Dzielnica portowa

Centrum Wolenvain obejmuje swoim zakresem przede wszystkim zabudowę powstałą wokół ogromnego, największego w Autonomii rynku, czyli wszelkiego rodzaju oberże, karczmy, sklepy, łaźnie, zamtuzy, słynny uniwersytet oraz legendarną, poelficką Wieczną Bibliotekę.

Moderator: MG

Sa
Anonymous

Dzielnica portowa

08 lut. 2011, 22:52

W zapomnianej przez mieszczan dzielnicy portowej znajduje się wylęgarnia wszelkiego rodzaju zwyrodnialców, rzezimieszków. Prawdopodobnie właśnie tu w najciemniejszych zakamarkach miasta mieści się siedziba gildii złodziei. Śmierć jest tu stałą bywalczynią zbiera plony z zakrwawionych ulic za dnia jak i nocy. Dzielnica zdominowana przez ponure twarze ludzi którzy zapomnieli dla czego żyją, snujących się po zakamarkach ze znikomym wyrazem twarzy, wyrazem tęsknoty do lepszego życia. Nieodzowny jest tu smród ryb rozpościerający się od portu po zniszczonych mieszkaniach tutejszej ludności. Każdy opuścił by to miejsce przy pierwszej nadarzającej się okazji.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Ari
Posty: 454
Rejestracja: 21 lip. 2012, 12:39
GG: 11650866
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2036

11 paź. 2012, 17:34

MG

Nadkrab, który został tak bestialsko potraktowany, niemalże nie zauważył momentu, w którym Urlos go dopadł i użył w charakterze dysku. Dreptał spokojnie, a tu nagle wielkie łapska podchwyciły go i wyrzuciły hen, hen daleko. Wcześniejsze wydarzenia były dla nadkraba mało ważne, dlatego nawet nie zarejestrował wcześniejszych potyczek. Liczyło się dla niego to, że pikował wprost na ocuconego już Mańka. Cóż mógł na to poradzić? Nic. Kompletnie pogodzony z losem przygotował szczypce, aby po zderzeniu natychmiast móc się do czegokolwiek przyczepić. Zakleszczył się na ubraniu Mańka. Jako, że koszulina którą nosił była wyświechtana i dość zniszczona, pochwycony przez nadkraba materiał został mu w szczypcach, a on sam spadł na ziemię. Całe szczęście, że nie na skorupę, bo to wykluczyłoby go z dalszej walki. Zanim udałoby mu się stanąć ponownie na odnóżach, wszystko by się skończyło. Otrząsnął się z szoku wywołanego lotem i kontaktem z ziemią, szczypnął powietrze kilka razy i znów ruszył w stronę Urlosa.

Machający kordelasem i powiewający paseczkami skóry z policzka Jedynka ucieszył się, gdy zobaczył, że bicz Urlosa szybuje wraz z Dwójką. Cała ta akcja wywołała w nim gniew, nie miał zamiaru dłużej cackać się z koniowatym, który podniósł rękę na jego brata, jednakże ten mały element, jak utrata broni, wprawił go w dobry nastrój. Uśpiło to jego czujność. Nie wyczuł pisma nosem i nie odskoczył, gdy Urlos zaatakował go swoją bronią biologiczną, zwaną Tyczką. Element zaskoczenia, szok po ujrzeniu latającego karła z bliska, sprawił, że Jedynka padł na ziemię, a karzeł upadł na niego. W ogólnym zamieszaniu nie sposób było natychmiast jasno określić co się stało. Z któregoś z nich sączyła się krew. Sączyła… Z sekundy na sekundę, mokra plama dookoła nich robiła się coraz większa. Co tam się stało? To proste. Urlos zaatakował karłem w taki sposób, że ten nadział się na kordelas Jedynki. To był dobry karzeł.

Łajza obserwował wszystko z góry i nadal rzucał czym popadnie. Na chwilę przerwał ostrzał, żeby przyjrzeć się dokładnie wydarzeniom na dole. Zobaczył krew, dostrzegł koniuszek kordelasa wystający z pleców Tyczki, widział jak Jedynka próbuje się spod niego wydostać. Rzut krabem niczym dyskiem niezmiernie mu zaimponował. Łajza postanowił sobie, że będzie musiał się czegoś takiego nauczyć jak już ta walka się skończy. Wyrwał kolejny kawałek dachu i rzucił. Tym razem w jaszczura. Trafił prosto w głowę, ale tylko dlatego, że od paru chwil tamten stał nieruchomo. Tak jak reszta obserwował Tyczkę.

