Ruiny AknoKarg

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.

Moderator: MG

Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

Ruiny AknoKarg

05 sty. 2013, 03:04

Wysoko pośród Wichrowych Szczytów, gdzie granica między niebem i ziemią zaciera się wśród obłoków i rzadkiego, chłodnego powietrza, znajduje się olbrzymia półka skalna, do której wiedzie kręty szlak. Na tej samej półce widnieją pozostałości po świątyni, której czasów świetności mało kto pamięta, o ile ktokolwiek żyw. Pojedyncze, wolnostojące jeszcze kolumny z czarnego jak noc kamienia obrosły dawno pnączem i bluszczem. Dookoła widać pełno głazów i bloków marmuru zakopanych do połowy w ziemi, gdzieniegdzie popiersie lub pomniejszy posąg tak zniszczony, że nie w sposób ocenić, co przedstawiają. Potężne fragmenty zapewne niegdyś wspaniałej budowli opierają się z trudem o zbocze, w którym widać wykutą, zmurszałą bramę – wejście do wnętrza góry, gdzie znajduje się właściwa, nienaruszona część świątyni Akno’Karg.


Wielkie korytarze wewnątrz góry są wykonane z nienaturalnie gładkiego kamienia lśniącego słabym, białym światłem niemal niknącym w ciemnościach. W zatęchłym powietrzu unosi się pełno kurzu i choć mogłoby się zdawać, że nikt nigdy tu nie był, to na popękanej posadzce można dotrzeć ślady po ogniu, a liczne drzwi wyważone z zawiasów wskazują jednoznacznie na czyjąś interwencję. Mimo to pośród wielkich korytarzy ciągnących się nie wiadomo jak głęboko panuje niezmącona cisza. Całość spowija silna aura magii o ponurym charakterze. Wręcz złowieszczym. Cóż może czaić się w tym spowitym tajemnicą miejscu?


Obrazek
(Korytarze wewnątrz góry)
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Kontakt:
Posty: 3709
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

25 wrz. 2013, 03:15

MG

Ostatnia komnata. Po ogromnym czasie, jaki spędził Anemetius na snuciu się po tunelach AknoKarg wreszcie stanął on przed, jak utrzymywał Kościej, finałową zagadką. Oczywiście, pozostawało jeszcze umieszczenie korony na tronie, co wydawało się póki co najbardziej enigmatyczne, ale z pewnością możliwe do wykonania. Rozwiązanie winno nadejść właściwie samo, jak przy pozostałych wyzwaniach. Dla typowych śmiertelników wykonanie wszystkich zadań, jakie stawiały ruiny, z pewnością stanowiłoby ogromny problem. Siedzieliby tutaj miesiącami, badając, obmyślając i snując teorie. Bez wątpienia pozwoliliby sobie na dogłębne sprawdzenie źródeł stanowiących o samym kompleksie czy dawnej cywilizacji, która go wybudowała, co zagwarantowałoby im posiadanie większej wiedzy na temat wszystkich procesów tu zachodzących. Ascendent był jednak niecierpliwy, żądny władzy i potęgi. Chociaż zadawał sobie i swojemu przewodnikowi rozliczne pytania na temat AknoKarg, nie to było dla niego najważniejsze. Pozostałości świątyni, o ile była to świątynia, jawiły się dla niego jako nic nie znaczący wymysł organicznych umysłów. Zagadki, symbolika, szczegóły – wszystko to zostało zepchnięte na dalszy plan. Głównym daniem było poszukiwanie nieprzebranych pokładów mocy, od której gęstniało powietrze, mocy, która zapewniłaby Anemetiusowi długie lata bynajmniej nie pasywnej egzystencji. W swej mądrości i przy braku oczywistych, cielesnych wad był on niepokojąco ograniczony, przynajmniej według większości żyjących. Chociaż nie czuł frustracji czy rozczarowania, rezygnując z tego typu uczuć na rzecz chłodnych, mechanicznych kalkulacji i zimnej logiki, jego postępowanie jasno wskazywało na to, że całe to zwiedzanie zwyczajnie go nuży. Droga do potęgi przypominała mu raczej drogę przez mękę, rozwiązywanie zagadek nie wymagającą intelektualne wysiłku dziecięcą zabawę, a zbieranie pozornie niepowiązanych ze sobą wskazówek – zwyczajny idiotyzm. Mimo, że nie czuł on upływu czasu, ciągle się gdzieś spieszył, nie dawał swojemu potężnemu umysłowi czasu na połączenie układanki w jedną, spójną całość. Być może nie jemu było pisane odkrycie wszystkich tajemnic tego miejsca. Jeżeli jednak nie jemu… To komu?

Jeżeli Kościej znał odpowiedź na to i inne zadawane mu pytania, postanowił ich nie udzielać. Wiecznie zastygły na jego obliczu uśmiech rozjaśnił się, gdy wprawione w jego oczodoły brylanty błysnęły krótkim światłem gasnących w nich szybko iskierek. Jego towarzysz chciał wyjaśnień, przyparł go do muru w miejscu, gdzie niegdyś sprawiano śmiertelnym ogromny ból. Ascendent dość miał gierek słownych, omijania sedna tematu i innych wybiegów. Żądał konkretów. Kościsty przewodnik, swoją manierą jakby nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji, wydał odgłos kaszlu i usiadł na fragmencie połamanego, kamiennego stołu. Pokręcił swą głową, chrzęszcząc dźwigaczem. Cmoknął z cicha niczym zniesmaczony postawą rozbestwionych dzieciaków mieszczański starzec lubujący się w całodziennym wyglądaniu przez okno swego domostwa.

- An, An! An… - rzekł, odmiennie artykułując każde z krótkich, szczekliwych słów będących skrótem imienia znajdującej się obok niego magicznej mgiełki. – Odpowiedzi nadejdą, lecz nie z moich słów - dodał nieco przewrotnie, z chrupotem miednicy ześlizgując się nieco po fragmencie dawnego mebla. Nie dane było mu zachować swojej pozy zbyt długo. Brak mięśni pośladkowych wyraźnie utrudniał mu siedzenie na czymkolwiek, więc wstał z nagła, zamiast tego wskakując na kamulec. Nie dał po sobie poznać, że zna myśli i zamiary ascendenta. Chociaż ostateczny ton wypowiedzi Anemetiusa wskazywał na to, że nie będzie on tolerował dalszych wykrętów, Kościej zdawał się to ignorować. Zszedł ze swego pantałyku i jął grzebać w jednym z pełnych kości worków. Znalazł coś, co przykuło jego uwagę, westchnął z aprobatą i najzwyczajniej w świecie odjął sobie mały palec prawej ręki, sobie tylko znanym sposobem zastępując go zdobycznym. Odróżniał się nieco – był bielszy i nieproporcjonalnie mniejszy, ale przewodnikowi wyraźnie to nie przestrzegało. Spojrzał na swoje dłonie, zbliżył je do diamentów pełniących role jego oczu i zaklaskał kilka razy z uciechą. Kilka kości wysypało się z pakunku, w którym uprzednio grzebał. Kościej przyjrzał się im badawczo.

