Statek „Skryty John”

Pływające po Morzu Smoczym nieliczne statki pochodzą głównie z dalekiej Północy, podczas gdy morza południa przepełnione są zaawansowanymi jednostkami Niezależnego Księstwa Lokent oraz piratami.
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

Statek "Skryty John"

03 lut 2012, 16:02

Opis okrętu będzie później , lecz tak ogólnikowo…Okręt zwrotny, "zwinny", trudny do utrzymania na powierzchni w czasie szkwałów i niebezpiecznych warunków pogodowych. Dlatego łatwo się domyśleć, że jest to statek nie długi, lekko szeroki ze wzmocnionymi okuciami burtami. Był naturalnie podpokład ze śmiesznymi hamaczkami gdzie sypiała załoga, jak i ładownia. Jean zajmowała prywatną kajutę z masą bubli, pergaminów, map, skrzyniami z różnymi "interesującymi rzeczami", wyrko i wiele wiele więcej. Żagle były czerwone.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jean weszła po kładce na pokład i zastała dobrze jej znaną dezorganizację wtórną reprezentowaną przez bandę bez mózgów wszelakich. Stała tak wiec, sojac niepewnymi kulaskami na tym pokładzie i chybocząc się, to kiwając, w bezruchu patrzyła, jak jeden dryblas biega za drugim drąc się nie wiadomo o co, innego co wytrwale pokład szorował, co się chwaliło, jak i jeszcze innego spitego co przez burtę był przełożony wraz ze swymi trzema kompanami. Uwagę skupiała chamara luda skupiona w jednym punkcie bawiąca się przednie…Widok ten, jak warto zaznaczyć nijak nie podobał się Celinie która krytycznym okiem spojrzała na cały ten rozgrabiasz, zaciągnęła się tabaką, poprawiła pas
-Plugastwo nieurobione! Do szmat zawszańce! Tych pościągać na pokład. Mają zbyt parszywe mordy, zbezczeszczą dar Oureli…– I tak komendy rozmaite leciały mimo pory wieczorowej, wprawiając w ruch cała zgraję. Która pośpiesznie rozkazy wykonywała. To skakali na jednej nodze, to mamrocząc czyścili pokład, to załadunek pod pokład znosili, ostrzyli kordelasy, znikali pod pokład…Tym sposobem sprawiając, że na jego powierzchni pozostali nieliczni męczący swoje obowiązki, a okręt ruszył niemrawo powoli w kierunku Wolenwille..
Tak, to może się wydawać śmieszne, że ta hołotka składająca się z niejednego człeka wyższego i silniejszego od Celiny się jej słuchało. Było to przywiązanie dziwne, lecz nie takie bezpodstawne. Jean o swoich w dziwny sposób dbała, wszak była przekonana, że oni nalezą do niej, a kobiecina ta nie lubiła bardzo, gdy ktoś lub coś mogło jej zabrać i pozbawić "zabawek"…
No, jakby nie było Jean po wejściu na pokład i zarządzeniu i ogarnięciu chaosu, który zamienił się w dziwną czystkę, bowiem jedynie dwóch ludków smarowało pokład szmatami, a towarzyszyło im światło księżyca i rozświetlające mrok płomienie latarni … skłoniła się w pół pasa, rozkładając ramiona ze swego rodzaju pijacka dumą.
-Witam na Skrytym Johnie. – ząbki jej błysnęły, wyprostowała się, po czym zaczęła stawiać kroki przed siebie.– Tego, tego i tego nie dotykasz, no chyba, że powiem inaczej– wskazała parę głównych elementów statku po czym uwiesiła się na sterze tuląc go ckliwie…-Tego ruszyć nawet nie próbuj, a tam nie właź…chyba że masz zamiar nabawić się trądu. Naziemi to delikatne istoty…-fuknęła z niejaką lekką pogardą wskazując podpokład po czym, skierowała wzrok na ostrze targane przez blondasa. Jakoś tak nawet miała chętkę na potyczkę, lecz problem tkwił w fakcie, że człek ten wymachiwać kawałkiem metalu nie potrafił…
-Chętkę powiwijac masz teraz czy dniem pełnym?
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

