Cykl

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Drytrak
Posty: 134
Rejestracja: 20 wrz 2014, 21:38
Discord: Brutal
GG: 53864657
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3057

Cykl

06 lut 2015, 16:21

Obrazek

Nikt już nie pamięta, czym była klątwa i czemu służyła, powstała ona bowiem tak dawno temu, że nawet bogowie stracili wiedzę na ten temat. Faktem jest, że powróciła, a może nigdy nie odeszła, może została tylko uśpiona. Ale nie tak jak świat, który to odradzał się ze swoich nędznych resztek raz za razem, ona cały czas pozostawała taka sama, zdaje się występować poza czasem, poza rzeczywistością, jest czymś tak odległym i niezrozumiałym, że wykracza poza ludzkie pojmowanie, a jednak wciąż sprowadza na to królestwo ogromy bólu, nieważne jak próbowali walczyć z nią ludzie. Choć nadzieja zawsze istniała – jeszcze nie tak dawno temu przekleństwo zostało wypędzone. Nikt nie wie, który cykl się wtedy zaczął, a który skończył. Teraz nie miało to absolutnie żadnego znaczenia. Wielkie czyny równie wspaniałych bohaterów z przeszłości odeszły w zapomnienie. Wszystko zaczynało się od początku, ich starania poszły, można by rzec, na marne. Rzeczywiście, ich poświęcenie wydaje się teraz pozbawione znaczenia. Wszystko to jest częścią wiecznie trwającej walki, bohaterowie oddawali życia za bohaterów, robili to ze świadomością, że jedynie odwlekają to, co nieuniknione, a jednak walczyli. Czy w sercach dzisiejszych ludzi wciąż tli się odwaga i wiara? Podobno ich niezłomność jest legendarna nawet wśród istot wyższych, które to już przed wiekami zeszły ze sceny i zajęły miejsca na widowni, uciekając przed ludzką furią. Furię tę, gdy zabrakło im celu, skierowali przeciw samym sobie, taka już była ich natura. Brat stanął przeciwko bratu, ongiś wspaniałe królestwo, zjednoczone przez naiwnego króla, ponownie zostało podzielone. Zawsze kończyło się tak samo, a może zaczynało, nikt nie potrafił odnaleźć sensu w tym, co kierowało światem. Tam, gdzie wszystko miało początek i koniec nieskończenie wiele razy, tam, gdzie królestwa rodziły się i upadały, tam, gdzie ludzie od początku swego istnienia błądzą po omacku, tam znajduje się rozwiązanie. Wielu wyruszyło w jego poszukiwaniu, wielu nie wróci, ale nie była to uczciwa cena, rozwiązanie mogło być jedynie iluzją, tak jak i wszystko w tej przeklętej krainie. Wam odmówiono śmierci, wy, nieumarli, nie macie nic do stracenia, możecie jedynie iść naprzód, ruszyć w pogoń za tym, co utraciliście, co utracili wszyscy – historią, wspomnieniami. Ale czy istoty tak ulotne mogą dokonać podobnych czynów? Powiadają, że z desperacji rodzi się siła.

W sercu królestwa znajdował się wspaniały ogród. Miał on być symbolem odrodzonej ludzkości, ery panowania człowieka, czymś, co przypominałoby o pokonaniu klątwy. Pokolenia ludzi miały przychodzić tu w poszukiwaniu spokoju i odpoczynku, mieli przysiąść na dawniej miękkiej trawie i wpatrywać się w gwiazdy, rozmyślać nad życiem i nad sobą. Bawić się tu z dziećmi, uczyć je szacunku do tego, co żywe. Zabierać miłości swego życia na romantyczne przechadzki i pielęgnować ich związki. Król kazał posadzić tu rozmaite gatunki roślin, brukowane ścieżki były po obu stronach otoczone kwiatami, gdzieś dalej majaczyły zadbane żywopłoty, a za nimi rosły wspaniałe drzewa. Gdzieniegdzie postawiono również pomniki, miały one upamiętniać czyny wielkich ludzi, chronić je przed wiecznym zapomnieniem. W samym centrum parku wybudowano także swego rodzaju, wykonaną w całości z kamienia, sporą altanę, która była niejako przedsionkiem pewnej tajemniczej konstrukcji, którą podobno król wzniósł w chwilowym przebłysku dalekowzroczności. Wydawało się, że nic już nie odbierze im tego spokoju.

Ocknęliście się. Pierwsze wróciło czucie, uderzyła was paraliżująca fala chłodu, trwała ona jednakże tylko krótką chwilę, choć wciąż nie było wam ciepło, leżeliście na czymś twardym i zimnym, nie czuliście się komfortowo. Wasze umysły wciąż starały się odnaleźć w sytuacji, jakby uczyły się wszystkiego od nowa, stopniowo przypominając sobie sposób swojego funkcjonowania. W uszach zaczęliście słyszeć skwierczenie ognia i przyjemny szum drzew, uspokoiły one nieco wasze skołatane nerwy, nadały też waszym myślom swoisty rytm, dźwięki porywały wszystkich do tańca. Gdy zaciągnęliście się nosem odrzuciła was odrażająca kaskada gnilnych aromatów. Powietrze było bardzo wilgotne. Popchnięci zapachem otworzyliście oczy, zostaliście natychmiastowo oślepieni przez tańczący pięć metrów od waszych twarzy ogień. Gdzieś po drugiej stronie paleniska – na skraju pomieszczenia – stała spowita płaszczem, kobieca postać. Unoszące się znad ogniska rozgrzane powietrze nieustanie falowało, tym samym uniemożliwiając rozszyfrowanie rysów twarzy nieznajomej. Warto też dodać, że jej sylwetka wydawała się jakby zamglona, nierealna. Kobieta najpewniej zdawała sobie sprawę z waszej obecności, ale nie interesowała jej ona zbytnio. Każdy z was – nie licząc widma tajemniczej postaci – był tu całkiem sam. Wprawdzie czuliście otaczającą was obecność, ale nie mogliście nic z tym faktem zrobić, byliście zdani wyłącznie na siebie, póki co.

