Chata Tarretha

Bogaty w słoneczne polany i leśne strumyczki Las Cieni potrafi ukazać się również ze swojej jasnej strony. Jednak im dalej na południe, tym mroczniej i niebezpieczniej.
Awatar użytkownika
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

Chata Tarretha

06 paź 2011, 13:12

W sercu lasu stała chata…

Pozbawiona drzwi, niewielka, drewniana, doszczętnie porośnięta mchem i innymi roślinami. Widać, że stoi tu już długi czas. Wybudowana w zgłębieniu w ziemi, by lepiej chronić wnętrze przed wiatrem i innymi niebezpieczeństwami. Ciężko ją zauważyć, nawet uważnie rozglądając się.

Przed chatą widać niewielki kamienny krąg. Pozostałe w środku ślady świadczą, że przez dłuższy czas kiedyś palono tu drewno. Ciężko powiedzieć jak dawno temu. Nieopodal stoi stary, przegniły pieniek. Z boku chaty dobudowane jest ledwo trzymające się kupy zadaszenie, pod którym trzymane było przede wszystkim drewno na opał. Świadczy o tym spory stos wilgotnych, pogniłych drewienek.

Środek chaty jest niemal pusty. Jedna izba z śmierdzącą słomą w kącie, jakimś prowizorycznym stolikiem i czymś, co zapewne było półką, jednak nie wytrzymało próby czasu. Widać niewielkie, przeraźliwie skrzypiące drzwi, prowadzące do równie pustej spiżarki.

W chacie nie pozostało już właściwie nic oprócz spróchniałego wiadra i przeżartego rdzą metalowego kubka.

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 17
Rejestracja: 10 lis 2014, 21:37
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3087

06 lut 2015, 19:06

Manewr między nogami dziewki nie należał do trudnych. Wilczysko zgrabnie wyminęło chude nogi kobiety nie zapominając jednak o tym by zakłócić jej perfekcyjnie wymierzony sztych. Wilczyca tak zakręciła zadem, że rudowłosa prawie straciła równowagę i bardziej dzięki sprzyjającemu losowi niż swoim umiejętnościom trafiła uzdrowiciela.

Kiedy złapała oddech, dwóch zwalistych nieumarłych tarasowało wejście do chaty. Wyciągnięte tasaki delikatnie kołysały się w powietrzu, kiedy wdali się w krótką, ale intensywną wymianę spojrzeń. Dłonie mieli pewne i duże, ich ubrania były mocno znoszone i poszarpane, największym cierpieniem dla Kłanicy była ich woń. Słodkawy odór śmierci. Kłanica jednak pozostała niewzruszona na zapach. Całą jej uwagę przykuło coś innego.


Ta intensywna, namiętna wymiana spojrzeń, dowodziła, że nieumarli potrafią się komunikować bez słów. Ich puste spojrzenia spotkały się dosłownie na kilka uderzeń serca i już wiedzieli, kto pierwszy przeciśnie się przez drzwi. Normalnie wilczyca z pewnością obmyśliłaby jakiś plan ucieczki, szarży, czy wyskoku, ale nie. Wymiana spojrzeń miedzy dwójką nieumarłych była tak pochłaniająca uwagę, że wilczyca nie mogła oderwać od nich wzorku. Miała wrażenie, że zaraz stopią się w jedno ciało. Tak bardzo byli sobą pochłonięci, a to wszystko działo się tak szybko.

Dopiero, kiedy ciężki bucior jednego z nich przestąpił próg, wilczyca obudziła się z chwilowego letargu. Wilcze serce znacznie przyspieszyło. Kłanica już dawno przestała wydawać z siebie jakikolwiek dźwięk. Słyszała głośne bicie swojego serca. Nie czuła jednak strachu. Była zła, bardzo zła, że przez własna głupotę wpadła w to wszystkimi czteroma łapami. Położyła uszy wzdłuż czarnego łba i tylko bacznie patrzyła w ciemne oczy umarlaka. Wycelował w nią ostrze swego oręża. Zabójczy blask zatańczył na długiej klindze. U jego pasa kołysał się sztylet.

Powoli przestępowała z nogi na nogę. Co chwilę kłapiąc zębami i marszcząc skórę na pysku. Wiedziała, że póki drugi umarlak jest w pobliżu nie za bardzo może cokolwiek zrobić. Wyraźnie słyszała rumor, który dział się za jej zadem. Była bardzo zdziwiona, że dwójka walczących zignorowała jej ostrzegawcze warkoty i poszczekiwania. Woleli wdać się w swoje własne porachunki. Słyszała, że ciężko powłóczący nogą uzdrowiciel gramoli się z ziemi i goni dziewkę, która wspięła się na dach. Wilczyca znów nie wiedziała, co ma myśleć o sprzyjającym dziewce losie. Dach, który załamał się pod wilczym cielskiem, utrzymał wspinającą się na niego kobietę. Zaprawdę musiała być urodzona pod szczęśliwą gwiazdą.

Truposze cały czas napierały. Ich odór wwiercał się w wilcze nozdrza. Nagle jeden z nich zawrócił. Po prostu odwrócił się na pięcie i poczłapał w swoją stronę. Wtedy pojawiła się realna szansa ucieczki. Jednak wycelowane w nią ostrze nie zmieniło ani na jotę swojego położenia. Niebezpieczeństwo cały czas wisiało nad wilkiem. Kłanica jednak miała wrażenie, że była to dobra obrona jedynie w przypadku, kiedy wilk chciałby napierać na wroga od frontu .