24 cze 2012, 12:40

Jean golnęła sobie rumu, a raczej jego niepokojąco niewielką zawartość. Następnie przytwierdziła do pasa manierkę, jednocześnie lustrując wzrokiem swój cel i nijako podpłynęła szczęką do piaszczystego brzegu, by postawić na nim swoją stopę, która zapadła się w ciepłej i miękkiej nawierzchni, sprawiając, iż jeanowa sylwetka zachwiała się to w tył, przód, w tył, bok, aż ostatecznie zyskała pion. Taki dość krzywy i wątpliwy, acz nie przeszkadzający w tym, by chwiejnie acz pewnie zbliżyć się do kaskady kolorowych ścian znajdujących się zza kamiennym murkiem. Drogo wyglądały, te kryształy wciśnięte w ścianę. Oj, Jean aż w oku błysnęło, gdy automatycznie przeistaczała widok na walutę monetarną. Uśmiechnęła się do siebie, słuchając w tle kobiecych zawodzeń, które w tym momenci stały się mało istotne. Teraz trzeba było kombinować, jak wypłynąć stąd mając ze sobą kamienne ściany przyozdobione tymi kamieniami, i jak je odtwierdzić od jaskini, lub nawet lepiej, jak te cenne surowce odtwierdzić od tej ściany…Zapewne zajmujące zajęcie. Zobaczy się. Może bardziej ruchome dobra znajdują się w tej cennej komnacie? A jeśli nie to czekać będą Celinę ciężkie roboty wykopaliskowe.
Jean mając przed oczami wizję bogact, skarbów, podeszła z chciwym uśmieszkiem do dziurki w skalnej ścianie. Naturalnie w tym samym momencie zjawił się Albert, który wyciskał ze swoich ubrań hektolitry wody, po tym jak Pani Kapitan znów go uśmierciła. Stał za Jean i również z ciekawością spoglądał jak jego twórczyni nachyla się do dziury twarzą swoją…
-I co…? –Pani Kapitan Jean Hawk nie odpowiedziała. Mina jej bowiem zrzedła gdyż ujrzała stos kości. Całkiem imponujący i nie mały, warto dodać również, że nie tylko zwierzęcych, jak i nie tylko ludzkich…acz i pirackich. Celinę widok ten cały wprawił we wrażenie, jak i rozczarowanie. Kości nie są chodliwym surowcem na żadnym rynku. Ta myśl sprowadziła smutek wielki na czarnowłosą osobę piratki.
-Nic, gustowne towarzystwo – odpowiedziała Albertowi półszeptem świdrując wzrokiem pirackie nakrycie głowy. Spodobało jej. Może sobie przywłaszczy. Trupowi się nie przyda. No, chyba, że zostanie ożywieńcem, albo jakimś innym zwierzęciem, a pirat, w tym wypadku Jean Hawk, przyszła pani mórz i oceanów zasiadająca niedługo po prawicy Ourelii, musiała zagasić ten smutek rozczarowania wywołany widokiem sterty kości, a nie złota, właśnie poprzez przywłaszczenie takowego elementu garderoby, jaki stanowiła ta właśnie czapka. Nagroda pocieszenia. Ale to w późniejszej kolejności. Teraz właściwie Jean skojarzyła na nowo, że nie jest sama, a ponure głosy, chodź melodyjne niosły się wszędzie. Wychyliła się bardziej, łeb przekręcając na lewo w kierunku pomarańczowego światła i starej zgrzybiałej kobieciny. Siwa, garbata baba, będąca w podwodnej jaskini, w towarzystwie lewitującej pomarańczowej kulki…jakby tego było mało, na dodatek zarzucała Celinie, że ta, niby kogoś zabiła, czy coś…Jean zmrużyła oczy unosząc tym samym prawą brew do góry, drapiąc się przy tym wszystkim po skroni jakby nigdy nic, gdy to zgrzybiała istota jawnie ją oskarżała. Celina jednak nijak winna się nie