zdenerwowanie. Zadawał za dużo pytań, na które niewiele osób było w stanie odpowiedzieć. Był jednak pierwszą osobą, która coś zaproponowała. Reszta mogła się go posłuchać.

Mogła też zaproponować inne wyjście z tej chorej sytuacji.

Liczył się czas.

Widocznie ranny jest tylko Sławomir, choć niezbyt poważnie. Rana może szczypać od zabrudzenia.

Każdy czuje się poobijany.


Kolejność dowolna. Działajcie.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 264
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

09 mar 2015, 23:27

Faith miała szczęście. Można było powiedzieć, że dzisiejszego dnia wygrała życie. Powodem tej wygranej była duża liczba osób wokół niej oraz spora ilość gotówki w portfelu. Kobieta nawet sobie nie wyobrażała co by ją spotkało gdyby znalazła się tutaj sama bez pieniędzy. Kyle zastanawiał się czy profilaktycznie nie przetrzepać jej skóry, ale duża liczba świadków odsunęła go od tego pomysłu. Nerwowo zaciskając pięści obserwował poczynania młodej blondynki.

Trzeba było przyznać, że nawet było na czym zawiesić oko. Nie był to co prawda jego typ, ale nie miał nigdy nic przeciwko białoskórym kobietom. Złapał się nawet na tym, że odprowadzając ją wzrokiem do samochodu patrzył na jej tyłek. Lekko zacisnął zęby i odgonił lubieżne myśli. Szybkim krokiem ruszył w kierunku Toyoty. Oczy prawie wyszły mu z orbit gdy zobaczył zawartość portfela. Uśmiechnął się szeroko i zaczął kalkulować w głowie. Nie zamierzał oszczędzać.

– Niech pomyślę. Najlepiej nowa klapa od bagażnika, wgnieciony zderzak, być może uszkodzona belka, tutaj trzeba będzie wyklepać, zbita lampa, wylakierować najlepiej całą karoserię żeby nie było różnicy w grubości, siła uderzenie pewnie uszkodziła wydech i może bak. Jeszcze muszę doliczyć to, że, kurwa, musiałem Cię ścigać bo spierdoliłaś z miejsca wypadku. Nie ma taryfy ulgowej. Cztery osiemset. – powiedział nadal nieźle zagrzany. W czasie jego podliczania przypałętał się jakiś tajemniczy jegomość. – A Ty, wypierdalaj. – pokazał Jacobowi środkowy palec i nie poświęcał więcej uwagi.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 924
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

10 mar 2015, 15:37

Spojrzał na czarnucha z politowaniem. Większość z tych jebanych zwierząt nigdy się nie nauczą jak żyć w świecie większym niż czubek ich nosa. Biorąc pod uwagę ile ludzi było wokół, to pokazywanie środkowego palca było najodważniejszym aktem, na jaki zapewne tego gościa było stać. No, oprócz pierdolenia czegoś o wydechach, bakach, zderzakach i pieniądzach.

- Kultury jeszcze mniej niż mózgu. Każdy z twoich współplemieńców tak ma? Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, to był tu wypadek, więc zbieraj swoje luźne porty i zmień miejsce pobytu zamiast utrudniać dowiezienie ludzi do szpitala – zakpił z niego, przystając jakieś dwa, dwa i pół metra od rozmawiających. Wyciągnął papieros z ust, aby nie przeszkadzał mu mówić i wypuścił z płuc niewielki kłąb dymu. Trochę nikotyny zawsze pomagało uspokoić myśli. Nie pomagały w tym za to zjeby genetyczne pokroju tego człowieka. Tyle tysięcy lat ewolucji, a nadal chodzą po świecie. Gdzie był błąd i kto go popełnił.

Jacob nieszczególnie przejęty czekał na reakcję drugiej strony. Papieros trzymał w uniesionej ręce, przy ustach, jakby miał zamiar za moment znów z niego pociągnąć. Drugą ręką podrapał się po brzuchu przez koszulę. W gruncie rzeczy nic go tam szczególnie nie swędziało, ale co mu szkodziło.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

10 mar 2015, 16:14

Wyglądało na to, że zaraza nie doszła jeszcze do stacji. Pod Francisem niemalże ugięły się nogi z ulgi; tej opcji bał się najbardziej. Teraz przynajmniej miał możliwość zaopatrzenia się w zapasy.

