Zaułek

Centrum Wolenvain obejmuje swoim zakresem przede wszystkim zabudowę powstałą wokół ogromnego, największego w Autonomii rynku, czyli wszelkiego rodzaju oberże, karczmy, sklepy, łaźnie, zamtuzy, słynny uniwersytet oraz legendarną, poelficką Wieczną Bibliotekę.
Awatar użytkownika
Fleczer
Posty: 754
Rejestracja: 16 kwie 2011, 21:48
GG: 6850576
Karta Postaci: viewtopic.php?p=7484#7484

Zaułek

28 lut 2012, 16:58

Opis lokacji

Jedno z wielu takich miejsc. Ciemny, nieprzyjaźnie wyglądający, pokryty śmieciami, które walały tu się nagminnie z racji, iż gości przestrzeń ta witała rzadko. Kiedy jednak już witała, byli oni w drodze, gdzieś się spieszyli, rzadziej spacerowali akurat tędy, jest to bowiem jednocześnie jeden z wielu skrótów pomiędzy większymi ulicami miasta, dość prosty skrót, oszczędzający sporej ilości drogi, lecz o pewnych porach niezbyt bezpieczny. Łatwo w nim zarówno o bandytów, jak i o kieszonkowców czy też innych nieprzyjemnych. Mała przestrzeń pomiędzy ścianami sprawia, iż ciężko jest się poruszać tędy jedna osoba obok drugiej w większej ilości niż sztuk dwie.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

MG Post

Zapadł już zmrok, niebezpieczna była to pora, szczególni w takim miejscu jak to, oczywiście jak dla kogo, gdyż jeśli chodzi o zadzieranie ze strażnikami, to jasnym staje się, że w wypadku uśmiercenia jednego z nich, należy mieć do tego dobry powód, bo śmierć choćby jednego wiąże się z niebezpieczeństwem w postaci nagonki na zabójcę. Tak, więc większość członków straży nie czuła trwogi, chyba że zadarła z niewłaściwymi ludźmi. Nic, więc dziwnego, że dwójka zbrojnych ciągnęła właśnie ze sobą szalonego mężczyznę uciszając go przy tym jak bardzo tylko się dało. Wilgoć dawała się we znaki, choć jedynie w tym miejscu, gdyż wszędzie w okół roztopiony śnieg już dawno wyparował. Dochodził do tego jeszcze smród rodem z rynsztoka, który doprowadzał do bólu głowy.
– Cholera, wiedziałem, że nie trzeba się było ciebie słuchać, młody – rzucił z pretensjami jeden ze strażników, przy okazji walcząc z wyrywającym się wciąż szaleńcem.
– Już stękasz? To najkrótsza droga. Im szybciej go doprowadzimy, tym lepiej – odpowiedział mu drugi, przy okazji uciszając wciąż mężczyznę, którego prowadzili.
– Prawdę mówisz, jeno chwila i jesteśmy na miejscu – zauważył pierwszy – ale, niech mi bogowie świadkami, spiorę cię jeśli ten zapach będzie się później wciąż za nami wlókł – pogroził drugiemu znaczącym spojrzeniem, na co ten jedynie parsknął śmiechem.
– Szybciej zwieję niż o tym pomyślisz. Zajmijmy się robotą, już prawie jesteśmy na miejscu.
Dopiero w tej chwili usłyszeli kroki za sobą. Ktoś się zbliżał, odwrócili głowy, by ujrzeć…

--------------------------------------------------------

Wykaż się. Wybacz, że post tak krótki, ale następne będą zdecydowanie lepszej jakości.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 375
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Karczma Pod Bezgłową Damą
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

