Górska polana

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.
Ir

Górska polana

23 lut 2011, 16:16

Nareszcie dotarła do miejsca o którym opowiadał jej jeden z wiernych. Polana ta porośnięta była różnobarwnym górskim kwieciem. Można na niej było znaleźć rożnego rodzaju zioła lecznicze potrzebne do wyrobu maści i innych medykamentów. Położyła kosz na trawie i rozpoczęła zbieranie. Jesienne słońce mimo, że wciąż grzało, nie dawało już dostatecznego ciepła więc nałożyła kożuch otrzymany od Opata.

Po skończonej pracy rozłożyła kosz i usiadła na nim. Wyjęła prowiant i książkę na temat uzdrawiania.

z/t
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 55
Rejestracja: 25 lip 2012, 11:26
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2058

29 lip 2012, 23:52

Jajko, taka mała rzecz, zwyczajny przedmiot spośród tysięcy innych. Nikt nie nie rozmyśla nad ich wnętrzem, nad tym co skrywa delikatna powłoka. To na polanie skrywało skarb, tylko zwierzęta wyczuwały jego aurę, dwunożne stworzenia mogły go spotkać i nie dostrzec jego piękna. A ta błyszcząca skorupa miała w sobie największy skarb, niedługo w jego miejsce miała się pojawiać istota potężna. Nikt nie może przewidzieć swojej przeszłości, może tylko się jej domyślać, Jajka natomiast była z każdą chwilą coraz bardzie niepewna.
Od wielu dni nie dostrzegł promieni światła, coraz bardziej odczuwał ciasnotę swojego więzienia, niedługo miał nastąpić dzień w którym ujrzy blask słońca. Nie czuł strachu, nie mógł, był nieświadomy, nietknięty przez rzeczywistość. Ukryty pod osłoną stworzoną ze snu, oczekiwał tego momentu. W kościach czuł, że zbliża się ten dzień. Wiercił się, brakowało mu powietrza, a skóra uwierała. Musiał wywalczyć swoją wolność, mózg powoli "rozprostowywał nogi". Impulsy z jego wnętrza delikatnie pieściły jego dom, ściany zawsze odpierały jego myśli. Teraz stały się miękkie i elastyczne. Początkowo delikatnie głaskał je swoją nową zdolnością, później coraz mocniej pchał je tworząc wybrzuszenia, aż wreszcie przez maleńką dziurkę wydostał się i poczuł się beztrosko. Natknął się na inne umysły, proste i łatwo dostępne ale wśród nich natknął się na coś innego, silniejszego i tak bardzo chaotycznego. Instynktownie wysłał słowo, które bardziej przypominało piski
- Ma… ma… mama? Mama?! Mama?! Mama!
Zaczął się wiercić, a istota której doświadczył mogła zauważyć delikatne ruchu jajka. Kołysało się w te i nazad, nie mogło się to równać z emocjami nowo narodzonego.
Awatar użytkownika
Posty: 454
Rejestracja: 21 lip 2012, 12:39
GG: 11650866
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2036

30 lip 2012, 00:22

Jak sie okazało, przyszła na polankę w dobrym momencie. Jajko leżące pośród traw, które znalazła, właśnie zaczynało sie wykluwać.
To zapewne przez króliki. Zbiegły się do jajka i otoczyły, otulając tymi swoimi futerkami. Zupełnie, jakby na jaju siedziała ogrzewająca je mamusia, króliczki przyspieszyły proces wykluwania. Nieumarła mogła już usłyszeć chroboty dobiegające z wnętrza jajka.
Mało co postrafiło ją wzruszyć, ale teraz siedziała jak na gwoździach, cała rozemocjonowana, wpatrując się w pęknięcie na skorupce. Zabawnym zrządzeniem losu dostąpiła zaszczytu obserwowania narodzin. Musiało to zabawnie wyglądać, bo na polance spotkały się istoty tak od siebie różne. Jedna była na początku swego życia, a druga miała je za sobą.
Z zapartym tchem obserwowała jak jajo porusza się i mogłaby przysiąc, że z wnętrza dochodził pisk, zupełnie jakby młode wołało. Czy nie mogło sobie poradzić z twardą skorupką? Ari nie śmiała mu pomagać, wydawało się jej to niewłaściwe, będące gwałtem na naturze. A może nawoływało matkę? Jeśli tak, to gdzie ona była? Czy porzuciła jajo, czy stało się jej coś złego, a może zaraz wróci i rozprawi się z nieumarłą, która zagraża jej dziecku? W głowie nieumarłej kłębiło się mnóstwo pytań i wątpliwości, ale im dłużej patrzyła na Jajko, tym mniej uwagi im poświęcała. Miała natomiast wielką ochotę odezwać się do maleństwa, które tak uporczywie próbowało się wydostać z więzienia, którym stało się wnętrze skorupki.
– Witaj na świecie, maleńki – nic więcej nie mogła w tej chwili wymyślić.
Awatar użytkownika
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

