Kamienica nr 118 – „Królestwo Trujących Roślin”

Centrum Wolenvain obejmuje swoim zakresem przede wszystkim zabudowę powstałą wokół ogromnego, największego w Autonomii rynku, czyli wszelkiego rodzaju oberże, karczmy, sklepy, łaźnie, zamtuzy, słynny uniwersytet oraz legendarną, poelficką Wieczną Bibliotekę.
Awatar użytkownika
Xena
Posty: 105
Rejestracja: 28 sty 2012, 21:15
GG: 3694420
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1534

Kamienica nr 118 - "Królestwo Trujących Roślin"

30 sty 2012, 22:50

Obrazek
Gdy staniesz na rynku głównym i spojrzysz na południowy-wschód ujrzysz wysoką i wąską kamienicę, z zielonymi dachówkami i obitymi dębowymi ramami dużymi oknami. Z szyldu możesz się dowiedzieć, że możesz tu zdobyć niekoniecznie zdrowe zioła. "Królestwo Trujących Roślin" to jednak nie tylko świat trucizn i zabójczych substancji. Gdy podejdziesz bliżej ujrzysz, że zza witryny spogląda na Ciebie, piękny i egzotyczny przedstawiciel żmijowatych. Wchodząc do sklepu uderzy Cię, oszałamiający zapach ziół, które suszą się przy suficie. Pierwsze co zobaczysz będzie stojak, który stoi w kącie naprzeciw drzwi. Siedzi na nim ogromny puchacz jego pióra lekko połyskują, przy ścianie po Twojej lewej ręce ciągnie się regał z księgami, widać właścicielka dba o porządek ponieważ nie znajdziesz na nich odrobiny kurzu. Księgi tyczą się tematów o alchemii, zielarstwie, trucicielstwie, znajdziesz jednak też tutaj biografie różnych podróżników, a jak dobrze poszukasz może znajdziesz "Miłosne podboje z tysiąca i jednej nocy sułtana Aliego". Wiele ze zgromadzonych tu pozycji to unikaty. Wzdłuż ściany przy której siedzi Puchacz, ciągnie się regał pełen buteleczek, zwojów i innych ciekawych szpargałów jak stare czaszki czy nietoperze w formalinie, znajdują się też tam kosmetyki. Regał ciągnie się aż do drzwi do obszernej piwnicy, do której dostęp ma tylko właściciel, gdy wejdziesz nie widać ich gdyż za ścianą. Zamek w drzwiach jest magicznie zabezpieczony, otwierają się tylko gdy wyczują Demoniczną Pieczęć właścicielki. Gdyby drzwi zostały mechanicznie zniszczone, pole demonicznej energii powstrzyma intruza. W piwniczce znajdują się składniki mikstur posegregowane w wielu małych buteleczkach i najważniejsze receptury, przy suficie wisi hak o niewiadomym…znaczeniu. Dalszą część pomieszczenia spowija mrok. Znajduje się tam dziwny stół z kajdanami, za nim kryją się ciężkie drzwi, prowadzące do małej wilgotnej groty pod miastem, Xena hoduje tam grzyby, rośliny i przechowuje, kilka cennych rzeczy.
Po lewej ręce od głównego wejścia znajduje się urocza i miękka kanapa pełna poduszek w ciekawe wzory i kształty. Przed kanapą stoi mały stoliczek, zielarka wyraźnie dba o swoich klientów, lubi zapewniać im komfort i poznawać gnębiące ich problemy. Kanapa przylega do przeszklonego terrarium, w którym siedzi Trwożnica, jest wściekle zielona, ale spokojna. Za terrarium, aż do ściany ciągnie się lada z alembikiem, palnikiem, moździerzem i retortą. Gdy siądziesz na kanapie zobaczysz dalszą część lady która odchodzi od terrarium w głąb pomieszczenia, na ściance za ladą jest regał z truciznami. Na ladzie można znaleźć świece i mnóstwo śladów po różnych specyfikach. Widok z kanapy obejmuje również stojak z perfumami, który jest skromny, aczkolwiek sycący, stoi mniej więcej na środku pomieszczenia. Właścicielka ma wiele tajemnic, w jej sklepie możesz znaleźć wiele przyjemności, jeżeli oczywiście masz skonkretyzowane i jasne pragnienie. Pomieszczenie jest jasne i przytulne, panuje tutaj miła atmosfera. Pocztą pantoflową, możesz dowiedzieć się też, że właścicielka zajmuje się wypędzaniem demonów.

Za ścianą, na której opiera się regał(za ladą)znajdują się schody, które prowadzą do części mieszkalnej kamienicy. Na ścianie która ciągnie się wzdłuż schodów wisi obraz przedstawiający Erosa i Psyche, koniec schodów wieńczą drzwi, odcinające część handlową od mieszkalnej, są zamykane na klucz. Znajduje się tam dwupiętrowe mieszkanie. Na pierwszym piętrze znajduje się pokój gościnny, oraz łazienka. Głównym elementem pokoju gościnnego jest ogromne okno wychodzące na rynek główny. Jest w kształcie kwiatu lotosu, jakby ukradzione z jakiejś świątyni, kompletnie nie pasuje do kamienicy, ale pokojowi od wewnątrz nadaje smaku. W razie, ukrycia się przed światem Xena opuszcza ciężkie zasłony, które powodują że w pokoju panują ciemności. Gdy staniesz twarzą do okna za tobą po prawo znajdą się schody, schowane za ścianą łazienki. Po prawej ręce znajduje się duży kredens, ręczne, delikatne żłobienia nadają mu lekkości. Za szkłem stoi kolekcja kryształowych kielichów, wampirzyca uwielbia wino i wszystkie inne alkoholowe trunki. Na środku pokoju znajduje się przeszklony stoliczek wokół którego stoją obite białą skórą dwa głębokie fotele przy oknie postawiona jest kanapa, która kolorystycznie pasuje do foteli. Po lewej stronie stoi regał który wypełniony jest po brzegi magicznymi księgami i zwojami. Między oknem, a regałem stoi onyksowa kula oprawiona w mosiężny stelaż, zgrabnie odkryta zawartość, przelana do kieliszków, może mocno zaszumieć w głowie.

Drugie piętro to sypialnia z małym balkonem, odgrodzona od schodów ciężkimi dębowymi drzwiami, zamykanymi na klucz. Naprzeciw ogromnego łoża stoi sekretarzyk, w którym ukryta jest biżuteria i pewne artefakty. Po prawej stronie łoża znajduje się rzeźbiona szafa, kryjąca dużą ilość ubrań i kobiecych babilotów. Po lewej stronie łoża znajduje się wyjście na balkon. Przy wyjściu na balkon stoi duża, bogato kuta skrzynia.

***
Wampirzyca otworzyła kolejną butelkę wina, wieczór dopiero się rozpoczynał, pijanych śpiewaków na ryneczku jednak nie brakowało. Gwiazdy świeciły jasno, wręcz oślepiająco.
– Wino dla winnych! – sapnęła i pociągnęła solidny łyk, lubiła obserwować zamierające życie na rynku, gdy przychodziła zimna noc. Światło latarni oświetlało powoli zataczających się nocnych pijaczków, którzy z obciętymi kiesami, wędrowali do swoich złośliwych żon, które to najchętniej za pijaństwo zatłukły by ich obiadem, jedyni żywiciele rodziny, bla bla bla, paplanina. Xena nie lubiła być zależna, wiedza, to dawało jej pełną kontrolę nad swoim bytem, a ludzie są tacy naiwni.. Nie lubiła ich, podziałów, ich pychy, zadufania w sobie, to są słabe istoty, wystarczyło trochę mocniej ucisnąć w pewnym miejscu, a gięli się jak kukiełki, bez życia. Weszła do środka sypialni, a delikatne tiulowe zasłony musnęły jej nagie ciało, wywołując gęsią skórkę. Postawiła butelkę na sekretarzyku i zeszła na dół, do piwniczki. Na haku wisiał jej nowy towar, człowiek z poderżniętym gardłem, umarł z dziwnym wyrazem twarzy, krew powoli skapywała do misy, była gęsta i mazista.
Chyba za późno dałam Ci hirudynę, marny człowieczku
Przejechała palcem po jego czole i oblizała go. Uśmiechnęła się, smak był wyśmienity, lubiła ludzi tylko w jednym wypadku, kiedy ich martwe truchło oddawało jej całą życiodajną esencję. Wieczór zapowiadał się całkiem przyjemnie. Xena dodając do misy wodny roztwór hirudyny, stworzyła substancji o konsystencji wina. Przelała krew do kilku butelek i odstawiła misę. Wróciła na górę z butelkami, które postawiła na sekretarzyku, przejrzała się w lustrze.

Ranek powoli wstawał, a na rynku głównym zaczynał się harmider. Przeciągnęła się i zaczęła ubierać, wciągnęła na stopy buty jeździeckie z łosiowej skóry, długą i prostą spódnicę z rozcięciem, na górę założyła białą koszulę z bufiastymi rękawami, na który założyła gorset. Na usta nałożyła trochę karminu i zeszła na dół. Otworzyła sklep i uchyliła drzwi, Puchacz nocą wyruszał na łowy, a rankiem zawsze przynosił coś dla swojej towarzyszki – trwożnicy o imieniu Arcana. Wielki ptak zakotłował się nad terrarium i wypuścił ze szponów niewielkiego ssaka. Wąż zasyczał. Xena siadła za ladą i czekała na pierwszych klientów, dziś miała przybyć do niej wyjątkowo upierdliwa hrabina. Westchnęła i otworzyła stojącą nieopodal butelkę wina. W jej głowie, przez moment zagościły myśli, że stała się zależna od tego trunku, ale po chwili wino przegoniło te myśli.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3761
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

15 mar 2012, 01:10

Wybaczcie spóźnienie. Pewne sprawy nie pozwalają mi ostatnio odpisywać na czas, mam nadzieję, że to, co na szybko tutaj skleciłem nie będzie zbyt chaotyczne.
Krew buzująca w żyłach.
Błyszczące czerwienią oczy.
Szyderczy uśmiech.
Ostrze splamione posoką.

Demonoid tracił kontrolę, widział to wyraźnie, czuł, jak wokół niego narasta ciężka atmosfera śmierci, szybkiej jak mlaszczące cięcie ostrej klingi, wbijającej się w witalne organy, brutalnej, jak krótkie, miażdżące uderzenia, obrzydliwej, jak zdobiąca ściany klatki schodowej krew, wreszcie pociągającej, niczym napotkany na kilka sekund lazurowy wzrok pięknej kobiety. Będąc pewien swego, Infi wykonał unik, a bełt wystrzelony przez kusznika ominął jego krtań dosłownie o włos. Lotki pocisku załaskotały, uczucie to spotęgowało się, przeszło wyżej, przez kark i uszy, do policzków, sprawiając, że adrenalina, o ile było to możliwe, zadziałała jeszcze silniej, wypełniając każdą myśl wojownika, każdą jego cząstkę, kierując każdym jego ruchem.
Gdy Xena wypadła z pokoju obok, krzycząc i rozkładając ręce, wytrąciła przeciwników demonoida z równowagi, czego nie można było powiedzieć o samym Infim, wykorzystującym moment nieuwagi na dokończenie swojego planu. Szerokie ostrze spadło, tnąc kilkukrotnie, ciężki but uderzył, napędzany nienaturalną potęgą mięśni, pełnych pobudzających hormonów. Ożywieńcy potoczyli się jak domino, trzaski łamanych kości, krzyki obalonych i ledwo słyszalny chlupot tryskającej z kikutów posoki pobudził Infiego do dalszego działania. Nie mógł stać i obserwować malowniczej sceny, musiał dokończyć swoją pracę, nawet mimo protestów pachnącej jaśminem, ciemnowłosej kobiety. Po prostu musiał. Choć sam nie był pewien, dlaczego, nie zastanawiał się nad tym, działając pod wpływem impulsu.
– Wybacz. Dokończę to - szczeknął krótko, w swoim stanie niezdolny do dłuższych konwersacji. Poczucie obowiązku mieszało się z żądzą mordu, zapach krwi z zapachem kobiety, adrenalina z pożądaniem, a brutalna siła z finezją. Wybuchowy koktajl znalazł ujście w nieziemskim ryku, jaki wydał z siebie demonoid, pędząc w dół schodów, w kierunku niezdolnych do walki przeciwników, słaniających się na nogach i połamanych, usiłujących podnieść się na śliskiej od krwi podłodze. Xena nie mogła sprawiać problemów wobec takiego pokazu, z resztą Infiemu nie to było teraz w myślach. Pragnął zniszczyć tych, którzy jeszcze chwilę temu chcieli go zabić, tych, których to on zaatakował, pełen szlachetnych pobudek, którymi maskował i tłumaczył zwyczajną chęć mordu.
To była ta chwila. Chwila, w której Infi stał się rzeźnikiem. Opętany szałem doskoczył do przeciwników, gorliwie pracując mieczem i starając się odciąć, zmiażdżyć i przebić jak najwięcej głów tylko z pozoru nieśmiertelnych piratów, zanim którykolwiek z nich choćby pomyśli o powstaniu. Przystępując do ataku, zaczął właściwie ćwiartować wszystkich siedmiu najemników, za każdym razem upewniając się, czy na pewno nie powstaną na nowo.

Siedem zabójstw, których musiał dokonać. Siedem zamierzeń, jakie przed sobą postawił. Siedem cięć, budzących odrazę. Siedem uderzeń serca, które dzieliły go od celu. Siedem pragnień, które ukrył przed samym sobą. Siedem słów, krążących w jego głowie. Siedem pociętych ciał.
Pierwsze.
Rzeźnik uniósł katowski miecz, krzywiąc twarz w ekstazie, drżący od toczącej jego ciało choroby – choroby każdego opętanego bitewnym szałem wojownika.
Drugie.
Rzeźnik uderzył silnie, czując chrupiące pod palcami kości i nie tłumiąc szaleńczego śmiechu, wydobywającego się prosto z jego trzewi.
Trzecie.
Rzeźnik splamił się czerniejącą juchą, od stóp po końcówki włosów, rozkoszując się tym uczuciem, zmieniając się w czerwonego awatara zniszczenia.
Czwarte.
Rzeźnik dopadł kolejnej ofiary, patrząc jej prosto w oczy i unosząc ją za głowę, precyzyjnie tnąc swoim wiernym narzędziem.
Piąte.
Rzeźnik zamachnął się szeroko, odcinając perfekcyjny płat mięsa od ludzkiego ścierwa i uskakując przed nieporadnym ruchem słaniającego się u jego stóp, połamanego mężczyzny.
Szóste.
Rzeźnik zawirował, tnąc naokoło, rozsiewając krople krwi po całym pomieszczeniu, znacząc wszystko, co stanęło mu na drodze gęstą cieczą i głębokimi ranami.
Siódme.
Rzeźnik zakończył swoją pracę, zamaszyście przebijając pchnięciem kolejny łeb, kończąc żywot ostatniego z niedawnych przeciwników, którzy nigdy nie mogli nawet marzyć, aby się z nim równać.