Przestała się cofać i zmarszczyła pysk, z jej gardła dobiegał warkot. Była tak nabuzowana, że nie czuła bólu promieniującego z rany. Przeniosła ciężar na tylne łapy i pochyliła mocno łeb do ziemi. Jej całe ciało spięło się gotowe do skoku. Spojrzała jeszcze raz w te puste, ciemne oczy. Nikomu żywemu nie życzyłaby takiego losu.

Nagle coś łupnęło o ziemię, następnie dało się słyszeć lekkie, oddalające się kroki. Nieumarły z pewnością na chwilę się zdekoncentrował, łowiąc dźwięki z tym związane. Na tę chwilę czekał wilk. Tylne łapy wypchnęły ją w powietrze. Zwinna, czarna wilczyca przeleciała obok umarlaka, mijając go od strony gdzie nie było sztyletu. Omiótł ją paskudny trupi odór. Wilczyca nie potrafiła sobie wyobrazić skąd może on dochodzić. Na ciele mężczyzny nie było bowiem widać, żadnych oznak rozkładu.

Zatrzymała się dwa kroki od umarlaka i łypnęła na niego spode łba. Między nimi leżała nieprzytomna dziewczyna, która utraciła skrzydła. Nawet jakby chciał nie zdążyłby nadążyć za zwinnym zwierzęciem. Jego ruchu w porównaniu z jej były kanciaste i niezgrabne, wilczyca czuła, że prawdziwe życie już dawno uleciało z jego tkanek.

Nie miała więcej czego tutaj szukać. Chciała ostrzec podróżników, ale woleli oni wdać się w walkę między sobą. Trudno, dzięki jej zadkowi, życie uzdrowiciela ciągle płynęło. Miała tylko nadzieję, że poradzi sobie on z umarlakiem. Jeśli ten odwrócił się w ślad za wilkiem, miał nawet spore szanse. Odwróciła głowę w stronę drzwi i ruszyła niezwłocznie z miejsca. Nieumarły mógł łapać jej puszysty, czarny ogon. Przednie łapy cięły powietrze i całe jej ciało ciężko pracowało, z pyska unosiła się para. Zanurzyła się w gęstwinę krzaków otaczającą chatę.

Awatar użytkownika
Posty: 186
Rejestracja: 14 sie 2014, 13:06
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=49681#49681

08 lut 2015, 11:12

Półelfka syknęła, gdy skóra na jej dłoniach otarła się nieprzyjemnie promieniując przez chwilę tępym bólem. Była to jednak co najwyżej drobna niedogodność, w porównaniu do tego, co czekało na nią na dole. Pchana instynktowną chęcią przetrwania błyskawicznie wspinała się na górę. Gdy była już prawie u szczytu poczuła delikatne muśnięcie czyichś palców na swoim bucie. Zdwoiwszy swoje wysiłki w końcu wylądowała na dachu. Prawie momentalnie uspokoiwszy nieco przyspieszony oddech, pochwyciła swój wysłużony płaszcz i zapięła go na ramieniu. Nieprzyjemny chłód już zaczynał przekradać się do jej ciała, gdy lodowata bryza owiewała jej nagie nogi. Mogła bardziej pomyśleć i ubrać się w pancerz zanim wszczęła całą awanturę. Nie było jednak sensu płakać nad rozlanym mlekiem, gdy gra toczyła się o znacznie wyższą stawkę. Nie wiedziała nawet czy ktoś ją jeszcze ściga i wolała nie sprawdzać tego w tej chwili. Cholera. warknęła w myślach, gdy nigdzie w pobliżu nie mogła wymacać swojego tasaka. Wahała się tylko chwilę. Nie mogła stracić ani sekundy, nawet jeśli jej ostatnią deską ratunku miałyby zostać poukrywane po płaszczu noże. Zeskoczywszy z dachu pognała przed siebie, przytrzymując swe okrycie tak, by nie plątało się w gałęzie.

Najwyraźniej bogowie mieli dziś wyjątkowo parszywe poczucie humoru. W sumie, czy kiedykolwiek było inaczej? Jak daleko potrafiła sięgnąć pamięcią całe jej życie było usiane podobnymi wypadkami. Chwile szczęścia i dobroci nieodmiennie kończyły się spektakularnymi porażkami, głównie z jej winy. Jakby wszystko czego dotknęła miało obrócić się w proch. Teraz zaś znudzony los postanowił w końcu ją zabić. Ciężkie kroki i trzask łamanych gałęzi aż za dobitnie świadczył o pogoni. Prawie czuła już martwą woń, jaką emanował umrzyk. Ruda nie była może najlepszym biegaczem, jednak w tej chwili całą siebie wkładała w próbę ucieczki. Gałęzie szarpały jej koszulę, chłoszcząc ciało i zostawiając na nim kolejne zadrapania i czerwonawe pręgi paskudnie piekące i rozgrzane. Korzenie zdawały wyrastać z każdej strony, zmuszając jej percepcję do niesamowitego wysiłku, niezbędnego by nie potknąć się i nie skręcić sobie karku. Gnała niczym wicher, a pogoń nie zdawała się nawet trochę od niej oddalać. Jakby mieli tak gnać wiecznie.