Plan wypalił, co prawda nie do końca w sposób, w jaki przewidywał Francis, ale jednak póki co wszystko układało się dobrze. Zostawił stówę na blacie, resztę dał kobiecie, po czym ruszył plądrować sklepik, zabierając tyle gotowej żywności, ile tylko mógł. Naładował zupkami chińskimi, daniami w 5 minut, batonami i innym zwartym, zajmującym mało miejsca towarem zarówno plecak, jak i dwie reklamówki, w trymiga, z doświadczeniem kogoś, kto typowych na rozkładach sklepów z żarciem zna się jak na własnej kieszeni. Co prawda rozkład tego akurat sklepiku zbyt imponujący nie był – ale w niczym to, oczywiście, nie przeszkadzało. Przez cały czas mówił, tłumacząc kobiecie, o co właściwie chodzi.

Epidemia. Uderzył, bardzo niedawno, jakiś nowy, bliżej niezidentyfikowany wirus, którego jednym z objawów jest powodowanie nadmiernej agresji u ludzi. Śmiertelny. Szybko się rozprzestrzenia. Chaos wszędzie, nic nie działa. Byłem w wypadku, kraksie, niedaleko, spowodowanym przez zarażonych, uciekłem tu, na pogotowie ani policję nie można się dodzwonić. Informacja z radia i z internetu o wojnie, walkach na ulicach. Jasne? Cud, że jeszcze tu nie dotarł ani wirus, ani wojna. Trzeba uciec gdzieś, gdzie nie ma ludzi, gdzie w miarę bezpiecznie, i czekać, aż kurz opadnie. Ale plany zaraz. Teraz zapasy.

Po chwili plądrowania zorientował się, że stówa, jaką zostawił, prawdopodobnie nie wystarczy, i dorzucił jeszcze dwie, żeby być już spokojny. Ładował wszystko, co miało długą przydatność do spożycia, nie było kłopotliwe w przygotowaniu i było w miarę syte do reklamówek. Łącznie uzbierał trzy pełne różnego żarcia worki i plecak, do tego trzy duże, pięciolitrowe butle wody mineralnej. Serce mu się krajało, biorąc wodę zamiast czegoś w stylu coca coli, ale, jak sobie powiedział, sacrifices must be made.

Chodźmy, nie ma czasu - powiedział do kobiety, kiedy już skończył gromadzenie zapasów, i zaczął znosić je do samochodu. – Wy też wiejcie, jeśli życie wam miłe – rzucił na odchodnym do reszty.

Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

11 mar 2015, 17:36

Ciekawym było, jak szybko w głowie człowieka pojawiały się próby wytłumaczenia sytuacji, której nie miało się podstaw rozumieć. Jak szybko niedoinformowany umysł tworzył pewne teorie, które w moment urastały do formy przekonującego tłumaczenia – łączyły się ze sobą podejrzenia, usłyszane czy przeczytane wiadomości (teraz, wcześniej), z czego rodziły się fakty, w które człowiek chętnie wierzył.

Potrzebował przecież czegoś, co pozwoliłoby mu rozumieć – sytuację, zachowanie, zjawisko…

Głowa młodego Travisa pełna była podobnych myśli. Podróż ze stacji, którą opuścił w zrozumiałych nerwach, minęła mu przez to naprawdę szybko. Miał się na czym skoncentrować, nad czym zastanawiać, co w napiętej sytuacji potrafiło pomóc i jakkolwiek zredukować stres. Chłopak zmuszony był wrócić myślami do rzeczywistości, gdy natknął się na grupkę ludzi.

Nie zastanawiał się, od razu zaatakował pytaniami.

Damien zmarszczył się już po słowie "epidemia". Wyraz-pułapka, jak się zdawało.

– Chuja wiemy, proszę pana – warknął od razu w odpowiedzi, chociaż wskazywało to raczej na frustrację mężczyzny, nie jego agresywne nastawienie. Jego dwóch towarzyszy początkowo się nie odezwało, najwyraźniej dziwiąc nagłym zasypem pytań. – Idziemy na stację benzynową, żeby wezwać pomoc, mieliśmy wypadek na drodze do Mersenton.

Wtrącił się Tom.

– Przed chwilą tamta dziewczyna znalazła w Internecie jakieś informacje o epidemii. A grubas…

– …a grubas spierdolił z miejsca wypadku, gdy tylko pojawiła się taka możliwość. Wrzeszczał coś? Mówiłem, że znalazł coś w tym swoim, kurwa, telefoniku – dodał, zwracając się do swoich towarzyszy. Wrócił spojrzeniem na Travisa. – Wie pan cokolwiek?

