Cykl

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Drytrak
Posty: 134
Rejestracja: 20 wrz 2014, 21:38
Discord: Brutal
GG: 53864657
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3057

Cykl

06 lut 2015, 16:21

Obrazek

Nikt już nie pamięta, czym była klątwa i czemu służyła, powstała ona bowiem tak dawno temu, że nawet bogowie stracili wiedzę na ten temat. Faktem jest, że powróciła, a może nigdy nie odeszła, może została tylko uśpiona. Ale nie tak jak świat, który to odradzał się ze swoich nędznych resztek raz za razem, ona cały czas pozostawała taka sama, zdaje się występować poza czasem, poza rzeczywistością, jest czymś tak odległym i niezrozumiałym, że wykracza poza ludzkie pojmowanie, a jednak wciąż sprowadza na to królestwo ogromy bólu, nieważne jak próbowali walczyć z nią ludzie. Choć nadzieja zawsze istniała – jeszcze nie tak dawno temu przekleństwo zostało wypędzone. Nikt nie wie, który cykl się wtedy zaczął, a który skończył. Teraz nie miało to absolutnie żadnego znaczenia. Wielkie czyny równie wspaniałych bohaterów z przeszłości odeszły w zapomnienie. Wszystko zaczynało się od początku, ich starania poszły, można by rzec, na marne. Rzeczywiście, ich poświęcenie wydaje się teraz pozbawione znaczenia. Wszystko to jest częścią wiecznie trwającej walki, bohaterowie oddawali życia za bohaterów, robili to ze świadomością, że jedynie odwlekają to, co nieuniknione, a jednak walczyli. Czy w sercach dzisiejszych ludzi wciąż tli się odwaga i wiara? Podobno ich niezłomność jest legendarna nawet wśród istot wyższych, które to już przed wiekami zeszły ze sceny i zajęły miejsca na widowni, uciekając przed ludzką furią. Furię tę, gdy zabrakło im celu, skierowali przeciw samym sobie, taka już była ich natura. Brat stanął przeciwko bratu, ongiś wspaniałe królestwo, zjednoczone przez naiwnego króla, ponownie zostało podzielone. Zawsze kończyło się tak samo, a może zaczynało, nikt nie potrafił odnaleźć sensu w tym, co kierowało światem. Tam, gdzie wszystko miało początek i koniec nieskończenie wiele razy, tam, gdzie królestwa rodziły się i upadały, tam, gdzie ludzie od początku swego istnienia błądzą po omacku, tam znajduje się rozwiązanie. Wielu wyruszyło w jego poszukiwaniu, wielu nie wróci, ale nie była to uczciwa cena, rozwiązanie mogło być jedynie iluzją, tak jak i wszystko w tej przeklętej krainie. Wam odmówiono śmierci, wy, nieumarli, nie macie nic do stracenia, możecie jedynie iść naprzód, ruszyć w pogoń za tym, co utraciliście, co utracili wszyscy – historią, wspomnieniami. Ale czy istoty tak ulotne mogą dokonać podobnych czynów? Powiadają, że z desperacji rodzi się siła.

W sercu królestwa znajdował się wspaniały ogród. Miał on być symbolem odrodzonej ludzkości, ery panowania człowieka, czymś, co przypominałoby o pokonaniu klątwy. Pokolenia ludzi miały przychodzić tu w poszukiwaniu spokoju i odpoczynku, mieli przysiąść na dawniej miękkiej trawie i wpatrywać się w gwiazdy, rozmyślać nad życiem i nad sobą. Bawić się tu z dziećmi, uczyć je szacunku do tego, co żywe. Zabierać miłości swego życia na romantyczne przechadzki i pielęgnować ich związki. Król kazał posadzić tu rozmaite gatunki roślin, brukowane ścieżki były po obu stronach otoczone kwiatami, gdzieś dalej majaczyły zadbane żywopłoty, a za nimi rosły wspaniałe drzewa. Gdzieniegdzie postawiono również pomniki, miały one upamiętniać czyny wielkich ludzi, chronić je przed wiecznym zapomnieniem. W samym centrum parku wybudowano także swego rodzaju, wykonaną w całości z kamienia, sporą altanę, która była niejako przedsionkiem pewnej tajemniczej konstrukcji, którą podobno król wzniósł w chwilowym przebłysku dalekowzroczności. Wydawało się, że nic już nie odbierze im tego spokoju.

Ocknęliście się. Pierwsze wróciło czucie, uderzyła was paraliżująca fala chłodu, trwała ona jednakże tylko krótką chwilę, choć wciąż nie było wam ciepło, leżeliście na czymś twardym i zimnym, nie czuliście się komfortowo. Wasze umysły wciąż starały się odnaleźć w sytuacji, jakby uczyły się wszystkiego od nowa, stopniowo przypominając sobie sposób swojego funkcjonowania. W uszach zaczęliście słyszeć skwierczenie ognia i przyjemny szum drzew, uspokoiły one nieco wasze skołatane nerwy, nadały też waszym myślom swoisty rytm, dźwięki porywały wszystkich do tańca. Gdy zaciągnęliście się nosem odrzuciła was odrażająca kaskada gnilnych aromatów. Powietrze było bardzo wilgotne. Popchnięci zapachem otworzyliście oczy, zostaliście natychmiastowo oślepieni przez tańczący pięć metrów od waszych twarzy ogień. Gdzieś po drugiej stronie paleniska – na skraju pomieszczenia – stała spowita płaszczem, kobieca postać. Unoszące się znad ogniska rozgrzane powietrze nieustanie falowało, tym samym uniemożliwiając rozszyfrowanie rysów twarzy nieznajomej. Warto też dodać, że jej sylwetka wydawała się jakby zamglona, nierealna. Kobieta najpewniej zdawała sobie sprawę z waszej obecności, ale nie interesowała jej ona zbytnio. Każdy z was – nie licząc widma tajemniczej postaci – był tu całkiem sam. Wprawdzie czuliście otaczającą was obecność, ale nie mogliście nic z tym faktem zrobić, byliście zdani wyłącznie na siebie, póki co.

Wykonana z kremowej cegły, niewielka konstrukcja, w której się znajdowaliście, została zbudowana na podstawie sześciokąta. Wszystkie ściany oraz sufit zostały w mniejszym lub większym stopniu zburzone, zostały jedynie kolumny, które owe ściany dawniej łączyły, większość gruzów została niedbale wyniesiona przed budynek i walała się gdzieś po okolicy, składające się na podłogę, wykonane z tego samego materiału kafle były strasznie popękane, a w większości szczelin – szczególnie tych na zewnętrznych kaflach – wyrastał mech. W samym centrum zrujnowanej altany, w odległości nieco ponad pięciu metrów od każdej ze ścian, paliło się ognisko, jednakże nie unosił się znad niego dym, wydawało się w jakiś sposób specjalne. Wrażenie to pogłębiał fakt, że paliwem nie było drewno, a długi miecz wetknięty w stertę kości, których większość już dawno zamieniła się w pył. Nie spalały się one jednak, płomienie nie wyrządzały tym przedmiotom żadnych szkód. Bijące od niego ciepło było czymś niesamowicie kojącym, rozumieliście już, co ćmy dostrzegały w ogniu, któremu tak bardzo chciały oddać swoje życie. W jego pobliżu czuliście się równie bezpiecznie, co w objęciach matki. Wypełniał on trawiącą wasze serca pustkę i przynosił ulgę, sprawiał, że czuliście się lepiej. Ten moment mógłby trwać wiecznie.