23 sty 2014, 14:26

Wioskowy głupek nadal będzie wioskowym głupkiem. Nawet jeśli swym ostrzem zrani przeciwnika – wioskowym głupkiem i tak pozostanie. Właśnie w ten sposób odnosił się do młodego szlachcica Vereomil. Nie widział w nim ni więcej, ni mniej niż narwanego przygłupa, któremu opowieści o rycerzach pełnych odwagi i księżniczkach w wieżach nadal siedziały w głowie. Z pewnością w ten sposób chciał sobie zaskarbić przychylność ludu, chwałę i majątek. Cóż, prawdę mówiąc się przeliczył. Jedyne, co mógł zrobić, to odprowadzenie Akariona wzrokiem, kiedy ten uciekał zaułkiem. Tak też zrobił elf, wszak nie miał nic innego do roboty, lecz szczerze mówiąc wolałby widzieć go martwego… Szybko odegnał tę myśl. Nie miał zamiaru myśleć o nim źle, choć wręcz wpychały się z uporem do jego głowy najgorsze określenia, które mogły mu przyjść na myśl. Sam nie miał pojęcia, że do niektórych był zdolny. Cóż, tym razem miał szansę zasmakować próbki swoich możliwości.

Dopiero po chwili zorientował się, że już po wszystkim. W momencie ucieczki czarnowłosego zagrożenie się ulotniło wraz z jego zniknięciem. Nie można było jednak powiedzieć, by ta walka została wygrana. Vereomil miał przeczucie, że ta farsa nie skończy się zbyt szybko. Nigdy nie chciał mieć śmiertelnego wroga, a wyglądało na to, że jednak udało mu się go zdobyć. Nie był zbyt szczęśliwy z tego powodu – to chyba oczywiste – lecz z drugiej strony nie sprawiało mu to aż tak wielkiego problemu. Miał jednak nadzieję, że nie spotka go za szybko. Zdawał sobie sprawę, że i on nie wyszedł bez szwanku z tej batalii, więc i on musiał dojść do siebie. Wyleczyć rany. Stanąć znów na nogi. Cóż, może w jego przypadku było to możliwe. Bard nie miał już takiej możliwości, lecz nie zamierzał z tego powodu rozpaczać. Przyzwyczaił się do tego. Do laski. Do tego, że już nigdy więcej nie zrobi choć najmniejszej akrobacji. To było już przesądzone i Vereomil nawet nie marzył, by poczynić choćby jeden skoczny krok. Wiedział, że nie był do tego zdolny. Nie pozwalała mu na to nadwyrężona miednica. Cóż, przypadki chodzą nawet po nieludziach i nie było to coś nadzwyczajnego. Ot, wystarczyło się podnieść i ruszać dalej. Sprzyjała temu troska jednego ze strażników, który postanowił zapytać o samopoczucie elfa.

Albinos spojrzał w górę przyglądając się twarzy strażnika. Nie robił tego jednak zbyt długo. Ot, ułamek sekundy, który był potrzebny na oględną ocenę osobnika. Zaczął:

- Mam poparzoną rękę. Przydałby się medyk czy znachor. – Nietrudno było się domyślić, lecz postanowił o tym oznajmić. Jednocześnie zorientował się, że jego dłoń, ku jego uciesze, nie była jednak poparzona, a uszczerbku doznało jedynie przedramię, choć to także nie było dobrą wiadomością, acz nie aż tak tragiczną jak zdawało mu się na początku. – Jednakże bardziej martwię się o Enela… Ptaka. – Naprędce wyjaśnił strażnikowi kogo nazywał Enelem. – Mógłbyś mi podać laskę… i lutnię? jeśli łaska – poprosił.

Pomocny strażnik spełnił prośbę Vereomila, a nawet w przypływie nadgorliwości pomógł mu się podnieść, co znacznie ułatwiło ten proces. Już po chwili stał opierając się o laskę. Wtem usłyszał jakby trzepot skórzastych skrzydeł, a także szeroko otwarte oczy i usta jego pomocnika, który wpatrywał się w niebo. Elf także zwrócił swój wzrok w tamtym kierunku, by ujrzeć czarnego, wielkiego jaszczura. Przez chwilę nie mógł znaleźć określenia na to zadziwiające stworzenie, które ni stąd, ni zowąd pojawiło się w centrum miasta. Było to wręcz nie do pomyślenia, by takiej wielkości stwór mógł spokojnie przemierzać ulice Wolenvain. Co więcej – było to praktycznie niewykonalne. W końcu znalazł słowo! Smok. To mu się nasuwało na myśl jako pierwsze…

