Statek „Skryty John”

Pływające po Morzu Smoczym nieliczne statki pochodzą głównie z dalekiej Północy, podczas gdy morza południa przepełnione są zaawansowanymi jednostkami Niezależnego Księstwa Lokent oraz piratami.
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

Statek "Skryty John"

03 lut 2012, 16:02

Opis okrętu będzie później , lecz tak ogólnikowo…Okręt zwrotny, "zwinny", trudny do utrzymania na powierzchni w czasie szkwałów i niebezpiecznych warunków pogodowych. Dlatego łatwo się domyśleć, że jest to statek nie długi, lekko szeroki ze wzmocnionymi okuciami burtami. Był naturalnie podpokład ze śmiesznymi hamaczkami gdzie sypiała załoga, jak i ładownia. Jean zajmowała prywatną kajutę z masą bubli, pergaminów, map, skrzyniami z różnymi "interesującymi rzeczami", wyrko i wiele wiele więcej. Żagle były czerwone.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jean weszła po kładce na pokład i zastała dobrze jej znaną dezorganizację wtórną reprezentowaną przez bandę bez mózgów wszelakich. Stała tak wiec, sojac niepewnymi kulaskami na tym pokładzie i chybocząc się, to kiwając, w bezruchu patrzyła, jak jeden dryblas biega za drugim drąc się nie wiadomo o co, innego co wytrwale pokład szorował, co się chwaliło, jak i jeszcze innego spitego co przez burtę był przełożony wraz ze swymi trzema kompanami. Uwagę skupiała chamara luda skupiona w jednym punkcie bawiąca się przednie…Widok ten, jak warto zaznaczyć nijak nie podobał się Celinie która krytycznym okiem spojrzała na cały ten rozgrabiasz, zaciągnęła się tabaką, poprawiła pas
-Plugastwo nieurobione! Do szmat zawszańce! Tych pościągać na pokład. Mają zbyt parszywe mordy, zbezczeszczą dar Oureli…– I tak komendy rozmaite leciały mimo pory wieczorowej, wprawiając w ruch cała zgraję. Która pośpiesznie rozkazy wykonywała. To skakali na jednej nodze, to mamrocząc czyścili pokład, to załadunek pod pokład znosili, ostrzyli kordelasy, znikali pod pokład…Tym sposobem sprawiając, że na jego powierzchni pozostali nieliczni męczący swoje obowiązki, a okręt ruszył niemrawo powoli w kierunku Wolenwille..
Tak, to może się wydawać śmieszne, że ta hołotka składająca się z niejednego człeka wyższego i silniejszego od Celiny się jej słuchało. Było to przywiązanie dziwne, lecz nie takie bezpodstawne. Jean o swoich w dziwny sposób dbała, wszak była przekonana, że oni nalezą do niej, a kobiecina ta nie lubiła bardzo, gdy ktoś lub coś mogło jej zabrać i pozbawić "zabawek"…
No, jakby nie było Jean po wejściu na pokład i zarządzeniu i ogarnięciu chaosu, który zamienił się w dziwną czystkę, bowiem jedynie dwóch ludków smarowało pokład szmatami, a towarzyszyło im światło księżyca i rozświetlające mrok płomienie latarni … skłoniła się w pół pasa, rozkładając ramiona ze swego rodzaju pijacka dumą.
-Witam na Skrytym Johnie. – ząbki jej błysnęły, wyprostowała się, po czym zaczęła stawiać kroki przed siebie.– Tego, tego i tego nie dotykasz, no chyba, że powiem inaczej– wskazała parę głównych elementów statku po czym uwiesiła się na sterze tuląc go ckliwie…-Tego ruszyć nawet nie próbuj, a tam nie właź…chyba że masz zamiar nabawić się trądu. Naziemi to delikatne istoty…-fuknęła z niejaką lekką pogardą wskazując podpokład po czym, skierowała wzrok na ostrze targane przez blondasa. Jakoś tak nawet miała chętkę na potyczkę, lecz problem tkwił w fakcie, że człek ten wymachiwać kawałkiem metalu nie potrafił…
-Chętkę powiwijac masz teraz czy dniem pełnym?
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

20 maja 2012, 14:33

Jean Hawk po wyzbyciu z bibliotecznego przybytku, który to tez działał na nią niezwykle sennie w marazm przy tym wprawiając…udała się żwawym krokiem do pierwszej lepszej karczmy, będącą bardziej speluną, lecz speluną gdzie częstowano gości tanim, lecz mocnym i trunkami o konsystencji nieco niepokojącej, jednakże! Umysłu i ciała Jean nie trwożące. Dlatego też Celina spędziła w owym przybytku cały wieczór lejąc w siebie trunki, uzupełniając manierki, jak i podśpiewując pijackie piosnki ze współbiesiadnikami przesiąkając na wskroś aromatami różnorakimi, a przeważnie obrzydliwymi. W każdym bądź razie, gdy świtać zaczęło, Jean wyszła na ulice i pokierowała się do portu krokiem jeszcze bardziej chwiejnym niż na co dzień, oraz nie tak pewnym. Kobiecina biedna nie zdążyła się jeszcze wybudzić do końca i cały jej pochód przypominał przemarsz lunatyka po na szczęście jeszcze praktycznie pustych uliczkach. Obijanie się o przechodniów mogło w końcu znacznie wydłużyć drogę, prawda?
Pani Kapitan po dotarciu do portu, mglistym spojrzeniem zobrazowała towarzystwo w sztukach…kilku. No tak, z rana to tylko rybacy ożywiali to miejsce, a złodzieje, szulerstwo i inne twory prowadziło nocny żywot. Jean popatrzyła w kierunku miejsca na morzu gdzie winien kotwicować jej statek. Zastanawiała się chwilę czy podlecieć tam w swojej sokolej formie, czy też jednak w sposób bardziej kontrolowany jakąś łódką. Wygrała łódka. Jean nie była pewna czy potrafiłaby latać w sposób na tyle…opanowany by nie wylądować w morskiej toni. Naturalnie biorąc pod uwagę jej wczesno-poranny stan bytu. Podeszła więc do rybaków, rzuciła im szylinga, a ci ją wzięli na pokład i podrzucili na okręt.
Jean stanęła stopą swa na deskach Johna, po tym jak cudem jakimś wpełzła po łańcuchu kotwicy na takowy. No przecież nikt z łaski swojej nie rzucił jej liny! Mendy spały! Kiedy to ona…nie spała! Bezczelstwo! Ale to nic, zaraz sytuacja miała się zmienić. Jean udała się pod pokład, gdzie jej ludzie na szmacianych hamakach spali, kołysząc się w rytm fal uderzanych o burtę statku. Kiwali się, w lewo i w prawo, nad podłożem, lepkim od rozlanego trunku. Celina zmrużyła oczy. Nie próżnowali dranie pod jej nieobecność. Chwyciła za kordelas idąc wzdłuż "łóżek" wymachiwała nim odcinając kolejno wiązania hamaków od drewnianych filarów, w skutek czego zaspane szczury morskie uderzały głową o deski, wybudzając się w sposób nagły z niezadowoleniem.
-Aj! Aj! Aj! Darmozjady! Wstawać! Żagle stawiać! Dupska ruszać! Żwawo, żwawo!– Nawoływała, pochód swój zatrzymując i patrząc jak szczury jej wypełzały na pokład i w ruch wprawiały swe spijaczone ciała. Jean Chwyciła za poły koszuli jedną szelmę. Młodego chłopaka, dzieciaka właściwie jeszcze co przerażony alarmem leciał szykować statek do odpłynięcia. Jean go pochwyciła, ten tak biegł że szarpnęło panią kapitan, jak i chłopakiem, który na dupie wylądował ostatecznie.
-Ty zostajesz. Naprawisz wiązania…hamaków. – Powiedziała, zadumała się na chwilę, jakby słowa jej zabrakło, poklepała darmozjada po poliku i wyszła na pokład skąpany wczesno porannymi promieniami słońca. Zmrużyła oczy, przyglądając się jak jej łachudry biegają jak mrówki, które poszturchało się kijem. Uśmiechnęła się. Tak być powinno. Podeszła do steru, kładąc dłoń na nim delikatnie i obdarowując tęsknym i pożądliwym spojrzeniem.
-Mój drogi…Johnie. – Okręciła go parę razy. W sensie, że sterem. – Na północ skarbie… – Wyszczerzyła się piracko, ukazując swe pożółkłe zęby i spoglądając czarnymi oczyma na horyzont, w kierunku północnym, czyli tam, gdzie instynkt ją wiódł. W kierunku bestii!
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