Odniesione rany nie miały znaczenia, zmęczenie nie było odczuwalne, znajdujące się w Infim połączenie wyuczonych odruchów, brutalnej siły i szału rozpętało na parterze sklepu istne piekło, nieporównywalne z żadną, nawet najkrwawszą batalią prowadzoną w imię nieznanych bóstw. Każdą okazję do zadania śmiertelnego ciosu należało wykorzystać, a zaślepiony demonoid doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dokańczając swego dzieła, niepomny na wszystko, co mogłoby mu w tym przeszkodzić. Ktokolwiek stanąłby mu teraz na drodze, miał zostać eksterminowany, dosłownie poszatkowany na kawałki, zdeptany i zdezintegrowany pod ciosami ostrza, pięści, butów i całego nabuzowanego ciała wojownika, stanowiącego teraz perfekcyjne narzędzie mordu.
Awatar użytkownika
Xena
Posty: 105
Rejestracja: 28 sty 2012, 21:15
GG: 3694420
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1534

15 mar 2012, 06:19

Nagłe przybycie wampirzycy i jej dość heroiczny gest spowodował chwilową dezorientację środowiska i jakby zmroził biegnący czas. Przed oczami kobiety rozbłyskiwały refleksy zmęczenia o kolorze białego złota. Wiedziała, że te istoty jej nie skrzywdzą, w zakątkach ich pamięci wciąż rozbrzmiewał złowieszczy i świdrujący skowyt. Ta scena przywodziła jej na myśl pewną historię, jakąś wielką rozdmuchaną baję o ideałach, księżniczkach i białych rumakach. Niestety tutaj był demoniczny smród, klatka schodowa w skąpana w cuchnącej mazi i trup wiszący na haku w piwnicy. To ci dopiero bajkowa sceneria. Romantyzmu w tym tyle ile poezji w ziemniaku… Chciała coś powiedzieć, coś by tamten jegomość nawet jak przyszedł po środki na impotencję niech raczej ucieka z powrotem pod pierzynkę do swojej kochanicy. Nie zdążyła… Mężczyzna kopnął najbliżej stojącego napastnika w klatkę piersiową, tamten stracił równowagę i atakujący zaczęli równomiernie obijać głowami o kanty schodów. Wampirzyca pokręciła głową z niedowierzaniem. Całe to przedstawienie było niczym jakieś rządne sensacji teatrum dla gawiedzi, ciekawa była tylko kiedy tylko zlecą się minstrele, wino i zacznie się wszędobylskie chędożenie sprzedajnych dziewek. Latające kawałki ciała i śmierdząca maź wylewająca się z istot, które właśnie fikały kozły na jej schodach dodawały uroku całej scenerii. I ten dźwięk chrupiących kości… Jedna z ciekawszych maksym prawi, że najważniejsze w życiu jest to by stać na nogach bez względu na to co się dzieje i uparcie przeć do przodu. Stłoczona u podstawy schodów plątanina poranionych i połamanych ciał chyba jednak jej nie znała. Xena spojrzała głęboko w oczy mężczyzny stojącego na szczycie schodów, jej twarz nie zdradzała niczego oprócz potwornego zmęczenia. Zapadła chwila dziwnego milczenia, napięcia. Cały strój kobiety był w jakiejś cholernej mazi, a jeden z uciętych palców wylądował w jej dekolcie.

Sklep jest chwilowo nieczynny… I czy mógłby pan zdradzić co pana tu sprowadza? Bo dziwi mnie fakt, wtargnięcia do moich prywatnych pokoi, bez konkretnych powodów.– wycedziła przez zęby, była jeszcze bardziej wściekła. Wyciągnęła palec z dekoltu i rzuciła go pod siebie, spódnica była tak mokra że lepiła się do jej ud, cały czas patrzyła w oczy mężczyzny, czasem zerkając na ociekający czarniawą posoką miecz, który był ogromny. Dziwny jej był fakt, ze panele na ścianach są całe, klinga wydawała się ostra i wchodziła w ożywieńców jak w masło. Mężczyzna był weteranem wielu walk, widziała to w oszczędności zabójczych ruchów i ich morderczym kunszcie. Gdy mężczyzna odburknął, że dokończy dzieło, chciała krzyknąć żeby tego nie robił…jednak ze zrezygnowaniem przyglądała się bezsensownemu cierpieniu.
Zajmujesz się oczyszczaniem starych kamienic z robactwa?

Z pokoju wyparowywała powoli cała magia, wszystkie istoty o jakiekolwiek mocy były martwe. Wokół walczących zamykała się kupa zlepionych ze sobą, wyciosanych w zamierzchłych czasach kamieni budynku. Wszyscy zgromadzeni w pokoju byli martwi, a demon Sytir, był zbiorem cząsteczek. Z kamieni nie da się pozyskać życiowej energii, chociaż słyszało się gdzieniegdzie o ludziach lubujących się w krzemieniach. Nawet kwiatek postawiony przy oknie, zmarniał, sczezł i usechł.

Zankou przyglądał się całej sytuacji oczami Sytira, wiedział że niematerialny podwładny traci dużo sił by utrzymać się w świecie, dlatego stopniowo i powoli sączył impulsy energetyczne do jego jestestwa. Sytir czuł mrowienie w czerwonych liniach wijących się po całym jego ciele, czuł jak moc kumuluje się w nim, czuł jak jego Pan roztacza nad nim swój majestat. Linie biegnące po nim wciąż się zmieniały, były płynnymi pieczęciami mocy, których rozmaitość zmian oznaczało ilość zdobytej wiedzy. Gdy tylko ktoś postronny skupiał wzrok na jednym ze wzorów on natychmiast się zmieniał. Nie sposób było rozszyfrować potęgi Aka Mano. Pożeracz dusz wiedział, że pokłady energii Zankou były niewiarygodnie wielkie, jednak teraz najlepiej było znaleźć bliższe skupisko energii. Samael był potężny, ale tylko na tym świecie, widział zaledwie światło odbitych gwiazd na powierzchni jeziora, jedynie smugę potężnych demonicznych tajemnic. Był człowiekiem, pochodził stąd, nigdy nie był demonem, a mimo to ktoś się nad nim ulitował, ktoś o znacznej mocy.
Abbadon…

Demon zawisnął przed pierwszym kręgiem Samaela. Z niewyraźnej ciemnej masy wyłoniła się pociągła twarz, z dwoma parami oczu o mlecznym kolorze, jarzącymi się czerwonym poblaskiem. Po twarzy demona wciąż przesuwały się czerwone linie. Reszta jego ciała była bezkształtną nieokreśloną masą. Przyglądał się Samaelowi i choć nie miał ust, półdemon mógł usłyszeć tubalny śmiech demona w swojej głowie. Cztery czerwonawe ślepia wgapiały się w Samaela, a niematerialne ciało demona zaczęło krążyć wokół bariery. Aka Mano zauważył jednak jak energia bękarta rozprasza się na dwa kręgi obronne. Faktem jest, że niestety mieszaniec nie mógł wiedzieć, iż Sytir znający od podstaw umiejętność czytania i pisania demonicznym alfabetem, potrafił go również przekształcać. Był demonem Drugiego Pokolenia, gdyby ktoś umiał zamknąć go w demonicznym abecadle, dawno by sam pożarł swoją duszę. Poza tym Samael tworząc drugi obronny krąg przelał energię przez ciało demona, który już go otoczył. Fala tej energii przeszła przez Pożeracza Dusz i została znacznie zmodyfikowana. Magia runów demonicznych była zbyt złożona i skomplikowana dla zwykłych śmiertelników, wychowanych na tym świecie. Dla tych, którzy nigdy nie byli w Otchłani i nie studiowali swojego rodzimego języka, mógł oznaczać tylko zgubę. Brak wiedzy czasem równoważył się ze śmiercią. Poza tym półdemon nie znał imienia Pożeracza Dusz, co dodatkowo osłabiało jego próbę obrony. Pierwszy krąg jednak był bliżej i rzucony znacznie wcześniej. Sytir musiał nad nim popracować. Zrobi to w ten sposób, do którego został stworzony.
Mężczyzna w środku tej ciemności słyszał lekkie chrobotanie. Nie mógł się domyślać co oznacza ten dziwny dźwięk, że oznacza jego zgubę. Zakończone ostrzami dłonie Łowcy Dusz, właśnie dobrały się do pierwszych znaków, za postacią Samaela, ostrza przełamywały i zmieniały znaczenie pieczęci. Półdemon jednak nie mógł oderwać głowy od hipnotyzującego spojrzenia demona. Sytir przekrzywił głowę i oczami bez powiek wciąż przyglądał się mężczyźnie, wciąż się śmiał. Samael, dziecko tego świata, pomiot jednego z demonicznych braci, chciał zmierzyć się z bytem, który zrodził się w mrokach Otchłani. Kopuła ciemności zamknęła się nad głową Samaela, nic nie było widać oprócz ponurego blasku oczu demona. Podziwiał go jednak za odwagę, niewiele istot nie lękało się demonicznych sił.

Witaj Samaelu, synu Somiriona, ojcobójco i Dziecko Tego Świata! –słowa Sytira były słodkie i przyjemne, brzmiały jakby z nutą troski.

Taak, wiem że mnie nie znasz, wiem że nie wiesz skąd ja ciebie znam, ale musisz sobie uświadomić pewne rzeczy, mój drogi ojcobójco. Wiem że chcesz tej świadomości, że chcesz prawdy. Musisz więc wiedzieć że pragniesz mnie, mojej mocy. – zaciekawił go, wiedział że mroki jego niepamięci, chcą być znów widoczne.. A on Demon Drugiego Pokolenia Sytir, może je ukształtować tak jak zechce. Z jego oczu sączyła się jakby mgiełka, która zatrzymywała się na granicy kręgu.

Kim Ty jesteś Samaelu? Czy chcesz wiedzieć kim jesteś? – jego głos był monotonny, ciepły pełny emocji, wydawało się że niemal zależy mu na zgodzie półdemona. Wszystko to było magią, czystą demoniczną magią.

Chodź do mnie, chodź, tak bardzo proszę cię, patrz na mnie patrz, nie spotka cię krzywda, zachłannie pragnę cię Samaelu… – wiedział, że do niego przyjdzie. Moc Sytira była niewyobrażalna, czerpał teraz energię w minimalnym stopniu od Zankou, a największą ze zmodyfikowanego kręgu, który został rzucony przez Samaela. Był jak pasożyt i nabierał sił jak czerpakiem ze studni.

Wiem, że tego chcesz…Przypomnieć sobie…tak jak ja pragnę pomóc tobie, przyjacielu… – jego głos przyjął ciepły kobiecy ton, tak podobny do matki Samaela. Półdemon zobaczył w oczach Sytira obrazy z życia, kogoś kogo znał, kogoś kogo bardzo kochał, kogoś kto był mu bardzo bliski. Kasztanowe włosy kaskadami opadały na jej drobne plecy, szare oczy patrzyły z miłością. Demon wiedział o poczynaniach wypadówek Somiriona, ponieważ brał w nich udział jako szpieg Zankou, poza tym chciał się dowiedzieć, kto i w jaki sposób umie bronić się przed demonami młodszych pokoleń.

To twoja matka Samaelu… Piękna prawda? Była także potężną kobietą.. Ale nie aż tak potężną, była tylko człowiekiem, ach chciała ratować, chciała być tarczą dla wszystkich ludzi. Ale nie da się zbawić wszystkich ludzi..Wiesz…kiedyś jej się to nie udało… – w oczach demona zmienił się obraz, matka Samaela w podartych łachmanach, biegła przez ogarniętą pożarem wioskę, demony dożynały leżących ludzi albo dogadzały sobie na wieśniaczkach. Kobieta była jedynym źródłem obrony, która niestety została przerwana. Uciekała w stronę lasu…
Bose stopy ranione przez tysiące małych kamyczków, błoto brudzi alabastrową skórę, która boleśnie pęka pod naporem tworów ziemi. Śnieżnobiały dotąd rąbek białej, sukni stargany i mokry od rzęsistego deszczu, wilgotna ziemia tworzy na nim zaciek, materiał furkocze jak ubrudzone wiekowe zasłony łopoczące na dzikim wietrze. Łapy leśnych drzew chwytają lekką tkaninę rwąc ją na strzępy, ach jakże one są spokojne w tym morderczym biegu. Ciężkie od wody, mgliste powietrze czepia się ubrania, włosów, różanych milczących ust. Niezmienne, bezlitosne stoją samotne drzewa patrząc na zapowiedź zguby. Biegnie, cicho modląc się w duszy, by był to zły sen, słyszy szepty, głosy, śmiechy złowieszcze, biegnie dalej nie odwraca wzroku, gałęzie ranią jej łydki, wszczepiają się w ciało niczym groty strzał na polu bitwy. Krzyki mordowanych i odgłosy pożaru jej wioski powoli milkną w oddali. Cichy jęk wyrywa się z ust, gdy upada złapana w sieć splątanych korzeni. Śmiech cichy, śmiech, oddech śmierci na karku, już tak niedaleko. Szelest liści, na które spadają ciężkie krople deszczu, łez które przebrały miarę w Niebie. Ona wie co ją czeka, wie że nie doczeka jasnego poranka, mimo wszystko chce uciec tej nocnej marze, wstaje biegnie dalej, oddech równy lecz bardzo przyspieszony, serce skacze w klatce młodych żeber. Odwraca się i nie zauważa konaru, który tylko czyha by napić się świeżej krwi. Biegnie dalej, słyszy istoty które się zbliżają. Pazury gałęzi rozorały jej delikatny policzek, krew ma metaliczny smak i spływa na białą sukienkę tworząc makabryczną mozaikę czarno czerwonych zacieków. Myśli krążą chaotycznie, prześladowane złowieszczym śmiechem. Pada raz drugi w błotnistą kotlinę małego strumienia, potok obmywa jej stopy, chwila ulgi, lodowaty dreszcz i świadomość nadciągającej pogoni. Dalsza ucieczka, stopy grzęzną w błocie, pada na kolana i dopadają ją rozchichotane, brutalne demony. Mają brunatne ciała i migdałowate oczy pełne złego blasku, ona taka młoda, piękna, niewinna. Oni wiekowi, brudni i źli. Nie tknęli jej jednak o nie… Przybył on, brutalnie rozwarł jej nogi, nie tak sobie to wyobrażała, nie tak chciała by to wyglądało, jej krzyki słyszały tylko śmiejące się demony i on Somirion, przemocą zabiera jej cnotę. Zerwał z niej ubranie, boleśnie szarpał za piersi. Krew, krzyk stłumiony mocnym uderzeniem, nasienie, które wypłynęło z jej łona, gdy zostawili ją na skraju lasu. Splugawioną, zbezczeszczoną i opuszczoną..

Myślisz, że ta biedna kobieta cię chciała? Pomiot demona, owoc plugastwa i bluźnierstwa uczynionego na jej młodym ciele? Znała doskonale recepturę na wywar, który miał cię zabić. Nawet go przyrządziła, nie wypiła tego jednak. Nie miała na tyle siły i odwagi, uległa…uległa chęci zemsty..Chciała byś pomścił jej zrujnowane życie. Dlatego wpajała ci te wszystkie szlachetne ideały. To była tylko przykrywka dla pierwotnej zemsty. Jej serce od momentu twojego poczęcia do zabicia Somiriona biło tylko dla pomszczenia hańby. – wiedział, że to był szok, prawdziwy szok widzieć jak gwałcą jego matkę czuć niemal jej ból, widzieć jej bezbarwne oczy, łamał się słabł. Tu nie było miejsca na gniew, tylko współczucie, ludzkie zabójcze uczucie, które okazuje się trucizną i zabija. Sytir stworzył unikalne połączenie ze swoją ofiarą, mógł więc przypomnieć Samaelowi następne fakty z jego życia.

Zabiłeś swojego ojca, jakże piękne to było uczucie prawda? Nawet nie wiesz jak bardzo zadowoliłeś tym swoją matkę. Spełniłeś zadanie, spełniłeś cel, który ci wyznaczyła i w dodatku nie wierzyłeś w swoje demoniczne pochodzenie, pogardzałeś tym w tamtej chwili, czułeś triumf uśmiercając jednego z nas… byłeś i…jesteś tylko człowiekiem. Pieczęci Samaela, jego kręgu obronnego niemal zostały przerwane, z ciemnej masy wyłoniły się zakończone ostrzami dłonie, które splotły palce pod brodą demona.

Pamiętasz plac treningowy? To jak zyskałeś nauczyciela i zaufanego mistrza? Mimo wszystko byłeś taki samotny, tak słaby. Nie należałeś do żadnego ze światów, ani ludzi ani demonów. Nauczyłeś się władać mieczem…przydzielili cię do IV Kompanii Piechoty, miałeś ogromną rolę w tym Teatrum Śmierci. Jestem ciekaw jednak czy wiesz jak smakuje śmierć…Ach tak…wiesz..pamiętasz dobrze tą najadę, jej martwe ciało unoszące się w sadzawce. Jej bezbarwne oczy tak bliskie twojemu sercu. Wiedziałeś wtedy, że miłość nie jest tylko pustym słowem, że mroźne pustkowia i spacery z matką przez śnieg można zastąpić miłością do kobiety. Wcześniej oczywiście nie dostrzeżono twojego bohaterstwa, nikt nie wiedział kto pomógł, kto zrobił tak wiele dla Wolenvain. Zostałeś sam niedoceniony, zapomniany, bo skarbem dla ciebie nie było złoto tylko honory i uznanie, szacunek ludzi i wszystkich istot. Miałeś ogromną ambicję na władzę, ach..i byłeś przypadkowym świadkiem, porwania potężnej magini Extrem…zapakowali ją w beczce jak solone ryby na eksport.. – zaśmiał się… –Tak skończyła potęga..w beczce…Ale popełniłeś błąd nie uwierzyłeś w nieskończoną siłę zła i nieprawości. Idealista, półdemon wierzący w nieomylność dobra, pogardzony przez własnego mistrza, taki bezbronny w morzu niesprawiedliwego wiatru, dezerter. Wiesz współczuję ci, biedny chłopcze. – Sytir był mistrzem swojej dziedziny, miał wykonać zadanie i to zrobi.