30 lip 2012, 16:12

MG

Jesienne, spokojne popołudnie na górskiej polanie w oddali od jakiegokolwiek zgiełku społeczeństwa. Słońce świeciło wysoko na niebie, ogrzewając tego dnia ziemię i roślinność swoimi łagodnymi i przyjemnymi promieniami. Ono, w połączeniu z łagodnym wiaterkiem tworzyło aurę zupełnie inną, niż dzień wcześniej. Ziemia po wczorajszej ulewie pachniała świeżością i gotowością do wydania z siebie kolejnych plonów.
Idealne warunki, by narodziło się życie. Jajo. Duże, gryfie jajo, ukryte w trawie przez matkę, która wyruszyła na polowanie, smagane słońcem i wiatrem, postanowiło pęknąć. Uwolnić bezbronną istotę, nieświadomą ogromu świata poza skorupą, wypuścić z ochronnej otoczki. Po ponad miesiącu oczekiwania, przygotowywania do tego zdarzenia, otworzyć drzwi do prawdziwego życia.
Pech, czy szczęście? Co przyczyniło się do tego, że jedynym świadkiem owego wspaniałego cudu była nieumarła kobieta, zamiast prawdziwej matki? Że śmierć było świadkiem powstawania życia? Dlaczego los w taki sposób zakpił sobie z owego zdarzenia, z tych istot, które dotychczas nie były niczego świadome, które nie miały w tej sytuacji już nic do powiedzenia?
Pewnym było, że to właśnie ona, martwa kobieta, ujrzała jako pierwsza tą łagodną, a zarazem wojowniczą i jakże pełną życia istotkę, i odwrotnie. To mały gryf zamiast swej biologicznej mamy, zobaczył przez niewielką szczelinę w skorupie ją, i uznał za rodzicielkę. Jedna sekunda, wymiana kilku słów, zmieniła życie ich obu raz na zawsze.
Jednak los nadal kpił z tej sytuacji. Nie dał się delektować tą chwilą ani przybranej mamie, ani nierodzonemu dziecku. Oto nad polanę z głośnym krzykiem wleciał czarny, jak noc, głodny, straszny i drapieżny ptak. Rozpiętością skrzydeł mógłby objąć Ari i schować przed światem. Jego głos był przenikliwy, rozległ się po otoczeniu, niczym gwałtowny grzmot, sprawiając, że wszystko inne umilkło.
Wielki, czarny ptak przybył z północy i zaczął powoli krążyć nad dwójką zgromadzonych. Niezbyt wysoko, bo jedynie kilkanaście metrów, przez co można było dojrzeć jego ogrom, a dźwięk, wydobywający się z jego paszczy, potrafił silnie wstrząsnąć. Był drapieżnikiem. Szukał pożywienia i chyba je odnalazł, kierowany zapachem mitycznej istoty, który wydobył się ze szczeliny. Nie był to gryf. W żadnym wypadku nie matka maleństwa.
Okrążył polanę kilka razy, powoli i majestatycznie, po czym… zaczął gwałtownie opadać w dół. Prosto w kobietę. Albo w jajko. Nie sposób było odkryć. Jeszcze nie teraz, ale za kilka sekund, ba, za sekundę zagadka ta zostanie odkryta, jeżeli Ari nic nie zrobi. Jego długie pazury były przygotowane, by rozszarpać bądź chwycić to, co było jego celem, a w czarnych oczach kryła się żądza krwi. Dziób tego samego koloru, co reszta ciała, lekko zagięty przy końcu, wyglądał na zabójczo ostry.
Cisza, głucha cisza opanowała wszystko. Świat czekał w przerażeniu na to, co się za chwilę wydarzy…
Awatar użytkownika
Posty: 55
Rejestracja: 25 lip 2012, 11:26
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2058