20 maja 2012, 17:18

MG

Słońce wyłoniło się nieśmiało ponad widnokrąg, gdy ludzie dzielnie starającej się utrzymać w pionie, pani kapitan Jean Hawk, wciągnęli kotwicę. Skryty John wyruszył w morską podróż, kierowany niezbyt zdrowymi ambicjami kobieciny, która pragnęła dokonać rzeczy wielkiej – odnaleźć legendarnego Lawrena, smoka morskiego, i zakatrupić. W walce, która stanie się wkrótce równie legendarna, co jej ofiara. Oby tylko tą ofiarą był Lawren. On to miał się niby znajdować daleko na północ od brzegu, w głębi Morza Smoczego. Wdzięczna nazwa, nieprawdaż? Coś musiała znaczyć. Kto wie, może Jean miała jakieś szanse na odnalezienie stwora, o którym "czytała" w bibliotece? Kto wie, kto wie… nikt nie wie! I nikt się nie dowie, dopóki to się nie wydarzy.
Port oddalał się coraz bardziej, znajomy ląd był coraz mniejszy, jednak to nie przerażało pani kapitan. Morska otchłań była jeszcze bardziej dla niej znajoma, swojska, to był jej prawdziwy dom. Ten błękitno-zielonkawy bezmiar spokojnych fal, zlewający się w oddali z jaśniejącym z każdą chwilą niebem. Przemierzanie go na pokładzie statku, to było coś, co kochała! Jej lekko podpity umysł na dodatek cieszył się na spotkanie z bestią, której głowę niedługo targała będzie pod pachą… Teoretycznie. W praktyce pewnie ledwo zmieści się ona na pokład. No, ale wiadomo, legendy mają to do siebie, że wszystko nieco wyolbrzymiają. Jednak im większy potwór, tym większa głowa, a im większa głowa, tym większy szacunek, a z kolei im większy szacunek, tym szczęśliwsza Celina. Lecz działało to również w drugą stronę: im większy potwór, tym trudniej go pokonać, łatwiej zginąć, a wtedy szacunek już raczej nie jest potrzebny.
Po kilku godzinach podróży, gdy słońce znalazło się już wysoko ponad horyzontem, oświetlając Johna od prawicy, ląd zniknął już całkowicie. Z każdej strony tylko woda. Spokojna, szumiąca uspokajająco woda… Byli sami, Jean i jej ludzie, wszyscy podpici acz trzeźwiejący (również teoretycznie), wszyscy krzątający się po pokładzie, wykonujący polecenia pani kapitan, daleko od cywilizacji, istot myślących, czy nawet zwierząt. Jeśli smok istnieje, jeśli przyjdzie im oddać życie w walce z nim, nikt nie zobaczy, jak to się stało. Oczywiście powstaną legendy, zawsze tak jest. Powstaną one nawet, jeśli Skryty John ot tak, zahaczy koszmarnym trafem o jaką ogromną, podwodną rafę, która zrobi dziurę w pokładzie, a woda zatopi statek. Ludzie, i nie tylko ludzie, mają wybujałą wyobraźnię. Jednak ludzie, przebywający w tej chwili na pokładzie, woleli tak o tym nie myśleć. Dla nich to była praca, podróż i przygoda.
Podróż ta trwała spory kawał czasu, a jeszcze większy był przed nimi. Nie wiedzieli dokładnie, dokąd zmierzać. Płynęli na północ, czekając, aż coś się wydarzy… I doczekali się.
– Ląąąd! – wydarł się facet, który siedział w gnieździe.
– Co, gdzie ląd, jaki ląd, zgłupiałeś?! Toż my na środku morza jesteśmy! Za dużoś wczoraj popił chyba! – odkrzyknął dużo starszy mężczyzna z dołu, wpatrując się w dal, z ręką przy czole, by zasłonić oczy przed słońcem.
– No mówię przecie! Ląd! Jakieś trzy mile od nas! Skały, wyspa jaka, czy co! – odparł ten z góry uparcie. Chwila ciszy zapadła, w której każdy na pokładzie wpatrywał się bezlitośnie w błękitną otchłań, próbując dojrzeć to samo, co tamten.
– O cholera, spójrzcie tam! Cholernik ma rację, psia mać! Coś tam jest! – dodał w końcu trzeci, wskazując w dal, na mały, ciemny punkt, który stawał się coraz większy.
Skały, wielkie, szpiczaste skupisko skał. Z tak daleka nie można było dostrzec nic więcej, toteż dopiero gdy John podpłynął bliżej, można było zobaczyć ich trójkątne ułożenie. Dwa boki nieco bardziej wysunięte na przód, co dawało bardziej półpierścień, niż trójkąt. Jednak nie przyszło im się długo przyglądać naturalnym tworom morza.
– Pani kapitan! – rozległ się krzyk chłopaka, któremu Jean nakazała naprawić hamaki– Pani kapitan! Tam! Tam coś jest! – był zdyszany, bardziej ze strachu, niźli ze zmęczenia. Wybiegł na pokład, niczym pędzony przez stado potworów jakich. Kto wie, może tak właśnie było?
– Tam, tam na wodzie! Patrzajcie! Widział żem z kajuty! – wskazał na wschód, z którego niemiłosiernie paliła wielka gwiazda, znacznie utrudniająca dojrzenie czegokolwiek.
Jednak, gdy jakimś sposobem ludziskom udało się osłonić oczęta przed jej blaskiem, mogli zauważyć jakieś poruszenie na morzu. Coś, tak to dobre określenie, coś wyłaniało się z wody, po czym na powrót do niej wracało. Pierwej pojawiał się wielki łeb, potem długi, ciemnoniebieski, wręcz czarny miejscami ogon. Dosyć długo był łuku, zanim zniknął całkowicie pod powierzchnią morza. Wielkie bydle. A jeszcze daleko.
Kierowało się od południa na północny-zachód, w stronę skał, które niedawno ujrzeli przed sobą. Statek nie był na drodze tego czegoś, jednak przepływając obok, stwór zbliży się znacznie.
– Psia mać! – wymknęło się komuś. Trafnie.
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

