Górska polana

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.
Ir

Górska polana

23 lut 2011, 16:16

Nareszcie dotarła do miejsca o którym opowiadał jej jeden z wiernych. Polana ta porośnięta była różnobarwnym górskim kwieciem. Można na niej było znaleźć rożnego rodzaju zioła lecznicze potrzebne do wyrobu maści i innych medykamentów. Położyła kosz na trawie i rozpoczęła zbieranie. Jesienne słońce mimo, że wciąż grzało, nie dawało już dostatecznego ciepła więc nałożyła kożuch otrzymany od Opata.

Po skończonej pracy rozłożyła kosz i usiadła na nim. Wyjęła prowiant i książkę na temat uzdrawiania.

z/t
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 72
Rejestracja: 23 lut 2012, 19:19
GG: 2362384
Karta Postaci: viewtopic.php?p=24416

06 kwie 2012, 21:43

MG:
Kahrsyliusz powoli odzyskiwał dobry humor. Uśmiech znów przybrał nieco ironiczny charakter, który widocznie był naturą smoka. Doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej potęgi i wszystkie słabsze istoty traktował, może trochę podświadomie – z góry.
Stał kilka chwil i widocznie nie był do tego przyzwyczajony. Przechylił łeb, pierw na lewo, potem na prawo, wkrótce również w przód i w tył. Za każdym razem cisza została przegnana przez hałas prostujących się kręgów szyjnych. Po kilku sekundach wypiął klatkę piersiową jeszcze bardziej, a w powietrzu znów słychać było odgłos kości.
Po chwili wrócił do poprzedniej pozycji. Zgiął ręce w łokciu i chwycił się dłońmi przedramion. Z ironią zaczął formułować odpowiedzi na pytania maga:
– Wiem kim jesteś, człowieku – spojrzał na źdźbła trawy między nimi, jakby szukając słów. – Magu… To nie ja walczyłem z tobą… Walczyłeś sam ze sobą. Ze swoimi myślami i swoją wyobraźnią, którą… hmm… Lekko zmusiłem do wykreowania pewnych obrazów… Szkoda, że użyłeś przy tym sporą ilość magii…
Na jego twarzy znów zagościł szeroki, dający wiele do myślenia uśmiech. Mimo oszczędności słów, liczył na to, że Tenebriss domyśli się, o co tutaj chodzi. Na wspomnienie o Chatumie znów opuścił łeb, jakby unikając tego tematu. Po kilku sekundach, jakby zrehabilitował się i znów spojrzał w oczy magowi.
– Nie walczyłeś ze mną… Walczyłeś sam ze sobą… – rzekł z resztą uciechy w głosie. Powaga przychodziła z każdym wyrazem…
– Chatum… Tak… – westchnął głęboko. – Chatum kroczył po tej ziemi jakiś czas temu. Kilka tysięcy? Sam nie wiem. Dla mnie to była chwila. Zabił wielu z nas. Były to czasy ciemne, pełne rozlewu krwi. Nawet my walczyliśmy. Uratował mi życie, dwukrotnie. Potem zginął… – smok zamilkł, znów zatapiając się w myślach. Nie był obecny przez kilka chwil, gdy nagle przemówił.
– Pragnie dać nam wszystkim znać, że przybył… Za twoją pomocą… – rzekł, tym razem już znacznie śmielszym tonem…
Awatar użytkownika
Posty: 64
Rejestracja: 06 lut 2012, 11:10
GG: 2954401
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1588

