Górska polana

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.

Moderator: MG

Ir

Górska polana

23 lut. 2011, 16:16

Nareszcie dotarła do miejsca o którym opowiadał jej jeden z wiernych. Polana ta porośnięta była różnobarwnym górskim kwieciem. Można na niej było znaleźć rożnego rodzaju zioła lecznicze potrzebne do wyrobu maści i innych medykamentów. Położyła kosz na trawie i rozpoczęła zbieranie. Jesienne słońce mimo, że wciąż grzało, nie dawało już dostatecznego ciepła więc nałożyła kożuch otrzymany od Opata.

Po skończonej pracy rozłożyła kosz i usiadła na nim. Wyjęła prowiant i książkę na temat uzdrawiania.

z/t
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 55
Rejestracja: 25 lip. 2012, 11:26
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2058

03 sie. 2012, 12:53

Już się rzucał, już pazury i szpony były przygotowane, już miał wydziobać mu oko, już był gotowy zaatakować monstrum z rykiem na ustach, gdy to duże, brzydkie, czarne coś, spadła z niebo na sam jego widok.
Ileż on czuł emocji; gniew, podekscytowanie, dumę i wiarę w zwycięstwo. Był zachwycony, dopiero się wykluł, a wygrał pierwszy pojedynek. Cieszył się nim, niczym… małe dziecko. Podskoczył radośnie, a jego skrzydełka zadrżały. Machając ogonem, strącał z siebie śluz. Wielkie oczy, wydawały się ogromne gdy zobaczył, że monstrum się podnosi. Przecież jak on śmiał?!
Czyżby nie chciał się poddać mocarnemu gryfowi? Czuł wielkie pragnienie by poczuć, znów wspaniały smak zwycięstwa. Dreszcz go przeszedł, a piórka mu się nastroszyły. Przyjął bojową postawę, wzrokiem skanował okolice. Żadnej zasłony, jedyną drogą ucieczki było niebo. Poczuł znajomy zapach, odwrócił głowę i tam spotkał wzrokiem własną matkę.
Była inna, ale wiedział że jest jego rodzicielką. Więź, która utworzyła się podczas wyklucia była niepodważalna.Choć większość ludzi poczuła by jedynie fetor śmierdzi, to on wyczuł zapach swojego nowego domu. Chciał nim przesiąknąć i wdychać go każdego dnia, niczym najdroższe perfumy. Była dla niego po prostu piękna, nieważne czy martwa, czy pół żywa, czy pełna życia.
Nie mógł jej stracić, niezdarnie zaczął biec w jej stronę by chronić ją własnym ciałem. Przecież wiadomo, że potwór rzuci się na przeciwnika słabszego! Odnóża, świeżo co narodzonego stworzenia, bardziej przeszkadzały niż pomagały. Przewracając się na złamanie karku, biegł w stronę matki, którą miał zamiar chronić nawet za cenę własnych piór!
Awatar użytkownika
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru. 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