21 maja 2012, 19:04

Jean macała stery swymi paluchami o poczerniałych paznokciach, które obgryzała co jakiś czas, przez chwilę przeżuwała i spruwała ogryzkami na Alberta, którego wcześniej okopała, za fakt, iż drzemał sobie w jej kajucie. Tak właśnie jej mijały dni podróży, tak jak dziś. Al, był jej wytworem chorej psychiki, tak więc, dla ludzi nie wtajemniczonych związki pirackiej śliny, jak i paznokci lądowały na pokładowych deskach. Wiatr mierzwił jej tłuste, poplątane włosy wymykające się z chusty, którą miała zawiązaną na głowie. Czas mijał, statek płyną, Celina spluwała, załoga się krzątała. Ciemne, kapitańskie ślepia sunęły od jednego pirata do drugiego, to na powrót wracały na horyzont i na nowo swoją wędrówkę zaczynały. Zlustrowały min Łychę. Staruszka, prawdziwego dziada morskiego, będącego niemową. Mówił zawsze bełkotliwie, zawsze ciskając śliną dalej niż Celina, jak i zawsze był rozumiany wyłącznie przez załogę. Teraz biegał ze szmatą po pokładzie i szorował, sunąc ochłapem materiału okrężnymi ruchami, coś nucąc pod nosem. Potem, przysłuchiwała się, jak to Łapserdak, spryciarz wychudziły znów ogrywa innych w kości. Sprawiając że Słoneczko, rosły chłop, o ciemnej karnacji skóry, awanturowała się i marudził na kanciarstwo towarzysza. Ach…dobrze, że braki w inteligencji nadrabiał sprawnością. Czego nie można powiedzieć o Cichym, który pooszarpywał Słoneczko za poły jego tuniki, trzymając go w ryzach. Zabawne to było jak taki drobny, człek, o lekko garbatej posturze potrafił ugłaskać taką górę ciemnego mięcha. Hah! Potem kołysanie, szum…i Jean nie wiedzieć kiedy, zamknęła ślepia. Zasnęła na stojąco, zaplatając się jakimś cudem w stery tak, że utrzymywała prosty kurs, jak i podtrzymując swoją osobę, śliniąc się przy tym na bogato w rękaw.
Lecz dnia dzisiejszego podróż, sen zostały zakłócone. Ktoś zaczął wołać. "Ląd! Ląd!". Celina podniosła powieki, przysłoniła je ręką, chroniąc oczy przed nadmiernymi promieniami słonecznymi.
-Co się tam komu uroiło…–Szepnęła sama do siebie, gdy powoli wracała z krainy snów do wybujałej rzeczywistości. Odsunęła się od steru. – Al., trzymaj kurs. – Rzuciła do swojej imaginacji, która niestety nie potrafiła utrzymać czegoś materialnego w swoich rękach. Albert wzdychną bezradnie…Na szczę się załoga znając swoją Panią Kpaitan i widząc jak rozmawia z czymś niewidzialnym zareagowała. Cichy natychmiast podbiegł do steru i podtrzymywał go, jak to zazwyczaj czynił, gdy Albertowi dostawały się rozporządzenia. Co poradzić…W każdym bądź razie Jean podeszła krokiem niemrawym do lin, przy maszcie, po których to można było wczołgać się na bociana. Jen podciągnęła się parę razy, sarknęła coś, na temat tego, że mogli by przestać się podniecać widokiem paru grudek ziemi na morzu, po czym wytężyła swój sokoli wzrok do zlustrowania strzelistych skał. Skrzywiła się. Te skupisko strzelistych tworów ziemi, świadczyła zapewne również o tym, że i tamtejszy brzeg może być zdradliwy dla okrętów. Trzeba było się oddalić…Ale chwila! Celinie przed oczyma śmignęła skóra. Zamrugała kilkakrotnie i znów się skupiła na obiekcie…wielkim, morskim, żywym, stworzeniu, które się zbliżało do niej. Uśmiechnęła się szelmowsko.
-No proszę, proszę…proszę kto tu nas chce odwiedzić – Jean się nagle ożywiła. Senność odpłynęła w niebyt. Adrenalina rozlała się po pirackim ciele. Ekscytacja, dreszcz niepewności, jak i możliwości walki, starcia zawładnęły Panią kapitan, która żwawo zeskoczyła z lin. Nie miała planu walki, przez całą podróż nie myślała o nim. Tworzyła go na bieżąco, tak jak teraz, kiedy zaświtała jej jedna podstawowa myśl. Ryby się łowi wędką, zaś wielkie potwory, potwornie wielką wędką…Trzeba tylko znaleźć haczyk chędogich rozmiarów… To było oczywiste, jakie rozkazy, zaraz polecą, a przynajmniej dla Jean.
-Zaprzestać podniecania się ochłapy ludzkie! – Podniosła głos, zwracając uwagę na siebie. Była tu najważniejsza wszak! – Albert! Zmień kurs. Odbij od tej zmorowej wyspy. Luzować liny! Żagle mają Nie łapać wiatru! Reszta do ładowni! Przenieść ciężar na z na tyły, zwłaszcza od lewej burty. Przód ma być odciążony. Głównie prawą! Już ruchy! Ruchy! Ty– zaczepiła Celina, blisko trzy razy większe od siebie Słoneczko (pod względem…masy) i ściągnęła go do swojego poziomu podciągając za poły koszuli.– Słońce moje, idź pod pokład, zarżnij kozę jeśli się jakaś uchowała i przywiąż do kotwicy. Jeśli obdartusy zjadły, beczka ryb. Podziuraw ją i tedy przywiąż. Potem spuść kotwicę. Żwawo! Nie patrz tak, tylko krokiem żwawym, wykonaj! – Pogoniła ciemnoskórego mężczyznę. Na okręcie zapanowała wrzawa. Co się roiło w głowie Celiny? Otóż, uczyni ze swojej łajby wędkę. Kotwica jako haczyk, zarżnięte zwierzę, czy też patroszone ryby, jako przynęta, dająca aromat krwi. Stad tez, Hawk kazała naruszyć beczkę. By soki wewnętrzne ryb, rozlały się po morzu. Jean wiedziała, że w wodzie, dla morskich drapieżników zapach krwi, wnętrzności jest wyjątkowo nęcący. Jednakże, kotwica była umiejscowiona, na dziobie, po prawej stronie, dlatego tez, Jean postanowiła odciążyć, tą część statku, by w razie kiedy bestia zaczęła szarpać, Skryty John zachował jakiekolwiek pozory równowagi. Jean nie wiedziała czy plan się powiedzie. Może stwór wyrwie kotwicę. Lub tak jak uważa Jean będzie ciągnął, ciągnął jej okręt dopóki się nie zmęczy. Dlatego i też z tego powodu, żagle miały nie łapać wiatru. Nie wiedziała Celina jak silne było zwierzę, choć wątpiła, by potrafiło ściągnąć statek na dno. Siłę wyporu John miał. Co najwyżej przewidywała, że może się zanurzyć głębiej kadłub. Jean zmrużyła oczy.
-Szykować się! Będzie ciekawie…I niech Ourelia cieszy oczy…– Szepnęła z zacieszem na ustach, gdy tylko podeszła do steru. Cichy usunął się tak by go Celina nie dostrzegła. Tak, tak, Celina była przekonana że to Al poprawił kurs, tury teraz utrzymywała, a który był przeciwny do umiejscowienia wyspy. Pani Kapitan zawołała jeszcze doniośle.
-Ej, Łycha! Beczki tego najlepszego trunku. Dwie. Liny. Mają się tu pojawić. Na natychmiast!
Będzie się działo…
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