Travis nie wyglądał na zdziwionego informacją o epidemii.

– Pomocy na stacji raczej nie znajdziecie, chyba że chodzi o żywność. Kasjer został pobity, dostępu do internetu nie ma, telefony nie łapią sygnału… A jeśli o grubasa chodzi, to wpadł do środka, wywrzaskując o epidemii. Żadnych szczegółów nie wyjawił i próbował przekupić kasjera, by go zabrał autem, czy coś z tego wyszło – nie wiem, bo zaraz opuściłem stację. – Rowerzysta gestykulował spokojnie, gdy opowiadał. Biło od niego opanowanie.

– Jebany – skwitował ciemnoskóry mężczyzna.

– Przestań już, Damien – wtrącił Tom. – Jestem Tom, to jest Damien, a to… – zatrzymał się, patrząc pytająco na trzeciego mężczyznę.

– Rick – przedstawił się krótko.

– Rick, tak. Za nami jest Róża, ona znalazła informację o epidemii. I zdjęcia – mruknął cicho Tom, kręcąc głową. – U nas też nikt nie może się nigdzie dodzwonić, to jakieś szaleństwo. Mamy kilku rannych, przyjechały jakieś dwa samochody, ale nie widzieliśmy, jak to się rozwinęło…

Mężczyzna, który przed chwilą po raz pierwszy się przedstawił, od jakiegoś czasu intensywnie wpatrywał się w Różę. Może w obecnej sytuacji nie wydawało się to nikomu zabawne, ale sprawiał wrażenie osoby zagubionej w jakimś innym, nierealnym świecie.

Wrócił do dziewczyny, która najwyraźniej poddała się, świadoma niepowodzeń w przypadku szalonych akcji ratunkowych kota. Uśmiechnął się niepewnie.

– Jeśli masz przy sobie jedzenie dla swojego kota, zostaw je tutaj. Może to go sprowokuje do zejścia z drzewa. No i… nie martw się. Może uda ci się tu wrócić, rowerzysta mówi, że na stacji jest ten sam problem z połączeniami.

Ani słowa o epidemii, czarnych scenariuszach czy innych sprawach, o których człowiek nie chciał teraz słuchać. Mężczyzna albo nie był świadom zagrożenia, o którym krzyczało wszystko wokół niego, albo nie zamierzał przejmować się tym przedwcześnie.

– Jeszcze się nie przedstawiłem, przepraszam. Jestem Rick. Nie powinnaś teraz… – zaczął cicho, dobierając odpowiednie słowa. – Nie kot jest teraz priorytetem, przepraszam, ale to mam na myśli. Powinnaś się martwić o siebie, Różo.

Niespodziewana przemowa milczącego dotąd Ricka zaczynała się robić coraz dziwniejsza.

– Dzieją się jakieś dziwne rzeczy, których nie rozumiemy. Cokolwiek teraz sobie myślisz, najważniejsze są teraz odpowiedzi na pytania. Nie znajdziesz ich pod tym drzewem. Musimy najp… – przerwał i zmarszczył brwi. – W sumie nieważne. Twój kot schodzi z drzewa.

Odwrócił się na pięcie i skierował do niedalekiej grupki. Zostawił dziewczynę, nie pozwalając na nawiązanie jakiegokolwiek sensownego dialogu. Dziwak. Na pewno dziwak. Zupełnie jakby Róży mało było na dzisiaj przeżyć – wydawało się, że jeszcze chwila i dziewczyna będzie przeciążona, przeładowana. Już teraz sprawiała wrażenie naprawdę zmęczonej psychicznie.

Sir Bacon naprawdę schodził. Z gracją godną przerażonego zwierzaka, powoli, mocno wbijając się pazurami w pień drzewa. Przypominał powiększoną, białą wiewiórkę, która nie do końca odnajduje się w roli eksploratora leśnych drzew. Wyglądało to żałośnie, kot nie dał zresztą rady zejść na sam dół. W pewnym momencie po prostu odskoczył, spadając z drzewa.

Jakże inaczej niż na cztery łapy.

Napuszył się jak wielka, gustowna szczota i przyległ ciałem do ziemi.

Damien skupiony był na nowym źródle informacji.