03 sie. 2012, 19:00

MG

Mały gryf, dopiero co wykluty, ledwo widząc swojego wroga, pokryty śluzem, był zupełnie pewny, że to dzięki niemu, dzięki jego wspaniałej groźnej postawie wielki, czarny ptak spadł na ziemię! Tak, jego majestat powalił przeciwnika zanim jeszcze doszło do walki! Był dumny i niezwykle zadowolony z siebie, podczas gdy… Wróg wstał! Jak w ogóle śmiał nie zginąć?
Należało coś zrobić. Spojrzał swym nieprzyzwyczajonym do światła tego świata wzrokiem na swoją matkę, może nie rodzicielkę, ale osobę, która była przy nim, gdy się rodził. Musiał ją chronić, za wszelką cenę! Z tą myślą zaczął gnać w jej kierunku, potykając się o byle grudkę ziemi, czy kępkę trawy. Wyglądało to niezwykle zabawnie.
Wyglądałoby gdyby nie sytuacja. Kobieta była świadoma jej niebezpieczeństwie. Postanowiła działać, by chronić nowe życie. Wyciągnęła ręce przed siebie, niczym zombie, którym w pewnym sensie była. Z ust, spomiędzy wyszczerzonych zębów, leciały resztki śliny i wydobywały się powarkiwania, które miały odstraszyć napastnika. Wtedy gryf zaczął się zbliżać, a ptak… Ptak na ten widok pochylił łeb, nastroszył pióra i podniósł skrzydła wyżej. Podskoczył na przód z głośnym rykiem, żeby wystraszyć kobietę, po czym zaczął gnać w stronę pisklaka. Nie odpuści, o nie. Kobieta może i była wyższa, ale mięso małego gryfa było warte ryzyka! Teraz, zanim jeszcze było w stanie odgryźć mu głowę.
Kobieta musiała ruszyć biegiem, rzucić się na niego, zanim ten dopadł malca. Ruszyła więc z krzykiem, szybciej, niż mogła sobie wcześniej zaplanować. Wszak kierowana czymś więcej, niż adrenaliną, której jej ciało nie wytwarzało. Czym? Na to pytanie musiała odpowiedzieć sobie pana. Dopadła do pisklaka, wyprzedziła go i zasłoniła swym ciałem. Wtedy to ptaszysko zatrzymało się, nie zmieniając pozycji, cofnęło o kilka małych kroczków i zaskrzeczało, skacząc na kobietę z pazurami. To samo zrobiła i ona, ale wiadomym było, że jej ciało było znacznie bardziej drażliwe na punkcie zranienia, niż jego. Do tego on posiadał większe pazury. Zrobiła jednak to, co każdy normalny człowiek, bądź nieczłowiek, walczący z takim ptakiem powinien zrobić. Złapała kark jedną ręką, by oddalić dziób od swego ciała, a drugą starała się uchwycić stopy drapieżnika. Skrzydła okładały ją niemiłosiernie po plecach, ramionach i w ogóle całym ciele, lecz nie było to nic szkodliwego, jakby uderzenia dwoma grubymi wachlarzami piór. Jednak ich częstotliwość była niezwykle denerwująca i bardzo przeszkadzała w mobilności. Dziób został zabezpieczony, zanim uderzył kobietę w pierś, ale pazury zdążyły nieco uszkodzić jej ubranie. Kilka cięć, które na szczęście nie dotarły do delikatnego ciała, a może i dotarły, rozcinając martwą skórę, ale kto by to czuł w tej chwili. Na pewno nie nieumarła kobieta walcząca o bezpieczeństwo dziecka. Sytuacja w miarę pasowa. Jednak w każdej chwili mogło to się zmienić. Ptak był lżejszy od Ari i to jej osoba odpychała go od siebie, nie na odwrót.
Zanim jednak cokolwiek zdążyło zostać rozerwane na strzępy, zanim z czarnego ptaka zostało doszczętnie zdarte upierzenie (doszczętnie, bo trochę go jednak latało) albo z kobiety ubranie, coś się stało.
Oto rozległ się wokół jakiś głos, cichy i nawet przyjemny dla uszu Ari, ale ledwo słyszałow. Jakby gwizd, pisk, melodia grana bardzo wysokimi dźwiękami. Wtedy to drapieżnik gwałtownie opadł z sił. Przestał się szarpać, by się bronić, a zaczął w celu wydostania się, kręcił łbem na wszystkie strony, krzyczał, charczał, warczał i w ogóle wydawał z siebie serię nieartykuowanych dźwięków. Przestał okładać skrzydłami, starać się atakować to jedną, to drugą łapą, zaczął się wycofywać. Wyrwał się z jej uścisku i przyłożył łeb do ziemi, kręcąc nim, jakby chciał zrzucić coś zeń. Dziwnie to wszystko wyglądało. A wszystko przez jakiś cichy dźwięk.
Mały gryf również go słyszał. Ale, przeciwnie do jego nowej mamy, dla niego nie była to cicha melodia, a głośny pisk, bzyczenie pełne wibracji, starające się zrobić z jego mózgu sieczkę. Cokolwiek robił, gdy zobaczył jak niewyraźny obraz jego mamy staje do walki z wrogiem, musiał to przerwać. Miał wrażenie, że coś wlazło mu do uszu i naturalnym odruchem było to stracić.
Wtedy z małego zagajnika białych drzew wyszła jakaś postać. Mężczyzna, niezbyt już młody, w skórzanej brązowej bluzie, takich samych, starych spodniach, niewielką torbą u biodra, łukiem i kołczanem, przerzucomym kolejno przez prawe i lewe ramię. Miał średniej długości (kilka cali), czarne włosy w nieładzie. W prawicy trzymał coś przy ustach. Zmierzał ku nim powoli. Machnął kilka razy wolną ręką, by okazać, że przychodzi w dobrej woli.
Awatar użytkownika
Posty: 55
Rejestracja: 25 lip. 2012, 11:26
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2058