Mieliście na sobie jakieś strzępki ubrań, obok leżała podobnej jakości broń. Za waszymi plecami wschodziło słońce. Za widmową postacią najwyraźniej była inna budowla, większa od tej, w której się znajdowaliście. Wszędzie indziej był las, a raczej gęsta puszcza. Przyroda postanowiła odzyskać to, co kiedyś jej odebrano, park był niesamowicie wręcz zaniedbany, a miejscami wyglądał jak istne pobojowisko. Z altany rozchodziło się osiem różnych dróg, każda z nich prowadziła w innym kierunku, nie były one zbyt dobrze widoczne, ale możliwe było bezproblemowe poruszanie się nimi. Wokół nie brakowało pozostałości po różnych machinach, połamanych drzew i wyschniętych ciał, w które stopniowo wrastały korzenie. Od nieumarłych zależało, czy będą tu samotnie wyczekiwać końca, czy może ruszą w wybranym przez siebie kierunku.

*Sesja jest lekko sandboxowa i stawia przed wami wiele ścieżek oraz zakończeń. Cel możecie wybrać sobie sami, a jeśli nie jesteście tego pewni, to możecie zwyczajnie odgrywać swoją postać, a przeznaczenie samo was znajdzie. Możecie iść wszędzie, możecie robić i zbierać wszystko. Z umiarem, oczywiście. Powodzenia, nieumarli!
Awatar użytkownika
Nifrea
Posty: 87
Rejestracja: 18 wrz 2014, 12:42
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3061

22 lut 2015, 21:47

Bazo, wcześniej pewny siebie, teraz wyglądał jakby bał się własnego cienia, poniekąd przerażony sytuacją, na którą sam się zdecydował. Trząsł się, stale jąkał, powtarzał ledwo wypowiedziane słowa… Im dłużej przysłuchiwała się jego wypowiedziom, tym mocniej wyczuwała w nim swojego rodzaju… wewnętrzne zatracenie. Cicho i powoli nadchodzące, nieuniknione szaleństwo. Mężczyzna stał się dla niej zagubionym we własnych myślach pionkiem, na szachownicy nikomu nieznanego losu. Pragnącym jedynie osiągnąć… coś. Coś, o czym sam nie miał pojęcia. A nie ma nic bardziej przygnębiającego niż bezradność w sprawach, na którym człowiekowi zależy.
Zatem chodź za mną. Czas to zakończyć. – odrzekła pewnie, uznając się za pierwsze skrzypce tego zjawiskowego duetu. Miała wrażenie, że mowa "jego językiem" pozwalała jej na kontrolę każdego jego ruchu. Akceptacje jak i restrykcje każdego jego posunięcia. Człowiekiem, który nie ma nic do stracenia, łatwo było kierować. Warto jednak było dodać, że takowy stawał się nieprzewidywalny. I niebezpieczny. Żadnej z opcji nie zamierzała lekceważyć.

Poza powtarzającymi się pierdołami, zaintrygowały ją nieco jego ostatnie słowa. Wcześniej o tym nie myślała, ale teraz zaczęła się zastanawiać czy sam tytuł "Strażniczki" nie zobowiązywał jej do czegoś. Być może ewentualna, a raczej… nadchodząca potyczka, nie miała być tak łatwym przedsięwzięciem, na jaki się zapowiadała. Oczywiście była to jedynie czysta ciekawość na temat jej potencjalnych umiejętności. W końcu porażka w takiej konfrontacji nie wchodziła w grę i dziewczyna nawet nie zakładała takiej możliwości. Ktoś, kto nie korzysta z siły Ognia, który ma pod ręką, nie może być niebezpieczny. W dodatku było ich dwoje, a u niej nie zauważyła żadnego uzbrojenia. Zatem dlaczego "Strażniczka"? Z pewnością była to tylko samozwańcza nazwa osoby, która jedyne co potrafiła robić to siedzieć. Bo co mogło pójść nie tak?
Była jeszcze kwestia czegoś jeszcze gorszego od śmierci… Może tym była ta cała, wspomniana wcześniej przez Strażniczkę… "Klątwa"?

Quann szybkim krokiem udała się w stronę miejsca, które mogła uznać za swój prowizoryczny dom. Po tym co mówił i jaką zdeterminowaną postawą po swoim monologu przyjął Bazo, nie miała wątpliwości, że posłuchał się jej i poszedł wraz z nią dowiedzieć się wspólnie oczekiwanej prawdy.
Ty! – wykrzyknęła w jej stronę, podchodząc do kobiety lekkim truchtem. Starała się stanąć jak najbliżej ognia, który to wypełniał jej ciało siłą i wigorem.
Mamy do ciebie kilka pytań, na które RADZĘ ci tym razem odpowiedzieć. – odrzekła groźnym tonem, którego kobieta raczej nie powinna zignorować. Domyślała się, że jej odpowiedź po raz kolejny nie będzie dla niej satysfakcjonująca, toteż już poczęła się zastanawiać, czy szybko poderżnąć jej gardło, a może porozkoszować się zadawaniem w miarę rosnącego cierpienia przez ucięcie uszu, wszystkich palców, sutków, delikatnymi ranami i przede wszystkim – podpaleniem. Było tyle możliwości, wybór niełatwy, szczególnie po tym, jak kobieta zachowywała się wcześniej. Nagle jednak wróciła do rzeczywistości, czekając na odpowiedź żywego kobiecego truchła, nadającego się tylko do spalenia w Ogniu, którego tak usilnie pilnowała…

Awatar użytkownika
Drytrak
Posty: 134
Rejestracja: 20 wrz 2014, 21:38
Discord: Brutal
GG: 53864657
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3057

23 lut 2015, 23:57

Do twarzy Bazo na powrót wróciły kolory, jakby ktoś podarował mu drugie życie. W końcu miał jakiś cel, w końcu do czegoś dążył i było to coś realnego. Odpowiedzi. Tylko kilka prostych odpowiedzi, niczego więcej nie pragnął, było to tak mało, a jednocześnie tak wiele, przy "zdrowych" zmysłach trzymała go tylko myśl, że pozwolą mu one na odnalezienie przyjaciela, a może i wyrwanie się z tego piekła. Był gotowy na wszystko, jego prawa dłoń poszybowała w kierunku rękojeści zawieszonej przy pasie broni, a dyrygował temu chytry uśmieszek, który to nieco różnił się od tego zwyczajowego, był bardziej… drapieżny. Ruszył za Quann z przekonaniem, że jest to koniec ery tułaczki, a początek czegoś dobrego. Wspaniałe uczucie.

Piromanka doskonale wiedziała, czego chciała, a ta pewność siebie udzieliła się i mężczyźnie, który mógł teraz spojrzeć Strażnice prosto w oczy i powiedzieć:

– A właśnie! Odpowiedz nam, albo INACZEJ porozmawiamy – wyszczerzył zęby, wyraźnie podekscytowany.

Strażniczka Ognia chyba była zdziwiona całym tym incydentem, bo wybałuszyła te jej piękne, brązowe oczęta, którymi teraz spoglądała na nich z niedowierzaniem, a może i ze… strachem. Chwilę zajęło jej przemyślenie całej tej sytuacji, w końcu nieco się uspokoiła, a jej oblicze przyjęło bardziej formalny wyraz. Położyła dłoń na dłoni, wzięła głęboki oddech i przemówiła.