07 kwie 2012, 05:02

Mężczyzna zachowywał się, jakby długi czas przebywał w niewygodnej pozycji, jakby nie czuł się komfortowo w tym ciele, co mag mógł zrozumieć, wszak to jest smok. Najwidoczniej nie lubił przebywać w ludzkiej postaci. Kręcił się, strzelał kręgami, starał się przybrać wygodniejszą postawę… Aż w końcu stanął tak z dłońmi na przedramionach i począł mówić z odrobiną ironii w głosie. Wiedział kim jest Tenebriss, co jedynie upewniło maga w swych przekonaniach – Kahrsyliusz potrafił zaglądać do jego umysłu, czytać jego myśli, emocje, czytać wszystko, co zapragnie, niczym z księgi. Jednak mag wiedział, iż trening nad kontrolą swego umysłu, uczynił go zamkniętym na niechciane sztuczki, jak wprowadzanie mu do głowy nieswoich myśli, pomysłów, idei, emocji, iluzji…
Dlaczego więc smok powiedział, iż walczył on z samym sobą, ze swoimi myślami i wyobraźnią? Jak Kahrsyliusz "zmusił ją do wykreowania pewnych obrazów"? To nie było nic innego, jak iluzja! Mag nie lubił być tak oszukiwany przez samego siebie – od dawna był pewien, iż jest bezpieczny, że widzi świat takim, jaki jest na prawdę, że nigdy nic mu nie zostanie błędnie przedstawione, zawsze ufał swoim oczom… A teraz? Okazuje się, że możliwym jest wpłynięcie na jego umysł, jak gdyby nigdy nie uczył się go blokować! Oczywiście, przeciwnik był o wiele potężniejszy, niż jakiś tam marny mag umysłu, był smokiem! Te istoty żyją wieki, mają mnóstwo czasu na naukę kontroli swoich mocy, na ćwiczenie się w ich posługiwaniu. Żaden mag im nie dorówna, toteż żaden nie może się przed nimi obronić. A jednak, świadomość, iż ktoś grzebie w jego umyśle, nie podobała się Tenowi. Skąd miał wiedzieć, co jest prawdą, a co nie? Ale nie popadajmy w paranoję…
– Moje pytanie brzmi: dlaczego? Po co to wszystko? – powtórzył. Jeśli ktoś go testował, chciał wiedzieć w jakim celu! Nie cierpiał nie wiedzieć, co się wokół niego dzieje. A szczególnie gdy to coś miało z nim wiele wspólnego. Wspomnienie o utracie energii nieco go zirytowało – wszak gdy wielki smok zionie na Ciebie ogniem i masz do wyboru obronić się mieczem, bądź magią – wybór jest chyba trywialny. Jednak mógł nieco ostrożniej posługiwać się burzowymi pociskami. Tak, tutaj nieco się zapędził, lecz to wszystko przez utratę kontroli nad emocjami. Jednak to nie zmieniało faktu, że to smok stworzył taką, a nie inną sytuację, że postawił go do walki, dając mu jedynie wybór, kiedy i w jakim stanie umrze – poddając się bez walki już na początku, czy walcząc najlepiej, jak potrafił, wykorzystując wszelkie możliwe dostępne środki. Ten wybrał walkę, obronę swego żywota.
Ponownie ten strach, ta powaga, gdy padło imię Chatuma. Żył tysiąclecia wcześniej, w mrocznych, krwawych czasach. Zabijał smoki? Uratował Kahrsyliusza? To się kłóciło. Ten rozumiał, że Szmaragdowy musiał być dla niego kimś szczególnym, chociaż mógł tez mieć jakieś inne motywy. To jednak było nieważne, nie w tej chwili. Smok wspomniał, iż władca powrócił, że przybył. A Tenebriss miał to ogłosić. Ogłosić? On? A kim to on niby był, że miał ogłaszać smokom przybycie jakiegoś dawno zapomnianego już władcy? Jednak, czy to miało być wykorzystanie jakiegoś marnego człowieka do brudnej roboty, czy może swego rodzaju wyróżnienie? Wszak nie zawsze i nie każdy może porozmawiać ze smokiem i ogłosić mu przybycie potężnego smokobójcy z czasów, o których nie pamięta najmądrzejszy z mędrców, spisujących księgi. Jednak dlaczego on, dlaczego Tenebriss? Czy to był przypadek, że dotarł wtedy do jaskini? Nie, to nie był przypadek, jako że wcześniej w astralu odwiedziła go ta tajemnicza istota, wspominająca o siedmiu próbach, o nagrodzie, jaką jest moc większa niż ta w jaskini. Został tam pokierowany, nie znalazł jaskini przypadkiem, lecz nakazała mu pójście doń tajemnicza istota.
– Rozumiem, iż Chatum był potężnym mężem i władcą. Jednak dlaczego ja mam być tym, który przekaże Wam nowinę o jego powrocie? I komu… Wam? – spytał nieco zakłopotany. Nie lubił dużo mówić, ale nie lubił też mało wiedzieć. Musiał poznać wszystkie najważniejsze szczegóły. Po prostu niewiedza była dla niego zbyt… przerażająca? Możliwe. Może bał się, że jeśli czegoś nie będzie wiedział, to później zwróci się to przeciw niemu. Jednak czuł się nieco głupio tak wypytując wciąż o szczegóły smoka. Istotę mityczną, niezwykle rzadko spotykaną, ogromnie inteligentną i mądrą. Mężczyzna poczuł się teraz taki mały, taki głupi w stosunku do niego. Czuł doń szacunek, obawiał się jednak, iż uzna go za głupca, o ile już tego nie zrobił. A przecież, skoro już miał głosić, iż Chatum powrócił kto wie jakim istotą, to musiał mieć dobry kontakt z nimi, sprawiać wrażenie mądrego. Ech, sprawiać wrażenie. Powinien być mądry. A jednak nie wiedział tylu rzeczy. Nie wiedział jak miałby to robić, gdzie szukać tych, którzy mają się dowiedzieć, kogo w ogóle miał szukać… I czy w ogóle chce to robić.
Czy chce? A czy to nie ma być przygoda? Tego przecież właśnie pragnął. Jednak nie podobało mu się, że ktoś za niego ustalił co będzie robił, że ktoś mu rozkazywał, ktoś, kogo nawet nie znał. Choć złapał się na tym, że większą część jego myśli zaprzątają pytania "Jak mam to robić? Gdzie odnaleźć te istoty?", niż "Dlaczego niby, do cholery, mam wykonywać czyjeś polecenia?"
Chyba jednak tak… Chce.
Awatar użytkownika
Posty: 72
Rejestracja: 23 lut 2012, 19:19
GG: 2362384
Karta Postaci: viewtopic.php?p=24416

08 kwie 2012, 15:31

MG:
Słońce z każdą chwilą było coraz niżej, chowając się za wielkimi górami, które przysłaniały horyzont. Górska polana znajdowała się na całkiem sporej wysokości, przez co powietrze było o wiele gęstsze. Wysokość spowodowała także, że roślinność tu występująca było nieco uboższa, niż na terenach na poziomie morza, lub nizinnych.
Polankę porastały wrzosy, zielona trawa o ostrych źdźbłach oraz kilka niewielkich krzaczków, które nie wymagały większej ilości wody oraz wysokiej temperatury, by rosnąć.
Kahrsyliusz uspokoił się. Stał, wpatrzony w maga jakby słuchając, nawet gdy ten milczał. Widocznie rzeczywiście kontrolował on umysł Tenebrissa. Po wysłuchania go odchrząknął głośno, nieznacznie się uśmiechając, trochę jakby z politowaniem.
– To nie tak, jak myślisz… – rozpoczął monolog, który już po pierwszej kwestii zapowiadał się na długi. – Nie tylko ja, ale wielu których odwiedzisz wyczekuje twojego "opiekuna" – dziwnie zaakcentował ostatni wyraz. – Nie spodziewałem się jego powrotu po tak niedługim czasie… Skąd wynika moja, hmm… Nadpobudliwość? – nieznacznie przyspieszał. Widocznie nawet niezwykle długie życie nie nauczyło go cierpliwości. – Chciałem sprawdzić jak wygląda ten, który niesie dobrą nowinę… Ja oczekuje Chatuma, wyglądając każdego, nawet najmniejszego znaku, że może się wkrótce pojawić. Ale… Ale są inni, którzy nie przyjmują do wiadomości, że ich przyjaciel powstanie z martwych. Będziesz musiał się zmierzyć z wieloma przeciwnikami, którzy wezmą cię za heretyka… Jeśli ci ufa, to możliwe, że… – zawahał się. – Nieważne…
Opuścił wzrok ponownie na ziemię. W jego umyśle widocznie kłębiła się niezliczona ilość myśli, a on sam, będąc prastarym smokiem nie potrafił nad nimi zapanować. Po paru chwilach uśmiechnął się ledwie zauważalnie i ponownie spojrzał w oczy młodego maga. W szmaragdowych ślepiach pojawiła się kapka ironii. Widocznie raz jeszcze pragnął potraktować Tenebrissa z góry.
– Zapewne zastanawiasz się co masz na lewym przedramieniu, magu… – zaśmiał się jakby samemu do siebie. – To moja łuska, która jest dowodem mego posłuszeństwa wobec twoje… Naszego władcy. – starannie się poprawił. – Mam nadzieję, że ochroni cię w dalszych pięciu próbach…
Awatar użytkownika
Posty: 64
Rejestracja: 06 lut 2012, 11:10
GG: 2954401
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1588

