Cmentarz

Bogaty w słoneczne polany i leśne strumyczki Las Cieni potrafi ukazać się również ze swojej jasnej strony. Jednak im dalej na południe, tym mroczniej i niebezpieczniej.
Awatar użytkownika
Posty: 40
Rejestracja: 21 mar 2011, 22:15

Cmentarz

03 kwie 2011, 12:50

Miejsce znajdujące się w głębi Lasu Cienie. Stary, opuszczony cmentarz, już od dawna zniszczony. plotki mówią że tylko zwierząt i szaleni nekromanci się tu zapuszczają. Marcus przeszedł przez zardzewiałe ogrodzenie, kierując się w stronę grobowca, umieszczonego w centrum cmentarza. Powolnie odsuną kamienną płytę i wmaszerował pod ziemie, rozjaśniając sobie drogę małą kulą ognia. Po chwili znalazł się w dość dużym pomieszczeniu, spowitym pajęczynami. Marcus rozglądną się dookoła. Miejsce wydawało się idealne. Duża powierzchnia na narysowanie czary, odpowiednie rozmieszczenie o którym mówił Alucard oraz spokój, nikt mu nie będzie przeszkadzał w przywołaniu. Położył delikatnie worek z wszystkimi elementami zbieranymi przez ostanie tygodnie. Rozpoczął przygotowania.
Po niecałych pięciu godzinach Macrus staną zmęczony z zakrwawioną ręką przed czar, który był prawie gotowy. Pentagram staranie wyrysowany z krwi demona, na jego rogach artefakty wyznaczone przez Alucarda, które zbierał przez lata. Brakowało tylko jednego elementu i można rozpocząć przywołanie. Drefnar wyciągną Senciner i wbił go w środek gwiazdy. Następnie sam wszedł w środek, przystaną przed wbitym ostrzem. Wyciągną ręce w gore i zaczął recytować słowa zaklęcia, które analizował przez ostatnie dni. Linie z krwi zapłonęły czarnym ogniem. Recytacja trwała ponad czterdzieści minut. Nagle ogień zwiększył swe rozmiary, Przerośl postać stojącą w środku. Marcus skoczywszy recytacje, rozglądną się czy wszystko jest gotowe, odychną głęboko.
-Nadszedł czas wypełnienia obietnicy…-Powiedział bezbarwnym głosem Inkwizytor.
Chwycił Senciner i przebił niem swą pierś. Moc przekazana Marcusowi natychmiast się aktywowała. Na miejscu Marcusa pojawił się cień wysokiej postaci. Chwaciła ona rękojeść miecza i powoli go wyciągnęła. Nagle wszystkie płomienie popędziły w stronę Cienia. Nastąpił bezgłośny wybuch, zapadła ogłuszająca cisza, wszystkie płomienie zgasły. Niespodziewanie pentagram również znikną. Jedynie Alucard stał wyprostowany w środku grobowca, z Sencinerem w ręku.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Posty: 108
Rejestracja: 25 mar 2012, 11:18

30 mar 2013, 18:01

Podążali za dziwną babcinką przez jakiś czas. W trakcie lotu smok milczał i był jakiś zamyślony przez co wlekł się na tyle. Popadł w wątpliwość. Z jednej strony chciał znów żyć, ale co dalej wtedy – Z drugiej życie po życiu takie złe się nie wydawało. Jego tok rozmyślania przerwało lądowanie, na cmentarzu. Ponuro było, ale i tak lepsze to miejsce niż tamten zamek. Poczuł się dość błogo. Zmienił diametralnie zdanie. Nie chciał wracać do żywych i martwić się jak przeżyć dany dzień. Jego przeznaczeniem było niefortunnie umrzeć tam na trakcie z ręki krasnoluda władającego runami. Dla Safa wszystko teraz straciło znaczenie. Nie chciał żyć, chciał mieć spokój. Zaczął jaśnieć miękkim światłem i robić się coraz bardziej przeźroczysty. Jego dusza poczęła się rozpadać i zaraz potem znikła zostawiając widmowy dym po sobie, który zaraz się rozpłynął nie zostawiając nic po sobie.

Grajcie dalej, nie będę już was spowalniać
Mój smok już nie istnieje na obu światach
Awatar użytkownika
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