czuła, a nawet nie rozumiała owej wariatki. Nie dość, że mówiła do jakiegoś wymyślonego dziecka [brzmi znajomo?], to jeszcze prawdopodobnie próbowała utrudnić Jean życie…Ach, starsi ludzie. Nie dość, że brzydcy i są niemal wszędzie , to jeszcze chcą krzywdzić pirata za to, że krzywdzi nie-pratów. Tak mniej więcej skwitowała cały fenomen spotkanie w myślach nasza pani kapitan nie domyślając się, że właściwie babci nie chodzi tyle co o człowieka, lecz o lawrena morskiego, jednocześnie nie uważając, że pobyt starowinki w tym miejscu jest czymś dziwnym.Hehe…piraci…
Jean już miała wzruszyć ramionami i najzwyczajniej w życiu dalej kierować się swym instynktem, sięgając po drodze po gustowne nakrycie głowy, jak i drogocenne ściany komnaty, którymi wyłoży sobie wnętrze swej kajuty, nie myśląc za bardzo jak tego dokona…gdy nagle pomarańczowa kula na którą Jean zwróciła wyłącznie przelotną uwagę, a która migotała złowieszczo i teraz dzieliła się i traktowała swoją mocą Panią Kapitan odrzucając ją do tyłu, do wody.
Celina została zaskoczona. Niespełnarozumu, teoretycznie niegroźna kobieta, zaatakowała ją. Piratka swoim praktycznie nagim ciałem zaszurała po dnie, jednocześnie sycząc z bólu. Albert zaś stał z rozdziawionymi ustami, zaskoczony obrotem zdarzeń i naturalnie zniknął w obawie, że utraci po raz kolejny swe niematerialne życie, zostawiając tym samym Jean samą. Jak zwykle! Drań…
W każdym bądź razie Pani Kapitan zaczęła się turlać po wodzie, po tym, jak ujrzała kolejne lecące w jej kierunku pociski, mając nadzieję, że uniknie w ten sposób następnych nieprzyjemnych doznań. Woda tryskała! Jean wzrokiem próbowała zlustrować sobie staruszkę, sięgając jednocześnie po sztylet by następnie cisnąć nim w zgrzybiałą jędzę, celując w tułów kobieciny. Było to rozsądniejsze, biorąc pod uwagę, że pozycja w jakiej znajdowała się Jean, tryskająca wszędzie woda, utrudniały wykonanie celnego rzutu w cel jakim byłaby głowa. Tułów był obszerniejszy. Jeśli swoim jedynym sztyletem jednak, w jakiś sposób by nie trafiła, wykorzysta swoją zwinność i akrobatyczne umiejętności by nie podnosząc się zanadto znaleźć się przy babci, przy brzegu, chwycić jej kostki, swoimi rękami i pociągnąć, tak by ta, straciła równowagę, częstując ją następnie stopą, którą zaś by docisnęła znacznie do krtani z chęcią uduszenia. Naturalnie ciągle trzymając jej nogi w górze w uścisku tak silnym na jaki mogła sobie pozwolić. Na wszelki wypadek, gdyby stara okazała się silniejsza i miała zamiar się szarpać.
Problem stanowiła również lewitująca kula, którą najwyraźniej garbata poczwara kontrolowała. Dlatego też, piratka korzystając ze swego refleksu próbowała unikać kolejnych strzałów jeśli te miały zamiar się pojawić. Jeśli zaś przy duszeniu kobieciny, kula dalej by strzelała, Jean nie odpuściłaby babie i kontynuowała swoje dzieło próbując przetrzymać strzały magii, które najwyraźniej nie raniły jej, lecz zadawały ból znaczny. Skoro to garbata kontrolowała świecącą kulę, to jej popsucie popsuło by również lewitujący obiekt strzelający. Tak teoretycznie…
Awatar użytkownika
Karm
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

