Statek „Skryty John”

Pływające po Morzu Smoczym nieliczne statki pochodzą głównie z dalekiej Północy, podczas gdy morza południa przepełnione są zaawansowanymi jednostkami Niezależnego Księstwa Lokent oraz piratami.
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

Statek "Skryty John"

03 lut 2012, 16:02

Opis okrętu będzie później , lecz tak ogólnikowo…Okręt zwrotny, "zwinny", trudny do utrzymania na powierzchni w czasie szkwałów i niebezpiecznych warunków pogodowych. Dlatego łatwo się domyśleć, że jest to statek nie długi, lekko szeroki ze wzmocnionymi okuciami burtami. Był naturalnie podpokład ze śmiesznymi hamaczkami gdzie sypiała załoga, jak i ładownia. Jean zajmowała prywatną kajutę z masą bubli, pergaminów, map, skrzyniami z różnymi "interesującymi rzeczami", wyrko i wiele wiele więcej. Żagle były czerwone.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jean weszła po kładce na pokład i zastała dobrze jej znaną dezorganizację wtórną reprezentowaną przez bandę bez mózgów wszelakich. Stała tak wiec, sojac niepewnymi kulaskami na tym pokładzie i chybocząc się, to kiwając, w bezruchu patrzyła, jak jeden dryblas biega za drugim drąc się nie wiadomo o co, innego co wytrwale pokład szorował, co się chwaliło, jak i jeszcze innego spitego co przez burtę był przełożony wraz ze swymi trzema kompanami. Uwagę skupiała chamara luda skupiona w jednym punkcie bawiąca się przednie…Widok ten, jak warto zaznaczyć nijak nie podobał się Celinie która krytycznym okiem spojrzała na cały ten rozgrabiasz, zaciągnęła się tabaką, poprawiła pas
-Plugastwo nieurobione! Do szmat zawszańce! Tych pościągać na pokład. Mają zbyt parszywe mordy, zbezczeszczą dar Oureli…– I tak komendy rozmaite leciały mimo pory wieczorowej, wprawiając w ruch cała zgraję. Która pośpiesznie rozkazy wykonywała. To skakali na jednej nodze, to mamrocząc czyścili pokład, to załadunek pod pokład znosili, ostrzyli kordelasy, znikali pod pokład…Tym sposobem sprawiając, że na jego powierzchni pozostali nieliczni męczący swoje obowiązki, a okręt ruszył niemrawo powoli w kierunku Wolenwille..
Tak, to może się wydawać śmieszne, że ta hołotka składająca się z niejednego człeka wyższego i silniejszego od Celiny się jej słuchało. Było to przywiązanie dziwne, lecz nie takie bezpodstawne. Jean o swoich w dziwny sposób dbała, wszak była przekonana, że oni nalezą do niej, a kobiecina ta nie lubiła bardzo, gdy ktoś lub coś mogło jej zabrać i pozbawić "zabawek"…
No, jakby nie było Jean po wejściu na pokład i zarządzeniu i ogarnięciu chaosu, który zamienił się w dziwną czystkę, bowiem jedynie dwóch ludków smarowało pokład szmatami, a towarzyszyło im światło księżyca i rozświetlające mrok płomienie latarni … skłoniła się w pół pasa, rozkładając ramiona ze swego rodzaju pijacka dumą.
-Witam na Skrytym Johnie. – ząbki jej błysnęły, wyprostowała się, po czym zaczęła stawiać kroki przed siebie.– Tego, tego i tego nie dotykasz, no chyba, że powiem inaczej– wskazała parę głównych elementów statku po czym uwiesiła się na sterze tuląc go ckliwie…-Tego ruszyć nawet nie próbuj, a tam nie właź…chyba że masz zamiar nabawić się trądu. Naziemi to delikatne istoty…-fuknęła z niejaką lekką pogardą wskazując podpokład po czym, skierowała wzrok na ostrze targane przez blondasa. Jakoś tak nawet miała chętkę na potyczkę, lecz problem tkwił w fakcie, że człek ten wymachiwać kawałkiem metalu nie potrafił…
-Chętkę powiwijac masz teraz czy dniem pełnym?
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

04 cze 2012, 11:33

Jean targało w paszczy stwora niemiłosiernie jeszcze przed tym, zanim wprowadziła swój plan w życie. Jakby nie było bestia ciągle się ruszała to w górę i w dół. Jean była co chwila podtapiana i dopuszczana do świeżego morskiego powietrza. Utrzymać się w paszczy było ogromnym wysiłkiem. Zapierać się nogami, zaciskać poranione dłonie na rękojeściach sztyletów, używać mięśni wszelakich i cierpieć z powodu wymuszonej kąpieli…A ile epitetów przy tym leciało! Łohoho…
Jean w każdym bądź razie plan swój w prowadziła ostatecznie w życie. Skierowana głową w dół, w kierunku paszczy bestii zleciała puszczona rękojeści, by po chwili zmienić się w wielkie, pierzaste bydle. Jej sokole oczy zaszły parę razy błonką, w geście mrugnięcia i oczekiwania na chłodną toń wody, która po chwili obmyła jej kuper. Dziwne uczucie…
Zaklinowana Jean była…zaklinowana, a duszona bestia się dusiła, wiła, miotała…Celina odczuwała podróżniczy dyskomfort, czując jak mięśnie gada się prężą by pozbyć się jej z pyska. Teraz ona odpłacała się pięknym za nadobne. Była duszona, a teraz dusiła…parędziesiąt, jak nie set razy większą bestię od siebie! Ach, ta satysfakcja tak ją rozpierała, że jeśli to możliwe, na jej dziobie zawitał wredny uśmieszek. Giń gadzie! Giń!
Gad zginął, a Jean mało na zawał nie zeszła kiedy wielki szpikulec pojawił jej się przed dziobem. Na Ourelie! Nie widziało się bowiem pani kapitan zginąć w tak dziwny i haniebny sposób. Piratem jest, lecz nawet te stworzenia plugawe mają honor swój i dziwny kodeks. Jakby nie było Jean jednak szczęście miała i ją wątek zostanie przekłutą nie dotyczył. wypchnęła, a po gardzieli rozszedł się sokoli skrzek ulgi. Chwała Oureli!
Celina czując jak jej mokry kuper doznaje powiewów powietrza również była zadowolona. Dużo ryzykowała…Ba! Ryzykowała wszystko, jednak się opłaciło. Chyba…
Pani kapitan zmniejszyła swoje rozmiary, lecz ciągle pozostawała w swej sokołaczej formie. Biały ptak, z mokrym w połowie upierzeniem zmniejszając nagle swe gabaryty miał zamiar przetoczyć się po gardzieli w dół w kierunku wapiennego szpikulca. Podparłby się o niego szponami i tak przez chwilkę trwał odpoczywając i oddech swój uspokajając. Tyle wrażeń wszak miała kobiecina! Ciśnienie, jak i oddech trzeba było do normy jakiejkolwiek doprowadzić, a trzeba przyznać, że Pani Kapitan sapała znacznie. Po tym, jak chwilkę odpoczęła, znów zwiększyła swoje rozmiary, lecz nie znacznie, tak, by mogła wbijając się szponami w miękką skórę gardła, jak i podpierając się zagięciami w skrzydłach, jak to czynią nietoperze, kiedy poruszają się po podłożu, znajdować oparcie w gardle i maszerować ku wyjściu z pyska. Kiedy znajdzie się na języku, brodząc łapami swoimi i podbrzuszem w wodzie stojącej w paszczy, wychyli się z paszczy by spróbować ustalić gdzie właściwie się znajduje oraz czy w zębach, a może na sztyletach w bitych w podniebienie uchowało się coś z jej podręcznego dobrobytu. W tym wypadku jej chusta, pas, do którego przytroczony był jej kordelas, a także jakiekolwiek manierki rumu. A może do podniebienia bestii jakiś materiał się przykleił? W każdym bądź razie, celina zamiar miała zrobić rozeznanie.
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