04 sie. 2012, 00:06

Kolejne zwycięstwo wisiało na włosku, lecz jego matula zainterweniowała. Ależ on był z niej dumny, jak ona cudnie walczyła. Podniósł się i stanął na tylnych łapkach. Pazurami kopiował ruchy nieumarłej, uderzenie z prawej, z lewej, znów z prawej i duszenie. Pojętny malec, z przyjemnością zapamiętywał kolejne epickie kombinacje ciosów, a na jego ustach cisnęły się słowa "Jesteś najlepsza w obijaniu czerepów!".
Widział, że nie potrzebuje pomocy, dzielnie stawiła czoło oponentowi. Mógł się zaangażować i skrócić męczarnie brzydkiego cosia, nie mógł jednak oderwać wzroku od obrazu walki. Te wszędzie lecące piórka, ten pot, ta krople krwi, to było coś. Urodził się do pojedynków, teraz wiedział to doskonale. Liczył jednak, że spotka kogoś lepszego niż pierzaste ochłapy bitew. Chciał podejść bliżej, by przyjrzeć się dziełu kobiety ale już było po wszystkim. Wzdychał uradowany, był dumny z takiego rodzica.
Było po wszystkim, przeciwnik się poddał, nawet skubany łeb uchylił. No nareszcie dowiedział się, że jego opierzenie nadaje się jedynie na poduszki dla małego gryfa i Ari. Miał się brać za kąpiel, język wysunął z dzioba, aż tu nagle coś mu do łba nachalnie weszło. Ogonem machał nagminnie, odganiając ów dźwięk i traktując go niczym natrętną muchę. Obrócił się kilka razy, zmęczony padł na ziemie i spojrzał w przód. Cóż to mógł być za potwór, który charczy tak przeraźliwie? Przyjrzał mu się badawczo. Wyglądał jak mamusia, miał tak samo liche upierzenie i futro, ale to na pewno od ilości walk, Jajka przerażał fakt że może tak wyglądać, jego skóra (ubranie) śmierdziało jakimś zwierzęciem, a z pleców wyrastały mu dziwne narośle, jakby drewniane.
Nie dość, że ośmielił się ranić uszy gryfiątka swoim potwornym głosem to na dodatek szydził z niego i ośmieszał machając sobie małpowatą dłonią. Jak można było tak go obrazić, w sumie nie wiedział co to znaczyła ale poczuł się dotkliwie urażony. Z lekko uszkodzoną dumą spojrzał na matkę, a w oczach mówił "pomszczę te zniewagę matko!"
Tym razem jego bieg wyglądał bardziej naturalnie, co drugi krok się potykał jedynie. Gnał, miał małe problemy jeszcze z równowagą więc zygzakiem zaszarżował. Nadal doskwierała mu ślepota, ale dostrzegał coraz więcej szczegółów. Sytuacja go do tego zmusiła. Dostrzegł nawet zarys tej, miłej pomarańczowej kuli, której promienie dostrzegał w jajku.
Niczym pełen wigoru roskvar zaatakował, gdy był wystarczająco blisko skoczył na swój cel. To byłaby piękna akrobacja, gdyby nie jego niski wzrost. Wielkoludem nie był, więc przywalił potworowi w nogę i spadł z impetem. Zatrząsł głową, jakby chciał się pozbyć jakieś żrącej substancji. Rzecz jasna to był ruch sprawdzający, czy osobnik nie posiada jakieś skorupy, która powstrzymała by wielkiego wojownika. Gdy odzyskał rozum, znów ruszył na człowieka. Dziobem przyczepił się wręcz do jego buta. Jednak bardziej go obślinił, niż zranił. Na bucie może zostaną delikatne rysy, ale nic szczególnie krzywdzącego. Dla niego zwykła dziecięca zabawa, dla Jajka walka na śmierć i życie, z obuwiem.
Awatar użytkownika
Posty: 454
Rejestracja: 21 lip. 2012, 12:39
GG: 11650866
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2036

04 sie. 2012, 00:34

Jej popisowy, przerażający chód nie zrobił wrażenia na ptaszysku. Ba, nadaremnie toczyła ślinkę. Przeciwnik wolał zaatakował małe, bezbronne stworzonko, które stroiło groźne wyrazy dziobka i próbowało atakować. Nieudolnie, ale próbowało.
Całe szczęscie udało sie jej dopaść ptaszora zanim on dorwał małego gryfa, który nadal jest bezimienny, ale kto przy zdrowych zmysłach podczas tak dramatycznych chwil wymyśla imię? Toć czy róża nie pachniałaby równie słodko będąc nazwana ostem? No właśnie. Dlatego gryf mógł nadal być po prostu Jajkiem.
Nadludzkim wysiłkiem wyprzedziła ptaka i zasłoniła sobą przybrane dziecko. Podziałało to jak zaproszenie do walki, bo nie minęło kilka chwil a złączyła się w uścisku z ptaszorem. Ona próbowała skręcić mu kark, łapiąc go za szyję i nogi, on za to chciał zadziobać ją na śmierć i jeszcze bardziej.
Ani jedno, ani drugie nie mogło uzyskac przewagi nad przeciwnikiem. Jajko co prawda dzielnie pomagał plącząc się im pod nogami, popiskując i wymachując każdą częścią swojego małego ciałka, ale nie zmieniało to sytuacji.
Dookoło wirowały piórka i płaty martwej skóry.
A wtedy, kiedy moznaby uznać dalszą walkę za bezsensowną i nudną rozległ się dźwięk. Ari ledwie go usłyszała, za to na obu latających stworzeniach zrobił piorunujące wrażenie. Czarne, wielkie ptaszysko niemalże rozpłaszczyło się na ziemi, próbując się pozbyć czegoś niewidzialnego i niezmiernie denerwującego.
Unieszkodliwiony przez tajemniczy odgłos ptak przestał byc zagrożeniem, a więc Ari nie miała zamiaru go zabijać.
Z zagajnika, do któego chciała uciec z Jajkiem, wyłonił się człowiek. Żywy. Nie wróżyło to dobrze, jednak przybysz wydawał się być przyjaźnie nastawiony. Pomachał ręką, chcąc zaakcentować swoje dobre zamiaru. Ari domyśliła się, że on jest przyczyną przyspieszonego zakończenia walki, zauważyła coś jakby gwizdek. A więc był odpowiedzialny za unieszkodliwienie ptaszora, tylko dlaczego to zrobił?
Zastanawiałaby się dłużej, ale machający przybysz rozzłościł gryfiątko, które gnając na łeb, na szyję, dopadło do przybysza i zaczeło dziobać mu buta.
Ari chciała go zawołać, ale wtedy zorientowała się, ze nie wie jak ma wołać na gryfa. Jajkiem był, ale teraz… wystarczy krzyknąć do niego per gryfie? Nie, to mało przyjemne. Jako, ze ludzie lubią nazywać nowe rzeczy, przywłaszczając je sobie. Tak jak odkrywcy nieznanych lądów, roślin, czy zwierząt, musiała nazwać gryfa, aby móc go zawrócić. Nierozważne było atakowanie kogoś dysponującego… gwizdkiem. Poza tym, szkoda by było zniszczyć takie dobre buty. Ari już dawno wynosiła takie stare, rozwalające się buciory, które zdjęła z jakiegoś nieboszczyka. A i całe wdzianko miał ów osobnik ciekawe.
– Izydor! Zostaw pana, on nie jest spożywczy! – tylko to przyszło jej teraz do głowy. Dlaczego Izydor? Może przez sentyment do tego imienia? Może dlatego, ze w przeszłości znała jakiegoś Izydora i miała miłe wspomnienia? Może spanikowała i zlepek sylab połączył sie w to imię? Kwestia interpretacji. A jeśli imię się nie podoba, to trzeba szybko zasłużyć na jakiś budzący grozę przydomek. Nie ma to jak dobra motywacja od strony rodzica.
Ruszyła w stronę gryfka i zaaktakowanego mężczyzny, któy był jednocześnie ich wybawcą. bez niego też zapewne by sobie poradziła, ale skoro już pomógł, wypada chociaż podziękować.
Awatar użytkownika
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru. 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