01 kwie 2013, 19:45

MG

Duch Safariego poddał walkę o istnienie i na oczach zebranych przeobraził się w pył. Stara przekneła pod nosem zaś obcy zagnieżdżony w smoku zastanowił się czy pokazać swoje istnienie wiedźmie, jak i wyjawić swe pełne miano przy smoku. Nie był pewien jak wówczas potoczą się jego losy, jednak świadomość, że mógłby utknąć w jednym ciele wcale nie poprawiała mu humoru. Ostatecznie wyłonił się z Ksanasa, który mógł czuć jak kawałek czegoś odrywa się od wnętrza jego duchowej postaci. Po chwili kawał niemal bezkształtnej istoty bytowała pomiędzy Błękitnym, a starą babą. Wyglądał jak breja rozgotowanych ziemniaków, bądź budyń o czerwonych ślepiach i czymś na wzór pyska.
– T-tresdo się zwaaaałem. Teraz, teraz Derel chceeee…– Wysyczał z trudem. Błękitnemu miano Tresdo brzmiało zapewne znajomo, jednak śmierć i niematerialne ciało sprawiało niemałe luki w pamięci Ksanasa, który nie mógł przypomnieć sobie dlaczego wydaje mu się, że znał, bądź też słyszał o duchu. Stara, złośliwa wiedźma zaś na dźwięk tego imienia zaśmiała się szyderczo, po czym uśmiechnęła szeroko.
-No proszę, proszę…Wielki Czarny Tresdo, już wcale nie jest taki wielki. Haha. Że też śmierć, z was, smoków potrafi uczynić tak mizerne i słabe istoty. Acz dobrze… Zapomnę Tresdo…nie, Derelu o tym, jak zawczasu mnie potraktowałeś. Posiadanie Ciebie wynagrodzi mi wiele. To jest…posiadanie u Ciebie przysługi. Hehe. – Posłała kolejny szyderczy uśmiech w kierunku brei, której czerwone ślepia się zwęziły.
-Dość…
-Hoho, Derelu, zważ na słowa, gdyż nic uczynić mi w tym momencie nie możesz, jednak znaj mą łaskę bo i Ciebie pomimo iż kupa gówna jesteś ożywię. No ale, nie przedłużajmy…
Wiele ciekawych informacji na temat innego ducha w tym momencie padło. Zapewne Ksanas chętnie porozmyślałby nad pewnymi kwestiami w samotności, bądź w spokoju dopytując się Darela o szczegóły powiązań z jego rodzinnym domem. Bo w końcu to był zbyt duży przypadek, by w zamku jego rodu znajdował się smok inny od jego pobratymców posiadający przydomek Czarny, a nawet gdyby nawet to byłoby to nad wyraz intrygujące. Może przybrana matka Ksanasa ukrywała przed nim coś? Może nie mówiła całej prawdy?
Jednak nie było czasu na zadawanie pytań, gdyż nagle nie wiedzieć kiedy tuż przy Błękitnym pojawił się wysoki cień. Był to człowiek który wcześniej z wolna wyłaniał się z lasu, a który teraz położył rękę na "ramieniu" smoka zwanego kiedyś Ksanasem. Z pod jego kaptura wydobył się czarny obłok oparu. Drugie, anemiczne ramie wyciągnęło zza czarnej pazuchy coś na wzór szmaragdowej kostki, z której wystawał fragment czegoś co wyglądało na rękojeść klucza ze złota.
-Angadit…– Powiedział, a obraz przed Błękitnym się zamazał. Kątem oka widział jak owy dziwny klucz ma wbity w pierś, jednak nie czuł bólu tylko dziwne ciepło. Potem była już tylko ciemność…

~~*~~


Angadit w pewnym momencie odzyskał przytomność. Jego powieki mogły się otworzyć, a oczom ukazała się poranna, wiosenna szaruga i siąpiący z nieba deszcz. Czuł jak krople deszczu spływały po jego ciele.
Leżał w kręgu, na cmentarzu, tam, gdzie wcześniej stał jako duch. Jednak nie był już duchem, jak również smokiem. Nie obudził się bowiem jako gad, jednak jako człowiek. Brudne, zaniedbane ręce, skóra, nogi, tułów przywdziany w postrzępione szmaty i dziwny mętlik w głowie. Obok niego zaś leżał sporych rozmiarów szczur o czarnym futrze.
-Nie mogłem zrobić z niego nic lepszego. Jego dusza chyliła się ku końcowi. To i tak cud, że coś z niego jeszcze wykrzesałem. – Odezwał się znajomy głos. Był to wysoki człowiek w czarnej pelerynie. Wyglądał jak cień. Zbliżał się do odrodzonego. Kontynuował wyciągając do niego anemiczną dłoń o długich szponiastych palcach.
– Ty natomiast, jesteś moim dziełem. Twój wygląd…tak, to zapewne zasługa twoich pierwotnych smoczych korzeni. Powiedz mi, dobrze się czujesz, Angad? Pomóc ci powstać…?
Angadit czuł pewien mętlik. odzianą ubraną osobę kojarzył jak przez mgłę, jednak z każdą chwilą wydarzenia ostatniej nocy stawały się coraz to jaskrawsze. Nogi zdawały się być zdrętwiałe, a głowa przy gwałtownym poruszaniu bolała, tak, jakby ożywiony za każdym razem został obijany tępym przedmiotem.
Awatar użytkownika
Posty: 43
Rejestracja: 12 lis 2012, 19:30
GG: 10705436
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2319

