Ruiny AknoKarg

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

Ruiny AknoKarg

05 sty 2013, 03:04

Wysoko pośród Wichrowych Szczytów, gdzie granica między niebem i ziemią zaciera się wśród obłoków i rzadkiego, chłodnego powietrza, znajduje się olbrzymia półka skalna, do której wiedzie kręty szlak. Na tej samej półce widnieją pozostałości po świątyni, której czasów świetności mało kto pamięta, o ile ktokolwiek żyw. Pojedyncze, wolnostojące jeszcze kolumny z czarnego jak noc kamienia obrosły dawno pnączem i bluszczem. Dookoła widać pełno głazów i bloków marmuru zakopanych do połowy w ziemi, gdzieniegdzie popiersie lub pomniejszy posąg tak zniszczony, że nie w sposób ocenić, co przedstawiają. Potężne fragmenty zapewne niegdyś wspaniałej budowli opierają się z trudem o zbocze, w którym widać wykutą, zmurszałą bramę – wejście do wnętrza góry, gdzie znajduje się właściwa, nienaruszona część świątyni Akno’Karg.


Wielkie korytarze wewnątrz góry są wykonane z nienaturalnie gładkiego kamienia lśniącego słabym, białym światłem niemal niknącym w ciemnościach. W zatęchłym powietrzu unosi się pełno kurzu i choć mogłoby się zdawać, że nikt nigdy tu nie był, to na popękanej posadzce można dotrzeć ślady po ogniu, a liczne drzwi wyważone z zawiasów wskazują jednoznacznie na czyjąś interwencję. Mimo to pośród wielkich korytarzy ciągnących się nie wiadomo jak głęboko panuje niezmącona cisza. Całość spowija silna aura magii o ponurym charakterze. Wręcz złowieszczym. Cóż może czaić się w tym spowitym tajemnicą miejscu?


Obrazek
(Korytarze wewnątrz góry)
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 122
Rejestracja: 18 sie 2012, 03:30
GG: 2608032
Karta Postaci: viewtopic.php?p=33157#33157