04 sie. 2012, 05:11

MG

Ptak, dzięki wysokim dźwiękom jakiegoś dziwnego gwizdka, stał się zupełnie nieszkodliwy. Wtedy też gwizd się zakończył. Drapieżnik nie zaatakował jednak, dalej stał tak skulony przy ziemi, łypając wrogo na otoczenie. Ari nie chciała nic mu robić, więc go zostawiła i ruszyła w kierunku nadchodzącego jegomościa. Wcześniej jednak zrobił to sam gryf, nazwany przez mamę Izydorem. Jakże piękne imię dla gryfa, malec powinien być dumny, że takowe dostał. Pognał w kierunku nieznajomego niezwykle niezdarnie, uznając jego przyjazny gest za przejaw braku szacunku. Gdy tylko mężczyzna to zobaczył, zaśmiał się głośno i przystanął, by na niego poczekać. Gdy był już blisko, pochylił się i oparł dłońmi o uda, uśmiechając się życzliwie.
- Ooo, toż to mały gryf w czystej postaci! Niesamowite! I jaki słodki pisklak… - powiedział, zmieniając głos, jakby mówił do dziecka - A jaki wojownik! O, jak atakuje, o jak broni terenu! Niesamowity okaz… Och, małe to, to takie śliczne… - mówiąc o wojowniku zmienił ton na udawaną ostrość, po czym ostatnie zdanie znowu powiedział… słodko przeciągając samogłoski.
Nie zwracał uwagi na to, że jego but był niszczony. Ruszał nogą tak, by gryfek mógł nieco pobiegać, poatakować i pobawić się. Bo to według niego robił. Bawił się. Jak każdy mały zwierzak.
- Chyba mnie polubił! - krzyknął do kobiety, która nadchodziła w ich stronę, już normalnym, przyjaznym głosem - Niech się bawi! Młody jest, musi się wyszaleć, haha. - dodał na słowa Ari. Wyprostował się, łapiąc prawicą za plecy, i przeciągając długo. Miał jakieś czterdzieści wiosen za sobą, na jego twarzy z tej odległości można było zauważyć już wiele zmarszczek i kilkudniowy zarost, w którym jednak ślady siwizny były nieznaczne.
- Witaj, pani. - powiedział, gdy podeszła na odległość jakichś dwóch metrów [b]- Asgal me miano. Proszę mi wybaczyć za przygodę z tym olbrzymem… [b]- zrobił krok na spotkanie Ari, zupełnie ignorując w tym momencie zachowanie Izydora, i wskazał głową z mało widocznym zakłopotaniem w kierunku rozglądającego się już i powoli powstającego do normalnej pozycji drapieżnika [b]- …ale wymknął się jakimś cudem, cholernik z zagrody. Ruszył na polowanie, a ten malec z pewnością wydał mu się smaczny. Hah. [b]- zaśmiał się na jego widok, poruszając ponownie nogą tak, by zmusić go do wysiłku. Dotknął prawą dłonią jednego z pasów, które krzyżowały się na jego piersi, jakby w bezsensownej obawie, by łuk i kołczan nie spadły, po czym pochylił się. Ukucnął. Uśmiechał się do niego i zaczął umiejętnie czochrać gryfa po szyi, manewrując dłonią tak zwinnie i szybko, że ten nie mógł go złapać. Miał wprawę, to widać. Pachniał ptakami. Podobnymi, jeśli nie takimi samymi, jak ten czarny, który zaczął czyścić sobie pióra pod jednym ze skrzydeł, jakby zapomniał o całym zajściu. Pachniał tymi ptakami, a także czymś innym. Czymś, czego jednak Izydor rozszyfrować nie mógł. Za krótko był na tym świecie, by to wiedzieć.
[b]- Piękny okaz, gratuluję. Broni mamy, oj broni… [b]- drugą część znowu wymówił, jak ku dziecku, lecz chwilę później zerknął na kobietę i mówił już normalnie [b]- Bo nią zapewne zostałaś, czyż nie? Dopiero co się wykluł, prawdziwej mamy nie widzę – i dobrze, bo pewnie by nas stąd przepędziła, gdzie pieprz rośnie, haha – więc to przy tobie otworzył te maleńkie ślepka… Ależ cudem jest, że tak się stało, cudem, prawdziwym… [b]- zaczepił malca, stukając delikatnie o główkę, zupełnie nie bojąc się, jakby był to maleńki pisklak. Przestał mówić do kobiety per pani, bo był od niej dużo starszy. Pierwsze zwrócenie się tak oznaczało okazanie szacunku. A to widocznie było w jego krwi.
Wstał i zerknął za plecy Ari, marszcząc na sekundę brwi.
[b]- Jestem… hodowcą! [b]- powiedział, mijając kobietę i oddalając się od niej ku czarnemu [b]- Eksperymentalnym, można by rzec… To dobry okaz. Bardzo sprytny, oj bardzo. Nie wiem, czy nie najlepszy, oj możliwe, możliwe… Znalazł lukę w zagrodzie i wydostał się, cholernik jeden. [b]- gdy do niego podszedł, poczochrał po wielkiej głowie, jak gdyby nigdy nic [b]- A ty, kim jesteś? Jak to się stało, że takie cudo traktuje cię jak rodzicielkę? To niezwykłe w naturze, oj niezwykłe. Opowiedz, proszę… [b]- był bardzo otwarty. Nie zwracał uwagi na to, iż jego "rozmówczyni" jest mało żywa, albo nie przeszkadzało mu to, albo rzeczywiście tego nie zauważył. Zachowywał się niezwykle swobodnie, to nic, że Ari była obcą osobą i że zaatakował ją jego pupil. Był otwarty, swobodny, nieco rozgadany i bardzo przyjazny. Gwizdek dawno schował w którejś z kieszeni spodni. Ukucnął teraz przy czarnym ptaszysku i drapał je, dumne, pod brodą. Zerkał to na kobietę, to na małego pisklaka, Izydora. Jego niebieskie oczy nie zdradzały jakichkolwiek oznak wrogości.
Awatar użytkownika
Posty: 55
Rejestracja: 25 lip. 2012, 11:26
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2058