01 kwie 2013, 20:25

Ksanas zdążył się zorientować że mężczyzna wbija w niego klucz szpecąc mu jego nowe imię, po czym nagle jego umysł ogarnęła ciemność. Przez długi okres nic nie widział, nic nie słyszał , jednak w końcu otworzył oczy. Od dłuższego czasu po raz pierwszy zobaczył wszystko w kolorach. Błękitne niebo unosiło się nad jego głową, a on instynktownie chciał wzbić się w powietrze by znaleźć się wśród przyjemności jaką daje lot. Niestety zamiast łapy zobaczył tylko jak unosi rękę. Pamiętał większość z tego kim był. Pamiętał jak umarł, więc szybko podniósł się do pozycji siedzącej i rozejrzał się uważnie mrużąc oczy. Dojrzał obok siebie czarnego szczura , po czym na mężczyznę który był odpowiedzialny za jego wskrzeszenie. Spojrzał ponownie na swoje ręce i przełknął ślinę. Miał nadzieję że będzie mógł wrócić do swej oryginalnej postaci. Nie chciał całe życie być uwięziony w tym kruchym, słabym ciele. Już samo patrzenie z takiej perspektywy źle wpływało na samopoczucie Angadita.
Wziął w końcu głęboki oddech i przyjrzał się dokładnie swojemu ciału. Naprawdę miał nadzieję że skupi się i wróci do swojego, wielkiego. Nie przyjął pomocy mężczyzny i wstał sam. Nigdy nie przyjmował pomocy od śmiertelników chyba że nie ma innego wyjścia. Podczas tej czynności zignorował ból, a jeśli za pierwszym razem mu się nie udało wstać to próbował jeszcze kilka razy.
Jeśli nie to wszystkie dalsze czynności wykonał w pozycji siedzącej.
– Mam nadzieje że to ciało jest tylko chwilowe tak? Dziękuję za pomoc śmiertelniku, ale chciałbym już wrócić do swojej oryginalnej formy.
Po tych słowach smok zamknął oczy, wziął głęboki oddech i skupił się. Starał się zrobić to jak za każdym razem w dawnym ciele. Wyobraził sobie swoją sylwetkę z dawnych czasów. Skupił się na obrazie wielkiego, niebieskiego smoka o pięknych skrzydłach i błyszczących łuskach. Zawsze tak czynił gdy chciał wrócić z postaci ludzkiej do smoczej. Gdy obraz był już gotowy Angadit starał się obudzić w sobie pokłady pierwotnej magii jaką miał w sobie. Starał się przełożyć obraz na siebie, by udzielić magii instrukcji co robić tak jak zawsze. Czekał aż magia zacznie krążyć w jego żyłach. Po chwili otworzył oczy mając nadzieję że spojrzy na świat z perspektywy siedmiu metrów w górę.
Awatar użytkownika
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

02 kwie 2013, 10:23

MG

Po tych słowach smok zamknął oczy, wziął głęboki oddech i skupił się. Starał się zrobić to jak za każdym razem w dawnym ciele. Wyobraził sobie swoją sylwetkę z dawnych czasów. Skupił się na obrazie wielkiego, niebieskiego smoka o pięknych skrzydłach i błyszczących łuskach. Zawsze tak czynił gdy chciał wrócić z postaci ludzkiej do smoczej. Gdy obraz był już gotowy Angadit starał się obudzić w sobie pokłady pierwotnej magii jaką miał w sobie. Starał się przełożyć obraz na siebie, by udzielić magii instrukcji co robić tak jak zawsze. Czekał aż magia zacznie krążyć w jego żyłach. Po chwili otworzył oczy mając nadzieję że spojrzy na świat z perspektywy siedmiu metrów w górę.
Angadit wstał na nogi za drugim podejściem. Za pierwszym bowiem uczynił to zbyt gwałtownie, a zdrętwiałe kończyny odmówiły posłuszeństwa z tego powodu.
W każdym bądź razie Angadit obecnie stał naprzeciw szczudłowatego mężczyzny. Tak, zapewne dla Dawnego Błękitnego było to dziwne by patrzeć na kogoś z dołu, bowiem, jakby nie było zakapturzony obcy był wyższy o ponad głowę. Milczał przez krótką chwilę po zadanym pytaniu. Słychać było coś na wzór westchnięcia, kiedy to zauważył skupienie na twarzy Angadita, chcącego przeobrazić się w smoka. Magia jego jednak nie odpowiedziała. Gdy otworzył oczy wciąż spoglądał z tej samej ludzkiej perspektywy. Wciąż miał przed sobą ludzkie dłonie oraz zakapturzonego, który odwrócił się doń plecami i mimowolnie ciągnął szponiastą dłonią szczura podnosząc go delikatnie.
-Nie jesteś zwykłym człowiekiem. Jesteś czymś więcej. Minie trochę nim pojmiesz jak doskonałym tworem jesteś i z pod jakich palców została stworzona Twoja osoba. Jednak spokojnie. Ważne, że żyjesz, tego chciałeś, prawda? To też zresztą uczyniłem. Teraz czas na twoją przysługę, którą będzie służenie mi ciałem, które dla Ciebie stworzyłem. – Zamilkł na chwilę dając czas na przetrawienie informacji przez Angadita, a potem począł na nowo.
-W każdym bądź razie, źle to chyba jednak rozegrałem. Powinienem Ci chyba wszystko opowiedzieć od początku, tak byś zrozumiał swoją sytuację. Tak, zapewne tak winienem to uczynić i tak też zrobię. Bo widzisz, Pigwowa Dama, was nieco oszukała. Nie ożywiła was za jakąś tam przysługę, tylko sprzedała mi wasze dusze, którymi się już zająłem. W sensie Twoją, Angadzie i jego, tego Darela. Ja zaś jestem Twoim stwórcą, panem, nekromantą, różnie się mianowanie jest poprawne. Możesz nazywać mnie Cieniem. W każdym bądź razie nie osądzaj mnie pochopnie. Nie jestem takim złym jak to bywa w legendach. Dałem Ci piękne ciało, jednak nie musiałem. Dałem ci wolne myśli, nie tknąłem wspomnień czego czynić również nie musiałem i co byłoby dla mnie wygodniejsze, jednak potrafię wczuć się w czyjąś sytuację i stwierdziłem, że byłoby to zbyt wielkie barbarzyństwo, rozumiesz?– Przy każdym słowie zza kaptura uchodził mniejszy lub większy obłoczek czarnego oparu. I choć cała postać nekromanty wydawała się wyjątkowo groteskowa, głos miał spokojny, przyjazny. Kolejna próba omamienia, czy rzeczywiście taki był? Trudno powiedzieć. W każdym bądź razie spłoszył się nieco, gdy zza szarych chmur wyjrzało słońce, a deszcz ustał.
-Usuńmy się w cień drzew…– Jak rzekł tak poczynił. Przesunął się na skraj cmentarza tak, by korony drzew chroniły go od nadmiaru światła. W czasie tej krótkiej przechadzki, angadit mógł również odnieść wrażenie jak słońce dziwnie nań wpływa, gdyż gdy na jego padło światło dziennie z pod lichego materiału odzienia nie wystawała już ludzka ręka, jednak trupia. Z pod gnijącej i niespójnej skóry były widoczne kości, niezdrowo sine mięso, ścięgna…Tak, jakby był chodzącym trupem, nieumarłym.
Awatar użytkownika
Posty: 43
Rejestracja: 12 lis 2012, 19:30
GG: 10705436
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2319