– Kto pobił kasjera? Ile tam jest osób?

*

Wytłumaczenie Francisa nie należało do szczególnie impresywnych, a jednak nieznana mu kobieta uległa – z jakiegoś powodu, choć nie mogła zrozumieć całej tej sytuacji, również zaczęła błąkać się po stacji, skupiając wyłącznie na rudzielcu. Ciągle zadawała jakieś pytania, chwytając po drodze losowe produkty.

– Skoro nie ma z niczym połączenia, skąd tyle wiesz? Uciekłeś z miejsca zdarzenia? Ktoś został ranny? Nikt wam tam nie pomógł? Gdzie niby będzie bezpiecznie?

Zapłaciła za produkty, nie zwracając większej uwagi na kasjera. Jak już zauważyła, był bezużyteczny. Równie dobrze mogli zabrać ze sobą znalezione produkty bez płacenia, prawdopodobnie nikt nie starałby się ich zatrzymać. Sytuacja była komiczna, a jednak nikt się nie śmiał. Każdy czuł – świadomie, podświadomie – że dzieje się coś złego. Napięta, niepokojąca atmosfera stresowała, ale trudno było znaleźć teraz cokolwiek, co mogłoby ją rozładować.

Staruszek prychnął, obserwując tę dwójkę. Opanował się odrobinę i przeszedł na drugą stronę lady, by udzielić pomocy poszkodowanemu kasjerowi. Pod nosem mówił coś o braku serca i zrozumienia – jego słowa ginęły jednak w szeleście paczek, siatek i sreberek.

– Ciemnozielony minivan – rzuciła kobieta, informując, który samochód należy do niej.

Trwało to chwilę, opuścili stację benzynową. Oboje byli obładowani i ten stan tylko wzmagał wrażenie nierealności i jakiejś dziwnej przesady. Nie reagowali zbyt gwałtownie? Musieli wyglądać dziwnie, ich zachowanie naprawdę mogłoby śmieszyć…

…gdyby tylko mieli kogoś, kto mógłby to obserwować. Wokół było pusto.

Ciemnozielony Chevrolet Venture stał po prawej stronie.

Kobieta zastąpiła jednak drogę podejrzanemu rudzielcowi.

– Najpierw Twoje dane. Możesz sobie płacić, ale chcę wiedzieć, kogo wpuszczam do auta. Pokażesz mi dowód, odpowiesz mi na pytania – proszę bardzo. Tył samochodu do twojej dyspozycji.


*

Faith nawet się specjalnie nie przejęła, gdy usłyszała grubo przesadzoną kwotę. Uniosła lekko brwi, nagle odzyskując spokój.

– Pan żartuje – stwierdziła cicho, grzebiąc jednocześnie w portfelu. Przeliczała powoli, przekładając banknoty zgrabną, zadbaną dłonią. – Czterysta trzydzieści dolarów – oznajmiła i wyjęła pieniądze. – Proszę. Przepraszam za kłopot – dodała, patrząc w oczy czarnoskóremu.

Zadrżała mimowolnie, ale zdawała się nie zwracać uwagi na zaproponowaną przez Kyle’a kwotę. To był idiotyzm, nawet ona wiedziała, że jego zachcianka była przesadzona na tyle, ile tylko mogła być. Nikomu nie zależało na angażowaniu policji – Faith w końcu była sprawcą, a dodatkowo uciekła z miejsca stłuczki. Podejrzewać można było jednak, że i jej ofierze nie uśmiechało się spotkanie z odpowiednimi służbami.

Co więcej, poznany chwilę temu lekarz wspominał o trudnościach z jakimikolwiek połączeniami. Tę sprawę musieli załatwić tu i teraz.

Coraz więcej osób skupionych było na tej rozmowie – szczególnie wtedy, gdy dołączył do niej Jacob. Jego wypowiedź sprawiła, że blondynka zamknęła na chwilę oczy; wyraz jej twarzy interpretować można było jedynie jako "kurwa mać, tylko nie to".

– W porządku, to moja wina… – wtrąciła, patrząc w oczy lekarzowi. Zaciskała nerwowo wargi. – Co z tym kierowcą? Można go… załadować? – spytała, trzymając jednocześnie wyciągniętą w stronę czarnoskórego dłoń z pieniędzmi. Wyglądało na to, że dla niej sprawa była skończona. – Jest już dosyć późno, powinniśmy jechać.