Estelawien rozpaczliwie wręcz wypatrywała okazji by zmylić swego przeciwnika. Czy był to Sevian, czy inna podła istota nie miało to znaczenia. Nie mogła liczyć, że uda się jej go zmęczyć. Była kobietą i wychowała się w mieście, nie w lesie. Jej jedyną szansą było zmylić go, lub znaleźć takie miejsce, w które tylko jej dane byłoby się wcisnąć. Próbowała więc lawirować między drzewami, w szaleńczej próbie zgubienia pościgu w plątaninie krzaków i gałęzi. Chwytała się każdej sztuczki, jaka mogłaby ją wybawić. Pierś rudzielca zdawała się płonąć, gdy chrapliwy oddech szarpał jej zbolałymi płucami. Nie miała pojęcia jak długo ucieka i nie zamierzała się zatrzymać. Przetrwać. Czysty, zwierzęcy instynkt opanował jej ciało, przypominając jej mięśniom spuściznę przodków. Uciec i żyć, tylko to się teraz liczyło. Półelfka kluczyła, w niesamowitym pokazie refleksu, szybkości i koordynacji ruchowej, przez lata wyćwiczonej na lokenckich dachach i zaułkach. Nie mogła jednak wiecznie biec. Liczyła na to, że uda się jej zgubić swego prześladowcę na wystarczająco długą chwilę, by wspiąć się na jakieś drzewo, albo wpełznąć gdzieś i przycupnąwszy tam przeczekać pościg. W innym wypadku pozostawała jej tylko z góry skazana na porażkę walka. Błagając bogów o łaskę, błądziła między drzewami coraz słabsza i bardziej zdesperowana.

Awatar użytkownika
Posty: 117
Rejestracja: 24 sty 2013, 20:42
Lokalizacja postaci: Chata Tarretha
GG: 4999202
Karta Postaci: viewtopic.php?p=40625#40625

08 lut 2015, 20:58

Nieudany chwyt po nogę rudej zdziry zakończył jego marzenia o słodkiej zemście. Niemal czuł, jak jej ciało spada i obija się o ziemię w chacie. Gdy miecz elfa przedziera się przez cienką tkaninę i bez większego trudu wbija się w skórę. Niestety rzeczywistość jest zgoła inna, zaś po obrocie w stronę wilka zauważył dwóch sztywnych, którzy jakby się sprzeczają bez słownie, który ma pierwszy wejść do chaty. Leczenie nie-skrzydlatej, zebrało mu większą część energii magicznej i sił fizycznych, do tego ta rana na nodze przez, którą praktycznie nie mógł chodzić. Gdyby był w pełni sił, bez większych problemów załatwiłby te wszystkie cholerstwa, które mu się napatoczyły. Zabójczyni, której umiejętności wprawiały Seviana w podziw w dalszym ciągu czegoś brakowało i dało się to zauważyć. W połowie płynęła w niej krew elfów, przez co refleks i wrodzone umiejętności niemal prześwitywały przez szlamowatą ludzką krew. Nie mogła mieć więcej niż pięćdziesiąt lat, a umiejętności bitewne, które mu zaprezentowała, były wręcz wybitne, przynajmniej dla ludzi. Dziecinne zachowanie, zauważalne ciągotki do kurestwa, brak opanowania i spokojnego ocenienia sytuacji, i bezbrzeżna arogancja. Właśnie tym się cechowała. Po krótkiej wymianie cięć, zapewne pokonałby ją, umarłych, ba nawet tego przeklętego wilka, który z dupy się urwał.

Bez wahania, Sevian upuścił na ziemię sakwę i schylił się, by dotknąć wolną dłonią swojej nogi. Odpowiednie przeszkolenie i bardzo długi czas, który spędził na medytacji również w sytuacjach niekomfortowych, wręcz niewygodnych nauczyły go nawet podczas bitewnej zawieruchy całkowicie oczyścić umysł, co właśnie zrobił. Zależało mu na czasie, bez ociągania poczuł jak niesamowicie szybko jego własna energia magiczna przepływa, niczym wartki nurt rzeczny z każdego skrawka dłoni stykającego się z raną na nodze. Magię ukierunkował w sposób, by maksymalnie przyspieszyć regenerację głębokiej rany umiejscowionej na goleniu. Podczas skomplikowanego procesu, bardzo starał się wykorzystać jak najmniej pokłady energii, tak by pozostały mu jeszcze siły na ucieczkę. Czuł jak wpuszczona do ciała i odpowiednio ukierunkowana energia magiczna regeneruje tamując mikroskopijne kanaliki, żyły. Odżywcze leczenie na poranione ciało, jest niczym gorzała dla pijusa.

Po zakończeniu szybkiego zabiegu, miał zamiar podnieść sakwę, schować miecz do pochwy, następnie sakwę wyrzuciłby na dach jak wcześniej pyskata i w ślad za nią wspiąłby się przez dziurę na dach. Po czym zeskoczyłby i biegłby ile sił w nogach w stronę gorących źródeł, byleby wydostać się z tego cholernego lasu. Dobrze wiedział gdzie stąpać, z terenem leśnym obyty był od małego. Najważniejsze było, dorwać tą burą sukę i zabić ją.

Awatar użytkownika
Posty: 925
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

12 lut 2015, 22:27

MG

Estelawien biegła jak oszalała. Nie liczyło się już nic, byle tylko uciec. Właściwie nawet nie patrzyła za siebie, mając jedynie przekonanie, że jest ścigana. Choć nie słyszała już ciężkich kroków pochłonięta rytmem swoich własnych. Czy ścigający faktycznie był tuż za nią? A może już go zgubiła? Może już wyciągał rękę, by ją chwycić? Przez jej głowę przesuwały się dziesiątki możliwości. Skręcała, nurkowała w krzaki, przebiegała przez ciasne miejsca pędząc przed siebie szaleńczo. W końcu wyczerpana potknęła się i upadła na kolana, podpierając rękami o ziemię. Czując jak płuca palą niemiłosierni dotarła za najbliższe drzewo i oparła się o nie próbując uspokoić oddech. Miała wrażenie, że jej serce tłucze niczym dzwon i alarmuje wszystkich wokół o jej obecności. Nie wiedziała jak daleko był pościg, ale najwidoczniej zgubiła go chociaż na krótką chwilę.