05 cze 2012, 18:05

MG

To było wielce zaskakujące, gdy wapienny szpikulec ot tak po prostu wyrósł tuż przed dziobem sokolicy. O mały włos, jedna sekunda później, smok byłby w innym miejscu, a ten wbiłby się prosto w Celinę! Jakież ona musiała mieć szczęście! Jej bogini, Ourelia, widocznie musiała mieć wobec niej jakieś wspaniałe plany.
Sokolica zmniejszyła swe rozmiary, wypuszczając z cichym świstem powietrze z środka bestii. Stożek zwężał się ku dołowi, i o ile u góry zajmował całą powierzchnię gardła, o tyle tam po obydwu stronach znajdowały się szpary. Przez nie wydostawało się na zewnątrz, wymieniając się najpierw gwałtownie z wodą, aż poziom w paszczy zmalał do minimum. Potem wolniej. Powoli. Powoli całe cielsko chowało się pod wodą. Jednak zanim stanie się to całkowicie, minie jakiś czas.
Wapień przeszedł na wylot. Czubek pocisku ginął gdzieś w dole w miękkiej tkance, przebijając nawet twardą łuskę. Jednak trudno było cokolwiek tam dojrzeć, było ciemno, paszczę lawrena ogarnął mrok. Tylko sokole oczy Jean pozwalały jej mniej-więcej orientować się w tym wszystkim. Zsunęła się wgłąb gardzieli, opierając pierzastymi stopami o stożek, by odpocząć. To, jak smok ją wytargał na powierzchni jeszcze, potem podtopił, w środku rzucał wte i we wte i kąpał w zimnej wodzie, która starała się zepchnąć ją do żołądka, to wszystko nieźle ją wymęczyło. A na dodatek zmiana w sokoła, który był silnie ściskany przez mięsiste ściany gardła, poprawiła jedynie ów stan. Musiała odpocząć, to też robiła. Oddychała głęboko, uspokoiła oddech… jednak nie trwało to długo.
Woda z paszczy ściekała powoli ciurkiem z wszystkich stron, przepływając przez szpary między ścianką wapnia i gardła. Musiała działać szybko, jeśli nie chciała pójść ze smokiem na dno. Wspięła się więc, nieco powiększona, z powrotem do paszczy, gdzie poziom wody sięgał jej już jedynie do łydek, wlewając się przez wielką dziurę w prawej stronie. Było ciemno. Prawie, bo wszędzie roztaczał się jakiś łagodny blask, jakby księżycowy. Mylił znacznie wzrok, jednak i w nim można było dojrzeć najważniejsze rzeczy. Na szczęście pani kapitan sztylety były na swoim miejscu, zbite w podniebienie martwej już bestii. Nie były samotne. Otóż na jednym z nich zatrzymał się i zaczepił pas Jean, jednak pochwa na broń była pusta. Kordelas musiał wypaść podczas rzucania smokiem po ścianach. Na szczęście chyba sama bogini ponownie interweniowała, uchroniwszy manierkę z rumem, która dzielnie trzymała się na swym miejscu i ani myślała zostawić swej pani samej. Na zębach zaczepiła się chusta i koszula Celiny, ta druga jednak nie była cała. Kieł rozdarł ją wzdłuż i tylko dlatego nadal tam była. Jeszcze kilka szarpnięć, a woda zwieńczyłaby dzieło, rozdarłwszy do końca, i zabrała w otchłań kawałek materiału tak samo, jak zabrała broń.
Jean wychyliła głowę na zewnątrz i widok ją onieśmielił. Pierwsze, co rzuciło jej się na oczy, były kolorowe ściany, pokryte świecącymi grzybami. Ciągnęły się ona jakieś dwa metry nad powierzchnią wody na całej ścianie i suficie. Niżej były widoczne jedynie śladowe ilości tych roślin. Wiszące u sklepienia stalaktyty były nimi pokryte tylko u nasady. Z czubków tych wapiennych tworów ściekała co kilka sekund kropla wody. Jeden z takich musiał spaść, gdy smok zaczął rzucać się po tym… tunelu i ryczeć co sił w gardzieli. Wszak każdy wie, że krzyczeć w takim środowisku jest niebezpiecznie.
Z prawej strony, gdzieś w oddali było widać jaśniejszą poświatę, z lewej jedynie tunel, ciągnący się w dal. Pierwsza myśl mówiła jasno, gdzie znajduje się wyjście. Ale czy to aby nie złudzenie? To mogło być jedynie zwiększone natężenie światła grzybów. Im dłużej nad tym rozmyślać, tym sprawa staje bardziej skomplikowana. Smok zanurzał się powoli, obrazie niezauważalnie.
Gdzieś z lewej strony odłamał się z trzaskiem czubek wapiennego szpikulca i wpadł do wody, wywołując bardzo długie i potężne echo. Jeszcze dalej zaczęła się jakaś zawierucha, głośne piszczenie i trzepotanie skrzydeł. Setki nietoperzy gnały niezwykle głośno, a ich piski potęgowane były wspaniałą symfonią echa, w kierunku "statka" i jego kapitan. Gdy przelatywały nad nimi, aż strach było patrzeć na wiszące u sklepienia stalaktyty…
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

