Przystanek kupieckiej karawany

Bogaty w słoneczne polany i leśne strumyczki Las Cieni potrafi ukazać się również ze swojej jasnej strony. Jednak im dalej na południe, tym mroczniej i niebezpieczniej.
Awatar użytkownika
Posty: 42
Rejestracja: 11 cze 2012, 00:52
GG: 6642235
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1968

Przystanek kupieckiej karawany

11 cze 2012, 23:57

Obrazek

Karawana posiada swoje niepisane tradycje, niezależnie od tego który z kupców aktualnie decyduje o kolejnym celu ich podróży. Do jednej z nich należy rozbicie obozowiska w Ciemnym Lesie, w pobliżu traktu prowadzącego do Lokent. Tam pozbywają się kurzu osiadłego na ich ubraniach i towarach, cerują podniszczone podróżą odzienie i sprawdzają stan inwentarza aby wkroczyć do miasta w pełnej krasie.

Dzięki temu, w przeciągu lat z niewyróżniającej się niczym polanki u obrzeży lasu, miejsce to zmieniło się w wyjeżdżony skrót między drzewami. Na końcu tej wąskiej drogi znajduje się wyraźnie udeptana i specjalnie utwardzana ziemia na której zazwyczaj zatrzymują się wozy. Obok znajduje się wypalony okrąg w którym kupcy rozpalają wielkie ognisko, niewygasające nawet przez dwa wieczory. Mocne drewniane beczki w których zbiera się deszczówka stoją niedaleko, jakby w pogotowiu. Wśród miękkich, łatwych do zgniecenia pod ciężarem ciała traw można znaleźć drobne śmieci a ktoś nieuważny mógłby nawet nadepnąć na resztki potłuczonego szkła. Mimo tych drobiazgów całość wydaje się być bardzo schludna i jest zadbanym wycinkiem leśnej przestrzeni, dostosowanej do potrzeb człowieka. Jeśli ktoś zapuściłby się głębiej na obrzeża tej ludzkiej enklawy, dostrzegłby rozmieszczone wokół niej pułapki, skutecznie eliminujące ciekawskie zwierzęta.

Jest to jedno z nielicznych miejsc w których wcześniej czy później karawana znajdzie się z całą pewnością. Każdy, kto ma do załatwienia jakiekolwiek interesy z jej członkami, przybywa tutaj a jeśli jest cierpliwy, w końcu na nich trafi.


________________________________________________________________________

Karawana Septimusa Spectrusa, zwanego Sepsą właśnie zawitała do tego miejsca. Nie wszyscy zdążyli jeszcze przybyć, nowe wozy wciąż napływały na polanę i ustawiały się w schludnym rzędzie. Ci, którzy mieli już sposobność rozprostować kości zabierali się do odnawiania swoich środków transportu. W powietrzu unosił się zapach specjalnie spreparowanych mikstur barwiących i odżywiających drewno. Wozy ponownie nabierały żywych kolorów, a ludzie sił. Większość kobiet zabrała się do zbierania chrustu na ognisko, zostawiając prace renowacyjne mężczyznom. Nieliczne dzieci kupców rozbiegły się po lesie, goniąc szare wiewiórki. Sepsa siedział na powalonym pniaku i pociągał z butelki. Ilekroć tylko odsuwał od ust szkło, na jego ustach wykwitał rozleniwiony uśmiech.
Hej! Tam na górze! – zawołał donośnie, machając swoim trunkiem w kierunku jednego z drzew. – Co tam na horyzoncie?
Na jednej z najwyższych gałęzi siedziała blada dziewczyna, przez kolor płaszcza niemal zlewająca się z tłem. Dopiero kiedy pochyliła się nieco, odsuwając z twarzy kaptur można było dojrzeć jej jasną twarz wśród liści. Zawołała głośno na tyle aby usłyszał ją Sepsa:
Wciąż nie mogę dojrzeć wozu Gentiego!
Bo ten niedołęga na pewno znów złamał oś w kole, daj mu spokój! Wracaj na ziemię dziecko! – przywódca karawany wykonał zamaszysty gest, ulewając nieco z butelki. Nim zdążył się naprzeklinać na tą sytuację, dziewczyna już była na ziemi. Stanęła obok niego i uśmiechnęła się nieśmiało, jakby nie wiedząc co robić.
Adrena, chyba tym razem wejdziesz do miasta?
Z bladej twarzy zniknął uśmiech, zastąpiony przez pozbawiony emocji grymas.
Septimus, to naprawdę nie jest dobry pomysł…
Kochana, tutaj to ja decyduje o tym co jest dobrym pomysłem! – Sepsa zaśmiał się rechotliwie i pogładził po krótkiej jasnej brodzie, kontrastującej z ogorzałą cerą. – Kto wie jakie znajdziesz papierzyska w Lokent? Nie możesz kolejny raz przepuścić takiej okazji! Niedawno o krok rozminęłaś się ze znakomitym kartografem a nie chcemy przecież żebyś błądziła w ciemności, prawda? Albo wtedy, w Larves prawda? Albo w Morinthar, prawda? Albo chociażby w tej gospodzie przy Gorących Źródłach, prawda?
Dziewczyna złożyła ramiona na piersi i skrzywiła nieznacznie, wyraźnie niezadowolona z obrotu spraw. Nie przerywała jednak Sepsie, pozwalając mu przebrnąć przez całą listę sytuacji jakie miał jej do zarzucenia. Kupiec w końcu zorientował się, że ma dość niewdzięczną słuchaczkę i przestał mówić. Cmoknął znacząco kilka razy i potarł swój okazały nos. W końcu wykonał niepoważny gest przepędzania dziewczyny:
No już, kysz mi stąd dzikie dziecko! Leć do swoich pułapek i przynieś coś na ognisko. – Jego wielkoduszność została nagrodzona wielkim uśmiechem i energicznym kiwnięciem głowy. Ardena odeszła a on krzyknął za nią jeszcze – I przemyśl to co ci powiedziałem!
Dostrzegł jak jej blada twarz odwraca się w jego stronę, jakby sygnalizując, że dziewczyna usłyszała jego wołanie. Potem łowczyni zarzuciła kaptur i rozmyła się w leśnych gęstwinach.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 67
Rejestracja: 19 wrz 2011, 16:31
Karta Postaci: viewtopic.php?t=760