Wykonana z kremowej cegły, niewielka konstrukcja, w której się znajdowaliście, została zbudowana na podstawie sześciokąta. Wszystkie ściany oraz sufit zostały w mniejszym lub większym stopniu zburzone, zostały jedynie kolumny, które owe ściany dawniej łączyły, większość gruzów została niedbale wyniesiona przed budynek i walała się gdzieś po okolicy, składające się na podłogę, wykonane z tego samego materiału kafle były strasznie popękane, a w większości szczelin – szczególnie tych na zewnętrznych kaflach – wyrastał mech. W samym centrum zrujnowanej altany, w odległości nieco ponad pięciu metrów od każdej ze ścian, paliło się ognisko, jednakże nie unosił się znad niego dym, wydawało się w jakiś sposób specjalne. Wrażenie to pogłębiał fakt, że paliwem nie było drewno, a długi miecz wetknięty w stertę kości, których większość już dawno zamieniła się w pył. Nie spalały się one jednak, płomienie nie wyrządzały tym przedmiotom żadnych szkód. Bijące od niego ciepło było czymś niesamowicie kojącym, rozumieliście już, co ćmy dostrzegały w ogniu, któremu tak bardzo chciały oddać swoje życie. W jego pobliżu czuliście się równie bezpiecznie, co w objęciach matki. Wypełniał on trawiącą wasze serca pustkę i przynosił ulgę, sprawiał, że czuliście się lepiej. Ten moment mógłby trwać wiecznie.

Mieliście na sobie jakieś strzępki ubrań, obok leżała podobnej jakości broń. Za waszymi plecami wschodziło słońce. Za widmową postacią najwyraźniej była inna budowla, większa od tej, w której się znajdowaliście. Wszędzie indziej był las, a raczej gęsta puszcza. Przyroda postanowiła odzyskać to, co kiedyś jej odebrano, park był niesamowicie wręcz zaniedbany, a miejscami wyglądał jak istne pobojowisko. Z altany rozchodziło się osiem różnych dróg, każda z nich prowadziła w innym kierunku, nie były one zbyt dobrze widoczne, ale możliwe było bezproblemowe poruszanie się nimi. Wokół nie brakowało pozostałości po różnych machinach, połamanych drzew i wyschniętych ciał, w które stopniowo wrastały korzenie. Od nieumarłych zależało, czy będą tu samotnie wyczekiwać końca, czy może ruszą w wybranym przez siebie kierunku.

*Sesja jest lekko sandboxowa i stawia przed wami wiele ścieżek oraz zakończeń. Cel możecie wybrać sobie sami, a jeśli nie jesteście tego pewni, to możecie zwyczajnie odgrywać swoją postać, a przeznaczenie samo was znajdzie. Możecie iść wszędzie, możecie robić i zbierać wszystko. Z umiarem, oczywiście. Powodzenia, nieumarli!
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

17 lut 2015, 00:24

Wyszedł, ściskając łuk i strzały w dłoni. W myślach miał mętlik, który powoli rozplątywał, dochodząc do konkluzji. Podejrzenie, jakie w nim wykiełkowało, w szybkim tempie rosło, nabierało kształtów, barw i sensu. Strażniczka Ognia, ta, która przemówiła do niego słodkim głosem i sprawiała wrażenie, jakby chciała mu pomóc, nie była tym, za kogo się podaje.

Poczuł się źle, uświadamiając sobie, że już po tak krótkim okresie egzystencji zetknął się z fałszem i manipulacją. W konsekwencji zaczął czuć niechęć do jakichkolwiek kontaktów – czuł jednak, że tylko chwilową. Ta istota spróbowała sprzedać mu tak naciąganą historię, że niemalże niemożliwością – na ile mówiły mu resztki wspomnień i zdrowego rozsądku – było, aby była prawdą. Jest istotą, której celem było pomaganie tym, którzy zostali przeklęci. Taki jest jej cel, ale nie wie, czy komukolwiek kiedykolwiek ostatecznie jej pomoc na coś się przydała – i twierdzi, że prawdopodobnie nie. Możnaby więc powiedzieć wręcz, że jest istotą bez celu. Powątpiewał w to, zaczął więc podejrzewać, że musi istnieć ukryty motyw – przyczyna, z której pozbawieni pamięci nieumarli są wysyłani w świat, aby szerzyć zamęt i szukać własnego bardzo mało prawdopodobnego ocalenia. Tknęła go myśl, że badanie tej przyczyny czy szukanie jej może być złym pomysłem.

Wniosek, niezależnie od tego, czy to, co powiedziała istota, było prawdą, był ten sam. Chciał tylko odnaleźć ustronne, spokojne miejsce, w którym mógł przeżyć to, co mu pozostało, w spokoju i ciszy, gromadząc wiedzę i nowe doświadczenia – zwyczajnie czerpiąc radość z tej namiastki egzystencji, którą otrzymał w darze. Nie chciał spędzić jej w krzyku, śmierci, mordzie, niepewności i chaosie – a innego rozwiązania, jeśli poszedłby ścieżką, sugerowaną mu przez Strażniczkę, prawdopodobnie nie było. Pocieszeniem była świadomość, że Strażniczka mogła kłamać, mówiąc o tym, że jego czas był ograniczony. Miał taką nadzieję. Nawet jednak, jeśli w tej sprawie nie minęła się z prawdą, wolał spędzić pozostały mu czas nie na desperackim szarpaniu się i walce z przeznaczeniem, tylko na spokojnej, pełnej namysłu wędrówce. Jeżeli koniec nadejdzie, powita go z akceptacją i z podniesionym czołem, świadom tego, że zachował wolność do końca.