23 maja 2012, 19:53

MG

Bestia, na oczach piratów Skrytego Johna, wykonujących sprawnie każdy rozkaz kapitan, stawała się coraz większa. Choć z oddali wyglądała niczym nieco przerośnięty wąż z wielkim łbem i długim, grubym ogonem, to teraz można było o nim z czystym sumieniem powiedzieć – smok. W ciągu jedynie kilku minut zbliżył się do statku na odległość jakichś dwustu metrów. Gdy tylko z głośnym szumem wynurzył łeb spod wzburzonej tafli wody, oczom wilków morskich i jednej w tym towarzystwie wilczycy – tej najważniejszej – ukazał swój przedni koniec. Owszem, na pierwszy rzut oka może i był podobny do gadziego, wszak smok również gadem zwany był, jednak po głębszej analizie ukazywało się wiele szczegółów, które przeczyły powszechnie znanemu wizerunkowi zwykłego przedstawiciela owej grupy. Łuski miał, i owszem. Wszędzie. Wielkie, z całą pewnością grube i wytrwałe, niebieskie łuski, mieniące się w świetle słońca jakby zielonkawym odcieniem. Pokrywały cały łeb, pozostawiając jedynie siedem otworów: dwa na wielkie, okrągłe oczy o nieznanym jeszcze kolorze, dwa nieco podłużne, służące za nos, jeden wielki, na razie zamknięty, spod którego wystawały dwa długie kły – usta, oraz dwa po bokach głowy, jako uszy. Nad ustami, a pod otworami na nos znajdowało się coś, jakby dwa długie i grube, czarne wąsy, które zawijały się pod górę, niczym u niejednego staruszka, grającego w karty, palącego fajkę i popijającego najlepszy trunek, na jakiego go było stać. Nad oczami również dało się zauważyć ślady, choć mniejsze, owego włosia, chroniącego je zapewne przed różnymi zanieczyszczeniami w morzu. Na czubku głowy znajdowało się swego rodzaju ostre wybrzuszenie, jakby kolec. Ten był koloru głębokiej zieleni, wyróżniał się więc z oddali na tle niebieskich łusek w pozostałej części cielska.
Gdy łeb powrócił pod wodę, za nim wynurzyła się pozostała część Lawrena. Teraz można było zauważyć, że kolec nad głową nie był jedynym, po całym grzbiecie ciągnął się szereg takich samych, lecz o różnych długościach i szerokościach, seriami po trzy i pięć. Gdzieś w połowie znajdowały się skrzydła. Tak, nic innego, tylko skrzydła! Przylgnięte do ciała, pokryte cienką błoną, jedyne kończyny stwora, które jednak wydawały się o wiele za małe, by unieść go w powietrze, a nawet jeśli, to nie na długo. Całe było długie na jakieś dwadzieścia pięć metrów, średnica przy głowie wynosiła około trzech, dalej dochodziła nawet do pięciu, by przy ogonie zwężać się coraz bardziej. Ten zakończony był dwoma trójkątnymi… jakby płetwami, które pomagały w sterowaniu.
Kolor łusek zmieniał się w zależności od umiejscowienia, na łbie ciemnoniebieski był w miarę jednolity, dalej jednak można już było zauważyć różnice. Grzbiet, nie licząc kolców, był prawie czarny, jaśniał "w dół" – brzuch był już błękitny. Ogon natomiast cały ciemniał ku końcowi.
Tak wyglądał stwór, którego poszukiwała Jean, którego zapragnęła pokonać. I choć przepływał przed statkiem w teoretycznie bezpiecznej, dosyć dalekiej odległości, to tak dokładnie mógł go dojrzeć każdy pirat, który dobrze się wpatrzył, uchwycił ten cały cykl, od wynurzenia się głowy, po zanurzenie ogona.
Skryty John za sprawą Jean i piratów, wykonujących jej rozkazy, począł się oddalać od wyspy, zanim jeszcze Lawren minął go w tej bezpiecznej odległości. Zmierzał ku skałom w oddali, jakby zupełnie nie przejmując się tym, że wielki statek płynie obok. Do czasu…
Do czasu, w którym Słoneczko stanął na pokładzie przed Celiną z wielką, podziurawioną już beczką, z której wyciekała śmierdząca ciecz, wybełkotał skruszony, że koza w jakiś tajemniczy sposób została już pożarta przez załogę, po czym podszedł z ową beczką do kotwicy, stabilnie na niej umocował i wrzucił wszystko do wody. Zrobił to bez żadnego wysiłku. Wtedy, po kilku sekundach, okazało się, iż w najbliższym czasie życie wszystkich na pokładzie porwie kolejna zapierająca dech w piersiach przygoda.
Smok płynął jeszcze chwilę w stronę skał, cały czas w tym samym tempie, w takim samym rytmie, oddalając się od załogi o kolejne dwieście metrów, po czym… nie wynurzył się! Zniknął. Załoga wstrzymała oddech, każdy wyczekiwał tego, co miało za chwilę nastąpić. Cisza, nastąpiła głucha cisza, w której jedynie szum morskich fal miał prawo grać.
Trwała ona kilka bardzo długich sekund, po których smok ponownie ukazał się załodze. Tym razem dużo bliżej, znacznie zbyt blisko statku. Wynurzył się tylko raz, by pokazać swą obecność, swą głowę skierowaną prosto na Johna, po czym zniknął pod wodą już ostatecznie, całkowicie. Jednak gdy był kilkadziesiąt metrów od niego, można było go tam dojrzeć.
W końcu złapał. Pochwycił kotwicę, z całą pewnością to zrobił. Statkiem szarpnęło, piratami rzuciło, Łychą, który stał już przed dwoma beczkami rumu, ze zwojem liny na ramieniu, też. Biedaczek poleciał na pokład i gdyby nie to, że już nie miał zębów, teraz by je stracił.
Statek okręcił się kilka razy to w tę, to w drugą stronę, rzucając załogą, niczym workami zboża, po czym ustabilizował się i zaczął sunąć w kierunku… Skał!
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

