Ascendencja

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

Ascendencja

07 paź 2015, 19:43

Wielki Bazaar Sigil! To miejsce, które iście nadmiarem wrażeń nawet Czuciowca mogłoby doprowadzić do szaleństwa. Rzeczy do spróbowania tyle, że dziesięć razy po pięć dziesięcioleci zajęłoby skosztowanie ich wszystkich. Cała ta część Sigil pokryta jest różnokolorowymi łatami namiotów, straganów, flag, banerów, malowideł, kurtyn i zawieszek, tworząc jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną i wirującą bez opamiętania fontannę wrażeń, kolorów i wzorów. Tutaj kupcy z setek planarnych i pierwszaczych światów rozstawiają swoje stragany, oferując przechodniom jedzenie, picie, ceramikę, materiały, ubiory, sznury, wyroby kamienne - słowem, wszystko, co ktoś odwiedzający Miasto Drzwi mógłby potrzebować, chcieć bądź pożądać. I skoro zdecydowana, zdecydowana większość planarów prędzej czy później przechodzi przez Sigil, można było spokojnie założyć, że zaspokojone mogą zostać tu potrzeby i gusta właściwie każdego z odwiedzających, nieważne, jak egzotyczne byłyby. Z miejsca, w którym spotkały się niespodziewanie Anante i Rihin (Anante od razu rzuciła się z uściskiem na niziołkę) można było zauważyć stragan z duszowym miodem pitnym, uzyskiwanym ponoć z duchów jakiegoś nadzwyczajnie odległego pierwszaczego świata, sklep z czarnymi, brzydkimi grzybami, wykopanymi podobno spomiędzy korzeni Yggdrasila, Jesiona Światów, dziesiątki butelek, wypełnionych, jak hałaśliwie zapewniał sprzedawca, powietrzem ze świętej Góry Celestii, które każdego trepa miało oczyścić ze zła przy pierwszym wdechu, gliniane misy, w których żarzyły się płomyczki, podobno pochodzące z Planu Żywiołu Ognia, które, gdy zapalone, zgasną dopiero przy odpowiednim podmuchu, inaczej paląc się przez wieczność, i wiele innych niesamowitych rzeczy. Rihin pojawiła się tu, zaciągając tu również Fone, żeby uzupełnić zapasy ziela fajkowego, i nieco zagubiła się we frenetycznym nastroju tego miejsca, starając się przynajmniej zarejestrować wszystko, co kupcy mieli do zaoferowania. Z podobnych przyczyn przybyła tu Anante - potrzebowała swojego "ziela orzeźwiającego", bez którego bolała ją głowa i nie czuła się dobrze. Towarzyszył Anante Mipper, który przyszedł tutaj po komponenty do jemu tylko znanych magicznych eksperymentów. Ponowne spotkanie kobiet było dość wybuchowo entuzjastyczne, a ponad ich głowami (o co naprawdę nie było trudno) towarzyszący im mężczyźni instynktownie porozumieli się tym przełamującym wszystkie bariery, smutnym wzrokiem mężczyzn towarzyszących kobietom na zakupach.

Kilka minut zajęło, żeby kobiety zdążyły się od siebie wreszcie odkleić i przedstawić sobie nawzajem mężczyzn; Mipper irracjonalnie poczuł lekkie ukłucie zazdrości, kiedy zobaczył, jakim spojrzeniem Anante obrzuciła młodego Fone. Spotkanie należało do tych przyjemnych, i wszyscy oddali się temu nastrojowi, ciesząc się, jedni nieprawdopodobnym spotkaniem, a inni - nowymi znajomościami.

Wtedy jednak Anante poczuła lekki dotyk przy pasie, ulotny na tyle, że niemalże zdający się złudzeniem, w okolicy... jej sakwy, przed chwilą kupionej, zawierającej dużą porcję dobrej jakości zioła, na które wydała większość tego, co przy sobie miała. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, sakwa zniknęła, a za jej wystający ogon ktoś pociągnął, mocno. Odwróciła się gwałtownie, niemalże się przewracając, i zobaczyła znikającą w ciżbie gębę szyderczo uśmiechniętego diabelstwa, trzymającego jej sakwę i przebijającego się przez przypominające ruchome piaski tłumy ludzi. Nie był daleko.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

19 paź 2015, 16:48

Przewodnik okazał się człowiekiem podatnym na przyjemności. Nim drużyna wkroczyła do karczmy, Leizar zażył substancję osłabiającą umysł. Szarooki zawiódł się na swoim towarzyszu. Zachował on w sobie dezaprobatę, nadal utrzymując kamienny wyraz twarzy. Mernir nie zamierzał debatować na temat używek, tym bardziej przekonywać narkomana o jego drodze prowadzącej do degradacji. Niektórzy akceptowali słabości. Żyli z nimi i umierali. Niemniej w oczach githa użyteczność przyjaciela Xala gwałtownie się zmniejszyła.

Długouchy wszedł do przybytku jako drugi. Zapach smażonego mięsiwa zaatakował jego nos, a widok bywalców spożywających posiłek zachęcał do zamówienia strawy. Dym tytoniu, zapewne wzbogacony aromatem innych ziół palonych w fajce, drażnił wrażliwe zmysły Mernira. Karczma zdawała się spełniać wymagania klienteli. Zapewne każdy, kto płacił, nieważne skąd pochodził, mógł w spokoju spełniać potrzeby ciała. Sigil gwarantowało tolerancję wszystkim mieszkańcom Wieloświata, dopóki przestrzegali oni prawa i nosili mieszek pełny monet.

Znawca saniszu podszedł do znajomej kobiety. Mernir stanął za plecami elokwentnego lisa, który darzył dziewczynę ciepłym uczuciem. Zważywszy na działanie narkotyku, najpewniej obecne intencje mężczyzny motywowały go do realizacji ognistych namiętności. Przez chwilę Leizar wydawał się całkowicie bezbronny, przez kilka mrugnięć był on nieobecny. Czyżby wyobraźnia, odpowiednio połechtana widzianym pięknem, potrafiła przejąć nad nim kontrolę? Dłużnik zaprzestał zaprzątać umysł takowym myśleniem. Nie wiedział on, co łączyło Leizara i Cedlię. To nie była jego sprawa.

Leizar zapłacił za nocleg. Grupka poszukiwaczy udała się na górę i weszła do wynajmowanego pokoju. Pomieszczenie okazało się istotne, bowiem jedno z okien było portalem prowadzącym do pierwszej warstwy piekła. Przewodnik kluczem aktywował bramę. Przestrzeń załamała się pod wpływem mocy. Energia magiczna wypełniła określony obszar. Przejście do innego planu stało otworem. Mernir zmrużył oczy. Planował podróż do niższych sfer jako ostatnią w swoim życiu. Żebra stanowiły ostatni przystanek, aby się namyśleć.