Ruszył w drogę, chłonąc świat dookoła siebie, rozglądając się uważnie, obserwując, ucząc się, idąc w stronę, która wydała mu się najprzyjemniejsza dla oka. W tym momencie wszystkie kierunki były dla niego tym samym. Czuł się tak wolny. Uśmiechnął się nieśmiało do siebie, zostawiając Strażniczkę jej sprawom – za sobą.

Pierwszy krok został wykonany.

Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 194
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

17 lut 2015, 22:25

Airand szedł przez bardzo długi czas. Niewygodnie umiejscowione strzały co chwila wypadały i robiły hałas, który, jakimś cudem, nie ściągnął do niego żadnego przeciwnika. Co rusz z gęstwiny dochodził jakiś dźwięk. Cichy jęk, uderzenia, a czasem nawet powolne kroki. Jednak wszystko pozostawało spowite mrokiem. Droga nie zmieniała się. Wyglądało, jakby się stało w miejscu. Cały czas to samo.

Wreszcie, po godzinach ciemności, począł zauważać przebłyski światła spomiędzy gęstych liści. Z początku małe, później coraz to większe, aż w końcu ścieżka zaczęła być dobrze widoczna, a Airand nie musiał iść prawie na oślep, jak to dotąd robił. Rozejrzał się. Droga nie wyglądała jakoś nadzywczajnie. Jasna, wydeptana ścieżka. Swego czasu musiało podążać nią naprawdę wiele ludzi. A może i nieludzi.

Po chwili wyszedł z lasu. Nareszcie. Otwarta przestrzeń. Rozejrzał się. Przed nim malowała się ogromna równina. Mogłaby być nawet ładna. Mogłaby. Można było wyobrazić sobie na niej zieleń, która tam nie rosła. Goła ziemia. Nic jej nie porastało. Wszystko wyglądało na kompletnie wymarłe. Było tak cicho.

Jedynym, co wyróżniało się z krajobrazu, był rycerz. Tak – rycerz w pełnej zbroi płytowej stał bez ruchu, patrząc na ową martwą równinę. Coś w jego postawie wskazywało na dumę. Równocześnie wyglądał raczej swobodnie. Nie prostował się zbytnio. Po prostu patrzył. Jego głowę osłaniał zamknięty hełm. Nawet, jeżeli odwrócony by był w stronę Airanda, wojownik nie mógłby dostrzec jego wyrazu twarzy.

- Witaj, nieumarły. Co cię sprowadza na to pustkowie? Poszukujesz czegoś? A może los cię tu zawiódł. Tak, czuję to w tobie. Przypadek. Nie szukałeś mnie, ja jednak jestem – powiedział rycerz nie drgnąwszy nawet. Jakim cudem zauważył zbliżającego się do niego nieumarłego? Nieznajomy przemawiał nienaturalnie spokojnym i głębokim głowem. Stojący przed Airandem człowiek zdecydowanie był mężczyzną. Rycerz ucichł, widocznie czekając, aż nowo przybyły coś powie.

********

Cichy ruszył. Wybrał drogę południowo-wschodnią. Kobieta chwilę na niego popatrzyła. Jej oczy były zimne jak wcześniej. Ale coś w nich błysnęło. Jakby… żal? Tęsknota? A może zwyczajnie wiedziała, co czeka wojownika na drodze? Teraz już było za późno. Cichy nie odwrócił się. Nie mógł już zawrócić. Dokonał wyboru.

Ruszył w las, który jednak po krótkiej chwili ustąpił miejsca szerokiej drodze. Wyglądało to na niegdyś często używany trakt. W niektórych miejscach dało się dostrzec zniszczone, kamienne podłoże. Cichy najwidoczniej trafił na jakąś ważną dla tego nieznanego mu lądu drogę. Musiała prowadzić w jakieś ważne miejsce. Ale może… może właśnie opuścił to miejsce? Może chodziło o ognisko?

Traktem można było swobodnie iść. Na drodze leżało kilka trupów, ale nie utrudniały przemarszu. Dookoła nie znajdowało się nic przydatnego. Ponownie – Cichy ruszył. Jednak zanim przebył choćby kilka kroków, coś za jego plecami się odezwało. I przed nim. Trzy “trupy" wstały. I widocznie nie były nastawione przyjaźnie. Dwóch miało w rękach wyszczerbione miecze i zachodziło Cichego z boku, trzeci zaś z tyłu – a w ręku miał sztylet. Wojownik był otoczony. Ucieczka na nic by się nie zdała. Jedynym wyjściem była walka.

Awatar użytkownika
Rander
Posty: 48
Rejestracja: 21 sie 2014, 21:33
GG: 51772154
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3033

18 lut 2015, 20:39

Szedł przez nieprzebyte ciemności, strzały co jakiś czas wypadały mu złośliwie z pasa a ten musiał je podnosić i ponownie wkładać między pas. Hałasowały przy tym co mogło sprowadzić na Airanda kłopoty, na szczęście nie sprowadziło, mimo to gdzieś w gęstwinach niemal bez przerwy słychać było najróżniejsze, nieznane odgłosy. Wiedział że kolczan przydałby mu się w tej chwili jak mało co, musiał czym prędzej go skądś zdobyć. Jego podróż przez mrok wydawała się trwać godzinami, powoli zaczął wątpić w to że kiedykolwiek opuści ten wielki las, w końcu jednak po tak długim marszu do jego źrenic poczęły dochodzić nieśmiałe promyki światła. Sekunda po sekundzie, minuta po minucie, ścieżka stawała się coraz bardziej widoczna, oczy nie męczyły się już tak a i on mógł iść pewniej, droga widocznie była niegdyś używana, teraz jednak na niej nie było nikogo innego, jaka była tego przyczyna?