Wepchnęła zadośćuczynienie w obcą dłoń i podeszła do auta, by wrzucić do torebki portfel. Wyciągnęła małą paczkę cienkich papierosów. Również zapaliła.

*

Uciekaj?

Nie trzeba było tego powtarzać towarzyszce. Bateria wycelowana w ratownika trafiła dokładnie tam, gdzie miała trafić. Uderzona kobieta nie zatrzymała się jednak, nie zareagowała w żaden normalny, zrozumiały dla uderzonego człowieka sposób – szła dalej, przyspieszając, jakby jej jedynym pragnieniem było zbliżenie do napotkanych w lesie osób. Wyszczerzone zęby raziły krwistym, obrzydliwym brudem, zza których wydobywał się paskudny zapach.

Kobieta jęknęła cicho, za późno jednak, by twierdzić, że dźwięk spowodowany był bólem po dość mocnym uderzeniu baterią.

Pomijając krew, opłakany stan ciała i ubrań – było w niej coś przerażającego. Tyle zobaczyć mogli Judith i Sławomir, zanim odwrócili się i zaczęli uciekać.

Trzask, który towarzyszył łamanym przez nich gałązkom, ich głośne, spazmatyczne oddechy, szelest ubrań – wszystko to zagłuszało kroki za plecami, kroki podążającej za nimi kobiety. Gdyby się odwrócili, widzieliby ją. Ciągle pozostawała w zasięgu wzroku, zdawała się przyspieszać, ewidentnie ich goniła. Przerażenie było najlepszą motywacją do ucieczki.

Pędzili.

Pędzili tak szybko, jak pozwalały im na to trudne warunki, coraz słabsze światło, niepewność, rosnące zmęczenie i trudności z regularnym oddechem. Gdzieś z tyłu rozległ się przeciągły, głośniejszy już jęk. Potem jakieś chrapnięcie, następnie jakby uderzenie.

Prawdopodobnie żadne z nich nie miało odwagi, by sprawdzić, co się za nimi teraz działo.

Gdyby się nie zatrzymywali, gdyby utrzymali tempo, już za chwilę mieliby wypaść na znane im miejsce wypadku – ciemniejsze już, chłodniejsze. Pełniejsze o nowych ludzi, uboższe o kolejnych. Musieli wezwać pomoc. Natychmiast.

Nie chodziło już o sam wypadek busa i karetki – widzieli martwego ratownika, widzieli też… drugiego, który przeraził ich tak bardzo, że oboje natychmiast uciekli.

Jak mieli to jednak wytłumaczyć reszcie? Co właściwie zobaczyli?

Przed czym uciekali?

C-co im powiedzieś? – spytałaby natychmiast zziajana, blada ze strachu Judith.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

11 mar 2015, 18:19

Polak biegł, uciekając od przerażającej kobiety. Dawał z siebie wszystko, aby oddalić się od istnego potwora o zakrwawionych zębach. Adrenalina działała niczym najlepszy środek przeciwbólowy. W słabym świetle Sławomir nie zauważył mniejszych, wystających gałązek na jego drodze. Wbiegł w nie, a one rozcięły mężczyźnie skórę jego policzków. Ból nie istniał, rozpraszał się błyskawicznie, nie było dla niego miejsca w umyśle spanikowanego Sławomira.

Szatyn opuścił ścianę lasu, dosłownie wlatując na jezdnie. Potknął się, boleśnie upadł barkiem o asfalt. Sławomir syknął nieprzyjemnie. Wstał. Krew namoczyła jego usta, skapywała z podbródka. Mężczyzna mimowolnie oblizał wargi, zasmakował własnej posoki. Ból zapłonął, a jego największe płomienie rodziły się w ognisku na prawym braku. Sławomir zdawał się to ignorować. To nic w porównaniu z tym, co przeżył i zobaczył.

Emigrant przez dobre trzydzieści sekund ignorował obecność towarzyszki. Nagle odwrócił się w jej kierunku. Spojrzał prosto w oczy dziewczyny.

– Prawdę – odpowiedział ponuro. Ton głosu Sławomira zachowywał pozory pewności, ale ta pewność pękała pod naporem strachu. Szatyn bał się. Na jego zakrwawionej twarzy malowała się zgroza.