Dwójka zdążył w tym czasie wstać na nogi. Chciał rzucić się w powrotem na Urlosa, ale Blondas zatrzymał go swoim hakiem. Mamrocząc coś pod nosem i wyglądając na wielce niezadowolonego, Dwójka został tam, gdzie się podniósł, czyli w pobliżu Chrapa i Blondasa. Ta ostatnia dwójka jeszcze ani przez chwilę nie włączyła się do walki. Mieli plan, czy po prostu chcieli zmęczyć centaura walką z nic nie znaczącymi przeciwnikami?

Jurek, który nie mógł się otrząsnąć po tym, co spotkało Tyczkę, dostał w głowę kamieniem. To go otrzeźwiło.
To, co zrobiłeś jest niewybaczalne -zaczął całkiem cicho.– Pojawiasz się tu całkiem znikąd i masz czelność robić burdel. Nie pozwolę ci na to. Moja cierpliwość się skończyła.
Jak widać nie było ważne kto rozpoczął bójkę. Nie był istotny fakt, że Urlos działał w obronie własnej. W tej chwili dla Jurka liczyło się to, że Tyczka leżał na ziemi bez życia. Jaszczur zrobił krok do przodu. Coś zaczęło się dziać. Najpierw w oczach pojawił się dziwny błysk, coś jak wesołe ogniki, z tą różnicą, że akurat te nie były radosne. Jurek zaczął dziwnie bulgotać, trudno określić czy był to warkot, czy syk, czy też odgłos gulgotania podczas płukania gardła. Bulgotał tak, jakby coś się w nim zaczęło gotować. Zrobiwszy kolejny krok do przodu, rozłożył ręce a dłonie skierował wnętrzem do góry. Oprócz bulgotania można było teraz zobaczyć coś równie (jeśli nie bardziej) niepokojącego. Jaszczur robił się czerwony. Całe ciało pokryte łuską stopniowo zmieniało swoją barwę na coraz "gorętszą". Wszyscy poza Łajzą, który znajdował się nieco dalej, mogli wyczuć ciepło, które biło od Jurka. Jego ciało rozgrzewało się w różnym tempie w różnych partiach ciała. Proces najszybciej postępował w dłoniach, które przed chwilą były jaskrawoczerwone, jednak zastąpiło to rozgrzanie do białości. Nietrudno się było domyślić, co się dzieje. Chwilkę później rozłożone na boki ręce Jurka zapłonęły. Ogień unosił się od dłoni na około pół metra, lecz z każdą sekundą rósł coraz okazalszy. Jęzorki ognia rozchodziły się na całe ciało, najpierw zajmując przedramiona, wpełzając na ramiona, moszcząc się na barkach i anektując sobie głowę jaszczura. Zapłonęły też jego stopy, a z nich ogień rozprzestrzenił się na całą długość dolnych kończyn i tułów. Jurek stanął w płomieniach. Żywa, jaszczurza pochodnia zrobiła kolejny krok naprzód. Ogień na dłoniach zdawał się kłębić i kotłować. Zbijał się w ciasne kule, które były w ciągłym ruchu. Ogień palił się czystym, jasnym płomieniem, podsycany złością jaszczura. Gdy ogniste kule urosły do pokaźnych, satysfakcjonujących Jurka rozmiarów, cisnął nimi w Urlosa. Najpierw jedną, którą celował w przód centaura, następnie drugą, której celem był jego zad.

Chrap i Blondas wyglądali na całkiem zadowolonych z takiego obrotu spraw. Dwójka obserwował to z rozdziawioną paszczą. Łajza wstrzymał oddech i zaczął zastanawiać się czy już nadszedł czas, żeby sprowadzić pomoc. Maniek wrócił do roli obserwatora. Nadkrab tuptał w stronę Urlosa. Jurek płonął żywym ogniem. Jedynka usiłował wydostać się spod karła. Tyczka nadal był martwy.

Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie. 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

12 paź. 2012, 18:49

O tak, Urlos dobrze wiedział jak wygląda magia. Już w momencie kiedy zaczęły objawiać się ogniki w oczach zdawał sobie sprawę jak to się skończy, a kiedy zaczęło się bulgotanie i uderzenia ciepła – to czas uciekać.
Dlaczego uciekać? Trzeba znać swoje zalety, jak siła i wady, jak brak zwinności. Gdyby zaczął się obracać, czy próbował unikać kul wówczas na pewno by jedną z nich dostał. Chociaż refleks miał świetny, to gabaryty swoje robiły. Jedyna szansa na to by wyjść z opresji to galopować łukiem dookoła Jurka i w ruchu unikać pocisków, co było o wiele łatwiejsze.
Zabijanie w bójkach nigdy nie przynosi nic dobrego, szczególnie jeśli jest się dyplomatą w mieście i czeka na odpowiedź odnośnie oferty pokoju, ale centaur liczył się z takim rozwojem sytuacji od pierwszych chwil gdy pojawili się Chrap i Maniek. Gdyby wtedy na samym początku trafił łapą Chrapa, Urlos po prostu by odszedł, ale nie – musiał sprowadzić patafianów i wywołać burdę. A mogliby przecież spożytkować tę energię na obaleniu rządzących.
Różne myśli naszły morain gdy widział martwego karła, chociaż jemu samemu śmierć nie była straszna i wiedział, że to część cyklu natury, to zdawał sobie sprawę, że tak mało osób ją rozumie jak on. Dlatego to było smutne, nawet jeśli nieuchronne. Czy to banda rabusiów siedzących w przesmyku oczekując handlarzy, czy awanturnicy w tawernie portowej – łączyła ich przyjaźń i swego rodzaju wzajemne zrozumienie, a strata dobrego druha, czy w szlachetnym czy w złym sercu zawsze wywołuje ból i smutek.
Nie, Urlos się nie wzruszył, nie był rozkojarzony z powodu tego co się stało. Po prostu wiedział jakie konsekwencje przyniosła śmierć karła, niedawno tak żywego.
[color=6f6f6f]Mówisz, że żarty się skończyły? Skoro tak…[/color]
Urlos w biegu dobył rękoma łuk refleksyjny z futerału na plecach, wyjął strzałę z kołczanu i założył na cięciwę. Tak dobrze znajomy stukot jego kopyt wywoływał spokój i opanowanie, prawie jakby czas zwolnił. Chociaż w całym skupieniu starał się uniknąć kul ognia, to wiedział, że bez różnicy, czy teraz oberwie, czy nie, to Jurek, Blondas i może Maniek zginą, reszta też, jeśli nie uciekną. Śmierć. Gdy potrafisz się z nią dogadać, zrozumieć jej misję, to nie znajdziesz lepszego sojusznika.
Jeśli udałoby mu się uniknąć ciśniętych w stronę Urlosa ognistych kul, naprężyłby cięciwę ze strzałą po czym wypuściłby ja w kierunku ramienia Jurka, by go nieco ostudzić.
[color=808080]Nie ja to wywołałem, ostrzegam was odpuśćcie![/color] – dałby im jeszcze szansę.
Jeśli byłaby taka konieczność, następnym celem byłaby głowa Jurka. Głowa ponieważ to pewny i łatwy cel w tej sytuacji. W złości i chęci zemsty jaszczur na pewno wykorzystał za dużo energii na kule niż powinien, z pewnością przez chwilę będzie zdekoncentrowany – no chyba, że ma jeszcze coś w zanadrzu, co centaur również brał pod uwagę, chociaż było to raczej mało prawdopodobne.
Po tym posłałby następną strzałę celując w ścianę budynku tuż obok głowy Blondasa, może przeciąłby mu co najwyżej ucho, lecz to tylko w geście finalnego ostrzeżenia i znaku, że pozbawić ich życia naprawdę nie jest trudno. Coś mu podpowiadało, że to nie podziała w przypadku tęgiego hakorękiego, ale Urlos nie miał w zwyczaju odbierać życia bez potrzeby. Trzeba zauważyć, że tak naprawdę centaur nie jest na nich nawet wkurzony, wręcz przeciwnie – nie wiedząc dlaczego czuł do nich nutkę sympatii, ledwo różniącą się od obojętności. Chociaż po takich przeżyciach raczej nie siądą wspólnie do stołu i nie napiją się piwa, a jeśli odpuszczą teraz, wrócą innym razem z zamiarem odebrania życia Urlosowi. Szkoda, naprawdę szkoda.
Awatar użytkownika
Ari
Posty: 454
Rejestracja: 21 lip. 2012, 12:39
GG: 11650866
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2036