25 cze 2012, 23:31

MG

Jean runęła w wodę, ryjąc pirackim tyłkiem po piaszczystym dnie, które w końcu przerodziło się w twardą skałę. Schodziło ku dołowi, jeszcze chwila i kobieta musiałaby ponownie popisywać się swoją nową umiejętnością. Na szczęście zatrzymała się, krztusząc wodą. Bez namysłu wyjęła sztylet i zamachnęła się na obiekt, który okazał jej wrogość. Staruszka zaatakowała, teraz dostanie za swoje! A jak!
Klęczała tam, kilka metrów od niej, pochylając głowę tak, że ledwo można było dostrzec jej twarz. Siwy, zwinięty kok sterczał pionowo w górę, zajmując znaczną część głowy. Jej szare już, podarte miejscami szaty, zwisały bezwładnie, łopocząc na… wietrze, którego nie było. Płomyk był bardzo słaby, ledwo się tlił, mrugając powoli w rytm wznoszącej się i opadającej klatki piersiowej biedaczki. Była biedna. Mieszkała tu pewnie większość życia, żywiąc się tym, co upolowało jej dziecię, czyli w większości rybami, dzięki czemu, owszem, była bardzo mądra i zdrowa, jednak mało silna. Widać było, jak ciężko jej przychodzi poruszanie się. Laska była bardzo przydatna. Dłonie zniszczone, nie oszczędzane przez czas. Zmarszczki na twarzy, świadczące o wieku starszym, niż można by sobie wyobrazić w owych czasach. A teraz rozpaczała, łkała, przyspieszając proces starzenia się. Biedaczka.
Nie wstała, gdy sztylet Jean został posłany w jej kierunku. Nie chciała. Nie mogła. Była bezsilna. Sztylet przeszył jej pierś, i zatopił się w niej, niczym w poduszce, wypełnionej pierzem. Niewinnej. W pierś kobiety dobrej, źle zrozumienej. Nie podniosła nawet głowy, jakby tylko czekając na odpowiedni moment, by jej dusza oddzielilą się od ciała.
– Smocza Wyspa i jej skarby zginą razem ze mną… – dało się słyszeć cichy szept, ledwo słyszalny dla Jean, której fale wody jeszcze tylko zablokowały drogę falom dźwiękowym – Razem z nami, moje dziecię… Razem… Ze strażnikami…
I stało się. Upadła. Płomyk jednak, zamiast spełnić oczekiwania piratki, wleciał w ciało zmarłej kobiety i rozświetlił je do granic możliwości. Nagle, z tunelu, z którego Jean przybyła, przyleciało niespodziewanie dużo większe światło, pomarańczowe, przyblakłe, które połączyło się z blaskiem staruszki. To matka i syn, połączyli się, strażnicy, którzy strzegli zapomnianego skarbu. Wyspy, która mogłaby kiedyś stać się wspaniałym źródłem eksploatacji drogocennych kruszców, na które składały ściany wielkiej komnaty. Mogłaby.
Światło wypełniło wszystko, by nagle w mgnieniu oka zmienić się z powrotem w kulę, żarzącą się głęboką pomarańczą, która zataczając kilka slalonów zniknęła za wgłębieniem w komnacie za ścianą, zabierając ze sobą wszystko. Wszystkie kolory, całe światło, całą przestrzeń. Ciemność. Nastała nieprzenikniona ciemność. Wszystko zaczęło się trzęść, a ze sklepienia spadać… jak dobrze, że Jean nie mogła zauważyć tych szpikulców, które przeszywały przestrzeń obok niej. Nagle poczuła, jak uderza w nią fala zimnej wody, od strony komnaty. Słychać było przerażająco głośny szum, jak przy ogromnym wodospadzie. Piratka została odepchnięta w tył, pod wodę, dno zniknęło spod tył… nóg. Wtedy, jak na zbawienie, wielka żuchwa, gnana potężnym prądem, zabrała ją, niczym swoista łyżka, wyciągając na powierzchnię. Co za szczęście! Gnali pod górę, kręcąc się niemiłosiernie, zupełnie tak samo, jak poprzednim razem. Nagle tuż obok głowy piratki, w mięsisty, smoczy jęzor, wbiło się jakieś ostrze. Być może tego nawet nie zauważyła, musiała uważać, by nie opuścić kolebiącej się i kręcącej w różne przypadkowe kierunki, żuchwy, oraz by nie nałykać się chlapiącej wszędzie wody.
Podróż trwała, właściwie to nie wiadomo ile trwała. Długo. Nie wiadomo też jaką drogą podążali, bo nic nie można było spostrzec. Jednak instynkt jasno i wyraźnie mówił, że do wyjścia.
W końcu światło zaczęło docierać do oczu piratki, informując, iż tunel kończył się światłem, tym razem naprawdę, słonecznym. Wyrzuciło ją w górę, dosyć wysoko. Dopiero teraz mogła dojrzeć, że obok sterczy w szczęce kordelas, ostry i nowiutki, bez śladu rdzy. Jakby nieużywany. Dużo lepszy, niż jej własny, który gdzieś zgubiła. Gdy wraz z potężną fontanną wody, upadła na morską tafle, poczęła szybko sunąć do przodu, oddając się od wyspy, która teraz, z tej odległości, przedstawiała jasny obraz: smocza paszcza, otwarta, szykująca się do pożarcia każdego statku, który chciał się do niej zapuścić. Szyja i tułów znikały pod wodą. Teraz żywioł pochłaniał gardziel, by po chwili na powierzchni zostawić jedynie czoło. Czoło, które zaczęło się kruszyć, pękać, niszczyć… Wyspa w ciągu kilku minut zniknęła z powierzchni Morza Smoczego.
Wszystko się uspokoiło. Jean była sama, na smoczej żuchwie. Johna ani śladu. Nic. Jedynie tuż obok czarne, pirackie nakrycie głowy, w środku którego coś błyszczało zielonym blaskiem. Kamień. Drogocenny. Słońce wschodziło.