12 cze 2012, 20:46

W tym samym czasie Kayleigh Krisshna dopalał własnoręcznie przygotowanego skręta. Zaniósł się przy tym kaszlem po raz kolejny tego dnia. Tym razem postanowił poeksperymentować i zmieszał ze sobą kilka mocniejszych ziół. Efekt okazał się nie najlepszy. Nie szkodzi. I tak nic nie mogło się równać z chwilą, gdy młodzieniec po raz kolejny przykładał skręta do swoich warg i zaciągał się gęstym dymem. Nałóg, jakiego niewolnikiem stał się Kayleigh Krisshna, sprawiał, że ten na moment odpływał od wszelkich trosk i zmartwień, by znaleźć się w innym świecie. Świecie bez podziału na dobro i zło, gdzie panem był on sam i mógł decydować o wszystkim. Niechętnie doczekiwał się chwili, w której dym przestawał działać. Właśnie wtedy na jego głową spadały z powrotem wszystkie problemy ze zwielokrotnioną mocą.
Gdy atak kaszlu ustał, Kayleigh odepchnął się od drzewa, o które tak przyjemnie mu się opierało. Zszedł na trakt. Trakt, rzecz rzadko spotykana w tak wielkim i niegościnnym lesie, powstał dzięki inicjatywie kupców, którzy postanowili sprawić sobie miejsce, w którym mogli sobie odpocząć, ocenić stan ładunku i dopiero wtedy udać się w dalszą drogę. Nie dało się wręczyć przebiegłym złodziejom i rabusiom ładniejszego prezentu. Co prawda, znakomitą część karawan udało się uratować przed napadem i kradzieżom, jednakże wiele z nich, tych słabiej chronionych, padło już łupem sprytniejszych rzezimieszków. Kayleigh Krisshna jeszcze nie miał okazji wziąć udziału w tego typu zasadzce i nie miał zamiaru nigdy tego robić. Dopiero groźba głodu zmusiła go do zmiany zdania. Pilnie potrzebował pieniędzy na zioła do narkotyku, które ostatnio pochłonęły większą część jego oszczędności. Taka była cena słabości.
Szedł sam, lekko się kołysząc niesiony otumanieniem, które zawsze towarzyszyło zaciąganiu się dymem. Jego myśli kołowały w głowie, nie pozwalając skupić mu się na celu. W pewnym momencie całkowicie zapomniał o celu swojej podróży i dopiero po chwili przypomniał sobie, a raczej głód mu przypomniał, że idzie ukraść trochę pieniędzy. Nie robił tego w żaden szczególnie wymyślny sposób. Wręcz przeciwnie. Parł naprzód, nie przejmując się tym, że widać go z odległości kilkudziesięciu metrów. Może gdyby wcześniej nie skosztował narkotyku, przeprowadziłby tę akcję zupełnie inaczej. Kiedy na myśl przyszła mu przepiękna myśli, wedle której z ogłuszającym okrzykiem miał wbiec między ludzi z karawany, wywijając mieczem na lewo i prawo, mocno zakręciło mu się w głowie. Kolana ugięły się pod nim, a on sam w końcu upadł na ziemię, pozbawiony kontroli nad własnym ciałem. Chwilę zajęło mu odzyskanie sprawności, a gdy wreszcie udało mu się podnieść, otrzeźwiał nieco. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, co właśnie zamierzał zrobić, palnął się w głowę i zaklął pod nosem. Nie pamiętał, kiedy ostatnio planował zrobić coś tak głupiego. Zrezygnowany zszedł z traktu i zaczął przedzierać się przez gęstą roślinność Lasu Cieni. Jeszcze przez kilka chwil klął po cichu, użalając się nad swoją głupotą. Później zaczął się użalać nad brakiem pieniędzy, a na koniec ubolewał nad brakiem narkotyku. Gdy tak szedł zamyślony, nie zauważył, że na terenie, po którym teraz chodził, ktoś rozstawił pułapki. W trakcie rozmyślań na temat cudowności efektów gęstego dymu postawił stopę w miejscu, w którym nie powinien tego zrobić. Nagle poczuł, jak coś ściska jego kostkę, a chwilę później wisiał do góry nogami złapany w pułapkę na jakiegoś wielkiego zwierza. Ktoś chyba na niedźwiedzie polował. Nic innego nie wyjaśnia rozmiaru tej zasadzki. Kayleigh był realistą i nie sądził, że ktoś przygotował tę pułapkę specjalnie dla niego. Gdy przeszło poczucie wstydu i porażki, postanowił zastanowić się nad sposobem uwolnienia z tego impasu. Rozwiązanie było proste. Wystarczyło się podciągnąć i przeciąć linę ostrzem wytworzonym z Cienia. Pierwsza próba nie przyniosła rezultatu. Najwidoczniej działanie dymu nie ustało całkowicie i sprawność ciała Kayleigha nie wróciła jeszcze do normy. Nie dane mu jednak było powtórzyć tego manewru, gdyż właśnie wtedy usłyszał cichy szelest gałęzi. Ktoś nadchodził i nie wiedzieć czemu, Krisshna miał wrażenie, że niedługo spotka się z osobą, która zastawiła tę pułapkę.
Awatar użytkownika
Posty: 42
Rejestracja: 11 cze 2012, 00:52
GG: 6642235
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1968