30 lip 2012, 18:36

Teoretycznie najpiękniejsza chwila jego życia, praktycznie został właśnie uznany za posiłek przez wielkie ptaszysko, a jedyną zaporą była jego przybrana matka. Czy jednak, tylko nieco nieświeża, rodzicielka obudzi w sobie instynkt macierzyński? On był bezbronny, przez malutką szczelinę mógł ujrzeć jedynie zamazane kontury świata, w którym przyjdzie mu żyć.
Denerwował się, póki nie usłyszał słodkiego i tak bardzo wyczekiwanego głosu kobiety. Kilka słów, a jego drobne serce przestało bić, na jedną sekundę zapomniał o wszystkim i poczuł się… bezpieczny. Jego oczy robiły się coraz większe, powoli doznawał szoku poruszając partiami ciała, o których wcześniej nie miał pojęcia. Jego poczucie siły, zaczęło go dominować. Coraz bardziej naciskał na swoje więzienie, to było męczące zadanie, a on nie mógł się wycofać, potrzebował miękkiego dotyku ziemi, zimnego wiatru, kropel rosy. Łaknął ich, prawie tak samo ja swojego przyszłego rodzica. Przedzierając się przez kolejne powłoki doznał szoku, coś w jego dziecięcym rozumie mówiło, że zbliża się wróg, coś co zagraża jego stadu.
Szósty zmysł uaktywnił się tak szybko, coraz mocniej się starał ale na jajku pojawiło się tylko kilka rys.
Jego piski z wewnątrz przedzierały się, przez zasłonę jego domu. Okrutne dźwięki wydobywające się z dzioba, były ledwie słyszalnym rykami bojowymi. Miał nadejść czas, w którym będzie musiał walczyć o życie, teraz jednak jego los leżał w martwych dłoniach dziewczyny. Czy jednak, gryf poruszy serce nieumarłej i pobudzi je do życia?
Awatar użytkownika
Posty: 454
Rejestracja: 21 lip 2012, 12:39
GG: 11650866
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2036

30 lip 2012, 19:32

Paradoksalnie, naprawdę prosto było wzruszyć serce tej kobiety. Najprostszym ze sposobów było ręczne chwycenie za serce i potrząśnięcie nim. Młode gryfiątko nie miało takiej możliwości, dlatego próbowało obudzić w niej ludzkie odruchy innym sposobem. Trzeba przyznać, że popiskiwanie z wnętrza skorupki dawało niezłe efekty. Ari, pomimo, że nie pierwszej świeżości, nadal była kobietą, a więc miała w genach zapisaną troskę o małe, bezbronne stworzonka. Kwilenie gryfa przypomniała jej o czymś. Wydarzenie sprzed lat wykopało się z najgłębszych zakamarków umysłu i ziewając przeciągle zaczęło dawać o sobie znać.
Być może zostawiłaby jajo i świeżo wyklutego gryfa na polance. Być może nie zawracałaby sobie tym głowy. Być może.
Jednak teraz, kiedy sytuacja stała się dramatyczna, ponieważ na nieboskłonie pojawił się ogromny ptak, zmieniła swoje zamiary. Ptaszysko wyglądało przerażająco, straszyło zakrzywionym, czarmym dziobem, dodatkowo sprawiało wrażenie diabelnie głodnego. Jak to zwykle bywa, po chwili radości i szczęścia, musi nadejść gorszy czas, co by nie wpaść w błędne przekonanie, że szczęście jest wieczne.
Dlatego też, dziwnym zrządzeniem losu ten wielki drapieżnik kołował właśnie nad nimi.
Złowieszcze odglosy ptaszyska, przerażone piski maleństwa w jaku i absolutna cisza, która zapadła na polance wywołała piorunujący efekt.
Ari rozejrzała się dookoła. Cisza, która zapadła nie była przypadkowa. Wszystkie zwierzątka uciekły w popłochu. Została tylko ona, jajo i czarny potwór.
Gdyby miała więcej czasu, być może zauważyłaby dośc dużą gałąź, która prawdopodobnie by gdzieś na polance leżała. Takie gałęzie się czasami zdarzają. Jednak nie było ani chwili do stracenia, gdyż ptak szykował się do ataku. Widząc, jak pikuje w dół, nie próbując myśleć ani sekundy dłużej, Ari rzuciła się na jajko, mając nadzieję, że zdąży przed napastnikiem. Jeśli jej się to udało, złapała je w ramiona i wykorzystując swoją sztandarową metodę zaczeła się turlać w stronę lasu. Polanka musiała się kiedyś skończyć, a w lesie mogłaby znaleźć wiele kryjówek przed ptaszyskiem. Nie mogłoby też tam nad nimi złowieszczo latać. A kto wie, może zaplątałoby się w jakieś drzewo?
Wiedziała jedno. Znalazła jajo, coś ze środka nie chciało być martwe, zanim w ogóle zaczeło żyć i ona postanowiła uchronić je przed zbyt wczesną inhumacją.
Poza tym… chciała mieć coś swojego, chociażby pisklaka.
Miała nadzieję, że uda się jej uciec…
Awatar użytkownika
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