14 paź. 2012, 21:12

MG

Urlos nie miał zapału do walki. Nie dość, że nie chciał zabijać słabszych, według niego, istot, to na dodatek ograniczała go rola dyplomatyczna, którą miał w Wolenvain odegrać. Niestety wszystko się skomplikowało.
Kule ognia, którymi cisnął Jurek, a przynajmniej ta, która posłana była w zad Urlosa, trafiła go wywołując bolesne i nieciekawie wyglądające poparzenie. Kula wycelowana w głowe, ominęła go i trafiła w budynek.
Rana sprawiła, że celność Urlosa zmniejszyła się. Chciał trafić w ścianę obok Blondasa, a zamiast tego, strzała z jego łuku, trafiła Chraba prosto w krtań. Mężczyzna padł na ziemię charcząc, rzężąc i chlapiąc krwią dookoła. Po chwili już nie żył. W ten sposób, dyplomatyczna wizyta, która miała przebiegać w pokojowym nastroju zamieniła się w zabijanie bezbronnych mieszkańców miasta.
Widząc to, Jurek zapalił się jeszcze bardziej. Łuski przestały być widoczne, rozmył się kontur postaci. Pozostał jedynie płomień i żarzące się, czerwone ślepia. Jaszczur stał się ogniem, wielkim płomieniem. Kamienie Łajzy się go nie imały, tak samo strzały Urlosa. Zmierzał w kierunku centaura krokiem pijanego zająca. Ogień przemieszczał się skokowo w losowym kierunku, nie wiadomo było, w którą stronę się skieruje, ale pomimo tego był coraz bliżej centaura.
Blondas był zaskoczony takim obrotem sprawy. Bez słowa patrzył, jak Chrap ginie w konwulsjach. W przeciagu kilku chwil stracił dwójkę swoich ludzi tylko dlatego, że każdy z nich działał impulsywnie, bez porozumienia z resztą.

Straż! Straż! -zawołał nagle Łajza, który nadal był na dachu. Teraz podskakiwał podenerwowany i wskazywał ręką miejsce, w którym pojawili się członkowie straży.– Idą tutaj! Idą!
Nie zważając na to, czy na dole jest bezpiecznie, czy też nie, Łajza zaczął gramolić się z dachu. Nie wiedział, jak to zrobić najbezpieczniej, ale przecież ten dzieciak wychował sie w mieście. Zwinnie niczym małpka zsunął się z dachu i zaczepił stopami o okiennicę jednego z okien. Po chwili, trzymając się tejże okiennicy rękoma, zsunął się w ten sam sposób na kolejną okiennicę, z której zeskoczył na ziemię.

Tylko trzy istoty nie zareagowały na wrzaski Łajzy. Jurek, z racji tego, że ogarnięty był szałem, a także Chrap i Tyczka, ale to dlatego, że byli martwi. Nawet w dzielnicy portowej pojawienie się straży to coś niepokojącego. Owszem, można zabić strażnika raz, drugi, ale to wiązało się z tym, że większa ilość strażników pojawi się i zacznie węszyć.
Dobra, znikamy… -powiedział Blondas nadzwyczaj spokojnie jak na sytację, która miała tam miejsce. Odwrócił się na pięcie i zniknął w najbliższym budynku. Dwójka podszedł do swego brata, zrzucił z niego ciało martwego karła i pomógł mu wstać. Oni też poszli w swoja stronę, zerkając co chwilę za siebie, zeby sprawdzić, czy strażnicy ich nie gonią.