Dziecko zrodzone z przemocy, pogardzone przez mistrza, jedynego przyjaciela. Zostawione przez ukochaną kobietę słowa, które spowodowały coś co zdarza się rzadko. Łzy. Pamiętasz ich smak Samaelu, ich ciężar? Brylanty na końcach twych rzęs? Ból opuszczenia? Wiedziałeś, że to zbyt wiele i nie dość i nauczyłeś się, że ból ciała jest niczym w porównaniu z bólem duszy. Jesteś człowiekiem Samaelu, nigdy nie będziesz jednym z nas! W każdym, nawet najbardziej cynicznym człowieku jest chęć przeżycia czegoś czystego i wyniosłego. Wielkiej miłości pełnej wielkich słów, jednak uczucia były kluczem do zguby, gdy to demon nimi manipulował. Tama może wytrzymać setki lat pod naporem wody, ale kiedy raz pojawi się rysa, prędzej czy później następuje powódź. Sytir czuł jak jego moc wydziera z Samaela siły, czuł jak nitki pieczęci ustępują pod naporem jego mocy.

[mod]Jakby się udało Sytirowi dostać do Samaela, to proszę uprzejmie o małą wzmiankę o tym, że półdemona zabolały pazury wbite w dusze. A no i czas tego całego czary-mary to przed postem Eto myślę najlepiej, bo jeżeli atak demona nie zostanie wyprowadzony to, hmpf.
A no i Sam jest hipnotyzowany.[/mod]
Awatar użytkownika
Sylios
Posty: 87
Rejestracja: 26 sty 2012, 16:11
GG: 3781254
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1524

19 mar 2012, 07:32

Karczma pod Linoskoczkiem. Posiada naprawdę wysokie standardy w porównaniu do karczm których miał wątpliwą przyjemność spędzenia nocy oraz wypróbowania ,,specjałów’’ domowej roboty. Tak więc teraz kucharza w tej knajpie mógłby wychwalać godzinami za jego kuchenny kunszt. Miejsce zajął raczej na widoku, lecz przy stoliku siedział samotnie. Wesołe stukanie deszczu poprawił mu humor. Oznaczał on bowiem, iż zima powoli ustępuje i nadchodzi czas wiosny, a wiosna zawsze przypominała mu jego dzieciństwo gdy w pierwszych jej dniach wychodził z matką szukać i uzupełniać zapasy ziół… Jego myśli zostały przerwane gdyż przez głowę przeszedł mu cholerny impuls. Samael… Pewnie znów się popisywał przed kimś swoją mocą. Sylios szybko go namierzył i próbował sobie przypomnieć w jakim miejscu powinien się znajdować. Wychodziło na to że siedzi w tym tak zwanym ,,Pałacu Sprawiedliwości’’. Jednak coś było nie tak. Sam kumulował coraz więcej mocy po czym nagle ją uwolnił. Sylios zastanawiał się co powinien zrobić gdyż niezbyt przepadał za arogancją braciszka, wiec na razie postanowił czekać na rozwój wydarzeń. Tak więc czekał. I Poczuł… Jestestwo Sama malało, on był ranny i powoli umierał. Elfi demon już począł przygotowania do przeskoku gdy nagle ,,jestestwo’’ Sama ustabilizowało się. Czyżby zwyczajnie nieumiejętnie użył mocy? Ten idiota zawsze lubił przesadzać. Ckliwie wspomniał czasy gdy razem polowali na wilkołaki. Myślał że zadziwi go swoja mocą, ale Syl wcale mu nie odstępuje pod względem mocy, w końcu oboje są potomkami tego samego demona. Po prostu on woli oszczędzać i nie prowokować. Lepiej obserwować i zabić kogoś oszczędnym ruchem ręki gdy sztylet z miłym szelestem wbija się czyjeś bebechy. Pokazujesz wtedy przeciwnikowi jak kruche jest życie, jak łatwo je kogoś pozbawić i że nie trzeba do tego tony magii. Zabrał się powrotem za pałaszowanie półmiska z zupą, który już niemal wystygł. Kończył już jeść gdy nagle dość niedaleko użyto potężnej magii, a obok źródła tej magii obecny był oczywiście idiota. Nie mógł ocenić kto posługiwał się magią i jaką gdyż znajdowali się zbyt daleko, a nie lubił niepotrzebnie szastać mocą. Cóż Samael w każdym bądź razie przeżył to i widocznie nic mu się za bardzo nie stało, lecz zignorować tego nie mógł. Czekał znowu. Przez jakis czas nic nowego nie wyczuł. I w końcu znowu jestestwo Sama zaczęło się powiększać, znowu zbierał moc. Zebrał naprawdę imponujące ilości biorąc pod uwagę iż wcześniej został ranny. Niesamowite, ale wyczuł też inną moc! Na jakimś odludziu nie byłoby trudno coś takiego wyczuć, nawet biorąc pod uwagę odległość, szczególnie dla niego, ale w mieście takim jak Wolenvain? Gdzie mieszały się setki różnych rodzajów magii jak nie tysiące? Gdzie Każda żyjąca istota nawet nie posługująca się magią, zakłóca przekaz? A to co poczuł Sylios nie było zwykłym poruszenie magii, to było jak szaleńcze szarpanie strun, to tak jakby na spokojnym jeziorze pojawił się sztorm, ale tak jak i sztorm nagle ucichł i został ledwo wyczuwalny. Te szarpnięcie musiał wywołać ktoś naprawdę potężny, ktoś pokroju Abbadona… Pozostał tylko drobny ślad tego, ale to że go wyczuwał z takiej odległości oznaczało że prawdopodobnie coś zostało przywołane, albo ten ,,drugi Abbadon’’ podzielił się z kimś swoją mocą. Syl w zdecydował w końcu użyć trochę mocy i dowiedzieć się więcej co tam dzieje. Cóż na początku nie wiedział za bardzo o co chodzi, lecz w końcu udało mu się ustalić co nieco. Raz: jest tam zapewnie tłoczniej niż z początku sądził. Samael używał mocy i siekał nia w różne strony, prawdopodobnie swoim ogromnym Wygnańcem czy jak on tam go nazywał. Wymachiwał nim zawsze bardziej we wszystkie strony niż walczył. Sylios zaśmiał się dodając sobie w myślach ,,Ciekawe czy stosuje taką samą technikę wobec dziewek’’. W każdym bądź razie oznaczało to że przeciwników ma kilku. Wyczuł obecność demona, zagłębiał trochę wiedzy o demonach i ich rodzajach, z paroma miał do czynienia, lecz nie mógł stwierdzic jakiego rodzaju on jest. Wiedział natomiast że demony które miały setki jak nie tysiące lat aby obeznać się z działaniem magii, potrafią ją w jakimś stopniu zmieniać nawet jeśli moc nie należy do nich samych. Coż będzie ciężko ale coś wymyślić można, tym bardziej że miał pewien plan, genialny w swej prostocie. Więcej mu się nie udało ustalić, gdyż odległość i zakłócenia poboczne były za duże. Przez następne trzy minuty przygotowywał się użył Przeskoku zostawiając zapewne niektórych bywalców tawerny w osłupieniu gdy nagle zniknął…






Pojawił się obok Samaela. Dobrze, że nie zwlekał dłużej bo idiota patrzył z uwielbieniem na czarną niematerialną maź jakby była panną na wydaniu. Pomieszczenie, w którym się znalazł było w dość obolałym stanie. W całym pokoju walało się rozbite szkło, podejrzane specyfiki, trupy w najróżniejszych pozach. O dziwo niektóre trupy mimo braku najprzeróżniejszych części ciał niezbędnych do dłuższego egzystowania nadal się poruszały i drgały. Widocznie ktoś tu jest nekromantą… I najwidoczniej był to szanowny jegomość z szablą w ręku na oko wartą więcej niż niejedna wioska, który nacierał w towarzystwie dwóch sługusów na idiotę. Czemu on zawsze musi narobić sobie wrogów? To nie pierwszy raz gdy ktoś z miła chęcią obejrzałby jego bebechy z bliska. W sumie Syl też miał czasem na to ochotę, ale cóż mimo wszystko jest mu winien przysługę. Był też jedyną rodziną, która mu została i jedyny człowiek, a raczej pół demon pół idiota któremu był w stanie zaufać. Trójka potencjalnych przeciwników na chwilę przystanęła jakby niepewna tego co właśnie zobaczyła. A zobaczyli Syliosa który z wyciągniętymi rękami i zmarszczkami na czole świadczącymi o jego skupieniu tworzył tarczę. Nie byle jaką tarczę. Rosła w bardzo szybkim tempie otaczając jego i Sama w ochronną bańkę. Bańka przez jedną chwilę jarzyła się słabym czerwonym blaskiem, a w drugiej rozświetliła się krwista czerwienią odrzucając Demona i reszty ,,przyjaciół’’ od idioty. Jeśli ktoś by przyjrzał się dokładnie to zobaczyłby, że pół-przezroczysta powierzchnia osłony jakby faluje… Jednak to nie był koniec. Zostały jeszcze dwa kroki. Chcąc się zabezpieczyć przed zgubnym wpływem oddziaływania Cienia na demoniczną magię wypowiedział cicho jedno słowo. Była to bardzo prosta sztuczka, ale zaprawdę skuteczna. Użył bardzo prostego zaklęcia-słowo. Polegało to na tym, iż aby przyzwany Demon mógł zmanipulować jego tarczę musiał wypowiedzieć hasło w staro-elfim języku. Póki Demon nie wypowie hasła, tarcza Syliosa będzie ,,nieczytelna’’ dla niego. A taka tarczę mógł utrzymywać godzinami. Nie zamierzał próbować go zniszczyc gdyż nie miał za bardzo pojęcia jak. Jednak wiedział że Przybysz tyle czasu nie ma. Utraci swą moc próbując utrzymać się na tym świecie. Demon chcąc tu zostać musiał przejąć ciało, lecz Syl nie pozwoli mu się przedostać za żadne skarby świata. Może zrezygnuje i znajdzie sobie łatwiejszy cel? Na przykład Nekromantę… Aby jednak uratować Sama zostało mu najważniejsze. Są różne sposoby aby wyrwać osobę spod czyjegoś uroku, on wybrał najprostszą i na pewno najprzyjemniejszą. Odwrócił Sama w swoją stronę i przedzwonił mu prawym sierpowym w twarz i na wszelki wypadek poprawiając lewym prostym. Zwrócił się ze złośliwą nutą w głosie do idioty. Samie mam nadzieję, że czujesz się już lepiej i powiesz co Ty znów kurwa narobiłeś?! Czekając na odpowiedź pilnował aby reszcie nie udało się przedostać do nich. Teraz dopiero zdał sobie sprawę że w budynku słychać wściekłe odgłosy walki z dołu. Zdobył się na ironiczna uwagę. Czyżby ludzie się zabijali o to kto ukatrupi Sama? Wyczuł tam istotę która się posługuje magią. Prawdopodobnie to ona przywołała Ciemnego. Była kobietą a przynajmniej owa istota posiadała kobiecy rodzaj mocy. Cóż trzeba czekać na rozwój wydarzeń.

[mod]Wyjaśnienie paru spraw:
Sylios aby tworzyc tarcze nie musi robić żadnych gestów, ale w tym przypadku chce zrobić potężną barierę w krótkim czasie a takie rozłożenie rąk ułatwia zadanie. Ponadto może dowolnie nią manipulować (wszystko jest zawarte w KP)
Sylios nie atakuje nikogo dopóki się nie dowie niczego więcej, jeśli jednak ktoś bd próbował się przedostać przez osłonę lub ją zniszczyć to Sylios robi coś takiego http://www.youtube.com/watch?v=7soefyMSXhI (proszę przewinąć na 1:45) starając się przebic serce lub głowę przeciwnikowi. Zachowuje się teraz jak mag, dlatego też kiedy się pojawił miał wyciągnąłręcę jak mag. Ponadto nie widać aby miał jakiekolwiek ostrza. Jak się przyjrzą to mogą zauważyć że mam kilka noży do rzucania ale przeciwnicy raczej nie mają pojęcia, że moja postać specjalizuje się w walce w bliskim kontakcie sztyletami i na razie tego nie zdradzam. Zuzyłem już jeden ,,przeskok’’. Ponadto Sylios wygłusza swoją magię aby pokazywała mniejsze zapasy mocy niż w rzeczywistości posiada. Ma przygotowane sztylety ukryte w rękawach które się trzymają za pomocą liny z magii. Właściwości sztyletów są zawarte w KP w moim ekwipunku.
Działanie zaklęcia słowo które użył Sylios jest bardzo proste, polega to na tym że dopóki nie powie demon hasła dopóty nieczytelna bd dla niego moja magia. Jeśli tworzę nową osłonę muszę użyc ponownie zaklęcia słowo aby ją przed nim zabezpieczyc (sylios użyje innego słowa bo używająć tego samego wypowiedziałby hasło). Tarcza Syliosa nie zabiera od niego energii dopóki nie zostanie zaatakowana. I sorka ze piszę w trybie dokonanym, ale tak jakoś mi lepiej szło:p. Jakby trzeba było cos wyjaśnić proszę o pytania.[/mod]
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