02 kwie 2013, 12:01

Na słowo "Nekromanta" oraz " Oszukanie" Angadit zacisnął zęby i pięści. Został zdradzony znowu, oraz utknął w tym kruchym , ohydnym ciele. Spojrzał na nekromantę z nienawiścią w oczach. Chciał go spalić, zniszczyć, wbić w ziemię jak karalucha. Chciał to zrobić ponieważ największą rzeczą jakiej Angadit nie dzierżył to nieumrali oraz ich stwórcy. Za poprzedniego życia był smokiem leczniczym, lubił pomagać i cieszył się gdy udało mi się uratować przed śmiercią kogoś. Gdy jednak ktoś umierał to on dawał mu odpocząć w pokoju. Nekromanci burzyli ich sen na który zasłużyli. Dlatego zawsze niszczył takich jak on. A teraz został sprzedany? Nie pozwoli na to.
– Nie jesteś moim panem padalcu. – syknął wysuwając lekko język. – Jestem winien przysługę babci, z tobą nie mam nic wspólnego i nie zamierzam cię słuchać. Bardziej prawdopodobne że urwę ci ten skostniały łeb!
Smok był nieźle wkurzony. Jego nastawienie zmieniło się dramatycznie. Smoka nie zwiodły jego miłe słówka. Nie miał zamiaru być czymś pieskiem. Jeśli będzie trzeba sam znajdzie sposób na powrót do smoczej postaci. Powinien już się nauczyć że ludziom i śmiertelnikom nie można ufać.
Angadit wziął głęboki wdech i starał się pobudzić swą magie ponownie. Tym razem chciał wiedzieć czy magia w ogóle krąży w jego żyłach. Czy potrafi przywołać pioruny lub leczniczą mgłę jak dawniej. Nie umiał walczyć rękoma w tej formie, ogólnie czuł się w niej bezbronny jak niemowlę. Już brakowało mu jego twardych łusek, ostrych kłów i wielkich skrzydeł. Tak czy inaczej skupił się tym razem nie spuszczając oka z nekromanty. Nie chciał by ten rzucił na niego jakieś zaklęcie wiążące. Jeśli by próbował to smok by się po prostu rzucił na niego starając złamać mu kark. Smok może jest przyjaźnie nastawiony do życia jednakże nie da sobą pomiatać oraz nie jest niebezpieczny.
Awatar użytkownika
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