…i wtedy doznał olśnienia. A co, jeśli tym gadem jest Akarion? Co, jeśli okaże się, że jego wrogiem jest tak potężna istota? Vereomila wręcz sparaliżowało od stóp do głowy. Było to wręcz niewyobrażalne, przerażające. Kilka kropel potu spłynęło po jego skroni. Więcej płynu nie miało możliwości przedostać się przez pory, choć bard doskonale czuł, że bardzo by tego chciał. Próbował odgonić myśl jak najdalej, lecz ta wracała niczym bumerang czy pies, któremu rzucono piłeczkę. Tę się odrzucało jeszcze dalej, lecz za każdym razem powracała. Powracała. Powracała. Końca widać nie było. W końcu dał spokój i dał myśli płynąć swoim torem, lecz to okazało się jeszcze gorszym rozwiązaniem, bo w głowie Vereomila pojawiały się coraz gorsze, coraz mniej podobające mu się wizje, których nie chciałby mieć w swojej głowie, więc z całych sił próbował je wyprzeć. Dopiero po chwili udało mu się to osiągnąć.

Zorientował się, że nadal wpatrywał się w niebo. Chwycił w dłoń lutnię podaną przez strażnika, który także dopiero teraz się otrząsnął. Cała sytuacja zakrawała o absurd. Samemu Vereomilowi trudno było uwierzyć w to, co się stało, choć był uczestnikiem owych wydarzeń. Umysł ciągle zaprzeczał twierdząc, że coś takiego nie miało prawo bytu, za to oczy nadal wiedziały swoje. Elf nie wiedział której części siebie wierzyć. Tuż po walce ze smokiem musiał toczyć wewnętrzną batalię. Nietrudno stwierdzić, że było to doszczętnie wyczerpujące. Jednakże bard miał inne zmartwienia na głowie.

– Znajdę gdzieś tutaj zielarza? Medyka? Znachora?

– powtórzył pytanie, jednocześnie ruszając w stronę Enela. Laska raz po raz grzęzła w błocie i musiał ją wyciągać z trudem, lecz powoli poruszał się do przodu. W końcu znalazł się przy sokole. Łatwo było dostrzec, że miał złamane skrzydło, co niespecjalnie wróżyło zarówno dla niego jak i dla Vereomila. Trzeba było się tym zająć w trybie natychmiastowym. Dopiero wtedy albinos zorientował się, że niespecjalnie miał czym zabrać ptaka. W końcu jednak wpadł na pomysł. Rozsupłał chustę, którą miał na głowie delikatnie ułożył na niej ptaka, by następnie otulić go materiałem. Nieprzytomne zwierzę schował do dużej sakwy, lecz jej nie zamykał. Dopuszczał dostęp powietrza, by przypadkiem się nie udusiło.

Następnie znów zwrócił się do pomocnego strażnika:

- Więc wiesz coś na ten temat? – ponownie zapytał spoglądając mu w oczy. Pionowa powieka leniwie przemknęła po gałce ocznej.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

30 sty 2014, 00:17

MG

Strażnik zerkał nerwowo w niebo, ewidentnie nie mógł skupić się na słowach Vereomila. Jakimś cudem jednak dotarły one do niego, przelotnie spojrzał na rękę.
- Medyk? Ni, chirurga wam potrzeba! Jest tu przytułek, tam tacy siedzą… – z pewnymi trudnościami opisał elfowi drogę do wspomnianego budynku, sugerując, że tam będzie najłatwiej o pomoc, nie wiadomo czy odpłatną, czy też nie. Choć trudno było się w tych czasach spodziewać bezinteresownej pomocy ze strony wszelakiej maści chirurgów, lekarzy, czy innych tego pokroju osób. Sumienie ruszało ich zapewne dopiero, kiedy ktoś był bliski śmierci. Vereomil zdecydowanie nie umierał, choć pieczenie jakie odczuwał sugerowało mu coś innego.
- Ale dla ptaka, to nie wiem gdzie pomocy szukać możecie. Może tyż tam.