31 lip 2012, 04:11

MG

Wielki, przerośnięty, czarny ptak, pikował wprost na Ari, która miała mniej niż sekundę, by podjąć działanie. Leciał bardzo szybko, z odległości kilkunastu metrów nad nią, dziesięciu, ośmiu… po skosie w dół, wyciągając pazury przed siebie, a dziób na zmianę otwierając i zamykając. Wraz z otwarciem polanę przeszywał kolejny ryk, wraz z zamknięciem nastawała grobowa cisza. Jednak gdy był już bardzo blisko ostatecznie zamknął go, głowę pochylił całkowicie do przodu, a skrzydła wysunął jeszcze bardziej do tyłu, jakby w ogóle nie miał zamiaru lądować.
Gdyby Ari miała czas, zauważyłaby, że wokół niej znajduje się jedynie kilka drobnych gałązek, które mama gryfa zniosła, by uczynić gniazdo. Żadnych potężnych gałęzi, którymi możnaby przyłożyć drapieżnikowi. Gdyby miała czas mogłaby zaś podnieść z ziemi dosyć duży kamień, którym z pewnością ostudziłaby zapał olbrzyma. Gdyby miała choć kilka sekund, mogłaby zauważyć, że w pobliżu rośnie niewielki zagajnik niemałych drzew o białych pniach, brzóz.
Lecz czasu nie miała, musiała działać intuicyjnie, a intuicja kazała jej chronić jajo i istotę, która usilnie starała się rozsadzić skorupę i wydostać się na zewnątrz. Intuicja? A może to coś innego? Może to instynkt. Instynkt macierzyński, który tak nagle został w niej rozbudzony. Czy to w ogóle możliwe, by tak się stało u kogoś, czyje serce nie pracowało?
Małemu ptaszkowi niemal udało się dokonać celu, gdyż na zewnątrz jaja pojawiło się kilka rys. Jednak potrzeba było czegoś silniejszego, by rozsypać ową twardą, gryfią ścianę. Kobieta rzuciła się na owoc miłości, by pochwycić silnie i zacząć się… turlać. Chyba to potrafiła najlepiej. Szczęście dla niej wybrała odpowiedni kierunek – w stronę drzew – a ptak przeleciał jej tuż nad ramieniem i ze skrzekiem podniósł się wściekły w górę. Niemal zarył w ziemię. Wzniósł się na kilka metrów, po czym zrobił dosyć duże koło, by po chwili ponownie zacząć zmierzać ku kobiecie. Ta zaś turlała się najszybciej, jak potrafiła, potężnie trzymając przy sobie jajo tak, by za żadne skarby go nie wypuścić.
Niestety, pech chciał, by ciało dziewczyny natrafiło na nierówność terenu, wywołując tym samym silny wstrząs, który sprawił, iż mały gryf w swoim domku, który nazywał więzieniem, wymsknął się z jej martwych rąk i zaczął turlać z własną energią. Kobieta zatrzymała się mimowolnie, gdyż wpadła w niewielki rowek. Wystarczyło jedynie podnieść się na rękach i z niego wydostać, ale już było za późno. Jajo gnało przed siebie, co i rusz zmieniając kierunek przez swój kształt, chaotycznie rysując pólkola i kszywe.
Czarny ptak tymczasem zbliżał się ku ziemi, bardziej ku gryfowi, niż Ari. To tego pragnął, jak łatwo można było się domyślić. Młode ciałko gryfa musiało być prawdziwym przysmakiem! Gnał z niemożliwą prędkością w jego stronę, podczas gdy on zakrecął wielokrotnie, spowalniając przy tym coraz bardziej, a nieumarła była już bezsilna. Mogła tylko patrzeć. Była za daleko, wszystko działo się zbyt szybko. Czas dla niej mógł zdawać się płynąć niesamowicie powoli, a każda kolejna sekunda świadomości, że los gryfa został przesądzony, trwała wiecznie.
W pewnym momencie jednak jajko natrafiło na potężny dla niego, niewielki dla Ari, kamień, przy kontakcie z którym gwałtownie zatrzymało się, a w skorupie utworzyła się potężna dziura. Zwierzaczkowi nic się nie stało, jednak już miał drogę wolną do świata realnego. Wystarczyło tylko dokończyć dzieła twardym i silnym dzióbkiem. Napastnik zachwiał się w powietrzu, bo nie był gotowy na gwałtowne zatrzymanie się swojego przyszłego pożywienia, i musiał zawrócić. Głośny ryk z jego paszczy świadczył o tym, jak bardzio się wciekał i jak usilnie pragnie zjeść to, co już sobie wypatrzył. Był nieustępliwy. W jego ślepiach możnaby dostrzec dziką zawziętość.
Zawrócił ponownie i wzbił się wysoko. Tym razem krążył dłużej, obserwując polanę. Zdawał się przygotowywać do ostatecznego ataku, udanego ataku.
Do lasku było kilkanaście metrów. Nie wiadomo jak długo drapieżnik będzie czekał i czy najmniejszy ruch nie skróci tego czasu. Był szybki. Nie wiadomo też, czy Ari udałoby się wstać, dostać do gryfa i uciec z nim do zagajnika, zanim dotarłby do nich i rozszarpał na strzępy. A co najdziwniejsze, niewiadomo było, czy wszystkim tym, całym tym zdarzeniem rządził niesamowity pech, czy właśnie wspaniałe szczęście. Kpina losu, czy jego uśmiech? Kto to wie. Jeszcze nie teraz…
Awatar użytkownika
Posty: 454
Rejestracja: 21 lip 2012, 12:39
GG: 11650866
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2036