05 cze 2012, 21:34

Jean wydostała się z gardzieli i swoimi sokolimi łapkami chadzała po jęzorze bestii. Korzystając z mdłego światła próbowała dostrzec w ciemnej paszczy jakiekolwiek ślady swego dobytku. Sokole ślepia się zapewne przysłużyły, pomagając zwrócić jej uwagę na pas dyndający na sztylecie w podniebieniu, czy swą zacną i umiłowaną chustę! Skrawek koszuli! Rum! O! Dobrze. Akurat jej w dziobie schło. Tak więc Celina postanowiła wyratować to co mogło się jej przydać. Podeszła na skraj jęzora, zapierała się zagięciami skrzydeł o tkankę, nachyliła się i dziobem kolejno sięgała To po pas, który na nieszczęście był lżejszy o kordelas, co Pani Kapitan skwitowała skrzeknięciem. Pas poleciał do tyłu, tak by spaść na jęzor. Woda w paszczy stała, więc nie powinien spłynąć. Potem to samo stało się ze sztyletami z tą różnicą, że do wyciągnięcia ich Celina-sokołak musiała się na szarpać. Następnym razem pomyśli zanim zechce jej się polować na bestię. Tyle z tym szarpaniny i bycia szarpaną. Na Ourelie! Po tej chwili udręki i zebrania swoich rzeczy na jęzorze wychyliła sokolą głowę zza zębów smoczych. Oczy zaszły jaj kilkakrotnie ptasimi powiekami, które co rusz patrzyły na jaskinię pod innym katem. Najwyraźniej bestia wpłynęła tu pod wodą. Kłopotliwe. Jednak był plus tego, że skalne ściany pokryte były dziwną mieniącą się w ciemności substancją.
Zresztą…Nie było co dumać. Celina znów nieco zwiększyła gabaryty skubiąc swym dziobem dolną szczękę bestii, odrywając szponiastym dziobem po skrawku miękkiej takanki. Problem miała przy mięśniach jak i samą skóra którą musiała dziobem rozerwać. Co właściwie robiła? Próbowała odczepić dolną szczękę od bestii i zorganizować z niej prowizoryczną szalupę…Tylko nawet jeśli jej by się udało, co dalej? Woda w jaskini stała. A Jean nie miała czym wiosłować. Miała właściwie. Mogła wiosłować sobą, lecz wiązałoby się to z zanurzeniem swojego boskiego ciała w tej nie boskiej wodzie.
Celina skrzeknie i zacznie zmieniać formę na ludzką. Kształt jej się zmieni. Pióra opadną lub zanikną wchłonięte przez skór, by po chwili Jean mogła sobie siedzieć w paszczy tak, jak ją Ourelia stworzyła – Nagusieńka. Jedynym pierzastym akcentem zostaną dwa pukle, mokrego pierza przylegające do łopatek i biały puch który wykrztusi przez usta, jak stary wyleniały kot futro. Zachwieje się na miękkim języku bestii, po czym sięgnie po swój ekwipunek pas, sztylety. Drugą ręką ujmie szmaty będące dawniej częścią garderoby, po czym chybotliwie z przekleństwami zabierze się za montowanie na sobie sprzętu. Nie, żeby nagość jej przeszkadzała, acz chodzi o Alberta…drań się zmaterializował i ciągle się przyglądał co było irytujące wielce.
Zniszczoną koszulę owinie wokół bioder, podtrzyma ją pasem, który chwilę później ściśle przylegnie do jej mokrej skóry, a za nim będą widniały dwa sztylety. Chustą przewiąże sobie tors, zakrywając piersi i wiąże czerwony materiał za plecami. Dobrobyt był niewygodny gdy zbytnio się bujał. Lecz mniejsza! Natępnie z niezadowoleniem trzymając się paszczy potwora zacznie powoli schodzić tyłem do wody dłońmi trzymając się unoszącej się żuchwy, jako swego rodzaju asekuracja.
-Na Ourelie…Co teraz?– Fukneła, zaczynając odruchowo machać nogami. Fakt, oddychała nerowo, bo woda to nie był jej żywioł, lecz trzymając się unoszącej się szczątki czuła się nieco pewniej uspokajając się z każdą chwilą i…odkrywając, że machając stopami się unosi i nie musi podciągać się na swojej "asekuracji". Całość szła jej mozolnie. Wymachiwała nogami to bardziej to mniej patrząc i badając jak właściwie ją znosi gdy macha jedną nogą, dwiema na raz, dwiema na przemian, ruchami okrężnymi i krzywymi…Jakby nie patrzeć zwróciła uwagę, że zależnie jak machnie nogami, tak woda pod nią wypchnie ją w danym kierunku. Prawie jak machanie skrzydłami w powietrzu. Tak więc…podkusiło ją by puścić się na chwile paszczy i zobaczyć co się stanie jak zamacha tak rękami, machając przy tym stopami. Zawsze gdyby się miała podtopić uchwyciłaby się natychmiastowo swej łódki.
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