25 maja 2012, 11:18

-Uh…nie do mnie z tym, jełopie, jeno do kotwicy – Sarkneła do Słoneczka gdy ten podszedł do niej z beczką o aromatach nader morskich. Wykrzywiła się przy tym i zrobiła krok w tył, poganiając dłonią drugą pirata. Doprawdy, z jakimi ona ludźmi musi pracować? Acz mniejsza, ważne było, że wszystko szło w miarę sprawnie. Ludzie nie potykali się o powietrze, nie turlali po pokładzie, jak i nie biesiadowali tylko wykonywali rozkazy krzątając się po deskach w pośpiechu, wprawiając okręt w życie. Celina zaś swoimi ciemnymi tęczówkami w towarzystwie źrenicy przesuwała i lustrowała czy wszystko idzie dobrze. Jeśli trzeba było, a zapewne trzeba było, dla motywacji posyłała wiązanki słownictwa cenzurowanego, które ustało…Gdy z odmętów wynurzyło się TO. Wielkie, o mieniącej się różnobarwnej łusce, rzędach kolców ciągnących się przez grzbiet. Jean z zapartym tchem patrzyła jak monstrum przetacza się przed jej oczyma, a strugi wody ciekną z jego wielkiego cielska dodatkowo wzmacniała efekt mienienia się. Celina zamknęła usta, które mimowolnie jej się rozwarły w geście zachwytu i rozpostarła je w uśmiechu na myśl, że stworzenie to wężowe będzie miało szansę się z nią zmierzyć. Właśnie tak! Stworzenie to będzie miało zaszczyt walki z nią, Panią Kapitan Jean Hawk! Gadzina zniknęła na powrót w głębinach. Odgłosy podziwu i trwogi, które wyłoniły się z ust marynarzy zacichły, a bestia się oddalała. Jean zmarszczyła brwi.
-Na Ourelie, opuście że tą kotwicę barany morskie! – Jazgotneła. Stwór jej się wymykał! Ale nie na długo. Kotwica zatopiła się. Nastała chwila oczekiwania. Na statku zapanowała permanentna cisza, którą przerywał jedynie szum morza i skrzypienie Johna. Na horyzoncie nie było już widać kolczego grzbietu wynurzającego się się po powietrze. Celina nie dostrzegła bowiem żadnych skrzeli na stworze, gdy ten się wynurzał. Nie mógł więc wiecznie przebywać pod wodą, nie musiał również chwycić beczki, mógł się oddalić…Arrgh! Ta cisza była taka irytująca! Zwłaszcza, że Jean nie należała do cierpliwych. Zacisnęła ręce na sterach, przygryzła wargę i niestety…czekała.
Stwór się wyłonił. Celina automatycznie przykucnęła kryjąc się za sterem i sięgając po kordelas. Wydawało jej się bowiem, że bestia ruszy z pyskiem na pokład. Myliła się. Wężowaty znikną w toni. Po czym…Statkiem szarpnęło! Celinowska fizjonomia zachybotała się. Nogi śmiesznie straciły grunt pod stopami swymi, lecz na szczęście górna połowa Pani Kapitan, wtuliła ster, na tyle by się utrzymać w jakobym pionie.
-Ło..rybka. – Zaśmiała się. Gdy to większość jej załogi straciła równowagę. Statek nabrał pędu pomimo żagli zwiniętych. Okręciło nim parę razy to w jedną, to w drugą stronę. Celina próbowała kontrować ruchy w które smok miotał statkiem. Tak więc gdy okręt zakręcał na lewo, Jean próbowała utrzymać ster na prawo. Stworzenie jednak, pomimo oporu kontynuowało swoją swawolę. Choć Pani Kapitan miała nadzieję, że nijako choć trochę uprzykrzyła gadzinie żywot morski, gdy ta uprzykrzała życie załodze miotając nimi po okręcie. Następnie ustało. Celina otarła rękawem pot z czoła, podniosła wzrok w kierunku, w którym John był ciągnięty. Skrzywiła się.
-Załoga! Zmiana planów! Za burtę ze wszystkim co w ładowni! Prawie wszystkim! Uchowajcie co najpotrzebniejsze. Już! – Rzuciła hasło poganiając kilkoma następnymi, równie cenzurowanymi. Jednocześnie podeszła do łychy sięgnęła po niego dłonią pomagając mu wstać. Ujęła sznur, przerzuciła go sobie przez ramię i głowę. Upewniła się że sztylety które pożyczyła od załogi znajdują się za pasem, w krótce mogły się jej przydać. Po tym wszystkim poklepała Łychę i popchnęła go w kierunku ładowni samej w pośpiechu sięgając steru. Okręcając nim z trudem kilka razy, tak, by ustawić okręt prostopadle do kierunku w którym ciągną smok. Zakomunikowała wcześniej, że statek przechyli się na lewą burtę. Chciała w ten sposób spowolnić bestię, dlatego ustawiła okręt tak by stawiał jak największy opór. Jednocześnie dając załodze czas na opróżnienie ładowni. Trzeba było odciążyć Johna. Musiał być lekki, by kadłub był jak najbardziej wynurzony, by istniało jak najmniejsze prawdopodobieństwo, że zahaczy o któryś z ostrych klifów. Pani Kapitan wiedziała, że takie wyspy bowiem, prócz widocznych niebezpieczeństw, na dnie swym chowają również niebezpieczne skalne brzegi. Jeśli stworzenie dalej będzie ciągnęło w kierunku skalnej wyspy i będzie już naprawdę blisko, Celina ustawi okręt dziobem do przodu by łatwiej było jakkolwiek między skałami się przemieszczać…Niech Ourelia ma ich w opiece!
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

25 maja 2012, 19:31

MG

Wszyscy zobaczyli potwora, na którego przyszło im polować. Większość zaklęła jednocześnie pokaźną wiązką pirackich epitetów, gdy tylko im się ukazał w pełnej krasie, a zanim odpłynął w dal na tę niedługą chwilę. Gdy już wracał zwabiony smrodem zdechłych ryb, zapewne niejednego opanowała trwoga, choć za nic w świecie nie dali tego po sobie poznać. Przecież to piracka załoga! A co to za pirat, który boi się jakiejś dwudziestopięcio metrowej bestii, skaczącej na wysokość bocianiego gniazda… Zresztą, nieważne.
Tak, czy siak wielka bestia pojawiła się niebezpiecznie blisko statku, zanurzyła i John nagle począł targać na wszystkie strony. Zaczął płynąć przed siebie, pomimo dawno schowanych żagli, jak gdyby tchnieto w niego życie. To Lawren złapał za przynętę i ciągnął ją gdzieś, gdzie zapewne chciał się nią posilić. Jean natychmiast zareagowała. Poczęła wydawać rozkazy, mądre i przemyślane, a jednocześnie nieco szalone, jak na prawdziwego pirata, kapitana Skrytego Johna, kobietę spojoną rumem od samego rana, przystało. Jednocześnie sterowała statkiem tak, by utrudnić stworowi poruszanie się, a załodze utrzymanie w pionie pod pokładem.
Spod niego poczęli wychodzić kolejno: Słoneczko, Łycha, Chichy, Łapserdak, młodzik z kajuty i kilku innych z załogi, targających samemu, bądź w parach przeróżne rupiecie, które wydały im się warte poświęcenia. Czwórka niosła dwie skrzynie z, Ourelia jedna wie, jakim wnętrzem, ktoś inny ciągnął starą, ciężką, stalową zbroję skradzioną zapewne jakiejś innej, słabszej bądź głupszej załodze, kolejni stoły, krzesła oraz rozebrane na części pierwsze pomniejsze mebelki… Wszystko wpadało do morskiej otchłani sprawiając, że już po kilku seriach wte i z powrotem, okręt znacznie zadarł dziób. To wszystko dla bezpieczeństwa, desperacka próba ocalenia Johna, gdyby przyszło mu zbliżyć się do ostrych skał, w kierunku których smok ich przecież ciągnął. Na razie byli jeszcze na tyle daleko, by zamiast w nie uderzyć, kilkukrotnie omal się nie wywrócić na prawo i na lewo. Na szczęście Jean była wielce wprawiona w kierowaniu takimi wielkimi kochasiami, jak John, toteż ostatecznie żadna z burt nie dotknęła wody. A może po prostu Celina miała ogromne szczęście? Kto by się tym przejmował w takiej chwili!
Wiatr się nasilił, fale niezauważalnie podniosły, a statek był coraz bliżej skał, które w tym momencie rozpościerały się wysoko ponad najwyższy z masztów. Jednak płynęli coraz wolniej, jakby bestia była z każdą chwilą słabsza. Przeceniła swe siły, ciężar całego statku z załogą, a szczególnie ze Słoneczkiem na pokładzie, to było ponad jej siły! Męczyła się! Jak też dobrze Jean zauważyła, Lawren nie mógł długo przebywać pod wodą, jako iż nie potrafił tam oddychać, potrzebował zwykłego tlenu, zawartego w powietrzu, nie potrafił korzystać z tego w wodzie. A przebywał tam ładne kilka minut, do tego zmęczenie poważnie wzmogło chęć zaczerpnięcia oddechu. Dlatego też w pewnej chwili jego, doskonale widoczny z tej kilkudziesięcio metrowej odległości, smoczy łeb wynurzył się ponad, odbijająca błękit nieba, taflę morza. W paszczy trzymał szczątki beczki oraz tyle ryb, ile udało mu się utrzymać w jamie ustnej, zanim wyleciały ze zgniatanego w stalowym uścisku pojemnika. Drewno wystawało mu spomiędzy wielkich zębisk, niczym resztki z obiadu wieśniakowi z dzielnicy portowej w Wolenvain. Z paszczy zwisał gruby łańcuch kotwicy, który uniósł się na chwilę nad wodę, po czym razem z łbem pod nią powrócił… Nie! Wróć! Powinno tak być już w dwie sekundy po pojawieniu się głowy! Jednak wydarzyło się coś zupełnie innego, nieoczekiwanego.
Celina po raz ostatni szarpnęła sterem, by wyrównać dziób z kierunkiem podążania smoka, nie spodziewając się, iż zacznie on wynurzenie. Wtedy łańcuch, który był naprężony do granic możliwości, poluźnił się nieco, sprawiając, iż bestia na sekundę przyspieszyła, niehamowana ciężarem okrętu. Ale tylko na sekundę, bo gdy ta minęła łańcuch ponownie się naprężył.
Szarpnęło, dziób gwałtownie został pociągnięty w dół, ciało smoka niesione siłą pędu w stronę nieba, ukazało całą swą krasę. Ogon, który był najbliżej statku, oblał pokład litrami wody, która dotarła aż tak daleko. Biedny Lawren. Głowa jego została pociągnięta kotwicą w tył, reszta olbrzymiego cielska wyprzedziła ją i wpadła do morza. Kotwica została wypuszczona z paszczy wraz z głośnym, przerażającym rykiem, który być może niósł się aż do odległego lądu na południu. Krew, zabrudzona rybami, trysnęła, farbując morze na ciemnoczerwony kolor. Wraz z kotwicą, krwią i rybami, z twarzy wydostał się również dolny kieł, oraz spory kawał gadziego polika. Kieł wystrzelił wysoko w górę, i przebywał tam jakiś czas, po którym padł na pokład Johna i poturlał się aż do wejścia pod pokład.
Smok z rykiem runął w wodę. Nastała cisza. Krótka, ponieważ chwilę po tym coś uderzyło w statek od spodu z szaleństwem. Raz, drugi, potem z prawej, i znowu. John był w niebezpieczeństwie!
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