- Młodsze, znacznie młodsze… - rzekł, porównując się do nich, jednocześnie mimochodem odpowiadając na pierwsze, najbardziej nieistotne z pytań Anemetiusa. - Myślisz, że przez te wszystkie lata tylko tobie udało się tu trafić? - Jakby w odpowiedzi na jego słowa w dalszej części lochów zabrzmiały ciężkie, jakby metaliczne kroki. Skorodowana figura żelaznego, sterowanego jedynie w małej części za pomocą magii golema ciągnęła coś ze sobą do komnaty kaźni. Owo coś śmierdziało nieziemsko, czego oczywiście żadna z bezcielesnych, obradujących w pomieszczeniu istot nie mogła wyczuć. Za ciągniętym obiektem snuła się lepka, brunatna ciecz. Krew.

Zmasakrowane przez mechanicznego owada ciało Infii zostało skrupulatnie i szybko ułożone na pozostałościach stołu. Golem zdawał się nie zauważać obecności Kościeja i Anemetiusa. Konstrukt nie miał głowy, bowiem jej nie potrzebował. Miał za to dwie masywne nogi, jedną chwytną rękę i jedną zakończoną ostrym, acz niesamowicie skorodowanym, szerokim nożem. Posługując się nim jak wprawny rzeźnik golem jął oddzielać poszczególne kończyny martwej dziewczyny od reszty jej ciała, pakując je do tych worków, w których jeszcze było miejsce. Przewodnik Anemetiusa stanął pod ścianą, obserwując to wszystko jak urzeczony.

- No, no, sprzątanko… – powiedział tylko, obserwując precyzyjne i prędkie ruchy zardzewiałego oprawcy.

Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

25 wrz. 2013, 04:30

Tak jak przypuszczał. Kościej dalej wolał z nim pogrywać. Współpraca z tą istotą okazała się być nad wyraz uciążliwa. Wprawiało go w to – można rzecz – pewnego rodzaju zaskoczenie i niezrozumienie. Przecież Pan Norri, o ile rzeczywiście tak się nazywał, i tak był martwy. A Nieumarli ze wszystkich możliwych zdarzeń nienawidzą jednego najbardziej: obudzenia z wiecznego snu. Chyba że pragną powrotu do świata żywych, ale Kościej już wcześniej zaprzeczył jakoby życie stanowiło dla niego jakąkolwiek wartość. Podczas rozmowy szczycił się tym faktem. Więc po co to wszystko przedłużał? Z logicznego punktu widzenia to działanie nie miało sensu. Jednakże logika często zawodzi tam, gdzie w grę wchodzą emocje. A Kościej zdawał się ich mieć wiele w swej gołej czaszce. Różnili się znacznie i Anemetius zdawał sobie sprawę, iż zapewne nigdy nie będzie w stanie pojąć całkowicie motywów tego stworzenia. O ile je miał. Wciąż widział w swym przewodniku zamaskowane zagrożenie.

To bardzo rozczarowujące – oznajmił za pomocą swego telepatycznego przekazu, którego aura była nienaturalnie pusta. Nie w sposób było z niej cokolwiek wychwycić, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie miała w sobie żadnych zawartych emocji. Gdyby można było jej dotknąć, zapewne byłaby gładka i zimna jak powierzchnia stali oraz pozostawiała w ustach metaliczny posmak. Przerwał tkanie magii.

Tak, brak odpowiedzi był rozczarowujący. Ascendent cenił wiedzę. Ona stanowiła cel jego istnienia, lecz w tym momencie znacznie bardziej potrzebował czystej energii. Od niej zależało jego być albo nie być. Priorytety należało zachować. Wraz z odzyskaniem mocy, uzyska również odpowiedzi. Tego był pewien. Słabi zawsze ulegają silniejszym. Kościej mógł szczycić się swą obecnie lepszą pozycją, jednak to się zmieni.

Nie, nigdy tak nie myślałem – odpowiedział zgodnie z prawdą – Dowiedziałem się o tym miejscu z zapisków osoby, która raz już tu była i opuściła to miejsce.

Niestety już nie żyła – dodał w myślach. A szkoda.

Wtedy do pomieszczenia wtargnął konstrukt. Golem ciągnący zwłoki kobiety. Tej, z którą przybył do tego miejsca. Infii. Głupia śmiertelniczka. Okazała się być wielkim niepowodzeniem. Cóż, i tak nigdy o niej nie myślał jak o partnerze czy sprzymierzeńcu. Ot, kolejny z pionków. W planach miał po zdobyciu mocy zrobić z niej swoją zniewoloną umysłowo marionetkę. Stałaby się pierwszą z wielu wysłanniczek nowej ery. Trudno. Plany się pokrzyżowały. Znajdzie zastępstwo. Żadna strata.

Bardzo to…intrygujące – wygłosił swe przemyślenia, widząc jak golem dokonuje rozczłonkowania truchła. Posoka płynęła strumieniami po podłodze i ściekała z ogromnego noża, który posłużył za narzędzie zbezczeszczenia. Bardziej niż sam akt ćwiartowania ciała zainteresował go golem. Skąd się wziął? I po co to robił? Zacierał ślady?

Nieszczęśnicy, do których należały te kości w workach, również tak skończyli? Przynajmniej goście nie zarzuczą wam zbytniej uprzejmości…

Siekanie ciał. Kości w workach. Umarlaki w skrzyniach. Golemy z wielkimi nożami. Mordercze osy. To miejsce miało swój specyficzny urok.

Nic nam po kościach. Wspominałeś o przełączniku.

Skoncentrował się. Wytworzył w swej świadomości idealną kopię całego otoczenia i rozpoczął poszukiwania domniemanego przełącznika.