Nareszcie opuścił tereny leśne, przed nim rozciągała się wielka równina, nie było jednak na niej roślin, była szara i pusta. Gdy dokładniej się rozejrzał ujrzał jednak że nie jest tu sam, tuż naprzeciw niego na tle wymarłej zieleni malowała się sylwetka potężnego rycerza w płytowej zbroi, stał i nawet nie drgał, mimo to nawet sposób tego jak stał wskazywał że czuł dumę, był dumny, być może z tego kim jest, a być może z tego kim był? Twarz nieznajomego nie była widoczna, nosił na niej hełm który w całości przykrywał mu głowę, Airand nie mógł nawet rozeznać w którą stronę zwrócony jest rycerz.

Łucznik zbliżył się na krok, ustał gdy tylko usłyszał że nieznajomy do niego mówi, mówił on spokojnie i stonowanie, jego głos był taki łagodny, gdy skończył zamilkł i czekał aż Airand odpowie, cóż, przynajmniej nie powtórzy błędu z ostatniego spotkania z nieznajomym. Airand podszedł trochę bliżej rycerza zachowując jednak bezpieczny dystans po czym niepewnie otwierając usta zaczął mówić twardym choć przyjaznym tonem– Na początek, jestem Airand, a ty rycerzu? Po za tym, masz rację, idę tam gdzie prowadzi mnie los, tak jak chyba wszyscy. Wiesz może dokąd prowadzi ta droga? Co jest za tym pustkowiem? Warto byłoby się tego dowiedzieć. No i nieznajomy, gdzie ty zmierzasz? Co cię tu sprowadziło?- tu skończył po czym uśmiechnął się delikatnie w kąciku ust, ucieszyła go świadomość że jednak nie jeden on nie wie dokąd zmierza, o ile ktokolwiek jeszcze gdzieś zmierza, czekał aż rycerz odpowie.
Awatar użytkownika
Aurora
Posty: 44
Rejestracja: 06 sty 2013, 00:23
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2536

18 lut 2015, 21:36

Z za jego pleców doszedł go czyjś głos. Powoli odwrócił się w jego stronę i, ujrzawszy zjawę wypowiadającą słowa, nieco zmrużył oczy. Zjawy nigdy nie mówiły. Robiły różne rzeczy, ale na pewno nie mówiły. Ta była inna. Słowa były wyraźne, wcale nie wydawały się odległy. Czuł, że zjawa nie miała dla niego nic do zaoferowania. W tej krainie pozostawiony był sam sobie i swoim demonom, dlatego nikt nie był w stanie mu pomóc.
Nie zapomniał jednak o uprzejmościach. Lekko skinął głową w kierunku postaci, po czym ruszył północną ścieżką. Nie wiedział, jaka będzie droga. Nie wiedział, dokąd prowadziła. Nie wiedział nic, ale mimo to czuł, że musi udać się właśnie w tamtym kierunku. Zawsze na północ. Tylko to się liczyło.
Awatar użytkownika
Lakras
Posty: 38
Rejestracja: 16 lis 2014, 01:06
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?p=51226&sid=346c605f8e6922b3cefce5a53452c75c#51226

18 lut 2015, 22:32

Jestem nieumarłym. Gorzej nie mogłem trafić. Całe życie na wojnie i teraz nawet po śmierci ani chwili spokoju. Czy to już taki mój los? Czy to kara za to co uczyniłem? Ale, właściwie co takiego uczyniłem? Czuję na swoich barkach ciężar klątwy, jednak nie znam jej przyczyny. Gdzie moja wina? Skąd te ślady krwi na moich martwych rękach? Kto za tym stoi?

Chrząknął wchodząc między wysokie drzewa i rozejrzał się dookoła przystając na chwilę. Las jak las, był ciemny, mokry i pachniał czymś, co zawsze odrzucało wojownika. Czymś wilgotnym, świeżym, budzącym się dopiero do życia.

Po chwili marszu wojownik ujrzał przed sobą rozwidlenie między drzewami, które mogło zwiastować jakąś polanę, bądź wyjście z zasłanej drzewami drogi.

Cóż to za światło? Las powinien być ciemniejszy, czyżby już się kończył? Ale przecież chwilę temu do niego wlazłem. Nie podoba mi się to. Nic mi się tutaj nie podoba.

Wojownik splunął na wychodzącą z lasu drogę i wkroczył na nią z cichym warkotem wydobywającym się z jego gardła. Kiedy przed sobą ujrzał trupy przyjrzał się im przelotnie, z daleka, przyśpieszając kroku z zamiarem minięcia ich. Najwidoczniej w jego umyśle zrodziła się, jakże głupia myśl, że to, co martwe, takie już musi pozostać. Jakże był zdumiony, kiedy za swoimi plecami usłyszał jakiś dźwięk. Odwrócił się, oczywiście pragnąc sprawdzić co takiego za nim podąża, tylko po to, aby za swoją głową usłyszeć ciche szmery podnoszących się postaci. Chociaż nie, nie postaci.
Zmrużył oczy kierując głowę naprzeciwko wstających przeciwników.

No tak, jakże by inaczej? Jestem chodzącym trupem i oto mam przed sobą moich nowych braci. Jednak ci bracia raczej nie wstają po to, aby się ze mną napić, czy zatańczyć. Och, głupi. Ten świat jest ci zupełnie obcy, nie dziw się, że trupy wstając z drogi, aby cię zadźgać. Sam jesteś przecież trupem.

Na jego usta wkradł się drapieżny uśmiech. Cichy pochylił się do przodu rozstawiając szeroko nogi. Podniósł ku górze rękę z marnym puklerzem, chcąc jak najlepiej wykorzystać jego wątłą ochronę. Napiął również mięśnie prawej ręki, w której ściskał miecz, unosząc ją odrobinę ku górze, tak, aby sparować niespodziewane ciosy umarlaków.