06 cze 2012, 19:12

MG

Jean, jak na prawdziwego kapitana przystało, wpadła na doskonały plan. Po zgromadzeniu ekwipunku, który przetrwał ten swoisty sztorm, powiększyła się nieco i zabrała za… tworzenie szalupy. Miała do dyspozycji wielki smoczy łeb, sokole pazury i dziób. Znajdowała się w jakimś długim tunelu, wypełnionym wodą, bez żadnej powierzchni, po której mogłaby spokojnie stąpać. Po wodzie przecież chodzić nie będzie, chyba że nazywałaby się… Nie, raczej nikt tego nie potrafi bez użycia magii. Ona tego typu magii nie posiadała, toteż musiała poradzić sobie inaczej. A żeby zrobić prowizoryczną szalupę z, niedawno jeszcze żyjącego smoczego łba, musiała oddzielić całą żuchwę od całej reszty.
Rwała więc dziobem mięso, tkanki, rozrzucała je na wszystkie strony, co nieco połykając, wszak pirat też człowiek, jeść musi. Szczególnie pirat przemieniony w drapieżnego ptaka. Co silniejsze mięśnie, które nie ustępowały pod ostrym dziobem Celiny, szarpała pazurami u stóp. Tak w ciągu kilku długich minut, wyorała głęboką ranę, aż do twardej łuski. Z tą było trudniej. By ją przedziurawić musiała zwiększyć się jeszcze bardziej, przyspieszając tym samym proces przelewania się wody i… tonięcia. Musiała działać szybko, tak też było. Twarde łuski pod naporem dzioba dawały się jedynie porysować, ni cholerę nie chciały ulec rozłamowi. Musiała silnie uderzyć, raz, dwa, trzy, niczym… dzięcioł! Co za wstyd. Do tego pojawił się Albert, który szydził z tego otwarcie, zamiast pomóc! Cham.
Na szczęście udało się, za którymś razem obydwoje usłyszeli głośny trzask i skorupa pękła. Reszta poszła już łatwiej. Żuchwa oddzieliła się od cielska, jednak ciężar wielkiego sokoła i jego wyimaginowanego przyjaciela nie rozkładał się już po całym smoku, tylko skumulował na tych trzech metrach kwadratowych! A to spowodowało, iż "szalupa" gwałtownie runęła pod powierzchnię wody.
Na szczęście Jean nie czekała, aż woda zmyje cały ekwipunek z jęzora, przemieniła się natychmiast w ludzką istotę. Nagą, człowieczą kobietę, która będzie musiała okryć swe ciało przed zachłannym wzrokiem Alberta. Co za bezczelna imaginacja! Ale przynajmniej ktoś jej towarzyszył w tej przygodzie. Znalazła ekwipunek przy zębiskach, bo tam zabrała je fala. Prócz sztyletów, te leżały sobie na środku języka, tam gdzie piratka je zostawiła – za ciężkie były. I prócz… Czegoś jeszcze brakuje – przemknęło jej przez umysł, gdy chwytała za koszule i chustę, by się w nie "ubrać".
– Łap lepiej pas, bo ci umyka, pannico. – zaśmiał się mężczyzna, gdy tylko Jean owinęła swe biodra szmatą, która niegdyś była jej koszulą. Miał rację. Pas razem z jej upragnionym rumem oddalał się właśnie w lewym kierunku, pognany falą, utworzoną przez gwałtowne ruchy smoczej żuchwy.
Natychmiast przewiązała przez piersi chustę i zeszła powoli tyłem do wody. Bo był jeden problem. Piratka Jean, wszędobylska Celina, pani kapitan, która pokonała Lawrena, smoka morskiego… Nie potrafiła pływać.
Weszła do wody i utraciła grunt pod nogami. Trzymała się rękami żuchwy, jednak to było uciążliwe. Dłonie szybko zaczęły pobolewać. Musiała coś zrobić. Jak to było? Ruszać nogami? Spróbowała. Wolno, szybko, jedną, dwoma, w tą stronę i w drugą. To również było męczące, biorąc pod uwagę opór wody, jednak pomagało utrzymać się na powierzchni, bez moczenia głowy. Odwróciła ją powoli. Zobaczyła, jak pas z rumem oddala się powoli. Nie mogła mu na to pozwolić!
Utrzymywał się na tafli, nie tonął na szczęście. Ale ledwo. Wydawało się, że jeszcze chwila, przemoczy się, nabierze ciężkości i pójdzie na dno. Rum przepadnie!
Puściła się. Żuchwa, jedyna deska ratunku z tej sytuacji, została nad wodą. Jean runęła pod nią. Musiała ruszać nogami bardzo szybko i energicznie, do tego pomagać sobie rękami, by przestać opadać na dno. Nie widziała stamtąd wiele, ponieważ woda nadal ubrudzona była mętnym szkarłatem posoki, wydobywającej się z jakiegoś półmetrowego szpikulca w gardle smoka, oraz w miejscu, gdzie kobieta ucięła żuchwę. Jednak mogła zauważyć, że pas był już nieco pod powierzchnią wody. Miała do niego jakieś trzy metry w bok i dwa w górę. Z powrotem do "szalupy" jedynie owe dwa w górę. Musiała wybierać. Potrzebowała tlenu. Do tego nadal nie potrafiła zbytnio zapanować nad swymi ruchami i kierunkiem płynięcia. Raz zbliżała się do dna, którego nawet nie mogła dostrzec, a raz do żuchwy. Nóg też nie miała wyćwiczonych, za chwilę się zmęczą. Poruszając się, wywoływała fale, które później targały nią samą. Co za koszmar.
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

09 cze 2012, 21:16

Jean weszła do wody i moczyła się w niej niechętnie. Machała nogami to tak, to smak, badając jak te jej ciało się wówczas zachowuje i w którą stronę bardziej ją nakierowuje przy jakich ruchach. I już gdy pojęła, jak ruchy nóg zależą od kierunku, jaki obierała i jaki jest najbardziej optymalny ruch owymi kończynami miała zamiar trzymając się żuchwy sunąc się z nią po powierzchni nadając kurs i pęd swoimi kończynami. Siedzieć na niej nie mogła, bo wówczas kawał mięsa toną wraz z nią, a nawet gdyby to wioseł nie posiadała, ani niczego, co mogło by przejąć ich funkcję. Nadmiar wszystkiego okazało się na nieszczęście Celiny, że piraci nie mają nie wyczerpanych zasobów energii, rum sobie odpływa o czym Albert zdążył zawiadomić Panią Kapitan w sposób chamski nieskończenie…a puszczenie szczęki– nie było dobrym pomysłem.
Jean zanurzyła się pod wodą. Od razu zacisnęła powieki i usta, tak by tlen jaki posiadała jej nie uciekał. Machała nogami, tak, ze woda którą wypierała powinna ją unieść nad powierzchnię. Skoro działali to kiedy trzymała się paszczy, dlaczego nie miało by zadziałać kiedy nie trzymała, a ręce do tego uniosła ku górze i po chwili, na dół, tak, jakby leciała w górę. Tak jej się w końcu skojarzyła woda. Z powietrzem, tylko gęstszym i mokrym. Ręce jej stawiały taki sam opór wodzie, jak jej skrzydła powietrzu. Ten fakt, był myślą zbawienną w Celinowej głowie. To uspokoiło bowiem piratkę, sprawiło, że przestała panikować, a jej ruchy nie były takie sztywne…
Naturalnie sama myśl, że traciła rum…Na Ourelie! Motywował ją jak diabli, dlatego, jeśli tymi ruchami wypłynęła na powierzchnię, wypluwając wodę która dostała się jakimś tam sposobem do jej ust, jak i łapiąc haust powietrza natychmiastowo zwróciła uwagę na manierkę, która co rusz niebezpiecznie obniżała swój pułap. Ze wzrokiem wbitym w nią, postanowiła popłynąć w jej kierunku! Zaczęła machać nogami tak by nakierowały ją one na cel, wspomagając się rękami i postanowiła spróbować lecieć do manierki po wodzie. Miała zamiar machać dłońmi, tak, jak czynili to wyrzucani przez nią za burtę jeńcy i nieprzyjaciele. Okrężne, zamaszyste ruchy. Raz, dwa, trzy…Jak jej się uda ujmie pas w zęby. Oddychając nosem będzie próbowała nawrócić się do swojej tratwy. Wczołgać się na nią do połowy. Tak, że jej tułów byłby na niej, a nogi machały by w wodzie nadając pęd. Upiłaby łyka rumu, na orzeźwienie i napędzając żuchwę pokierowałaby się w kierunku ciemniejszej części tunelu podróżując blisko ścian, tak, że łódka ocierałaby się o nie zleksza zyskując właściwości fluorescencyjne. Bardziej jaśniejsza odnoga wydawała się ślepa uliczką. Gdyby wyjście było tak blisko…nurt wody w jaskini byłoby silniejszy.
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