Awatar użytkownika
Kontakt:
Posty: 3709
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

13 paź. 2013, 22:32

MG

Rozwiązanie zagadki pomieszczenia tortur okazało się dla Anemetiusa dziecinnie proste (jak zresztą wszystko, co dotychczas robił w ruinach AknoKarg). Nie musiał przejmować się szukaniem skrzętnie poukrywanych wskazówek czy drobiazgowym analizowaniem ich. Nie dotyczyły go też zgubne w skutkach próby wcielania w życie niesprawdzonych pomysłów. Jego magicznie rozsnute myśli przeskanowały cały kamienny pokój, natychmiastowo dając mu wiedzę o tym, co należy uczynić, aby dalsze zwiedzanie stało się możliwe. Dostawał gotowe odpowiedzi, bez potrzeby zmuszania swego umysłu do jakiegokolwiek większego wysiłku. Łamigłówki, choć niesamowicie w swych założeniach proste, obliczone zostały na to, aby zabrać poszukiwaczom sekretów ruin jak najwięcej czasu. Ascendenta ta ich właściwość kompletnie nie dotyczyła – dzięki swoim zdolnościom raz po raz uruchamiał kolejne mechanizmy, nudząc się przy tym niemożebnie. Być może dzięki takiemu postępowaniu pokrzyżował plany starożytnym budowniczym AknoKarg, którym wyraźnie zależało na tym, aby przytrzymać tutaj śmiertelników jak najdłużej. Anemetiusowi nie było jednak dane dowiedzieć się, co wydarzyłoby się, gdyby w to miejsce zamiast niego trafiła jedna z rozlicznych, przemierzających Lewiatana grupek śmiałków-śmiertelników. Systemy obronne świątyni działały wyłącznie na osoby z krwi i kości, co wkrótce miało potwierdzić się ponownie. Tymczasem świadoma kula energii zebrała już wyniki swoich obserwacji, a ich analiza nie zajęła jej więcej czasu, niż potrzebne jest do mrugnięcia okiem. Wewnątrz jednego z worków ukryta była kościana, prawie niewidoczna dźwignia. Piszczel wystawał spomiędzy wielu innych, podobnych mu, niesamowicie starych kości. Odróżniały się od reszty, wyraźnie będąc tutaj już od dawna, zanim inne worki zostały zapełnione. Wszystkie kości w tym konkretnym worku były niejako częścią mechanizmu, budując go lub ukrywając z dala od oczu obserwatora. Anemetius oczu nie miał… i przesunął dźwignię jedną prostą myślą.

Wtedy właśnie wreszcie zaczęło się coś dziać. Powietrze zaczęło wibrować z lekka, gdy wyczuwalna przez Anemetiusa, czysta energia magiczna poruszyła się w pomieszczeniu korony. Ascendent wyczuł, że gdzieś w AknoKarg znajduje się źródło mocy, której mała część właśnie przesunęła się do komnaty z tronem. Wtem jednak w lochach zapanowało spore poruszenie. Obok ciągle zajętego swą pracą golema pojawiły się trzy inne, identyczne do niego. Wyglądały, jakby zatrzymały się w pół kroku, nie wykrywając w komnacie tortur ani jednej żywej duszy. System obronny świątyni zadziałał, ale nie był w stanie zagrozić istotom niematerialnym. Golemy nie przejawiły też żadnego zainteresowania Kościejem, który zamarł bez ruchu na ich widok. Po chwili jednak z jego czaszki wydobył się odgłos imitujący głośne wypuszczenie powietrza.

- Nic nam nie zrobią – rzekł szkielet, przeciskając się pomiędzy nieruchomymi strażnikami. Budujące go kości zajęczały w proteście, gdy żebra ledwo zmieściły się pomiędzy zbudowanymi z twardej, niewzruszonej stali automatonami. Wreszcie ostatni przedstawiciel starożytnej rasy budowniczych AknoKarg przedostał się do korytarza lochów i podążył bez słowa do komnaty korony. Gdyby Anemetius udał się za nim, mógłby wyczuć, że tron znajdujący się w tym pomieszczeniu wręcz pulsował od świeżouwolnionej magii. Siedzisko oczekiwało czegoś, aby uruchomić ostatni mechanizm otwierający drogę do źródła mocy budowli. Natężenie energii magicznej w powietrzu było tak duże, że ascendent nie był w stanie wyczuć, skąd pochodzi ładunek zasilający tron. Cały kompleks zdawał się wibrować; gdyby był żywą osobą, można byłoby powiedzieć, że się ekscytuje. Brakowało tylko ostatniego elementu układanki – korony. Niemożliwym było, aby podczas swoich wojaży Anem pominął tak ważny obiekt. Z pewnością ta ostatnia zagadka była nieco mniej dosłowna, bowiem skanowanie tego pomieszczenia nie dało żadnych wyników.

Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

20 paź. 2013, 22:33

Przeczesywał swym umysłem pomieszczenie niczym wszystkowidzącym spojrzeniem o nieograniczonym zasięgu. Wzrok, który przenikał ziemię, ściany, kości i myśli. Penetrował to miejsce posyłając myślowe sondy, będące jak piłeczki odbijające się od obiektów. Zderzały się, zbierały informacje, i powracały do niego. Wszystko to trwało ułamki sekundy. Niezdolne do uchwycenia dla żadnego umysłu. Jednak on cały proces odbierał z idealną precyzją. Każdą materię badał osobno. Materiał, rozmiar, barwę, wszystko. Nawet najmniejsze pękniecie na posadzce nie mogło przed nim umknąć. Ziarenka piasku wciśnięte w szczeliny, kurz unoszący się w powietrzu. W jego nieskończonej świadomości kreowało się idealne odbicie całej otaczającej go rzeczywistości. Świat zdolny do dowolnej manipulacji pod każdym względem. Zbliżał się, obserwował, oddalał, powiększał, zmniejszał – interpretował, analizował. A jedynym narzędziem tworzącym to wspaniałe dzieło była jego własna wola. Przesunąwszy dźwignię wyczuł zmianę, która rozbrzmiewała niby echo. Wprawił w ruch wielką machinę. Czysta magia – wyczuł ją. Przemieszczała się. Gdzieś, nie wiedział dokładnie gdzie, ale wiedział, że tam, w mrokach, za murami, warstwami ziemi, gdzieś czai się to źródło mocy. I śpiewa. Czeka. Na niego.

Ruszył za Kościejem do komnaty korony. Moc, moc krążyła dookoła. Wibrowała w powietrzu. Sukces zdawał się być tak blisko, lecz umysł kazał mu zachować ostrożność. W przeszłości często popełniał błąd, przez który nawet i wielcy upadali. Błąd pychy, arogancji, zaślepienia. Największe zagrożenie często czyha w najmniej dostrzegalnych miejscach. Chociaż teraz, odnosząc się do innych, dalej zachowywał się w podobny sposób, to jednak miał świadomość tego. Kontrolował to. Grał. Posługiwał się zapisanymi w swej podświadomości emocjami i ich definicjami. Nie czuł, ale rozumiał.

Komnata korony. Wchodząc do niej tron stał się niby magnes. Buzował od nagromadzonej energii. Liczył się tylko on.