Maniek zaniepokojny obserwował to, jak Jurek nadal szalał. Jurek, a właściwie dziki żywioł jakim się stał, był głuchy na niemalże wszystko. Nie zauważył ogólnej ewakuacji, nie wiedział o tym, że zbliżają się strażnicy porządku. Potrzebował silnego bodźca, który otrzeźwiłby go i ostudził. Podejść się do niego nie dało, żeby wstrząsnąć nim fizycznie. Mańkowi zostały prośby i groźby.
Jurku! Jurku! Jureczku! Czy ty jeszcze przebywasz tam w środku? Jureczku! -Maniek nie chciał dopuścić do tego, aby Jurek rozpętał piekło w dodatku przy strażnikach. Dlatego zdecydował się na tak drastyczny krok, jak wołanie pełnym emocji głosem. Poskutkowało.
Płomień odwrócił się w stronę Mańka, a przynajmniej wyglądało, jakby się odwrócił. Przez chwilę wydawało się, jakby wiatr chciał zdmuchnąć go niczym płomyk świecy, tyle że dzień nie był nawet wietrzny.
Tak jak ognisko stopniowo wygasa, gdy brakuje już surowca, który mógłby pochłonąć ogień, tak płomienie którymi stał się Jurek malały z każdą sekundą. Ogień ciemniał, można było zauważyć pojawiający się zarys postaci. Gdy płomienie zupełnie zniknęły, nadal bił od niego żar. Zaskoczony Jurek spojrzał na Mańka. Zdawało się, że nie był do końca świadomy tego co się z nim działo.
Jurku! Straż idzie, musimy się zmywać… -złapał Jurka, za gorące jeszcze przedramię i pociągnął za sobą, żeby zniknąć gdzieś pomiędzy budynkami.

Na placu boju pozostali jedynie Urlos, Łajza i… nadkrab, który już prawie doczłapał do tylniej nogi centaura.
Lepiej szybko stąd znikajmy -Łajza podbiegł do Urlosa zerkając w stronę, z której nadchodzili, jeszcze niczego nieświadomi, strażnicy.– Lepiej nie dać się zobaczyć z umarlakami. Słyszałem, że do lochów łatwo wejść, ale wyjść nie można… A i znajdziemy kogoś, kto opatrzy pana ranę. Fajnie wygląda… bardzo boli?
Sytuacja wymagała szybkich decyzji, dlatego też Łajza szybko podniósł leżący na ziemi bicz Urlosa i poprowadził centaura w boczną uliczkę. Dokąd go prowadził? Ano do miejsca, w którym Urlos powinien uzyskać pomoc medyczną bez wielu zbędnych pytań. Do Przytułku.

Strażnicy, którzy w końcu doszli, zastali taki oto obrazek: Karła lezącego na plecach z wbitym kordelasem aż po samą rękojeść, Chrapa skręconego w konwulsji, powalonego strzałą oraz małego kraba, który spokojnie tuptał pomiędzy nimi.
Wszyscy uciekli z miejsca zdarzenia tak szybko, ze on, bidulek, nie zdążył się zorientować. Postanowił udawać zwykłego skorupiaka i całkiem nieźle mu to wychodziło.

/zt Urlos i Łajza
Urlosie, możesz pisać posta już w Przytułku.
Awatar użytkownika
Krasy
Posty: 46
Rejestracja: 08 lis. 2014, 16:22
GG: 2362384
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50844

14 gru. 2014, 10:31

Blask tarczy księżyca stał się wkrótce jedynym źródłem światła w okolicy, którą oboje przemierzali. Ciężkie lodowate powietrze biło coraz mocniej, co mogło świadczyć o tym, iż znaleźli się w dzielnicy portowej. Zapewne gdyby nie niska temperatura dałoby się wyczuć ostry odór przegniłego rybiego mięsa.

Krasy był niemal pewien, że jego przyszła ofiara nie zdaje sobie sprawy z jego obecności, choć mógł być w błędzie, biorąc pod uwagę aktualny stan jego umysłu. Ciężko mu było odgadnąć nawet w której części miasta się znaleźli. Ekscytacja i dzikie dreszcze coraz bardziej dawały się we znaki. Widział już tylko zataczającą się sylwetkę, lecz jednocześnie głowa podpowiadała mu że cel nie jest najlepszym jaki sobie obrał. Wnet w myślach jego pojawił się okrutny obraz człowieka, który godzony sztyletem nie dawał tego po sobie poznać. Szybko potrząsnął głową, mając nadzieję, że pomoże mu to w odrzuceniu tych parszywych głupot.