13 cze 2012, 01:46

Adrena poczuła się znacznie lepiej kiedy zeszła z widoku członkom karawany. Ciepłe leśne powietrze było przesycone silnym zapachem, widocznie nad drzewami już dawno nie przetoczyła się deszczowa chmura. Nie wpatrywała się jednak w niebo – pochylona, skupiła się na ziemi. Szukała nowych śladów zwierząt i zeszłosezonowych pułapek, wykonując swoje standardowe obejście polany – zataczała coraz większe łuki od lewej do prawej strony, oddalając się wciąż od gwaru i hałasu. Tak jak się spodziewała, znakomita większość jej pułapek była już niezdatna do użytku przez działanie pogody albo wypełniła swoje zadanie już dawno temu. Ponieważ nie miała przy sobie wszystkich potrzebnych sprzętów, zdecydowała się na zostawienie obecnego stanu rzeczy. Radosna popijawa kupców dopiero się zaczynała, miała więc dużo czasu na swoje sprawy. Najważniejsze było dopadnięcie czegoś, co mogłaby zanieść biesiadnikom a co jeszcze nie zdążyło zamienić się w kupkę obgryzionych kości od jej ostatniego pobytu w tym miejscu. Przygotowała swój łuk i strzałę po czym odeszła w nieco głębiej w Las Cieni, licząc, że im dalej od ludzkiego skupiska tym większa szansa na dopadnięcie zwierzyny.

Kiedy po raz pierwszy usłyszała hałas, wciąż jeszcze mogła dostrzec miejsce w którym przebywali kupcy i zdziwiła się, że coś większego odważyło się podejść tak blisko. Bo niewątpliwe, stworzenie to było jednym z większych. Słyszała jego ciężkie kroki i dostrzegała ciemną plamę między drzewami zaledwie kilkanaście kroków od niej. Przez chwilę myślała, że to mniejszy niedźwiedź, chociaż nie bywały w tych stronach lasu – ruchy bestii były nieskoordynowane a wydawane przez nią odgłosy brzmiały jak ciężkie sapnięcia i pomruki. Z każdym krokiem miała jednak pełniejszy obraz i skarciła się w duchu za braki w obserwacjach. Niewątpliwie był to człowiek, niewiele od niej wyższy i poruszający się w tak chaotyczny sposób, że nie mogła dojrzeć jego twarzy. Musiał być pod wpływem alkoholu – nic innego nie tłumaczyłoby jego wejścia prosto w jedną z pułapek. Była to jedna z tych większych, ustawionych raczej ku przestrodze dla złodziejaszków niż dla faktycznych bestii. Nim zdążyła zareagować, pętla zacisnęła się na kostce nieznajomego i poderwała go w powietrze. Nie do końca pojął on chyba swoją sytuację ale w końcu jak każdy normalny człek, spróbował się wydostać z niewygodnej sytuacji. Adrena przez chwilę miała nadzieję, że uda mu się samodzielnie rozprawić z przeszkodą ale kiedy poległ przy pierwszej próbie, postanowiła mu jednak pomóc. Czy tego chciała czy nie, była po części odpowiedzialna za jego obecny stan. Ostrożnie pokonała ostatnie parę kroków i pojawiła przed nim, starając się nie patrzyć mu w oczy.