Upragniony moment zbliża się wielkimi krokami – Posłał wiadomość do towarzyszącego mu ożywieńca.

Czy Kościej byłby zadowolony z jego sukcesu? Czy wręcz przeciwnie? Liczył na klęskę Ascendenta? Prawdopodobnie ostatni świadek potęgi tego miejsca był obok niego. Towarzyszył mu od samego początku. A mimo to nic o nim nie wiedział. Czyżby nie pragnął, by jego dumna, wspaniała cywilizacja na nowo odżyła w świadomości innych ras? Naprawdę chciał jej zapomnienia? Oddać moc ruin, a następnie powrócić do zaświatów? Bez żadnych wyjaśnień? To niemożliwe. Sprzeczne ze wszelkimi prawami natury oraz logiki. Każda istota pragnie być zapamiętana. Strach przed końcem to siła, która napędza wszystkich do działania. Nie poznał odpowiedzi na te liczne pytania, choć próbował wiele razy. Starał się wyciągnąć z Kościeja informacje, jednak ich nie otrzymał. Dusza tego mężczyzny uwięzionego w tych dwóch diamentach mogła być obojętna na fakt, że imię jego cywilizacji przepadnie?

Nawet jeśli, wkrótce wydobędzie z tej czaszki odpowiedzi. Po dobroci lub siłą, która zaraz stanie się jego. Myśl o tym paraliżowała. Możliwości rozwoju. Wielkie zwycięstwo czy też wielka porażka?

Brakuje wyłącznie jednego elementu. Tej jednej, drobnej części, która nada kształt tym wszystkim porozrzucanym puzzlom – Kontynuował swój wywód kierując się w stronę tronu – Sprawi, że brzydki obraz zalśni na nowo. Korona, gdzież ona może być?

Wzniósł się i osiadł na tronie, a gromadząca się w nim energia wręcz krzyczała ku niemu z olbrzymią pokusą. Korona. Zwiedził wszystkie komnaty, ale nie znalazł jej. Nie, korona nie mogła być kawałkiem złotego metalu. Dostrzegłby ją. Nic nie mogło umknąć przed jego wzrokiem. To coś innego. Ten przedmiot musi być niematerialny. Coś pozbawionego jednej formy, jednego kształtu. Tylko, właśnie, co? Myśl, zagadka, świadomość czegoś, poprawna odpowiedź? Tak trudno określić niczego nie czując.

Awatar użytkownika
Kontakt:
Posty: 3709
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

12 lis. 2013, 05:22

MG

Niewzruszona poza Kościeja wsłuchującego się w wywód Anemetiusa i obserwującego jego ruchy nie zdradzała ascendentowi kompletnie niczego. Czaszka, w której osadzono pełniące rolę oczu diamenty obracała się z chrzęstem na wysłużonym atlasie, szczerząc się do świadomej kuli czystej energii, jakby bawiło ją wszystko, czego się owa kula podjęła i o czym „mówiła”, przesyłając słowa bezpośrednio do jej wnętrza. Paradoksalnie, w całej swej mądrości magiczny twór nadal nie był w stanie pojąć motywów postępowania swojego jedynego towarzysza, uznając je za nielogiczne i pełne sprzeczności. Sam zainteresowany nie zamierzał niczego ułatwiać, stroniąc od podawania konkretnych odpowiedzi i bawiąc się z Anemem na wszelkie znane mu sposoby. W tym szaleństwie musiała być metoda, a przynajmniej o tym usiłował przekonać się ascendent, dopasowując wszelkie znane mu przesłanki do jednego toru myślowego. Mierzył swoją miarą, nie uznając innych możliwości, co jawiło się jedynym powodem, dla którego nie potrafił zrozumieć większości rzeczy, które działy się wokół niego od kiedy przekroczył próg starożytnej świątyni.

Ostatni strażnik ruin stał się nieco mniej gadatliwy, respektując powagę chwili i nijak nie komentując słów tego, którego oprowadzał. Tak oto bowiem Anemetius zasiadł na tronie AknoKarg, a właściwie rozlał po nim swą esencję. Oczekując na coś wielkiego, ekscytując się tym, co miało nadejść, pewien tego, że jego wnioski były poprawne, ascendent niecierpliwie rozsyłał swe myślowe sondy. Otrzymywał jednak ciągle te same wyniki. AknoKarg nie przyjęło go w ramach korony, a jego jestestwo nie zakłóciło przepływu energii w siedzisku władców.

Wtedy właśnie od ścian Sali Korony odbił się wreszcie gromki śmiech. To Kościej wreszcie pękł, nie wytrzymując dłużej całej patetyczności sceny, której świadkował. Rechotał, pokładając się na posadzce i bijąc w nią swymi pięściami. Niemożebny hałas, jaki wydawał, dopełniał obrazu porażki Anemetiusa, a gdy Kościej z tego wszystkiego rozpadł się na pojedyncze elementy, ten jeszcze-nie-ostatni akt podróży ascendenta nabrał iście groteskowego wymiaru. Tocząca się po podłodze, wyjąca ze śmiechu czaszka nadal nie mogła powstrzymać swojej reakcji.

- Ty… Koroną… – wykrztusiła wreszcie, obracając się tak, aby odwrócić się przodem do energetycznego tworu. - Myślisz, że godzien jesteś zasiadania na tym tronie…? - zapytała, gdy nieco się już uspokoiła. - …Że jesteś ostatnim z rodu wielkich budowniczych tego miejsca? A to dobre! – dodała, ponownie zanosząc się niekontrolowanym rechotem. - Powiem ci sekret, chłopcze. Takiej buty to nigdy mi nie dane było oglądać. Cholera, opłacało się siedzieć w tej skrzyni! - zakończyło to, co zostało z Kościeja, wydając odgłosy symbolizujące głębokie wdechy i wydechy. - No, a teraz, zrób wreszcie to, co od początku miałeś zrobić i przenieś mnie na tron. Już, już, zanim całkiem się rozmyślę - rzekł strażnik, poruszając niedaleką kupą kości, która nadal w jakiś sposób zachowała mobilność.

Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

12 lis. 2013, 20:07

Został wyśmiany. Pusty, martwy rechot odbijał się od ścian gromkim echem, roznosząc po całym pomieszczeniu. Obserwował sylwetkę Kościeja swymi niewidzialnymi oczami i rozmyślał nad całą sytuacją. Uważał że energia świątyni zareaguje z jego własną i ujawni przed nim swój sekret. Oczekiwał, ale żadna zmiana nie nadeszła, żaden przełom nie miał miejsca. Wszystko zdawało się być takie samo. Pomylił się w swych obliczeniach i zaakceptował ten fakt. Jednak czemu? Zaczął szukać rozwiązania. Przecież to on przybył do tego miejsca, on odpowiedział na wszystkie postawione mu zagadki. Pokonał trudności. A mimo to…

Wówczas odezwał się Kościej, a raczej to, co z niego zostało. Czaszka tocząca się po posadzce. Pożółkła i widocznie naznaczona zębem czasu. Kiedy wypowiadała kolejne słowa, jej żuchwa wykrzywiała się we wszystkie strony, co chwila uderzając o podłoże z klekotem. Toczyła się i toczyła, aż w pewnym momencie zatrzymała się tuż u stóp tronu. Głęboko osadzone w oczodołach diamenty zdawały się przenikać na wskroś Anemetiusa, który gdyby zapewne mógł, zmrużyłby oczy z niepokoju. Jednakże teraz jedynie rozważał.

Kościej koroną? Nie, to nielogiczne. Choć może? Przywołał słowa z tablicy. Podróż po świątyni miała ocalić duszę Lkutrata. Obecnie Kościeja podejrzewał o bycie właśnie nim. Gdyby tak było, w jego interesie bowiem byłoby rozwiązanie tych wszystkich zagadek. W ten sposób ocaliłby swą duszę. Teraz jednak przedstawiał siebie jako zaledwie element do swego wybawienia– koronę. A może to znaczyło coś więcej? Koronę ukryto. Kościeja znalazł w skrzyni. Czy naprawdę on mógł stanowić koronę? A jeśli to wszystko podstęp? Może Kościej skradnie mu całą moc? Lecz jakie miał opcje? Był zbyt słaby. Nie miał sił. Znajdował się w patowej sytuacji. Mógł wyłącznie iść dalej.

Niech i tak będzie – zadecydował w końcu po dłużącej się chwili. Spłynął z tronu niczym mgła schodząca z gór. Sięgnął telekinetycznie po czaszkę i ostrożnie ułożył ją na olbrzymim siedzisku.

Nie był pewien słuszności tej decyzji, ale nic już nie mógł zrobić.

Awatar użytkownika
Kontakt:
Posty: 3709
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

14 lis. 2013, 00:57

MG

Przenoszona na tron czaszka z diamentowymi oczami nie odezwała się już ani słowem. Szczerzyła się tylko złośliwie do Anemetiusa, zdając się triumfować. Podobnie jak i wcześniej, nie udzieliła mu żadnych odpowiedzi, pozostawiając swoje plany w sferze domysłów ascendenta. Telekinetyczna siła umysłu energetycznego bytu wreszcie usadowiła ją na miejscu, w którym zażądała się znaleźć. Z początku nic nie wskazywało na to, aby działanie to odniosło jakikolwiek skutek. Po chwili jednak energia tronu zaczęła się wreszcie w uporządkowany sposób poruszać.

Głowa Kościeja zapadła się w sobie, skruszyła i rozpadła. W pył starte zostały nawet kamienie szlachetne umieszczone w jej oczodołach. Energia, która dezintegrowała właśnie czaszkę, była niesamowicie gęsta, czysta i nieprzenikniona. Wycofała się tak nagle, jak się pojawiła. Zanim jednak Anemetius zdążył choćby pomyśleć o tym, że właśnie stracił swą szansę na jej pochłonięcie, za siedziskiem odezwała się niesamowicie głośna seria trzasków i chrupotów. Z niemożebnym hałasem lita skała przedzieliła się w połowie, przesuwając do wewnątrz. Wrota, bo zaiste były to wrota, rozwarły się na oścież, kierowane potężną, magiczną siłą. Coś w Kościeju okazało się kluczem do ostatniej, największej komnaty. Wreszcie ascendent zrozumiał, dlaczego jeden z fragmentów kołowej mapy został odłamany. Symbolizował on to, co zostało ukryte z dala od zmysłów istot zarówno śmiertelnych jak i nieśmiertelnych. Bariery tłumiące aury magiczne opadły, a szum energii z lekkiego, przypominającego odgłos poruszanych wiatrem liści przerodził się w potężne, basowe buczenie, które wypełniło całą świątynię. Odgłos ten zdawał się rezonować z całą górą, w której wykuto te komnaty, wprawiając skały w wibracje. Magiczne zmysły Anemetiusa oszalały, nie będąc już w stanie dawać mu jednoznacznych sygnałów. Świat stanął dla niego w płomieniach, to jaśniejszych, to ciemniejszych, jednak prawdziwie oślepiająca była zawartość ostatniego pomieszczenia.

Komnata Źródła była w rzeczywistości naturalną jaskinią, którą budowniczowie AknoKarg zabezpieczyli siecią skomplikowanych dla niemal każdego śmiałka prób. Z pewnością rasa, która odpowiadała za całe to zamieszanie chciała, aby ktoś w końcu tutaj dotarł. Ich pragnienie spełniło się, bowiem tak oto Anemetius stanął przed tym, po co tutaj przyszedł. Grota wypełniona była jasnymi, czasem przezroczystymi kryształami. Piękno pomieszczenia było przytłaczające, jednak świadoma kula mocy widziała w nich tylko jedno – nieprzebrane zasoby czystej energii magicznej. Każdy z kamieni był swoistym zbieraczem, w mozolny sposób pochłaniającym energię magiczną z terenu Wichrowych Szczytów. Mimo, że czysta energia magiczna występowała w przyrodzie niezwykle rzadko i szybko się rozpraszała, tej zaklętej komnacie udało się zogniskować jej niesamowicie wielką ilość. Znaczyło to o tym, że musiały znajdować się tutaj przynajmniej kilka tysięcy lat.

Z perspektywy Anemetiusa przyrost mocy w kamieniach był znikomy, właściwie niezauważalny. Wiedział, że gdyby odwiedził to miejsce za rok, jej zasobów, o ile w ogóle, byłoby tylko nieznacznie więcej. Duży udział miał tutaj czynnik losowy, bowiem przyrost energii nie był proporcjonalny i zależał od wielu nieprzewidywalnych, a mających miejsce w Wichrowych Szczytach, zdarzeń, polegających głównie na chaotycznym uwalnianiu mocy magicznej przez użytkowników zaklęć. Ascendent mógł przeto całą potęgę bez problemu zaabsorbować, aby zaczęła stanowić część jego, zbudowanego z takiej samej materii, ciała. Zanim jednak zdecydował, czy i w jaki sposób to zrobić, jego zmysły odebrały jeszcze jeden bodziec. Pośrodku jaskini znajdowała się leżące na boku popiersie. Wyrzeźbiono je misternie w ogromnych rozmiarów rubinie, a przedstawiało łysego mężczyznę o spokojnym obliczu. Pod jego szyją znajdował się fragment barków, jednak ukształtowano go tak, aby popiersie można było usadowić na kuli. Anemetius od razu skojarzył fakty. Znajdująca się za jego plecami, w Komnacie Korony, kamienna sfera idealnie pasowała do tego okrągłego wyrzeźbienia. Sam rubin również był zaklęty, ale struktura magii w nim zaklętej była o wiele bardziej skomplikowana, niż w kryształach pełniących raczej rolę swoistego magazynu. Głowa stanowiła fragment golema, który miał za zadanie uaktywnić się, gdy ktoś, kto tutaj dotrze, poskłada go do kupy. Nie było to wszak szczególnie skomplikowane.