09 kwie 2012, 03:15

Mężczyzna słuchał uważnie słów maga w milczeniu stojąc w tej samej pozycji, którą przyjął chwilę temu. Nawet, gdy ten skończył, Kahrsyliusz nadal tak stał i milczał przez jakiś czas, jakby przysłuchując się jego myślom. Zapewne to właśnie czynił. Chwilę później odchrząknął i uśmiechnął się, jakby patrzył na jakieś dziecko, które właśnie skaleczyło się w palec. Powiedział, iż wielu wyczekuje "opiekuna" Tenebrissa… Chatum miał być jego opiekunem? Jakim znowu opiekunem? Każda odpowiedź na pytanie zadane smokowi rodziła ich jeszcze więcej. Dowiadywał się tylu rzeczy tak bardzo powoli, tak bardzo pokrętnie. Mężczyzna nie odpowiadał na wszystkie, mówił to, co uważał za konieczne, zapominając zapewne, iż Ten nie żył tysiąca lat, lecz jedynie 32, że nie wie tyle, ile smok, nie ma pojęcia o niektórych faktach. Nie wiedział na przykład kim są ci oni, którzy to wyczekują władcy z kryształowej jaskini, którzy nie przyjmują do wiadomości, iż to jest możliwe, by powstał z martwych, którzy nazwą go heretykiem, nie miał pojęcia z kim przyjdzie mu rozmawiać, a być może nawet się zmierzyć! Czy chodziło jedynie o smoki? Wątpił, choć to było możliwe. Jednak smoki były istotami tak rzadkimi, tak legendarnymi, że z całą pewnością więcej, niż ten jeden, który już tak bardzo maga zaskoczył swym pojawieniem się, już w tej przygodzie nie spotka. Może jakieś inne równie majestatyczne istoty, równie silne i potężne, które mogą równie łatwo sprzątnąć go z powierzchni ziemi? Możliwe, zresztą, wszystko jest możliwe – skoro Ten mógł być "podopiecznym" jakiegoś bardzo potężnego, prastarego władcy, który ma wstać z martwych, i skoro to on miał tę nowinę ogłosić, mimo iż nigdy wcześniej nie słyszał o Chatumie, to równie dobrze może na swej drodze spotkać jakiegoś gryfa, czy feniksa.
Kahrsyliusz… chciał sprawdzić, kim jest wysłannik swego pana, dlatego go atakował. Chciał go przetestować, to było przecież już pewne. Pewnie nie mógł się doczekać powrotu tego pana. Wyczekiwał każdego znaku, tak więc gdy zobaczył na swej drodze maga, który w umyśle miał obraz jego władcy – natychmiast musiał to sprawdzić. Gdyby Tenebriss nie był tym, kim powinien, zapewne nie poradziłby sobie w walce, która zresztą i tak była wielkim oszustwem. Mag go rozumiał, a przynajmniej w takim stopniu, jak potrafił zrozumieć trzydziestoletni człowiek kilkutysięcznoletniego smoka!
Niecierpliwy, tak był niecierpliwy z całą pewnością, świadczyło o tym rosnące tempo jego wypowiedzi. Szybkie tempo, które w pewnym momencie się urywa, jak to już wcześniej bywało. Kolejny raz smok zasiał w głowie maga chęci na zadawanie kolejnych pytań. Co możliwe?! Jeśli mu ufa, to co? Pomoże? Da jakieś wskazówki? Ech, nieważne. Nie było sensu znowu pytać, przedłużając rozmowę, podczas gdy słońce miało się ku zachodowi, a przed człowiekiem stało ważne niecodzienne zadanie. Chyba niecierpliwość udzieliła się i jemu. Nie wiedział co go czeka, lecz ta niewiedza jedynie pobudzała w nim ciekawość, chęć do jej zbadania, do rozpoczęcia, a raczej dalszego kontynuowania tej przygody!
Tymczasem mężczyzna chwilę rozmyślał, tak jak i mag. Spoglądał na zieloną trawę, starając się nad nimi zapanować, podczas gdy Tenebriss zastanawiał się gdzie powinien pójść, co zrobić, gdzie spędzić noc, zregenerować siły, pożywić się. To było ważne, jeśli chciał być w pełni mocy przy kolejnych takich… ciekawych spotkaniach. Spoglądał też na swe ramię, podziwiając piękno smoczej łuski, zachwycając się tym cudem. To był dar, bez względu na to, że wygląda nieco nienaturalnie, czy przysparza nieco dyskomfortu w swobodnym poruszaniu ręką, to był magiczny dar, który już na zawsze będzie przypominał o tej wspaniałej walce, która tak silnie go wyczerpała i wzburzyła w nim emocje.
Po chwili Kahrsyliusz począł mówić dalej, właśnie o tym szmaragdowym, smoczym darze, w magiczny sposób połączonym z anatomią człowieka. Dowód posłuszeństwa wobec ich dowódcy, wobec Chatuma.
– Jestem bardzo wdzięczny, Kahrsyliuszu. Jednak powiedz mi, czy na pewno w pięciu próbach? – mag był nieco zdziwiony, przez chwilę milczał, próbując sobie przypomnieć tamto zdarzenie nad morzem, to, co mówiła tajemnicza istota – Myślałem, że czeka mnie ich siedem. Rozumiem, iż walka z Tobą była jedną z nich, lecz co było drugą? – to pytanie zrodziło się w głowie maga spontanicznie, wyleciało z niej na wiatr, zanim tak na prawdę zostało pomyślane. Dużo bardziej go interesowało, co teraz powinien zrobić, niż opis prób, które ma już za sobą. Nie patrzeć w przeszłość… Łatwo powiedzieć. Kto tego nie robi? Każdy to robi, nawet jeśli zapiera się rękami i nogami, iż nie. Mag też. Jednak to nic nie daje, toteż według niego, jest to zwykła strata czasu. Mógł sobie na nią pozwolić, siedząc wieczorem przy ogniu, rozmyślając, lecz nie w tej chwili. – Wybacz zuchwałość… Nie powinienem zadawać tylu pytań. Jednak jedno mi w tym momencie szczególnie krąży po głowie. Co teraz? – ostatnie dwa słowa wyszły z ust człowieka dopiero po krótkiej chwili, po małym oddechu. W nich zawarte było mnóstwo innych: Gdzie iść? Co robić? Czy już? I wiele innych, których odpowiedzi mogły znacznie ułatwić sprawę, nakierować Tenebrissa na odpowiednią drogę. Pozostawało jedynie czekać, aż lewiatan na nie odpowie.
Awatar użytkownika
Posty: 72
Rejestracja: 23 lut 2012, 19:19
GG: 2362384
Karta Postaci: viewtopic.php?p=24416