03 kwie 2013, 00:20

MG

Kiedy to Angadit wysyczał słowa, je brzmiały one tak charakterystycznie, jak dawniej, zaś wystawiony język prezentował się wyjątkowo zabawnie. Cała scena przypominała raczej niesfornego syna sprzeciwiającego się ojcu. Tak to wyglądało przynajmniej w oczach Cienia, jednak dla dawnego smoka to co się działo było istnym dramatem. Jeszcze fakt, że żadne z mocy posiadanych za życia nie istniała w nowym ciele komplikował jeszcze bardziej, choć…Tak, po pewnej chwili mogło mu się zdawać, że czuje aury, a zaraz potem mógł być już tego pewien, zwłaszcza, że jego samego i okolicę otaczała jedna i ta sama, ciężka, nieprzyjemna, ciemna aura zakapturzonego, który raczył się w końcu odezwać.
-Nie rozśmieszaj mnie, Angadziet. Jestem Twoim panem czy Ci się to podoba czy nie. To już nie jest coś nad czym mógłbyś debatować. To już się dokonało. Przywróciłem Cię do życia. Stworzyłem…naprawdę myślisz, że możesz od tak tupnąć nogą, zbuntować się i zniknąć mi z oczu…? Nie bądź zabawny. Czasy twojej smoczej potęgi minęły. Tamto ciało umarło. Im szybciej to zaakceptujesz tym będzie Ci lżej. Nie możesz mi się sprzeciwić, nie masz takiej władzy i nie każ mi tego udowadniać. – Ostatnie słowa zabrzmiały niczym cicha groźba przesiąknięta chłodem obojętności.
– Doceń, że przez wzgląd na szacunek do Twojej rasy nie pozbawiłem Cię świadomości i nie każ mi tego zmieniać. Mało który bowiem Pan pozwoliłby na taką swawolę. Ciesz się. I wiedz, że nie zabraniam Ci jakkolwiek przeszkadzać Ci w wykonywaniu jakichkolwiek zobowiązań wobec…babć. Dam Ci czas, na przyzwyczajenie się do obecnej sytuacji i zaakceptowania jej. Jednak gdy przyjdzie pora odezwę się do ciebie. Wydam rozkaz, a ty go wykonasz tak w końcu wygląda zabawa w pana i sługę. Rozumiesz? Pytania? Pretensje?
Awatar użytkownika
Posty: 43
Rejestracja: 12 lis 2012, 19:30
GG: 10705436
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2319

03 kwie 2013, 13:48

Mimo wszystko Angadit dalej był duchowo smokiem. Tu nie było pola do dyskusji. Jego smocza dusza została zatrzaśnięta w tym umarłym ciele tworząc zeń niewolnika. Angadit nie był głupi. Domyślał się że to jego ciało jest pod wpływem nekromanty. Tak czy inaczej dalej jest panem swojej duszy.
Był smokiem, a te istoty były drapieżnikami. Mimo iż zmieniło mu się ciało to nie da się poniżać przez jakąś mrówkę. Postanowił że znajdzie sposób by zmienić się na powrót w swą oryginalną formę. Na świecie istniała magia, a od zawsze Angadit był uczony że nie ma rzeczy niemożliwych. Gdyby udało mu się taki zabieg to Cień straciłby nad nim władzę. Tak przynajmniej myślał sobie samiec.
Gdy ten zaczął mu grozić z ust nieumartego wymknęło się warknięcie. Najchętniej odgryzłby mu głowę, ale zęby człowieka były za małe na taką akcję.
– Żebyś się nie zdziwił robalu. Nie wiesz z czym zadzierasz. –syknął tylko w odpowiedzi po czym odwrócił się od niego i spróbował odejść.
Musiał znaleźć sposób na uwolnienie. To położenie niczym nie różniło się od więzienia. Musiał znaleźć jakiegoś swego pobratymca. Łatwiej zaufać smokowi niż jakiemuś śmiertelnikowi. Taki to znów by go oszukał.
Jeśli uda mu się odejść to stara się poznać swoje możliwości. Stara się sprawdzić jak łatwo operuje swą magią oraz czy potrafi cokolwiek z tego co potrafił w "zeszłym życiu".

// skoro dusza jest ta sama to skoro jako smok miał dużą odporność na magię umysłu to teraz też ma?
Awatar użytkownika
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

04 kwie 2013, 18:35

MG

Tak, Angadit wciąż był w głębi duszy dostojnym smokiem, jednak informacja, że jego ciało było dalekie od tego przywileju najwyraźniej była przez dawnego Błękitnego wręcz nieakceptowalna. Próbował więc on operować swoją magią…której śladów w sobie nie wyczuwał. Wyglądało to tak, jakby rozprysła się po świecie wraz z jego śmiercią, czy też została wykorzystana przez Cienia. Żadna bowiem z magicznych umiejętności nie dawała znaku życia, prócz tej, dotyczącej aur. Ta jedna pozwalała na to, by Angadit sądził, że istnieje dla niego jakikolwiek związek pomiędzy nim, a magią.
-Świetnie. Nie narażaj się i nie pokazuj swej twarzy za dnia. Ludzie są ograniczeni i gotowi by byli pozbawić cię życia po raz kolejny wiedząc, żeś tworem czarnoksiężnika, a tego raczej nie chcesz w równym stopniu co ja. – Powiedział, jednocześnie milcząc i tym samym ignorując kompletnie słowa smoka oraz jego widoczny opór. Najwyraźniej uznał dyskusję za zbędną. Nie miał zamiaru bowiem się sprzeczać i tłumaczyć po raz kolejny to, co już się dokonało. Był na to już za stary. Najlepszym rozwiązaniem w obecnej sytuacji było pozostawienie Angadita samemu sobie. Oczywiście tylko na jakiś czas. Cień nie zamierzał wypuszczać z ręki Angadita.
-Skoro nie masz pytań to świetnie. Na chwilę obecną masz wolną rękę, jednak wiedz, że odezwę się w odpowiednim czasie i pieczę nad tobą będę posiadał. Do zobaczenia…-mówił stawiając kroki w tył, aż ostatecznie zlał się z cieniem drzew i się rozpłyną. Na cmentarzu pozostał tylko Angadit . Sam jeden, stał półnagi na jego ruinach, a poranne światło oświetlało jego sylwetkę sprawiając, że ujawnione było prawdziwe oblicze pojęcia nieumarły. Skóra bowiem w niektórych miejscach była niespójna i pozwalająca na to by kości, żyły, gnijące mięso wyglądało na świat. Tak, w jednym Cień miał rację, lepiej było nie pokazywać się za dnia ludziom…