Czy chciałbyś… Czy chciałbyś może… – zaczęła mówić, ale przerwała po chwili zdając sobie sprawę z idiotyzmu swojego postępowania. Oczywiście, że chciałby jej pomocy! Skarciła się w myślach, przeklinając swoją głupotę i bez zbędnych wyjaśnień zaczęła wspinać po pniu drzewa do którego uczepiony był nieszczęśliwy wędrowiec. Kiedy dotarła do gałęzi przez którą przewieszona była lina zawahała się przez chwilę. Oceniła jednak wprawnym okiem odległość do ziemi i stwierdziła, że nawet jeśli nieznajomy jest delikatnej budowy, nie będzie stanie porządnie się obtłuc. Wyciągnęła zza pazuchy jeden ze swoich sztyletów i gwałtownym ruchem przecięła sznur.
Awatar użytkownika
Posty: 67
Rejestracja: 19 wrz 2011, 16:31
Karta Postaci: viewtopic.php?t=760

14 cze 2012, 23:35

Nie, dzięki. Chętnie tu jeszcze powiszę. Przyjemny widok rozciąga się z tej perspektywy.
Takie słowa przeszły mu przez myśl, jednak powstrzymał się przed wypowiedzeniem ich na głos. Jeszcze mógłby rozzłościć nieznajomą dziewczynę, a w sytuacji, w której się znalazł, wolał nie robić sobie nowych wrogów. Po prostu przemilczał tę, przypadkową najpewniej, gafę i cierpliwie poczekał, aż dziewczyna uwolni go z tego wstydliwego impasu. Tak też się stało. Doskonale widział, jak kobieta zwinnie wspina się po drzewie, aż w końcu dotarła do celu. Gdy odcinała linę, wyobrażał sobie, z jaką gracją i zgrabnością spadnie na ziemię. Planował obrócić się w tym jakże krótkim locie i wylądować na palcach stóp, delikatnie podpierając się dłońmi, aby równomiernie rozłożyć siłę upadku. Jego wyobrażenia brutalnie zderzyły się z rzeczywistością. Lina puściła nagle, a on nawet nie zdążył zareagować. Zwalił się na ziemię jak martwy. Odległość na szczęście nie była duża, co nie uchroniło Kayleigha przed okrutnym pechem. Jego głowa uderzyła o wyrastający z podłoża kawałek korzenia. Szybciej nawet niż upadał, podniósł się i gwałtownie zaczął pocierać obolałą potylicę. Ech, nie będzie przyjemnie wspominał tego wydarzenia. Nawet katastrofalny zbieg okoliczności, przez który wystawił się na wstyd, i na dodatek jeszcze ból głowy. Oprócz tego pozostawała jeszcze dziewczyna, która była twórczynią tej pułapki. Nieco zaskoczyła go jej opieszałość. Niemalże bez zastanowienia postanowiła pomóc Kayleighowi, a przecież nie mogła wiedzieć, jakie zamiary miał nieznajomy w gęstwinach Lasu Cieni.
Zadarł głowę do góry i zerknął na kobietę. Zwinność, z jaką wdrapała się na to drzewo, budziła podziw. Czy mogła poszczycić się równie rozwiniętymi umiejętnościami walki? Możliwe. Skoro natychmiastowo podjęła decyzję wobec Kayleigha, musiała być pewna, że młodzieniec jej nie zaszkodzi. A to oznaczało, że albo była nazbyt pewna siebie, albo nie dostrzegała w Krisshnie potencjalnego zagrożenia. Duży błąd.
Cierpliwie poczekał, aż dziewczyna zejdzie z drzewa. Wolał porozmawiać z nią, gdy ta znajdzie się na jego poziomie. Zadzieranie głowy do góry wcale nie łagodziło pulsującego bólu. Z bliska mógł jeszcze lepiej przyjrzeć się nieznajomej. Bladość jej skóry sugerowała, że gęstwiny lasu, gdzie nie dociera wiele światła, mogły stanowić dla niej więcej niż tylko przypadkowe miejsce spacerów. Przemyślnie rozlokowane części pancerza świadczyły o rozsądku i pomysłowości, a gdy zerknął przez jej ramię dojrzał kołczan wypełniony strzałami.
Opuścił chustę okrywającą jego twarz i odruchowo sięgnął do pasa, gdzie zazwyczaj trzymał zioła potrzebne do przygotowania narkotyku. Jego pobliźnioną twarz przeszył grymas smutku i złości zarazem. Głód odezwał się szybko jak nigdy wcześniej. Jeśli jak najszybciej nie zdobędzie pieniędzy na kolejną dawkę, będzie bardzo niedobrze. Potrząsnął lekko głową, sprawiając, że kosmyk przydługich włosów opadł mu na jedno oko. W połączeniu z okropnymi szramami po wilkołaczej łapie dawało to całkiem zatrważający krew w żyłach widok.
– Dzięki za pomoc – zaczął. –Chociaż nie mam pojęcia, co strzeliło ci do głowy, by zakładać taką pułapkę w miejscu, gdzie mogą się kręcić niewinni ludzie – i skończył.
Awatar użytkownika
Posty: 42
Rejestracja: 11 cze 2012, 00:52
GG: 6642235
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1968