Leizar zachowywał się tutaj niczym ryba w wodzie. Znał teren, był pewny siebie. Mernir uważnie wypatrywał prawdopodobnych zagrożeń, przy okazji wsłuchując się w cwaniacką mowę przewodnika.

W względnie niedługim czasie mężczyźni dostrzegli mury miasta. Dobre położenie osiedla zapewniało mu wysoki potencjał obrony przed napastnikami. Mernir wiedział o dominującej populacji diabelstw. Narkoman wygłaszał ciekawostki niczym chłopak z ulic Sigil. Zaprawdę, był on człowiekiem o wielu talentach, niemniej luźna pogawędka nie służyła samopoczuciu Mernira, gdy dostrzegał on powieszonych przestępców.

- Złe miasto śmiercią odpłaca złym ludziom - mówił ze spokojem. - Ironiczne.

Konieczność zapłacenia strażnikom bram myta potwierdziła próżność miasta. Gith nieustannie utrzymywał w sobie ład, albowiem na każdym kroku plan ten wystawiał go na próbę. Wszechogarniająca aura zepsucia nacierała na wyważoną istotę. Światło równowagi odpierało zły wpływ. Mernir, jeżeli dane mu było przeżyć przygodę, opuściłby to miejsce potężniejszy, ponieważ wieczna walka wymagała hardości ducha i ciała. Słabi polegną.

- Nim udamy się w dalszą drogę, chciałbym odwiedzić tutejsze archiwa i biblioteki. Poznanie mądrości ludu zamieszkującego ten plan wzbogaci moją wiedzę - tłumaczył swoją potrzebę, gdy przeszedł na drugą stronę murów, z kamieniem w torbie. - Brzmię jak pijawka, lecz potrzebuję pieniędzy, aby zrealizować moją potrzebę. Zapewne nie otrzymam darmowego dostępu do źródeł. Czy zechcielibyście podarować mi monety?

Przechadzanie się po arteriach osiedla i obserwacja tutejszej ludności jedynie płodziła pytania w Mernirze. To nie była dziecięca ciekawość poznawania, która wielokrotnie kończyła się ze smutkiem. Bez wiedzy zrozumienie nie istniało, a to zwiększało szansę przeżycia.

Awatar użytkownika
Drytrak
Posty: 134
Rejestracja: 20 wrz 2014, 21:38
Discord: Brutal
GG: 53864657
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3057

20 paź 2015, 02:36

Okolice Żeber były jednym z paskudniejszych miejsc, z jakimi Xal miał do czynienia, chociaż praca i podróże rzucały nim po wielu różnych planach i krainach. Może nie było tu dosłownie paskudnie, ale krajobraz panujący w okolicy wręcz kipiał niechęcią do wszystkiego, co żywe i nietutejsze. Gołe, pozbawione uroku i wdzięku skały, smagane suchym wiatrem otaczały ich ze wszystkich stron, jakby chciały go zdominować, złamać i narzucić panujące tutaj zasady. Przykro było patrzeć na istoty skute kajdanami złej praworządności, których życie, obdarte z jakiejkolwiek godności, istniało tylko jako liczba. Większość mieszkańców tego miejsca przypominała Xalowi dzikie zwierzęta, które skupiały się tylko na najbardziej podstawowych potrzebach, mając za cel wyłącznie przeżycie, zdominowanie innych zwierząt i nażarcie się do syta. A to wszystko w akompaniamencie nadużywanych i bardzo surowych zasad, sprowadzających ludzką moralność do paru znaków zapisanych na papierze, nic więcej się nie liczyło. A był to dopiero przedsmak tego, co czeka ich w Baator. Jego twarz wyraźnie spochmurniała, ale pojawił się też na niej wyraz determinacji.

Podążał za Leizarem ze znużeniem obserwując okolicę, była doprawdy monotonna i nie była w stanie zaoferować absolutnie niczego takiemu wielbicielowi piękna, jakim był Xal. Może same te „żebra” były czymś, co warto było zobaczyć, ukryty za wizerunkiem ptaka lekarz był pewien, że nie powstały one w sposób naturalny, nie posiadał jednakże bardziej szczegółowej wiedzy na ten temat. Jego towarzysze z pewnością też nie, więc nawet nie pytał, Leizar może i czuł się tutaj jak u siebie w domu, jednakże nie wyglądał na człowieka mogącego być w posiadaniu takiej wiedzy. Medyk słuchał znajomego łotrzyka jednym uchem, skupiając się na własnych przemyśleniach. Po jakimś czasie dotarli pod mury tego przeklętego miasta.

Zatrzymał się na moment przed tańczącymi na wietrze wisielcami i przeleciał wzrokiem po tych najbliżej bramy, ot, jedna z popularniejszych form manifestacji własnego prymitywizmu. Xal nie wiedział, czy te tabliczki mówią prawdę, czy zrobiono je tylko na pokaz, ale dawały one niemałe pojęcie o tym, co czeka go w środku. Miastem rządziło nic innego, jak pieprzone Harmonorium, tylko miało rogi i zaczynało marsz od lewej nogi. Szkoda, że życie kazało mu odwiedzać takie miejsca, pamiętał, jaki rozkwit przeżywał jego umysł, gdy po raz pierwszy trafił do Sigil, to był najlepszy okres w jego życiu, żałował, że tak łatwo dał mu wyparować, ale być może jeszcze uda mu się to wszystko poskładać, o ile wrócą z tym mieczem.

Wcześniej postanowił, że powęszy jeszcze trochę po Żebrach, ale teraz wiedział, że najbezpieczniej będzie skrócić czas pobytu tutaj do absolutnego minimum, inaczej mogło się to źle dla niego skończyć. Musiał mieć oczy dookoła głowy, trzymać język na wodzy i do niczego się nie mieszać, głupio byłoby stracić życie przez zaśniedziały guzik. Leizar był kimś, kto nie miał z prawem wiele wspólnego, na Xalu robiło wrażenie to, że był w stanie funkcjonować w takim miejscu i pozostawać przy życiu. Rzeczywiście musiał być dobry w tym, co robił.

- W rzeczy samej… „ciekawa” - skomentował cicho, mówiąc do siebie i ruszył dalej. Ilość błąkających się po ulicach strażników była iście przytłaczająca. Dało wyczuć się ich wygłodniałe spojrzenia, uparcie polujące na coś, do czego można było się przyczepić, sprawiając, że każdy następny krok musiał zostać starannie przemyślany.