10 kwie 2012, 20:34

MG:
Słońce ledwie wyglądało zza olbrzymich gór, starszych, niż każda chodząca po ziemi istota. Mimo, iż była już wiosna chłód był niezwykle dokuczliwy, szczególnie nocą. Wilgoć powoli osiadała na bladozielonej trawie, którą ludzki plebs nazywał potocznie rosą. Ptaki leżały już w swych gniazdach, nie licząc kilku kluczy lecących na południe, by osiedlić się na kontynencie, który pożegnał już zimową porę.
Kahrsyliusz wyglądał na nieco znużonego, nie wiadomo czy rozmową z magiem, czytaniem w jego myślach, czy po prostu pora dnia tak na niego działała. Głowę miał lekko pochyloną, spoglądając na tańczące na wietrze źdźbła trawy.
Słowa Tenebrissa, jakby wytrwały go z jakiegoś głębokiego transu. Jakby impuls elektryczny przeniknął jego ciało. Wkrótce potem powrócił do poprzedniej pozycji i ponownie rozpoczął rytuał strzelania kośćmi. Po kilku sekundach uśmiechnął się i podniósł prawą rękę do góry. Lekko zgiął palce. Nagle z nasady dłoni wyleciał malutki złoty płomień, który błyskawicznie przybrał kształt kuli. Była ona wielkości dorodnego arbuza. Ognik zatańczył w powietrzu i wzniósł się niewiele ponad metr nad ich głowami, rozświetlając okolicę w promieniu trzydziestu stóp.
Wkrótce uśmiech na smoczym licu poszerzył się, aż wkrótce szmaragdowooki rzekł:
– Kto pyta, ten nie błądzi… W ciemności – po czym zaśmiał się z własnego żartu. Ton jego był niski, przepędzając ciszę. Odchrząknął głośno, zbierając myśli. Wkrótce spoważniał i kontynuował:
– Chatum posłał cię w dobre miejsce… Wiedział, że skorzystam z okazji, by cię przetestować. – mówił ze spokojem. – Z tego co pamiętam, to pierwsza próba polegała na sprawdzeniu twoich zdolności bitewnych. Jesteś jego ambasadorem. Musisz być silny… Chatum za życia miał wielu sprzymierzeńców, ale i też wrogów. Ci, którzy dalej żyją są niezwykle potężni, więc musisz mieć się na baczności. – zatrzymał się na chwilę, spoglądając w ziemię, jakby w poszukiwaniu słów. – Druga próba miała na celu sprawdzenie mojej lojalności i jak widzisz, była tylko formalnością…
Przeszedł kilka kroków wokół Tenebrissa, jakby samemu rozważając co dalej. Krok jego był spokojny, acz stanowczy. Ręce miał złączone z tyłu. Nad nimi unosił się magiczny ognik, emanujący złotym światłem.
– Dalej… Dalej czeka cię trzecia próba, czyli sprawdzenie lojalności kolejnego sojusznika. Waham się, kogo powinieneś odwiedzić jako pierwszego… Jeden z nich to prastary wampir, za którym nie przepadam. Jest zimny i wyrachowany. Nie jestem pewny, co do jego lojalności. Jest magiem… – przełknął ślinę i kontynuował. – Moja łuska zapewni ci ochronę, lecz nie jest ona niezniszczalna. Podobnie jak twoje przedramię będzie się regenerowała… – westchnął, jakby starając się pokazać magowi, że druga persona jest o wiele groźniejsza… – Druga z nich to ludzka kobieta. W jej żyłach płynie elfia krew, zapewniająca jej długowieczność. Jest niezrównoważona psychicznie i jestem niemal pewny, że nie czeka cię z nią rozmowa o pogodzie… Ma talent do walki w buszu. Geniusz taktyczny, mistrz w posługiwaniu się łukiem. Jest także polimorfem. – zamknął oczy, budując napięcie. – Wybór należy do ciebie.
Awatar użytkownika
Posty: 64
Rejestracja: 06 lut 2012, 11:10
GG: 2954401
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1588