– Cóż, chyba nie mam wyboru – jej spojrzenie opadło, jakby kontakt wzrokowy sprawiał jej ból. – Dobrze, odpowiem na wasze pytania, szczegółowo, "dzielni" nieumarli – ponownie spojrzała na ich dwójkę, uśmiechając się na sekundkę. – Słucham.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 275
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

25 lut 2015, 16:53

Krajobraz dookoła niego przeszedł w las, kiedy wędrował po drodze. Las był, w sposób dla niego oczywisty, wyjątkowo stary. Cieszył się swoją w nim egzystencją, tym bardziej, że dla niego nie była ona w żaden sposób monotonna. Życie było obecne, drzewa – zdrowe, pełne siły i majestatu – walczyły o każdą odrobinę słońca. Cienie również nie przeszkadzały mu nijak.

Szedł, ciesząc się bliskością natury, chłonąc wszystko, co widział, zapisując krajobrazy, rozwidlenia drogi i miejsca w umyśle niczym obrazy na płótnie. Czuł, że był obserwowany, ale w żadnym stopniu go to nie stresowało – w lasach zawsze było wiele oczu, czujnych na wszystko, co przechodziło. Skoro on sam obserwował najczujniej, jak potrafił, nie miał nic przeciwko byciu obserwowanym – byłoby to dla niego hipokryzją.

Kiedy dotarł do… zbiornika, czy też pułapki, poczuł lekkie rozczarowanie tym, że coś takiego zakłóca harmonię i piękno tego lasu. Wewnątrz – ludzie, trupy, gruba warstwa liści, wyściełająca podłogę. Nie widział niczego, co mogłoby zapewnić mu dostęp do środka ani pozwolić istotom w środku na wydostanie się z niego. Nie czuł żadnej potrzeby ani wejścia, ani wypuszczenia jednakowoż.

Usłyszał desperackie wołanie o pomoc ze strony jednej z istot w środku. Nazwała go… człowiekiem? Oferowała mu złoto za pomoc; czy złoto powinno mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie? Nie wiedział, ale nie uważał, żeby miało. Nad piękno tego metalu preferował dzicz i urok natury, nie czuł też przywiązania do wartości materialnych, żeby wymieniać złoto na cokolwiek. Nie. Jeśli ten człowiek chciał opuścić swoje więzienie, musiał zaspokoić na chwilę drugą, prawdopodobnie większą z klątw, dręczącą Bezimiennego w tym momencie. Ciekawość.

Nie jestem zainteresowany targami – powiedział wolno, chrapliwie.

Targami? Jakimi znowu targami? Po prostu nam pomóż, musisz. No musisz! Nieumarli powinni sobie pomagać, prawda? Jasne, że prawda, najprawdziwsza prawda – usłyszał w odpowiedzi. Nie wydawało się, żeby ta osoba była w posiadaniu wiedzy, która mogłaby zaspokoić jego ciekawość. Nie była także czymś, co uznałby za coś interesującego. Zwyczajna, małostkowa istota, która prawdopodobnie myśli nie poświęciła pytaniu o cel. Niekonsekwentna – nazwała go najpierw człowiekiem, potem nieumarłym. Rozczarowanie i niechęć do dalszej rozmowy pchnęła go do odejścia, ponownie jednak przerwała mu wypowiedź tej osoby.

Hej, hej! Stój, już ci rozum zabrali? Nie mów, że siedzisz tu dłużej od nas. Wracaj tutaj! Ja dużo wiem, mogę ci wytłumaczyć. Naprawdę - nie zachęciło go to do kontynuowania jej w żaden sposób, wyłącznie pogłębiła rozczarowanie. Nie chciał zagracać swojej perspektywy oceną i opinią tej istoty – nie wątpił, że zdecydowanie do informacji, które mogłaby mu przekazać i których weryfikacja byłaby problematyczna, dołączyłaby je. Poczuł jednak jakąś potrzebę uzasadnienia tego, dlaczego odchodzi.


Jakość tej rozmowy nie uzasadnia takiego wysiłku – powiedział więc. Powrócił do odchodzenia, obchodząc zbiornik, żeby ruszyć dalej słabo już widoczną ścieżką za nim.


Przejść się kawałek za drzewo i drabinę przynieść, wysiłek to chyba mały – istota, nie poddając się jeszcze, kontynuowała. Dokładnie, przeszło przez myśl Bezimiennemu. Kiedy osoba zdała sobie sprawę, że nie wywarło to wrażenia, mówiła dalej:


No, chyba, że już wrakiem jesteś, nawet nie wiesz, gdzie idziesz. Ten las cię tylko do śmierci zaprowadzi, jeśli jej szukasz – ruszaj! Ale ja znam las.


Czy mógłbyś powiedzieć mi coś interesującego? Wątpię – rzucił na odchodnym. Kiedy odchodził od zbiornika, usłyszał jeszcze mówione coraz głośniejszym, coraz bardziej desperackim głosem:


Wątpisz. Wątpisz? A widzisz, bo ja wiem, co na północ, południe, wschód i zachód stąd, bo w tym lesie już szmat czasu spędziłem. Ty zaś wyglądasz, jakbyś dopiero tutaj zawitał, tacy tutaj nie żyją zbyt długo, oj nie. A i o tym całym cyrku mogę ci coś powiedzieć, tylko przynieś tę drabinę!



Odszedł, nie oglądając się dłużej. Jego ciekawość pozostała niezaspokojona – nie miał zamiaru zaspokajać jej zatrutym źródłem. Być może druga z istot okazałaby się ciekawsza, bardziej interesująca – nie zdecydowała się jednak odezwać, co samo w sobie zapewniło jej milczący szacunek. Nieposunięty jednak na tyle daleko, żeby zdecydował się wyzwolić ją z tarapatów.



Szedł dalej lasem; zdecydował jednak po jakimś czasie wędrówki przez mało zmieniający się krajobraz, że skręci ze ścieżki, ledwie już teraz widocznej, i uda się w dzikie ostępy. Szedł, a natura nie przeszkadzała mu zbyt mocno – wszak cień, który położyły na ziemię drzewa, nie pozwoliły na wykształcenie się zbyt silnie rozrośniętej niższej warstwy lasu. Po bliżej nieokreślonym, acz raczej dość krótkim czasie oparł się o szczególnie duże drzewo, siadając na mchu, skierowany twarzą ku północy, i oddał się obserwacji, starając się połączyć mentalnie z tym lasem, zrozumieć go, poznać go bliżej. Ten człowiek być może znał miejsca w lesie, jednak niemalże na pewno nie posiadał wiedzy o nim samym. Tę Bezimienny miał zamiar zdobyć na własną rękę. Chciał nawiązać więź z tym miejscem.

Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

26 lut 2015, 15:18

Dostała odpowiedzi. Co?

Dostała odpowiedzi!

Twarz dziewczyny rozjaśniła się na chwilę, kiedy nikły węgielek nadziei ponownie się w niej zaświecił. Po chwili jednak ponownie przybrała ponury wyraz, kiedy nieznajomy, zamiast dorzucać do ognia, wylał na niego szlam beznadziei. Poczuła się głupio i znienawidziła siebie za to. Chciała mieć nadzieję. Naprawdę. Dlaczego innym z taką łatwością przychodziło kierowanie jej uczuciami? Nie miała nic przeciwko, o ile robił to ktoś podobny do Strażniczki. Takich ludzi… albo nieumarłych… zapewne nie było wiele.