12 cze 2012, 20:06

MG

Kobieta zawisła w wodzie, jakieś trzy metry pod powierzchnią, i starała się okiełznać ów jakże niestabilny żywioł. Machała swymi pirackimi raciczkami i nóżkami, jak szalona, próbując odkryć złoty przepis na poruszanie się w wodzie. Na szczęście nie opadała niżej, przynajmniej tyle udało jej się osiągnąć. Powietrza było coraz mniej, a gęstrza od niego, zimna substancja przelatywała przez palce, przez dłonie, ręce, przez całe ciało, sprawiając, że Jean przemieszczała się to w jedną, to w drugą stronę. Kwestia cali. Nigdy jednak stabilnie. Nie tak, jakby chciała. Coś było nie tak, coś robiła źle. I to cholerne powietrze! Zaraz jej go braknie.
Powietrze. Woda. Ręce. Skrzydła. Tak! Zbawienna myśl pojawiła się w pirackim umyśle. Przecież jest sokołem! Potrafi latać. A skoro potrafi poruszać się w powietrzu, bez grzmotnięcia o ziemię, to dlaczego nie mogłaby poruszać się w o wiele gęstrzej wodzie? Wszak gesty podobne. Skrzydła, to jej ręce. W powietrzu, gdy nimi macha – leci, tutaj powinna płynąć. Zaczęła więc machać. Zupełnie tak, jak w locie, a lotnikiem tak, jak i kapitanem, była znakomitym.
Powietrze! Gdzie to powietrze! Trzeba wydostać się na powierzchnię!
Machała, kierowała swymi ramionami tak, jak gdyby miała wznieść się ponad chmury, wyżej, wysoko, wysoko…! I co się stało? Zaczęła sunąć, fazami w górę, po kilkanaście cali, wyżej, wyżej. Rum zato był coraz niżej, i niżej, i dalej, odpychany lekkim prądem, wywoływanym przez "zgrabne" ruchy kobieciny. Ona jednak płynęła! Odetchnęła…by, gdyby mogła. Z ulgi. To, że wznosiła się, oznaczało rychły ratunek. Do tego ten rum. Jakże mogła pozwolić mu zatonąć?! Musiała po niego sięgnąć, chciała to zrobić już teraz, lecz najpierw powietrze. Inaczej się udusi. Utopi. Głupia nie była. Odkryła, że gdy pomaga sobie falując nogami, to sunie szybciej, wyżej…
Tlen! Dajcie tlenu! Powietrza, psia mać jasnej cholery!
Udało jej się. Najpierw dłonie, potem głowa wyskoczyły ponad wzburzoną taflę wody. Z ust piratki, o dziwo zamiast tysiąca przekleństw na to, co ją podkusiło, by puściła żuchwę, wydostała się woda. W zamian za nią, do płuc został wciągnięty olbrzymi hałst powietrza, niemal rozrywający ów organ. Dłonie, całe ręce, nogi, wszystko paliło żywym ogniem. Ourelia świadkiem, że jeszcze nigdy Jean Hawk nie zmęczyła swego ciała tak bardzo. Nawet tańcując na stołach całą noc wśród swych piratów. Nawet! Nigdy. To był koszmar. Ledwo żyła.
Ale niee, jeszcze musiała odzyskać rum! Ten rum, który ją zmotywował, by ruszyć się szybciej. Ten rum, który był najcenniejszym skarbem w jej pirackim życiu!
Nie zważając na ból w mięśniach, ruszyła w stronę tonącej manierki, na razie po powierzchni. Ona na prawdę płynęła! Machała ramionami, niczym skrzydłami. Koszmarnie piekącymi skrzydłami. Co za poświęcenie! Dotarła, zanurkowała, chwyciła pas w zęby i wywinęła kozła. Ruszyła do "łudeczki", dotarła, wczołgała się do połowy, łyknęła rumu i zaczęła machać nogami. Chciała być silniczkiem łudeczki.
Skręciła w lewo. Ta droga wydała jej się bardziej odpowiednia. Chciała zbliżyć się do świecących ścian, lecz na jej drodze jakby znikąd pojawiły się stalagmity. Jeden, drugi, TRZECI, rząd kamiennych szpikulców zdobił ciemną powierzchnię wody. Był skierowany od środka, na prawą stronę, aż do ściany. Jedyną możliwością było przepłynąć na lewo od niego. Skąd one się tam wzięły? Tak na prawdę, to one cały czas tam były, lecz rozwój wydarzeń sprawił, iż Jean niezbyt uważnie badała miejsce, w którym się znalazła. Tak się składa, że walczyła o życie, nie miała na to czasu.
Musiała je wszystkie ominąć. Wymanewrowała żuchwą tak, że niemal udało jej się bezpiecznie wyminąć tor przeszkód. Niemal. Już miała przepłynąć obok, gdy dolny kieł zaczepił o wapienny twór, przekręcając nieco tratwą. Ale nic poza tym.
Uff. Nic się nie stało. Płynęła dalej, jednak tratwą nadal chciało kręcić. Ciało kobieciny trochę hamowało ruch obrotowy żuchwy, jednak najwidoczniej smok nawet po śmierci starał się uprzykszyć jej życie. Nie dało rady. Okręcił się raz, drugi, TRZECI! Nabrał prędkości, zdawał się już nie potrzebować siły Jean, by płynąć. Zbliżyli się do zakrętu, ściany ciemniały, grzyb się kończył, w oddali było widać jedynie mrok. A tratwa płynęła coraz szybciej! I kręciła się! Nie było słychać nic, poza głośnym szumem wody, jednak nie był to szum wodospadu. Po prostu poziom się zniżał. Jak to możliwe, przecież są na pełnym morzu? Woda powinna wypełnić jaskinie, a ona sobie zniżała poziom. Jak rzeka. Co tu jest grane?
W pewnym momencie wszystkim zawładnęła nieprzenikniona ciemność. Jedynie pęd stęchłego powietrza. Szum zaś zagłuszał wszystko. O dziwo tratwa ani razu nie uderzyła o ścianę, ani żaden wystający stalagmit. Jedynie pędziła, wirując.
W końcu szum przycichł, pęd osłabł, pojazd zwolnił. Cisza. Ciemność. Choć w oddali jaśniało coś małego. Jak mały tunel, bardzo mały.
Łudź zatrzymała się. Ląd.
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