15 cze 2012, 00:15

Nieznajomy wylądował na ziemi ze znacznie większym hukiem niż się spodziewała. Przekrzywiła głowę aby mieć lepszy widok i patrzyła w milczeniu jak odziany na ciemno mężczyzna pociera swoją głowę i z opóźnieniem zauważyła korzeń o który uderzył. Kiedy jednak podniósł się z zadziwiającą szybkością, zdała sobie sprawę, że źle go oceniła. Kiedy stał prosto nie miał w sobie nic z pijaczka za którego go początkowo wzięła. Przez chwilę myślała, że jest bandytą – sugerowała to chustka na jego twarzy, ale on ściągnął ją nagłym ruchem, odsłaniając imponującą bliznę na policzku. Dodatkowo sięgnął do boku, jakby po ostrze i Adrena zdała sobie sprawę, że jej naiwność nieomal ją zgubiła. Może i nie potrafił dojrzeć pułapki ale z całą pewnością potrafił krzywdzić – nienawiść miał wypisaną na twarzy. Postanowiła nie schodzić z wysokości, przynajmniej dopóki ten podejrzany osobnik nie odejdzie. Z drugiej strony, jeśli miał zamiar wyrządzić jakąś krzywdę członkom karawany nie mogła go wypuścić z tej części lasu… Zanim zdołała podjąć decyzję, nieznajomy odezwał się, wyrywając ją z zamyślenia.

Nie brzmiał groźnie i zaskoczyło ją to wrażenie. Zdała sobie sprawę, że mało ludzi jest w stanie wygrażać komukolwiek, będąc wewnątrz niebezpiecznego lasu, zaraz po upadku z wysokości. I tak naprawdę, jeszcze mniej z nich stanowi dla niej zagrożenie w takim stanie.
Uśmiechnęła się do niego słabo ale pozostała na swoim miejscu na drzewie. Pewnym głosem odpowiedziała mu:
- Niewinni ludzie nie przebywają w takich miejscach jak to. Jeśli więc chcesz dowieść swojego dobrego imienia, znikaj stąd.

Nie czekała jednak na jego odpowiedź i przeskoczyła na najbliższy konar. Zerknęła za siebie tylko na chwilę, aby raz jeszcze ocenić stopień zagrożenia jaki ten osobnik przedstawiał dla karawany. Znając dobre serce Sepsy, jeśli mężczyzna będzie wyglądać na wystarczająco zawianego, karawana spróbuje mu coś opchnąć… A jeśli będzie zbyt trzeźwy, zawsze zostają miecze ochroniarzy. Postanowiła nie zaprzątać sobie więcej głowy nieznajomym i zostawiając go własnemu losowi na pastwę Lasu Cieni, ostrożnie przeskoczyła na następne drzewo po czym zeszła na dół.
Obróciła się w stronę gęstniejących drzew i opuściła ucywilizowany przedsionek lasu.

[z/t]
Awatar użytkownika
Posty: 161
Rejestracja: 04 paź 2012, 15:58
GG: 1453715
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2235

12 paź 2012, 20:36

Macie być jutro o świcie na skraju lasu! – wspominała swoje słowa Sigrida.
Gdy była już gotowa, poszła do kartografa zapytać się o dokładną drogę i odkryła, że z Wolenvain do Lasu Cieni jest kilka dni marszu. Nie w smak było jej aż tyle łazić, ale przygoda wzywała, więc nie mogła zrezygnować. Zabrała swoje tobołki, ostatni raz naostrzyła topór i ruszyła na trakt.
Szła już kilka godzin, nogi zdecydowanie odmawiały posłuszeństwa. Gdy budowała prowizoryczny szałas usłyszała śpiewy dochodzące z niedaleka. Postanowiła to sprawdzić, nie miała niczego do stracenia.
Za wzgórzem ujrzała ognisko, przy którym siedziało naprawdę wielu ludzi. Karawana kupiecka.
Standardowo straż uzbrojona po zęby i kupcy, którzy zdecydowanie nie odmawiali sobie rozkoszy jedzenia.
Korzystając z okazji na darmowy alkohol i nocleg podeszła do ogniska. Biesiadnicy od razu powitali ją z otwartymi ramionami. Zresztą, byli tak zalani, że nie przejmowali się nową gębą do wyżywienia.
Po zjedzeniu dość smacznej potrawki z lisa i wypiciu kilku ryżówek zasnęła. Dawno tak dobrze nie spała.
Rano, mocno skacowani kupcy ruszali w drogę. Powiedzieli, że chętnie ją podrzucą. Bez dyskusji wskoczyła na wóz pełen najróżniejszych pierdół i ruszyła w drogę.
Jechali cały dzień i całą noc, aż w końcu dotarli do pożądanej przez Sigridy dróżki – prowadzącej do lasu cieni.
Podróż przebiegła w miarę spokojnie, Sigrida nie mogła na nic narzekać… no, może oprócz zbroi wżynającej się w każdą część ciała.
Dotarli na miejsce. Wyglądało to na miejsce postoju karawan, i nim w istocie było.
Krasnoludzica zeskoczyła z wozu i przeciągnęła się. Ktoś, kto ma dobry słuch mógł dosłyszeć delikatne szczęknięcie kości.
-W końcu u celu… ciekawe kiedy zjawią się Laf i Jurmyn.
Miała nadzieję, że nie będzie musiała długo czekać, bo aż rwała się do zapuszczenia głęboko w las.
Awatar użytkownika
Posty: 18
Rejestracja: 27 wrz 2012, 23:49
GG: 6850576
Karta Postaci: viewtopic.php?p=35331#35331