Ruszył do grupki osób znajdującej się przy pojeździe. Sławomir przez ogromny stres nie zarejestrował, nie uświadomił sobie faktu, że na miejscu wypadku przyjechały dwa samochody. Mozolnie rejestrował brak większej grupy ocalałych. Za nic mając rozmowę zebranych, Sławomir złapał za ramię najbliższą, stojącą osobę przy samochodzie. Jego dłoń zacisnęła się silnie na kończynie. Padło na Jacoba.

– Musimy wezwać pomoc!!! Rozumiecie?! – wykrzyknął, nie oszczędzając gardła. – ROZUMIECIE?!

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 264
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

13 mar 2015, 16:30

- To Ty jesteś śmieszna jeśli myślisz, że cztery stówy wszystko załatwią. – powiedział nadal gniewnym tonem. – Lepiej żebyś szybko wykombinowała więcej gotówki albo coś wartościowego bo za chwilę nawet ten białas Ci nie pomoże. - dodał.


Sytuacja wcale się nie poprawiła. Miał w dłoni nieco ponad cztery stówy, rozwalony samochód i jednego białasa do odjebania. Nic nie poszło zgodnie z jego planem. Spojrzał nerwowo na zegarek i zaklął szpetnie. Właśnie powinien czekać w umówionym miejscu na swojego człowieka. Jeszcze nie miał pomysłu jak wyjaśni swoje spóźnienie przełożonym. Wpadnie w naprawdę niezłe bagno jeśli szybko tego nie wytłumaczy.


Z gotówką w ręku wsiadł bez słowa do samochodu. Wyciągnął telefon i odblokował ekran. Sprawdził czy nie ma żadnych powiadomień. Wcześniej wydawało mu się, że czuł wibracje podczas szaleńczego pościgu. Po zakończeniu tej czynności wybrał odpowiedni kontakt i zaczął nerwowo stukać w klawiaturę. Z treści wiadomości wynikało, że Kyle spóźni się jakiś czas i spotkanie przekłada o dwie godziny w drugim miejscu. Czekał na odpowiedź i jednocześnie szukał czegoś w swoim plecaku. Miał już odpowiedni plan jak zakończyć tę popieprzoną aferę.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 924
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

15 mar 2015, 14:00

Czarnuch gdzieś polazł, co sprawiło że Jacob dość szybko przestał się nim przejmować. Niech się buja, a najlepiej jak najdalej stąd. Nie miał teraz na niego czasu.

Za to pojawił się kolejny problem, w postaci jakiegoś kolesia, który z tego co kojarzył był w busie. Złapał go za ramię i krzyczał coś jak oszalały. Ciężko było stwierdzić, czy coś upadło mu na głowę, czy może po prostu mówił w innym języku.

Jacob uchwycił go swoją dłonią za nadgarstek, odpychając lekko jego rękę od siebie i próbując się odsunąć na w miarę bezpieczną odległość.

- Uspokój się człowieku – rzucił w jego stronę, chociaż nie liczył na to że ten go zrozumie. Patrząc na to jak się zachowywał, to raczej niewiele mogło do niego dotrzeć. Facet wyglądał jakby przebiegł niezły kawał drogi, więc widocznie musiał oddalić się z miejsca wypadku. Pytanie co nakłoniło go do powrotu i darcia ryja.

Jeśli tylko uda mu się odkleić od siebie tego dziwaka, to weźmie ze sobą Faith i pójdzie zaprowadzić kierowcę busa do samochodu. Nie mogli przecież siedzieć tutaj cały dzień.

Awatar użytkownika
Grynfa
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

15 mar 2015, 14:03

- Travis – wypadało, żeby rozmówcy znali chociaż jego imię - kasjera pobił wkurwiony kierowca Volvo, który chyba wyładowywał na nim złość za zniszczone auto… Kurwa, nie tak… Najpierw blondyna wjechała w Volvo, gdy kierowca był w sklepie, po czym uciekła. Nikt oprócz mnie jej nie widział. Gdy przekazałem kierowcy Volvo numery tej Toyoty, przestał bić kasjera i ruszył w pościg. Wiem, że to brzmi jak jakaś jebana bajka, ale… tak było – w miarę, jak opowiadał, sam zauważał absurdalność wydarzeń na stacji. Jakby wszystko musiało przyjmować najgorszy możliwy obrót, niezależnie, czy były ku temu jakiekolwiek logiczne przesłanki.