31 lip 2012, 12:12

Teraz widać co sprawiło, że nieumarłej udało się przeżyć tak wiele lat w pożyczonym czasie. Wszystko sprowadzało się do jednej umiejętności, która gwarantowała jej wyjście z najgorszych nawet sytuacji. Momentalne, instynktowne padanie na ziemię i turlanie się hen hen daleko. Proste, szybkie i skuteczne. O wiele lepsze niż zwyczajne uciekanie, podczas którego można być pewnym, że się człowiek potknie i wydupcy uciekając przed czymś strasznym. Będąc już na poziomie ziemi, nie ma obawy, że to się stanie.
A więc zdążyła przed wielkim ptaszyskiem. Runęła na ziemię, tuląc w ramionach nie do końca wyklute jajko. Ucieszyła się, jednak przedwcześnie. Na drodze do szczęścia, wolności i nowego życia stanęła nierówność terenu. Zazwycza nie zauważa się takich nieznacznych dołków, przekracza się je bezproblemowo. Jednak dla osoby toczącej się okazało się to nie do przebycia. Wstrząs sprawił, że jajko wypadło z rąk Ari i samotnie kontynuowało wędrówkę. I tu znów można było ujrzeć chichot losu. Jajko mogło bezpiecznie wturlać się do zaganika i zniknąć w jakiś krzaczorach, ale nie. Natrafił się kamień, który zatrzymał e i uszkodził skorupkę.
Trudno było ustalić komu sprzyjał los. Czy to ptaszysko mogło liczyć na przychylność dobrych duchów, czy też świeżo upieczona matka z dzieckiem. Zastanawiać by się można latami, tak samo długo możnaby czekać, aż coś się stanie, ednak nieumarła nie miała zamiaru pozwolić, aby jakaś nieznana siła, być może przeznaczenie, dziwne fatum, miało kierować jej życiem.
Tylko co zrobić, aby przegonić ptaszysko?
Po pierwsze postanowiła wstać. Kilkanaście metrów, które dzieliło ją od jajka teoretycznie było problematyczne, ale nie zastanawiała się. Impuls kazał jej działać. Kto jak kto, ale matki broniące swoich dzieci są w stanie dokonać niemożliwego. Ari nie jest prawdziwą matką, dlatego też porwać na niewykonalne się nie może, jednak zaistniała sytuacja jest całkowicie do opanowania, nawet dla zombie.
Działając pod presją i prawie na adrenalinie, płynnym ruchem wstała z ziemi. Ptak znów kołował nad jajkiem, szykując się do ponownego ataku. Ale nie wiedział, że nieumarła ma teraz zamiar zaatakować, a przynamniej spróbować.
Pierwsze, co chciała zrobić po wstaniu, to cisnąć kamieniem w ptaka. Istotnie znalazła jakieś kamulce, kiedy zatrzymała się w niewielkim rowie. Jak widać, coś nad nią czuwało, podtykając jej pod nos, dobre pomysły i rozwiązania problemów. Rzuciła jednym kamieniem, rzuciła drugim. Nie wiedziała, czy trafiła, ale kamienie nadal leciały.
Kolejnym etapem było zwykłe przeganianie. Zwykłe kukły na polach, strachy na wróble, są w stanie odgonić mniejsze ptactwo. Ona, jako ruszaące się i wydaące dźwięki straszydło postanowiła przynamniej spróbować przestraszyć ów głodomora. Tak więc rzuciła się biegiem w stronę jajka wymachując rękoma i wrzeszcząc. W dłoni ściskała kolejny kamień, gdyby tamte nie trafiły. Najbardziej zależało jej na tym, aby pokonać dystans dzielący ją od jajka, zanim zrobiłby to drapieżnik. Miała też nadzieję, że napastnik postanowi zmienić ofiarę i zaatakuje ją. Ba, była nawet skłonna zaoferować mu kawałek swojej wątroby. Ptaszysko mogłoby się na niej stołować codziennie, byleby nie tknęło maleństwa.
Gdyby udało się jej dotrzeć do jajka, już nie pozwoliłaby mu odturlać się daleko. Swoją drogą musiała je pochwalić. Turlało się zupełnie jak przybrana mamusia. Takie młode jajko, a jakie pojętne!
Będąc przy jajku przed ptaszyskiem, o ile to możliwe, czekałaby na jego atak. A wtedy mogłaby spróbować pochwycić go na dziób, za szyję, za szpony na nogach. Mówiąc krótko, za wszystko, co tylko by się dało. Co chciała zrobić? Ściągnąć go na ziemię, przydusić i nie zważając na mnóstwo piór… odgryźć głowę. Przegryźć szyję, jeśli trzeba to uściślić.
Ptak miał szpony i ostry dziób, ale ona też miała swoje pazury i ząbki, którymi mogłaby zrobić coś niedobrego. Obserwując go widizała dokładnie co robi, tak więc atak nie byłby zaskoczeniem. Tylko czy uda się jej to wykonać?
Awatar użytkownika
Posty: 55
Rejestracja: 25 lip 2012, 11:26
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2058