Nim zdążyli zabrać się za cokolwiek innego, głos zabrał Mernir. Brwi medyka zbliżyły się do siebie.

- Wielką wykazałeś się skromnością, mówiąc, że nie potrafisz władać pieniądzem - zwolnił nieco wodzę swojego wrodzonego szydercy, pozwalając sobie na drapieżny uśmiech, na który pozwalała mu ukrywająca jego wizerunek maska. - Wybacz, ale - choć wiedza jest najpotężniejszą bronią - nie jest to czas na studiowanie książek, a tutejszy asortyment musi być wielokrotnie mniejszy od tego, co oferowało Sigil, dopiero teraz ci się przypomniało? Poza tym, ten nasz przewodnik z pewnością nas wyczekuje i to do niego powinniśmy skierować się najpierw, a jako że pełni on funkcję, właśnie, przewodnika, to z pewnością posiada on tak pożądaną przez ciebie wiedzę, pan Leizar również może znać odpowiedzi na twoje pytania, a jeśli nie, i o ile znajdziemy na to czas, wtedy będziemy mogli udać się do tutejszych bibliotek. A i Żebra, zapewniam cię, towarzyszu, nie są miastem, po którym chciałbyś samotnie się włóczyć - uśmiechnął się ponownie, tym razem tak, jakby tłumaczył dziecku, że kupy się nie je. - Ulice są pełne głodnych… no - powstrzymał się w ostatniej chwili, po czym przerzucił wzrok na Leizara. - Im szybciej spotkamy się z przewodnikiem, tym lepiej, prowadź, proszę, przyjacielu.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

26 paź 2015, 19:42

Rozmowa w karczmie powoli gasła; wszyscy, pogrążeni w myślach, nie kwapili się zbytnio do wymiany uwag czy komentarzy odnośnie zaistniałej sytuacji. Musieli zostać w mieście jeszcze co najmniej dzień, dlaczegóż więc nie mogliby spędzić nocy tu? - myśleli wszyscy. Nawet Mipper, który miał w mieście stały dom, po wychyleniu paru kielichów pysznego arborejskego jakoś przestał kwapić się do powrotu tam na noc. Nie czekały go, szczęśliwie, żadne pilne obowiązki dnia następnego - można więc było spędzić pozostałą część tego, upijając się w miłym, ładnym i żeńskim z jednym małym wyjątkiem towarzystwie, w karczmie pełnej gwaru, tętniącej życiem - ale życiem poniekąd kulturalnym, srebrno-złotym, wystawnym i sugestywnym, Czuciowcowym wręcz, życiem pachnącym grubym brzdękiem i zapomnieniem o większości konwenansów dnia codziennego. Chociaż na tę jedną noc.

Następnego poranka wszystkich bolała głowa, a sakwa została dramatycznie uszczuplona - do nędznej jednej szóstej swojego początkowego stanu. Szczególnie kac morderca dręczył Fone, który nigdy przedtem do ust nie wziął alkoholu - i teraz cierpiał konsekwencje wczorajszej swawoli. Mipper, który z racji szacownego dość wieku również nie był w doskonałej kondycji, dość mocno odczuł na sobie efekty zabawy - do tego stopnia, że rozważał udanie się do którejś z okolicznych świątyń, aby go z tego paskudnego bólu głowy wyleczyli. Kiedy zwlekli się wszyscy wreszcie z posłań, aby pojawić się w opustoszałej, oczyszczanej sali głównej, Anante pierwsza zajęczała, dostrzegając przez okno czekającego na zewnątrz funkcjonariusza Harmonium. Coś jej mówiło, że czeka tam właśnie na nich. Kiedy zwróciła na to uwagę pozostałych, reakcja była dość podobna, a bierny opór w postaci niezwracania na czekającego uwagi, zapomnienia o nim i próbach leczenia kaca wielu efektów nie przyniósł. W końcu Mipper stanowczo oznajmił, że nie ma co dłużej unikać tej sytuacji i trzeba się z nią zmierzyć, żeby jak najszybciej mieć ją za sobą - i, cóż za niespodzianka, okazało się, że funkcjonariusz czeka właśnie na nich, i że Tonat Shas wymaga ich bezzwłocznego stawienia się w Koszarach.

Ponownie więc pokonali więc, dość zrezygnowani, drogę z powrotem do bryłowatego, sporego budynku Koszar - Mipper zwrócił uwagę na to, że patroli Harmonium napotkał po drodze znacznie mniej niż zwykle, a i te, które napotkał, wyglądały wyjątkowo ponuro i drażliwie. Tak samo wewnątrz samych koszar szeregi odzianych w czerwone zbroje stróżów prawa były znacznie mniej liczne, niż podczas wczorajszej wizyty; nagabywani o to funkcjonariusze milczą, naburmuszeni, i nakazują ciszę.

Shas czekał na nich w innym pomieszczeniu niż poprzednio, przy sporym stole, przy którym czekały przygotowane siedziska. Gestem nakazał wam usiąść, kiedy już weszliście do środka. Oprócz niego w pomieszczeniu był jeszcze barczysty, kwadratowy krasnolud - o dziwo, nie w zbroi Harmonium, tylko w wyglądającej na srebrną kolczudze, zdobionej godłem Clangeddina.

- Przejdę od razu do rzeczy - zaczął Shas ze zrezygnowanym westchnieniem. - Dostarczyliście nam Dornhara - bez Darsomira. Cóż, wysłaliśmy burzę krwawników prosto do Baatoru, żeby go odzyskać, gotowi na rozwalenie całego tego paskudnego miejsca na strzępy, żeby dostać ten szpicowany miecz z powrotem. Wrócili kilka godzin temu - tych kilku, którzy przeżyli, w sensie. Byli dwadzieścia razy za oczywiści, w pełnych zbrojach, głośni, stąpający wszędzie ciężkimi buciorami, z butą. Cóż, baatezu wykrwawili ich bez szczególnego wysiłku. Jeden z ocalałych potwierdził to, co podejrzewaliśmy: jeden z czartów chwalił się, że miecz - i ramię Dornhara - wisi na skurlonej ścianie szpicowanej Żelaznej Wieży Dispatera, w Dis. Baatezu pewnie tylko czekają, aż znowu spróbujemy odzyskać Darsomira, ale po tym, jak nam przyśmiali, wytrząsnęliśmy inne rozwiązanie. Będziemy do odzyskania miecza potrzebować cichszych krwawników, takich, którzy oprócz tego, że mogą się bronić, będą też potrafić sprytem i ukradkiem dorwać ten szpicownik - i przyśmiać stamtąd. Fakt, że gotowiśmy zaoferować wam jazdę. Przynieście nam ten miecz, a sprawimy, że będzie to warte waszej mocy.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