Głupcy, nie da się mnie otoczyć. W moich żyłach płynie krew setek stoczonych walk….A raczej, płynęła.

Stęknął cicho odwracając się w kierunku tego, który pragnął zajść go od tyłu. Trup miał w ręku tylko sztylet, więc wyeliminowanie go na początku zdało się być najkorzystniejszą transakcją. Cichy uniósł miecz doskakując błyskawicznie do swojej pierwszej ofiary i ciął potężnie z góry, chroniąc się tym samym puklerzem przed niespodziewanym atakiem sztyletu. Wystawił prawą nogę do przodu, gotowy do odzyskania równowagi, jeśli jego ostrze jakimś sposobem nie trafiło w cel.

Wiedział, że ma za sobą jeszcze dwójkę umarlaków, jednak nie sądził, żeby mogły zareagować z taką szybkością, z jaką on wyprowadził swój manewr. W rezultacie, miał zamiar ominąć pokonanego, bądź nie, przeciwnika i ustawić się twarzą naprzeciwko pozostałych w celu cierpliwej obrony, głównie parowania ataków i wyprowadzania szybkich ciosów w chwili wahania szkieletów. Nie wiedział jeszcze, czy ta metoda się sprawdzi, ponieważ pierwszy raz walczył z takimi przeciwnikami, jednak miał nadzieję na szybki koniec walki.

Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 194
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

19 lut 2015, 19:14

Kiedy Airand począł podchodzić do rycerza, ten lekko odwrócił się w stronę nieumarłego. Łucznik teraz zauważył, że tamten jedną rękę trzyma na pochwie z mieczem. Jakby był gotów dobyć go w każdej chwili. Nie zmienił jednak swojej postawy. Wyprostowany patrzył zza stalowej zasłony błyszczącego pancerza. Airand nie widział oczu, ale czuł na sobie jego wzrok.

Nieumarły zaczął zadawać pytania. Rycerz przez chwilę stał bez ruchu, słuchając tego co tamten ma do powiedzenia. Kiedy łucznik skończył, na kilkanaście sekund zapanowała kompletna cisza. Jedyną oznaką życia rycerza był ciężki, dobiegający zza zasłony oddech. Przez chwilę wręcz charczał. Brzmiało to, jakby coś blokowało mu swobodny przepływ powietrza. Wreszcie odezwał się.

- Jestem Alzhkiel. – Po wypowiedzeniu słów zrobił krótką przerwę. – Tak. Los. Widzisz, nie wszystko można określić losem. Puści. Ludzie bez wspomnień. Kierujący się czystym instynktem. Ci, którzy stracili wszystko. Czy to los ich takim uczynił? Nie, to klątwa. Czy klątwa została zesłana przez los? Jeżeli tak, czemu ten wielmożny… “los" miałby to zrobić? – Przy tych słowach wyraźnie było słychać gorycz. Ale też smutek. Mówił coraz głośniej – Ta droga… Ta droga prowadzi właśnie tutaj. Kończy się kilka metrów dalej. Tak. Jej celem było doprowadzenie ludzi na tę równinę. A za pustkowiem? Nic. Nieskończony ocean. Jesteśmy tu uwięzieni, nieumarły. O tak… – ponownie zawiesił głos. Widocznie nie był przyzwyczajony do szybkiego mówienia i myślenia. Ile mógł tu ślęczeć? – Gdzie ja zmierzam? Ja już osiągnąłem cel swojej podróży. Jestem tutaj, u kresu. Jakimś cudem przeżyłem, otrzymując błogosławieństwo… Zresztą, nieważne. Nie mogę ci powiedzieć. Nie teraz. On… on może usłyszeć. A wtedy wszystko będzie stracone. Sprowadził mnie tu… – zaśmiał się – los, drogi nieumarły.

Rycerz, wypowiadając te słowa, wyraźnie czekał na jakąś reakcję Airanda. Chociaż sam nie zadawał żadnych pytań, to wydawał się wręcz… chętny do rozmowy? Coś nieumarłemu podpowiadało, że ten człowiek nie jest tym, na kogo wygląda. Nagle, zupełnie niespodziewanie dodał jeszcze coś do poprzedniej wypowiedzi.

- Mogę ci pokazać, co tu się wydarzyło. Tylko powiedz, czy chcesz.


********

Bezimienny nieumarły wyruszył. Na samym początku podróży nie spostrzegł nic szczególnego. Po kilkunastu minutach jego drogę zagrodziło zwalone drzewo. Można było je ominąć, a nawet przez nie przeskoczyć. Tyle że widniała na nim czaszka. Było to widoczne ostrzeżenie. Kto wie, może już nieaktualne? Nie wydawało się najnowsze.

Za drzewem nadal ciągnął się las, chociaż wydawał się trochę rzadszy niż ten, w którym teraz przebywał nieumarły. Bezimienny miał wybór. Przeć naprzód, nie zważając na konsekwencje, albo zawrócić i obrać inną ścieżkę.

********

Cichy ruszył do ataku, zanim powolni, jęczący przeciwnicy w ogóle zorientowali się, co się dzieje. Tak – zdecydowanie byli przeciwnikami. Ruszyli na nieumarłego z bronią. I wyglądało na to, że nie potrafili mówić. A może po prostu zapomnieli, jak to robić i teraz wydawali z siebie tylko losowe, nic nieznaczące dźwięki?

Klinga nieumarłego trafiła przeciwnika ze sztyletem w ramię i przeorała mu pół klatki piersiowej. Chociaż miecz nie należał do najlepszych ani najostrzejszych, to siła nieumarłego sprawiła, że cios był śmiertelny. Trup w ułamku sekundy rozwiał się, a miecz Cichego na powrót uwolniony. Kiedy odwrócił się jednak, zobaczył pozostałą dwójkę, która właśnie brała na niego zamach. Jednego miał z prawej, drugiego z lewej.