21 mar 2012, 03:40

MG

Podczas, gdy Xena zniesmaczona tym, co demonoid już zrobił oraz co jeszcze chciał zrobić, wyrzucała sarkastyczne uwagi, ten gnał już po schodach w dół, by dokończyć swój taniec śmierci. Ożywieńcy leżeli tam, u podstawy schodów, jeden na drugim, wiercąc się niemiłosiernie. Sprawiali wrażenie żywej kupy śmieci! Jednak żaden nie narzekał na ból, może tylko czasami któryś cicho zajęczał… prawie nic nie czuli. Siedem trupów, każdy próbuje wstać, lecz połamane kości skutecznie mu to uniemożliwiają.
Zanim Infi dotarł na sam dół, jednemu, czy dwóm powiodło się wyczołganie ze śmierdzącej góry. Teraz próbowały podnieść się na nogi. Próbowały… Jednak jeden z nich, poza dziwacznie skręconą lewą rękę w przedramieniu, gdzie kość wystawała na zewnątrz, miał też obydwie nogi całkowicie niezdolne do udźwignięcia jakiegokolwiek ciężaru! Z rany na ręce już prawie nic się nie wydostawało. Jedynie kilka kropel ciemnej posoki! Zupełnie, jakby cała już wydostała się gdzieś tam, w gąszczu wijących się, rozplątujących ciał pięciu ożywieńców. Czołgał się nieporadnie w kierunku miecznika, który to właśnie uniósł swą broń z żądzą krwi wymalowaną na twarzy i skierował się, nie ku niemu, a drugiemu trupowi, który razem z pierwszym się wyplątał! Ten jedyne co zdążył zrobić, to z wielkim trudem podnieść się na swej paskudnie wykręconej prawej nodze, podpierając się o ścianę, gdy mężczyzna z ogromną siłą opuścił nań swą broń.
Ostrze utkwiło w czaszce, początkowo nieco zwolniwszy swój lot, lecz tylko na chwilę, gdyż później z łatwością przedarło martwiaka na pół! Gęsta, ciemnobordowa, prawie czarna ciecz oblała mężczyznę od stóp do głów, podsycając jedynie jego żądzę mordu! Martwe… Drugi raz martwe truchło upadło na ziemię, wydając niezwykle wyodrębnione z wszystkich innych dźwięków, dwa osobne odgłosy uderzenia o podłoże. Kobieta mogła z góry zauważyć, jak wnętrzności trupa wypływają na posadzkę dopiero w momencie, gdy dotknął on ziemi. Do tego czasu można było zauważyć doskonały przekrój anatomiczny ożywieńca! Jednak kto by się tym zachwycał w takiej chwili?!
Gdy tylko miecz oswobodził się z rozpołowionego cielska, Infi doskoczył do pierwszego, który zdążył się przemieścić o kolejne kilkanaście cali! Mężczyzna chwycił go za głowę, uniósł ją, spojrzał głęboko w oczy i z szaleństwem na twarzy ciął zdecydowanie mieczem… Wreszcie udało się odciąć łeb jednej z bestii! Wypuścił go na ziemię; poturlał się gdzieś ku wejściu i zatrzymał tuż przed drzwiami, robiąc kilka piruetów wokół własnej osi. Truposze poczęły podnosić się na swe krzywe nogi, które w tej chwili znacznie utrudniały poruszanie się. Dobyły swych broni – na szczęście kusznik leżał rozpołowiony w stercie własnych flaków, toteż atak z dystansu Infiemu nie groził.
Teraz dopiero zaczął się taniec! Trupy napierały, chcąc atakować, lecz ich powolne ruchy dały mężczyźnie niemałą przewagę. Ten machnął mieczem, trafiając w rękę najbliższego przeciwnika, który chciał swym mieczem sparować cios. Jednak To Infi był silniejszy, dużo silniejszy – odciął ożywieńcowi rękę, która upadła na ziemię, wraz z mieczem. Mężczyzna począł wirować z mieczem, ciąć jednorękiego oraz jego dwóch towarzyszy po całym ciele, odcinając kończyny, przebijając żebra, szyje, aż w końcu łeb ostatniego, nadal stojącego martwiaka! Zastygł tak w bezruchu z mieczem zatopionym we wciąż stojącym, lecz już bezużytecznym przeciwniku. Miecznik podtrzymywał go na nogach. Stał tak z przyśpieszonym oddechem, cały umazany posoką, wprost nią ociekający! Kobieta wszystko widziała, stojąc na górze. Wszystko trwało niespełna minutę, jeśli nie mniej! Błyskawiczny pokaz niezwykłych umiejętności walecznych demonoida!
Tymczasem na górze inni bohaterowie mieli swoją własną minutę. Podczas gdy Samael stał i słuchał Abbadona, niewrażliwy na bełty dwóch ożywieńców, Etoiles był już w swym prawdziwym ciele z tarczą na plecach i młotem za pasem, wydając polecenia trzem ożywieńcom, by atakowały, lecz od tyłu, niezauważalnie. Półdemonowi oczy przestały już tak bardzo dokuczać, pieczenie zanikało, widzenie powracało, lecz niestety odporność zaczęła maleć, głównie przez utratę energii na stworzenie dwóch kolejnych barier, z tego jedną mającą implodować ogromną energią w ciele demona! Gdyby strażnicy nadal strzelali, być może udałoby im się po kilku bełtach poważnie zranić mężczyznę. Jednak Ci przestali i czekali: dwóch z szablami, jeden – poprzednie ciało Etoilesa – z gołymi rękami, na odpowiednią chwilę, w której Etoiles odwróci uwagę półdemona.
A co stało się z Sytirem? Otóż, już wcześniej otrzymał on ogromną dawkę energii od samego Zankou, przez co pieczęcie Samaela stały się dlań dużo łatwiejszą do przebycia barierą, niźli dotychczas, acz rozbicie ich nadal było ambitnym zadaniem. Dzięki temu też miał więcej czasu na przebywanie w tym świecie! Jednak demon rozbijał barierę wokół Sama spokojnie, czerpiąc energię nie tylko z potężnego Zankou, lecz także z kręgu, który to miał go przecież zniszczyć! Był teraz zbyt silny, by taka ilość energii w jakiś sposób go uszkodziła, teraz to on mógł ją przyswoić bez żadnych przeszkód! Samael niepotrzebnie zużył sporo energii, ładując nią demona! Ten mamił mężczyznę wizjami, dialogiem, wspomnieniami, chcąc wzbudzić w nim jakieś emocje, ból, rozpacz… Jednak Sam nie był tylko człowiekiem, był też demonem, synem Abbadona, wyzutym z jakichkolwiek emocji… a przynajmniej w tym momencie! Nie dało się więc tak łatwo wzbudzić w nim tych ciężkich emocji! Obserwował wspomnienia, lecz nie brał w nich emocjonalnego udziału… Był zimny, jak lód!
Etoiles tymczasem począł skradać się ku półdemonowi, a jego umarlaki skierowały się po okręgu, omijając nieświadomie pieczęć, by zajść go od tyłu. Gdy był niespełna metr od niego, zaatakował, kierując młot w brzuch, czego Samael nie był w stanie zauważyć, całkowicie zajęty obserwowaniem Sytira, który cały czas do niego mówił. Samael stał pirata bokiem, toteż młot, który w ostatniej chwili zmienił swój cel z brzucha na gardło, co nie było zbyt potrzebne skoro półdemon nic nie widział, i z sentencją na ustach uderzył… Ostatnia energia, która sprawiała, że skóra Samaela była niewrażliwa, właśnie znikła gdzieś w eterze, wykorzystana w najodpowiedniejszym momencie… Młot zsunął się, jedynie lekko rysując gardło mężczyzny, nie przecinając tętnicy, tylko cienką powłokę skórną. Pokazała się krew, lecz w małych ilościach… na razie. Samael oczywiście to odczuł i gwałtownie odwrócił się do pirata, dobywając miecza i parując jego kolejne ciosy, lecz to była pułapka. Nie dość, że demon był coraz bliższy przerwania bariery, to jeszcze trójka ożywieńców rzuciła się od tyłu na niego, dwóch z szablami, zadając w plecy dwie poważne rany, trzeci z łapami, chwytając za kark, szyję, próbując go udusić, do tego Etoiles ciął młotem po żebrach – na szczęście nie tak głęboko, ponieważ ciosy w plecy spowodowały gwałtowne wygięcie się w tył, dzięki czemu półdemon prawie uniknął młota… Prawie.
Sytuacja wydawałaby się beznadziejna, lecz w tej chwili coś się wydarzyło… Pojawił Sylios, który wyczuł, że brat jest w niebezpieczeństwie! Szybko oceniając sytuację, dobył sztyletu i zaatakował trzech ożywieńców, odwracając ich uwagę od Sama, po czym natychmiast dobiegł doń i stworzył potężną tarczę, która odepchnęła każdego, wszystko, co znajdowało się dookoła ich dwojga! Jednak, nieco się spóźnił… Tylko sekunda wcześniej, pół, a wszystko byłoby w porządku! Lecz niestety, Sytir poradził sobie z magiczną barierą i gwałtownie zamachnął się ze swymi ostrzami na półtemona! Zachaczył skrawek jego duszy, zanim tarcza Syliosa odepchnęła go do tyłu!
W momencie, w którym ostrza demona dotknęły jego ciała… nie, nie ciała, duszy, mężczyzna wydał z siebie przeraźliwy ryk, który słychać było w całej kamienicy, a zapewne i na zewnątrz. Upadł na kolana, cierpiąc okropnie! Ból większy, niźli mógłby sobie wyobrazić, męka, jakiej nigdy w życiu nie odczuł, uczucie pustki, braku kawałka niego samego… Część jego jestestwa została mu odebrana, być może na zawsze, tworząc bolesną, palącą ranę! Ból, który dla zwykłego człowieka przeniósłby go do krainy śmierci, półdemona popchnął na jej granicę…

Kolejka:
Xena -> Samael -> Sylios -> Etoiles -> Infi
Powodzenia!
Awatar użytkownika
Xena
Posty: 105
Rejestracja: 28 sty 2012, 21:15
GG: 3694420
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1534

21 mar 2012, 16:27

Obserwowała uważnie mężczyznę, który skończył swoje dzieło. Miała ochotę oklaskać jego sztukę, bo trzeba było mistrza w rzeźnictwie by tak dokładnie poszatkować ludzkie ciała. Widziała jego naprężone drgające mięśnie, roztaczał aurę brutalności, ale wampirzyca niemal wyczuwała w tym wszystkim namiętność. Jego oczy… były nią przepełnione, niemal jakby ciosy ogromnym mieczem były dla niego najpiękniejszą kochanką i rozkoszą. Spokój jaki ją ogarnął był jednak szczery, niejedno w życiu widziała, niejedno okrucieństwo wykonane było jej własną ręką. Była dzieckiem nocy, pełnoprawnym żołnierzem w batalii prowadzonej gdy zapada zmrok. Batalii toczonej o krew, krew i śmierć, czasem życie. Była złą bohaterką pięknych bajek, których zło czai się wśród cieni strasznej nocy. Z tym wyjątkiem, że kiedyś na pewno jej bajka skończy się źle. Mimo wszystko poczuła niemal sympatię do mężczyzny, lubiła szaleńców chwili, lubiła gdy pasja wydzierała z każdego kawałka ciała, gdy ekstaza otaczała cały umysł. Gdy celem była śmierć. Otrząsnęła się jednak z chwilowej zadumy, rzeźnik mógł w każdej chwili ją zaatakować. Czuła się jak szczur, który we wściekłości atakuje człowieka uzbrojonego w widły. Wiedziała, że jeden nieprzemyślany ruch i mężczyzna zrobi z nią to co z siedmioma istotami, których wnętrzności spływały po ścianach z nieprzyjemnym łoskotem spadając na podłogę. Sprawiedliwa śmierć, och tak bogowie już dawno powinni się z tego wytłumaczyć.
Stąpając powoli po śliskich schodach podeszła do mężczyzny na odległość wyciągniętego miecza. Wampirzyca jednak wolała nie znać tajemnicy błysku w oku nieznajomego, niektóre sekrety powinny pozostać w cieniu, a pewnych prawd nie powinno się wydobywać z głębin ziemi. Zapadła dosłownie martwa cisza, mierzyli się wzrokiem. Szarpnęła mocno za zewłok ożywieńca, który z mlaskiem opadł między nimi. Mokre kosmyki włosów, kleiły się do przystojnej twarzy, nieznajomego. Chciała odgarnąć te włosy, nawet podniosła dłoń. Nagle poczuła na plecach mrowienie, które skumulowało się w Pieczęci, oznaczały tylko jedno – kłopoty. Odwróciła głowę i odsunęła dłoń. Wyczulone zmysły, odbierały różne bodźce. Pokręciła głową z niedowierzaniem…Czy coś mnie dziś jest w stanie jeszcze zaskoczyć?Popatrzyła pewnie w oczy nieznajomego. Najprawdopodobniej kolejny przedstawiciel demonicznego rodu przybył do jej kamienicy. Znów poczuła wściekłość, miała ochotę pozabijać ich wszystkich uprzednio biorąc każdego na wyjątkowo długie i okrutne tortury. Z przebijaniem jąder rozgrzanym do czerwoności prętem włącznie. Była wściekła co ukazało się drżeniem dłoni. Rozpętując całą tą komedię mężczyźni na górze byli o krok od wiecznego potępienia, teraz jednak pewnie przekroczyli granicę cierpliwości Xeny.
Drogi nieznajomy, nie chcę cię martwić, ale zaraz rozpęta się tu piekło, dosłownie. Będzie niebezpiecznie dla kogoś kto nie lubi ognia. Więc jako grzeczna i miła kobieta radzę stąd…uciekać? Moja wściekłość ma swoje granice i zamierzam wypalić do cna, tą błazenadę, która właśnie rozgrywa się na piętrze. – jej głos był spokojny i pewny, Xenę cechowała zimna wściekłość i dość martwy spokój. Choć wewnątrz miała ochotę wbiec na piętro i wydrapać wszystkim oczy. Kierując zdania do mężczyzny weszła do sekcji sklepowej i sięgnęła po torbę podróżną, która była pod ladą. Otworzyła jej klapę by upewnić się, że jej największy skarb jest na swoim miejscu. Siyah Safar, starożytna księga, oprawiona w poczerniałą skórę. Zawróciła na pięcie i skierowała się w stronę drzwi prowadzących do piwniczki, silnym kopnięciem odsunęła zalegające tam bezładne i pozbawione tułowia nogi. Niestety truchło opadło na jej buty, a wypełniająca je poczerniała krew chlusnęła na skórę.
Aghraaa…Żeby was poskręcało tam gdzie trafiliście!– zacisnęła pięści, a na jej twarzy zastygł grymas niezadowolenia. Wampirzyca pławiła się w wewnętrznej furii, która wezbrała w niej niczym nasienie w łonie nieuważnej dziewki. Otworzyła drzwi i wsunęła się do środka. Piwniczka była dość sucha i przyjemna, trup wiszący na haku zaczął już mocno śmierdzieć, a skóra z poderżniętej szyi groteskowo wyciągnęła się i opadła, tworząc makabryczny uśmiech. Xena nie zwracając na niego jednak uwagi podeszła do dziewięciu beczek stojących pod ścianą.
Były ogromne, pękate i stare, zawierały niemal sto dwadzieścia litrów każda, niebezpiecznych substancji. Otworzyła wieko każdej z nich, uśmiechnęła się. Wsadziła rękę do pierwszej z beczek i przesypała między palcami żółty proszek – siarka. Wciągnęła głęboko do płuc charakterystyczny zapach.Sulphur, jej jadowicie żółty kolor przywodził na myśl ucieleśniony ogień. Oprócz niej w pozostałych beczkach znajdowała się saletra, fosfor i sole ogniste prosto z otchłani.
Będzie gawiedź miała fajerwerki…oj będzie..
Jako że wampirzyca była zapalonym alchemikiem i lubiła w przeszłości bawić się z substancjami wybuchowymi, miała dość spore ich zapasy. Z uśmiechem na twarzy zaczęła wywracać beczki wysypując ich zawartość na podłogę. Gdy już wszystko znalazło się na podłodze wzięła miotłę stojącą dotychczas w kącie i wymieszała prochy. Stworzyły pokaźną kupkę o dość niepewnym charakterze gdyby tylko potraktować je ogniem. Fantazyjną mieszankę ozdobiła dziewięcioma językami ognistych salamander. No cóż, jej specyficzne umiejętności często pomagały jej zaskoczyć przeciwników. Jednak najważniejszą dla Xeny bronią była wiedza. Chwyciła butlę spirytusu, która stała na jednej z półek. Mocny alkohol czasem się przydawał, jako baza do różnych eliksirów dezynfekcyjnych…No czasem znieczulających. Uśmiechnęła się i zaczęła rozlewać wąską linię cieczy która prowadziła do małego wybuchowego składziku.
Ostre dłonie demona zafalowały niebezpiecznie, wydając cichy jęk. Stal zaśpiewała dźwięcznie. Sytir zawsze umiał się doszukać triumfu w porażającym szaleństwie bólu.
Wszystko zależy od kaprysów przeznaczenia Samaelu, Ty rzucony na jego morze, nie poradziłeś sobie, a miałeś takie wspaniałe predyspozycje… Zaprawdę powiadam ci, znalazł bym ci miejsce u boku mego pana. Może znalazł byś ojca, najpiękniejszą istotę w życiu mężczyzny, wzór do naśladowania. Bo jak to tak, demon wychowany przez ludzką kobietę? Musiało być ci ciężko, mój słodki. Tak strasznie mnie boli, Twoje nieszczęście. – drwił, ale wiedział o tym tylko on. Samael nie był świętoszkiem, zabił dziesiątki istot, miał krew na rękach. Każdy demon, uwielbia smak uciekającego życia, każdy demon ma w sobie pierwotny instynkt zabójcy, choćby nie wiadomo jak się starać, żmija pozostanie żmiją.
Samaelu, przyjdź do mnie, poprowadzę cię sekretnym szlakiem, tam gdzie czas się nie liczy.W krainę potępienia marny człowieczku… Demon był bezlitosny, uwielbiał rozpalać nadzieję by później zgasić ją z cichym syknięciem. Zabijając tym samym całe światło życia, cały sens, całe piękno. Pieczęcie zawirowały na podłodze, dając demonowi pewność, że tą bitwę wygra. Nagle do pokoju przybył kolejny demoniczny. Sytir wyczuł w jego aurze coś już znajomego. Kolejny pomiot? Spojrzał na Syliosa czterema ślepiami, miał w sobie teraz całą energie jego brata. Demon był naprawdę rozbawiony, pomoc, brat, kolejny mieszaniec. Ach, ten dzień był zaprawdę zaskakujący.
Wiesz Samaelu, życie wygrywają jedynie ci, którzy mają układy wśród sędziów. Pozwól więc że ja już będę sobą i zabiorę cię przed mój osąd. – zniżył głos do szeptu – Zdradzę ci malutki sekret przyjacielu…dusze tchórzów najlepiej smakują. – rozległ się głośny śmiech w głowie półdemona, a ciemność zawirowała i skotłowana czarna masa nad głową Samaela stłoczyła się w dół, by całkowicie wniknąć w ciało mężczyzny. Upadł na kolana, ból który odczuwał wewnątrz był niewyobrażalny, jakby ktoś kazał mu wypić skwierczący olej. Dla Samaela była to męka, jego dusza jęczała jakby była przypalana roztopionym złotem. Tak…ta siła, energia pulsująca w ciele każdej żywej istoty była najdroższym i najpiękniejszym trofeum na jakie mógł porwać się Pożeracz Dusz. Jego dłonie tak dziwacznie skonstruowane wbiły się w delikatną duszę z brutalną siłą i barbarzyńskim okrucieństwem. Demon miał potężną moc, był pasożytem energetycznym, miał ogromną siłę. Zdzierał beznamiętnie pasy, torturował mężczyznę, zabrał mu jego emocje, jego nastrój, uczucia, wszystkie. Gniew, radość, smutek, żal, wściekłość, furie. Wszystko to teraz leżało między ostrymi, demonicznymi palcami. Sytir był jak żmija, wtłaczał zabójczą truciznę w dusze Samaela w miejsca, które sam rozerwał. Truciznę pełną strachu, krwi, mordu, jego uczynków, złych uczynków popełnionych za życia, łez niewinnych istot i wiarołomstwa. Śmierć…może jednak bogowie nie są tacy niesprawiedliwi.
Złe myśli, złe słowa, złe uczynki, Samaelu. Czy czujesz zimno? Czy czujesz ból twoich ofiar? Taaak..czujesz, wiesz..Ona niedługo przyjdzie..ona, której imię dobrze znasz, mój piękny.
Wtedy też pole, które wytworzył brat Samaela oddzieliło demona od nieludzko krzyczącego mężczyzny. Demon jednak tylko się roześmiał i zawisnął nad Syliosem, wpatrując się w niego oczami bez powiek.
Witaj mój drogi bracie Samaela. Czyżbyś chciał podpisać pakt o swoją duszę? Może byłbym zainteresowany… – zaśmiał się drwiąco i przemieścił się w stronę wampirzcy, która przybyła na piętro, gdy Samael skrył się za bratnią tarczą.
Wampirzyca pociągnęła solidny łyk z butli. Był to chyba najpodlejszy z trunków jaki miała przyjemność spożywać. Obserwowała w milczeniu przemianę Samaela, z butnego hardego obrońcy uciśnionych kobiet w skowyczącą z rozpaczy kupkę nieszczęścia. Ból, cierpienie, ostrza dotarły do samego środka duszy, do samego źródła. Zaśmiała się i wyprostowała. Niekiedy rozpacz bywa tak wielka że nie sposób wyrazić jej łzami, dlatego Samael wył jak potępiony. Aka Mano, sprowadzał tą rozpacz bardzo często, czerpał niemal z tego osobistą satysfakcję. Samael powinien gotować się na śmierć. Czynu raz spełnionego nie można odczynić, słowa raz wyrzeczonego nie można cofnąć. Wampirzyca nie umiała wybaczać. Przyjrzała się krytycznie nowemu przybyszowi, był dosyć wysokim, dobrze zbudowanym młodym mężczyzną. Jego włosy połyskiwały bielą, co kłóciło się z jędrnością i sprężystością ruchów i postawy.
Xenę jednak rozsierdził fakt, że ów jegomość raczy przeszkadzać, raczy interweniować, a może odpowiedział na prośbę pomocy? Jeżeli tak, mężczyzna, który zza bariery skowyczał z bólu był niesamowitym aktorem. Szkoda że nie umiał grać tak dobrze odważnego tchórza jak po prostu odważnego śmiałka.
Sytirze, muszę doprowadzić tą komedię do końca, czy zabierzesz mnie później do Otchłani, do naszego pana Zankou?– demon potwierdził to skinieniem głowy bez ust i wniknął w ciało kobiety, czarny niematerialny zbiór cząsteczek zniknął. Wampirzyca odchyliła głowę do tyłu, a jej oczy zaświeciły czerwonym blaskiem, tylko na moment. Jakby była to zapowiedź tego co zaraz miało się wydarzyć. Xena wiedziała, że powinna odwiedzić Zankou, powinna zgłębić wiedzę, by takich pyszałków móc zniszczyć jednym pstryknięciem palców. Czuła wzbierającą moc, którą wypełnił ją demon. Kobieta podeszła do półprzeźroczystej bańki i przyjrzała się białowłosemu mężczyźnie z uśmiechem na ustach, białe wampirze ząbki wysunęły się. Była podniecona , czuła się niemal jakby wypiła młodego ludzkiego mężczyznę.
Witaj przybyszu. Hmm…wytworzenie takiej bariery pewnie kosztuje Cię sporo energii mój słodki… – podjęła uwodzicielskim głosem cały czas rozlewając spirytus na podłogę. Miała plan, była naprawdę wredną wampirzycą i do tego bardzo piękną. Jej oczy pobłyskiwały lazurem, Sylios mógł się poczuć nawet lekko zauroczony. Wampirzyca przesuwała się cały czas w stronę Samaela, który klęczał i pojękiwał. Musiał czuć niewyobrażalne cierpienie. No ale cóż zrobić w brzuchu Lewiatana, albo wpaść w czarną rozpacz albo uśmiechnąć się i pchać życie do przodu. Na to drugie raczej nie stać było półdemona bez kawałka duszy. Kobieta utrzymywała spojrzenie drugiego półdemona.
Czyżby ten przepotężny Samael, miał równie przepotężnych dłużników? A może jesteś niańką białowłosy? – Xena zaatakowała, to był najodpowiedniejszy moment by Sylios mógł jej uleć, czuła w sobie ciepło od stóp po koniuszki palców dłoni, demoniczna Pieczęć na jej plecach pulsowała przyjemnie.
Impuls, który wysłała był niemal jak eksplozja gejzerów na bagnach, niespodziewany i niezbyt przyjemny, Sylios na chwilę stracił możliwość panowania nad swoimi mocami, ba niemal stracił panowanie nad samym sobą, demoniczna manipulacja aurą była bardzo nieprzyjemnym zabiegiem. Umysł szalał, nie rejestrując przez chwilę bodźców zewnętrznych.
Wampirzyca ustawiła sobie jako cel zakończenie życia Samaela. Ten marnotrawca, zalazł jej za skórę, zdenerwował i okradł. Nie mogła patrzeć na uściełaną narkotykami podłogę. Wykorzystując chwilowe osłabienie koncentracji mężczyzny wytwarzającego tarczę, która pękła niemal jak mydlana bańka wdarła się przez nią do środka i wyciągnęła sztylet.
Ciało nie stawiało oporu, miękka tkanka niemal z gracją przyjęła cios. Wampirzyca wycelowała precyzyjnie w miejsce gdzie lekki pancerz odsłaniał lewy bok tuż nad piersią. Sztylet wszedł głęboko i błyskawicznie docierając do serca. Czuła to, widziała ból a może ulgę na twarzy półdemona. Krew chlusnęła na jej dłonie.
Samaelu…Giń… – powiedziała głosem demona Sytira i roześmiała się, spirytus rozlał się wokół Samaela. Po dwóch uderzeniach serca wampirzyca była otoczona, drgającą osłoną przed ogniem. Kolor bariery był lekko niebieski.
A teraz tlij się już tlij.. – szepnęła i wokół rozpętało się istne piekło. Płomienie wystrzeliły z jej dłoni, jęzory ognia były ogromne i gorące, szybko zajęły drewnianą podłogę i zasłony okna w kształcie lotosu. Wampirzyca jednak czekała tylko gdy jej migoczący przyjaciel znajdzie swojego przewodnika. Ogień szybko trafił na alkohol, który momentalnie zapłonął i niczym strzała wystrzelona z cisowego łuku pomknął w dół do składziku. Wokół kobiety zakotłował się cień. Po chwili kobieta zniknęła, zostawiając za sobą szalejącą pożogę i ulotny zapach jaśminu. Xena znów zstąpiła do Otchłani.
Z/T
Awatar użytkownika
Somirion
Posty: 722
Rejestracja: 03 paź 2011, 22:26
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
Karta Postaci: viewtopic.php?t=822