28 maja 2012, 09:42

Okręt suną i był rzeczywistym balastem dla bestii. Choć trzeb a przyznać, że Celina musiała włożyć wysiłku by utrzymać kurs, aż jej w gardle zaschło! Temu też wspomagając się stopą, zaczepiła nią o szczebel, by ster się ni hu-hu nie ruszył, a następnie wprawnie, sięgnęła w boczną, wewnętrzną, kieszeń płaszcza kapitańskiego swego. Wyciągnęła niewielką drewnianą manierkę. Odkoreczkowała walcowaty twór, przytroczony drobnym łańcuszkiem do szyjki, która w chwil kilka znalazła się pomiędzy celinowymi wargami. Jean mrużyła swe powieki patrząc w bok, w kierunek w którym kotwica nikła w głębinach, ciągle podpierając ster stopą swoją, by statek prostopadle utrzymać, a przynajmniej do momentu w którym drewniane, puste naczynie poleciało na pokładowe deski po których zaś biegała załoga wyrzucając za burtę rozbite łupy. ..Arr…Odbije. Nowe! Lepsze! Kradzione! Będzie okazja…Lecz teraz trzeba było stawić czoła skałom! Pani Kapitan otarła wargi swe o rękaw. Ujęła ster. Naprostowała Johna…
Statek okręcił się gwałtowniej niż sądziła. Ale był lżejszy. Widziała różnicę w porównaniu do wcześniejszego widoku horyzontu. Kadłub się uniósł, uniósł, a łańcuch kotwicy się zluzował…by następnie napiąć gwałtownie. Johnem szarpnęło, Celiną zachwiało, załogą…coś tam zrobiło.
Lawren się wynurzył rozbryzgując litry wody, krwi i ryb po pokładzie. Jean automatycznie się schyliła, chcąc by woda ochlapała jej jedynie płaszcz kapitański na grzbiecie. Chciała chronić od wilgoci swój jednostrzałowiec który przy każdym kroku kołysał jej się przy pasie, jednakże nie spuszczała wzroku ze stwora. Wręcz przeciwnie, jak tylko ujrzała, że ten się wychyla, puściła ster, pochyliła się, sięgnęła po linę, znalazła konie…zaczęła biec. Kroki żwawe, żwawsze, szybsze…Jej piracka dłoń poluźniła linę, złapała ją trochę pod związanym lassem. Szybkim ruchem zrzuciła płaszcz, postawiła stopę na balustradzie i wybiła się, zarzucając liną w stronę smoka. Chcąc by lina zawiązała się na którymś z kolców na łbie. Wówczas sprawnie by się podciągnęła. Trzymając linę i asekurując się stopami o łuski będzie próbowała złapać równowagę podciągając się sprawnie. Wykorzystując swoją zwinność i znajomość akrobatyki. Byle podciągnąć się do kolca, zaasekurować się podciągając się na nosie, bądź uszach, ewentualnie błony którą zaciągnięte było ślepię, wąsów…Byle się złapać i przemieścić się ostatecznie do wąsów, blisko rozerwanego polika i następnie…wyjąć broń i przez ranę w poliku strzelić z broni, po którą Celina by sięgnęła, będąc jednocześnie przygotowanym na zryw potwora, szarpnięcie i rozdziawienie paszczy by ryknąć z bólu, jaki może dokonać kula jednostrzałowcem. Celina miała oko, a pociągnięcie za spust nie było trudne. Zresztą, rozerwany polik, był obszernym celem, pozwalającym na to by kula przeleciała przez płachty poszarpanej łuski i trafiła boleśnie w podniebienie. Ewentualnie, gdyby broń nie wypaliła, bądź spudłowała, Jean posłałaby w podniebienie jeden z pożyczonych sztyletów. Wówczas, gdyby nadarzyła się okazja, Jean najzwyczajniej w świecie próbowałaby się wśliznąć do paszczy stwora! Dosłownie! Korzystając z refleksu, zwinności, swojej spostrzegawczości ominąć szabloniaste kły, dostać do paszczy, natychmiastowo sięgnąć po dwa jedne z dwóch sztyletów pożyczonych od załogi i…wbić się nimi w podniebienie gada, tak, by zawisnąć na owych sztyletach i nie zsunąć się po gardzieli do przełyku….
Plan był szalony…Lecz nie niewykonalny!
A co ze Skrytym Johnem? Skoro kotwica nie trzymała stwora, a żagle nie były postawione…dryfował. Dryfował z taką prędkością, ze nawet gdyby obił się o skalne klity, nie powinny stanowić one zagrożenia dla Skrytego…
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