Upewniwszy się, że elf ma się już jako-tako strażnik popędził za resztą swojego oddziału, który już zdążył oddalić się dobre kilkadziesiąt metrów. Dowódca najwidoczniej miał go w dupie. Tym sposobem Vereomil pozostał sam. Stał w wyschłym stożku błota, będąc tym samym niemym świadectwem niedawnych zdarzeń. Większość przechodniów paradoksalnie starała się ominąć suchą ziemię, trudno im się jednak dziwić. Wywoływała ona pewną konsternację. Co bardziej zabobonni zapewne bali się, że wejście w nią sprowadzi na nich jakąś straszliwą klątwę, inni, nieco mądrzejsi, podejrzewali, że ktoś zrobił to w jakimś celu i woleli nie deptać po jego pracy. Zwłaszcza, że mógł się potem zemścić. Rozejrzawszy się Vereomil mógł dostrzec, że nawet najwytrwalsi z gapi oddalili się już i częstowany był jedynie ukradkowymi spojrzeniami. Nie pozostało mu nic innego, jak udać się w swoją stronę i znów wmieszać w tłumy krążące po mieście. Potrzebował pomocy i, biorąc pod uwagę jego stan, musi się do tego przyzwyczaić. Koniec końców był kaleką. Może jakiś chirurg w przytułku ulituje się nad kaleką.

Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 375
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Karczma Pod Bezgłową Damą
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

30 sty 2014, 17:30

Trochę irytowało go rozpraszanie się strażnika, lecz nie dał sobie tego poznać. Zresztą pieczenie poparzonej ręki i strach przed kolejną konfrontacją ze smokiem były od tego o wiele, wiele silniejsze. Zdawał sobie sprawę, że potrzebował natychmiastowej pomocy, więc coraz bardziej się niecierpliwił, kiedy rozmówca ociągał się z odpowiedzią. Rozumiał, że gad takiego gabarytu nie zdarzał się codziennie, ale tutaj to on potrzebował pomocy! Akarion czuł się nadzwyczaj dobrze… Był smokiem! Nie to co Vereomil – kaleki elf, który nawet skrzydeł nie miał. Pomyślał, że bardzo wygodnie byłoby je mieć. O wiele łatwiej można byłoby mu podróżować i nie musiałby kuleć, bo mógłby latać! Cóż to byłaby za przyjemność… Byłaby. Wiedział jednak, że nie było takiej możliwości. Czy rozpaczał? Niespecjalnie. Był sobą. Może niespecjalnie lubianym, niespecjalnie chcianym i niespecjalnie szczęśliwym, ale jednak sobą. Albinosem, kaleką, tchórzem, paranoikiem. Co z tego? Był także bardem. Duma go rozpierała, że potrafił grać, śpiewać. Wiedział, że jest dobry i nikt nie mógł temu zaprzeczyć. A jakże! Bo kto? No kto? Właśnie!

Rozejrzał się po ziemi. Potrzebował jeszcze kapelusza, który w międzyczasie spadł z jego głowy. Jest! Znalazł. Przykuśtykał do niego swoim tempem i nałożył na głowę. Nie miał pod czym schować włosy, a spod samego nakrycia głowy niesfornie umykały, więc w końcu postanowił dać za wygraną. I tak nie mógł nic z tym zrobić. Spodziewał się jednak, że niecodzienny kolor włosów może mu sprawić niemałe trudności.

Ludzie i nieludzie odchodzili. Rozchodzili się. Opuścił go strażnik, który w geście współczucia pomógł mu wstać i uzyskał od niego informacje o pomocy medycznej. Opuścił go głupawy młodzieniec ze szlachty, który… był głupi. Opuścili go gapie, którzy po zakończonym przedstawieniu po prostu się rozeszli. Znów został sam. Spodziewał się tego, więc się nie zdziwił, kiedy się to stało. Westchnął zrezygnowany i wyruszył dalej w stronę przytułku.

Miał nadzieję, że tym razem spotka go coś lepszego… Jednakże nadzieja matką głupich.

z/t

Wróć do „Centrum miasta”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 10 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 8 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Xariel
Liczba postów: 52170
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.