– Ludzie cierpią i cierpieli ilekroć to czyniłem, co więc miałoby się zmienić? – spytał jakby samego siebie. Takie zwroty do swojej osoby zawsze mu pomagały, powracał dzięki nim spokój, o ile stan w którym szepty dzikiej ekscytacji pchające do mordu troszkę się uciszały można było nazwać spokojem. Znów poczuł się na chwilę sobą, co pozwoliło mu na błyskawiczne rozeznanie się w sytuacji.
– Jestem w dzielnicy portowej, wokół ani żywej duszy. Ten spacer trwa już zbyt długo… – zwrócił się do siebie po raz ostatni, po czym ruszył nieco szybciej w kierunku zataczającej się sylwetki.
Kroki jego słychać teraz było niemal dwa razy częściej, niż kroki owego pijanego kmiecia. Zawsze w takich momentach jak ten, liczył na to że jego mroczna połówka przejmie kontrolę nad nim samym i obudzi się on już po samym akcie uśmiercania. Tak też się stało i teraz. Znów ogarnęła go ciemność związana z nawałem odbieranych przez umysł sygnałów. Przeszyły go dreszcze ekscytacji i ponownie w pełnym tonie odezwały się mroczne szepty, które dyktowały mu jedno.
Krasy skrócił dystans jaki dzielił go od jego przyszłej ofiary. Gdy był już w odległości kilku łokci, zaczął truchtać. Nie chciał żeby pijana morda miała czas wszcząć alarm, wydając z siebie jakikolwiek odgłos związany z ogarniającym ją strachem. Znajdując się już bardzo blisko, podbiegł od prawej strony, wciąż jednak znajdując się za plecami ofiary. Lewą dłonią chwycił mocno za rękaw prawej ręki pijaka i szarpnął ze sporą siłą w tył, co miało delikatnie wytrącając przeciwnika z równowagi, obrócić go przodem do Krasego, który wyprowadzał już potężne uderzenie wolną ręką w brzuch rywala. Następnie, wciąż trzymając za rękaw uderzył ponownie, celując tym razem w prawą część tułowia, w wątrobę. Kowal wiedział, że jeśli jego ofiara jest częstym bywalcem karczmy – a na taką wyglądała – to celny cios w ten narząd wyrządzi ogromne spustoszenie. Po tym krótkim preludium agresor pospiesznie chwycił za rękojeść sztyletu, wyciągając go z pochwy. Z o wiele już mniejszą precyzją wbił go w ciało atakowanego celując na oślep, po czym wyciągnął go z celu i wbił ponownie, powtarzając ten proces co najmniej kilkukrotnie.
Kowal nie obawiał się o wytrzymałość rękawa, ani o ewentualną kontrę ze strony kmiecia, gdyż podobne ataki przeprowadzał już bardzo wiele razy. Materiał składający się nawet z najgorszego jakościowo płótna byłby w stanie wytrzymać owe pociągnięcie, zaś ewentualny cios próbujący wyrządzić mu jakąkolwiek krzywdę byłby zwyczajnie zbyt słaby by cokolwiek zdziałać.
Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 370
Rejestracja: 13 gru. 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Targ
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

13 sty. 2015, 16:54

MG

Szybkie kroki wzbudziły w świadomej części umysłu pijaczyny niemałe podejrzenia. Jednakże o ile myśl przemierzała zawiłe meandry połączeń przyczyn i skutków, ciało nie posiadało swoistego drygu w poruszaniu się pokarczemną porą. Tak też miast zmusić się do szaleńczego biegu, ów mąż wstrzymał swe koślawe kroki, by odwrócić głowę i razem z nią tors swój oraz nogi, coby sprawdzić, co tak ciężko i szybko stąpa w blasku księżyca.

I właśnie w sposób ten Krasy wraz ze swym morderczym zamiarem, zdążył uchwycić w swojej pamięci błysk oka przyszłej ofiary, który nie wyrażał nic prócz niepokoju wymieszanego z nieodpartą ciekawością, choć równie dobrze mógł to być tylko odbity blask księżyca. Celem kowala było starcie go w pył. Szybkim szarpnięciem zmusił mężczyznę do tego, co sam pijaczyna zamierzał właśnie zrobić. Szybki cios wymusił jęknięcie z bólu.