- A teraz państwo wybaczą, chciałbym przed nocą dojechać do Mersenton. Matka czeka sama w domu, rozumiecie – rozłożył bezradnie ręce i ruszył w dalszą drogę. Gdy dotarł do kobiety stojącej pod drzewem zauważył, iż kot zeń zlazł. Zwierzak nie wyglądał jednak na szczególnie zadowolonego i skorego do współpracy. Travis sam nie wiedząc, dlaczego, przystanął. Kobieta była widocznie bardzo związana z tym głupim kocurem. Westchnął zrezygnowany, wyciągnął kanapkę z szynką z plecaka i podał ją właścicielce zwierzaka.

- Może jest po prostu głodny? Niech go pani nakarmi, ja muszę dotrzeć do Mersenton jeszcze dziś – przekazał kocie żarcie kobiecie i ponownie ruszył drogą, kierując się w stronę autostrady. Prowizoryczna część łańcucha mogła nie wytrzymać skracania drogi przez las, a powoli zachodzące słońce, jak i ostatnio otrzymane informacje nie zachęcały do pieszych wędrówek w oddaleniu od choćby śladów cywilizacji. Miał nadzieję dotrzeć na przedmieścia Mersenton przed północą, w końcu brakowało mu tylko paru mil…

Zastanawiał się wciąż nad informacjami o epidemii. Jeżeli były prawdziwe to miasto było najmniej bezpiecznym miejscem, w stronę którego mógł się kierować. Jednakże, czy wybaczyłby sobie zostawienie tam matki, samej i bezbronnej? Zerknął na ulotkę reklamującą sanatorium, które było jego celem i jeszcze raz przeanalizował zamieszczoną tam orientacyjną mapkę. Na szczęście, budynek umiejscowiono na przedmieściach. Problem był inny – owszem, były to przedmieścia, jednak po drugiej stronie miasteczka. Nie zamierzał testować prawdziwości informacji o epidemii, przedzierając się przez centrum. Nie wiedział, w jaki sposób się ona przejawiała…

– Fuck – przypomniał sobie, że spotkani w lesie ludzie wspominali coś o zdjęciach posiadanych przez kobietę. A on najzwyczajniej w świecie pojechał dalej, rezygnując z możliwości zdobycia informacji… No nic, jeżeli skutki epidemii były widoczne nawet na zdjęciach, to gołym okiem mógł je tym bardziej zobaczyć. Miał przynajmniej kolejny powód, by trzymać się z dala od centrum i dotrzeć do sanatorium, poruszając się po południowych obrzeżach Mersenton, jak najdalej od zabudowań.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

21 mar 2015, 16:41

Francis czuł się bardziej i bardziej zirytowany tym, że kobieta nie mogła zwyczajnie robić tego, co jej mówił. Oczywiście absolutnie nie potrafił się postawić w jej sytuacji, będąc tym, kim był, i nie wiedział, że jej zachowanie irracjonalne jednak nie jest. Odrobina irytacji przeniknęła do jego tonu, kiedy odpowiadał na coraz to nowe pytania kobiety. Całym zachowaniem jednak sugerował, że nie chce odpowiadać i że powinni raczej się spieszyć, zamiast marnować czas na głupoty. Będzie czas na opowieści później, kiedy już będą w ruchu.

Złapałem internet na chwilę, słuchałem radia i czytałem wiadomości, stąd wiem mniej więcej, co się dzieje. Poszedłem stamtąd, rannych kilka osób, na miejscu chyba jest lekarz, ale żadnej innej pomocy nie było i nie będzie, nikt z przejeżdżających się nie zatrzymał, na telefony nie odpowiada nikt. Powiedziałem już, gdzie będzie bezpiecznie, dokładny plan ustalimy już w samochodzie, nie ma czasu do stracenia.

Kiedy zażądała od niego dokumentu, fuknął, rzucił to, co akurat niósł, na ziemię, wyciągnął z portfela dowód i podał kobiecie na chwilę.

Wystarczy? - zapytał opryskliwie. – A teraz może zajmiemy się ratowaniem życia?



Kiedy już wsiedli i załadowali to, co mieli załadować, powiedział, żeby na razie jechała w stronę przeciwną do autostrady. Na dokładniejsze planowanie przyjdzie pora niedługo.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 9 użytkowników online :: 3 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 6 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Infi, WielkaNiewiadoma, Xariel
Liczba postów: 52207
Liczba tematów: 2974
Liczba użytkowników: 1048
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: WielkaNiewiadoma
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.