Awatar użytkownika
Rander
Posty: 48
Rejestracja: 21 sie 2014, 21:33
GG: 51772154
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3033

19 lut 2015, 20:51

Airand gdy kończył mówić poczuł na sobie jakby głęboki, przeszywający go wzrok, rycerz widocznie mu się przyglądał, nie uznał tego jednak za nic niezwykłego i kontynuował. Po wypowiedzeniu wszystkich słów gdy cierpliwie czekał na odpowiedź rycerza miał chwilę czasu by zastanowić się gdzie on właściwie dąży, czy to wszystko ma jakiś sens?Próbował też zrozumieć sens jego wędrówki, nie zdążył jednak pozwolić sobie na więcej przemyśleń gdyż nieznajomy w końcu zareagował przerywając głuchą ciszę która panowała dotąd niezmiernie. Zanim począł mówić wydał z siebie chrypnięcie, jakby się męczył, czyżby miał problemy z swobodnym oddychaniem? Wpierw przedstawił się, zrobił krótką przerwę jakby dając Airandowi czas na przyswojenie tej informacji, Alzhkiel, dziwne imię-przeszło mu przez myśl.

Rycerz mówił– o klątwie jak i o losie, losie o którym mówił jakby miał do niego jakieś wyraźne pretensje, jakby obwiniał go o to że zesłał na niego klątwę, widocznie nie był w stanie pogodzić się z tym co utracił. Ubrany w zbroję wojownik rzekł że za tą wszechobecną równiną nie ma nic, tylko ocean, czyżby był to ostatni skraj nieznanego świata? Głos rycerza był dość ochrypły i momentami spowalniał, widocznie był już zmęczony, lub też nieprzyzwyczajony do rozmowy, czy może też rycerz po prostu dawno z nikim nie rozmawiał? Pod koniec mówił o tym że jego wędrówka dobiegła końca, że otrzymał nieznane "błogosławieństwo", nie chciał jednak powiedzieć o nim nic więcej, stwierdził że "On" może usłyszeć, że może stać się coś złego, po chwili dodał jednak że chodzi o los, a może jednak kłamał?-przeszło przez myśl nieumarłemu. Rycerz przerwał, czekał niewątpliwie na reakcję Airanda, nim ten jednak zdążył coś powiedzieć rycerz zaoferował że pokaże jemu co się tu wydarzyło.

On był coraz bardziej zaintrygowany Alzhkielem, mimo całej swej otwartości wydawał się dość tajemniczy, w dodatku coś głęboko w Airandzie sugerowało że nowo poznany wojownik nie jest naprawdę tym na kogo wygląda co dodatkowo spotęgowało jego podejrzenia. Airand z wyraźnie zrzedniętą miną począł mówić spokojnym, wyrafinowanym tonem– Twierdzisz więc że osiągnąłeś cel swojej podróży, co więc jeszcze tu robisz? Czyżby jednak nie było stąd wyjścia? Nie musisz odpowiadać, jednak wydaje się to dziwne, przecież jesteśmy tylko ofiarami losu a on robi z nami co popadnie. Jeśli los chce to z pewnością usłyszy i te słowa które wypowiedziałeś, nie wiem o jakim "Błogosławieństwu" mówisz jednak nie sądzę aby los skrzywdził cię z powodu powiedzenia czegokolwiek na ten temat- tu Airand przerwał jakby chcąc wyraźnie zaakcentować przerwę między tymi słowami a następnymi jakie zamierzał wypowiedzieć– Los sprowadził tu i mnie, obaj przed nim odpowiadamy lecz i obaj decydujemy czy mu się poddamy. Nie wiem co tu się wydarzyło i nie wiem czy powinienem wiedzieć, skoro jednak chcesz pomóc mi ujrzeć to co się stało to nie omieszkam odrzucić twojej pomocnej dłoni. Tak, chcę byś pokazał mi co tu się wydarzyło– tu Airand skończył po czym odwrócił się w stronę równiny, patrzył, wypatrywał czegokolwiek, jakby jakiegokolwiek znaku, sam nie wiedział, po prostu czuł jakiś sentyment do tego straconego miejsca.
Awatar użytkownika
Aurora
Posty: 44
Rejestracja: 06 sty 2013, 00:23
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2536

20 lut 2015, 13:24

Ostrzeżenia czy też groźby nie miały dla niego jakiegokolwiek znaczenia. Nie przeszło mu nawet przez głowę, by zawrócić i obrać inną ścieżkę. Był zdeterminowany, aby przeć przed siebie, jednakże nikt, nawet on sam, nie wiedział, skąd owa determinacja się brała. Zamiast obejść zagradzający mu drogę pień, postanowił nad nim przeskoczyć. Skok był wyjątkowo niezgrabny, i tylko bogowie mogli wiedzieć, dlaczego nieumarły się nie wywrócił.
Nie przejmował się tym, co mogło czekać go dalej. W jego głowie widniał tylko jeden cel. Iść dalej. Nic nie mogło go zatrzymać.
Awatar użytkownika
Lakras
Posty: 38
Rejestracja: 16 lis 2014, 01:06
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?p=51226&sid=346c605f8e6922b3cefce5a53452c75c#51226

21 lut 2015, 20:29

Jego ostrze nie spotkało się z oporem, co mocno go zdziwiło. Z rozszerzonymi oczami patrzył, jak szkielet, w którego wbił swoją parodię miecza rozmywa się przed nim, uwalniając jego ostrze spod nieprzyjemnego więzienia swoich martwych, brudnych kości.

Z ust wojownika wydobyło się przekleństwo, jednak nie miał czasu na zastanawianie się, co stanie się z nim po śmierci w tym świecie. Za jego plecami słychać już było unoszenie mieczy i gruchot kościanych kończyn, które po zbyt długim czasie ożyły, aby go dręczyć.