23 mar 2012, 16:04

Utworzył zewnętrzny krąg, mający przyblokować demona, a potem go zniszczyć. Miał on być pułapką na poplecznika Zankou oraz być zakończeniem jego egzystencji na tym świecie. Jego rolą było zakończenie tego, jednak jak to w życiu bywa – nie każdy kto podejmuje ryzyko wygrywa. A jeszcze rzadziej zdażało się to pół-demonom. Syrtir w przeciwieństwie do hybrydy znał te znaki i wiedział co oznaczały. A to było kluczem do porażki Samaela.
Widział dwie pary mlecznych ślepi, które wyrosły przed jego oczyma oraz cieniutkie żyłki energii na twarzy plugawca. Słyszał za sobą chrobotanie drewna i też coś jeszcze. Coś co nie miało wiadomego pochodzenia.Wszędobylski śmiech w swojej głowie, który przerażał swoją tajemniczością. Miał przeczucie, że pochodzi od przybysza, jednak nie mógł oderwać oczu od demonicznego oblicza. Ten do niego mówił. "Samael, syn Somiriona, ojcobójca i Dziecko Tego Świata(…)" Skąd on to wiedział? O tym fakcie na tym świecie wiedział tylko Sylios, który był jego bratem, a w świecie Otchłani Abbadon. Ale on nie mógł tego wyjawić, nie… Skąd on to wiedział? "Kim jesteś Samaelu?" Był… Kim był? Czy mógł to powiedzieć? Był dzieckiem czarodziejki i demona, nie można jednak było powiedzieć, że była to udana para. Ot, gwałciciel i ofiara, a on? Owoc zbrodni. Dzieło największej krzywdy, jaką można wyrządzić nietkniętej dziewczynie. Syrtir pokazał mu obrazy feralnego dnia, który poprzedzał jego narodziny o dziewięć miesięcy. Tak okrutnego dla wszystkich mieszkańców wioski. Dzionka, który przesądził o przyszłości młodej kobiety, przekreślając jej sznsę na normalne życie, obarczając ją klątwą na resztę życią. Samael był jej piętnem, które oznaczało, że została zhańbiona. Znakiem, który odrzucał innych, które odrzucił od niej potencjalnego męża. Jak on na to patrzał? Kłóciły się w nim dwa głosy, z których jeden uważał to za okropne i uwłaczające godności. Drugi natomiast widział w tym wspaniałą zabawę. Można powiedzieć, że na twarzy tego drugiego głosu, malował się uśmiech, kiedy widział sceny gwałtu.
"Myślisz, że ta kobieta Cię chciała?" "(…)chęć zemsty(…)" Czy tylko dlatego żył? Czy miał być tylko narzędziem, przedmiotem za pomocą, którego Somirion miał zginąć? Czy tylko dlatego go wychowywała? Czy z tego powodu dawała złudę miłości dla małego dziecka?
"Plac treningowy(…)" "(…)nauczyciel i zaufany mistrz(…)" Tarreth(…) Wielki wilkołak, jeden z bohaterów Obrony Wolenvain, a zarazem ktoś, kto zranił Samaela jak jedna z niewielu osób. Odrzucił go, oskarżył o zdradę. Kogoś, kto mu tak ufał. W głowie Samaela żal przeplatał się z gniewem.
"Bezbarwne oczy tak bliskie twemu sercu(…)" Przypomniał sobie te błękitne oczy, jej spokojną twarz, tak piękną. Ale przecież sam miał ją zabić. Zadanie zostało wykonane. Nie wiedział tylko, czy za wcześnie, czy może za późno.
"(…)byłeś przypadkowym świadkiem, porwania potężnej magini Extrem." Etoiles. To była wina tej gnidy. To przez niego teraz tu tkwił. To przez niego… Wszystko przez niego. Chciał go udusić własnymi rękoma, ale nie mógł, gdyż coś go zatrzymywało.
"Dziecko zrodzone z przemocy, pogardzone przez mistrza, jedynego przyjaciela. Zostawione przez ukochaną kobietę słowa, które spowodowały coś co zdarza się rzadko. Łzy. Pamiętasz ich smak Samaelu, ich ciężar? Brylanty na końcach twych rzęs? Ból opuszczenia? Wiedziałeś, że to zbyt wiele i nie dość i nauczyłeś się, że ból ciała jest niczym w porównaniu z bólem duszy. Jesteś człowiekiem Samaelu, nigdy nie będziesz jednym z nas!"
Natłok słów uderzył w Samaela, a wydawały się one tak prawdziwe… Ciężar łez… Ciężar, który obciążał go bardziej niż olbrzymi głaz. Łzy stanowiły dla niego obciążenie równe lawinie pędzącej z olbrzymiej góry wprost na niego. Jednocześnie było to dla niego obojętne. Obce, jak dziwka z gorącego południa, dla mężczyzny z dalekiej i mroźnej północy.
Uderzenie. Poczuł jak coś przecina jego szyję. Nie bał się, chciał tylko wyczuć, jak głęoboko zostanie przecięty. Czy to już jego koniec? Jednak poczuł tylko pieczenie oznaczające płytką ranę. To była ta gnida, ten parszywiec… Etoiles. Na smo wspomnienie tego imienia splunąłby, gdyby nie fakt walki z nim. Parował kolejne jego ciosy, zwykły miecz spełniał swoją próbę bardzo dobrze, nawet przeciwko artefaktowi. Nie był tak nieporęczny jak Wygnaniec, który tkwił gdzieś w trzewiach strażnika. Wtedy poczuł piekący ból na plecach, a po chwilidrugi, niczym smagnięcie biczem. Czuł jak jego skóra się rozwiera, jak wydobywa się krew. Uderzenie w szyję, którą ktoś obejmował. Miał być uduszony przez jednego ze sługusów pirata, który zamachnął się młotem, a cios zachaczył o żebra. Ból, który wypchnął powietrze z płuc. Był atakowany z każdej strony, na każdym froncie. W swojej głowie dalej rozbrzmiewał mu śmierci śmiech.
Ktoś się pojawił. Czuł znajomą aurę, aurę magii tak bliską jego własnej, kogoś, z kim podróżował kiedyś. I ten ktoś teraz sztyletem odgonił popleczników Etoilesa, a po chwili dobiegł do syna Somiriona. To był jego brat, Sylios. Widział, jak ten pospiesznie tworzy tarczę, był więc bezpieczny. A to przekonanie było jego błędem. Poczuł pazur, który nie trafił go w ciało. Trafił znacznie głębiej. W samego Samaela, w jego jestestwo, w jego duszę. I ból większy niż wszystko co poczuł w życiu razem wzięte. Nawet jeśli wyobraziłoby się największe cierpienie w życiu, to trzeba by było go jeszcze wiele razy spotęgować, aby poczuć to, co w tej chwili odczuwał młody demon. Został rozdarty w środku siebie samego. Powietrze przeszył niesamowity ryk, który nie przypominał głosu człowieka. Był to zew zranionej duszy, który miał niesamowitą moc. Nie wydostawał się przez gardło Samaela, który krzyczał bezgłośnie. To był krzyk umęczonej duszy, który niósł się na ogromną odległość tej nocy, która obrośnie strasznymi opowieściami o złym duchu nawiedzającym miasto. Nie zatrzymywały głosu ani ściany, ani okna, nie zagłuszały go inne dźwięki. Niósł się na wiele przecznic miasta. Nawet jego były mistrz w Pałacu Sprawiedliwości mógł usłyszeć krzyk. Wiadomo było jednak, że ta noc będzie koszmarna nie tylko dla umęczonego.