11 kwie 2012, 13:10

Robiło się zimno, słońce zachodziły za szczyty gór, wilgotna rosa zbierała się na porywanej przez chłodny wiatr trawie. Dzień, tak jak i spotkanie ze smokiem, miał się ku końcowi. To wszystko musiało trwać tak krótko, od wejścia na polanę, przez walkę ze smokiem, po rozmowę z nim, minęło zaledwie kilkanaście minut – słońce nie zdążyło nawet zajść. Moment, a jaki męczący. Kilka chwil, a wyzuło maga z wszelkiej energii magicznej. Pierścienie oraz wisior były bezużyteczne, wykorzystane na walkę… ze sprzymierzeńcem. Ech, trudno. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Mleka nie można ponownie wlać do butli, energię do ciała tak. To był ten plus, który w tej chwili mężczyzna cały czas wykorzystywał. Praktycznie od początku walki z Kahrsyliuszem cały czas pobierał energię z otoczenia – jeszcze nigdy nie używał tej umiejętności tak często! Oczywiście nie skupiał na tym całej swej uwagi, tak jak mógł – wtedy w miarę szybko ponownie zdolny by był do normalnego funkcjonowania – większość jej skupiał na niskim mężczyźnie przed sobą, który właśnie popadł w jakiś trans. Milczał, wpatrując się w trawę, znudzony całą tą gadaniną. Z całą pewnością rozmowa z człowiekiem musiała być dla niego nudna, choć mając na uwadze długowieczność smoków, wszystko dla nich takie jest.
Na zakłopotanie maga, smok odpowiedział stworzeniem kuli ognia, która utrzymywała się nad jego dłonią, oświetlając ściemniające się otoczenie. Nie miał mu za złe, nawet się tym nie przejął, zażartował jedynie, rozluźniając nieco atmosferę. Opowiedział Tenowi, na czym miały polegać dwie pierwsze próby, oraz kolejna, trzecia. Sprawdzenie zdolności bitewnych, lojalności Kahrsyliusza oraz nadchodząca, sprawdzeniem lojalności jednej z dwóch istot. Zanim jednak powiedział o tym, począł przemieszczać się wokół maga, rozmyślając o czymś intensywnie. Płomień podążał za nim, niczym zaprzyjaźniony chowaniec, jakby nie chciał zgubić towarzysza ani na sekundę. Miał dylemat. Sojuszników miało być dwóch, kobieta i mężczyzna, polimorfka i wampir, szalona, niezrównoważona oraz zimny, wyrafinowany. Obydwie postaci miały być silne, sprawne i potężne, w obydwu przypadkach mogło nie skończyć się jedynie na rozmowie. O mężczyźnie smok miał wyrobioną nie najlepszą opinię, nie przepadał za nim, wręcz go nie lubił. Co do kobiety – dał do zrozumienia, że jest groźniejsza.
Tenebriss miał wybrać. Musiał się zastanowić. Kobieta, która może wybuchnąć w każdej chwili, zestrzelić go z łuku zanim zdąży w ogóle podejść, czy mężczyzna, który dąży do raz postawionego celu wszelkimi możliwymi sposobami? Ona najpierw działa, potem myśli, on przeciwnie – według takiej oceny wybór wydawał się prosty, lecz to było jedynie założenie. Smok opowiedział o nich w taki sposób, że obydwie postaci wydawały się bardzo niebezpieczne, jednej nie ufał, drugą uważał za mistrzynię w swym fachu. Tenebriss był wykończony i pozbawiony ochrony, nie mógł więc ryzykować spotkania z niezrównoważoną półelfką. Ona wydawała się mu bardziej kłopotliwa.
– Obawiam się, iż z szaloną kobietą nie poradziłbym sobie tak, jak z mężczyzną, biorąc pod uwagę mój stan. Wezmę sobie Twe uwagi do serca i będę przy nim bardzo ostrożny. – powiedział, nachylając lekko głowę na znak szacunku, po czym wyprostował się, zamknął na chwilę oczy i odetchnął głęboko. Skupił się na przyciągnięciu z ziemi energii, jak najwięcej, każda odrobinę, wiązkę bezcennych sił. Na razie wchłaniał ją w siebie, nie w artefakty – to był priorytet, odzyskanie sił. Pierścienie były bardo pomocne, ale jeśli nie ma się sił ich użyć, to stają się bezużyteczne. Robił to kilkanaście sekund, podczas głębokiego wdechu i powolnego wydechu, intensywnie skupiając się na tej czynności. Natomiast gdy cykl oddechowy się skończył, otworzył oczy, gotów na dalsze wydarzenia, na zbieranie energii wykorzystując już dużo mniejszą część uwagi.
Awatar użytkownika
Posty: 72
Rejestracja: 23 lut 2012, 19:19
GG: 2362384
Karta Postaci: viewtopic.php?p=24416

12 kwie 2012, 15:42

MG:
Nastał zmierzch. Ciemność była wszechobecna. Wielkie góry przysłaniały jakiekolwiek źródła światła. Wkrótce siarczysty mróz przeszył ciało Tenebrissa. Na tej wysokości temperatura wahała się zmieniając ze skrajności w skrajność, przynosząc gorący dzień i mroźne noce.
Szmaragdowa łuska na lewym, ludzkim przedramieniu idealnie chroniła przed temperaturą i zapewne nie tylko.
Złoty ognik fruwał nad głową lewiatana, który wydawał się go kontrolować siłą woli. Wkrótce stary smok stanął w miejscu, spoglądając w oczy Niosącego Dobrą Nowinę. Lico jego było pozbawione emocji. Wyglądało to tak, jakby pierwszy raz widział na oczy Tenebrissa, który skupił się, czerpiąc energię z ziemi. Kahrsyliusz patrzył na niego z pożałowaniem. Człowiek podobny mu był do pijawki, która próbowała ssać krew z kory drzewa.
– Od czegoś trzeba zacząć… – rzekł tak cicho, że Tenebriss mógł go ledwie usłyszeć. Było to raczej wytłumaczenie własnych myśli, starego smoka.
Głośno odchrząknął i rzekł pełnym powagi głosem:
– Ulan Gatom. To jego teraz poszukujesz. Znajdziesz go zapewne w obecności reszty rodziny w katakumbach. Znajdują się one na południowy wschód od Minaloit w Lesie Cieni. Dokładnie cztery i pół mili od miasta. Są one pełne różnych dziwnych istot, które tylko czekają, by móc coś… Albo raczej kogoś pokąsać – zamknął oczy, zbierając myśli do kupy. Klejenie zdań w tym języku nie było dla niego łatwe, mimo iż miał kilka tysięcy lat.
– Przed wejściem do grobowca dobrze, byś dał znać, że jesteś Niosącym Dobrą Nowinę. Jeśli mimo tego zostaniesz zaatakowany, uciekaj…
Zapewne słowa zielone dały człowiekowi wiele do myślenia. Ten dzień był dla niego z pewnością najdziwniejszym w życiu.
Ciemność przebijały jedynie promienie małego, złotego ognika, który lewitował tuż nad głową Kahrsyliusza. Nagle złota kula wleciała w Tenebrissa, który mógł poczuć ciepło w okolicy klatki piersiowej. Zdarzyło się to nagle, czego mag się nie spodziewał.
Jego powieki stawały się coraz cięższe, aż wkrótce opadły, wprowadzając go do krainy snów…
Obudzisz się w pełni sił.