Nieumarły, który pozostał w chacie cały czas mierzył mieczem w stronę Kłanicy, nie atakował jednak. Raczej wyglądało na to, że chce po prostu wilka trzymać na dystans i odstraszyć. Dawało to Sevianowi nieco czasu, który tak potrzebował. Oczywiście nie było go dość, aby całkowicie zaleczyć zadaną mu ranę, jednak zawsze była to jakaś pomoc. Kiedy elf zajął się swoją nogą wilczyca postanowiła odnaleźć drogę ucieczki, a raczej dostać się do niej, bo droga była tylko jedna – drzwi. Czaiła się na dobry moment, jednak chata była ciasna, a jej przeciwnik czujny.

Kiedy ruda zeskoczyła z dachu również i wilczyca postanowiła rzucić się do ucieczki. Nieumarły nie wyglądał w gruncie rzeczy na ani trochę bardziej zdekoncentrowanego niż ona. Kłanica była szybka, jednak nie tak szybka, aby przemknąć koło niego w postaci czarnej błyskawicy. Nadal pozostawał czas na reakcję. Już gdy odbiła się od ziemi zdała sobie sprawę z faktu, że tego czasu jest wystarczająco. Chodzący trup mógł zasłonić jej drogę mieczem, czy też ciąć wprost w grzbiet gdy starała się koło niego przemknąć. Nie zrobił tego jednak. Najzwyczajniej w świecie ją przepuścił. Nie był zainteresowany, obchodził go elf. Jedynie zerknął za nią, po czym kompletnie zignorował. Ruszył w stronę Seviana, a wilczyca po chwili zniknęła za drzwiami udając się w sobie znanym kierunku. Skazała mężczyznę na śmierć, czy też sobie poradzi?

Elf w tym czasie zdołał zaleczyć swoją nogę na tyle, aby mimo bólu oprzeć na niej ciężar. Czas naglił, a on nie miał go dość aby dalej się bawić. Lekko zdyszany wsunął miecz do pochwy i sięgnął po sakwę. Jego troska o rzeczy materialne sprawiała, że tracił kolejne sekundy. A biorąc pod uwagę, że jego przeciwnik był zaledwie kilka kroków od niego bardzo ich potrzebował. Kiedy wyrzucona przez dach sakwa wylądowała nieumarły był już właściwie tuż za nim. Nim podciągnął się w górę na spleśniałym drewnie poczuł, że na jego nodze zacisnęła się dłoń. Trup szarpnął go do tyłu niemal ściągając z dachu. Musiał szybko coś zrobić, chyba że podobała mu się wizja miecza w tyłku.

Awatar użytkownika
Posty: 17
Rejestracja: 10 lis 2014, 21:37
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3087

24 lut 2015, 13:39

Miecz błyskał złowieszczo, a puste spojrzenie nieumarłego pozostawało czujne i zimno kalkulujące całe zajście. Wilczyca przypatrywała się jego obdartym buciorom i zastanawiała się jakaż to złowieszcza moc może podźwignąć do życia, martwe ciało. Jakim wyrzeczeniom musiał poddać się ktoś by wtłoczyć w martwe tkanki tyle siły i mocy, by trup dzierżył broń, myślał strategicznie i potrafił zapędzić w pułapkę ogromnego wilka i dwójkę śmiałków. Skóra wojownika była blada i wyglądała bardzo niezdrowo. Nawet w największym głodzie, żadne leśne zwierzę nie tknęłoby takiego truchła. A mimo to jego mięśnie drgały, a umysł pozostawał jasny i trzeźwy. Zachowywał się niemal jak żywy, gdyby nie ta przerażająca pustka spojrzenia. We wnętrzu chaty było duszno, ale palenisko jakby mniej kopciło. Kłanica zdążyła już przestać zwracać uwagę, na drażniący dym. Wiedziała, że jeden nieostrożny ruch, jedna pochopna decyzja, a ostry tasak nieumarłego porządnie ją połechce, czy tego chciała czy nie. Napięcie krążyło w jej mięśniach, które zaczęły nieprzyjemnie i lekko dygotać. Wilk był potwornie zmęczony. Na całe szczęście rana zdążyła się lekko zasklepić i przestała krwawić. Sztylet jednak nie zranił jej tak bardzo jak myślała. Od jej racjonalnej decyzji zależało czy przeżyje następne chwile czy sczeźnie w tej dusznej chacie. Czekała na dogodną chwilę, a czas rozciągał się do granic jej cierpliwości. Czekała na znak od dobrego losu. Czekała i wierzyła, że pozwoli jej jeszcze trochę pożyć.