Koniec sesji!
Zyskujesz 30 PCh!
Dziękuję za wspaniałą zabawę!
Awatar użytkownika
Janina Jastrząb
Posty: 1074
Rejestracja: 13 wrz 2011, 07:40
Lokalizacja postaci: Zamczysko bandytów
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?t=698

03 lip 2012, 15:00

Wszystkie wydarzenia nabrały nagle…przyśpieszenia. Celina posłała sztylet w kierunku kobieciny. Może i była stara, może i była brzydka i miała dziwną rodzinę, włączając w to oczywiście jej syna w postaci gigantycznego smoka morskiego, no ale…sama sobie winna. Jak Ourelie kocham. Trzeba było wyskakiwać na Piratkę z jakimś fruwająco-strzelającym jajem?
W każdym bądź razie Jean została trafiona, posłana znów do wody, z której przeprowadziła błyskawicznie kontratak. Sztylet zatopił się w sflaczałej skórze starej. Ta naturalnie to odczuła, a potem rozpętało się piekło…na wodzie. Blask, woda, odmęty, waląca się jaskinia. Celina w tym całym zamieszaniu miała na tyle szczęścia, że żuchwa bestii nijako ocaliła ją z tej całej sytuacji.
Następnie tu bym zamieściła opisy tego, jak piratka szczęśliwie wydostała się na powierzchnię. Wyspa zatonęła, niczym okręt. Celina dochodziła do siebie po przeżytych wrażenia, leząc na smoczym ozorze, który wyścielał żuchwę. Dopiero po dłuższej chwili podniosła się do pozycji siedzącej i rozejrzała się dookoła. Morze, morze, morze…Nie było już wyspy, nie było też nigdzie Skrytego Johna…To ostatnie wprawiło Jean w osłupienie bowiem jej intuicja nie potrafiła nawet nakierować ją na tą stertę drewna zwaną okrętem. Przełknęła ślinę, spuściła łeb i szlochneła raz, drugi…trzeci stęk zapiła resztką rumu. Bukłaczek porzuciła. Otarła rękawami, których nie posiadała łzy i…i właśnie co? W pierwszej kolejności wypadało by opłakać stratę Johna, Skrytego kochanka Celina, w drugiej załogę, a w trzeciej fakt, że jest kapitanem bez statku…Zmacała w ręku zielony kamyk który odnalazła w swojej, przywłaszczonej, wspaniałej, epickiej, czapce marynarskiej, która nijako humor jej poprawiała. Spoglądała w zielone refleksy…Będzie za co pić.
Niestety teraz tego czynić nie mogła. Wypchnęła i zielono-jasny smark chyboczący jej się na wietrze wciągnęła z powrotem do nosa. Cały swój obecny dobytek, tj., podarta koszula, chustę, piracką czapkę, zielony kamyk, skórzany pas, zawinęła w tą pierwszą pozycję, w niby pakunek, przyłożyła do jęzora i przygwoździła wszystko do niego swoim nowy kordelasem, zatapiając go głęboko. Cała nagusieńka się przeciągnęła i skoczyła w jednej chwili zamieniając się w małego sokoła, który zwiększał swe gabaryty z każdą chwilą gdy wzbijał się wyżej i wyżej.
Ostatecznie Celina przyjęła gabaryty na tyle duże, by mogła pochwycić swoimi szponami żuchwę i wraz z nią wzbić się w przestworza. Tak też uczyniła. Z nowym balastem zrobiła jeszcze parę okrążeni nad morzem wypatrując Skrytego Johna…jednak bezskutecznie. Skrzeknęła pod nosem i zaczęła kierować się w stronę Artegi. Przez tak wielką stratę poczuła ogromną suchość w ustach, którą mógł załagodzić jedynie alkohol…


/zt
/Jako, że John zniknął, zamykam na chwilę obecną temat.

Wróć do „Jednostki pływające”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 10 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 8 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Vereomil
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Mejb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.