[zt x 2]
Awatar użytkownika
Posty: 64
Rejestracja: 06 lut 2012, 11:10
GG: 2954401
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1588

01 cze 2012, 16:28

Zanim wampir cokolwiek odpowiedział, Tenebriss poczuł ogromne zmęczenie. Powieki stały się ciężkie, niczym z kamienia, opadały mimowolnie i mężczyzna w żaden sposób nie mógł utrzymać ich w górze. W końcu zamknęły się, nastała ciemność i zapadła głęboka cisza. Cisza, nieprzerywana niczym. Wampir nie odezwał się, jakby zniknął, nie było słychać jego oddechu, szurania nogami o tkaninę, nie było też czuć jego obecności. Nic. Pustka.
Mag starał się otworzyć oczy, lecz nie potrafił. Chciał się ruszyć, próbował wstać, bo wydawało mu się, że leży, jednak nie był tego pewien. Jakby przebywał w próżni. Uczucie podobne do przebywania poza ciałem. Jednak teraz żaden mięsień nie działał, a może i działał, ale Ten żadnego nie czuł, a podczas podróży było inaczej – mógł się ruszać, choć nie był fizycznym ciałem.
Chłód pieścił go na przemian z falami gorąca. Jakby znajdował się w zupełnie innym miejscu, wszak w grobowcu pod ziemią było tylko zimno, żadnego źródła ciepła. Jakim więc sposobem je czuł? Nie miał pojęcia co się dzieje, czy to dalszy ciąg swoistego egzaminu Chatuma? Czy znowu próbuję go w czymś przetestować? To kolejna próba? Tyle pytań, żadnej odpowiedzi…
Nagle jego zmysły zaczęły znowu działać. Najpierw poczuł koszmarny ból głowy, która chciała się najzwyczajniej w świecie rozerwać na strzępy. Potem powietrze dało o sobie znać, omal nie dusząc maga swym nadmiarem. Zapach spalenizny, kłujący w gardło, i dźwięk skwierczenie ognia, tak miły dla ucha. Wracał do rzeczywistości, ale jakiej? Gdzie się znajdował? Nadal nie mógł się poruszać… Choć nie. Oczy poczęły współpracować, powieki uniosły się, ukazując człowiekowi… Ogień! Płonącą, nocną polanę, na której walczył i rozmawiał ze smokiem tamtego dnia! Albo i tego, skoro nadal płonęła. Płomienie były jednak znacznie mniejsze, niż pamiętał sprzed tego dziwnego odpłynięcia i rozmowy ze smokiem. Za chwilę miały się wygasić. Wokół maga trawa już była wypalona, jednak nie czuł żadnego oparzenia, co go utwierdziło w przekonaniu, iż wszystko to było bardziej tajemnicze, niż mógłby sobie wyobrazić. Co tu jest rzeczywistością, a co przywidzeniem? – spytał w myślach sam siebie.
Była noc, spokojne niebo patrzące na niego milionami małych oczu i jednym większym, księżycem. Wszystko było tak, jakby nigdy nie opuścił polany, nie poszedł do lasu na spotkanie z Ulanem, minęło zaledwie kilka minut, może godzin odkąd, które przespał. Nie wiedział, co jest grane, podejrzewał, że to był jedynie sen, przywidzenie, spowodowane zmęczeniem. Ale mógł to być też kolejny test, być może go nie zdał… Będzie musiał to sprawdzić.
Ręka dała o sobie znać, lewe ramię kłuło bólem przez jakiś czas. Krwawiło. Chwilę. Szmaragdowa łuska jednak nadal była na swym miejscu. Co tutaj jest realne, a co nie? – powtórzył. Gdy spuścił wzrok z pięknej, zielonej łuski, odbijającej światło księżyca, na polanę, zobaczył przed sobą truchło smoka. Kahrsyliusz, jeśli ta część była prawdą, choć wątpliwe. Jego ślepia, wciąż otwarte, jednak pozbawione życia, wpatrywały się zamglone w maga. Z szyi wydobywała się litrami ciemno czerwona krew.
Zabił go. Tenebriss zabił smoka. Wykorzystał wszystkie swoje siły, by się obronić i udało mu się. Obydwa pierścienie i amulet były bezużyteczne przez kilka najbliższych godzin. Wyładowane. On także. Ale nie mógł tutaj pozostać, a wiedza na temat smoków i ich magicznej natury, nie pozwalała mu tak po prostu odejść. To był młody smok, jego krew była bardzo świeża, toteż cenniejsza. Łuski, pazury, kły, błona skrzydeł… Tyle bogactw. Dla niego – maga – były one nieocenione.
Chwycił czarną, zdobioną w płomienie rękojeść sztyletu, wydobył go i ruszył powoli w kierunku smoka. Nie obawiał się, że ożyje, był zmęczony… No i lękał się Chatuma i jego niespodzianek. Kto wie, co jeszcze się może zdarzyć? Obserwował otoczenie, zbliżając się do cielska. Gdy już doń dotarł, pierwsze co zrobił, to rozłożył lewe skrzydło tak, by błona była napięta – nie miał manierki na krew, to musiał sobie jakoś poradzić. To wymagało sporej siły, której on już nie miał, toteż trwało znacznie dłużej, niż mogło. Wbił sztylet w błonę i wyciął niedużych rozmiarów okrąg. Rozciągnął materiał na lewej pięści tak, by utworzył swego rodzaju sakiewkę. Wiedział, że smocza błona jest bardzo wytrzymała, doskonały materiał na płaszcz dla maga. Przystawił ją do rany na szyi lewiatana, napełnił szkarłatną i gęstą cieczą, po czym zawiązał na słupek tak, by nie uronić ani kropli. To zbyt cenna substancja. Aż żałował, że tyle jej się marnuje, wypływając z rany na ziemię i w niej znikając… Ale nie ma co się martwić, tyle, ile zdobył, mu wystarczy. Nie martwił się, wręcz przeciwnie. To, co przeżył, warte było tylu bezcennych surowców, które zdobędzie tej nocy. Długiej nocy…
Odłożył sakwę na bok, by mu nie przeszkadzała, i zabrał się do "wydobycia" tych surowców. Ostra, płomienna klinga miała tej nocy przeciąć więcej mięsa, niż przez ostatnie tygodnie.