04 sie. 2012, 16:40

Śmiech, przez większość istot został by uznany za miły gest, dla, od teraz Izydora, był to najsłabszy ryk bojowy jaki słyszał. Jak można tak fatalnie, wydawać dźwięk bojowy?! Wyglądał jakby się miał zakrztusić powietrzem, a nie zaatakować. Urażony gryf walczył zaciekle z butem.
Wymaga to dodatkowego akapitu, opisującego ten zacny bój. Najpierw szybkie dziobnięcie z prawem, pozostawiła smukłą linie. A więc miał na sobie jakiś pancerz! Dobrze, informacja o przeciwniku mogła być najcenniejszą bronią. Ruchy nóg, godny niepełnosprawnego tancerze spowodował równie zręczny unik. Spróbował znowu, tym razem z rozpędu, na przód obuwia. Dziób idealnie trafił w cel, ale wcześniej zaczął się ślizgać po mokrej od śliny powierzchni. To był lepszy przeciwnik, niż to czarne coś. Kołysał się chcąc zmylić i przechytrzyć przeciwnika. Dyszał ciężko, to mogła być ostatnia walka jego życia. Kolejna szarża i znów pudło, ależ ten jego wróg śmierdział, jak stary but…
Potwór nie odpuszczał, miotał się ale o, co rzecz jasna normalne, nie trafił ani razu w przeciwnika. Nagle podniósł wysoko głowę i usłyszał głos matki. Przekręcił szybko głową i ją ujrzał, ależ była cudowna. Zaraz, ona coś do niego powiedziała! Tak, chyba dobrze zrozumiał… Izydor! Powtórzył szybko w myślach, nie mógł zapomnieć, nigdy! Więc to tak się nazywał, nieco mało krwawe miano, no cóż niech wyrobi sobie opinie wpierw.
Zmęczony ledwo stał na nogach, groźnie swoje wielkie ślepia wbijał w skórę człowieka. Bum, nagle trafił w łapska mężczyzny. Uginał szyje pod najróżniejszymi kątami, chciał złapać ją ale zawsze mu umykała. To co działo się w jego umyślne, można było porównać do szaleństwa. Przeklinał, rzucał mordercze spojrzenia, jednak bez rezultatów.
Ty szujo, ty niegodziwy morderco, przestać, potworze!!!
Wszystkie słowa były nieco ciężkie do powiedzenia, więc z dzióbka wylatywały jedynie dziwne dźwięki, plus jęki przyjemności, których nie mógł powstrzymać.
Pachniał inaczej niż matula, krzyknął o remis, wiedział bowiem, że starzec długo nie wytrzyma i będzie się musiał się poddać. Chciał mu oszczędzić cierpienia. Padł na plecy chłonąć powietrze, łapy mu śmiesznie odstawały ku górze, z dzioba leniwie wystawał jęzor. Rzecz jasna wygrał.
Przeciwnik, chyba na znak poddaństwa dotknął jego głowy. Był zbyt wyczerpany by protestować. Położył łepetynę na bok i patrzył na rodzicielkę. Dopiero się narodził, a już dwa zwycięstwa!
Awatar użytkownika
Posty: 454
Rejestracja: 21 lip. 2012, 12:39
GG: 11650866
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2036