//koniec. Na GG podeślę Ci konkrety niezbędne do wprowadzenia zmian w KP, a obecną cześć sesji uważam za wykonaną. Możesz teraz pograć swobodnie.
Awatar użytkownika
Posty: 30
Rejestracja: 26 lip 2012, 17:31
Karta Postaci: viewtopic.php?p=31694#31694

03 maja 2013, 13:19

Niebo przyjęło kolor stali, było zimne i ponure, wciąż płakało drobnym wiosennym deszczykiem. Aura pogodowa była nieprzyjemna, ale i pełna napięcia. Życie czaiło się w szczelinach, pokazując nieśmiałe zielone listki. Ta mroczna i złowroga aura harmonizowała ze stanem ducha Onessy. Wlokła się po prostu przed siebie kierowana zachodami słońca, wypełniona zimną determinacją i postanowieniem – zabić, tych którzy pokalali honor i godność jej kompanii. Wspomnienia napływały i swobodnie przysłaniały rzeczywistość.

Horik..bogowie poskąpili mu urody i obdarowali łysiną już od małego. W dzieciństwie wszyscy się z niego śmiali, ale kiedy zaczął uchodzić za najlepszego topornika, a skórę głowy pokrył wizerunkiem walecznego niedźwiedzia Hildisina, przestał być lekceważony. Szerokie barki, małomówność wielkoluda i to że wywijał toporem jak kijaszkiem, zawsze robiło wrażenie. Do tego Horik miał swoje przyzwyczajenia, które nadawały mu jeszcze bardziej złowieszczego wyglądu. Ozdabiał okolice swoich oczu, mieszanką kory drzewa kampaszowego i popiołu. Gdy je zamykał wydawało się, że jego oczodoły są puste. Pokryte spiralnym tatuażem ciało i te dzika twarz. Dla niejednego wyglądał jak demon. Imperialne ścierwa zawsze krzyczały widząc go w walce, roześmianego jakby zamiast krwi na jego twarzy tańczyły pierwsze promienie wiosennego słońca. Ostatni raz gdy Onessa go widziała, na jego zsiniałej głowie przysiadł kruk i uderzał silnym dziobem w wytatuowaną czaszkę. Essa mogła tylko mieć nadzieję, że te święte ptaki nie oznaczają zguby dla jego duszy. Tak jak resztę jej kompanii.. Rudobrody Floki, gibki i szybki – łucznik, zwiadowca. Zawsze chełpił się swoim łukiem. Sam dobierał drewno, róg , ścięgna i klej. Wykonał go tylko dla siebie, co przynosiło niesamowite efekty. Zawsze trafiał, w to co zobaczył i chciał. Wisiał obok Horika, jego ruda broda była niechlujnie ułożona, jego ciało nadęło się już gazami. Onessa zacisnęła pięść.. Logar niski krepy tarczownik, zawsze gdy ustawiali sie w linii on stał na środku powstrzymując najsilniejsze uderzenia.. Było ich znacznie więcej: Ollo, Wagnar, Aegir, Lurwar, Rizera, Mimir…

Najlepsi z najlepszych, jej kompania.. gnili wisząc przy drodze pod strażą imperialnych psów. Jej wilki jej krew, wataha. Samotny wilk jako silny, niezwyciężony drapieżnik to bajka. Samotny wilk bez swej watahy umiera z głodu, chłodu i opuszczenia. Umiera bez swej rodziny. Ale Onessa choć dusze miała wilczą, to krew w jej żyłach i tętnicach zamieniła sie w lód. Z tego marazmu ocknęła sie dopiero gdy kara klaczka stanęła w miejscu i szarpnęła wodze.