Mlecznobiałe ślepia Syrtira patrzały teraz raz na Samaela, raz na jego brata, który uratował życie młodemu demonowi. A przynajmniej tak mogli pomyśleć tutaj zgromadzeni, w tej kamienicy, gdzie dopełniało się przeznaczenie. Nie mrugał, gdyż nie miał powiek, a poza głową był bezkształtną masą, na której powierzchni były widoczne żyłki energii. Przed oczyma Samaela wszystko poczęło wirować, a z obrazu powoli odpływał kolor. Widział tańczące czarne kropki, które poruszały się na tle walki na piętrze. Dziecię Demonów upadło na kolana w bezgłośnym krzyku, twarzą na ziemię. Szeroko otwarte oczy, bezwładne, zesztwyniałe ciało. Był martwy…

Oczyma duszy widział ostrze zmierzające w jego kierunku. Oręż, którym draśnięcie powodowało ból równy rozerwaniu ciała przez konie. Te zaś zatopiło się w jego duszy, po czym wyszło odepchnięte magiczną siłą, tyle jednak wystarczyło, aby odciąć go od rzeczywistości. Płytka rana ducha wystarczyła, aby popchnąć go na skraj śmierci. Istota potężniejsza od człowieka, weteran wielu walk, a zginął przez drobne magiczne skaleczenie. Jego życie przeleciało mu przez głowę. Widział każdy obraz z życia od chwili obecnej, do narodzin, jednak nie zatrzymało się to na jego przyjściu na świat. Kolejne zdarzenia poprzedzające to, zdarzenia, których nie mógł widzieć. Widział…


…kobietę, która wchodziła do ciemnej biblioteki. Przekartkowywała stosy ksiąg, jakby czegoś szukała. Obserwowanie tego było monotonne, więc patrzył na świece, która stawała się powoli coraz krótsza, aż zgasła. Została zapalona następna. No i coś jeszcze? Nic… Ujrzał kogoś obok siebie. Jasną postać, która tak jak on, była niematerialna. Usłyszał głos, tak dleikatny, tak kojący, przynoszący ulgę jego zranionej duszy.
-Czy wiesz kim jesteś? Czy wiesz, kim jest ta kobieta?
Odpowiedziało jej milczenie. Nie wiedział co powiedzieć. Kim był, albo kim była ona. Widział jednak, jak rysuje jakieś znaki obok zrozumiałych sobie słów i wychodzi. Otoczenie zaczęło się oddalać, a on zauważył morze w oddali. Kobieta wyszła ze starej wieży. Na zachód od niej biegł trakt, po którym poruszała się karawana opatulona w płaszcze. Było słychać głos, mówiący, że dzień drogi na południe stąd jest Szronowzgórze.


…potężną barierę, której nie potrafiły złamać demony. osłona otaczały wiele hektarów ziemi, a nie słabła. I utrzymywała się z godzinami. Widział cąłe to zajście, widział jak małe dzieci drwią z napastników.
-Czy wiesz kim jest ta kobieta w kapturze? Ta, co stoi w cieniu. – Ten sam kojący głos, który rozbrzmiewał w jego głowie.
-Nie.


…niewiastę siedzącą przy ogniu paleniska w domu. Jedną rękę miała położoną na wyraźnie zaokrąglonym brzuchu, a w drugiej trzymała wywar ze specjalnych ziół. Gdzieś na stole leżały dwie księgi. Jedna, otwarta przedstawiała recepturę na wywar, mający zabić płód, z drugiej zaś wystawała pojedyńcza kartka na której była widoczna część dziwnego znaku i słowo Sa'el. Płakała rzewnymi łzami unosząc napój do ust. Szlochała wzywając imię Somiriona, jej oprawcy. Dotknęła naczynia ustami po czym odrzuciła je od siebie rozlewając zawartość po ziemi. Ta wsiąkła w deski, a kobieta po jakimś czasie z trudem wstała i ruszyła do księgi leżącej na biurku.
-Czy wiesz kim jest ta kobieta?
-Nie.



…osobę w łóżku pod kocem. Obejmowała ona niemowlę, które poczęło płakać. Niewiasta, widocznie zmęczona uśmiechnęła się i przystawiła go do piersi, a on zaczął ją ssać. Leżała tak w ciszy z dzieckiem przy sobie. Na podłodze było rozrzucone kilka kartek. Na jednej z nich był rysunek skądś znajomy Samaelowi.
-Czy wiesz kim jest ta kobieta?
-Nie.



…młodego chłopaka, który przed chwilą obserwował walkę mieszkańców z demonami. Kobieta siedziała w zamyśleniu, po czym podeszła do niego. Widział jak szepcze mu coś do ucha i idzie do zielnika. Wyjmuje jakieś zioła, igły i farbę w którą przelała magię. Przygotowała wyar, który dała do wypicia dla swojej latorośli. Ten po chwili zasnął, a ona ułożyła go wygodnie. Zanurzyła igłę w farbie i przystąpiła do dzieła, co jakiś czas zerkając na plik kart z rysunkami obok.
-Wiesz kim jest ta kobieta?
-Nie.



…młodą kobietę, która leżała w łożu śmierci. Obok niej potężnej budowy młody mężczyzna, który trzymał ją za rękę. Doskonale było widoczne, że jego lewa ręka jest pokryta misternymi tatuażami. Gdzieś przy ściane leżał połamany, czarny miecz. Widział jak płomyk życia kobiety gaśnie, jak młodzieniec trzyma ją za dłonie, jednak nie roni łez. Po prostu siedział ze wzrokiem wbitym w jej twarz, którą widział po raz ostatni. Przebrał ją, a potem pochował na wzgórzy za osadą. W oddali widział morze. Na południe traktem, było Szronowzgórze. Wrócił do chaty i zabrał kilka rzeczy. Na półkach nie było źadnych książek, tylko kilka roślin. Rękopisy znikły jakiś czas temu. Wyszedł zostawiając to za sobą. i ruszył na południe.
-Wiesz kim była ta kobieta?
-Nie.
-A czy wiesz kim był on?
-Tak.
-Więc kim on był?
-To… byłem ja.
-Byłeś. A kim jesteś? Co zrobiłeś w swoim życiu? Jak to się stało? Opowiedz mi.
-Urodziłem się ponad dwadzieścia sześć lat temu, w niewielkiej osadzie niedaleko traktu prowadzącego od Szronowzgórza, które znajdowało się na południe od nas. Jakieś trzy dni drogi. Byłem jedynym synem czarodziejki Elavet. Moim ojcem jest Somirion, który poniósł śmierć z mojej ręki. Było to około dziesięciu lat temu. Otrzymałem po nim dodatkowe dziedzictwo. Zniszczony, czarny miecz, owiany legendą w Otchłani. Zostałem nowym dziedzicem Wygnańca. Wielowiekowej klątwy tego miecza. Z tamtą chwilą, już chyba nie mogłem zostać kiedykolwiek szczęsliwy. Byłem gnany przez wiatry przeznaczenia po całym kontynencie. Dotarłem do Wolenvain. Było kolejnym przystankiem na mojej drodze. Okazało się jednak, że dłuższym. Dlaczego? Nie mogłem wyjść. Bramy zostały zamknięte, a za nimi stała armia Imperium Zachodu. Zostałem wcielony do IV Kompanii Piechoty. Spotkałem tam swojego przyszłego mistrza, wilkołaka Tarretha. Był dla mnie wtedy najwyższym autorytetem. Co chyba było moim błędem.
Co do oblężenia… Bitwa ta przeszła do historii jako zwycięstwo wiary i nadziei. Miałem w niej ja swój udział. Użyłem ruchu, który sporo mnie kosztował. Przywołałem samego Abbadona i wkroczyłem w sam środek elitarnej gwardii. Dałem czas sojusznikom na przegrupowanie się, na chwilę odpoczynku. A potem pojawiłem się nagi na tyłach wojsk obrońców. Szpital polowy, opatrzenie ran. Po bitwie rynek główny. Przemówienie przerwane przez posłańca od bogów. Uzyskałem wtedy księgę, którą przekazałem jakiś czas później doradcy Elathornowi. Spotkanie z Panią Jeziora. Potem podróż do Minaloit, gdzie miałem się spotkać z niejakim Dahhardem, jednak zostałem wystawiony w pole. Nie mając żadnych planów ruszyłem na południowy zachód, na Sznaragdowe Równiny. Przypadkiem znalazłem tam kobietę, którą pokochałem. A miałem ją zabić, w czym wyręczył mnie zabójca, który poniósł śmierć z mojej ręki. Zaniosłem jej ciało do Wolenvain, gdzie pod bramą zostałem trafiony zatrutym bełtem. Obudziłem się w przytłułku, gdzie trafiła Vitae. Już żywa, razem z Tarrethem i jej siostrą, Niniel. Potem nadeszło nasze rozstanie. Ja ruszyłem w kierunku Pałacu, gdzi trwały zamieszki, które zostały zażegnane przez podwójne zabójstwo z ręki wilka. Ruszyłem do lochów, gdzie ponoć znajdowała ię Extrem. nie zostałem jednak do niej dopuszczony. Pozostawiłem tam ducha Ciemnego, a sam ruszyłem do sali tronowej. Nie dane mi było czekać tam długo. Po krótkim czasie przyleciał do mnie duch z wiadomością, że ktoś próbuje porwać czarodziejkę. Ruszyłem tam, jednak nie atakowałem ich. Było ich zbyt wielu, a ja sam jeden, więc odpuściłem. Tuż za mną do sali tronowej wbiegł strażnik, który krzyknął, że porwano Extrem i że ja tam byłem. Po chwili był mokrą plamą na ziemi pod oknami Pałacu. Kazałem dla Vitae iść do Linoskoczka, a sam wdałem się w rozmowę z Tarrethem. Zostałem uznany za niewinnego, a po chwili pojawiła się tutaj jakaś istota, dal której udzieliłem odpowiedzi, mówiąc to co wiedziałem o Extrem. Nie zaatakowałem jej, tym zajął się Tarreth z Niniel i Herubinem. Stałem i nie pomagałem żadnej ze stron, zgodnie z zasadą – nie atakuję, jeśli nie znam. A po chwili walczyłem z wilkołakiem o swoje życie. Wygnał mnie z Wolenvain, za to, że nie zaatakowałem nieznanego. Zranił mnie tym odrzuceniem. Popełniłem błąd ufając mu. Gdy z raną w nodze doszedłem do Linoskoczka, nie znalazłem tam Vitae. Została zabrana przez boginię zabierając swoje rzeczy. A teraz jestem tutaj martwy, osaczony niczym szczur w kącie.
-Kim jesteś?
-Człowiekiem z krwią demonów. Bohaterem Wolenvain, wygnanym. Dziedzicem Ostrza Wygnańca i jego opiekunem. Umarłym…

-Nie jesteś umarłym.
– A to, że moje ciało leży martwe to nic nie znaczy?
-Śmierć nie jest końcem
-Więc co mogę zrobić? Kim jestem?
-Możesz zrobić tyle ile chcesz. Wszystko zależy od twojej woli. A kim jesteś? Moim synem, a to co mówi ten demon, to nieprawda. Nie byłeś narzędziem zemsty mój synu. Jestem i zawsze byłam z Ciebie dumna.
– Rzekła, po czym zjawa znikła, zostawiając Samaela samego w pustce. Nie wiedział, co ma teraz zrobić, co myśleć. To co móił Syrtir w dużej części było nieprawdą, albo nagięciem prawdy. Nie był narzędziem zemsty, wierzył matce. A kobieta, którą widział w tych wizjach, to była ona. Dostał też wskazówki dotyczące jej umiejętności. Kochała go i w niego wierzyła. To nie był jeszcze koniec, śmierć nim nie była. Mógł wrócić i dalej próbować. Co też zamierzał zrobić, przecie nie da się tak łatwo demonowi i Etoilesowi.


Ujrzał piętro kamienicy, gdzie trwała walka. Po jednej stronie barykady czterech mężczyzn oraz nieokreślona masa. Po drugiej, martwe ciało oraz drugi mieszaniec stojący za osłoną. Nie wiedział ile czasu minęło, jednak trzeba było mu pomóc. Począł wnikać w martwe ciało, zajmować każdą tkankę i komórkę. Czuł ogrony ból duszy, jednak z nim nie mógł się już rozstać. Nie mógł pozwolić, aby ten go sparaliżował. Ból nie był tylko czynnikiem ograniczającym i osłabiającym. Dawał też motywację, zwłaszcza jeśli nie można się go pozbyć. Serce zaczęło pompować krew, mózg rozpoczął pracę. Kilka mimowolnych skurczów mięśni oznajmiło, że żyje i kontroluje ciało.

-Syliosie, zabierz nas stąd. Weź elfa z nami. Nie wygrasz z tym demonem. – Powiedział do brata tak, aby ten usłyszał. Miał nadzieję, że nie ulegnie chwili i nie zaatakuje ich sam. To byłoby czyste samobójstwo idioty. Podparł się i wstał podchodząc do drugiego syna Somiriona. Położył mu dłoń na ramieniu, którą szybko otoczyła aura. Widać było, jak przemieszcza się w kierunku ciała Syliosa, jak wzmacnia jego aurę, Stałym strumieniem przekazywał energię, która wzmacniała jego brata.
-Nie zrób głupoty bracie. Przenieś nas stąd, szybko. – Poziom energii Samaela spadał do ilości, która uniemożliwiała użycia eksplodującego kręgu, czy utrzymania aury na dłużej niż kilkanaście sekund bez ryzyka śmierci. Czuł ogromne cierpienie duszy, które jednak nie paraliżowało go. W jego oczach widać było czystą determinację, którą potęgował ból. Szkarłat ślepi zanikł zmieniając się wraz z utratą magii w szarość z licznymi czerownymi plamkami. Czekał na to co zrobi jego brat.
Awatar użytkownika
Sylios
Posty: 87
Rejestracja: 26 sty 2012, 16:11
GG: 3781254
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1524