06 sie. 2012, 11:59

Dopiero, gdy nieznajomy mężczyzna zapytał ja w jakich okolicznościach została matką, wtedy uświadomiła sobie, że była świadkiem wykluwania się gryfa, który musiał rzeczywiście zobaczyć ją jako pierwszą. Została matką! A przed chwilą wołając gryfa posłużyła się imieniem… czy ona go właśnie nazwała? Ach, bez wątpienia ten dzień należał do dziwnych.
Mężczyzna przedstawił się jako hodowca takich potworów jak to czarne, agresywne paskudztwo. Przy okazji nie zwracał uwagi na to, że nie jest żywa, co wzbudzało sympatię, jednakże Ari wolała podejść do tego sceptycznie. Zawsze mogło się okazać, że jej martwe ciało mogło widzieć się hodowcy jako smaczny kąsek dla swoich pupilków, w końcu dziwaków na tym świecie nie brakuje.
– Hodowcą? Na pana miejscu wzmocniłabym te przeklęte zagrody. To ptaszysko mogłoby tu zginąć, a ja nie miałabym jak zapłacić za szkody -tak, pewność siebie Izydor musiał odziedziczyć po mamusi. Zdecydowanie.
Spojrzenie mężczyzny nie zdradzało oznak wrogości, jednak nie będąc pewną jego zamiarów schyliła się co by chociaż spróbować wziąć Izydora na ręce. Nie wiedziała, czy gryf jej na to pozwoli, w końcu wcale nie musiał uznawać jej za swoją matkę. Ale spróbować trzeba.
Dodatkowo trzymając go w ramionach chroniłaby go od razu, gdyby okazało się, że przybysz skrywa swe prawdziwe, mroczne zamiary. Przezorny zawsze ubezpieczony. Gryf wyglądał na szczęśliwego, zupełnie jakby stoczył walki na śmierć i życie. Wygrane oczywiście. Izydor… Oj, będzie się musiała kiedyś wytłumaczyć z tego imienia. Kiedyś.
– Nie wiem, czy jest coś do opowiadania. Nie było jego prawdziwej matki, byłam ja. Ot i cała filozofia. -nie sądziła, ze będzie musiała tłumaczyć coś tak fundamentalnego hodowcy ptactwa. No, chyba, ze tym sposobem chciał wyciągnąć od niej jakieś informacje…
Awatar użytkownika
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru. 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