Odskoczyła odrobinę do tyłu, kiedy rozległ się przed jej twarzą głos. Była pogrążona w myślach, a wzrok miała spusczony, toteż nie zobaczyła wiele przez swoje rudawe włosy. Jak można było się już od jakiegoś czasu domyślić, nie reagowała dobrze na stres. Musiała zasłonić usta dłonią, żeby nie wydać żadnego dźwięku. Po chwili na jej twarz wpełzł nikły rumieniec zawstydzenia z reakcji na prośbę.

Ja… no… co właściwie jest tak ważne? – Zapytała z niepokojem.
Nasza misja, oczywiście, pokonanie Klątwy i zwrócenie wszystkim życia. Osobno jesteśmy słabi, niestety, tylko nieliczni to rozumieją, ale ty jesteś inna, powinnaś zdać sobie z tego sprawę. Pomóż nam, pomóż sobie, pomóź wszystkim.

Wyglądała, jak gdyby cofnęła się odrobinę w głąb siebie. Po chwili jednak ponownie zwróciła spojrzenie w stronę rozmówcy. Wmawiała sobie, że musi być silna. Na tyle, by wreszcie wyrwać się z tego letargu. Stłumiła chęć spojrzenia na niechętnego czarodzieja, która przyszła z tą myślą.

To wszystko brzmi… pusto. Płasko. Potrafię sobie wyobrazić ciebie mówiącego coś podobnego do każdej innej osoby.

Spochmurniała odrobinę.

Jeśli to jakiś pobór do armii, to… przykro mi. – Dodała.
Armii? Raczej grupy “ocalałych", ale nie o to chodzi. Jak pewnie już wiesz, wszyscy przybyliśmy tu mając za cel pokonanie Klątwy, dlaczego mielibyśmy nie zjednoczyć sił, by ten cel osiągnąć? Zresztą, oczekuję tylko jednej, małej przysługi, niewiążąca propozycja. Mag jest nam potrzebny do odblokowania przejścia. Proszę, nie bądź samolubna.

Wiedziała, że opieranie się nic tu nie da. Jej sumienie nie pozwoliłoby jej żyć, gdyby odmówiła. A niech to.

P-potrafię to i owo, ale raczej nie zniknę kamieni blokujących drogę, o ile o to właśnie chodzi. Czego… czego dokładnie potrzebujecie?
Spokojnie, nie będzie trzeba usuwać żadnych kamieni. Drogę blokuje mechanizm, który to zasilany jest niczym innym, jak magią, chyba. Dlatego właśnie konieczny jest ktoś, kto na magii się zna, choćby odrobinę.
Myślę, że w takim razie… mogłabym pomóc. Albo przynajmniej spróbować.
Znakomicie, ale czy czujesz się na siłach, by wyruszyć już teraz?

Drugi z mężczyzn, najwyraźniej zwabiony tutaj rozmową, zrezygnował z prób namówienia bezimiennego maga do pomocy i podszedł do nich.

Zależy nam na czasie, bardzo. Nazywam się Amikam z Doposu, pomóc ci wstać?

Wciągnęła powietrze i spróbowała wyglądać choć trochę godnie i samodzielnie, kiedy sięgała po swój kij i wstawała, prostując się. O dziwo, przyszło jej to z niespotykaną dotąd łatwością. Jak gdyby z jej barków spadł jakiś niewidoczny ciężar.

Mam na imię Llewyna. Dziękuję, poradzę sobie.

Zostawili Strażniczkę przy ogniu.

Awatar użytkownika
Nifrea
Posty: 87
Rejestracja: 18 wrz 2014, 12:42
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3061

27 lut 2015, 02:03

I co, już? – pomyślała, gdy tylko wysłuchała Strażniczkę. Całość poszła jednak znacznie łatwiej niż się spodziewała. Zbyt łatwo. Quann nabierała różnych podejrzeń dotyczących kobiety, od której liczyła na jakieś odmowy czy obiekcje. A tu proszę, "zadawajcie pytania". Coś było nie tak.
Tak czy owak – cieszyła się, że niczym grzeczna psinka, Bazo również rzucił się z gardłem w stronę Strażniczki. Wczuł się w robotę, nie ma co. Aż było jej szkoda, że dalej był durniem bez przyszłości. Uznała, że to kwestia czasu, gdy pewnego dnia przejdzie obok obrośniętego mchem trupa, w którym dostrzeże zdeformowane rysy jego i tak nieurodziwej twarzy. No, ale cóż. Póki co stwarzał wrażenie w miarę przydatnego pionka, którego miała zamiar wykorzystać na tyle, na ile mogła. Ale pamięć o tym, że szalony człowiek nie ma nic do stracenia, ciągle pozostawała.
Świetnie, że się rozumiemy. – odrzekła wyniosłym tonem głosu do kobiety, a następnie westchnęła. Pytania same się przecież nie mogły zadać, a fakt faktem – trochę ich było.
Zatem wróćmy do samiutkiego początku. Kim jesteśmy, gdzie jesteśmy, jak się stąd wydostać? Czemu tu jesteśmy… – rozpoczęła od podstaw, prostych pytań, w końcu od czegoś trzeba zacząć.
Dalej, czemu tak naprawdę siedzisz przy tym ognisku? Chyba nie powiesz mi, że pilnujesz Ognia, który protekcji NIE potrzebuje. – Quann podniosła leżącą obok swojej nogi solidnie wyglądającą gałązkę, złamała ją na dwie części i wrzuciła prosto w ogień. W rękach znowu poczuła ciepło. Przyjemne uczucie, które jednak postanowiła przerwać. Z pewnością w samotności cała sytuacja wyglądałaby inaczej, ale teraz?
Widzisz? Czego tu bronić? – spoglądała się jak płomień doszczętnie trawił rzucone przez nią patyczki. Widok ten wzmacniał ją, nakręcał, ożywiał. Działa na nią jak afrodyzjak. Dodawał sił. Podniecał.
Oczywiście, połamane drewienko nie było najlepszym przykładem, ale nie miała większego wyboru. Mogła jeszcze wrzucić Bazo, albo nawet ją samą, ale to akurat mijałoby się z celem.
Poza tym, ostatnia sprawa – wspominałaś o jakiejś Klątwie. Powiedz mi WSZYSTKO co wiesz na jej temat. Czym jest, jak działa, dlaczego tu jest, jak się jej pozbyć. Po prostu wszystko co wpadnie ci do tej twojej prześlicznej główki… kruszyno… – właściwie nie wiedziała, czy są to wszystkie pytania, na które oczekiwała odpowiedzi. Ale właśnie te przyszły jej wpierw do głowy.
Może i ty masz jakieś pytanie? A właściwie… pytania? – odwróciła się w stronę swojego towarzysza. Kto wie, może dowiedział się wcześniej czegoś, o czym chciał się dowiedzieć, a jeszcze jej o tym nie powiedział. Być może były to na tyle przydatne informacje, by mogły przysłużyć i jej.
W końcu nasza kochana Strażniczka z pewnością usłuży pomocą. – odrzekła ironicznie, po chwili odwracając się ponownie w kierunku dziewczyny, z delikatnym uśmieszkiem na twarzy. Zamierzała czekać cierpliwie na odpowiedzi. Domyślała się, że Strażniczka nie jest wszystkowiedzącą wyrocznią, ale w gruncie rzeczy kompletnie ją to nie obchodziło. Obchodziły ją odpowiedzi, i lepiej było dla samej Strażniczki, by je miała. A przynajmniej, by miała do powiedzenia coś, co zadowoli jej pragnienie wiedzy. Kto wie, może wtedy zdecyduje się zostawić ją w jednym kawałku. Kto wie…

Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

02 mar 2015, 22:39

Rycerz znów zastygł, słuchając nieumarłego. Nieruchomy niczym skała Alzhkiel mógłby wydawać się jedynie pustą zbroją, gdyby nie miarowy, dochodzący zza hełmu oddech. Kiedy Airand skończył, znów na jakiś czas zaległa cisza. Rycerz prawdopodobnie się zastanawiał. Albo po prostu wolno myślał i przygotowywał w głowie to, co powie.