Anem stanął przed ostatecznym wyborem. Mógł pochłonąć całą, ogromną moc AknoKarg, nie przejmując się jego tajemnicami, bądź chwilowo obejść się smakiem i uruchomić golema. Miał przed sobą perspektywę potęgi, jednak nie wiedział, czy poskładanie automatonu nie pozwoli mu na więcej. Po jednej stronie szranków stanęły chciwość i żądza mocy, a po drugiej zachowawczość i stawianie na pewną kartę. Ryzyko było ogromne, a półśrodki mogły spowodować absorpcję mniejszej ilości mocy bądź niewłaściwe działanie golema, którego ogromnym sercem jawiła się Komnata Źródła. W tym ostatnim zadaniu nie mógł ascendentowi pomóc nikt – ani Kościej, ani Infia, ani tym bardziej mechaniczne istoty znajdujące się w kompleksie.

Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

14 lis. 2013, 13:48

Kiedy czaszka znalazła się na miejscu, wyczuł zachodzącą zmianę w strukturze przepływu energii magicznej. Dotychczas chaotyczna i nieuporządkowana stanęła, zawróciła i zaczęła płynąć jednolitym rytmem. Machina została wprawiona w ruch i nic już nie mogło jej powstrzymać. Obserwował jak na kości czołowej powstaje niewielkie pęknięcie i brnie dalej, przecinając czaszkę Kościeja czarną szczeliną, od której rozchodziły się inne pęknięcia. Nim zdążył cokolwiek uczynić, cała struktura kostna zapadła się w sobie niby wessana od środka i ostatecznie rozkruszyła. Dwa diamenty zalśniły po raz ostatni i sekundę później podzielił y los swego właściciela, przeistaczając się w pył, który został zdmuchnięty przez hulający wewnątrz świątyni wiatr. Tak oto nastąpił koniec Kościeja. Przewodnika. Ostatniego świadka dawnej potęgi budowniczych.

Wówczas ujawniły się wrota. Skała rozdzieliła się i rozsunęła z głuchym trzaskiem, ujawniając dalszą drogę. Uderzyło w niego potężne echo nagromadzonej magii. Z trudem mógł utrzymywać projekcję otoczenia, które w jego świadomości co chwila rozbłyskało, śnieżyło, zanikało, to na nowo rozjaśniało potężnym blaskiem. Niewiele czekając ruszył otwartym przejściem, docierając do jaskini wypełnionej wielkimi kryształami. Buczały i rezonowały ze sobą nawzajem, wzmacniając siłę swej aury.
Jednak wyczuł coś jeszcze. Znacznie bardziej skomplikowanego w swej naturze. Rubinowe popiersie imponujących gabarytów. Bardzo możliwe, że miało szersze zastosowanie, jednak podjął już decyzję przekraczając progi tej świątyni. Potrzebował jak najwięcej energii, by móc realizować swe plany, badać magię i się rozwijać. Nie miał zamiaru trwać bezczynnie. Dlatego też priorytetem stało się wchłonięcie całej tej mocy.

Zatrzymał się przed jednym z kryształów. Pozostała tylko kwestia jak wyciągnąć to, po co tu przybył. Zadaniem tych minerałów było gromadzenie czystej magii, nie jej oddawanie. Posiadały taką budowę, by znajdująca się wewnątrz moc nie mogła uciec. Musiał więc przerwać tą szczelną strukturę. Stworzyć ujście. Niemniej w możliwe jak najmniej inwazyjny sposób. Nie podejrzewał, aby te kryształy cechowały się dużą wytrzymałością. Posiadał wiedzę na temat magicznych przedmiotów i tego, jak je kreować. Wiele razy przyszło mu pracować z surowcami wykorzystywanymi do tworzenia zaklętych artefaktów. Należało obchodzić się z nimi niezwykle delikatnie. Gdyby tak…

Postanowił spróbować wykonać minimalny otwór na powierzchni tuż u podstawy. W tym celu zamierzał ukształtować zaklęcie, które miało wytworzyć telekinetyczne wiertło. Podczas gdy zazwyczaj uderzenia telekinetycznie nie posiadają stałej formy i przypominają rozproszoną falę, tym razem złączyłby cząsteczki magiczne z własną wolą i nadał im konkretny wymiar stożka zwężającego się u góry. Mając to byłby gotów rozpocząć mozolne wiercenie otworu, a kiedy by mu się udało, mógłby wyssać nagromadzoną wewnątrz kryształu czystą magię jak wampir juchę swej ofiary. Jeżeli ten plan by zadziałał, powtórzyłby proces z każdym z kryształów.

Awatar użytkownika
Kontakt:
Posty: 3709
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

16 lis. 2013, 02:14

Wyglądało na to, że nawet umysły o teoretycznie nieograniczonym potencjale czasem były w stanie formować błędne wnioski. Nieważne, czy rozpatrywać będzie się procesy myślowe orka, elfa czy świadomej kuli energii – wszystkie naznaczone były czynnikami losowymi zdolnymi całkowicie je wypaczyć.