26 mar 2012, 23:05

Głupi, głupi, głupi!! Skarcił siebie w myślach. Właśnie Sam klęczał i kwiczał jak drutowane prosię, a jego kwiki nie tylko raniły uszy, ale także samą duszę. Odczuwał taki smutek jakby to został wyrwany jego własny kawałek duszy a nie brata. Owszem zawsze chciał zobaczyć jak Sam klęczy przed nim nie mogąc nic zrobić, ale to było okrutne. Podejrzewał jak to musi być straszne, gdyż był świadom że sam już zatracił w pewien sposób duszę tracąc Vi na własnych oczach, nie potrafiąc Jej pomóc gdy ona i ich dziecko tego potrzebowali… A teraz jego ostatnia rodzina właśnie krwawiąc na ciele i duszy umierała pod nogami. A na około ,,wikołaki’’ czekają na swoją zdobycz. Jest ich tak wiele… Znów to samo… Zbliżał się niebezpiecznie do paniki. Kurwa to nie może się tak skończyć! Nie może teraz na to pozwolić. To nie to samo co wtedy! Jest teraz silniejszy, o taaak, silniejszy niż podejrzewali przeciwnicy, silniejszy niż on sam uważał. Czuł drzemiącą w nim moc, która zaczęła wręcz iskrzeć od niego czerwoną aurą. Zawsze gdy korzystał ze swej mocy czuł się silniejszy i znacznie szybszy, a może po prostu umysł w tak wielkim skupieniu działał bez opóźnień? Przypomniał sobie wszystkie sztuczki, których go nauczył jego mistrz. Tak łatwo jest zadać komuś śmierć… Zwykły śmiertelnik nie ma pojęcia, że człowieka można zabić na najprzeróżniejsze sposoby nie zostawiając ani jednego śladu, nie pozostawiając ani jednej kropli krwi. Mistrz nauczył go, że nie ma w życiu ,,Celi’’ tylko ,,Truposze’’ – jeśli obrałeś kogoś za cel, ta osoba jest już martwa. A na jego postać był skierowany wzrok dużej grupy Truposzy. Sekunda zwątpienia minęła. Wyciągnął drugi sztylet i ciął obracając sie najbliższego ożywieńca po szyi. Zapewne uniknąłby tego ciosu jednak w ostatniej chwili wydłużył magiczne ostrze o 10 cm zaskakując martwiaka i prawdopodobnie przeciwnik umierał już po raz drugi w tym zabawnym świecie. Odskoczył natychmiast powrotem do Sama. Determinacja! Tak czuł siłę tego słowa. Następna rzecz której go wyuczono przez dziesięć lat intensywnego treningu. Korzystać ze wszystkich swoich uczuć do determinacji. Jest to kluczowa sprawa, trzeba ,,korzystać’’ z uczuc ale nie zamieniać ich całkowicie w siłę. Trzeba pamiętać dlaczego się o coś walczy. Zmieniając uczucia w zwykłą siłę zostawiamy najczęściej sobie nienawiść, a nienawiść nikogo nie ratuje, nikomu nie pomaga. Ona tylko niszczy wszystkich dookoła, przez nią traci się przyjaciół, rodzinę czy ukochaną osobę… Bo nawet jeśli ktoś dzięki furii kogoś pokona to co powie reszta, która miałaby ,,przyjemność’’ widzieć swoja ukochaną osobę w takim stanie? Widząc jak ona się cieszy tym że wylewają się czyjeś wnętrzności, gdy jego najpierwotniejsze instynkty zabójcy biorą górę i bezmyślnie zabija wszystkich wokół? Gdy nie zabija w czyjeś obronie, ale po to by zaspokoić swe dzikie pragnienie? Nienawiść zwykle podchodzi od cichu i powoli się z nami zaznajamia, często przez całe lata zaprzyjaźnia się stopniowo i staje się naszym najlepszym przyjacielem i najwartościowszym sprzymierzeńcem, by w jednej maleńkiej chwili zabrać nam wszystko co kochamy… Sylios czuł ciążące na nim brzemię życia Sama, czuł się w pewien sposób winny nie tylko dlatego, że jako starszy brat powinien nim się opiekować, ale czuł wręcz namacalne spojrzenie ukochanej i ich syna. Ta kobieta, zwykła ludzka istota, tak słaba i krucha a pokazała mu co to prawdziwa siła. Szkoda że tak późno zrozumiał czym ona jest. Człowiek pokazał mu, że nie ma sytuacji, w której nie można walczyć. Nie ma istoty wszechmogącej i o ile ciało nie zawsze jest w stanie to nasza dusza, nawet dusza marnego elfiego demona może walczyc bez końca. Nie mógł zrozumieć gdy tłumacząc mu porównała siłę do starego rolnika, który na nieurodzajnej glebie miał pole, na której codziennie bez ustanku musiał ciężko harować jeśli chciał aby coś wyrosło. A ten człowiek przez całe życie, nigdy się nie poddał, dawał zawsze z siebie wszystko aby utrzymać swoją rodzinę, wychować dzieci, kupywać im jakieś prezenty. Nigdy się nie upił, nie uniósł się gniewem za niepowodzenia życiowe, nie załamał się, nie robił komuś wyrzutów, wysłuchiwał problemy swoich dzieci i przejmował się nimi jak one same, pomagał jak tylko mógł. Demon zapytal Jej wtedy gdzie ona tu widzi siłę. Odpowiedziała mu, słyszał jakby stała tuż obok, jakby znów razem przechadzali się na spacery filozofując o wszystkim: ,,nie ma siły w tym, że ktoś na kilka chwil w szale bojowym zniszczy pół miasta, siła tkwi w naszej sile woli, w naszej determinacji, gdy jak ten zwykły rolnik a jednak ktoś o niezwykłej sile. Ile osób by dało radę dzień w dzień przez kilkadziesiąt lat być przykładem ojca, gospodarza? Kto miałby tyle sił aby temu podołać?’’ Determinacja to jest to. Czuł ją w sobie, czuł ją całym ciałem i całą duszą. Nie odda Sama za nic w świecie a ten zasrany demon nie dostanie już ani grama więcej jego duszy. Z jednej strony trzymał tarczę wściekle naładowana energią przeciw Sytirowi. Zajadle broni Sama wykorzystując najprzeróżniejszych zdradzieckich sztuczek by pozbawić atakujących głowy lub rąk, lub przeciąć ścięgna. Wiedział że przeciwnicy maja przewagę zasięgu, dlatego wydłużył ostrza na sztyletach. Ciosy nie przyjmował na ostrze tylko przy samej rączce aby jak najbardziej złagodzić uderzenia. Robił skomplikowane młynki w obronie by jednym zdradzieckim ciosem pozbawić przeciwników oczu czy ścięgien. Gdy nie musiał nie blokował uderzenia tylko omijał je. Był szybki i był wirtuozem w walkach na małej odległości. Pozornie bezpieczniej byłoby mu trzymać się od nich z daleka, lecz dla niego bliski kontakt z przeciwnikiem był jak najbardziej oczekiwany. Zresztą to nie byli przeciwnicy tylko Truposze… W bliskim kontakcie truposze byli dla niego wręcz trochę wolni, wręcz ślamazarni. Zapewne będą go próbowali trzymać na dystans, lecz nie pozwoli im odejść, jednak będzie się pilnował aby go nie otoczyli. W razie czego wycofa się do Sama a gdy znów spróbują podejść znów sięgnie ich wir krótkich ostrzy. Przeciwnicy byli bardziej zmęczeni od niego, więc miał lekką przewagę. Pilnował cały czas aby Sytir się nie dostał i przemieszczając dość dużą barierę zależnie od tego gdzie próbował uderzyć. Wtem wyczuł w pokoju następnego gościa. Uroczą wampirzycę jak się domyślał po jej ,,zimnej’’ lecz bardzo ponętnej aurze. Odwrócił się, jego przeciwnicy przystanęli, ale pewnie nie na długo, więc ustawił przed nimi samymi cieniutką barierę aby wyczuć gdyby któreś z nich próbowało go zaatakować. Wyglądała trochę jakby niespełna rozumu czy raczej na skraju szaleństwa. Tak szaleństwo bardzo dobrze nazywało uczucia ukryte w jej lazurowych odbiciach duszy. Cóż widać było jednak że jest pewna siebie, widocznie coś przygotowała… Wtem poczuł moc, ktoś mu przekazywał moc i to kupę mocy. Sam… Wstał, ogarnął się naprawdę szybko choć w jego ruchach oraz oczach było widać ból. Dla Syliosa nie brakowało mocy, jednak zbieranie jej trochę zajmuje, nie da się w jednej chwili zużyć całą moc, bo wtedy mag nie zapanuje na nią i umrze, więc Syl na bieżąco zamieniał jego energię w barierę przeciwko panu z piękną szablą i jego sługusów. Wzmocnił jeszcze bardziej barierę przeciwko Syrtirowi. Mocy mu nie brakowalo mógłby walczyć jeszcze długo gdyby nie zmęczenie ciała… Już odczuwał niewielkie zmęczenie przez utrzymywanie tak potężnych barier i walki jednocześnie choć minęło zaledwie 5 minut. Wampirzyca wypowiedziała zaczęła do niego mówić, ale wyczuł w nucie jej głosie obrzydliwą sztuczną namiętność. To jakby kazać dziwce aby wyznałą ci szczerze miłość, ale co tam uśmiechnie się do niej. Niech myśli że go ma. Spięła się w jednej chwili, prawie go zaskoczyła, wyskoczyła na niego ze sztyletem w ręku. Widać było że chce dopaść Sama który już wstał, chciała go zabic za wszelką cenę a pewna tego że już po Sylios nie zdąży rzuciła się na bezbronnego Sama. Sylios pchnął barierę przeciwko Syrtirowi aby odepchnąć go jak najdalej i zrobić wolną drogę dla przeciwniczki. Gdy tak leciała rzucił w nią jednym z noży. Miał ich kilka ale lepie rzucić raz a celnie niźli rzucanie bez sensu wszystkimi. W razie gdyby ją to nie zatrzymało, lub uniknęła to jakimś cudem zamierzał doskoczyc do niej i jednym sztyletem wytrącic broń z ręki a drugą pod pachę i przeciagnąć w dół aby obficie krwawiła i zadać jej paraliżujący ból, który da mu czas na jego ostatni ruch. Czuł moc w sobie, ale nie zamierzał być zbyt pewny siebie. Uwolnił energię ze swych barier odrzucając wszystkich przeciwników jeszcze raz i w tym momencie zniknął kilkadziesiąt metrów dalej razem z bratem.
Awatar użytkownika
Etoiles
Posty: 219
Rejestracja: 16 lis 2011, 13:12
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1043

31 mar 2012, 23:28

Śmierć, czymże jest? Dla wielu ucieczką, dla innych karą, według kolejnych przeznaczeniem, czy też wrogiem. Bliżej jest nocy do dnia, niż skrajnym uczuciom do śmierci. Jednak zawsze wygrywa, zawsze stawia na swoim. Tobie może się wydawać, że uciekłeś, omamiłeś, oszukałeś śmierć, lecz nie jest to prawdą, Ona czyha tuż za zakrętem twojego życia, obserwuje każdego z nas, daje o sobie zapomnieć, by uderzyć w najmniej spodziewanym momencie. W momencie kiedy masz już pewność, że nic nie może przerwać biegu zdarzeń, w momencie gdy myślisz, że czeka cię nieśmiertelna chwała. Ona czeka, widzi i wręcz napaja się twoją pychą. Pragnie widzieć jak rozkwitasz, jak wyciągasz swoje członki ku źródłu życia, by wtedy przyjść i wepchnąć sztych w twoje serce. Nie tylko podejście do śmierci się różni, ale to w jakiej formie przychodzi. Wiele ras twierdzi, że śmierć jest niematerialna, niewidoczna, odbiera życie i odchodzi. W odległych i zasypanych kurzem księgach spisane są opowieści o boginiach trzymających żywoty niczym przędzę by w pewnym momencie przeciąć ją, przerywając tym samym życie. Czasami pojawiają się twierdzenia, że mimo swej niematerialnej powłoki odbiera najcenniejszy skarb istot za pomocą pocałunku. Wśród najciekawszych opisów śmierci jest jeden godny uwagi, mówiący o Niej, jako Pani końca, zmieniającej formy, by kusić do siebie swym wdziękiem i powabą.

Etoiles czuł niemal na sobie, spojrzenie śmierci, była tutaj w tej kamienicy. Namacalna obecność, przeraźliwego bytu, ciemności, końca. Niemal czuł na karku jej oddech, zimno pełzające po wnętrznościach. Tak, czekała, aż wszystko się dopełni. Nieskrępowana, sprężysta i ostrożna, wypatrywała momentu godnego by zadać poniżający cios. Niczym żmija, która nagle atakuje z jakiegoś mrocznego miejsca nieuważnego przechodnia. Niewinny czy nie, śmiertelny jad popłynie w jego żyłach i tętnicach za przekroczenie granic i nieznajomość terenu. Życie to ciągła walka, a ten kto nie zna jej zasad ginie na pierwszej linii frontu. Pirat nie rozpraszał się, myślał o walce, skupił się na tym jak pokonać przeciwnika, nie myślał o konsekwencjach. Chciał skończyć ten teatr, chciał zażegnać niebezpieczeństwo, wykonać, zabić, poczuć na rękach lepkość krwi, ujrzeć umykające z oczu życie. Nie myślał co zrobi, później. Liczyło się tu i teraz, jutro było pojęciem względnym i obcym. W oczach mężczyzny kryła się pustka, z bezwzględnością w oczach okrążał barierę, która wyrosła między jego ofiarą, a być może była to jednak ofiara owej wampirzycy? Demon musiał wyrządzić Samaelowi ogromne szkody, wycie, które wydarło się z ust półdemona było niemal nie do wytrzymania, gdyby tylko Etoiles przejmował się losem poharatanego mężczyzny skuliby się i zasłonił uszy by nie słyszeć jęków cierpienia.
Okrążył przeciwników, i stanął przy oknie. Blask poranka oświetlał pokój. Widział dokładnie miejsce załamania światła na barierze. Uśmiechnął się i wziął do ręki młot. Od okna ciągnęło chłodem, ale czuć było unoszącą się w powietrzu wiosnę. Przypomniał sobie zasłyszaną gdzieś dawno pieśń..
Gdy wiosna zaświta..wciąż coś zakwita przekwita. Wczoraj kwitło moje serce, dziś.. i z tą zwrotką w głowie opuścił młot na barierę. Rozległ się głuchy dźwięk, pełny niebezpiecznych wibracji. Mężczyzna nie zdawał sobie sprawy, że w przeciwległym kącie pokoju pojawiła się wampirzyca, która w tym samym momencie uderzyła magicznie w Syliosa. Bariera pękła niczym kielichy rzucone o twardą podłogę, posypała się jak tysiące odłamków delikatnego szkła. Etoiles zamrugał zaskoczony, wampirzyca tym posunięciem, ułatwiła mu wykonanie zadania. Była smukła i piękna, niewrażliwa na zewnętrzne bodźce, czyżby śmierć przybrała jej oblicze? Widział jak przemyka obok drugiego półdemona z tylko wampirom przysługującą szybkością i dopada do Samaela. W jej dłoniach zaświecił metal, śmiertelnego ostrza. Błysk poranka, na ostrzu kochanka… Nie zastanawiał się długo. To był idealny czas na reakcję. Przeniósł ciężar na lewą nogę i wyprowadził z prawego barku mocny cios obuchem. Twardy metal pomknął w tył głowy półdemona. Etoiles czuł jak broń natrafia no opór. Przy akompaniamencie gruchotu łamanej czaszki, z jakże ohydnej dla miłujących piękno oczu pirata, głowy Samaela, zrobiły mokrą plamę, która o dziwo o wiele mniej drażniła gust estetyczny krwistookiego.

[mod]Przepraszam za czas odpisu jednak miesiąc do matury i problemy z dostępnością do komputera uniemożliwiły szybsze odpisanie[/mod]
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3761
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

01 kwie 2012, 02:12

Na parterze kamienicy rozległ się chrapliwy śmiech. Zbroczony od stóp do głów krwią mężczyzna stał wyprostowany, ze swoim wiernym, szerokim mieczem w dłoni. Klinga nie zawiodła – cięła niesamowicie precyzyjnie, dokładnie tam, gdzie ją posłał, przerzynając mięśnie, ścięgna i kości ożywieńców z łatwością, która mogła cechować tylko niezwykle trwałe narzędzie dzierżone przez doświadczonego rzemieślnika. Żaden człowiek nie mógłby dokonać takiego czynu, nawet tak pełen adrenaliny i gorącej krwi, jak Infi w tej chwili. Choć wojownik nie zdawał sobie z tego teraz sprawy, z tyłu jego głowy, niczym bolesna narośl już od dłuższego czasu rosła świadomość, że jest inny niż wszyscy. Był niesamowicie silny, to prawda, dodatkowo wiedział, że musi ukrywać swoje emocje, gdyż poddając się nim bywa niebezpieczny, jednak odkrycie przez Arael czerwonego błysku w jego oczach oraz to, co zrobił kilka sekund temu sprawiło, że wojownik już wkrótce zakwestionuje własne człowieczeństwo… i to przed samym sobą.
Teraz jednak, stojąc w kałuży nie swojej krwi, wśród jeszcze ciepłych zrębów ciała, demonoid zanosił się cichym, złowieszczym śmiechem, wodząc koniuszkiem ostrza nad drewnianą podłogą. Uczucia, które go przepełniały, niesamowita ulga i radość ze zwycięstwa znalazły ujście w niekontrolowanej, pełnej satysfakcji, makabrycznej wesołości, gdy Infi jako jedyny na tym piętrze był w stanie utrzymać się na nogach. Jego praca została zakończona, wynaturzone, nieśmiertelne potwory zostały zniszczone, misja powiodła się sukcesem obserwowanym przez właścicielkę kamienicy z najwyższego stopnia schodów.
Chichot ucichł nagle, gdy kobieta powoli zeszła ze schodów, na których jeszcze niedawno roiło się od zakradających się najemników, teraz stanowiących jedynie kawałki mięsa zdobiące niegdyś czystą podłogę. Rzeźnik stał i patrzył, jak czarnowłosa, niezwykle pociągająca kobieta wpatruje się w jego spoconą twarz, jeszcze chwilę temu wykrzywioną w grymasie złości, jakby doszukując się w niej nieznanych szczegółów. Przezornie ustawiła się poza jego zasięgiem, nie wiedząc, czego może spodziewać się po takim pokazie, jaki zafundował jej oczom miecznik, jednak nie wydawała się być obrzydzona czy zdegustowana tym faktem. Nadal poruszając lekko gotowym do ataku ostrzem, Infi odwzajemnił spojrzenie, uśmiechając się półgębkiem, świadom, że pomiędzy nim a nieznajomą narasta właśnie napięcie zupełnie innego typu. W całej tej scenie było coś poetyckiego, jakby Xena przekazywała swoje najskrytsze myśli bez poruszania ustami, bowiem były one na tyle skomplikowane, że wymykały się próbom artykulacji. Nagle wampirzyca uniosła dłoń, przywodząc na myśl gajowego, który zbliża się do uwięzionego w kłusowniczej pułapce wilka. Demonoid nie warczał, uśmiechał się tylko i nadal patrzył prosto na nią, zachowując się niesamowicie spokojnie, wręcz nierealnie, jeśli porównać jego zachowanie do rzezi, jaka miała miejsce chwilę temu.
Wojownikowi nie było jednak dane poczuć zimnego, wampirzego dotyku na swojej skórze. Nieznajoma poczuła coś, cofnęła dłoń, a jej usta zadrżały w gniewie. Miecznik tylko przytaknął na jej słowa, sposobiąc się już do wyjścia, zaspokoiwszy swoją żądzę mordu kompletnie ignorując hałasy na piętrze, gdy nagle coś nieokreślonego zwróciło jego uwagę.
Zimny pot wstąpił na skórę Infiego, gdy ten, nagle dysząc ciężko, odwrócił swoją głowę od oblicza Xeny, spoglądając w stronę schodów. To oczywiste, że działo się tam coś wielkiego, nienaturalnego i niesamowitego, jednak nie to przyciągnęło jego spojrzenie. Ledwo wyczuwalne pulsowanie odezwało się mrowieniem na jego dłoniach i karku, sprawiając, że dziwna ekscytacja zastąpiła wszystkie inne odczucia. Coś… wołało go z oddali, pragnąc, aby je oswobodził, wyrwał z okowów i objął w posiadanie, demaskując prawdziwy powód wszystkich jego działań w kamienicy. Infi nigdy nie wierzył w przeznaczenie, ale ostatnie wydarzenia okazały się być na tyle niezwykłe i nieprzewidywalne, a jednak zmierzające do jednego, konkretnego celu, że zmienił on swój pogląd, sądząc, że to jego osoba była akceleratorem, przyciągała pewne wydarzenia, tak samo jak on sam czuł tego samego rodzaju przyciąganie do nawiedzającej go w snach Pustyni Śmierci.
Gdy Xena zaczęła przygotowania do ostatniego, niezwykle wyniszczającego i spektakularnego aktu tej historii, Infi, miast cofnąć się w kierunku drzwi do sklepu, podążył z powrotem na schody, znacząc i tak już brudną podłogę lepkimi śladami z krwi jego wrogów. Półtorak kołysał się przy jego boku, gdy demonoid, krok za krokiem podążał w kierunku swojego przeznaczenia, tam, gdzie miał się znaleźć już dawno. Wreszcie zajrzał do pokoju, gdzie miejsce miał jeden z bardziej zaciekłych pojedynków, jakie dane mu było oglądać. Wojownik nie wiedział, za co walczą znajdujące się w pokoju osoby, rozpoznał w nich jednak kilku podobnych tym, których fragmenty stygły właśnie piętro niżej. Pomagali oni wysokiemu mężczyźnie ze złotą tarczą na plecach, uparcie atakującego młotem, za kolejnego sprzymierzeńca mając plugawą istotę, która roztaczała wokół siebie aurę nieprzejednanego zła. Na dłuższe obserwacje nie było czasu, bowiem kawałek dalej znajdowało się to, co swoim szeptem przyciągnęło demonoida w to miejsce… Czarny miecz, wbity głęboko w trzewia martwego, leżącego pod ścianą strażnika, w którym Infi rozpoznał uprzednio dowódcę tego małego oddziału szturmowego, złożonego z nienaturalnych, prawie niezniszczalnych ożywieńców. Teraz strażnik leżał bez życia, a z jego ciała zachęcająco wystawała klinga zakończona otoczoną skórą rękojeścią. Miecznik schował swój wierny, zbroczony posoką oręż do pochwy na plecach, przez ułamek sekundy pozostając bezbronnym, po czym podszedł do ciała strażnika i chwycił Ostrze Wygnańca w prawą dłoń.