- Osiągnąłem mój los. Jest nim spoczywanie tutaj. Czekanie. Na wieki. A może i bez końca. Nazywali mnie błogosławionym. Ja nazywam siebie przeklętym – słowa wypowiadał bardzo wolno, głosem pozbawionym tonu.

Airand oznajmił, że chce. Chce ujrzeć. Sekundę później ziemia osunęła się spod stóp nieumarłego i zrobiło mu się ciemno przed oczami. Kolejną sekundę później znów stał na nogach, ale… gdzie był? Wyglądało to na zupełnie inne miejsce, ale krajobraz przypominał ten, który właśnie opuścił.

Przed nim leżała rozłożysta równina. Cała zielona, porośnięta trawą i innymi, dającymi radę przetrwać w takich warunkach, roślinami. Stał tam gdzie wcześniej, miał świetny widok na wydarzenia rozgrywające się tuż przed nim. Otóż – trwała bitwa. Dwie armie potykały się, krzycząc i umierając razem.

Obok niego stał dumny człowiek w koronie, po lewej stronie zaś mężczyzna w zbroi. Airand spojrzał po sobie. Nosił prawie identyczny pancerz. Znów popatrzył na pole bitwy. Jedna ze stron widocznie wygrywała. Mężczyzna w koronie prychnął.

- Alzhkielu! Wkraczamy! – pobiegł przed siebie, siecząc wrogów niczym masło. Airand mimowolnie pobiegł za nim – nie miał władzy nad ciałem. Mógł się rozglądać, ale nic poza tym.

Kiedy biegł w stronę człowieka w koronie, gdzieś z głębi pola bitwy doszedł potężny, nagły odgłos. Eksplozja ogarnęła wszystkich ludzi na równinie. Dosięgnęła także Airanda, który poczuł, jak upada. Odruchowo zamknął oczy. Kiedy je otworzył – znów był w teraźniejszości. Alzhkiel stał nad nim, podając mu rękę i oferując pomoc w staniu. Nic nie powiedział. Widocznie czekał na reakcję nieumarłego na to, co właśnie zobaczył.

*******

Cichy, zanim zdążył podnieść puklerz i miecz, poczuł palący ból w lewym ramieniu. Kiedy spojrzał w tamtą stronę, zobaczył wbity aż po kość miecz. Ślepym ciosem trafił trupa z prawej strony i poczuł, jak tamten upada. Jednak ten, który był z lewej, wyjął już miecz z przeciwnika i planował zamachnąć się znów. Lewa ręka wojownika była praktycznie niezdatna do użytku, częściowo stracił w niej czucie.

Nagle, ciało-przeciwnik zwyczajnie… rozpadło się. Nie, nie rozpadło. Ono… wybuchło? Poszczególne części poleciały przynajmniej 10 metrów od miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się przeciwnik.

Cichy dostrzegł na drodzę… dziewczynkę. Mała, wyglądająca na co najwyżej 8 lat istotka leżała na ziemi, płacząc. Patrzyła prosto w Cichego. W jej oczach było coś tajemniczego. Nieprzeniknionego. Wydała z siebie piskliwy głosik.

- K…kim jesteś?

********

Bezimienny przekroczył granicę. Kilka sekund później powietrze przeszył świst. Nieumarły zachwiał się, ledwo zachowując równowagę. W jego brzuchu tkwiła strzała. Nie zauważył, kiedy to się stało. Poczuł tępy ból i to, że bardzo szybko opada z sił. Przed nim pojawił się jakiś zielony, humanoidalny, trzymający łuk w ręce stwór. Miał na sobie jakieś łachmany. Znów naciągał łuk.

Nieumarły miał wybór. Szansa ucieczki była niewielka, acz istniała. Pokonanie stwora także wydawało się całkiem odległym celem. Ale jednak coś musiał przedsięwziąć. Mógł tylko mieć nadzieję, że za drzewami nie kryje się ich więcej.

Awatar użytkownika
Drytrak
Posty: 134
Rejestracja: 20 wrz 2014, 21:38
Discord: Brutal
GG: 53864657
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3057

02 mar 2015, 23:47

Bazowi zaświeciły się oczy, gdy Quann zaczęła zadawać pytania, na które i on niezmiernie pragnął odpowiedzi, role odwróciły się, teraz oni rozdawali tutaj karty, a przynajmniej tak im się wydawało. Piromanka pragnęła wiedzy i zamierzała ją zdobyć, ważny był dla niej tylko cel, droga do niego wydawała się być tylko przykrą koniecznością, na którą i tak nie zwracała zbytniej uwagi. Lubiła dominować, wzbudzać szacunek i strach w sercach innych, toteż świetnie czuła się w roli kogoś, kto decydował o życiu innych, a zdawało jej się to przychodzić z chorobliwą wręcz łatwością. Bazo postanowił, naturalnie, dodać coś od siebie.

– Gdzie, gdzie jest mój przyjaciel? Widziałaś go, znałaś go, gdzie on jest, co z nim zrobiłaś? – z każdym wypowiedzianym słowem unosił się coraz bardziej, finalnie bardzo blisko było mu do krzyku. – Mów! Co się z nim stało, diablico, wiem, że wiesz. Muszę go znaleźć, muszę do niego dołączyć. Wypuść mnie z tego więzienia! Albo pożałujesz, przysięgam, obiecuję, zobaczysz, zobaczysz! – jego energiczna gestykulacja szybko przerodziła się w chaotyczne wymachiwanie kończynami, wyglądał jak ktoś obłąkany, i być może był.

Strażniczka cierpliwie wysłuchała wszystkiego, co dwójka niedoszłych oprawców miała jej do powiedzenia. Gdyby ją zapytać, to odpowiedziałaby, że nie spodziewała się aż tylu pytań, ale nie irytowało to jej, tak właściwie to było kobiecie na rękę. Początkowo na jej twarzy widniał ledwie dostrzegalny uśmieszek, który później ustąpił miejsca chwilowemu znudzeniu. Nie śpieszyła się z odpowiedzią, błądziła wzrokiem po okolicy, ale nie było w tym nic nerwowego, w końcu popatrzyła na nieumarłych, a było to spojrzenie pełne kpiny i politowania, jakby zrzuciła maskę, którą musiała nosić wcześniej i mogła w końcu zaprezentować im swoją prawdziwą naturę. Jej cichy chichot w niejednym wywołałby dreszcze.