Głód. Onessa dopiero w tym momencie zdała sobie sprawę ze jednak nie jest całkowicie sama. Masywna pierś, smukła szyja, długie nogi, mocny zad. Rosła i rącza klacz była dobrym biegaczem. Uderzała kopytem o podłoże i robiła zawzięcie pyskiem, jakby chciała przegryźć wędzidło. Onessa podeszła do konia i przyjrzała się. Była bardzo obładowana, jej poprzedni właściciel najwyraźniej nie spędzał wiele czasu w jednym miejscu. Objazdowy fircyk… Podeszła do konia od lewej strony i przeszukała juki przytroczone do siodła. Znalazła obrok i narzędzia do czyszczenia.
Kobieta rozejrzała się. To nie było odpowiednie miejsce na popas. Pociągnęła więc za wodze i ruszyła do przodu.

No maleńka jeszcze trochę… – koń posłusznie posłuchał swojej nowej właścicielki. Gdy Onessa, znalazła się na małej polance otoczonej niedużymi olchami. Essa, znała się na koniach i ich pielęgnacji. Rodzice usprawniali sobie oranie pola, beczkowatą kobyłką, a mały Karstor musiał mieć jakiś kontakt ze światem. Mała Onessa, wiedziała więc jak dbać o takie zwierzę. Nieraz ojciec wsadzał ją na koński grzbiet, znała też podstawowe prawidła dotyczące jazdy konnej. Nigdy nie jeździła sama, nawet podczas długich wędrówek ze swą kompanią, jak już musiała wsiąść na koński grzbiet to z kimś. Teraz jednak musiała podjąć taką decyzję. Wszak, nie sprzeda tak dobrego bojowego konia, choć rozważała tą opcję gdyby klaczka była nieposłuszna. Onessa położyła na ziemi ciężki płaszcz a na nim położyła pochwę z mieczem.

Podeszła stanowczo stawiając kroki, do końskiego brzucha podciągnęła strzemiona i zręcznym ruchem odpięła popręg. Odsunęła siodło do tyłu i zdjęła naprawdę przepiękny rzemieślniczy wyrób. Samo siodło było sporo warte. Czaprak był pięknie pikowany i miękki. Onessa stawiała, że gdyby zrobić z podobnej faktury łóżko to było by naprawdę wygodne. Łóżko…czy nawet prosty siennik. To było coś niemożliwego do osiągnięcia dla wojowniczki.

Rozpięła wszystkie paski na linii między gardłem, a podbródkiem konia. Uzdę zsunęła delikatnie, tak by nie uderzyć wędzidłem po zębach klaczki. Było dość grube, co znaczyło że koń był posłuszny. Uśmiechnęła się, poczuła się niemal jak mała dziewczynka, wśród śniegu, patrząca na konnego posłańca, który to właśnie ją wybrał do oporządzenia swojego wierzchowca. Koń nie ruszył się gwałtownie, tylko czekał spokojnie, na to by delikatne ręce zadbały o jego piękne i masywne ciało.

Onessa wzięła w jedną dłoń włosianą szczotkę, a w drugą zgrzebło. Przejechała delikatnie po końskiej szyi. Płynne ruchy uspokoiły Esse, jej myśli skurczyły się do prostych pociągłych ruchów. Wzdłuż tylniego lewego uda ciągnęła sie jasna, szara szrama. Ta klacz nieraz brała udział w bitwie. Gdy skończyła z sierścią, wzięła kopystkę i bardzo powoli przejechała lewą dłonią od łopatki do końskiej pęciny. Klaczka posłusznie uniosła kopyto. Onessa dokładnie oczyściła powierzchnię wokół strzałki. Gdy skończyła ze wszystkimi czterema kopytami. Założyła obrok na pysk zwierzęcia. I siadła na swoim płaszczu tuż obok siodła.

Jak Ty się zwiesz co? Zupełnie już oszalałam, gadam do konia… – westchnęła głośno i zaśmiała się. Po tej pracy zrobiło się jej lepiej, zupełnie jakby coś wlało ciepła do jej zmrożonego serca. Przeszukując juki, znalazła plastry suszonego mięsa i kawał chleba. Była wyczerpana i zmęczona, zrozumiała to dopiero w tym momencie. Zdjęła zwierzęciu obrok i spojrzała w czarne oczy. Zaczęło zmierzchać.

Nie sprzedam cię, Tanna, tylko pozwól mi wsiąść na swój grzbiet.- Onessa, zawinęła się w płaszcz tuląc się do swego miecza. Rozpalanie ognia w takim miejscu byłoby oznaką głupoty.
Poranek nie rozpieścił ją słonecznym blaskiem i promieniami tańczącymi na twarzy, ale bólem w krzyżu i mięśniach. Mimo wszystko niebo pojaśniało się. Onessa popatrzyła na Tanno, wyglądała pięknie. Czarna lśniąca sierść i to dzikie spojrzenie. Nie lubiła stać w miejscu.