31 lip 2012, 14:19

Ależ się musiało się dziać na zewnątrz, przerośnięte uszy maleństwa wyłapywały każdy dźwięk. Jak on się cieszył bitwą, już się śpieszył na ten świat by popatrzeć. Nagle świat zaczął wirować i wirować, i wirować. Krew napłynęła mu do głowy, niczym po kilku łykach trunku. Starał się zrobić zamach, by uderzyć swoim pięknym dzióbkiem. Jajko wraz z nim pobujał się chwile na boki, i brzdęk skorupka pękła pod wpływem potężnego gryfa.
W planach miał skoczyć, ale problemy z równowagą spowodowały, że się ledwo z niej wyślizgnął.
Świat był taaaaaki ogromny, światło go oślepiło. Ziemia była zimna, nie taka jak w jajku. Zmrużył oczy, delikatnie się kołysząc chciał ujrzeć więcej. I zobaczył to coś, wielkie czarne coś, była takie jak on, tyle że brzydkie. Poniuchał, nie to nie mamusia. Z ulgą wypuścił powietrze, coś się jednak nie udało. Coś go zaswędziało, małe dziurki wypuściły zawartość, a towarzyszył temu charakterystyczny dźwięk kichnięcia.
Siła tak potężna, zwaliła go z nóg i usiadł na swoim grubym tyłku. Był cały umazany zawartością swojego poprzedniego domu, pióra i futro był klejące. On sam dodatkowo chyba się przeziębił.
I gapił się tak na ten czarny punkcik, próbował stanąć na łapy ale te nie mogły unieść jego ciężaru. Wreszcie mu się udało, niezgrabnie powstał i przyjął groźną pozycje. Głowa dumnie podniesiona, kończyny szeroko rozstawione, a ogon sztywny.
Wyzwolił w swoich małych, pół zamkniętych oczach szał bojowy. Maszyna do zabijania, w rozmiarze trzy razy mniejszym.
Dumnie zaczął swój ryk bojowy, cicha i piszcząca melodia była dobrze słyszalna i uciążliwa. Próbował także uwolnić swoje skrzydełka, mięśnie spinał ale ze skutkiem miarowym. Miał zamiar gryźć, szarpać, czy nawet dusić oponenta, ważniejsze było jednak odnalezienie swojej rodzicielki, której zapaszek czuł ewidentnie.
Awatar użytkownika
Posty: 1020
Rejestracja: 28 gru 2011, 03:55
GG: 43749373
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=1310