Mężczyzna odwrócił się z lekką trudnością łapiąc równowagę i ujrzał dokładnie to, czego się spodziewał. Uniósł puklerz ku górze w stronę przeciwnika zachodzącego go od lewej strony, nie sądził jednak, aby owa ochrona na coś się zdała, więc w ostatniej chwili, klnąc przy tym hardo, pochylił się i skoczył w lewą stronę zasłaniając się mieczem przed ciosem najbliższego mu trupa, w celu sparowania uderzenia.

Omijając przeciwnika skokiem zamachnął się swoją bronią, kiedy tylko jego stopy dotknęły gruntu i ciął z warknięciem, celując w kark szkieletu. Mając w pamięci łatwość, z jaką pozbył się poprzedniego przeciwnika, miał zamiar od razu rzucić się na ostatniego już truposza wyprowadzając w jego kierunku cięcie od dołu, tak, aby roztrzaskać mu czaszkę, albo chociaż zbić go uderzeniem z nóg i dobić leżącego.

Awatar użytkownika
Drytrak
Posty: 134
Rejestracja: 20 wrz 2014, 21:38
Discord: Brutal
GG: 53864657
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3057

22 lut 2015, 02:33

Llewyna podpełzła do ognia, poczuła się lepiej, ale była to tylko kropla w morzu. Siły wracały do niej powoli, ale samo to nie było aż takim problemem, znacznie gorsze problemy miała ze swoją przeżartą niewiadomymi sytuacją, której ani trochę nie pojmowała. Jej jedyną nadzieją na odnalezienie się w całym tym koszmarze była pochylająca się nad nią kobieta, po której mogła poznać, że udzielił się jej nastrój czarodziejki, nawet mimo tego, że usilnie próbowała zamaskować go subtelnym, serdecznym uśmiechem. Widać było, że zależało jej na tym, by nieumarła poczuła się lepiej, zbliżyła się do niej jeszcze bardziej, położyła dłoń na jej ramieniu.

– Ja? Strażniczką Ognia, a moim zadaniem jest niesienie pomocy nieumarłym, jestem po twojej stronie – oznajmiła. – Trafiłaś do zapomnianej krainy – Varkantaru. Sprowadziła cię tu Klątwa, a raczej chęć jej wyleczenia, choć jest to dopiero początek twej wędrówki, czeka cię daleka droga. Klątwa zabrała ci wspomnienia, a jeśli nie zaczniesz działać, to możesz stracić jeszcze więcej…

– Więcej? – odezwała się milcząca dotąd postać zakapturzonego mężczyzny, jego głos był bardzo niski i ochrypły. – Nic już jej nie zostało, tak jak i wszystkim nam, nie mów, że jest inaczej, bo jest to po prostu kłamstwem – spojrzał pustym wzrokiem na Llewynę. – Wyobraź sobie, niezliczone ilości podobnych nam nieszczęśników trafiają do tej krainy, każdy z nich słyszy tę samą gadkę, ale nikomu się nie udaje. Ci, którzy twierdzą, że to akurat im się uda, są skończonymi głupcami, nie mam racji?

– Nie słuchaj go, nieumarła, nadzieja jest zawsze, wspomnienia mogą zostać odzyskane, a klątwa pokonana. Jeśli się poddasz, to utracisz również świadomość, i szansę na powrót do normalności.

– Bzdury, bzdury…

Nagle do altany wtargnęła dwójka mocno uzbrojonych mężczyzn, jeden z nich – idący przodem – miał na sobie kompletny zestaw zbroi płytowej, miecz, trójkątną tarczę oraz włócznie. Drugi zaś był nieco mniej obciążony, bo chronił go ledwie żelazny kirys i porysowany szyszak, miał przy sobie tylko buławę.

– Magu – przemówił ten pierwszy, zwracając się do siedzącego mężczyzny. – Wstawaj, musimy iść.


– Nigdzie nie idę – odrzekł.

– Co? – wtrącił się drugi przybysz. – Jesteś potrzebny, czarodzieju, ruszaj się!


– Nie.


– Słuchaj – wrzasnął zakuty w stal wojownik, po czym podszedł do maga i podniósł go, łapiąc za ubrania. – Albo z nami pójdziesz, albo będę zabijał cię, aż przestaniesz się odradzać.

Odpowiedziało mu tylko parsknięcie.

– Albo… Albo będę po prostu patrzył, jak zamieniasz się w Pustego.

Tymczasem nieznajomy z buławą zbliżył się do Llewyny. Jego pyzata, pokryta pyłem i rudym zarostem twarz nie wyglądała, jakby miał złe zamiary.

– Błagam, kobieto, powiedz, że znasz się na magii, to bardzo ważne, dla wszystkich nieumarłych, naprawdę.

Bazo cieszył się niezmiernie, że ich dwójce udało się znaleźć wspólny język, na jego nieco zdziczałej twarzy pojawił się karykaturalny uśmieszek, który, niestety, nie zagościł tam na długo, jego miejsce zajęło zmieszanie oraz coś, co wyglądało na przejawy myślenia.

– Tak, tak, każde jej słowo jest kłamstwem, całkiem bezużyteczna. Jest tylko kolejną przeszkodą, jest wrogiem! Wrogiem, który udaje przyjaciela! – zaczął się ekscytować. – Ja… wiem niewiele więcej niż ty, nie wiem co robić, naprawdę nie wiem, nie mam pojęcia, jakbym wiedział, to już by mnie tu nie było, ale jestem, jestem i nie wiem, nic nie wiem. Ale ona wie, ale czy na pewno? A jeśli nie mówi, bo nie wie? Nie, nie, przecież musi wiedzieć, w takim razie kłamie. Kłamie! Kłamca! – zamilkł na chwilę, jego emocje opadły. – Ale… ale… zmusić, czy to dobry pomysł? – z każdym słowem uchodziła z niego energia. – Nieważne, nie mamy wyboru, tylko to możemy przecież zrobić, tylko to i nic innego. Ale co dokładnie masz na myśli, bo to chyba nie będzie takie proste, oj nie będzie. Ona… ona nie wydaje się być, wiesz… zwykła? Chociaż, co mam do stracenia, ja… pomogę ci, pomogę nam, pomożemy sobie, musimy, bo inaczej tutaj zgnijemy, albo coś jeszcze gorszego. Najgorszego.