[ Dodano: Sob 02 Cze, 2012 13:26 ]
Posty scalę, jak będę miał możliwość.
To trwało bardzo długo, zbyt długo. Oczy maga ponownie zaczęły ciążyć, zupełnie jakby do powiek przyczepiono po odważniku. Mięśnie bolały z przemeczenia, walka ze smokiem silnie je nadwyrężyła, a machanie płomiennym sztyletem przez całą noc, tnąc najgrubszą skórę, jaką mężczyzna zdążył widzieć w swym krótkim życiu, sprawiło, że samo uniesienie broni stawało się męką. Tą trzymał w prawicy, a co dziwne lewa ręka była równie wykończona, co prawa. A to za sprawą ciężkiej szmaragdowej łuski na przedramieniu, do której noszenia jeszcze się nie przywyczaił. Potrzebował odpoczynku.
Dwa ciemnoszare, długie na pięć cali pazury, odcięte od jednej z łap smoka, oraz dwukrotnie większej wielkości biały kieł, zwisały na trzech długich żemykach, splecionych w jeden, zrobionym z silnie zwiniętej błony, maczanej w smoczej krwi dla zwiększenia wytrwałości, tworząc swego rodzaju amulet. Pazury trudno było odciąć, jednak nierówny kształt ostrza sztyletu wstępnie rozszarpał twardą powłokę mięsa, a później wystarczyło już tylko ciąć. Dwa pazury wystarczą – pomyślał i zabrał się za wybijanie kła. Uderzył nasadą sztyletu w kieł kilka razy, z największą siłą, na jaką było go stać w tym stanie. Musiał uderzyć wiele razy, zanim ząb chociażby zaczął się ruszać, ale wtedy poszło już z górki. Z każdym następnym razem kieł był coraz bardziej ruchliwy, aż w końcu jego wielki korzeń wydostał się z podniebienia. Korzeń był równie duży, co część z ponad linii podniebienia. U obrady jego średnica wynosiła około trzech cali! Co za bydle! Krew, która wydobyła się zarówno z dłoni, jak i dziury po kle, była nadal ciepła, jakby smok wcale nie oddał swego życia kilka godzin temu. To świadczyło o ogromnej magii w niej zawartej.
Po tej wykańczającej walce z pazurami i kłem, jedyne, na co było jeszcze maga stać, to było wycięcie pozostałej błony ze skrzydeł i zwinięcie jej w rulon. Przyda się. Wycinanie łuski wymagałoby zbyt dużej siły, a on ledwo ruszał rękami. Może jeszcze kiedyś tutaj wróci i zabierze ich kilka, jeśli oczywiście jeszcze znajdzie tutaj smoka. Na razie wystarczy mu owy dar na lewym przedramieniu. Naturalna tarcza, chroniąca zarówno przed mieczem, jak i zaklęciem. Dar.
Księżyc był dużo dalej na nieboskłonie, niż za czasu obudzenia się maga. Zimno, które mu doskwierało, skutecznie oddalało chęci do dalszej pracy. Teraz pragnął tylko snu, regenerującego snu.
Wstał. Podniósł się, odpychając od wielkiego smoczego cielska i stanął na nogach. Tyle czasu siedział i kucał, pracując przy swych skarbach, że nogi zapomniały, jak powinny pracować. Poznasował je, wsadził sztylet w pochwę, założył ciężki amulet z pazurów i kła na szyję, chciał schować pod płaszczem, jednak dziura na piersi mówiła, że to bez sensu. Płaszcz… Dziura na piersi, wypalona przez smoczą, ognistą maź, oraz dziura na lewym przedramieniu, wyszarpana przez kły. Był zniszczony. Potrzebował nowego.
Złapał za "manierkę" z wciąż ciepłą krwią i przymocował ją solidnie do pasa z boku. Obrócił się po raz ostatni do smoka, który był dla niego koszmarem, przeklęciem tego dnia, a za razem darem. Czy darem od Chatuma? Tego nie wie. Nie wie już nawet, czy jest on prawdziwy. Wszystko to, co mówił Kahrsyliusz musiał wyrzucić z pamięci, ponieważ on nie istniał. Tak samo Ulan. To były wytwory jego wyobraźni, pobudzone szokiem. Ale to, co było wcześniej… Spotkanie tajemniczej istoty w astralu i Chatuma w jaskini, to przecież było prawdziwe. To przywiodło maga tutaj, do smoka.
Żart – pomyślał – To jakiś koszmarny żart istot nie z tego świata. Złapały naiwnego człowieka i chciały się zabawić. Zobaczyć jego walkę ze smokiem. A on głupi uwierzył, uwierzył do tego stopnia, że jego umysł wykreował ciąg dalszy historii o Chatumie. Jednak jeszcze będzie musiał to sprawdzić. Nie dziś, nie jutro, w przyszłości. Będzie musiał pójść i zobaczyć, czy istnieje ten las, ten grobowiec. Sprawdzi. Ale nie dziś…
Ruszył w kierunku jakiegoś spokojnego miejsca, gdzie mógłby spędzić noc i większość dnia, gdzie mógłby się zregenerować, odzyskać siły, naładować artefakty. Zostawił tę polanę, zdarzenia z której należały już do przeszłości. Może tutaj wróci, choć zaczynał w to wątpić.
Ruszył…