26 paź 2015, 20:34

Podobno ktoś mądry, nieokreślenie dawno temu stwierdził iż zła kobieta gorsza jest niźli rozsierdzony czart, co przycupnął na zapiecku, ostrząc swe pazurzyska na nic nie spodziewające się skurle. Podobno też w dalekim Luskanie, na jednej z Pierwszych Materialnych marynarze woleli wypływać w rejs w sercu sztormu, ryzykując własnym życiem, niźli przebywać choćby minutę dłużej ze swymi skacowanymi małżonkami. Co więc można było powiedzieć o niewątpliwie żeńskim diabelstwie, które nie dosyć, że złe i wciąż żyjące tym, co ostało w jej trzewiach z całkiem przyjemnego, wczorajszego wieczora, to jeszcze dostrzegło za oknem odzianego w charakterystyczne barwy krwawnika, pewnikiem należącego do frakcji harmonium. I jakkolwiek by zwać jej reakcję, to słowa jakie padły na jego widok, czy raczej zostały wymruczane, gdzieś pomiędzy kolejnymi haustami powietrza, łykami wina i próbami schowania się przed blaskiem bijącym niewątpliwie właśnie jej na złość od strony ulicy nie przystawały w żadnym razie damie. Zresztą... może i tak właśnie było lepiej? Przynajmniej dla nieszczęsnego harmonisty, którego nie rozszarpała dzięki temu na strzępy za samą jego obecność. I jakkolwiek nie pragnęła w tej chwili z całego serca solidnej kąpieli, najlepiej takiej, w której mogłaby spędzić następne osiem, do dwunastu dzwonów, z rozkosznie chłodnym okładem na swym rogatym czole, tak jakaś resztka instynktu samozachowawczego, której jeszcze nie zabiły narkotyki i alkohol zdawała się twierdzić uparcie, że wcale nie jest to najlepszy sposób na rozwiązywanie problemów z frakcji, a szczególnie tą konkretną, jeśli akurat miało się rogi i aż nazbyt długi ogonek. Tak więc tylko skląwszy w myślach wszystkich bogów wina i zabawy, poczynając na Bahusie, a na Liirze kończąc naciągnęła na swą głowę kaptur i z wyraźnym niesmakiem poprowadziła coś, co przy pewnej dozie artyzmu i czarnego humoru można by nazwać zalążkiem drużyny poza próg bezpiecznej przystani jaką jawiła im się tego ranka karczma.

Ponownie wiec pokonali dystans, dzielący ich od masywnej bryły koszar, tym razem jednak bardziej wlekąc się na podobieństwo konduktu pogrzebowego, bojąc się choćby zerknąć podkrążonymi oczyma poza obręb kapturów gdy nienawistny świat atakował ich już od pierwszych chwil nadmiarem bodźców i hałasów. A przynajmniej tak wyglądało to w wypadku nieszczęsnej diablicy, która całkiem poważnie zaczynała już rozważać wyrwanie sobie nadwrażliwych uszu i wydrapanie oczu, spływając przy tym lodowatym potem, nim jeszcze zagłębili się w kojąco ciemnym, chłodnym i nieco wilgotnym bezmiarze czarnej budowli. Nawet jednak w tak odbiegającym od życia stanie jej percepcji nie umknęła niezwykła drażliwość, a co za tym idzie i drażliwość funkcjonariuszy harmonium, rozsianych po mieście i samej budowli, nim jeszcze wprowadzono ich do sali, gdzie oczekiwał na wszystkich poznany poprzedniego dnia Shas. Długo jednak samo spostrzeżenie nie łączyło się w jej zbolałej czaszce z niczym konkretnym, gdy dosyć błagalnym wzrokiem rozglądała się wokół próżno wyglądając choćby literatki wody, na przekór zdrowemu rozsądkowi i logice, czując się tak, jakby parę piaskowych diabłów rozgościło się w jej krtani drąc ją pazurami i ucztując na jego krwawych strzępkach. Na dodatek jeszcze....

-Proszę o wybaczenie, sir, ale.... moglibyście mówić troszkę ciszej? Odrobinkę?-wymamrotała chrapliwie, krzywiąc się wyraźnie gdy całkiem spokojny i niespecjalnie krzykliwy głos ich gospodarza sprawił, iż poczuła się jakby ktoś jej głową o całkiem pokaźny dzwon. Tak czy inaczej całą jej reakcje na opowieść mężczyzny od początku do końca można by podsumować całkiem składną i nieszczególnie skrywaną miną z gatunku "A nie mówiłam?" Ani nie wydawała się specjalnie zaskoczona jego nowinami, ani tym bardziej przebiegiem całej ekspedycji, co najwyżej uniósłszy lekko brew w wyrazie mglistego zaskoczenia, że w ogóle ktoś dał im w Dziewięciu Piekłach odwalić podobny teatrzyk. Na całe jednak szczęście zarówno jej skacowana prezencja, jak i wątłe siły i ćmiący ból, który właśnie począł rozsadzać coś pod jej czaszką, niczym brygada krasnoludzkich saperów wpuszczona do nowej kopalni, skutecznie odebrały jej możliwość wyrażenia swego zdania na dłuższą chwilę, dobywając tylko spomiędzy jej nad wyraz spierzchniętych ust serię cichutkich jęków i zbolałych mruknięć, gdy kłykciami starała się rozetrzeć zbolałe miejsce. Jak łatwo się domyślić... nie pomogło.