31 lip 2012, 16:11

MG
Post pojawił się dużo, dużo później, niż planowałem. Wybaczcie, wiecie dlaczego. A wczoraj po prostu wcześniej wybyłem z forum.
Czarny kołował powoli nad polaną, dużo wyżej, niż wcześniej. Zataczał powolne kręgi, co i rusz powiadamiając swoim głośnym rykiem o tym, że nie zapomniał o swojej ofierze. Choć mogłoby się wydawać wręcz przeciwnie – krążył i krążył, jakby już nie chciał zaatakować. Jakby sobie odpuścił. Nic bardziej mylnego.
Tymczasem na ziemi mały gryf poradził sobie z potężnie naruszoną powłoką swojego ponad miesięcznego więzienia. Wystarczyło tylko użyć pazurków i dziobka, które choć małe i niewprawione jeszcze, już przejawiały bojową duszę. Pisklak wiedział, że dzieje się coś niedobrego, prócz zapachu, który poczuł na samym początku, zapachu jego mamy, czuł również inny, wrogi mu zapach drapieżnika. Nie widział jeszcze dobrze. Żeby mógł zobaczyć na własne oczy ogrom świata naokoło takim, jaki był naprawdę, musiało minąć jeszcze kilka dni. Na razie pozostało mu zadowolić się zapachem, dźwiękiem oraz niewyraźnymi cieniami, które przemieszczały się pod powiekami.
Ten świat, ogromny i piękny, nie do ogarnięcia całkowicie w jednej chwili, już od pierwszej sekundy narodzin maleństwa, starał się mu przekazać, jak bardzo niebezpiecznym jest. Ciemny cień, który był dwa razy tak bardzo blisko, przed którym obroniła go mama i los, ten cień był teraz dla niego niewidoczny. Ale takich rzeczy się nie zapomina. Nie, gdy jest to pierwsza rzecz, którą przyjdzie pamiętać… Pisklak wyszedł więc ze skorupki i starał się przestraszyć drapieżnika swoją postawą, oraz bojowym śpiewem. Niestety, wyglądał bardziej słodko, a zarazem paskudnie, oblepiony śluzem, niż groźnie. Jego głos przypominał piski kurczaka. Musiał nad tym silnie poćwiczyć. Nie był w ogóle straszny, a jego wróg zdawał się o tym wiedzieć. Krążył już nieco niżej, nadal jednak wydawał się z takiej odległości zwykłym ptakiem, nie olbrzymem, którym był.
Ari natomiast gwałtownie wstała, nie chcąc tracić cennego czasu na pomoc… synkowi? Nazwał ją mamą, pobudził serce, może nie fizycznie, ale emocjonalnie. Teraz skakało jak szalone. Taki gest zobowiązuje. Musiała go bronić, choćby własnym, martwym ciałem. Lecz najpierw spróbować z dystansu, tak na wszelki wypadek.
Kamienie. Na polanie. Rzadki skarb, a jednak. Obok nieumarłej znajdowało się kilka pokaźnych sztuk. Czy to możliwe, żeby szczęście aż tak bardzo jej dopisywało? Całym tym dniem rządziła dobra passa, wymieszana z przebłyskami kpin losu, które w przyszłości miały okazać się niczym innym, jak najszczęśliwszym wydarzeniem w tej sytuacji. Bo, gdyby nie drapieżnik, zapewne jajko zostałoby zignorowane. Kobieta odeszłaby, a pisklak nigdy nie powiedziałby do niej mamo. Pech, okazał się szczęściem. Jednak jak długo jeszcze będzie to trwać? Dobra passa się kiedyś kończy, zawsze. Jednak dopóki trwa, trzeba z niej korzystać.
Podniosła kamień, jednak nie mogła go marnować. Miała tylko kilka sztuk, a jej wróg numer jeden znajdował się o wiele za wysoko. Zdawał się zataczać coraz mniejsze kręgi, co mogło świadczyć o jego przygotowaniach. Nie minęło kilka sekund, a ptak gwałtownie opadł o połowę wysokości, wirując wokół własnej osi, dziobem w dół, po czym rozprostował nieco skrzydła i zakręcił wprost na pisklaka. Kobieta rzuciła, raz, drugi, trzeci… Nic. Nie trafiła, za szybko się przemieszczał. Sięgnęła więc po inną broń – zaczęła skakać, krzyczeć, wiercić się i wymachiwać rękami, by zwrócić jego uwagę. Może i jej się udało, jednak raz podjęty atak u tego osobnika musiał się skończyć. Sukcesem, bądź niepowodzeniem. Ale musiał dotrwać do końca. Nie zmienił więc toru, gnając wprost na małego gryfa, który zaczął intensywnie niuchać zapach mamy. Wszak ta poruszając się gwałtownie, wzmogła jego wydzielanie się. Mógł ku niej ruszyć, jednak czy to zmieniłoby cokolwiek? Czarny jak noc drapieżnik był dużo szybszy, niż ten słodki malec.
Kobieta była zbyt daleko i miała za mało czasu, by dotrzeć do gryfa przed ich wrogiem. Przyszedł czas na desperacki krok. Ostatni kamień. Ostatni rzut. Ostatnia nadzieja. Poleciał…
Takie chwile są najgorszymi w życiu. Nawet, martwym. Gdy czas niemal staje, by ukazać mam, jak bardzo coś się nie udało. Kamień leciał powoli, lecz zbyt nisko. O wiele za nisko. Nie było możliwym, by trafił w cel. To koniec. Pozostało pogodzić się z losem.
A jednak! Ptak przeciął tor lotu pocisku, samemu uderzając w niego. Jego własna szybkość go zawiodła. Gdyby nie ona, kamień przeleciałby spokojnie obok.
Głośny skrzek, latające pióra, huk o ziemię. Lądowanie to z pewnością nie było odpowiednim. Jednak i nie śmiertelnym. Powstał szybciej, niż można było się spodziewać. Stanął gwałtownie i nastroszył pióra. Wyciągnął skrzydła i otworzył dziób. Straszył. Stał tak w bezruchu jakiś czas.
Wysokością nie grzeszył, ale rozpiętość skrzydeł dorównywała wzrostowi Ari. Byli w tej samej odległości od pisklaka.
Awatar użytkownika
Posty: 454
Rejestracja: 21 lip 2012, 12:39
GG: 11650866
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2036