Całe ramię wojownika eksplodowało bólem, gdy Evareth rozgrzał się do czerwoności, a runy zdobiące klingę rozświetliły się jasnym blaskiem. Niewyobrażalne fizyczne cierpienie, jakie sprawił Infiemu kontakt z mieczem było niczym wobec udręki, której doznała sama jego esencja, skrywana głęboko poza świadomością dusza. Wojownik zatoczył się, uderzył plecami w ścianę, zatrząsł się silnie i spróbował rozluźnić uścisk, co jednak okazało się niemożliwe. Na wpół świadomy, otępiały z bólu i oszalały z cierpienia miecznik zaszarżował przed siebie, do pokoju, wodząc wokół niewidzącym wzrokiem i omijając wszystkich walczących. Zaciskając zęby, zachowując jeszcze szczątkową jasność umysłu, Infi rzucił się przez okno w kształcie kwiatu lotosu, wybijając je i wypadając na zewnątrz kamienicy, omal nie tracąc przytomności.
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

03 kwie 2012, 05:01

MG
Została nieco nadszarpnięta czasoprzestrzeń, więc ją wyprostuję
Xena Loth, wampirzyca, potrafiąca korzystać z pomocy potężnych demonów, zbiegła w tym momencie do ociekającego splugawioną krwią wojownika, który stał tak w ostatnich chwilach morderczej furii z mieczem wbitym w martwe po raz drugi cielsko strażnika. Pociągnęła za nie, by oswobodzić broń demonoida, a zarazem oczyścić pole widzenia sprzed twarzy swojej i jego. Cielsko upadło na ziemię, niczym kłoda, na co dwoje nieludzi nie zwróciło nawet uwagi, wpatrując się w siebie, niczym w jakiś niezwykły obraz. Czyżby coś się między nimi narodziło? Coś niepojętego, nie dającego się wyrazić słowami…? Nigdy nie będzie wiadomo, jako że w jednym momence wszystko znikło. Kobieta poczuła mrowienie na plecach, to pieczęć oznajmiała o przybyciu kolejnej istoty o krwi demona.
Tego było za wiele. Jakiś bezczelny półdemon przylazł jej do sklepu, rozwalił całe wyposarzenie, naraził ją na niebezpieczeństwo… to wszystko w ciągu kilkunastu minut, a do tego teraz jeszcze kolejny delikwent tego typu przybył sobie ot tak do kamienicy, prosto na górę, w wir walki, by pokomplikować całą tą beznadziejną sytuację! Oj niee, nie zostawi tego tak. Musi się ich pozbyć, chodźby za cenę stracenia wszystkich dóbr! Jej duma została urażona, a to jest dużo bardziej cenne, niż jakiś tam budynek, który i tak właśnie rozwalany jest przez jakichś świrów na górze, którzy nie mogli wybrać sobie innego miejsca na swe dziecinne potyczki.
Ostrzegła Infiego o swoich planach i poradziła się wynosić, po czym poszła do sąsiedniego pomieszczenia, by upewnić się, czy Księga Siyah Safar jest na swym miejscu, bezpieczna w torbie podróżnej pod ladą. Zawróciła i pognała do drzwi piwniczki. Miała tam małą przygodę z trupem, który choc martwy, nadal musiał okazać jej swą niechęć, plamiąc skórę krwią, co jeszcze tylko pogłębiło i tak już groźny dla publiki stan umysłu kobiety. Weszła do środka i, minąwszy słynnego w tej kamienicy trupa na haku, podeszła do wielkich beczek wypełnionych najróżniejszymi substancjami łatwopalnymi! To było to, jej cały plan na widowiskowe wyjście z tej durnowatej według niej sytuacji. Poprzewracała wszstkie beczki, wysypując ich zawartość, wymieszała ją za pomocą zwykłej zmiotki i zaczęła tworzyć ścieżkę ze spirytusu, wprost na górę, do walczących.
Gdy Xena opuszczała demonoida, ten poczuł tajmniczy zew, wołanie, kuszenie, coś, co nie pozwoliło mu oddalić się z tego miejsca, wyjść, zostawić to, co się tam działo samemu sobie. Coś go wzywało na górę, w samo centrum bitwy. Musiał tam iść, inaczej… nie miał pojęcia, co by się wydarzyło w innym wypadku, bo po prostu poddał się zewowi. Wszedł na schody, podczas gdy wampirzyca ruszyła dopiero do piwnicy.
Na górze zobaczył walkę, zobaczył, jak Samael klęczał w ogromnych męczarniach, Sylios okalał go tarczą, a Etoiles i jego ożywieńcy gramolą się na nogi po upadku. Gdzieś tam mógł też dostrzec istotę całkowicie demoniczną, Sytira, który starał się ponownie pozbyć kolejnej już bariery, by w końcu pożreć całą duszę półdemona, a nie jedynie jej skrawek. Jednak większą uwagę miecznika przyciągnęło coś innego, coś o wiele dla niego ciekawszego, a mianowicie czarne ostrze wbite w martwe ciało dowódcy, Ostrze Wygnańca! Podszedł doń, schował swoją broń i sięgnął po nową, potężniejszą. Zrobił to, dotknął, chwycił… Czy było to mądre posunięcie? Na tę chwilę nie. Rękojeść rozgrzała się błyskawicznie, powodując ból nie do wytrzymania, runy rozbłysły, ostrze nie chciało uwolnić ręki Infiego! Chciał je wypuścić – nic z tego. Potworny ból sprawił, że demonoid stracił kontakt z otoczeniem, nie obchodziła go już w ogóle walka, żadna istota przebywająca w pobliżu, jedynie to, by pozbyć się miecza. Uderzył plecami w ścianę, odbił się, zaszarżował przed siebie, mijając walczących. Rozpędził się, dotarł do okna, rzucił się…
Upadł w mroku z pierwszego piętra na twardą ziemię, na lewe ramię, powodując zwichnięcie stawu. Turlał się tak przez wieczność, niewiedząc gdzie jest i na czym się zatrzymie. Paskudna sprawa. Potworny, rwący ból przeszywał jego ciało za każdym obrotem, lecz nie imał się do tego, spowodowanego dotykiem Wygnańca, który leżał teraz kilkanaście metrów dalej, w stronę budynku, gasnąc powoli. Kamienica wyglądała spokojnie, pomimo tego, co działo się wewnątrz. Za chwilę miał nastąpić wybuch, jeśli wampirzyca dokonała tego, co postanowiła. Jednak demonoid był bezpieczny w tej odległości.
Tymczasem Samael nie mógł tego zauważyć, jako że przebywał teraz w innym wymiarze, w wymiarze wspomnień, tych prawdziwych, nienarzuconych przez demona, widział matkę… Sylios, Etoiles, Sytir – czy oni zwrócili? Może kątem oka zauważyli jakiegoś wojownika szarżującego prze zpokój, może i spodziewali się kolejnego sprzymierzeńca, bądź wroga? Jednak ich sytuacja nie pozwalała na długo koncenntrować się na czymś poza obroną własnego ciała.
Syl, zabezpieczony "trzymał" w ręku energię, która miała zagrozić jakoś demonowi. Z każdą chwilą był słabszy, przeskok tutaj, użycie tarczy, szarpanina z ożywieńcami… to znacznie nadwyrężyło jego zapasy energii, toteż nie miał sił na tak ambitną obronę, jak by chciał. Jego ruchy były spowolnione, a tarcza słabła. Widział, jak Etoiles okrąża barierę, podczas gdy jego ożywieńcy bezsilnie próbowali uporać się z nią od przodu. Nie mieli szans, nie oni, nie swoją bronią, ale półwampir? To już inna sytuacja. Mężczyzna wyciągnął młot i uderzył nim, znacznie nadwerężając energetyczną barierę. Długo nie wytrzyma. Jednak półdemon ocnął się z letargu i szybko zorientował w sytuacji. Ból niedawał mu myśleć jasno, jedyne, co mógł teraz zrobić, to rozkazać zabranie ich stąd oraz poświęcić resztki swe energii, by jego brat mógł ich nadal ochraniać. To tez zrobił.
Sylios poczuł, jak przepełniają go siły, jednak nie był to stan sprzed przybycia tutaj. Samael tez nie miał sporo energii do przekazania, walka z katuszami duszy sporo go jej kosztowała. Tak więc Sylios zyskał mocy na jeden jedyny krok. Czy go wykorzysta odpowiednio? Powinien, lecz oto w wejściu stanęła Xena, z butelką spirytusu w dłoni. Robiła za sobą ścieżkę. Zmierzała ku barierze, gdy Syl rzucił w nią ostrzem. Ominęła. Była szybka, sprytna i spostrzegawcza. Lecące w jej stronę ostrze, wyrzucone przez półdemona, na którego się patrzyła, nie było jej straszne. Szła dalej, aż w końcu stanęła. Jednak zanim połączyła się z demonem, ten zdołał przebić się przez barierę znacznie naruszoną przez młot Etoilesa, i dosięgnąć swymi łapskami Syliosa, który właśnie starał się przeskoczyć razem z Etoilesem i Samaelem do jakiegoś, tylko sobie znanego miejsca.
Potworny ból przeszył ciała… nie, dusze obu braci, którzy połączeni ze sobą krwią jednego demona, byli zbyt blisko siebie. Naturalna więź między nimi stała się dzięki przekazie energii tak silna, że prawie fizyczna, przez co Sytir oderwał sporą część duszy ich obojga, tego, co mieli wspólne – Abbadona…
Jednak przeskok był w trakcie wykonywania! Przez ogromne komplikacje w świadomości oraz duszy Syliosa, stało się coś całkiem innego, niż by chciał. Przeniosło ich jedynie kilkanaście metrów od miejsca, w którym byli. Gdzieś za budynek, całą trójkę, na wysokość pierwszego piętra! Spadli, wszyscy – cierpiący katusze Samael, Sylios w mniej więcej takim stanie, oraz Etoiles, całkowicie zdezorientowany całą tą sytuacją. Runęli na ziemię, nie, nie na ziemię, prosto na drzewo, którego gałęzie pocharatały i połamały im ciała znacznie bardziej, niźli miecze i uderzenia wrogów do tej pory. Samael, nieprzytomny nic nie poczuł, jednak jego prawa noga była wygięta w nienaturalnym kierunku, kość wystawała, a w ramieniu tkwiła wbita, złamana cienka gałąź. Sylios wyszedł z tego w miarę cało, lecz podczas najmniejszego ruchu stopą bolało, jak diabli. Po za tym był wykończony i nie miał siły nawet się podnieść. Czuł wewnątrz siebie jakiś brak, ślad po czymś, czego już nie było. Nie czuł się taki potężny, jak kiedyś. Wiedział, że już nigdy taki nie będzie. Etoiles – nie dość, że tracił Wygnańca, którego chciał ukraść półdemonowi, to w tej chwili nie posiadał też lewej dłoni, która została ucięta jego własnym młotem, i w tej chwili leżała gdzieś tam, na ziemi, pod niskim drzewem, na którym wszyscy wylądowali. Nikt nie umarł, jednak każdy był tego bardzo bliski. Samael nawet nie odczuwał bólu, gdyż nie był przytomny. Żaden z nich nie miał przy sobie broni. Wszystko runęło na ziemię, gdy tak obijali się z gałęzi na gałąź. Byli bezsilni.
Zanim jednak zdążyli dobrze to wszystko zauważyć, zanim złapała ich pierwsza fala bólu połączona z zaskoczeniem, nastąpiła olbrzymia eksplozja! Cały budynek nagle rozsypał się na miliardy kawałków, połączonych ze sobą ogniem o setce barw! Ruina wymiotowała przeróżnymi fajerwerkami, pociskami, drobinami wszystkiego, co znajdowało sie wewnątrz. To był nieziemski widok, na pewno niezapomniany! Oto znikało z powierzchni ziemi coś tak wielkiego, tak masywnego, cały budynek. Ot tak, w ciągu sekundy.
Wampirzyca dokonała tego, co chciała, zanim jeszcze cała grupka dobrze zniknęła – po tym, jak demon zaatakował Syla wydarzyło się cos dla niej dziwnego. A mianowicie wszyscy zniknęli, lecz jakaś dziwna, subtelna część nich nadal tam była – a przynajmniej dwóch demonicznych braci, cierpiąc niezmierne katusze. Połączyła się więc jak najszybciej z Sytirem i podpaliła swoją wybuchową mieszankę, po czym zniknęła z nadzieją, że pozbędzie się niechcianych gości raz na zawsze.
Co się wydarzyło? Dlaczego kobieta widziała ich nadal, skoro już się przenieśli? Demon w jakiś dziwny sposób naruszył strukturę czaru Syliosa, powodując, że przenosili tylko częściowo, jakby moc nie mogła się zdecydować, w którym miejscu się znajdują. Z całą pewnością coś zaszło, jakaś zmiana w mocy Syliosa. Już nigdy nie będzie ona taka, jak kiedyś…

WALKI KONIEC!!!
Dziękuję Wam bardzo serdecznie!

Sylios – 5 Pch
Reszta – 25 PCh

Xenia i Infi są wolni, mogą pisać co sobie chcą, jeśli chcą (Infi ma zwichnięty staw ramienny).
Eto – nie masz lewej dłoni, ucięta.
Sam – jesteś nieprzytomny, prawa noga silnie złamana otwarcie, w ramieniu gałąź.
Syl – skręcona kostka, wykończenie.
Cała trójka na drzewie w różnych jego miejscach, bez broni, zmęczeni, niektórzy nawet wykończeni. Róbta co chceta, jednak nie polecam walczyć. Radźcie sobie, zejdźcie jakoś i gnajcie w świat swymi połamanymi ciałami.
Dziękuję i powodzenia!!!

Wróć do „Centrum miasta”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 7 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52122
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1038
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Filip Chujzer
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.