Na pewno taką szansę miał mężczyzna szamoczący się za jej zadem. Kłanica na jego miejscu już dawno by poszła w ślady rudej i dała drapaka przez dach. Jej cielsko było jedyną przeszkodą między nim, a nieumarłym. Mógł dokonać właściwego wyboru, ale jak widać był bardziej przywiązany do rzeczy materialnych, niż swojego życia. Wilk wiedział, że nie będzie odpowiedzialny za jego ewentualną śmierć. Przysłużyła mu się aż nadto. Stojąc murem między nimi, sama narażając się na niebezpieczeństwo. Nie mogła sobie wybaczyć swojej lekkomyślności, że tak łatwo, na własne życzenie wplątała się w tą sprawę. Z nieumarłymi trzeba było coś zrobić. Nie mogła jednak wydać im bitwy w pojedynkę, bez pomocy kogokolwiek. Znaczyłoby to dla niej śmierć, a może i jej ciało, dusza stałaby się niewolnikiem tej dziwacznej siły, która przywraca życie w martwe ciała. Dach niebezpiecznie skrzypiał pod stopami kobiety, która niemal leciała po tej słabiutkiej konstrukcji. Strach wydarł z niej nowe siły. Seria krótkich kroczków i nagle rozległ się łomot. Ruda najwyraźniej zeskoczyła z dachu. Kłanicy nie trzeba było więcej. Jej czarne cielsko spięło się i przemknęła obok ożywieńca. Ten jednak nie zareagował, jego miecz pozostał tam gdzie uprzednio znajdował się wilk. Nawet na chwilę nie zmienił swojego położenia, najwyraźniej nie interesowało go dzikie zwierze. Nie przyszedł tu by wyrządzić krzywdę każdej napotkanej, żywej istocie. Jej wielkie łapska miękko opadły na podłoże, dało się słyszeć stłumione skomlenie, kiedy rana na lewym barku na nowo się otwarła. Wilczyca obróciła się bokiem i przyjrzała całej sytuacji. Mężczyzna gramolił się przez dach, a nieumarły zaczął go gonić. Jej ślepia błysnęły smutno. Każdy ma swój rozum i każdy wybór ma swoją konsekwencję. Nie dobrą, nie złą. Ona po prostu jest. Mimo wszystko Kłanica, chwilę ze sobą walczyła. Gdyby zaatakowała umarlaka od tyłu mężczyzna z pewnością zdołałby uciec. Tylko, dlaczego miałaby poświęcać się jeszcze bardziej? Jeśli przeżyją pogoń i tak będą potrzebować pomocy. Las nie należał do pięknych i cudownych miejsc. Był stary i złowieszczy, nie lubił wypuszczać ze swoich czułych objęć, nikogo. Może wtedy mogłaby pomóc?

Jeśli przeżyją…

Poprzysięgła sobie w duchu i spuściła wilcze ślepia. Przymknęła je i opuściła łeb, jej nos szybko wydmuchiwał powietrze wzbudzając w powietrze drobinki kurzu i zapachu pozostawione przez truposzy. Głębokie ślady z pozoru niewidoczne były dla niej jak odcisk ciężkiej zwierzyny. Jeszcze raz spojrzała na szamoczących się mężczyzn w głębi chaty i chuderlawe ciało dziewczyny bez skrzydeł. Ruszyła mocno prostując tylne nogi. Najpierw ociężale, później coraz szybciej. Mieszanka zapachów pozwoliła jej określić kierunek skąd przywędrowali i udać się w zupełnie innym. Z nosem przy ziemi i spuszczonym ogonem zapadła się w ogołocone z liści krzaki przy chacie. Nie odwracała się za siebie. Musiała zaleczyć swoją ranę. I tak nie przydałaby się nikomu w takim stanie.

z/t
Awatar użytkownika
Posty: 186
Rejestracja: 14 sie 2014, 13:06
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=49681#49681

25 lut 2015, 22:27

Ostroucha gnała przed siebie na złamanie karku. Lodowaty pot ściekał po jej rozpalonym ciele, paskudnie piekąc w podrapane łydki i ramiona. Cierniste krzewy zbierały obfite żniwo na jej skórze, pod postacią ran, zadrapań i wielu innych, równie przyjemnych śladów. Oddech palił w jej piersi, jakby ktoś rwał jej ciało rozżarzonym imadłem. Każdy mięsień wył pod wpływem niedotlenienia, mgląc jej oczy krwistą mgiełką. Szum krwi dawno zagłuszył wszelkie odgłosy, tak że istniał tylko rytm. Bicie jej oszalałego serca i kroki; każdy jeden, nieuchronnie spadający na zasłany martwym listowiem grunt. Przemykała się niczym łania, gnana najpierwotniejszym z instynktów. Liczyło się tylko przetrwanie, nic więcej i nic mniej. Walcząc z samą sobą wydzierała światu kolejny haust powietrza, by przesunąć się choć o piędź. Byle dalej od jej niestrudzonego prześladowcy. Prawie czuła, jak lodowate, przegniłe łapsko zaciska się z siłą imadła na jej karku. Jak bezskutecznie szamocze się w pełnym bezwzględnej siły uścisku, który powoli wyciska z niej resztę życia. Widziała już mroczki przed oczyma, zasnuwające świat wokół i niesamowity ból, gdy pozbawione tlenu płuca zapadały się w sobie. Prawie słyszała zbawienny trzask, gdy pękał jej kark, uwalniając ją od tego wszystkiego. Wolna…

Estelawien upadła na kolana pod drzewem, zdzierając sobie skórę z dłoni. Przez chwilę nie widziała, ani nie czuła nic, zawieszona pomiędzy zmęczeniem, a rozpaczą. Miała już dosyć nerwów i strachu i wiecznego uciekania. Pustki, która powoli pożerała jej dusze, odzierając z resztek dawnego człowieczeństwa. Chciała….chciała żyć. Powoli jej spojrzenie się przejaśniało, a do nabiegłych krwią uszu dobiegały pierwsze odgłosy, nie przysłonięte przez szum. Wszystko zdawało się nieludzko wyraźne i dokładne, jakby najmniejszy szelest mógł zatrzymać w tej chwili jej serce. Czuł się strasznie głośna i zmęczona. Sam ryk jej bębniącego serca dawno powinien przywołać umrzyka, a jednak nie było go tutaj. Iść, muszę iść. Wymamrotała w myślach, nie zdolna do formułowania czegokolwiek więcej niż charkotu, dobywającego się spomiędzy jej warg.