-Mhmm... pięknie. Czyli ujmując to nieco prościej... Wysłaliście karną ekspedycję do Dziewięciu Piekieł, w samo serce domeny jednego z jej władców, najpewniej wkurzyliście go po całości, natraciliście masę ludzi i nie macie nawet jednego skurla po tamtej stronie, który nie wisiałby wywleczony na lewą stronę, za którymś załomem drogi i chcecie tam wysłać nas, żebyśmy ukradli czegoś...-odchrząknęła, charcząc i chrypiąc już całkiem paskudnie, z nadzieją, że ktoś w końcu wpadnie an genialny pomysł i da jej wody.-Przepraszam odzyskali wasz miecz. Kiedy całe piekło tylko czeka aż zrobicie coś podobnego... -pokiwała lekko zbolałą głową i prawie od razu tego pożałowała, gdy wczorajszy obiad podszedł jej do ust i z wyraźną niechęcią wrócił na swe miejsce, gdy dziewczyna zzieleniała lekko na krótką chwilę, w dramatycznej walce z własnym ciałem. Dlaczego ja tyle wczoraj tego wypaliłam? Zajęczała jeszcze w duchu nim podjęła przerwaną mowę, zapiwszy żółć szklanką czegokolwiek, co ktokolwiek jej podał, czy przyniósł.-Misja godna pięknej sagi, nie powiem... o ile w ogóle ją przeżyjemy. Bo bez urazy, ale chyba tylko ja z całego naszego towarzystwa przynajmniej z wyglądu mogę wtopić się tam w tłum. -skrzywiła się jeszcze mocniej i okręciwszy się nieco zakaszlała ciężko w własną dłoń, gdy pod czaszką zaczęły łupać jej szatańskie bębny. Zdecydowanie nadmiar słów nie służył jej na kacu, a tym bardziej absurdalność całego przedsięwzięcia.-Nie chciałabym być niemiła, naprawdę, ale... powiedzcie mi, tylko tak szczerze... jaki powód ma ktokolwiek z nas, by chcieć zginać i to najpewniej wcale nie w wyjątkowo przyjemny sposób za wasz miecz? I wybaczcie mi bezpośredniość, ale... ile? Ile chcecie nam za to zapłacić? Jestem prostą kobietą i liczby przemawiają do mnie o wiele lepiej, niż piękne słowa.-uśmiechnęła się niewinnie, czy raczej skrzywiła w czymś na kształt uśmiechu, najwyraźniej niezbyt mając ochotę bawić się w dyplomację, czy ukrywanie czegokolwiek, stawiając na zdecydowanie brutalną i ostrą szczerość. Nie poczuwała się do specjalnego współczucia wobec podobnej głupoty, jaką wykazało się Harmonium, organizując całą eskapadę, a choć sama miała pewien interes w Dziewieciu Piekłach, zdecydowanie w normalnych okolicznościach wolała załatwić go po tym, jak całe zamieszanie przycichnie i mówiąc szczerze ani trochę nie kwapiła się do ruszania na tamtą stronę już i zaraz, może tylko przez czystą grzeczność, czy ciekawość pytając o płacę, gdy kocie, jadowicie zielone oczy świdrowały uparcie jej rozmówce, znad zasłony wyraźnie nie uczesanej i skołtunionej grzywki.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

26 paź 2015, 20:54

Shas sprawiał wrażenie gotowego do odpowiadania na pytania - i do odpowiedzi na takie, jakie zadała Anante, w sposób oczywisty był szczególnie przygotowany.

- Ryzyko, oczywiście, jest, ale ryzykować dla złota - częsta dola nie tylko was, ale i wielu innych krwawników, bardzo często wychodząca opłacalnie. Także i tym razem każdy krwawnik, który podoła zadaniu, niezadowolony nie będzie - jeśli doniesiecie nam miecz do Wytrzymałości, gotowiśmy wypłacić wam dziesięć tysięcy sztuk złota w najczystszym krasnoludzkim kruszcu. Tyle - i ani sztuki złota więcej.

Najwidoczniej również nie miał czasu albo ochoty na dyplomację, chcąc jak najszybciej zakończyć sprawę, porażając grupę od początku dość monumentalną sumą pieniędzy - za którą spokojnie można byłoby przeżyć resztę życia we względnym luksusie, a nawet po podziale na cztery osoby ilość była na tyle duża, że spokojnie mogąca wprawić w oszołomienie. Anante prawdopodobnie mogłaby postawić za swoją ćwiartkę własną karczmę, albo opłacić sporą jej część. Harmonium musiało naprawdę tego miecza potrzebować - i teraz byliście już pewni. O co jednak szła tu stawka, nie wiedzieliście, i Shas nie wydawał się szczególnie chętny do wprowadzenia was w tę czerń.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

26 paź 2015, 21:14

-Huh?-ciche sapnięcie uszło z ust diabelstwa, gdy tylko posłyszała kwotę. Na krótka chwilę zdawać się mogło, że wytrzeźwiała do reszty, wlepiając w siedzącego przed sobą mężczyznę szeroko rozwarte, lśniące oczy, jakby do końca nie mogła uwierzyć jego słowom, gdy nawet jej ogon zamarł i naprężył się zabawnie, niczym u wystraszonego kota. Dziesięć tysięcy... własna karczma w Sigil i tyle ziela ile tylko zapragnę do końca moich dni. Może nawet jakiś sympatyczny krwawnik na więcej niż jedną noc... Przez chwilę coś w jej głowie kalkulowało niestrudzenie, snując niepokojąco realne i przyjemne sny, w których nie obawiała się następnego poranka; nie musiała uciekać, ani żebrać się swego ojca o pomoc. Życia, w którym naprawdę robiła to czego pragnęła, snując opowieści i spisując co ciekawsze z posłyszanych, by później przy dobrej strawie i kielichu czegoś, co naprawdę stało obok wina móc zanucić je dla miłej audiencji, w którymś z przyjemniejszych światów, do których chciałaby zawędrować po śmierci. Prawie nie potrafiła sobie tego wszystkie razem wyobrazić; złączyć w jedną, spójną wizję, a jednak... Gdy w końcu opadła na swoje miejsce widać było, że podjęła już decyzję. Jeszcze przez chwilę tylko przyglądała się swojej strzałce, iskając w niej niewidoczne kołtunki, z wyraźnie zamyśloną miną, nim z ciężkim westchnieniem spojrzała na Shassa, krzywiąc się lekko.

-Na uśmiech Kelemvora, macie mnie skurle... ale dwa warunki. Zapewniacie nam zapasy. W tę i w tamtą stronę. Namioty, żywność, cały ten kram. Dwa, jeśli się nam nie uda i wrócimy tutaj w gorszym stanie niż teraz jesteśmy zaopiekujecie się nami. Nie zapłacicie, ale opatrzycie i doprowadzicie do porządku na tyle, żebyśmy mogli sobie dać później radę. Jakoś... Tak czy siak chcę też mieć to wszystko spisane w kontrakt. Bez urazy, ale powiedzmy, że... rodzinne skrzywienie. -uśmiechnęła się przepraszająco, odsłaniając wyraźnie za długie kiełki i dosyć ostre zęby.-Ahh i zapomniałabym do tego przynajmniej minimalne środki, czy zaliczkę na aktualne wydatki po tamtej stronie. I dacie nam czas na przygotowanie się... przynajmniej do jutra. Oczywiście o ile wy też w to wchodzicie?-zerknęła niepewnie po towarzyszach, gdyż mimo wszystko nie uśmiechało się jej samemu pakować w to całe bagno. Oszalałam... do reszty oszalałam. I ta chciwość kiedyś mnie zabije. Sklęła tylko samą siebie w duszy, czekając na odpowiedź komapnii.