13 paź 2012, 12:15

Czy lęk przed samotnością jest czymś normalnym? Właściwie to nikomu nigdy się z niego nie zwierzał. Nie robił tego, bo już dawno poznał smutną prawdę o trwałym związku, jaki tworzyli żyjący oraz samotność. Podejrzewał także, że w przyszłym żywocie nie będzie inaczej, o ile nie będzie ono po prostu polegało na byciu prochem rozrzuconym po ziemi. W trakcie drogi zdecydowanie za łatwo popada się w melancholijny i filozoficzny stan. Oczywiście warunkiem jest podróżowanie samotnie.
Jurmyn nie potrzebował dużej ilości snu, toteż bardzo wcześnie wyruszył na umówione miejsce. Do plecaka wpakował to, co mu najpotrzebniejsze, między innymi spory bukłak z wodą, krzesiwo, bo musiał przyznać, że zaczynało się robić coraz zimniej oraz nóż, który będzie mógł się przydać przy łapaniu czegoś na śniadanie. Na razie jednak nie miał jakoś ochoty myśleć o jedzeniu.
Ta wczorajsza potrawka jednak była paskudna, co nie Banto? – zwrócił się zniesmaczonym głosem w przestrzeń, do tajemniczego odbiorcy wiadomości. Jego dziwaczne ślepie poruszyło się i wydało przy tym cichy skrzek.
Masz rację, to zabawne, że ja potrafiący gotować, robię to tylko dla siebie, a ten obżartuch z oberży karmi swoim świństwem za pieniądze.
Zaśmiał się po chwili wsłuchiwania w niesłyszalne zdania.
Tak, to na pewno dlatego mu urządzają te wszystkie burdy.
Ucichł i zdjął swój instrument z pleców. Zaczął grać spokojną, choć wesołą melodię.
Przypominał sobie wszelkie przestrogi swojego starego kompana, Fombiego. Ileż to razy padały słowa o tym, że troll samym wyglądem może na siebie ściągnąć kłopoty. Dlaczego akurat teraz sobie o tym pomyślał? Ano dlatego, że podróżował właśnie drogą, na której czyhać mogli zapewne zarówno bandyci oczekujący na karawany, zresztą byliby to pewnie samobójcy, jak, co gorsza, same karawany i ich uzbrojona straż przyboczna. Nie było miłą opcją dostać strzałą i dowiedzieć się, że nikt nie będzie pozwalał mu się tłumaczyć, a już miał kiedyś taką sytuację. Z tym, że wtedy u jego boku był Fombi, który opanował sztukę uspokajania każdego towarzystwa, chyba, do perfekcji.
Wspominał i maszerował już szmat czasu, a co gorsza istniała szansa, że się spóźni. Nie mógł na to pozwolić. Nie wypadało przychodzić jako ostatni już na pierwsze tak istotne spotkanie.
Elvira zawsze mówiła mu, że nie należy się spóźniać, jeśli sprawa jest ważna. Tak sobie teraz pomyślał, że uczyła go jakby był człowiekiem, a dodatkowo próbowała zrobić z niego osobę kulturalną. Co też ona sobie myślała? Chyba jednak jej się trochę udało, choć Jurmyn sam nie był pewien jak wiele swojego charakteru zawdzięcza jej, a jak wiele instynktowi trolli-maruderów.
Zabawnym było to, jak od wspominek przeszedł jakimś cudem do tematu fascynacji kobietami. Droga się mu dłużyła, więc zaczął już nawet wypowiadać swe przemyślenia na głos, a przy okazji dorzucać do tego szczyptę muzyki.
Hej, jeśliś łaskawa, damo młoda!
zdradź mi swe imię, czy będzie ci szkoda?
Przecież ja jestem troll wyjątkowy,
niegłupi i silny, w uczuciu gotowy

a ty mi uciekasz.
Na co tak zwlekasz?