Słaniając się skryła się za pobliskim drzewem, otoczonym dosyć gęstymi krzewami i oparłszy o nie plecy, na moment przymknęła oczy. Musiała się uspokoić choć trochę. W tej chwili nie nadawała się jeszcze do niczego, niezdolna nawet by prosto stać o własnych siłach. Była młoda, a jej organizm choć osłabiony używkami jakich sobie nie żałowała szybko regenerował swe siły. A w każdym razie dostatecznie szybko by po minucie czy dwóch jej oddech nieco się uspokoił, a spojrzenie wyraźnie przejaśniło. Odgarnąwszy z oczu skołtunioną i pełną liści grzywkę, splunęła na bok, krzywiąc się gdy na jej języku pozostał smak krwi. Musiała nadgryźć sobie policzek w trakcie biegu. Odetchnąwszy głębiej, pokręciła lekko głową i momentalnie przykucnęła, kierowana instynktem. Nawet przy swoim wzroście z rudą czupryną na łbie stanowiła świetny cel pośród zielonej głuszy. Wciąż się bała i to całą sobą, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej w swej morderczej karierze. Być może pierwszy raz w życiu, zaczęła się szczerze modlić do Lorven. Łaskawa pani… błagam. Nie jestem nawet twą służką; przeciwiłam Ci się całe życie, ale błagam, ocal mnie. Cóż za słodka ironia, by zabójca zginął z ręki swej ofiary; albo kogoś innego. Czy to miało znaczenie, gdy śmierć patrzyła Ci w oczy? Nie marnując nawet chwili więcej, Estelawien rozejrzała się wokoło, strzygąc uszami. Nasłuchiwała ciężkich kroków, albo delikatnych trzasków, towarzyszących przesuwaniu się po ściółce. Prawie zamarła, zasłuchana w otoczenie. Jednocześnie jej dłonie błądziły po nodze, w miejscu gdzie jeszcze dzień wcześniej ziała głęboka rana. Choć Sevian w znacznej części przyspieszył bieg jej zdrowienia, strup mógł się otworzyć. Ostatnim czego potrzebowała, był krwawy ślad za sobą. Oddarłszy możliwie po cichu kawałek już i tak mocno nadszarpniętej koszuli jaką miała na sobie, owinęła nim nogę, wiążąc całkiem zgrabny supełek. Poprawiwszy rzemień, który utrzymywał jej włosy, zarzuciła na głowę kaptur i jeśli wokół wciąż było cicho i możliwie bezpiecznie zaczęła się skradać, cicho i możliwie niepostrzeżenie. Jej nerwy były napięte niczym postronki, łowiąc każdy, nawet najcichszy szmer, a serce… te szalało w jej piersi, bijąc niczym młot. Czekało ją teraz najgorsze; musiała upewnić się, że pościg szybko na nią nie trafi.

Powoli posuwając się przed siebie wyciągnęła z torby swój sztylet. Poza nożami w płaszczu stanowił jej jedyną broń. Sam dotyk otoczonej skórą rękojeści dodawał jej nieco pewności i spokoju. Uciec, tylko tyle. Potem… nie chciała niczego obiecywać, ale miała już dosyć. Za długo tak żyła, niczym zwierze. Teraz jednak nie był to czas, by myśleć o podobnych sprawach. Uciec pościgowi i wydostać się z lasu, to się liczyło. Musiała znaleźć sobie jakąś kryjówkę, jaskinię czy choćby dziurę w ziemi, gdzie mogłaby choć chwilę naprawdę odpocząć i ubrać się. O niczym więcej nie próbowała jeszcze marzyć. O tym i o przeżyciu.

Awatar użytkownika
Posty: 925
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

01 mar 2015, 16:54

MG

Zdyszana i skryta za drzewem, nim zabrała się do dalszej ucieczki rudowłosa usłyszała z tyłu ciężkie kroki. Ktoś szedł jej śladem, wyraźnie jednak zgubiwszy dokładny kierunek, gdyż nie pognał wprost do miejsca jej kryjówki, a krążył po okolicy. Gdyby wyjrzała zza drzewa mogłaby ujrzeć dzierżącego w dłoni tasak nieumarłego, który rozglądał się na boki uważnie niczym żywy, najprawdziwszy człowiek. Szukał.

Łut szczęścia, a może litość bogów nad niemal nagą dziewoją pośrodku lasu sprawiła, że udał się powolnym krokiem w przeciwnym kierunku i nasłuchiwał. Bliskość oprawcy sprawiła, iż dziewczyna poczuła nowy zastrzyk energii. Rana na nodze bolała przy każdym, najlżejszym nawet dotknięciu, jednak nie otwarła się… przynajmniej jeszcze. Przewiązanie rany było czynem bardziej budującym psychologicznie, niż mającym rzeczywiste działanie. Mimo bólu całego ciała, nieznośnego pieczenia w płucach i przerażenia ruszyła ostrożnie oddalając się od pościgu.

Przemykała przez las modląc się, aby przypadkiem ktokolwiek próbował ją dogonić nie usłyszał bicia jej serca, które zdawało się teraz tak głośne, iż cały Las Cieni od Gorących źródeł po granice Lokent znał jej położenie. Rozproszył ją nagły szmer w pobliskich krzakach, z których po krótkiej chwili wypadła wiewiórka i wbiegła na najbliższe drzewo. Dłonie zaciskała nerwowo na wyciągniętym z torby sztylecie, aż zaczęły ją boleć palce. Nie wiedziała jak długo szła w ten sposób przez las, miała wrażenie że istne godziny. W końcu dotarła do jakiejś nory, którą utworzyła obsuwająca się ziemia na obrzeżu niskiego wzgórza. Korzenie drzewa, która znajdowało się na szczycie utrzymały część ziemi, w efekcie czego miejsce oferowało nieco ochrony przed cudzym wzrokiem, deszczem, czy czymkolwiek, co mogło ją jeszcze dopaść w tym lesie. W środku było dość miejsca, aby mogła się położyć czy kucnąć, choć w obu przypadkach nie była w stanie się całkowicie wyprostować. Gdzieś w pobliżu mogła usłyszeć nikły szum wody. Po nieumarłym zaś nie było ani śladu. Mogła odpocząć, a potem udać się w stronę brzegu lasu… gdziekolwiek on był.