Awatar użytkownika
Varame
Posty: 44
Rejestracja: 23 lip 2015, 18:26
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3526#53631

26 paź 2015, 21:21

Mag, wciąż borykający się z kacem, spoglądał Shasowi w oczy, starając się z uwagą słuchać jego słów. Czarodziejski umysł Mippera wciąż był wytrącony z równowagi po nocnym balowaniu, na jakie sobie, może nieco niemądrze, pozwolił. Nie był to jednak czas na rozpatrywanie błędów dnia wczorajszego - sprawy wielkiej wagi wymagały jego uwagi. Nie zwlekał więc z udzielaniem jej pędzącym niczym wiatr nowościom.
Spojrzał po swoich towarzyszach, wyczytując z ich twarzy nastawienie do propozycji Shasa. Podzielał niechęć do pakowania się w niebezpieczeństwo. Prawdę mówiąc, ta misja brzmiała absurdalnie.

Nie wypowiedział ani słowa podczas przemowy diabelstwa, w dużej mierze dlatego, że ze wszystkim, co powiedziała Anante, się zgadzał. Ludź, który wyrusza na Baator, winien mieć poważne powody, jeśli chciałby wrócić stamtąd w jednym kawałku. Wątła obietnica brzdęku nawet nie zbliżała się do statusu “poważnego powodu”. W istocie, możnaby ją nawet uznać za żart.
Mag pokiwał głową.
I o mało co nie stracił równowagi, słysząc o monumentalnej sumie pieniędzy, jaką proponował Shas. Trybiki w mózgu Mippera niemal natychmiast przeskoczyły z miejsca na miejsce, a wóz jego myśli i ambicji, dotychczas nieszczęśliwie zmierzający w przepaść, cudownie zyskał skrzydła, które poniosły go wysoko, wysoko.
Prawie wytrzeźwiał.

W takich sprawach same Moce trącały swoimi niezgrabnymi paluchami sznurki rzeczywistości, igrając na życiach śmiertelników. Ktoś musiał mieć to wszystko pod kontrolą. Wszak Mipper nie nosił swej brody jedynie na pokaz. Czarodziej miał teraz aż nadto powodów, by się na tę przygodę zabrać.
Och tak, Mipper nie zamierzał uciekać od losu z podkulonym ogonem. Nie, jeśli los obiecywał takie rzeczy. Pewnie, jego obietnice często bywały złudne, ale tutaj zamieszane było Harmonium, a Twardogłowym nie można było zarzucić braku uczciwości.
Mipper postanowił dalej tematu nie drążyć. Nie był idealistą i świętoszkiem, nie potrzebował wyniosłych, dumnych powodów, by kontynuować swą egzystencję i podejmować decyzje, poważne i nie. Sens czerpał z samego siebie i z niezwykle zawiłej, pięknej i niebezpiecznej plątaniny praw i zasad, jaką był Wieloświat. On z pewnością nie przejmował się ideałami. Dlaczego ktoś taki jak Mipper miałby? Twardogłowi chcą dostać broń. W zamian oferują dostatek i bogactwo. Brzmi wyśmienicie, jak na interes, nawet, jeśli trzeba się będzie dla tego brzdęku dobierać Dispaterowi do tyłka.
Zadrżał na samą myśl. Cóż, mogło być gorzej.

- Naturalnie - Odpowiedział Anante - Jeśli chodzi o zaopatrzenie i tak dalej, oczywistym wydaje się, że Harmonium zapewni nam odpowiednie środki - powiedział bez nawet śladu pytania czy wątpliwości - Wszak żaden sprytny krwawnik nie wybierałby się do bram samej Otchłani bez odpowiednich pomocy i wciąż liczył na to, że wróci. A wrócić przecież mamy, i to jeszcze w jednym kawałku.

Och, wszyscy stawali się płytcy w obliczu pieniędzy, czyż nie?
Ale Mipper wydawał się być z tego… nawet dumny. W jakiś dziwny, czarodziejski sposób.
Awatar użytkownika
Nifrea
Posty: 87
Rejestracja: 18 wrz 2014, 12:42
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3061

26 paź 2015, 23:00

Od jego ostatniej wizyty nie zmieniło się tu zbyt wiele. Miasto dalej było szare i ponure, panowała cisza, po ulicach dalej łaziło więcej patroli niż mieszkańców, a znalezienie uśmiechu na czyjejkolwiek twarzy graniczyło z cudem. Ale czy to źle? Gdy tylko Leizar, Xal i zwierz postawili pierwsze kroki w mieście, mordę ponownie musiał otworzyć ten trzeci. I ponownie była to jedynie durna wzmianka o niczym. Aż mu ręka zaświerzbiała. Tak chętnie przywaliłby mu konkretnie w tę jego pustą czaszkę. A najlepiej to odciął język.

- Czemu uważasz miasto za złe, Mernirze? - odrzekł ze spokojem w głosie przy okazji rozglądając się, czy wokoło nie ma żadnego strażnika. Mówienie źle o mieście mogło się kiepsko skończyć, a - mimo, że miał całkowicie wyjebane w życie tego półgłówka - nie chciał, by ten miał jakiekolwiek problemy ze strażą. Nie przed tym, co ich czekało. Githzerai zawsze mógł posłużyć jako mięso armatnie, więc jego strata przed ich zadaniem mogła być nie tyle co dotkliwa, a niepożądana. Poza tym nie wiedział jak zareagowałby Xal, którego towarzystwo uznał za rzeczywistą podporę w tej karkołomnej wyprawie. - Żebra są po prostu... specyficzne. Trochę złych ludzi, trochę dobrych, jak wszędzie. Przestępstwa karane może surowiej, ale czy surowa kara to nie przyczyna dobrego lekarstwa? Khe, khe, jakby się zastanowić, to wszystko ma swój urok. - dodał uśmiechnąwszy się. Dobro i zło istniało, jedno bez drugiego nie miała prawa bytu. Zresztą, oba te pojęcia były względne - jeden uznał, że coś było dobre, drugi, że to samo było złe. I czyj głos ktoś, kto nie miał pojęcia o sprawie, miałby uznać za słuszny?

Krocząc po mieście Mernir ponownie otworzył usta, co nie było wcale pozytywnym dla Leizara znakiem. Mężczyzna złapał głęboko powietrze i zaczął się wsłuchiwać w dość zaskakującą prośbę githzeraia.