Ach! Już rozumiem!
Już żyć znowu umiem!
Jak głupim być mogłem by mniemać,
że miast rycerza smoka na księcia wybierzesz,
skórę rycerską obierzesz
i ze smokiem pod nią będziesz drzemać…

Jurmyn zorientował się, że o to dotarł na miejsce, prawdopodobnie zrobił to już chwilę temu, ale wyrzucenie z siebie swojej lichej poezji było dla niego najwyraźniej na tyle istotne, że o całym świecie w okół zapomniał. Szybko jednak zorientował się, na czym to stoi dosłownie i w przenośni.
Witaj Sigrido – zawołał do rudowłosej z entuzjazmem. – Myślałem, że się spóźnię, ale chyba nie doceniam swoich nóg i przeceniam możliwości Lafrana – dodał rozglądając się.
Musiał przyznać, że obóz, pomimo, że tymczasowy, robił wrażenie. Nie wyglądało to tak obiecująco, jak to co widział przed wieloma bitwami, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że miejsce to powstało ze względu na tradycję szanowaną przez wiele osób. Dla trolla, który nie miał pojęcia czy jego lud jakąkolwiek kulturę posiadał, było to coś niespotykanego.
Awatar użytkownika
Posty: 156
Rejestracja: 26 wrz 2012, 19:36
Lokalizacja postaci: Długi Trakt
GG: 4052074
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2220

13 paź 2012, 13:16

Pół elf szedł wzdłuż traktu już parę dni. Nie miał nic przeciwko samotnym wędrówkom w nieznane jednak była jedna rzecz, która nie dawała mu spokoju. Na miłość Jass skoro są drużyną to, dlaczego nie podróżują razem?! Pamiętał, że będąc jeszcze w oberży spokojnie wstał, zszedł do głównej izby i czekał na nich. Czekał długo i zaczął się dopytywać albowiem pojawił się w jego umyśle niepokój jakoby go oszukali. Dobrze, że byli tak barwną kompanią. Samotnego trolla oraz krasnoludzicę trudno było nie zauważyć. Ruszył, więc za nimi wprost do lasu cienia.
W duchu żałował również, że przez szybki, wymuszony okolicznościami marsz nie może pomedytować. Choć z drugiej strony mówi się trudno przyjdzie i na to czas. Podczas podróży odwracał się raz za razem za siebie spoglądając czy przypadkiem nie leci za nim kruk. Nie miał serca mordować ptaka, którego trzymał tego wieczora w karczmie od jaszczuroczłeka, więc go wypuścił. Choć strach, że to była pułapka wciąż pozostał.
W końcu wieczorem na skraju lasu odnalazł miejsce, o którym mówili mu kupcy, których minął rano. Miał nadzieję, że spotka jeszcze swoich towarzyszy zanim wyruszą samotnie. Podszedł do ogniska gdzie na chwałę Jass wciąż byli i czekali.
- Witajcie. Cieszę się, że wreszcie was widzę.
Usiadł przy nich zmęczony po całym dniu prawie, że biegu za nimi i to jeszcze po oblodzonym trakcie. Znowu jego marzenia stały się proste. Chciał tylko się rozgrzać i coś zjeść.
- Nie chce robić wyrzutów już na samym początku wyprawy, ale… czy nie powinniśmy wyruszyć razem skoro jesteśmy drużyną?
Powiedział z lekkim wyrzutem, choć jakby patrzeć na to z drugiej strony cała ta sytuacja mogła się wydać zabawna. Lafran przez chwilę robił jeszcze poważną minę a potem wybuchł szczerym śmiechem.
- Następnym razem lepiej poczekajmy na siebie i wyruszmy razem w końcu jesteśmy drużyną. I zapewne sami powiecie, że lepiej się podróżuje razem niż w samotności. Dowiedzieliście się czegoś ciekawego o tym lesie od kupców?
Rozejrzał się po obozowisku spoglądając na wozy i namioty. Musieli przewozić coś cennego albo po prostu nie zdążyli przed początkiem zimy. Ręce miał wysunięte do ognia by jego ciepło je rozgrzało.
Awatar użytkownika
Posty: 454
Rejestracja: 21 lip 2012, 12:39
GG: 11650866
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2036

13 paź 2012, 21:13

MG

Miejsce, w którym znalazły się Czarne Koty, było uczęszczane nie tylko przez kupców. Dość często w tym miejscu postój urządzał sobie Stary Miki, który jak wiadomo nie był taki stary. Mężczyzna, który mówił o sobie, że jest pierwszym w świecie przewoźnikiem lądowym. Przed nim, szlachetnym zajęciem przeprawiania ludzi trudnili się oczywiście posiadacze łodzi czy też tratw.
Stary Miki jako pierwszy zaczął jeździć po traktach i zabierać ze sobą znużonych podróżników. Za niewielką opłatą był w stanie zawieźć kogokolwiek i gdziekolwiek.
Zaglądał czasami w to miejsce, aby zabrać do miasta kupców, którzy padli ofiarą bandytów. Tym razem go nie było.