// Estelawien – z/t do innego tematu gdzie proszę o kontynuację fabuły, link
Awatar użytkownika
Posty: 117
Rejestracja: 24 sty 2013, 20:42
Lokalizacja postaci: Chata Tarretha
GG: 4999202
Karta Postaci: viewtopic.php?p=40625#40625

18 mar 2015, 23:54

Kwestie materialne są bądź co bądź odrobinę ważne. Cóż z tego, że przeżyje kiedy przyjdzie mu zdechnąć z głodu w szczerym polu? Niewiele brakowało, a wydostałby się na dach, lecz pech chciał, że nieumarły miał chrapkę elfią nogę, którą chwycił w swoje obmierzłe łapska. Tym ruchem prawie został ściągnięty do parteru, lecz dzięki nieprzebranym pokładom szczęścia zdołał się jeszcze utrzymać chodź przyznać trzeba, że z niemałym wysiłkiem. Wolną nogą obutą w solidne, skórzane buty wymierzył z całej siły kopa w głowę trupa, tym samym próbując się odbić w celu podciągnięcia się na w górę, wyrywając przy tym drugą nogę z uścisku. Jeśli byłby już na górze względnie bezpieczny to odsunął się kawałek od ziejącej dziury. Następnie miał zamiar wykorzystać swoje skromne umiejętności magiczne do zaleczenie paskudnej rany na goleniu do końca. Jeśli czułby, że to zadanie przerasta jego siły starałby się zregenerować uszkodzenie na tyle, by miał siły na ucieczkę. Po wszystkim wziąłby swoją uszczuploną sakwę, po czym zręcznie zeskoczyłby z dachu i ruszyłby biegiem w stronę granic lasu, a później do Morinhtaru. Miał skromną nadzieję, że mimo swojej nieroztropności, zdoła ujść z życiem z tego opuszczonego przez Bogów miejsca. To, że Bogowie nie istnieli, lecz byli jedynie wymysłem maluczkich jest inną sprawą. Nie raz, nie dwa wychodził z ciężkich opresji i musiał przyznać sobie w duchu, że w tak dziwną sytuację jeszcze przez ponad 125 lat nie wdepnął. Pomógł rudej kobiecie i jakiemuś dziwolągowi, po czym został zaatakowany z zaskoczenia przez nią. Później pojawił się wilk, a po nim śmierdzące szmatławce, kukiełki. Sevian miał to do siebie, że kłopoty bardzo lubiły się go czepiać, jak gówno do buta.

Awatar użytkownika
Posty: 925
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

29 mar 2015, 14:37

MG

Sevian wierzgał i kopał ile sił, próbując odepchnąć się na dach, jednak jego noga nadal spoczywała w uścisku nieumarłego. Tej istocie nie był znany ból, czy strach które mógłyby zmusić ją do puszczenia jego nogi w takiej sytuacji. Jego wysiłki spełzały na niczym, co podciągnął się odrobinę na dachu, to znów był ściągany na dół. W dodatku musiał cały czas szamotać się ze swoim przeciwnikiem, który nie próżnował i robił co mógł, aby odepchnąć w końcu jego nogę i pchnąć mieczem. Szczęśliwie dla Seviana jego buty były w miarę mocne i osłoniły stopę przed ostrzem. Przynajmniej na jakiś czas.

Spróchniałe deski musiały ustąpić, było to nieuniknione. I ustąpiły dość szybko, w rękach elfa pozostały jedynie odłamane od dachu fragmenty, gdy on sam runął na dół wprost w ognisko, czy może raczej jego dogasające pozostałości, bo ogniskiem trudno było już to nazwać. W powietrze wzniosła się chmara jasnoszarego pyłu. Tuż obok Seviana wylądował spory, akurat przy jego ręce znalazł się spory, spróchniały kawał drewna. Zapewne powinien z niego skorzystać, jeśli tylko chciał ratować jakoś swoje życie.

Gdyby mężczyzna odwrócił się dostatecznie szybko mógłby zobaczyć, że jego oprawca już stoi nad nim wznosząc miecz do ciosu. Puścił jego nogę i uchwycił broń oburącz, zapewne chcąc tym pojedynczym ciosem w miarę możliwości ukrócić, albo nawet zakończyć walkę. Niewątpliwie miał przewagę.

Noga Seviana pulsowała tępym bólem. Upadek nie przysłużył się ledwie zaleczonej ranie i wyglądało na to, że znów się otwarła. Wypływająca z niej krew zapewne i tak była teraz najmniejszym zmartwieniem elfa. A na pewno nie mogła doprowadzić do jego śmierci tak szybko, jak miecz, który miał już za moment opaść.

Awatar użytkownika
Posty: 17
Rejestracja: 18 sie 2014, 23:05
GG: 18983323
Karta Postaci: viewtopic.php?p=49717#49717

04 cze 2015, 22:08

Zaczęła się budzić, patrzała nieprzytomnym, tępym wzrokiem na grzyb na jednej z drewnianych ścian. Potem znów popadła w nieświadomość i tak w kółko jeszcze kilka razy. Za każdym razem, kiedy się budziła czuła ten sam niemiłosierny ból. Coraz trudniej było jej popaść w dający ulgę, nieświadomy stan. Za każdym razem pojawiało się więcej myśli dotyczących świadomości, miast pragnienia ukojenia od bólu.