29 maja 2012, 00:54

MG

Jean miała plan. Szalony, iście wariacki plan. Plan godny jedynie wyjątkowej kapitan, Jean Hawk. Plan, który przyniesie jej albo wieczną sławę i chwałę, albo szybką zgubę.
Gdy tylko ponad powierzchnię wody wynurzyło się ogromne cielsko smoka, ochlapując suchy dotąd pokład, Jean puściła ster… Puściła ster, sprawiając, iż statek gwałtownie wyrównał. Jednak ona była już w drodze. Złapała linę, i ruszyła biegiem w stronę dziobu, zrzucając po drodze płaszcz i kierując się lekko na prawo, gdyż właśnie tam umieszczona była kotwica, za którą ciągnął Lawren. Wtedy właśnie statek wyrównał, sprawiając, iż kobiecina niemalże wylądowała na swych czterech kończynach, a cały ten jej misterny plan wziął w łeb. Jednak nie, udało jej się zachować równowagę, jej, ledwo ubranej Celinie napojonej z rana rumem. Jej właśnie udało się utrzymać równowagę! Chyba rzeczywiście Ourelia miała ją w opiece.
Wtedy stało się to, co się stało. Statkiem szarpnęło, bestią targnęło, Jean rzuciło… Na szczęście zdołała się wcześniej, a właściwie w tym samym czasie, wybić od balustrady, przez co owo szarpnięcie jedynie nadało jej dodatkowego pędu. Ryk smoka zlał się w powietrzu z głośnym "Łoooo…" Celiny, która to rzuciła lassem w stronę najwyższego kolca na łbie bestii, która zapewne cierpiała niemiłosiernie. Bo jak można nie cierpieć, gdy kotwica wyrywa ci kła wraz z połową polika?!
Leciała lina i leciała Jean, a do tego leciał sam smok. Pierwsze dwie coraz dalej przed siebie, trzeci w dół, zamykając paszczę, która już nigdy nie będzie szczelna. Wszystko trwało nie więcej, niż dwie sekundy, jednak dla głównych bohaterów – smoka, liny i Jean, a w szczególności dla tej ostatniej, była to wieczność. Nie zwracała uwagi na okrzyki podziwu, niedowierzania, czy dopingu swej załogi, liczyło się tylko to, czy lina zatrzymie się na kolcu.
Zatrzymała się. Już miała przelecieć nad nim, gdy jednak postanowiła opaść, jak kotwica na pal wbity w ziemię podczas festynu. Wtedy czas znowu przyspieszył. Celina uderzyła w brodę bestii od spodu, po czym odbiła się i zaczęła… huśtać. Tafla wody zbliżała się coraz szybciej – była jakieś pięć metrów pod nimi. Wysiliła się najbardziej, jak potrafiła, by się podciągnąć, podpierając stopami o łuski, których udało jej się dosięgnąć. Gdy była wystarczająco wysoko, by pochwycić za nozdrza, w które jej dłonie spokojnie mogły się zmieścić, po prostu je chwyciła.
Smok szarpnął gwałtownie łbem, jednak uchwyt kobiety był stabilny, nie pozwolił jej spaść. Niestety skończył się czas. Runęli w morską toń. Nagle ciało Jean opanował chłód, odczuła silne uderzenie o zwierciadło wody, świat dookoła zniknął, pozostały jedynie srebrne ślepia bestii, osłonięte półprzezroczystą błoną, na przeciw których się znalazła. Woda wokół niej zabarwiła się na czerwono, uniemożliwiając dostrzeżenie czegokolwiek, poza czubkiem nosa. Kobieta jednak dzielnie trzymała się za linę i nozdrza stwora. Nie potrafiła pływać, czuła, że długo pod wodą nie wytrzyma.
Przez ranę w poliku smoka, do środka wpływała woda, przez co Lawren zaczął się topić. Począł silnie szarpać, miotać łbem na wszystkie strony, a razem z nim Jean, która coraz bardziej potrzebowała tlenu. Feralnie puściła się nozdrzy i począłe spadać, coraz głębiej i głębiej, desperacko machając rękami, by pochwycić linę… już miała odpłynąć w głębiny na swój ostatni, wieczny rejs, poddać się przeznaczeniu, gdy jedna z jej raciczek natrafiła na swą smukłą wybawicielkę.
Złapała linę. W samą porę. Smok właśnie przyspieszył, sprawiając, iż sznur naprężył się. Celina, już niemalże dusząc się, ponownie znalazła się pod brodą stwora. Podciągała się, wyżej i wyżej, ostatnimi siłami, pewna, że za chwilę utonie, gdy nagle… Wynurzyli się! Piratka wzięła głęboki, bardzo głęboki wdech, krztusząc się kroplami wody, które jeszcze dotarły do jej ust. Złapała się wąsów, które w tej chwili były najbliżej, by nie wylecieć w przestrzeń przez siłę odśrodkową. Były ostre, poczuła ból w dłoni. Ale to nie ważne. Miała około trzech sekund, by powrócić do wody. Z tego wszystkiego nawet nie zauważyła, że oddala się od Johna.
Musiała działać. Zabić stwora, a później jakoś za pomocą jego cielska dostać się na statek. Albo inaczej. Musiała przeżyć! Po prostu. Jak na ironię najlepszym na to sposobem byłoby ukrycie się w paszczy stwora, który zapewne najchętniej samemu by ją pożarł. Tam nie grozi jej utonięcie, nawet jeśli w poliku znajduje się wielka dziura.
Dwie sekundy, sekunda… Złapała za górny kieł od strony, z której znajdowała się wyrwa, puściła się nozdrzy i po linie zsunęła prosto na język, przyciągając się do górnego kła, przelatując przez wyrwę po dolnym. Tak to mniej więcej wyglądało. Błyskawiczne działanie zakończone uderzeniem o wodę. Fala prawie zmiotła ją do gardzieli, jednak miała przy sobie sztylety, które natychmiast wbiła w podniebienie. Targnęło nią. Targało co chwila. Co za przygoda! Kto wie, jak to się skończy…
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

31 maja 2012, 11:38

-Łooooo…!– Tyle wydobyła z siebie Celina, po tym jak cudem utrzymała równowagę biegnąc po rozchybotanym pokładzie. Po tym jak stanęła na balustradzie. Po tym jak się od niej odbiła oraz po tym jak rzuciła linę w kierunku stwora. Jak to się stało, że nie przeżywała aktualnie zbyt nadmiernego kontaktu twarzą z deskami, nie wpadła do morza, nie potknęła o swoje nogi, które zawsze w dziwny sposób kierowały jej fizjonomią? Nie wiedziała, bo nie myślała. Teraz bowiem czas jej się zatrzymał, a jej jedynym problem polegał na tym "Czy ta chędożona lina, sięgnie tego paszczura mendowatego!". Tak więc ślepiema swoimi rozwartymi, ciemnymi, czarnymi, zmąconymi, może trochę pijanymi, pirackimi i ogólnie…celinowymi, patrzyła, jak lina wije się w powietrzu, opada, tak jak ona sama, tak jak sam potwór…To ostatnie było nad wyraz niepokojące i zatrważające, lecz Jean zwróciła na ten problem swą uwagę dopiero, kiedy, jak i wówczas gdy lina zaczepiła się kolca! Naprężyła! A sama piratka się obiła od potwora z warknięciem i zaczęła się wspinać podciągając się odpowiednio, stopami wspomagając i uciekając od poziomu wody, który był coraz bliżej i bliżej…Potwór pragną się zanurzyć. Niech go jasna cholera! Jean nie zdążyła przelecieć przez swoje myśli większej ilości przekleństw. Uchwyciła nozdrzy, zaparła się czym tylko mogła i o co tylko mogła, a po chwili rozległo się tylko głośne "plusk". Celinę znikło z powierzchni…
Pani Kapitan oszołomiona, kurczowo trzymająca się smoczej skóry znajdowała się pod wodą. Trzeba przyznać że nie była najcieplejsza, jak i sam fakt bycia pod taflą sprawiał, że Jean nie czuła się komfortowo. Nie umiała pływać! A teraz była pod wodą, wraz z lawrenem. Dobrze, że pierwszym kapitańskim odruchem było zatrzymanie powietrza w płucach. Bo o ile jeszcze Celina łączyła fakty, rybą nie była.
Potwór zaś wręcz przeciwnie, czuł się zapewne bezpieczniej pod wodą, niż na jej powierzchni w towarzystwie szalonego piractwa, które teraz na dodatek uczepiło się jego pyska i nęka go i pod wodą. Biedaczek, jednak szybko zorientował się, że w jego przypadku bytowanie w głębinach jest równie szkodliwe co dla Celiny. Zaczął po chwili więc miotać pyskiem. Pani Kapitan zacisnęła zęby i próbowała się utrzymać. Nadaremno. Jej pirackie kończyny w postaci pięciopalczastych dłoni w dwóch sztukach puściły naturalny otwór gada. Adrenalina rozeszła się w tym momencie po kobiecym ciałku. Tonęła! Próbowała w panice, jak i w akcie ratunku wymachiwać dłońmi, nogami, a gdy ujrzała tańczącą w odmętach linę wyciągnęła w kierunku jej ręce. Rozpaczliwie wręcz. Jakby sięgała po ostatnią butelkę rumu w swoim życiu! Pochwyciła! Co to była za radość…Hah! Gdyby nie masa drobnych bąbelek, czerwonej mgły i ciemności toni ten błysk ulgi w oku byłby dostrzegalny dla każdego obserwatora.
Potwór nagle zapragną się wynurzyć. Chwała mu! Tj…Chwała Oureli! Lina się naprężyła, szarpnęło. Niewielka sylwetką Celiny uczepionej sznura wyrzuciło na powierzchnię pozwalając zaczerpnąć jej powietrza. Strugi wody się z niej lały. Z ubrania, nosa i ust. Lecz żyła! A pierwszy głęboki oddech przywrócił ja do rzeczywistości, przypominając że to nie miejsce na tak prozaiczną czynność jak oddychanie! O! Teraz musiała wykorzystać fakt, że znalazła się blisko pyska stworzenia! Pochwyciła się jego wąsów. Szorstkich, ostrych, cierniowych. Syknęła z bólu, czując jak rani sobie ręce. Lecz nie puściła! I tyle było tego dobrego, bo stwór znów pragną się zanurzyć…Do rzuci z jego humorkami! Jean się wzdrygnęła kiedy znów przyszło jej bytować pod wodą. Ściągnęła brwi, zaczerpnęła oddechu i warknęła coś pod nosem. Chcąc uratować się przed utonięciem zgrabnie przeszła po pysku stworzenia odpowiednio się zapierając i podpierając do gardzieli stwora, zaczepiając się o podniebienie sztyletami. Stworem zamiotło, nią również. Podciągnęła się na sztyletach, łapiąc je pewniej co by się nie ześliznąć. Dłonie ja piekły i bolały, a strugi wody który wlatywały do gardzieli i obmywały ją co rusz nie pomagały. Dobrze że była ustawiona do wlatującej wody plecami. Zaparła się wiec stopami, zagrabiła i pochyliła głowę by mieć dostęp do powietrza i móc myśleć. Tak. Teraz skoro już znalazła się w gardle bestii…co dalej? Właśnie, Celina niestety nie posiadała nigdy dalekosiężnych planów, a może jednak? Może to wszystko już wcześniej zaplanowała? Miała dogodną pozycję. I myśl jedną, a mianowicie:
-Zaduszę bydlaka.– I naturalnie, jak powiedziała, tak też postanowiła uczynić. Czując jak krew w żyłach miesza się z adrenaliną. Plan był bowiem dość ciekawy…
Celina zamierzała puścić się sztyletów, ustawiając się tak, by mieć skierowaną głowę w dół gardła, a następnie natychmiastowo przemienić się w sokoła i powiększyć do takich rozmiarów, by utknąć w gardle potwora. Ubrania naturalnie rozdarły by się pod wpływem przemiany wielkości. Skrzydła Jean ułożyłaby tak, by ich nie uszkodzić. Były to bowiem teraz jej ramiona!
Celina zmieniłaby się w korek, który by zatykał szyjkę butelki, a w tym przypadku gardła stwora. Ważna była również pozycja. Pani kapitan miała po przemianie głowę ustawioną w dół, we wnętrzu potwora, mając dostęp do jako takiego "powietrza". Dodatkowo, sokołaczka zaczepiła się swoimi szponami w które przeistoczyły się nogi o stwora. Na wypadek gdyby bestia dostała odruchu odkrztuśnego. Powiększałaby swoją wielkość, napierając na wewnętrze smoka coraz bardziej i bardziej…chcąc utknąć. Udusić.
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