07 sie. 2012, 04:39

MG

Na pierwsze słowa kobiety czarnowłosy, przyjazny mężczyzna zaśmiał się ponownie, kręcąc kilka razy głową. Nie patrzył na nią, tylko na czarnego ptaka, który swymi głębokimi oczami czujnie obserwował otoczenie. Szczególnie małego gryfa, który leżał sobie właśnie na ziemi szczęśliwy z pokonania wroga – ależ wojownik, od urodzenia. Widać było, że choć drapieżnik wydawał się zapomnieć o zdarzeniach sprzed chwili, to nadal myśli nad skonsumowaniem piskla. Najpewniej już atakowałby ponownie, gdyby nie uspokajający dotyk swego pana, który gładził go to po szyi, to po głowie, dziwnie skupiony wpatrując się w jego oczy. W końcu spuścił z nich wzrok, jego twarz ponownie przybrała poczciwy wyraz, i oddalił się od Czarnego o krok. Wyjął z torby zasuszony, dosyć świeży, długi ale cienki kawał mięsa, i rzucił pupilowi. Ten złapał w locie, wsunął sobie pożywienie do paszczy wyćwiczonymi i szybkimi ruchami głową i szyją, po czym zatrząsł gwałtownie skrzydłami, nastroszył się na chwilę, i można było powiedzieć, że usiadł zadowolony na ziemi.
- Rozumiem twe oburzenie… - zerknął na kobietę unosząc brew ku górze, oczekując, aż wyjawi swoje imię, po czym kontynuował - Tak, właśnie. Więc rozumiem… To silny i niezwykle sprytny okaz. Musiał być uciążliwy. Zagroda jest podtrzymywana przez wspaniałego maga, zapewniam, że żaden inny ptak przez nią nie przejdzie. - powiedział, kończąc głębokim nabraniem powietrza, złapaniem się za biodra oraz krokiem w stronę Ari, która bez problemu wzięła właśnie na ręce Izydora - Ten musiał… Hmm… Musiał znaleźć jakąś lukę, albo, co gorsza… Zostać wypuszczony… - dalsze słowa wypowiedział szeptem do samego siebie, a ten, kto miał dobry słuch, mógłby dopłyszeć tam niejedno przekleństwo. Odwrócił zamyślony wzrok, łapiąc się prawą dłonią za skroń, a lewą nadal opierając o biodro. Mamrotał coś przez kilka sekund, po czym odwrócił się ponownie do kobiety, słuchając jej kolejnych słów.
- Ale proszę, bez wrogości! - powiedział żywo, dostrzegając jej niezbyt przyjemny sposób wypowiedzi - Już mówiłem. Rozumiem, że ten wspaniały Izydorek był w niebezpieczeństwie, ale proszę mieć na uwadze to, że do niczego nie dopuściłem. - jego twarz przyjęła na ten moment nieco srogi wyraz, zmarszczyła się, ale po chwili ponownie się zamyślił, oglądając niebo z dłonią tym razem przy brodzie [b]- Więc mamy nie było… Hmm. Łowy. Z pewnością. Czuła, że to już i wybyła na łowy. Pewnie coś ją zatrzymało, ale może niedługo wrócić. [b]- ponownie sięgnął do torby i wyjął jakąś fiolkę z białą papką [b]- Przezorny zawsze ubezpieczony, hah! A mały pewnie głodny… [b]- otworzył ją, podszedł do kobiety i przystanął na chwilę. Nie za bardzo wiedział jak dalej postąpić. Zastanawiał się chwilę.
[b]- Proszę, lepiej będzie, jak sama nakarmisz… go… [b]- podał Ari cienką fiolkę z pożywieniem, zamknął torbę i zerknął jej w oczy. Wtedy się zająkał, mrużąc lekko swoje niebieskie okna duszy. Dostrzegł jej zielonkawe lico i czerwone spojrzenie. Był zaskoczony, ale nie wystraszony. Bardziej niepewny.
Już chciał coś powiedzieć, gdy rozległ się głosów skrzek czarnego ptaka.
Odwrócił się gwałtownie, i zaklął siarczyście. Zdjął z pleców łuk i załadował strzałę. Celował do mężczyzny o długich, kruczych włosach, na białym koniu, z którym niezwykle kontrastowała czarna zbroja. Trzymał on lewicą lejce, a w prawej dzierżył kuszę. Był daleko, bardzo daleko, dopiero wynurzał się zza niewielkiego wzniesienia, ale te szczegóły można już było dojrzeć. Zmierzał ku nim, celując groźnie bełtem. Asgal również celował ze swej broni ale nie strzelił. Za daleko. Spojrzał na pierzastego towarzysza i znowu przyjął ten skupiony wyraz. Ptaszysko jak na komendę przyjęło bojową, niską postawę, a on wrócił do celowania.
[b]- Uciekajcie! To łowca, niezwykle zawzięty łowca! Najpierw atakuje, potem pyta. Zapewne wie o gryfie! [b]- krzyknął do kobiety, gdy zwolniony przez wroga bełt przeleciał ze świstem tuż obok jej głowy [b]- No już! Za zagajnik! Do chatki, szybko!

Sam nie tracił czasu, wypuścił strzałę, lecz nie trafił. Wierzchowiec był szybki, a wiatr zwodniczy. Jednak nie poddawał się, ładował łuk raz za razem i spuszczał cięciwę, jak zawodowiec. Jeździec zbliżał się, niczym wicher, groźnie celując z kuszy. Ptak natomiast wzbił się z rykiem w powietrze, by go zaatakować, wbić się w opancerzone ramię pazurami i starać wydziobać dziurę w głowie. Niestety, łowca jednym zgrabnym ruchem zrzucił go z gładkiego naramiennika i omal nie przebił bełtem.
Kobieta musiała uciekać, posłuchać mężczyzny, który wraz z towarzyszem starali się właśnie ochronić jej, i tak utracone już, życie. To wszystko nie miało skończyć się dobrze dla jej nowego dziecka. A i dla niej też nie była to ciekawa sytuacja – to, co się tam rozgrywało nie było żartem. Śmierć i życie. Takie stawki. Czy chciała umierać ponownie? Czy mogła pozwolić, by Izydor umarł choć raz?
Awatar użytkownika
Posty: 454
Rejestracja: 21 lip. 2012, 12:39
GG: 11650866
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2036

08 sie. 2012, 00:57

Ona radziła mu z dobroci martwego serca, a on się śmiał. Typowe dla facetów. Oczywiście chciała mu też wytknąć luki w zabezpieczeniach, ale jak widać nie przejął się tym tak bardzo jak powinien był. No trudno, następnym razem jak nie zdąży na czas wyłapać swoich podopiecznych, wtedy będzie płacz i zgrzytanie zębów.
Udało się jej wziąć Izydora na ręce. Przytuliła go do siebie, odgradzając od reszty świata, jakby chciała stworzyć niewidzialną barierę chroniącą przez złem, zepsuciem i zgnilizną. Moralną oczywiście, przecież nie miała zamiaru podcinać gałęzi na której usiadła.
Stając się świeżo upieczoną, młodą mamą, zaczął postrzegać prawdziwą matkę gryfa jako potencjalne zagrożenie. Przecież wylatując tak beztrosko na łowy nie była w stanie zapewnić gryfkowi należytej ochrony. A skoro zniknęła… Ari wolałaby, żeby gryfica nie wracała.
Myśli pełne trwogi przerwał jej ów hodowca wspominając o nakarmieniu małego. Izydor musiał porządnie zgłodnieć podczas zabawy z butem mężczyzny, czy też podczas plątania się pod jej nogami podczas szamotaniny z czarnym ptaszyskiem. Dostała właśnie fiolkę z czymś co dla pisklaka o niewyrobionym jeszcze podniebieniu stanowić mogło ciekawe pożywienie.
Niestety, nie było dane jej go nakarmić, gdyż okazało się, ze niespodzianek dzisiaj nie było końca. Jakby znalezienie jajka, walka z ptaszorem i dziwny jegomość to było zbyt mało, na horyzoncie pojawił się ktoś, kto przestraszył hodowcę.