Przestał opierać się o ścianę, zaczął się nieco trząść, był gotowy do działania, a na jego twarzy pojawiła się determinacja, dotarł już do momentu, w którym był gotowy na wszystko, byleby tylko się stąd wyrwać, w jakikolwiek sposób.

Bezimienny chciał iść, nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie powinien się udać, ale liczyło się to, że tego pragnął. Jego przyszłość była absolutną niewiadomą, nie miał żadnego szczególnego celu, jednakże gotowała się w nim determinacja, która to wymusiła na nieumarłym działanie, nie miał większego wyboru, musiał jej ulec. Nie mając absolutnie żadnych informacji o okolicy każdy kierunek wydawał mu się taki sam, przynajmniej nie musiał zastanawiać się, którą drogę powinien wybrać, tę kwestię pozostawił swemu przeczuciu, wewnętrznemu głosowi, który to głos pchnął go na – jak mógłby wywnioskować z pozycji słońca – mniej więcej południową trasę. Dlaczego akurat ją? Może wydała się mu bardziej zachęcająca i ciekawa? A może był to jego ulubiony kierunek, tego nie wie nikt.

Tak czy inaczej, ruszył. Zostawił za sobą ognisko oraz Strażniczkę, kroczył teraz brukowaną, popękaną i częściowo zarośniętą ścieżką. Im dłużej nią podążał, tym bardziej okolica przypominała pole bitwy, wokół wręcz roiło się od zintegrowanych z florą ludzkich szczątków, widok nie był zbyt przyjemny, ciała – choć widać było tylko ich ułamek – wyglądały na zmasakrowane, brakowało im kończyn i były połamane w wielu miejscach, przyjmując tym samym niemożliwe pozy. Wokół nie brakowało też różnorakiego sprzętu – broni i części pancerza, miał niejedną okazję, by coś podnieść, choć znakomita część tego złomu sprawiała wrażenie, jakby miała rozsypać się przy dotknięciu. Musiały tu przeleżeć spory kawał czasu.

Drzewa były wysokie i miały grube pnie, skutecznie ograniczały ilość światła docierającego do niższych partii lasu, przez co panowała tu tajemnicza i mroczna atmosfera. Cały ten teatr cieni sprawiał, że Bezimiennemu towarzyszył coraz większy niepokój, ale na tym się nie skończyło. Niejednokrotnie dostrzegał kątem oka jakiś ruch, gdy odwracał jednak głowę, wszystko na powrót zamierało, skutecznie unikając złapania na gorącym uczynku. Same drzewa też przyłączyły się do zabawy, ich korzenie jakby wiły się pod jego nogami, czego skutkiem były notoryczne potknięcia. Do tego dochodziło wiecznie towarzyszące mu uczucie bycia obserwowanym. Nieumarły zaczął zastanawiać się, czy to tylko wybryki jego rannego jeszcze umysłu, czy może rzeczy, które rzeczywiście miały miejsce.

Dotarł do kolejnego rozwidlenia, główna droga przeistaczała się w kilka pomniejszych dróżek, postąpił więc tak, jak wcześniej – wybrał tą, która mu najbardziej odpowiadała. Skręcił w prawą stronę, ścieżka szybko zanikła, bruk przeistoczył się w ledwo widoczny, wydeptany w trawie pas brązowej ziemi, którym dalej podążał.

Monotonia tego miejsca wydawała się wręcz przytłaczająca, zaczął już zachodzić w głowę, kiedy w końcu natrafi na… cokolwiek. I wykrakał. Na środku ścieżki zobaczył wielką, okrągłą dziurę. Podszedł bliżej w przypływie ciekawości, obudziła się w nim też jego wrodzona ostrożność, zmysły wyostrzyły się. Po paru chwilach stał już na jej krawędzi, widział teraz wszystko doskonale. Owa dziura okazała się być czymś w rodzaju… zbiornika? Był to z pewnością twór ludzkich rąk, gdyż ścianki oraz dno były wykonane z niemalże idealnie gładkiego, szarego kamienia. Płaskie dno zbiornika, którego ściany były wysokie na mniej więcej sześć metrów, a średnica wynosiła nieco ponad osiem, pokryte było warstwą liści i gałązek, i na tym kończyła się ta "zwykła" część. Bo była tam też niewielka sterta ciał, ułożona przy jednej ze ścian, a także dwie męskie postacie – jedna w skórzanym stroju i kapturze, druga w niepełnej zbroi. Siedziały one oparte o ściany po przeciwległych krańcach dziury. Nie miał pojęcia, co tam robiły.

Tej w kapturze chyba udało się spostrzec Bezimiennego, bo przetarła oczy z niedowierzania, a następnie błyskawicznie zerwała się na nogi i podbiegła pod niego.

– Człowiek? – wymruczał pod nosem. – Pomóż! Proszę, pomóż! Utknąłem… Utknęliśmy tutaj na dobre! Błagam, miej litość, pomóż nam, ja… mam to i owo, zapłacę ci! Co tylko zechcesz, tylko pomóż, panie. Drabina. Gdzieś w okolicy powinna być ukryta drabina, musi gdzieś tam być, przecież nie uciekła.


– Zbyt piękne, żeby było prawdziwe – skomentował siedzący obok, drugi człowiek.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 16 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 15 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52248
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.