Jej myśli nie przypominały słów, jednak wyrażały wszystko to, co wyrażałyby myśli zwykłego człowieka. Problemy, pytania, odpowiedzi, domniemania, w których zawarte było doświadczenie życiowe (jak małe by nie było), w tym pamięć poznanych bodźców – zapachy, dotyk, ból, temperatura.

Kiedy przebudziła się po raz ostatni, znów otworzyła oczy i znów spojrzała na tę samą pleśń na ścianie oraz mnóstwo, mnóstwo piór, które powinny być częścią jej ciała. Przeraźliwy ból promieniował na całe jej ciało i nie była w stanie określić jego źródła. Wiedziała tylko, że czuje swoje skrzydła. Caluśkie, calusieńkie. Była przekonana, że czuje ich ramiona wyrastające z jej pleców. Uczucie to było tak intensywne, że przez myśl jej nie przebiegło, że jest dziwnie lekka, a ruchy stały się dziwnie łatwe. Przez jej myśl przeszło tylko, że może trzeba tak cierpieć, że istoty, które do tej pory spotkała cierpiały jak ona sama, bądź nadal tak cierpią, a mimo to poruszają się tak szybko, tak zgrabnie. Może powinna do tego dążyć, bo jeśli się jej nie uda stanie się tym nieczułym stworzeniem, które przyczyniło się do tak wielu bolesnych rzeczy, ran, na ciele jednej z przyjaźniejszych nie-skrzydlatej istotek?

Zauważyła, że zamiast czuć rozbijające się krople o jej plecy, poczuła coś ciepłego, co otula jej plecy i ramiona oraz lepi długie włosy. Zaczęła poruszać palcami, potem ręką, zaciskając i rozluźniając poszczególne mięśnie. Posoka, w której tkwiła, krzepła na niej całej i zasłaniała dwie ogromne rany będące źródłem nieświadomości, w której dziewka spoczęła. Niewiele do niej dochodziło. Zmysły jeszcze nie funkcjonowały na tyle, by zobaczyła, co dzieje się wokół niej. Kiedy zaczęła poruszać ramieniem, a potem drugim, odważyła się poruszyć bardziej. Tak, by podnieść. Oparła się na łokciach i oderwała swoją pierś od twardej ziemi. To było... dziwnie proste, nie tak, jak ostatnim razem. Ból sparaliżował jednak próbę utrzymania dziewki nad ziemią. Upadła, oddychając nieregularnie i płytko. Czuła się zmęczona, wzrok się jej mazał. Postanowiła więc chwilę odpocząć.

Jej uszy zarejestrowały trzaski, a oczy gwałtowne poruszenia, którym zaczęła się przyglądać. Wadera, elf. Tańczyli ze sobą, łącząc swe ciała, gdzieś chyba mignęły rude włosy. Dziewczyna potknęła się o wilka, który wypełznął spod mężczyzny. Cóż za taniec. Tylko czemu ten ostry przedmiot sprawił, że policzek długouchej istoty pokrył się karmazynem takim, jaki otacza ją samą?
Przyjrzała się tej substancji, tej zalegającej przy jej policzku, pomacała ją palcami. Zaczęła powoli zasychać. Wyciągnęła rękę, nieświadomie chcąc poczuć ciepło swoich piór, które były takim miękkim, ciepłym elementem jej ciała. Ubłocone, zakrwawione skrzydło leżało tuż obok. Bezimienna istota przymknęła oczy i położyła na kończynie dłoń. Pogładziła ją. Z jakiegoś dziwnego powodu nie czuła dotyku. Przesunęła ręką w dół. Przemoczone pióra stały się lepkie, a miękki puch został zastąpiony czymś z początku miękkim, a na środku twardym i ostrym. Dziewczyna otworzyła oczy i z przerażeniem dostrzegła element skrzydła, który powinien znajdować się w jej łopatce.

Nie znała łez, jednak dwie mimowolnie popłynęły z jej oczu. Przeniosła godne pożałowania spojrzenie w miejsce, w którym jakiś czas temu siłowały się trzy istoty. Jedna z nich się zmieniła. Wilczyca wypadła przez drzwi na bębniący deszcz, a elf zaczął wspinać się na dach przez dziurę w suficie. Trzecie istnienie było martwe, a raczej inne, co w jakiś sposób dziewczyna czuła.
Podniosła się na łokcie, cała drżąca z bólu. Lecz oni też nie mieli swoich skrzydeł. Nie-skrzydlata uznała, że można to wytrzymać, przyzwyczaić się. Dlatego się nie poddawała. Wyprostowywała coraz bardziej pozostałe górne kończyny przenosząc swój ciężar na dłonie. Jeżeli oni mogli się poruszać, ona też może. Ogłupiała, ogarnięta lękiem, poczuciem zagrożenia bijącym od istoty, która ściągnęła elfa z dziury na dachu, uznała, że musi opuścić to miejsce.

Tylko jeden sposób przyszedł jej do głowy. Jeżeli tylko będzie mieć dość siły postara się powoli przejść na czterech kończynach do wyjścia, gdzie zniknęła wilczyca. Oddalić się stąd, jak tylko mogła. A nuż martwiejec nie zainteresuje się tym pisklęciem o utraconych skrzydłach? Może ilość zakrzepłej posoki, bezrozumne spojrzenie i chwiejny krok utwierdzą go w przekonaniu, że nie tylko on cuchnie śmiercią...?

Wróć do „Las Cieni”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 15 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 13 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Kerreos
Liczba postów: 52218
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1049
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: katrost
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.