Książę na białym koniu! Z rozwianym, czarnym włosem prezentował się idealnie w siodle na białym rumaku. Z daleka trudno jej było ocenić, ale znając życie byłoby na czym zawiesić oko. Ciekawe czym pielęgnuje wlosy. Oprócz podstawowej wady, jaką była nadmierna żywotność, niewątpliwie mieszane uczucia wzbudzać mogła kusza. Celował w ich stronę. Och, zapewne chciał pojmać hodowcę, który najpierw napuszczał swoich podopiecznych na obce osoby, a potem bałamucił. Tak, piękniś na koniu wyglądał na osobę dobrą, czystą, honorową… niezwykle szybko zbliżająca się w ich stronę.
Nie da się ukryć, że każda inna dziewoja z radością czekałaby na przyjazd wymuskanego, długowłosego, prawdopodobnie złego chłoptasia. Dlaczego nie Ari? Nie da się ukryć, ze od jakiegoś czasu jest martwa, a znając życie taki jeździec zapewne bez wahania skróciłby ją o głowę. Jako istota aseksualna, poza kilkoma nieuzasadnionymi zachwytami, które powinny się pojawić z racji piękna całej sytuacji, nie czuła większej potrzeby, co by poznać bliżej kolejnego nieznajomego. Nieznajomego z kuszą, gwoli ścisłości. Jej ta broń nie przerażała, z bełtem w plecach można żyć całkiem spokojnie. Jednak skończyły się czasy całkowitej obojętności na to, co dzieje się dookoła. To, ze ona nie mogła zginąć od kuszy, nie znaczy, że Izydor jest chroniony.

Łuk przeciwko kuszy. W normalnej sytuacji oglądałaby przebieg walki niezwykle ożywiona, ale teraz nie zastanowiwszy się postanowiła wypełnić polecenie hodowcy. Mając Izydora w ramionach rzuciła się do ucieczki. Za zagajnik, ale czy chowanie się w chatce to dobry pomysł? Jeśli nie było w niej tajnego przejścia, portalu, czy czegokolwiek podobnego, zamykanie się wewnątrz byłoby jedynie przedłużaniem agonii.
Ale skoro dostała takie polecenie… postanowiła działać zgodnie z planem mężczyzny. Pobiegła do chatki nie oglądając się za siebie. Za to całą uwagę poświęciła na patrzenie naprzód. Gdyby pojawiła się lepsza alternatywa dla chałupinki wykorzystałaby ją, umykając i hodowcy i łowczemu. Dwie pieczenie na jednym ogniu.
Awatar użytkownika
Posty: 55
Rejestracja: 25 lip. 2012, 11:26
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2058

08 sie. 2012, 23:08

Leżakowanie okazało się bardzo przyjemne, wstrzymał oddech by nie ruszyć się o włos, było mu tak błogo. Mrużył oczęta, bo świecąca kula raziła go niemiłosiernie. Dziwił się, kiedy jeszcze był w jajku to tak go pragnął. Nagle wielka puszysta biała rzecz, oszczędziła jego wzrok przed promieniowaniem. Jęknął głośno, nie ma to jak odpoczynek po całyyyy-ziew-m dnie zwycięstw.
Każdy wojownik wie, że po każdej walce trzeba się porządnie najeść, napić i się wyspać. Jako, że nie miał żadnego pożywienia przy sobie, postanowił, rzecz jasna cały czas czuwając, pomedytować.
Walczył z własną sennością dzielnie, ale moc piaskowego dziadka była zbyt wielka. Wtulił się w nieco zgniłą matczyną pierś. Ależ od niej biło ciepło, powstałe w wyniku rozkładu. Wiercił się kilka minut zanim zdołał zająć dogodną pozycje. Ari musiała przywyknąć do zadrapań, od miniaturowych łapek.
Wreszcie mógł legnąć w ramionach rodzicielki, zapach pożywienia jednak widocznie go pobudził. Nie otwierając oczu łeb wysunął w górę, niuchał za pięknym zapaszkiem. Słodko drażnił jego nozdrza.
Niestety wciąż otwarty dziób, nie dostał upragnionej nagrody. Nie przejmując się zbytnio mlasnął kilkakrotnie i zaczął chrapać. Świstu z jego dzióbka nie przerwał nawet szaleńcy bieg matki. On sam rzecz jasna nie otworzył swoich ślepi, przecie inaczej pobiegł by wyrównać szanse w walce, cóż to za nieuczciwość w dwójkę na rycerzyka? Rzecz jasna później pokonałby wszystkich, jak to miał w zwyczaju.

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 15 użytkowników online: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 15 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 51995
Liczba tematów: 2959
Liczba użytkowników: 1035
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: izka
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.