Koty spotkały się na miejscu. Pierwsza wspólna wyprawa w poszukiwaniu przygód rozpoczęła się od tego, że każdy dostał się nas miejsce zbiórki na własną rękę. Zachowując się w taki sposób mogli bezpowrotnie stracić wiele okazji, mogli nie spotkać ludzi, którzy zleciliby im na przykład zabicie smoka. Póki w ich drużynie nie było żadnego smoka, mogli pozwolić sobie na przyjmowanie takich ciekawych zleceń.]/p]

Gdy tak sobie rozmawiali, pojawił się ktoś obcy. Nie, nie był to Stary Miki. Oczom Kotów ukazał się średniego wzrostu mężczyzna. Nie do określenia był jego wiek. Oczy miał skryte za dziwnym, szklanym przedmiotem. Wyglądało to tak, jakby miał przed oczami dwa denka od zielonych butelek po rumie, połączonych ze sobą stalowym okuciem. Całość była sprytnie zamocowana na nosie i wsparta na uszach. Przez zielone szkło nie można było określić koloru jego ślepi. Włosy miał ciemne i kędzierzawe. Pod nosem znajdował się sumiasty wąs, idealny do podkręcania, co ów osobnik czynił z namaszczeniem. Ubrany był nazbyt gustownie jak na leśną wędrówkę. Jego tors skrywała lniana, czysta koszula. Na to nałożona była ciemnozielona marynarka. Na tyłku nosił skórzane spodnie. Całości dopełniały ciężkie buty. Niby strój przystosowany do podróży, jednak mężczyzna zdawał się być zbyt… wyfiołkowany.
Na wodzach prowadził osiołka, który na grzbiecie dźwigał niezliczoną ilość tobołków. Gdy mężczyzna zauważył półelfa, dziwnego krasnoluda bez brody i trolla, zatrzymał się. Przyjrzał się badawczo znad zielonych szkieł, westchnął cicho i uśmiechnął się od ucha do ucha.
Witam szanownie tak świetnych wojowników! Jakież szczęście mnie spotkało widząc tak odważnych, dzielnych i wyśmienitych mężów! -witając ich tak gorąco i wylewnie, pociągnął osła w ich stronę. Wolną ręką przeczesał ciemne kudły i poprawił ustrojstwo na nosie.– Co sprowadza was w te strony? Szukacie przygody? Polujecie na smoki? Ratujecie zbłąkane owieczki?
Mężczyzna przywiązał osła do drzewa, a z jednego tobołka wyjął bukłak zrobiony z kozy.
Wybaczcie mi tę potwarz, nie przedstawiłem się! Jestem Bolesław, chociaż pewnie znacie mnie pod inną nazwą. Nie sposób zapamiętać wszystkie tytuły, które mi nadają! Jak się zwiecie, moi przyjaciele? Usiądźmy przy ogniu! Porozmawiajmy i napijmy się bimbru! -pomachał przed nimi pełnym bukłakiem.

Awatar użytkownika
Posty: 161
Rejestracja: 04 paź 2012, 15:58
GG: 1453715
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2235

13 paź 2012, 21:42

Sigrida cierpliwością nie grzeszy. Już kilka razy odkąd tu przybyła zapuszczała się głębiej w las – za każdym razem wracała, aby dowiedzieć się, czy troll i półelf jeszcze nie przyszli.
Gdy, siedząc na kamieniu, ostrzyła swój topór usłyszała znajomy głos – ten, na który czekała.
Wybiegła na spotkanie z Jurmynem.
-Witaj, poczciwy trollu! Nawet nie wiesz jak się stęskniłam za twoim głosem.
Rozpalili ognisko i oczekiwali nadejścia półelfa. Na szczęście, pospieszył się i pojawił się zaledwie kilka uderzeń zegara po Jurmynie.
Przywódca od razu wyskoczył z wyrzutem, więc opuściła głowę. Miał zupełną rację.
-Przepraszam, Lafranie. To moja wina. Widzisz, myślałam, że do lasu cieni jest tylko kilka godzin drogi… gdy dowiedziałam się od kartografa smutnej prawdy już zapewne was nie było. Postanowiłam wyruszyć sama, ale to się nie powtórzy. Następnym razem pilnuj swojej grupy zapaleńców, panie przywódco!
Stwierdziła, że takie wyjaśnienie wystarczy, więc zaśmiała się serdecznie.
-Co do lasu… kupcy opowiadają niestworzone historie, ale nie wiadomo, które z nich to zwykłe pijackie bajania.
Gdy Bolesław pojawił się na zgromadzeniu Sigrida chętnie go wysłuchała, ale cały czas milczała. Szczerze, nie miała pojęcia co zrobić po przybyciu do lasu cieni. Spojrzała się tylko pytająco na Lafrana… w końcu nie od parady był przywódcą.
-Chętnie bym się napiła, ale nie wiem co na to Laf…

Wróć do „Las Cieni”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 9 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 9 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.