– Chyba nieco się zagalopowaliście, szkoda, że na darmo. Wybaczcie, że dałam wam cień nadziei, ale nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła. Powinniście to zrozumieć, szczególnie ty, Quann, przecież wiesz, jak bardzo komicznym widokiem jest śmieć udający kogoś, kim nie jest – rzuciła jej ironiczne spojrzenie. Nie wiem co sobie myśleliście, ale naprawdę musieliście postradać rozum, dobrze, że to nasze ostatnie spotkanie, przynajmniej o to udało wam się zadbać, nie zniosłabym towarzystwa podobnych istot, które są – na dodatek – całkiem bezużyteczne.

Czekała na ich reakcję, napawając się tą chwilą. Bazo przypominał teraz bardziej dzikie zwierzę, niżeli człowieka. Wściekłość, niedowierzanie, porażka – tak można byłoby opisać jego obecny stan.

Llewyna i jej nowi kompani opuścili okolice ogniska i ruszyli naprzód, mając promienie nieśmiało wschodzącego słońca na plecach. Droga prowadziła przez otaczający ognisko las, było to miejsce zdecydowanie mroczne i niepokojące, ale nieumarli wzajemnie dodawali sobie otuchy, chociażby samą swoją obecnością. Wokół było pełno starych ciał, broni i trudnych do zidentyfikowania metalowych elementów. Ścieżka stopniowo zanikała, ustępując miejsca istniej pajęczynie korzeni i kamieni, co skutecznie spowalniało ich wędrówkę. Las ten nie był zwyczajnym miejscem, było w nim coś… niezwykłego, Llewyna czuła, że jest nieustannie obserwowana, co było zdecydowanie negatywnym uczuciem. Mężczyźni nie zdawali się tym przejmować, najwyraźniej było to czymś, do czego należało się przyzwyczaić.

W międzyczasie mogli objaśnić kobiecie sytuację. Rudy mężczyzna przedstawił się jako Musefusz, Llewyna dowiedziała się od niego, że idąc dalej w tym kierunku natrafili na jakiś kompleks zrujnowanych już budynków oraz zazębiający się z pobliskimi wzgórzami mur, który skutecznie blokował im dalszą drogę. Jedynym przejściem zdawała się być swego rodzaju zapieczętowana brama, którą najprawdopodobniej sterował wspomniany przez nich mechanizm, choć nie było to nic pewnego. Próbowali już chyba wszystkiego, a teraz sięgali po coraz to bardziej desperackie rozwiązania, Llewyna zdawała się być jednym z nich. Dlaczego tak bardzo chcieli dostać się na drugą stronę? Tego nie wiedziała, być może oni sami nie wiedzieli.

Las powoli się kończył, ustępując tym samym miejsca bardziej cywilizowanemu krajobrazowi, chociaż słowo "cywilizowany" średnio tu pasowało. Po obu stronach już nieco lepiej się prezentującej, brukowanej drogi były rzędy zniszczonych, dwupiętrowych, kamiennych budynków o niewiadomym przeznaczeniu. Część z nich była już tylko kupą gruzu, inne trzymały się całkiem nieźle, choć porastały je rośliny. Nie mieli jednak czasu na zwiedzenie, szli przed siebie, prosto do doskonale już widocznego, wspomnianego przez mężczyzn muru. Był on całkiem wysoki nawet z tej odległości i nie było mowy o pokonaniu go w sposób inny, niż przez bramę. Musiał się on ciągnąć daleko w obu kierunkach, skoro ci ludzie zadawali sobie tyle trudu, przy przedostać się na drugą stronę właśnie w tym miejscu.

Dotarli do podnóża bariery, temperatura była tu wyraźnie wyższa niż kilkaset metrów temu i trudno było się w takich warunkach nie pocić. Llewynie to nie groziło, bo jej skóra nie była w najlepszym stanie, choć i tak odczuwała panujący wokół skwar. Byli tu też inni ludzie, nie było ich wielu, a właściwie to czterech, wszyscy siedzieli przed budynkiem po jej prawicy, który to wyglądał znacznie lepiej od pozostałych. Przebywające obok niego osoby wyglądały na poważnie znudzone i wyczerpane, oczekiwały w milczeniu, aż coś się wydarzy. Przybycie ich trójki nieco nich ożywiło, bo wszyscy wstali i zaczęli szeptać coś do siebie. Ani Amikam, ani Musefusz nie mieli zamiaru się zatrzymywać, ich cel był jasny.

– To nasza tymczasowa… siedziba, jesteśmy już tu jakiś czas i ciągle męczymy się z tym przejściem – wyjaśnił drugi z mężczyzn. – Może gdy już nam pomożesz, to zostaniesz z nami na stałe, ciężko jest odnaleźć się samemu w tym świecie. Wiem, bo jeszcze niedawno podróżowałem samotnie, nigdy nic dobrego z tego nie wynika – nie widziała jego twarzy, bo szedł kawałek przed nią, ale jego głos był zauważalnie cichszy i ostrożniejszy, niż gdy rozmawiali przy ognisku.

Przeszli przez wysokie na cztery metry, szeroko otwarte, żelazne wrota i znaleźli się w owalnym pomieszczeniu w środku muru, po przeciwległej stronie znajdowała się druga para takich samych drzwi, które to zapewne mieli zamiar otworzyć. Między wrotami było jakieś osiem metrów odległości, co dawało większe wyobrażenie o skali konstrukcji, pod którą się znajdowali. W środku panował półmrok, kobiecie udało się dostrzec mniej więcej metrowy słup zwieńczony jakimś naczyniem. Podeszli jeszcze kawałek, gorąc panujący wewnątrz był naprawdę nieznośny.

– To tu – zakomunikował Amikam. Jak się już pewnie domyśliłaś, bardzo chcemy przedostać się przez tamte drzwi – wskazał podbródkiem na zamknięte przejście. – Nie da się ich otworzyć konwencjonalne, a jeśli się da, to chyba tylko giganci mogliby tego dokonać. Ale jest też ten filar z nagryzmolonymi nonsensownymi znaczkami, które zapewne powiedzą ci tyle, co nam. Ale nic innego nam nie pozostało, byłbym wdzięczny, gdybyś rzuciła na to okiem, może jakoś zaczarowała to i tamto, czy co wy tam czarodzieje robicie, w każdym razie, cokolwiek – skrzyżował ręce na piersi, jego zbroja zabrzęczała. – Ale bez pośpiechu, nie chcemy tutaj żadnych wypadków, a teraz wybacz, mam całą grupę na głowie – począł się oddalać.

Llewyna zauważyła, że te cztery obce osoby teraz obserwowały ją stojąc przed wejściem, zapewne były ciekawe, co też za chwilę się stanie, o ile coś w ogóle się wydarzy, szanse były niewielkie.

– Jakbyś potrzebowała pomocy, albo… czegokolwiek, to służę pomocą. Właściwie to niewiele wiem o tym miejscu, nikt nie rozumie tych napisów, a i ty nie wyglądasz jakbyś je rozumiała. Ale może wystarczy tylko… no wiesz, magia? – dodał cały czas towarzyszący jej Musefusz.

I faktycznie, słup, o którym była mowa, pokryty był enigmatycznymi, zupełnie jej obcymi znakami, podobnie i kamienna czara, która go wieńczyła.