- Hę? Archiwa? - mrużąc oczy odrzekł z lekkim poirytowaniem. Był wielce zdziwiony, że takie coś ma jakiekolwiek pojęcie o istnieniu takich rzeczy. Że w ogóle potrafi czytać. Myślał, że jego jedynymi atutami to pierdolenie głupot i żebranie o pieniążki człowieka, który uratował go przed niechybną śmiercią. Chociaż to drugie nie było takie głupie. - Khe, wybacz, ale nie znajdziesz tu niczego, co mogłoby takowe przypominać. - dodał, przerywając chwilę milczenia. Nie kojarzył w ogóle gdzie w Żebrach mogłoby stać coś takiego, a znał miasto wzdłuż i wszerz. Zresztą, i tak nie zamierzał tracić czasu na włóczenie się po jakichś bibliotekach tylko po to, by githzerai przeglądnął sobie jakąś losową księgę, pismo czy też inne badziewie i stwierdził, że jednak nie potrafi czytać. - Ale tak jak powiedział twój towarzysz, wiem co nieco o tym mieście, jego historii i zwyczajach. Może nie tyle co mogłoby być zapisane w potencjalnych archiwach, ale kto wie, może zaspokoję twoją ciekawość. - jego wiedza nie była może zbyt wielka w tym temacie, ale ewentualne podkoloryzowanie czy wręcz spontaniczne tworzenie opowieści mogło być całkiem zabawne. - Zatem nie krępuj się pytać, pomogę jak tylko mogę.

Xal, mimo że miał trochę racji w tym co mówił, nie do końca chyba rozumiał jak wygląda sytuacja.

- Doktorze. - zatrzymał się, odwracając się do Xala. - Nasz przewodnik powinien być raczej traktowany jak sama przepustka. Tę natomiast załatwimy u kogoś innego. Chce również żebyś wiedział, że nie mamy tutaj narzuconych żadnych konkretnych terminów, do których musielibyśmy się dostosować. Nie musimy się zanadto śpieszyć, ot, swoboda działania, khe. - zrobił krok w tył, by wzrokiem objąć i Mernira. - Ale myślę, że nie ma na co czekać. - w kwestii priorytetów zgadzał się z Xalem, w końcu im szybciej zdobędzie tę małą fortunkę, tym lepiej dla niego. - Jeśli jednak będziecie chcieli trochę odpocząć, coś zjeść czy się ogarnąć, to mówcie od razu. Potem może nie być na to czasu, a przed złożeniem wizyty tym skurwiałym diabłom przydałoby się być przygotowanym w każdym aspekcie. - dodał uznawszy, że w przeciwieństwie do niego jego towarzysze nie byli zbyt sprawni kondycyjnie. - Za mną. Może to miejsce się wam spodoba, khe. - machnął ręką i wraz ze swoimi kompanami udał się w kierunku gorących źródeł.

Po parunastu minutach marszu Leizar mógł wręcz poczuć miejsce, do którego prowadził. Powietrze powoli robiło się gorętsze i wilgotniejsze, poniekąd słychać było lekko przelewającą się wodę. Wkrótce im oczom okazał się i sam gimnazjon. Niemal cały kompleks zbudowany był z czerwonego kamienia, z daleka wszystko wyglądało prosto, symetrycznie i - mimo dość stromego podłoża - stabilne. Porównując do reszty miasta, był on chyba najbardziej interesującym miejscem. Leizar uznał, że gdyby to tutaj rozpoczęli przygodę w Żebrach, jego towarzysze z pewnością inaczej spojrzeliby na owe miasto. W końcu pierwsze wrażenie było najważniejsze, a masa powieszonych przy bramie ciał, nawet za błahe zbrodnie, nie była chyba najlepszym powitaniem.

- Jesteśmy. Moi drodzy, przed nami Gimnazjon Pary, to tutaj zamierzam ogarnąć nam tę przepustkę. Teraz miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie bezproblemowo. - stanął przy wejściu, łapiąc przy tym głęboki oddech. Ubóstwiał to miejsce, nie tylko dlatego, że można było się w nim odprężyć i zrelaksować, ale również dlatego, że było tu mnóstwo ciekawych informacji. - Khe, teraz będzie zabawnie... - odsapnął cicho wiedząc, kto na niego czeka. Leizar wszedł do dość sporego, schludnego pomieszczenia, również z czerwonego kamienia, do których rozchodziły się korytarze do reszty kompleksu. Nietrudno było mu nie zauważyć kobiety, z którą miał dość burzliwą, ale zarazem ciekawą przeszłość. Gdy tylko ta na niego spojrzała wiedział, że nie jest zbyt zadowolona z jego obecności. Ale co go to obchodziło. Mężczyzna powoli podchodził do lady.

- Shandrala, khe, ileż to już czasu? - uśmiechnął się szyderczo spoglądając przy tym raz to w jej biust, raz to w oczy. Kobitka może i kurwa, może i personifikacją piękności nie była, ale narzekanie na przegrzmocenie jej byłoby grzechem. - Dzień dobry. - przywitał się, gdy tylko do niej podszedł. - Jest sprawa, khe. Muszę się dostać do tej, te, kąpielowni Odłama. Chyba nie masz nic przeciwko kochana, co? - odrzekł nieco ciszej, ciągle fałszywie uśmiechnięty, jak to miał w zwyczaju w rozmowie z nią. Miał nadzieję, że ta sucz nie będzie robiła mu z tym zbyt wielkich problemów. Po tym co dla niej zrobił?

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

30 paź 2015, 21:27

Dotarcie do lady, za którą majaczyła sporawa postać Shandrali, okazało się nie takie proste; dzień był w pełni, i była to pora, w której zazwyczaj zgarniała najwięcej klientów. Co prawda większość z nich była tu tranzytowo, przechodząc do któregoś z kąpielisk - niemniej jednak tłum, przez który musieli się przebić, był spory, i wyjątkowo jak na Żebra nastawiony na gadanie - wszak Gimnazjon Pary to miejsce relaksu i odpoczynku, i mimo że zazwyczaj jego mieszkańcy w miarę możliwości nie opuszczali gardy nigdzie - wymienić niezobowiązujące plotki i wiadomości jak najbardziej tu można było. Przeciskając się przez gęsto zaludniony hol i podchodząc do kamiennego bloku, za którym Shandrala zaprojektowała sobie recepcję, Mernir, Xal i Leizar usłyszeli trochę interesujących rzeczy.