Bywalec karczemny zgiął się wpół, nie wytrzymując siły przyjętego ciosu. Nie śmiał nawet spojrzeć na swego oprawcę, bo wiedział co go czeka w kilku kolejnych chwilach. Krasy, nie czekając choćby na ułomek reakcji, wyprowadził kolejny cios, który miał ugodzić mężczyznę jeszcze mocniej. Tak też się stało. Cichym, bełkotliwym głosem ofiara prosiła o łaskę, lecz kowal nie mógł zrozumieć choćby słowa. Z jego ust wydobywały się kłęby pary. Na twarzy oprawcy widać było, że nawet jeśli zdołałby usłyszeć, nie zważałby na nic, co mogłoby wyjść z ust tego, którego traktował niczym robaka. Leżąc na brudnej ziemi, ofiara prawie łkała, błagając, by się to wszystko skończyło. Krasy nie zamierzał jej zawieść.

W jego dłoni znalazła się rękojeść sztyletu, która zamaszystym ruchem ręki została skierowana w stronę pijaczyny. Głownia celowana na oślep łatwo wbiła się w ciało, choć otarła się o jedno z żeber. Kolejne ciosy wyprowadzone nożem nie różniły się specjalnie od pierwszego, ale każdy z nich przyspieszał powiększanie się kałuży krwi, która pojawiła się pod trupem i jego katem. Zabójstwo dotarło do finału. Jęki się zakończyły, tym razem z ust zmęczonego Krasego wydobywały się kłęby powietrza, które w zetknięciu z zimnym powietrzem zaczynały być widoczne. Już na pierwszy rzut oka było widać, że dostanie przeziębienia. Ale i tak był w lepszej formie niż leżący jegomość.

Para antagonistycznych sobie postaci jednak nie miała dla siebie samotności. Wraz z każdym razem, który otrzymywała ofiara, Krasy mógł słyszeć pojedyncze klaśnięcia dochodzące z góry niczym aplauz dla jego niezaprzeczalnie doskonałej gry. Nie kończył się, póki nie został zadany ostatni cios. Najwyraźniej nie tylko księżyc był świadkiem zbrodni kowala.

Awatar użytkownika
Krasy
Posty: 46
Rejestracja: 08 lis. 2014, 16:22
GG: 2362384
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50844

24 sty. 2015, 14:08

Krasy stał nad ciałem pijaczyny, który kosztem swojego życia dał mu kilka chwil życia w spokoju. Kowal stał w bezruchu, jakby opętany przez złego ducha. Oczy spoglądały na wąskie strumienie posoki dzielnie przemierzające ubity przez pijackie kroki śnieg. W uszach rozbrzmiewały przedśmiertne jęki ofiary, które składały się w najpiękniejszą dla niego pieśń. Słyszał ją ciągle i ciągle. Według jego umysłu mijały długie godziny, w których delektował się wzorowo dokonanym mordem, choć w rzeczywistości stał może kilka sekund. Wraz z kolejną sekundą ta dzika ekscytacja powoli ustępowała. W jego umysł powoli zaczął wlewać się mieszanka tego idealnego człowieka którym na co dzień był. Wiedział, że im dłużej będzie tu tak stał, tym większą siłę będą miały wyrzuty sumienia. Stał przed ciałem obcego mężczyzny, którego nawet nie znał. Mógł on mieć rodzinę. Żona i dzieci mogły czekać na powrót swojego ojca po ciężkim dniu pracy zwieńczonym krótkim pobytem w karczmie. Krasy mimo doskonałej znajomości swojej głowy, nie był w stanie oderwać myśli od kolejnych tego typu wyobrażeń. Zaczął zastanawiać się nad tym jakie imiona mogły nosić dzieci martwego. Jakiego koloru oczy mogła mieć jego żona? Jak ciężkie czasy mogą ich teraz czekać? Wkrótce pojedyncza, malutka łezka wypłynęła z oka agresora. Łza pełna współczucia i nadziei, że ten mord był ostatnim w jego wykonaniu.