Niezbadane były ścieżki, którymi chadzał umysł Bezimiennego, sam nie wiedział, czego dokładnie szukał, ale liczył, że przeznaczenie go do tego doprowadzi, wielu powiedziałoby, że to naiwna postawa, inni, że jedyna słuszna. Tak czy inaczej, wyprowadziła go na manowce, zdawałoby się, że błądzi on bez większego celu po okolicy, on jednak dostrzegał w tym sens, o którego prawdziwości był święcie przekonany. Obcowanie z lasem napawało go wewnętrznym spokojem, starał się go zrozumieć, a może i z nim zjednać. W końcu się zatrzymał, usiadł, opierając się o drzewo i zaczął nasłuchiwać. Słuchał tego, co las miał mu do powiedzenia, słuchał melodii wiatru grającego na liściach, słuchał głosów mieszkańców tego miejsca. Wokół panował spokój. Spokój niepodobny czegokolwiek innego.

A gdy wszystko ucichło całkowicie.

Usłyszał ciche drapanie.

Ale nikt nie nadchodził, a przynajmniej nie był to człowiek. Korzenie ożyły, zaczęły pełzać po okolicy niby robaki, część pięła się po drzewach, kilka z nich zaczęło nawet owijać się wokół nieumarłego, choć było w tym coś, co sprawiło, że nie wyglądało to jak akt agresji. A niepokojące odgłosy wciąż narastały, stale urozmaicając swój wachlarz brzmień, chociażby o chrzęst zbroi czy też… trzask łamanych kości.

Właśnie rozpoczynała się makabryczna sztuka w tym tajemniczym, leśnym teatrze, w której to sztuce i on miał być aktorem, choć jeszcze tego nie wiedział. Dwa martwe, wysuszone na wiór, ludzkie ciała właśnie pojawiły się na scenie, znajdowały się one kilka metrów nad ziemią i powoli "latały" po okolicy. Niecodzienny był to widok, ale nie aż tak, jak mogłoby się wydawać. Nie robiły bowiem tego same z siebie, a poruszały nimi grube korzenie, na które zostały z dyskusyjną delikatnością nabite. Owe korzenie były niczym ręce lalkarza wypełniającego swoje laleczki życiem, może nie było w tym zbyt wiele gracji, ale z pewnością można było nazwać to czymś pięknym. Wypełnione plątaniną korzeni, zmasakrowane ciała spojrzały swymi pustymi oczodołami na Bezimiennego, ukłoniły się lekko, czemu towarzyszyły mrożące krew w żyłach trzaski. Wtem zorientował się, że korzenie oplotły go tak mocno, że w ogóle nie mógł się ruszyć.

– Podróżniku, podróżniku, podróżniku, podróżniku. Kimże jesteś, podróżniku? – "przemówiła" jedna z pacynek, ruchy jej szczęki absolutnie nie pokrywały się z tym, co zdawała się mówić, głos jej był skrzeczący i niósł się echem w głowie Bezimiennego.

– Kimże jestem, kim jest ja? Nieumarłym jestem ja – odpowiedziała ta druga.

– Nieumarłym podróżnikiem, psem bezpańskim w cudzym świecie? Mówi mi to wiele, mówi mi to nic, niby nic, niby nic, ale jednak wszystko. Kimże jesteś podróżniku, zdradź mi swoje imię.

– Imię moje… ono brzmi… nie pamiętam, no masz ci! Gdybym to ja tylko wiedział, to bym od razu ci powiedział. Ale nie wiem, nie wiem… nic, może ty wiesz więcej niż nic? Kimże jestem, kim ja, nieumarłym jestem ja?

– Nikim, każdym, mówię ci, Bezimiennym jesteś ty. Psem bezpańskim w cudzym świecie, mówi mi to wiele, mówi mi to nic, niby nic, niby nic, ale jednak wszystko. Kimże jesteś, Bezimienny, czego tu szukasz?

– Szukam… szukam, nie wiem też, może tego, może tamtego. Nie wiem nic. Bezimiennym jestem ja? Kim jest Bezimienny? Kim jestem ja?


– Podróżnikiem, nieumarłym, Bezimiennym, przeklętym jesteś ty. Szukasz tego, czego szukasz.


– Ale czego, czym to jest?


– Odpowiedzi szukasz ty, ale pytań jeszcze nie znalazłeś, po co więc szukasz odpowiedzi, na nic ci one, głupcze!


– Muszę szukać, Klątwa czeka, muszę się jej pozbyć, tak mi powiedziano.


– Głupi głupiec, tępy tępak, bezimienny Bezimienny, czemu w takim razie po lesie błądzisz i spokój mój zakłócasz, zamiast odpowiedzi szukać w swojej ślepocie. Człowiekiem już nie jesteś, dwóch niszczycieli w dole zostawiłeś, ale mi to nie przeszkadza, przeszkadzasz mi ty. Idź stąd!


– Ale dokąd, ale gdzie, dobrze jest tu siedzieć mi.


– Byle daleko, byle daleko.


– A jak nie?


– A jak nie…

Korzeń sterujący jedną z pacynek zamachnął się potężnie, uwalniając tym samym truchło, które z wielkim impetem poleciało w kierunku jednego z drzew i robiło się o nie, rozlatując się tym samym na wszystkie strony.

– Ale gospodarzem jestem wyrozumiałym, jedno pytanie, jedna odpowiedź, a wtedy odejdziesz. Uczciwa cena, Bezimienny – po wypowiedzeniu tych słów druga z lalek upadła bezwładnie na ziemię, a korzeń z oszałamiającą prędkością zniknął gdzieś w lesie. Te, które dotąd trzymały nieumarłego również ustąpiły, był wolny.

Awatar użytkownika
Rander
Posty: 48
Rejestracja: 21 sie 2014, 21:33
GG: 51772154
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3033

04 mar 2015, 21:38

Gdy tak czekał na jakąkolwiek odpowiedź od rycerza zastanawiał się czy dobrze czyni, czemu tak czyni? Kierował nim los, a może zwykły przypadek, musiał ryzykować by móc odkrywać nowe ścieżki jakimi może podążać ku celu, tak właśnie musiał postępować. Wojownik odezwał się, stwierdził ze był błogosławiony, choć w jego opinii był przeklęty, Airand mimo wszystko nie był w stanie zrozumieć lub wymyśleć jakiejkolwiek sensownej teorii na temat tego co to oznaczało dla samego Alzhkiela. Wtem ziemia pod stopami nieumarłego zaczęła znikać, po prostu rozpadała się na jego oczach a on sam jak mu się wydawało spada w nieznaną otchłań, to było jednak tylko złudzenie gdyż łucznik równie niespodziewanie i szybko po prostu przestał widzieć cokolwiek, czuł się zamroczony, nieobecny.