16 cze 2012, 18:35

Jej ciało płonęło! Lecz czy było to ważne, kiedy Celina była już na powierzchni? Fakt, gdy tylko wynurzyła się, zaczerpnęła solidnego wdechu jak nigdy, jakby dopiero teraz nagle zdała sobie sprawę, że prócz rumu, ważnym i niezbędnym do życia tworem jest powietrze. Więc gdy je znów napuściła w siebie, jak również odkryła na czym polega tajemnicza sztuka pływania– która niestety nie dawała jej przyjemności – postanowiła odzyskać cenny nektar jawiący się pod postacią rumu. Był jej bardziej niezbędny do życia niżeli powietrze i to właśnie dla niego ryzykowała tak wiele. Skierowała się ku niemu. Płynęła! Mało elegancki i zgrabnie, lecz płynęła! Pochwyciła manierkę w zęby, które zacisnęła na skórzanym pasie, po czym resztkami sił dotarła z powrotem do żuchwy. W pierwszym momencie, kiedy ją pochwyciła to pozwoliła by woda obmywała jej bezwładne ciało. Jej głowa znajdowała się nad powierzchnią z tego powodu, że łokciami podpierała się szczęki. Upiła nieco z manierki. Zaklęła parę razy pod nosem i po krótkim odpoczynku zmusiła swoje nogi do niechcianego już wysiłku – machania. I takim to sposobem przemieszczała się zwolna. Wapienne sople, które w jej mniemaniu pojawiły się znikąd utrudniły nieco sprawę, jednak nie zatrzymały Pani Kapitan, która mimo wszystko przez nie przebrnęła. Znalazła się w jednym z tuneli. Po chwili z jakiegoś powodu zaczęło wirować nią i jej łódeczką. Jean nie znała powodu. Nie zwróciła uwagi z jakiej racji świat jej zaczął wirować. Po prostu nią kręciło. Wolno, powoli, szybciej. Robiło się niebezpiecznie i ciemno. Jean resztkami sił spróbowała się wciągnąć na jęzor i rozłożyć na nim plackiem, podtrzymując się rękoma kłów. Całe przeżycie nie było przyjemne. A jedyna myśl, jaka w tym momencie kołatała się w Jeanowej łepetynce to:
-Zaraz się porzygam…
Czas mijał, nią kręciło w ciemnościach. Celina zacisnęła powieki i próbowała…powstrzymać odruch wymiotny. Taki stan rzeczy utrzymał się do momentu w którym "łódź" ustała. Jean wówczas przeturlała się lekko na prawo roztwierając lekko ślepia swoje po czym puściła barwnego pawia. Albert zjawił się nagle znikąd jak to miał w zwyczaju i skomentował to odpowiednio, lecz Jean nie miała siły zwracać na niego uwagę. Następnie rozłożyła się na plecach. Zbierała siły, jak i przyzwyczajała oczy do światła słonecznego.
Chwila…światła słonecznego? Była na powierzchni?! Tak!
Gdy Pani Kapitan pojęła, że jakimś cudem wypłynęła z jaskini i że jest na powierzchni, a jej "szalupa" stanęła…Podniosła się zwolna do pozycji półsiedzącej. Rozejrzała się mrużąc oczy. Gdzie się właściwie znajdowała?
Kiedy Jean mniej więcej ogarnęła przestrzeń w jakiej się znalazła użyła mocy orientacji w terenie w celu zlokalizowania swojego okrętu. Czekała aż niewidzialna nić instynktu wskaże jej kierunek podróży. Nie planowała natychmiastowego lotu. Pragnęła aktualnie odpocząć. Ciągle czuła, jak jej ciało zostało wymęczone przez walkę z bestią i naukę pływania. Potrzebowała sił by zabrać swoje cielsko na statek wraz z trofeum. Smoczą żuchwą!
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