Tak też było w tym przypadku. Oczarowany potęgą, która się przed nim ujawniła, Anemetius stracił na chwilę umiejętność racjonalnego myślenia. Komnata, do której wpłynął, pulsowała mocą, rozpraszając jego i tak już przerzedzoną strukturę. Ascendent pławił się w aurach, tracąc co jakiś czas kontakt z rzeczywistością. Znajdował się w energii, oddychał nią, konsumował ją i składał się z niej. Poczucie czasu przestało dla niego istnieć, a niesamowite, wielobarwne obrazy, jakie raz po raz atakowały jego, niestosowaną jeszcze do nowej formy, jaźń całkowicie wypełniły jego myśli. To, co poczuł, wymykało się pojmowaniu każdego innego mieszkańca Spektrum Lewiatana. W pewnym sensie można było to porównać do chwilowego oświecenia, jakiego doznał w Morinhtarze, zanim tajemniczy mag, który pozbawił go śmiertelnego ciała, usunął Anema z Autonomii. Nieskrępowana, dzika radość, świadomość braku ograniczeń i własnej potęgi zawładnęła energetycznym bytem. Nie dziwota więc, że jego telekinetyczne zdolności wymknęły się nieco spod kontroli. Jego stan podobny był do upojenia narkotycznego, a gdy jego myśli poczęły wiercić dziury w jednolitych kryształach, co rzekomo miało mu zapewnić lepszy dostęp do mocy w nich zawartych, nie wszystko poszło zgodnie z planem. Kierowany niepojętą logiką byt przystąpił do swego dzieła, starając się działać powoli i metodycznie, dziurawiąc kamienie jak kokosy. Niestety, kryształy nie były podobne do orzechów, a energia była w nich ulokowana równomiernie, więc działania ascendenta nie dały mu żadnych wymiernych korzyści.

Gdy tylko jednak Anemetius poczuł, że skondensowana moc zawarta w pierwszym krysztale gotowa jest się mu natychmiastowo oddać, mimowolnie przyspieszył swe ruchy. Niecierpliwość, jaką okazywał podczas podróżowania po AknoKarg znalazła wreszcie swoje ujście. Jego myśli stały się chaotyczne, a telekinetyczne wiertła przerodziły się w niszczące komnatę tornada. Kryształy pękały jeden po drugim, kiedy nieograniczony w kwestii absorpcji mocy duch karmił się jednym po drugim, znajdując w tym niesamowitą radość. Zwyciężył. Nie liczyło się dla niego nic, prócz siły, w którą wzrastał z sekundy na sekundę. Kryształy zostały zmielone na pył, wyciśnięte do ostatniej kropli mocy. Na nic zdały się wysiłki budowniczych tego miejsca mające na celu wskazanie istotom odwiedzającym AknoKarg właściwej drogi. Cała spuścizna starożytnej razy została w mgnieniu oka pożarta przez wygłodniały, energetyczny byt. Niemała, zgromadzona w tym miejscu, a niedostępna obecnie wiedza rozpadła się w niwecz. Subtelne wskazówki, jakie pradawna, humanoidalna rasa po sobie pozostawiła, okazały się niewystarczające. Wielcy budowniczy nie przewidzieli, że na progu ich gmachu stanie nie zwyczajny śmiałek, ale żądny potęgi, niematerialny byt o inteligencji i mocy sprawczej pozwalającej mu na pokonanie ich prób. Nawet, jeśli zdawali sobie sprawę z tego, do czego może dojść, nie zabezpieczyli Źródła w naiwnej wierze każącej im sądzić, że ten, kto odnajdzie rubinową głowę golema, poskłada go i uruchomi. Cóż, ich mentalność znacząco różniła się od istot żyjących w piątym wieku Ery Feniksa, za co płacił teraz ich twór.

Sam Kościej, nie widząc w Anemetiusie przyszłości dla dzieła swoich ziomków, postanowił wypełnić dane mu przed wiekami zadanie bez udzielania mu jakichkolwiek informacji. Miał jasne instrukcje, cała otoczka była jedynie dodatkowym przedstawieniem, jakiego się dla rozrywki dopuścił. To on był Koroną, on miał poprowadzić tego, kto go znajdzie, przez wszystkie próby. Dla ascendenta nie było jednak ratunku, był wszystkim tym, czym ta nieumarła istota brzydziła się za życia – wypranym z uczuć, zbyt wiele myślącym tworem, który nie jest w stanie posiadać pragnień innych jak te dotyczące zwiększania własnej potęgi. Kościej odbębnił swoją robotę bez głębszego spoufalania się z Anemetiusem, właściwie dobrowolnie oddając mu dostęp do jednego z większych magazynów czystej energii tego Spektrum. Przekreślił pierwotny zamiar budowniczych… I nie pomylił się.

Tak oto bowiem, w zdruzgotanej Komnacie Źródła, lewitował byt o pięciokrotnie większych rozmiarach, niż pierwotny Anemetius. Jego esencja była skoncentrowana na tyle, na ile pozwalało mu jego mistrzostwo w posługiwaniu się mocą, a jej łącznych zasobów było ponad tuzin razy więcej. Z początku ascendent zgubił się w sobie, nie potrafiąc zebrać całości mocy, ale teraz przyzwyczaił się już do nowej formy i kontrolował ją całkowicie, zdając sobie sprawę także z wad bycia tak naładowanym energią bytem. Jego postać powiększyła się, miała więc więcej kontaktu ze światem zewnętrznym, przez co szybciej się wytracała. Oczywiście, w obecnej chwili nie musiało go to kompletnie interesować. Ponadto, w tak skondensowanej formie Anemetius świecił oślepiająco, wydając buczenie przy poruszaniu się i intensywniejszych rozmyślaniach. Pamięć tego będącego niegdyś synem Ylminy tworu stała się pamięcią niemal absolutną. Wszystko, czego doświadczał, wypalało się w niej niemal na stałe, podczas gdy wcześniejsze wspomnienia zostały idealnie uporządkowane. Potencjał umysłu ascendenta zwiększył się do niewyobrażalnych dla śmiertelnych rozmiarów, pozwalając mu gromadzić nieprzebrane zasoby wiedzy. Teraz musiał ją jednak odszukać, czego na pewno nie mógł zrobić w tym miejscu.

Czując, że drgania, jakie spowodował, dewastując Komnatę Źródła, spowodują wkrótce zawalenie się całego kompleksu, co w konsekwencji mogłoby nieco utrudnić mu wydostanie się z AknoKarg, Anemetius wiedział, że niczego więcej tutaj nie znajdzie. Rubinowa, łysa głowa spoglądała na niego smętnie, przygaszona i smutna jakby, stanowiąc ledwie cień tego, czym mogłaby się stać, gdyby nie działania świadomej, obecnie wcale ogromnej, kuli mocy. Gdyby tylko byt ten pozwolił sobie na abstrakcyjnie odczucia, zobaczyłby w rzeźbionych oczach osąd, a sam poczułby winę. Teraz jednak, dumny ze swej nowej formy, wreszcie mógł wcielić w życie inne, z dawna zapowiadane plany.