Z/T
Awatar użytkownika
Posty: 55
Rejestracja: 25 lip 2012, 11:26
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2058

28 lip 2012, 22:10

Cóż to był za piękny dzień, słonko świeciło, wiatr przyjemnie chłodził i tarmosił rośliny, a ziemie okryta była delikatną rysą. Wszystko było jak zwykle, zwykłe zwierzęta wychodziły ze swoich zwyczajnych nor, by zwyczajnie pójść poskubać trawkę. Jedyną rzeczą, która tak bardzo przyciągała uwagę był kamień. Twardy, szarawy, "zwykły", a jednak przyciągający uwagę, niczym naga panna biegnąca przez miasta.
Powietrze tuliło jego twardą skorupkę, a z niego po zbliżeniu promieniowało ciepło. Na jego powierzchni czas wyrzeźbił wzory, głębsze i płytsze rysy na materiale tworzyły małe dzieło sztuki.
Cała flora i fauna się go nie bała, otaczały go, obwąchując, smakując i głaszcząc obiekt. Żaden z nich nie ośmielił się go zbezcześcić, uspokajało je swoją aurą. Coś miało się wydarzyć i każdy mógł to poczuć wstępując na polane. Coś niezwykłego, niewinnego, być może potężnego… cud narodzin.
Awatar użytkownika
Posty: 454
Rejestracja: 21 lip 2012, 12:39
GG: 11650866
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2036

29 lip 2012, 22:41

Ratując się z opresji zwykłą ucieczką, Ari postanowiła oddalić się na tyle, aby rycerzyk nie mógł jej dorwać. Okrążyła jezioro i ruszyła na północ. Powolutku, bez pośpiechu uparcie szła do przodu. Nie wiadomo jak długo to trwało, ale nieumarli w pewnym stopniu zachowywali się jak golemy. Nie czuli głodu, nie czuli zmęczenia. Tak więc nie robiąc niepotrzebnych postojów, powolutku szła w kierunku Wichrowych Szczytów, miejsca niedostępnego, a przez to bezpieczniejszego niż trakty czy miasta.
Tak, ona jako nieumarły potwór musiała się kryć przezd dobrymi ludźmi. Potwór. Cóż, ona potworem nie była, po prostu nie umiała leżeć bez życia pod ziemią. Nikt nie jest idealny. A że od czasu do czasu skubnęła co nieco z jakiegoś podróżnika… żywi ludzie też pożywiają się mięsem, nie robiąc z tego afery. Co więcej, czasami wielcy wojownicy wręcz szczycą się tym, że w trudnych warunkach musieli podjąć decyzję o skonsumowaniu któregoś z kompanów. Zżerali przyjaciół! A ona? Nigdy ale to nigdy nie zaprzyjaźniała się z przyszłym posiłkiem.

Idąc i rozmyślając, pokonała drogę szybciej, niż się jej wydawało. Tak, jak trakty, proste drogi czy las nie stwarzały problemów, tak góry były nie lada wyzwaniem dla nieumarłej. Jedynym plusem było to, ze nie mogła dostać zadyszki, dobra strona niedziałających układów.
Pomijając trudy wspinaczki, przylepianie odpadających kawałków ciała, czy też zbieranie ziół, które napotykała po drodze, dotarła w końcu na jedną z górskich polanek. Widok polanki tak się jej spodobał, że postanowiła pozostać na niej jakiś czas, rezygnując z pomysłu sporządzenia kryjówki w jednej z górskich jaskiń. W zasadzie nie zrezygnowała z tego, a jedynie odłożyła w czasie realizację tego planu.
Weszła na polankę rozglądając się uważnie. Zauważyła zwierzęta, które otaczały Coś. Ostrożnie podeszła bliżej, aby móc zobaczyć, co takiego przykuło ich uwagę. Miała też nadzieję, że ich nie spłoszy, chociaż były na to małe szanse. Zazwyczaj coś płoszyła. Sarenki, króliki, wszelkie miłe stworzonka uciekały w popłochu. Natomiast sępy, kruki, szczury, czy różnego rodzaju owady lgnęły do niej, jak muchy do miodu. Tu jednak żadnego z tych niepożądanych stworzeń nie dostrzegła. Na miłej polance siedziały śliczne, puchate stworzonka. czy to nie piękny obrazek?
Gdy podeszła bliżej w końcu mogła rozpoznać leżący przedmiot. To jajko! Było jednak o wiele większe od zwykłego, kurzego jaja. Pierwsza reakcja Ari to wspomnienie domowych posiłków. Jej rodzina jadała to, co mogło dostarczyc im gospodarstwo, a więc jajka, mleko, wyhodowane warzywa. Większość trzeba było sprzedawać, ale zawsze można było coś skubnąć.
Jajko wywoływało miłe skojarzenia. Jednak nie miała zamiaru go zjadać. Teraz, jako nieumarła miała kompletnie przestawione doznania smakowe, a więc zjedzenie go byłoby marnotrastwem.
Była natomiast ciekawa, które zwierzę składa tak pokaźne jaja.
Bojąc się je uszkodzić, nie podniosła go, natomiast usiadła obok niego w wysokiej trawie. Ciekawe, czy w środku ktoś jest i czy aby nie jest mu za zimno…

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 7 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52147
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.