- ...mówił mi, że tej bramy broni kilkunastu baatezu, i że Paracs tylko udaje - tak naprawdę...

- ...mają się tu wszpicować i wedrzeć miasto siłą na dół. Mówiłem bzikowi, że jest bzikiem, ale czasem zastanawiam się...

- ...jakiś kupiec szuka naiwnych, coby mu coś do Dis zabrali, widziałem na słupie papir, przecież nikt...

- ...widziałeś tamto kąpielisko, przy czwartym? Nigdy nie widziałem, żeby ktoś do niego wchodził czy wychodził, podobno siedzi w nim codziennie ten Złamek, co go baron...

- ...te bziki naprawdę myślą, że jak się przypodobają baatezu, to coś dobrego dostaną...

- ...znowu wysłali suplikantów do Baatoru ze świątyni, żeby się do nich modlić z bliska. Skąd oni biorą te biedne jelenie, to nie wiem, ale pamiętam tylko...

Kiedy wreszcie się przebili, docierając do wyraźnie zabieganej i pozbawionej czasu Shandrali, gadającej z trzema osobami naraz, poświęciła Leizarowi tylko krótkie spojrzenie, nakazując mu czekać. Kiedy spławiła napataczające się jej z jakimiś durnymi sprawami jelenie, odwróciła się do łotra. Faktycznie nie była zbyt ładna, jak zarówno Xal, jak i Mernir mogli stwierdzić; przy kości - jedzenia sobie na pewno nie żałowała - i z niefortunną krwią jakiegoś z całą pewnością brzydkiego niemożebnie diabła, która zafundowała jej rzadkie, bladociemne włosy i cerę, przypominającą poniekąd łuski. Mimo wszystko w obfitych, pełnych dość interesujących kątów i łuków kształtach było coś intrygującego, i Leizar nie omieszkał zapuścić żurawia.

- Ty, pomiocie. Co ty tu robisz i po co wracałeś. Zaczynało tu być nawet dość przytulnie bez ciebie - przywitała Leizara szorstko, a kiedy usłyszała, z czym do niej przychodził, wzruszyła ramionami. - Sto sztuk złota, bo to prywatna kąpielownia, i spadaj. Wiesz, gdzie go znaleźć.

Oburzone protesty Leizara urwała krótko, przypominając mu, że są kwita, i że gówno ją obchodzi, po co tam idzie, i że sto sztuk złota kosztuje samo wejście, i że równie gówno ją obchodzi, czy ma zamiar zażyć kąpieli, czy nie. Że widzi przecież, że jest zajęta, i żeby nie marnował jej czasu.

- Chyba że... masz mi coś interesującego do powiedzenia - powiedziała jednak na końcu, na pozór obojętnie, a w oczach coś jej zagrało.

Awatar użytkownika
Nifrea
Posty: 87
Rejestracja: 18 wrz 2014, 12:42
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3061

03 lis 2015, 00:00

Shandrala chyba sobie z niego kpiła. Po tylu latach znajomości chciała jeszcze sto sztuk złota za tak błahą sprawę? Wystarczyło jedno jej słowo i to tyle, i tak miała mnóstwo klientów w tym przybytku.

- Khe, khe. - Leizar zaśmiał się lekko - W takim razie sporo czasu potrzebujesz, żeby sobie uprzytulnić miejsce pracy. - odrzekł spontanicznie, rzucając kątem oka na jej talię. - Chociaż w sumie się nie dziwie, khe. - dodał z przeciągającym się uśmiechem na ustach, który po chwili szybko z niej prysł. Nietrudno było zauważyć, że nie miał większej ochoty na pogaduszki. Sam nie miał więcej pieniędzy, zwierzak z pewnością również nie, został jedynie Xal, o którego majątku nie wiedział zbyt wiele. Jednak po tym co widział domyślał się, że zbyt wielkich problemów finansowych nie ma. Nawet pomimo pobieżnej znajomości faktów z jego historii. Bo co, tu da głąbowi pieniążki na ubrania, tu kupi dla siebie jakąś miksturkę, ot, jeszcze nawet za wstęp do miasta zapłaci. Być może mógłby być jego kołem ratunkowym, gdyby tylko zechciał zainwestować w takie przedsięwzięcie. A jak nie to co, zasadzić jej gonga w ryj nie wypadało, do udania się w celu pomocy do kogo innego też jakoś mu się nie spieszyło. Na szczęście jak się okazało tiefling dała mu jeszcze jedna możliwość, którą zamierzał wykorzystać.

- Interesującego? - powtórzył po niej, zastanawiając się co mógłby powiedzieć temu durnemu babsztylowi. Najchętniej pochwaliłby się rozmiarami członka, ale po czymś takim domyślał się, że nadużyłby jej cierpliwości, która i tak nie była jej mocną stroną. Leizar zmrużył oczy, zmarszczył czoło. Spoważniał, wyglądał na zainteresowanego i skupionego na swoich słowach. - S-moja droga, nie wiem czy wejdzie to w obszar twoich zainteresowań, ale słuchaj. - dodał wyraźnie cichszym, bardziej poważnym głosem. - Muszę udać się prosto do Baatoru w celach powiedzmy... zarobkowych, i potrzebuję przepustki. - Leizar był pewny, że Shandrala już wiedziała co miał na myśli. Co jak co, z tego co pamiętał była ona dość dobrze poinformowana. Sam zresztą dowiedział się paru ciekawych rzeczy od tutejszych ludzi, przebywając w kompleksie jedyne parę minut. - Jak tylko wrócę to pierwsze co zrobię to oddam ci tę stówkę, a i zdobędę jakiś piękny kamyczek dla ciebie, w zamian za twoje zaufanie i współpracę. Wiesz w końcu, że te diabły piekielne lubują się w diamencikach i takich duperelkach, khe. Chcesz czy nie chcesz dobrze wiesz, że jestem całkowicie poważny, jeśli chodzi o kwestię interesów, a to co ci oferuję, to interes. - stwierdził na koniec, mając nadzieję, że tiefling nie będzie robić większych problemów. - Ewentualnie możesz iść ze mną, wspólnie poszukamy miecza, khe. - nie mogąc się powstrzymać dodał na zakończenie, ot, dla "rozluźnienia" atmosfery, ale i również by uzmysłowić ją dokładnie co ma na myśli mówiąc o kwestiach zarobkowych. Gorzej jakby nie wiedziała o co chodzi, ale mówiąc szczerze - nie liczył na to.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 5 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Viridar
Liczba postów: 52209
Liczba tematów: 2974
Liczba użytkowników: 1048
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: WielkaNiewiadoma
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.