01 sie 2012, 22:02

Opatrzność jej sprzyjała. Tak, nie wiadomo dlaczego, ale dobre duchy czuwały nad Ari. To zapewne rekompensata za niedopatrzenie, gdy pozostawiły jej duszę przy martwym ciele.
Pierwsze rzuty kamieniem nie odniosły sukcesu. Celowała co prawda w ptaszysko, jednak podczas kołowania, było to wręcz niemożliwe. Przynajmniej teraz, kiedy rzucała "pi razy w oko".
Ostatni kamień, który zostawiła na czarną godzinę, wykorzystała zaraz po serii krzyków, wymachów i podskoków. Trzeba przyznać, że wyglądała, jakby opędzała się od obłażących ją pająków. Jako, ze taniec nie był skuteczny, bez większego przekonania rzuciła ostatnim kamieniem. Gdy tylko wypuściła go z dłoni, wiedziała, ze włożyła w to zbyt mało siły. Kamulec leciał zbyt nisko by trafić ptaszora.
Ale właśnie wtedy… ptaszysko zaczęło pikować w dół i w pięknym stylu zderzyło się z kamieniem. Ari nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Od dawna podejrzewała, że fortuna jej sprzyja, ale żeby aż tak?
Zderzenie z kamieniem rzeczywiście nie było zbyt silne, wszak to raczej ptak zaatakował kamień, niż odwrotnie. Ale stracił panowanie nad skrzydłami i runął na ziemię.
Tak, teraz dopiero było widać, jak jest duży. Skrzydła miał potężne, chociaż czaszka i tak skrywała ptasi móżdżek.

W tym czasie stało się coś oczekiwanego od dawna an tej polance, jednak całkowicie niekorzystnego w tym momencie. Mały gryf wydostał się z jaja! W normalnej sytuacji, gdyby czekało się na to ze spokojem i w bezpiecznym miejscu, możnaby rozkoszować się chwilą wykluwania, zapamiętywać szczegóły, uśmiechnąć się, gdyby malec kichał. Ale teraz sytuacja wyglądała inaczej. Maluszek będąc poza jajkiem i pokazując drapiżnikowi swoje kruche, zaślucowane, świeżutkie ciałko… czy mógł jeszcze bardziej zachęcić ptaszora do ponownego ataku?
Ari na chwilę przeniosła wzrok na gryfa. Akurat w chwili, gdy próbował podskakiwać niczym walczący na pięści mężczyzna. Popiskiwał przy tym, starając się brzmieć groźnie. Skoro to maleństwo jest tak odważne, ona musi być jeszcze lepsza.
Ptak podniósł się z ziemi, nastroszył piórka i zaczął groźnie łypać raz jednym okiem, raz drugim. Najzabawniej wyglądają patrzące kury. Zerkają raz jednym, raz drugim okiem, przekrzywiając śmiesznie łebek. Muszą tak robić, ponieważ nadwyrężają nerwy wzrokowe używając zbyt długo jednego z oczu. Nikt nie jest doskonały. Ptaszor wyglądał równie zabawnie. Krążąc po nieboskłonie zdawał się być mrocznym drapieżnikiem, ale teraz na ziemi zdawał się być niedostosowany do sytuacji w której się znalazł. Jednak wiedząc, że pozory mogą mylić, Ari nie opuściła gardy. Ach, a jednak zaczął ją straszyć. Kobieta zauważyła że otworzył zakończony ostro dziób, rozłożył skrzydła. Atakowanie go mogłoby być brzemienne w skutki. Konsekwencje dla człowieka mogłyby być poważne. Toć mógłby poranić kogoś na śmierć!
Tak, a jako, ze ona już dawno gryzła ziemię, nie miała takich oporów. Wyciągnęła przsed siebie ramiona, spuszczając dłonie bezwiednie, dla większego efektu zaczęła charczeć i toczyć ślinę z ust. Wyszczerzyła zęby i ruszyła w stronę ptaszyska. Wyglądała teraz jak rasowy strach na wróble. A nawel lepiej, kukły zazwyczaj się nie ruszają.
Kątem oka obserwując gryfka, miała zamiar powalić ptaszora na ziemię, lub przepłoszyć. Wolałaby obejśc się bez rozlewu krwi, w końcu obserwował ją nieletni. Jeśli ptak ma zamiar atakować, będzie musiała rzucić się na niego z pazurami i zębami. Jeśli chciałby zamiast tego od razu podbiec do gryfa, rzuciłaby się za nim w pogoń, zapominając o swoim zwyczajowym powłóczeniem nogą. Tak, tak, połowa jej szurania nogą była udawana. Lubiła sprawiać wrażenie bardziej zdezelowanej przez los, niż była w rzeczywistości. Zawsze ktoś się na to nabierał.

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 4 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 2 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerra z Derinu, Kerreos, Loki, Viridar
Liczba postów: 52214
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1048
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Kerra z Derinu
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.