Odetchnął głęboko jak nigdy i schylił się, trzymając w prawej dłoni rękojeść sztyletu. Wytarł głownię w łachmany zabitego, po czym zdał sobie sprawę, że w trakcie mordu słyszał coś jeszcze poza jękami i czymś, co mogło być błaganiem o litość. Krasy do genialnych swojej rasy nie należał, jednak mimo to zdążył wyuczyć się pewnych mechanizmów, które sprawiały, że wciąż jeszcze żył. Potrafił on błyskawicznie połączyć fakty z pewnym szablonem, który chronił go schwytaniem.

Błyskawicznie przeszukał martwego w poszukiwaniu cennych przedmiotów oraz mieszka z monetami. Zwykle cały łup wyrzucał przy pierwszej nadarzającej się ku temu okazji. Robił to po to, by zabójstwo wyglądało dokonane na tle czysto rabunkowym przez jakiegoś podłego zbira. Nigdy jednak żadnego zbira nie było. Był jedynie on i nikt więcej. Wzorowy obywatel Wolenvain w dzień, a podły morderca w nocy. Umysł jego powoli znów począł dyktować mu swoją pieśń pełną wyrzutów, gdy nagle Krasy ponownie przypomniał sobie o dziwnych dźwiękach podczas szlachtowania swojej ofiary. Pospiesznie wstał i gorączkowo począł przeszukiwać mroczną przestrzeń wokół siebie w poszukiwaniu jakiegokolwiek świadka całego zajścia.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 908
Rejestracja: 23 mar. 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

11 lut. 2015, 20:40

MG

Pijak nie miał przy sobie cennych przedmiotów, zaś w jego mieszku – sądząc po ciężarze – też niewiele było, nie mniej jednak jego zawartość niezbyt Krasego interesowała, więc cóż z tego.

Dopiero po przeszukaniu zabitego do kowala dotarło, że najwidoczniej ktoś jeszcze towarzyszył całemu zajściu, a co dziwniejsze nie postanowił zareagować. Nerwowe rozglądanie się na boki nie dało nic. Ulice były puste, ani żywej duszy. Jakieś przeczucie jednak, może podświadome dojście do faktu, że dźwięk dochodził z góry kazało mu spojrzeć w tę właśnie stronę.

Zwisającą z dachu nad nim, na wysokości jakichś dwóch pięter nad ziemią dojrzał parę obutych nóg. Tuż nad nimi obecna była reszta właściciela. Mężczyzna, bo na mężczyznę wyglądał, wspierał się łokciami na udach wychylony do przodu i obserwował Krasego. Jego twarzy nie dało się dojrzeć, ciemność w połączeniu z naciągniętym na głowę kapturem skutecznie to uniemożliwiała.

- Brawo, brawo – stwierdził mężczyzna ciepłym, beztroskim głosem. Sprawiał wrażenie jakby… rozradowanego?

- To chyba nie pierwszy raz, hę? Cóż za bezczelność w ruchach, zbójeckie wręcz pchnięcie. Och, muszę przyznać, że dawno się tak dobrze nie bawiłem – zakapturzony osobnik zarechotał w sposób, który przywodził na myśl zamkowego błazna.

- Skoro już…

- HEJ! – gardłowy krzyk przerwał gwałtownie wypowiedź mężczyzny, na co ten cmoknął z niezadowoleniem. Krasy odwrócił się i dostrzegł, że zza rogu właśnie wyszło trzech mężczyzn. Nie wyglądali na przykładnych obywateli miasta. Szerokie karki, nieprzyjemny wyraz twarzy, łyse łepetyny i tasaki u pasów tworzyły obraz przywodzący na myśl raczej rzezimieszków. Jakakolwiek była ich profesja najwidoczniej nie spodobała im się obecność w okolicy mordercy. Bez zbędnych słów ruszyli żwawo w jego stronę. Zdaje się, iż kowal zabawił już tutaj zbyt długo. Siedzący przed chwilą na dachu koleś gdzieś zniknął.

Wróć do „Centrum miasta”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 17 użytkowników online: 3 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 14 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerreos, Majestic-12 [Bot], Vereomil
Liczba postów: 52090
Liczba tematów: 2965
Liczba użytkowników: 1036
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: DrzewoBizantyjskie
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.