03 cze 2012, 09:57

MG

W paszczy stwora Jean nie miała możliwości śledzenia drogi, którą przebywają, otoczenia, bezmiaru morskiej toni, błękitu nieba. Nie mogła, bo miała widok jedynie na czerwony jęzor, na którym stała i który od czasu do czasu starał się pozbyć zawziętego ciała obcego z pyska, podniebienie, w które wbiła sztylety powodując, iż krew poczęła ściekać po jej rękach w sporych ilościach, na wielkie kły i dziurę, przez którą widać było jedynie nieskończone fale, nic więcej, z jednej strony i ciemność, znikającą w gardle, z drugiej. Ta druga ją zainteresowała. Targana potokiem wody, który raz na kilka sekund starał się ją zepchnąć w dół, w ową ciemność, wpadła na wspaniały plan, który miał na celu uduszenie gada.
Gdy runęli w wodę, ta przedostawała się do pyska przez wielką dziurę w prawym poliku, obmywała panią kapitan doszczętnie i sunęła dalej, wprost do gardła, gdzie się gładko wlewała, nie naruszając nawet małego języczka u góry, co zapewne za którymś razem spowodowałoby odruch wymiotny, a to z kolei pozbyło się wszystkiego, co znajdowało się w paszczy, obmywając to jeszcze zawartością żołądka… Wszystkiego. Gdy się wynurzali, resztki wody, które nie zdążyły jeszcze wlać się do gardła, wydostawały się na powierzchnię poprzez tą samą dziurę, przez którą wleciały, zabarwione resztkami szkarłatu, panią kapitan zaś targało w drugą stronę. I tak ciągle, podług jednego rytmu. Wciąż tak samo. Cykl woda-powietrze trwał bez końca. Stwór od czasu do czasu rzucał jeszcze głową w obie strony i wydawał z siebie głośny ryk, który wprawiał mały języczek w wibracje, to wszystko ponownie panią kapitan… targało. Biedna kobieta. Ale przecież smok słusznie czynił, wszak nie chciał już pić. A czy dziecko, któremu wpycha się smoczek na siłę do buzi siedzi cicho? Nie.
Podczas jednego z pierwszych takich cykli, Jean wpadła na swój niecny plan uduszenia owego dziecka. Puściła się sztyletów i niemal rzuciła w ciemność, przed wpadnięciem do której tak usilnie się wcześniej zapierała. Jednak to nie było wszystko, najważniejsze stało się gdy zmierzała w jej kierunku. Otóż, ciało kobiety z pięknych i powabnych, kobiecych kształtów przemieniło się w pokryte piórami cielsko ptaka! Gdy była już na lini paszcza-przełyk, powiększyła swój rozmiar tak, żeby utknąć w środku. Utknęła. Z pierzastą głową zakończoną sokolim dziobem z jednej strony, tej ciemniejszej, oraz… resztą równie pierzastego ciała z drugiej. Chwilę później mogła poczuć, jak kolejna fala wody uderza ją w tył, zatykając "butelkę" "korkiem" ostatecznie.
Stwór w tej chwili mógł być jej za to wdzięczny, jako że uchroniła go przed kolejną dawką wody, która zdążyła mu już zbrzydnąć do granic możliwości. Jednak nie był, niewdzięcznik jeden. Nie był, ponieważ zaczął się dusić! W jednej chwili kokieta-sokół mogła poczuć, jak wody z tyłu przybywa, nie wydostaje się ona z paszczy, co oznaczało, że znajdują się pod powierzchnią. Mogła odczuć, jak smok wierci się niemiłosiernie, rzuca na wszystkie strony, uderza o coś… Dość potężnie o coś uderza. Z jednej, drugiej strony. Gdyby Jean nie była zaklinowana, to zapewne sztylety nie pomogłyby jej się utrzymać.
Głośny i przygłuchy ryk, który nie mógł się wydostać z gardła, rozchodził się jakimś dziwnym echem. Echem, które budziło uczucie niebezpieczeństwa, zwiastowało coś, co miało się za chwilę wydarzyć. I wydarzyło się. Zanim smokiem targnął jakikolwiek odruch od wewnątrz, coś targnęło nim z zewnątrz. To coś było podłużne, stożkowate, zakończone bardzo ostrym czubkiem, zbudowane z wapienia i zwykle wiszące sobie spokojnie na sklepieniu jaskini, lecz nie tym razem. Tym razem to coś przeszyło smoka tuż przed gardłem, sprawiając, iż Jean mogła zobaczyć jak nagle wyrasta przed nią wapienna ściana. Tuż przed nosem… Znaczy dziobem.
Smok przestał się rzucać i wydawać jakiekolwiek dźwięki. Nastała cisza. Spokój. Woda z paszczy wyrównała się do pewnego poziomu. Byli na powierzchni.

Wróć do „Jednostki pływające”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 14 użytkowników online :: 3 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 11 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Kerra z Derinu, Kerreos
Liczba postów: 52214
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1048
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Kerra z Derinu
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.