17 cze 2012, 16:56

MG

Podczas koszmarnej podróży przez ciemny tunel, Jean wciągnęła się na smoczy jęzor i chwyciła zębisk, by nie stracić z zasięgu rąk żuchwy. Ruch wirowy starał się rozerwać jej wnętrzności i wyrzucić w przestrzeń, co było niezwykle paskudnym doświadczeniem. Wspaniały sposób na karanie jeńców! Dlaczego jednak to ona teraz kręciła się bez opamiętania, a nie jakiś młodzik, który nie wyczyścił dokładnie pokładu? Bo to do jej pirackiego łba wpadł pomysł, by skoczyć na morskiego smoka, który tu ją zaprowadził, nikomu innemu. Albert, który siedział sobie gdzieś w głębinach jej umysłu, nie poskąpił sobie uwag tego typu.
Podróż trwała kilka minut, sprawiając wrażenie, jakby nigdy nie miała się skończyć, przez co wizja latających wnętrzności stawała się coraz bardziej realną. W pewnej zbawiennej chwili jednak łódź zwolniła swój przerażająco szybki bieg, przestała się kręcić, zatrzymała się. Jean zwymiotowała. Nic dziwnego, nawet największy twardziel w takiej chwili… puściłby barwnego pawia, jak to zwykli mawiać niektórzy. W jednej sekundzie Celina pozbyła się z żołądka wszystkiego, co od ranka w nim zamieściła. Nie było tego wiele. Rum oraz smocze mięso, które do tej pory dawało jej na prawdę mnóstwo energii – wszak przeżyła tą morderczą walkę o rum z wodą, oraz o pozostanie w jednym kawałku z ruchem wirowym! Nie mówiąc już o walce ze smokiem, która to chyba była najmniej męcząca tego dnia. Ileż ona się dziś nawalczy! Lecz przynajmniej, gdy powróci do swej kajuty… znaczy pokoju (ach, te pirackie przywyczajenia) gdzieś na lądzie, będzie mogła spokojnie zasnąć z godnością nazywając się piratem.
Właśnie. Na lądzie. Dlaczego się zatrzymali na jakimś brzegu? Czyżby to był ląd? Podniosła się do pozycji półsiedzącej, by zerknąć na otoczenie. Ciemność, przeszyta jednym, sporych rozmiarów, promieniem, jasnym, czyżby słonecznym? Padał na prawą ścianę, ukazując jej nieregularną powierzchnię. Po drodze oświetlał gładki brzeg oraz morskie fale. Niczym na powierzchni, jednak byli nisko pod nią. Nie mogło więc to być światło słoneczne. Nie można było dostrzec źródła światła, gdyż otwór przysłaniany był przez wybrzuszenie w ścianie. Z tej pozycji, w której znajdowała się kobiecina, nie moznaby go w ogóle dojrzeć, gdyby nie to tajemnicze światło.
Ale mięśnie nie dały Jean czasu, by wszystko dokładnie obejrzeć. Odmówiły posłuszeństwa, pozbawione siły, która wyleciała z jej ciała razem ze smoczym mięsem, strawionym w połowie. Paliły żywym ogniem, wykorzystane wcześniej do granic możliwości. Legła twarzą ku ciemnemu sufitowi. Kto wie, czy właśnie tuż nad nią nie zwisał jaki wapienny twór. Ona nie wiedziała, nie chciała wiedzieć. Pragnęła dowiedzieć się czegoś innego. Dokąd zmierzać? Jej tajemniczy zmysł kierunku niejednokrotnie pomógł jej wyjść z takiej sytuacji. Musiała go posłuchać. Wtedy na górze podpowiedział jej, że musi skręcić w lewo, tam, gdzie panowała ciemność, a nie w jasną prawą stronę. Była pewna, że tutaj znajduje się wyjście, że musi tu zmierzać, by się wydostać z jaskini. Czyżby ją po raz pierwszy zawiódł? Niemożliwe.
Tym razem czuła, że musi iść dalej, przejść przez otwór, z którego wydobywa się światło. Ale zaraz… Wyjście było gdzieś z tyłu! Tam, skąd przypłynęła. Ale jak to? Dlaczego więc wcześniej miała iść tutaj? Co tu jest grane? Wiedziała, że wyjście jest tam, skąd przybyła, ale była też pewna, że musi najpierw dostać się za ścianę. Tylko tak dostanie się stąd wydostanie. Pokręcone nieco, ale prawdziwe.
Mięśnie szybko zdrętwiały, stały się takie obce, odrębne od ciała. Wszystko, całe ciało, stało się obce, jakby obrażone na panią kapitan za to, że poddała je tak ciężkiej pracy. Nawet nie spostrzegła, jak jej oczy się zamknęły, a jakieś spokojne i przyjemne dźwięki, które zaczęły dobiegać do jeanowych uszu, zabrały ją do świata snów. Tam spostrzegła bardzo przyjemną wizję – oto ona, wielka Pani Kapitan Jean Hawk, powraca na Skrytego Johna na żuchwie legendarnego Lawrena, a załoga wita ją gromkimi okrzykami radości! Co za sen!
Wyrwał go z niej, nie kto inny, jak Albert, swym jakże wrednym sposobem.
– Wstawaj, ptaszynko! – krzyknął jej wprost do ucha, pochylając swój paskudny łeb tuż nad nią – Koniec leniuchowania. Ktoś na ciebie czeka…
Zniknął. Pojawił się w promieniach światła, wydobywającego się z otworu. Głową wskazał nań i uśmiechnął się szelmowsko. Miał rację. Ktoś tam był. Ta muzyka, te spokojne dźwięki, słowa, które słyszała zasypiając, to nie był sen. One nadal trwały. Pełne żalu, bólu i rozpaczy, a jednak spokojne, jakby kierowane do dziecka, kobiece słowa, rozlegały się echem po całej jaskini.
– Zamknij oczka, kochanie… Jestem przy tobie i już zawsze będę cię chronić… Zamknij oczka… Już nigdy nikt mi ciebie nie odbierze… Ona mi za to zapłaci…
Jean nie czuła zmęczenia, mięśnie już nie paliły – musiało minąć kilka godzin. Każdy ruch przypominał jednak o ich zbytnim wykorzystaniu.
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

18 cze 2012, 20:11

Jean ściągnęła brwi. Nie była na powierzchni, nie smakowała słonecznej kąpieli i nie dane jej było ujrzeć tego piaszczystego lądu o którym tak marzyła. Dalej była w jaskini. Jednak już nie tak ciemnej. Bowiem na jedną ze ścian rzucony był snop światła, które ona chwilę wcześniej uznała za słońce. Jej błąd. Zaklęła pod nosem. Wzdychneła i na nowo rozłożyła się na plecach. Była zmęczona. Odpocznie sobie chwilkę, może dwie. Nie śpieszy jej się przecież nigdzie. Jaskinia, nie ryba, nie odpłynie, prawda? Jeszcze jednak przez chwilę myślała i zastanawiała się czy jej intuicja w tym momencie jej nie zwodzi. Jeszcze nigdy jej się to nie zdarzyło, a teraz podpowiadała ona rzecz mało logiczną…Jej sokola intuicja kazała jej najpierw udać się do szczeliny z której padało światło, a dopiero w drugiej kolejności wrócić drogą którą tu przybyła. Nie rozumiała tego. Może to z powodu zmęczenia nie potrafiła odpowiednio odczytać głosu swojej mocy? Może…
Mając takie, a nie inne myśli, nawet sama się nie zorientowała w którym momencie jej powieki opadły ciężko, a ona sama pogrążyła się we śnie. Ale co to był za sen! Na Ourelie! Ona, paszcza zabitego lawrena, jej okręt, jej ludzie i litry rumu. Ach. Jean była noszona na ramionach przez te parszywe szczurzyska i wychwalana! A potem jedna, druga, trzecia noc uczty. Sama Ourelia by się nie powstydziła. Lecz uczta ta czwartej nocy już nie dotrwała. Została przerwana – przez Alberta. Gość jak na imaginację celinowego umysłu miał marne wyczucie czasu i zero taktu wszelakiego. Wytwór wyobraźni wybudził Jean. Jakkolwiek to brzmi – taka była rzeczywistość piratki. W każdym bądź razie Jean warknęła coś pod nosem, a co było skierowane rzecz jasne do Al’a po tym jak brutalnie ją potraktował. Krzyczeć do ucha! Jean niemal podskoczyła leżąc. Oczywiście krótko po tym jak imaginacja zdołała cokolwiek powiedzieć, wskazać, Jean pociągnęła go za nogawkę, by ten potaplał się w wodzie. Wiedziała, że cwaniak zamierza się rozpuścić w powietrzu i uniknąć jakichkolwiek konsekwencji. Nie ma jednak tak lekko! Niech się utopi! Po raz kilkadziesiąt! Będzie przynajmniej spokój na parę godzin. He, he.
Celina spojrzała na miejsce z którego wypływał snop jasnego światła. Jej intuicja dalej kazała jej tam iść. Bezsens. Jednak miała coś lepszego do roboty? Tu pod wodą, w jakiejś podwodnej grocie? Nie. Wzruszyła ramionami. Golnęła sobie rumu. Zanurzyła dłoń w wodzie by jej niby łódka przysunęła się do ściany ze szczeliną. Po czym powoli wstała nie wykonując gwałtownych ruchów. Bardzo dobrze wiedziała czym się kończy nagłe wstawanie na łódkach, a w tym momencie szczęka nie bardzo różniła się od takowej. Lepiej zachować więc bezpieczeństwo. Jean nie miała ochoty popisywać się swoimi umiejętnościami pływania.
Tak więc, wracając…Jean wstała i zabrała się za wchodzenie w jasną szczelinę. Jej twarz przybrała wyraz głębokiej konsternacji, kiedy posłyszała czyjś głos. Obcej, kobiety…Wychyliła się bardziej zza wyrwy , jednocześnie rozglądając się i szukając właścicielki głosu.
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