Nagle poczuł że znowu stoi, otworzył oczy i już widział, widział dokładnie to co chciał mu pokazać samotny podróżnik. Był na tej samej równinie co przed momentem, tym razem jednak widział ją w czasach gdy jeszcze rosły tam jakiekolwiek rośliny zielone, byłby to piękny widok gdyby nie jeden szczegół– tocząca się tuż przed nim bitwa, do tej pory spotkał ledwie dwie osoby a tutaj, walczyły i ginęły setki ludzi. Gdy zaczął się rozglądać na boki dostrzegł że tuż obok niego stoi mężczyzna noszący koronę, najpewniej król dowodzący jedną z armii, z lewej strony zaś zauważył odzianego w zbroję wojownika, nie wiedział czemu lecz jego widok skłonił Airanda do tego żeby zobaczyć co sam ma na sobie. Miał na sobie prawie że identyczny pancerz różniący się drobnymi szczegółami których jednak nie miał czasu doględnie zbadać. Losy bitwy widocznie przechylały się na korzyść jednej ze stron, choć dla łowcy obie strony konfliktu były niemal nie do odróżnienia. Znajdujący się tuż obok niego koronowany człowiek wykrzyknął, coś dziwnego jednak– wykrzyknął imię, znane Airandowi– imię Alzhkiela.
Po tym okrzyku ruszył w sam środek trwającej właśnie masakry, nieumarły nie wiedząc czemu ruszył za nim, próbował stawić opór ale na nic się to zdało, nie miał kontroli nad ciałem w którym się znajdował i domyślił się już że najprawdopodobniej jest w samym Alzhkielu z dawnych lat, z przeszłości. Biegł niestrudzenie za nieznanym mu człowiekiem dzierżącym ten niewątpliwy symbol władzy, starał się go nie zgubić wzrokiem ale było to ciężkie ze względu na wszechobecny chaos, wydawało mu się już że go nie widzi, nagle jednak stało się coś czego nigdy by nie przewidział. Z samego środka skrawka który stanowił centrum walki obu stron rozgległ się przeraźliwy dźwięk który niemiłosiernie skarcił uszy, nim jednak ktokolwiek zdążył choćby próbować odkryć co go spowodowało całe pole bitwy ogarnęła ogromna eksplozja, znikąd, nie wiadomo jakim sposobem coś wybuchło. Airand w momencie został powalony na ziemię i odrzucony na wiele metrów podobnie jak prawie wszyscy uczestnicy tej bitwy, zamknął oczy, choć nie zrobił tego świadomie, powieki same pozbawiły go możliwości zobaczenia czegokolwiek więcej.

Zbudził się ponownie, tym razem znów był w tej szarej i ponurej rzeczywistości, leżał na ziemi a przed nim stał Alzhkiel który zaoferował mu pomoc w ponownym odzyskaniu pozycji pionowej z czego łucznik skrupulatnie skorzystał. Po odzyskaniu równowagi Airand podniósł z ziemi pochodnię nabitą strzałami którą prędzej najwidoczniej upuścił upadając. Rycerz milczał ewidentnie czekając na to jak o tym całym przeżyciu wypowie się Airand, ten nadal będący pod wrażeniem tego co właśnie przeżył wypowiedział dość powoli lecz w odpowiednim tempie– Byłem tam, a raczej tu, w przeszłości, była bitwa….a ja byłem chyba w twoim ciele. Biegłem za kimś kto wydawał się królem, choć raczej to ty biegłeś a ja biernie obserwowałem, niespodziewanie jednak coś z głębi pola bitwy wybuchło i powaliło wszystkich, i tak tu powróciłem. Zapewne nie zdziwi cię to że mam pytania, Co to były za wojska i czemu coś nagle wybuchło? I jeśli to byłeś ty…to co było dalej?- tu Airand zakończył i przetarł oczy, teraz jego uwaga była skupiona w pełni na rycerzu, pragnął poznać historię tego miejsca gdyż żywił nikłą nadzieję że to może jakoś mu pomóc.
Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

08 mar 2015, 17:06

Wędrówka przez las niepokoiła dziewczynę. Nie była zwolenniczką ciemnego otoczenia i było to po niej widać, a to jeszcze przytłaczało ją swoją ponurą atmosferą. Idąc, garbiła się lekko i powłóczyła nogami, starając się patrzeć jedynie przed siebie, co akurat słabo jej wychodziło. Wrodzona ciekawość raz po raz skierowywała jej wzrok na las i to, co się w nim kryło. Resztki ciał, metalowe elementy, powyginane w niespotykane formy, niepokojące korzenie. Choć wschodzące słońce nadawało okolicy przyjemny, przynajmniej przy pierwszym spojrzeniu, wygląd, to zatęchły zapach psuł owy efekt.

Zebranych i szepczących między sobą ludzi przywitała zaskoczonym spojrzeniem. Przestała garbić się tak bardzo, a jej krok zaczął wyglądać zdrowiej, kiedy rezerwy jej psychicznych sił na nowo się wypełniły, zasilane ciekawością. Napawała się widokiem odmiennym od nieskończonego, ciemnego lasu pełnego kości, którym już dawno zdążyła się znudzić. Jej oczy wchłaniały kolejne kamienne budynki, osoby i segmenty wysokiego muru.

Kiedy znalazła się wewnątrz, poczuła się znacznie lepiej, nawet mimo panującego tu gorąca. Aura tajemnicy i nierozwiązanych zagadek napędzała ją i popychała do czynu. Choć tu też było duszno i ciemno, jakoś nie przeszkadzało jej to tak bardzo, jak wcześniej. Czuła liczne spojrzenia na swoich plecach. Odwróciła się w tamtą stronę i uśmiechnęła przelotnie do patrzących. Oni pewnie potrzebowali nadziei bardziej, niż ona.

Przejrzała pomieszczenie wzdłuż i wszerz, rozglądając się uważnie i dotykając ścian w poszukiwaniu… czegokolwiek. Nie znalazła wiele. Co prawda, miała już parę pomysłów co do drzwi i sposobu ich otwarcia, a także tajemniczych znaków pokrywających kolumnę, ale zawsze warto było się upewnić. Obadać teren, zacząć czuć się komfortowo i pewnym siebie. Z trudem przychodziło jej udawanie kogoś takiego, ale zawsze było to coś.

W chwili, kiedy zdecydowała, że skończyła swoje niewielkie oględziny, natychmiast przeniosła wzrok na pokrytą niezrozumiałym dla niej pismem kolumnę. Podeszła bliżej, przekonana, że to właśnie naczynie na jego szczycie jest najważniejszą częścią mechanizmu otwierającego drzwi, o którym teoretyzowała. Spojrzenie dziewczyny nabrało obcego wyrazu, a wzrok wyostrzył się nienaturalnie szybko i mocno. Takak bardzo, że jej spojrzenie przeniknęło cienką tkaninę rzeczywistości i ujrzała to, co kryło się pod nią. Połączenia. Tysiące falujących leniwie wstęg, łączących każdą rzecz z każdą inną. Niektóre cieńsze od igieł, inne szerokie jak ręka rosłego mężczyzny. Każda oryginalna, o różnej długości i charakterze.

Skupiła się na kolumnie, naczyniu i drzwiach, uważnie studiując to, jak były ze sobą połączone. Jeśli w ten sposób nie dowie się niczego konkretnego, to zawsze pozostawała możliwość spróbowania po prostu… domyślenia się rozwiązania. Naczynię sugerowało potrzebę napełnienia go czymś. Może wodą, może czymś bardziej specyficznym. To też możnaby spróbować zrobić.

Choć wątpiła, że proponowane przez jej nowych towarzyszy rozwiązanie zadziała, nie wykluczała go. Miała jednak pewne wątpliwości co do jego wykonania. Nie była mistrzynią w dziedzinie… no… “zaczarowywania" rzeczy w sposób, w jaki tego się od niej spodziewano. Już nawet nie wspominając o tym, że pamięć o swoich zdolnościach trzymała na jednym włosku. W każdym razie, wciąż była to opcja, a takich nie miała zamiaru ignorować.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 17 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 17 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52163
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.