Siodłanie konia szybko poszło, klaczka nie opierała się. Onessa podciągnęła popręg i opuściła strzemiona. Odetchnęła głośno, oto wielka chwila. Chwyciła łęk, włożyła w strzemię lewą stopę i przerzuciła prawą nogę nad końskim zadem. Siedziała.
Dobra, Tan czas na taniec. – nacisnęła delikatnie łydkami boki konia i jednocześnie ruszyła miednicą do przodu. Koń posłusznie ruszył. Powoli stawiając kroki. Polanka gęsto otoczona olchami, była idealnym miejscem do ćwiczeń. Przeniosła ciężar ciała na lewą stronę i pociągnęła wodze, klaczka posłusznie wykonała ruch. Pospieszyła ją do kłusa, dając znak łydkami. Jej nogi były napięte nie chciała znacznie i niekontrolowanie pospieszać konia. Jeździła tak kilka godzin, aż jej noc dała się tak we znaki, że nie mogła więcej usiedzieć w siodle. Kilka razy zleciała mimo wszystko z siodła, raczej z własnej niewiedzy, niż winy zwierzęcia, ale nie poddawała się. Kilkanaście sińców jeszcze nigdy jej nie powstrzymało przed osiągnięciem celu.Wstrzymała Tanno, choć widziała że klaczka chce jeszcze.
Nie, nie dziś potworze. Dalej pójdziemy piechotą zbyt gęsty las tutaj.- schodzenie z konia poszło gładko. Onessa wylądowała na ziemi i pogłaskała konia po długiej szyi.

Czas zapleść Ci warkocze… – Roskvarskie konie zawsze miały grzywy pozaplatane w wojenne warkocze, grzywa nie mogła przeszkadzać podczas walk. Onessa była z siebie dumna, pamiętała wskazówki ojca, jeszcze z dzieciństwa. Jego głos pouczający i dobrotliwy.. Na te wspomnienia duszę Szalonej, znów wypełnił lodowaty szept.. Zemsta… Kobieta ruszyła w stronę, którą wskazywało zachodzące słońce. Gdy wyszła z poszycia leśnego, a przed nią rozciągnęły się zielone stepy, wskoczyła na Tanno i ruszyła galopem z dzikim okrzykiem na ustach.

***


Na horyzoncie wyrosła ściana lasu. Ciemne gałęzie, wyglądały dość upiornie mimo wszystko były obietnicą, kryjącej się tam zwierzyny i zaspokojenia głodu oraz schronienia. Nikt nie zapuszcza się w tak odludne miejsca. Essa czuła że jej bogowie jej sprzyjają i skierowała Tanno w stronę lasu. Musiała odpocząć, a równina i ogień, oznaczało wystawienie się na potencjalny atak. Widziała kręte ścieżki, którymi poruszała się zwierzyna. Podążała pełna cierpliwości i uwagi ciągnąc za sobą Tanno. Gdy doszła na małą polankę, cienie wyciągały w jej stronę swoje macki. Postanowiła wzniecić ogień. Tanno była niespokojna, ale jej niepokój minął gdy tylko Essa, założyła jej obrok i odciążyła grzbiet. Ogień miło krzepił serce, kobieta grzała ręce, patrząc w płomienie. I cicho powtarzając swą roskvarską modlitwę.. Obietnicę zemsty…
Awatar użytkownika
Posty: 43
Rejestracja: 12 lis 2012, 19:30
GG: 10705436
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2319

03 maja 2013, 18:59

Angadit szedł przez las w nieznanym kierunku. Z tej perspektywy wszystko wyglądało zupełnie inne. Dodatkowo to ciało strasznie go uwierało w takim znaczeniu jakby człowiek wcisnął się w za małą koszulę. Całą drogę był pochmurny, a dodatkowo zaczął dręczyć go głód. Spojrzał na niebo i westchnął. Co za okropna klątwa.
Przebywał w takiej formie tylko kilka godzin i już zdążył znienawidzić ją, całą rasę ludzką i wszystkich śmiertelników. Nie mógł też wymyślić niczego jak wrócić do swojej smoczej formy. Ten cały nekromanta kiedyś tego pożałuje chociażby to była ostatnia rzecz jaką zrobi.
Smok nie wiedział jak ma znaleźć tutaj pożywienie, ręce nie miały pazurów, nie mógł dogonić normalnych zwierząt a co dopiero chwycić je w zęby i dobrze pogryźć za jednym zamachem. Zastawiał się jak ludzie mogą przeżyć w takich warunkach.
Nie wiedział też po co ludziom coś takiego jak ubrania. Gdy tylko został wskrzeszony w tym ciele zerwał od razu wszystkie łachmany jakie miał na sobie. Strasznie go irytowały, pewnie gdyby był normalnym człowiekiem poczułby ziąb ale był jeszcze większym wynaturzeniem niż normalny człek.
Tak więc będąc nagim, głodnym i nie wiedząc gdzie idzie Angadit przedzierał się przez las. W pewnym momencie dostrzegł światło między drzewami. Zmarszczył brew i ruszył w tamtym kierunku mając nadzieję że może tam znajdzie coś do jedzenia.
Szybko dotarł na polanę i zauważył że jakiś człowiek, prawdopodobnie płci żeńskiej rozpalił ognisko na samym środku. Przedzierając się przez trawę zaczął iść w jej kierunku. Nie silił się na zachowanie ciszy, prawdopodobnie kobieta już go zauważyła.

Wróć do „Las Cieni”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 6 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52124
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Mejb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.