GRATULUJĘ! Po horrendalnie długim czasie, trzech Mistrzach Gry, kilkumiesięcznych czasem zastojach i wielu momentach zwątpienia dobrnąłeś wreszcie do końca sesji „Ruiny AknoKarg”. Nowe właściwości Twojej postaci zostały opisane powyżej, możesz je teraz wprowadzić do Karty Postaci, wrzucając posta do odpowiedniego tematu. Proponuję dodać tam umiejętności takie jak „Niesamowity potencjał umysłowy” i „Niemal absolutna pamięć”. Dziękuję za wytrwałość, bardzo (jak na obecne warunki) szybkie odpisywanie, trzymanie się za wszelką cenę charakteru postaci i po prostu znakomite RPG. Chociaż nie ja byłem kreatorem tej sesji, z przyjemnością ją dla Ciebie przez ten ostatni rozdział poprowadziłem. Licząc na więcej w przyszłości, zmieniam niniejszym tryb Twojej gry na swobodną i uwalniam Cię z okowów sesji. A teraz idź, siej przerażenie w swej nowej formie. Zostań tym, kim chciałeś zostać od zawsze. Zatrzęś Lewiatanem.

Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

16 lis. 2013, 03:53

Podkład

Moc. W tej chwili, tym momencie, tylko i wyłącznie to słowo istniało w umyśle Anemetiusa. Cały racjonalizm, logiczne myślenie, ostrożność, roztropność – wszystkie te cechy, którymi się przecież od początku kierował, odeszły na drugi plan. Wyblakły zasnute gęstym całunem. Zostały zastąpione niepohamowaną żądzą wchłaniania nieprzebranych ilości czystej magii. Raz zasmakowawszy nie mógł się powstrzymać. Proces ruszył jak lawina. Przytłoczony całą tą wspaniałością magii zatracił się. Nie kontrolując siły własnych poczynań, nawet nie dostrzegł, iż zaczął kruszyć kryształy, które z hukiem pękały i zawalały się, wzbijając tumany kurzu. Kakofonia gwałtownych dźwięków wstrząsała jaskinią. Chciał za wszelką cenę wydobyć każdą najmniejszą cząsteczkę magii. Nic nie miało prawa się zmarnować. Polował niczym drapieżnik. Wściekle, bez opamiętania. Jeżeli jakiś głupiec odważyłby się mu przerwać, spotkałby go tak straszliwy los, że nie w sposób jest to opisać słowami. Ascendent stał się iście żywiołem własnych pragnień. Ukrytych głęboko, lecz gdzieś zapisanych.

Z każdą kolejną porcją stawał się silniejszy. Czuł to. Miał tego świadomość. Rósł. Wręcz pęczniał. Początkowo nie był w stanie nad tym zapanować. Mógł to porównać wyłącznie do tego, co czuł podczas wydarzeń mających miejsce w lochu, kiedy zdobył moc i odrzucił ciało. Olśnienie. Nieopisane wyżyny. Informacji, możliwości, wszelkich docierających do niego bodźców było po prostu za wiele nawet jak na jego i tak rozwinięty umysł. Ten zaś zaczął się samoistnie rozszerzać. Obejmować swym naturalnym polem te obszary, które dotychczas były uśpione lub w ogóle nie miał pojęcia o ich istnieniu. Przechodził wewnętrzną ewolucję. Jego blask był tak intensywny, że gdyby jakakolwiek żywa istota patrzyła wprost na niego, oślepłaby w paru chwilach. Lśnił jak mała, żyjąca gwiazda. Napajał się tą chwilą.

Wysuszone z mocy resztki kryształów wirowały dookoła niego, wraz z kawałkami skał oraz piaskiem. Natężenie nagromadzonej w nim mocy było poza skalą. W końcu – po trwającej jakiś czas burzy – nadszedł czas opamiętania. Teraz już wiedział. Ujarzmił samego siebie. Wraz z wyssaniem ostatniej drobiny czystej magii i dodaniem jej do swej powłoki, powrócił żelazny rozsądek. Zimna logika. Wrota szaleństwa zostały zatrzaśnięte. Zdał sobie z czegoś sprawę. Możliwość zdobycia wiedzy o budowniczych przepadła. W tym aspekcie zawiódł. Przybywając tu liczył, że uda mu się wyjść podwójnie zwycięsko. Z mocą, jak i wiedzą. Lecz uzyskał wyłącznie moc. Ale to dzięki niej ma teraz możliwości do niemalże nieskończonego rozwoju. Gdyby tylko Kościej nie okazał się być elementem układanki…jedną myślą zmusiłby go do posłuszeństwa. Niestety. Było już za późno i na nic zdadzą się rozważania.

Tajemnica AknoKarg prawdopodobnie ostatecznie została pogrzebana. Jednak niechaj pradawni twórcy nie rozpaczają w zaświatach! W swym poświęceni i geniuszu pozwolili ponownie narodzić się istocie, której celem jest perfekcja w najczystszej postaci. Nadchodzi nowa era. A jej echo zatrząśnie światem!

Jaskinia zaczęła się walić. Zniszczenie kryształów naruszyło podwaliny całej konstrukcji. Strop pokryły przypominające pajęczynę grube pęknięcia oraz szczeliny, powiększające się w zastraszającym tempie. Coraz większe kawałki skał odrywały się od ścian. Anemetius nic więcej już nie mógł tu osiągnąć. Uniósł się jako wielka kula buczącej, jarzącej energii i powiódł na górę do Komnaty Tronu, która również powoli ulegała destrukcji. Potężne filary pękały i z łoskotem opadały na podłoże, niszcząc je. Wielki tron zadygotał i niczym rozłupany przez młot rozdzielił się na dwie połowy, a te z kolei obróciły się w perzynę. Cała świątynia wydrążona we wnętrzu góry zapadała się. Majestatyczne korytarze, hale, komnaty, pomieszczenia. Nic nie mogło się ostać. Tysiącletnie sale miały ostatecznie spotkać swój koniec. Dewastacja w Komnacie Źródła doprowadziła do efektu domina. Opuszczając AknoKarg za Anemetiusem wiodła destrukcja. Gdy już znalazł się na zewnątrz, przez zmurszałą bramę wystrzeliły kłęby kurzu i liczne kawałki kamieni w akompaniamencie ogłuszającego szumu. Coś tąpnęło niemiłosiernie. Jakby sami bogowie uderzyli o podwaliny ziemi. Odgłos ten powędrował echem aż po krańce Wichrowych Szczytów, wystraszając wszelką zwierzynę. Ptaki zerwały się do lotu. Wnętrze góry zapadło się. Jej wierzchołek zaś uległ zniekształceniu.

Taki spotkał koniec świątynię AknoKarg. Jednakże Anemetius już o tym nie rozmyślał. Ten etap został zakończony. Skierował swój niewidzialny wzrok na zachód. Nadszedł czas – pomyślał, i pomknął w tylko sobie znanym kierunku.

z/t

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 18 użytkowników online: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 18 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 51994
Liczba tematów: 2959
Liczba użytkowników: 1035
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: izka
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.