19 cze 2012, 17:01

MG

Na całe szczęście Jean w tej całej chorej sytuacji nie zgubiła nigdzie swej pirackiej natury. Otóż, pierwszą czynnością, jaką wykonała było… zaczerpnięcie z manierki niezbędnej dawki najcenniejszego z płynów. Inaczej mówiąc, Pani Kapitan łyknęła rumu. Dopiero później mogła powziąść odpowiednie środki, by odnaleźć źródło kobiecego głosu za szczeliną. Najpierw jednak musiała ją zobaczyć. A że była to niezwykle leniwa istota, posłużyła się swą łódeczką, by podpłynąć na wprost zagłębienia, z którego wydobywało się światło, oraz melodyjny głos.
Łódź dosyć opornie przesunąła się w prawo, hamując o piaszczysty brzeg, ale jednak. Już po kilku mocnych pchnięciach oczom Jean ukazał się skrawek jakiejś dużo obszerniejszej, niż tunel, w którym się znajdowała, komnaty. Źródeł światła ani dźwięku nie widziała. Widziała za to różnokolorowe kamienie powtykane głęboko w ściany, mieniące się wspaniałym blaskiem. Serce piratki podskoczyło gwałtownie, gdy umysł począł zastanawiać się nad ceną, jaką wszystko to mogłoby mieć. Nie do ogarnięcia. Sufitu nie dostrzegała z tej pozycji na podłodze zaś widziała niską ściankę z ostrych tworów wapiennych. Znajdowała się dosyć blisko wejścia. Nie wiadomo, co było za nią. Jeszcze.
Podniosła się bardzo powoli i z rozsądkiem – nie miała zamiaru ryzykować gwałtownego przechylenia się żuchwy i ponownej kąpieli w tym całym morzu. Wystarczy! Ileż można. Wyszła na ląd. Był ciepły, miły w dotyku dla nagich stópek kobieciny. Ściana znajdowała się kilka metrów od brzegu. Podeszła doń i zabrała się za wyglądanie poprzez dziurkę w ścianie. Pierwsze, co ukazało się tym razem oczom Jean, był wielki stos kości po prawej za ową pół, może jednometrową ścianką z wapienia, która biegła kilkanaście metrów w miarę prosto, by później zakręcić do ściany na wprost. Były to w większej większości kości ryb, tych dużych i tych mniejszych, jednak nie brakło też gdzieniegdzie ludzkiej czaszki ze zniszczonym pirackim nakryciem głowy, czy kościastej łapy, dzierżacej sporej wielkości rapier. Przy samej ścianie po prawej kupa ta miała imponujące rozmiary, by w miarę zwiększanej odległości zmniejszać się jedynie do swoistego dywanu. To ci dopiero smoczy skarb! Nie było widać żadnego złota, żadnych pereł, skrzyń pełnych biżuterii, złotych koron, mieczy, buław, niczego, o czym opowiadano w wielkich legendach o tych ogromnych kolekcjonerach kosztowności! No, może prócz tych pojedynczych przedmiotów, które jakiś nieszczęśnik miał akurat przy sobie, a takowych nie było więcej, niż kilku. Najwyraźniej Jean była jedną z nielicznych, którzy zapuścili się tak daleko na północ… Skoro nie ma statków, które można atakować i okradać z błyskotek, to i błyskotek brak. Naturalne bogactwo owej jaskini, jej ozdobionych cennymi kamieniami ścian, było dużo, dużo większe, niż cały ten skarb pomnożony przez ilość wszystkich kości na niego się składających.
Z lewej zaś strony wszystko wyglądało inaczej. To tam, jakieś dziesięć metrów dalej, znajdowało się źródło światła, oraz drugie – dźwięku. Magne… Pfu… Magiczne źródło łagodnego światła – jasnopomarańczowa kula, wirująca powoli, unosiła się nad błękitnym źródełkiem, przy którym klęczała starsza kobieta w poszarzałej, poobdzieranej szacie. Woda jaśniała tym samym światłem, które teraz padało na twarz Jean, choć nadal zachowała swój błękitny kolor. Z tej odległości nie było dokładnie widać tego, na co patrzyła kobieta, jednak piratka mogła rozpoznać falujący obraz zagrzybiałych, świecących ścian, które sama widziała. Co znajdowało się na środku, nie wiadomo. Jednak można było się domyślić.
– No, już, kochanie… – odezwała się kobieta, jakby gładząc powierzchnię wody – Nie przejmuj się, moje dziecko, ona tu jest… Zapłaci mi, zapłaci nam.
Światło pulsowało wraz z każdym słowem nieznajomej, co było wystarczającym dowodem, iż to ona je stworzyła. To jej moc. Świadczyło również o emocjach, jakie nią targały, które zakłócały gładki przebieg energii. Ostatnie jej słowa spowodowały dużo większy, niż poprzednie, puls. Kula przyciemniała na sekundę prawie do czerwieni, by później znowu powrócić do swej normalnej postaci. Kobieta nie odwróciła się jeszcze. Wstała. Była bardzo niska, co najmniej o głowę od Jean. Siwe, przerzedzone włosy splątane były w niedbały kok. Garbiła się. Posiadała czarną, zakrzywioną laskę.
– Zabiłaś go… Zabiłaś me dziecię… – dopiero teraz się odwróciła. Była to zwykła, starsza kobieta, choć jej głos brzmiał bardzo młodo. Była zrozpaczona, zapłakana. Kula światła poruszyła się, umiejscowiając tuż nad jej głową. Źródelko przestało świecić. Magia je opuściła.
W jednej chwili kula zaczęła się dzielić i… strzelać w Jean! Raz, drugi, trzeci! Dostała! Nieszkodliwe, acz bolesne uderzenie energią, odrzuciło ją do wody. Drugie walło tuż obok, trzecie też, rozbryzgując wodę na wszystkie strony.
Kobieta klęczała na brzegu, nad nią unosił się już jedynie słaby płomyk. Łkała.

Wróć do „Jednostki pływające”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 9 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 8 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Vereomil
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Mejb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.