16 sty 2013, 20:39

I tak o to, wielka podróż ku ruinom wskazanym przez Anemetiusa rozpoczęła się. Po opuszczeniu Wolenvain, wraz ze swoim niejako zbyt ambitnym towarzyszem, Infia wyruszyła w stronę przeciwną do swojej ojczyzny – na północ. Wedle zakodowanej przez ascendenta drogi, miała udać się po trakcie przez trzy niewielkie miasta – Nalin, Ainuri i Lasves, a następnie wspinać się wysoko po krętych ścieżkach Wichrowych Szczytów. Niby nic wielkiego, szczególnie po tym, jak przez bity tydzień chodziła w tę i we w tę jedynie po to, by oddawać swoją energię magiczną. Ale jednak – komu by się chciało tyle łazić?
Pierwszy etap podróży – czyli droga z Wolenvain do Nalin. Wszystko poszło gładziej niż myślała. Pogoda jak dopisywała na początku, tak dopisywała teraz – było przyjemnie. A samo miasto? Miasto wyglądało jak miasto – nic ciekawego. Może było tu mniej tych wszystkich niehumanoidalnych dziwolągów niż w samej stolicy, ale czy jest się czemu dziwić? Infia pomyślała, że nie będzie się tutaj zatrzymywać. Trzeba było wykorzystać dobrą pogodę, póki ta jeszcze dopisywała. W dodatku nie czuła się jakoś nadzwyczaj zmęczona. Czynniki te sprawiły, że postanowiła jedynie przejść przez miasto, robić tym samym jak najmniej szumu swoją obecnością – o ile jakikolwiek szum robiła. Tuż po wyjściu z miasta jednak, pożałowała tej decyzji. Jakby jakieś fatum, klątwa czy omen, nagle na ziemię runął deszcz. Chmury przysłoniły ledwo już widoczne słońce, a wiatr zaczął wiać nieco mocniej. Cholerny deszcz. Tak jakbym nie miała więcej problemów. – pomyślała, spoglądając na swoje ubranie, które mogło niejako przemakać i ukazać innym nieco więcej niż sama by chciała. Ale teraz nie było już czasu na zawracanie i szukanie schronienia. Trzeba było iść dalej. I pomyśleć nieco dłużej przed wyruszeniem w drogę. Ale co poradzić – Infia raczej jeszcze nie była stuprocentową dorosłą osobą. A przynajmniej jak się wydawało – na umyśle.
Dziewczyna była jednak zmotywowana – obiecane przez Anemetiusa kosztowności ciągle dawały jej coraz to nowszych i świeższych sił. Sił, które wystarczały jej, by przetrwać ten cały opad i wkrótce potem dojść do Ainuri, gdzie mogłaby przeczekać, aż wszystko się uspokoi. Infia weszła do miasta i czym prędzej znalazła pierwszą lepszą oberżę. I niestety, trafiła na raczej średniej jakości karczmę. Usiadła sama, gdzieś w boku tak, by nikomu nie wadzić. I mimo tego, że raczej starała się unikać kontaktu wzrokowego, "stali bywalcy" raczej jej na to nie pozwalali. Wpatrywali się w nią, nikt nie wiedział czy to w tę całą anomalię na jej ręce, czy może po prostu na jej przemoknięte cycki. Raczej na to drugie. Zresztą… Poszła, zamówiła piwo, za niewielką sumkę pieniędzy. Oczywiście i tu nie obeszło się bez głupich docinków karczmarza na temat jej tyłka. W każdym razie, ułożyła nogę na nogę, rozsiadła się wygodnie i zaczęła powoli chłeptać otrzymane od szynkarza szczyny – bo inaczej tego piwska raczej nazwać nie można było. Po około pół godziny postanowiła opuścić przybytek. Oczywiście w ramach pożegnania, musiała usłyszeć gwizd jakiegoś gościa. Kompletnie się tym jednak nie przejęła – miała inne, ważniejsze rzeczy do roboty. Banda pierdolonych zboczeńców. – pomyślała, wyglądając za karczemne drzwi. Mimo tego, że dalej było mokro, rozchmurzyło się trochę i z nieba spadały już jedynie kropelki wody. Przelotny deszczyk, eh. Mam nadzieję, że więcej tego nie będzie. Przynajmniej dziś… – wyciągnęła rękę w celach analitycznych. W końcu, o ile miała się wspinać po skałkach, gdzieś tam wysoko, wysoko w górach, to wolała raczej żeby było sucho. Zmiatam z tego przeklętego miasteczka. – odrzekła, po czym jak najszybszym krokiem ruszyła dalej.
Kolejnym – i pewnego rodzaju ostatnim stosunkowo bezpiecznym etapem podróży, było miasteczko Lasves. Tym razem jednak, Infia postanowiła je całkowicie ominąć. Swobodnym krokiem szła traktem, przeszła przez niewielki most, a zeszła z drogi i ruszyła w lewo.
Anemetiusie, nie jestem pewna czy dobrze idę. Ale będę szła na północ od tego całego Lasves. Zachodnią częścią jakby. To chyba dobrze, no nie? – oznajmiła mu, jednak ten nie raczył odpowiedzieć. Cholerny cymbał. Ciekawe czy tobie by się tak wesoło zapierdalało przez taki kawał drogi. Jeszcze mnie popamiętasz, cholerny wybryku natury. – pomyślała, jakoby zwalając winę na to, że jest mokra i nieco zmęczona – na niego. Miała jedynie nadzieję, że będąc jakby w jej ciele, nie może wyczuć tego, co rzeczywiście myśli.
Woa! – nagle stanęła, widząc jak wysokie i strzeliste są góry, które już potrafiła dostrzec. Z początku była wniebowzięta – widok był przepiękny, nigdy w życiu nie widziała tak wysokich gór. Szczególnie, że wychowała się na nizinach. Jednak nie minęła chwila, a zastanawiała się, jak do cholery miała tam wejść. Anemetiusie, przeklinam cię i te twoje ruiny. Lepiej, żeby coś tam rzeczywiście było. – pomyślała sceptycznie nastawiona do tej całej wyprawy. Bo w końcu nawet jak znajdzie jakieś skarby, to jak je zniesie na dół? Poprosi kogoś? I podzieli się łupem? Nigdy. Bądź co bądź – to był jednak problem na później. Teraz jednak nie miała już wyboru – poszła dalej.
Gdy tylko dotarła u podnóża gór, poczuła coś dziwnego. Jakby wyzwanie stojące przed nią było wręcz… namacalne. I w sumie – takie było. Infia nabrała powietrza. Ech, raz się żyje. Chociaż… zresztą, nieważne. – i wtedy, zapominając o czym pomyślała, ruszyła, jeszcze po śliskich skałkach do góry.
Wraz z wysokością, skala wyzwania wydawała się rosnąć. Było jej coraz trudniej oddychać. Ty to cholerny pomiocie masz łatwo. Tylko sobie czekasz. Pewnie mnie wykorzystujesz tylko dlatego, bo samemu ci się nie chce wchodzić.[/i ] – i kiedy tak sobie myślała, poślizgnęła się o kamień.
Auu, cholera jasna! – krzyknęła, upadając na kolano. Już po chwili delikatnie sączyła się z niego krew, której nawet nie mogła zatamować. Szkoda jej było jedynego opatrunko-podobnego materiału na tak małą rankę. Niech cię szlag trafi. – dodała i na tym poprzestała negatywne myśli, w celu wygaszenia tego ciągłego pecha.
I tak, błądziła, wspinała się, szła, ślizgała się. Aż w końcu, wydawało się że trafiła. Tak… to chyba to miejsce. – jednak by całkowicie się upewnić, musiała użyć swoich niewielkich mięśni i wspiąć się po śliskiej skałce. Jej szczupła sylwetka służyła raczej to innych celów, jednak i z tym udało jej się uporać.
O kurwa… – kiedy tylko weszła na górę, nie kryła zdziwienia. To co ujrzała było… zachwycające. Więc rzeczywiście miał rację. Ciekawe czy mógłby mi coś jeszcze wgrać do rozumu. Hehe, to byłoby dobre, nie omieszkam go zapytać. – uklęknęła na zdrowszym kolanie po czym nawiązała telepatyczną rozmowę z ascendentem.
Anemetiusie, to tutaj. Ech. Jesteśmy. – odetchnęła, zmęczona wchodzeniem na górę. Nie miała zamiaru sama rozglądać się po tych ruinach. Wyglądały trochę… przerażająco. Wolała bezpiecznie poczekać na tęcze – choćby, żeby nie było tu tak szaro. W tym czasie splunęła na palec i ocierała rankę na swoim aksamitnym kolanku. Podobno działało.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

16 sty 2013, 21:50

Anemetius cały czas towarzyszył Infii, chociaż ona nie mogła tego wyczuć. Już nawet nie chodziło o sam fakt przebywania w jej ciele, ale o samą świadomość Ascendenta, który chociaż pogrążony w medytacji, wciąż był obecny i odnotowywał każde zdarzenie. Nie ingerował jednak w żaden sposób oszczędzając potrzebną energię. Samo wniknięcie w jej ciało służyło temu celowi. Chociaż żadne góry, morza czy inne naturalne przeszkody nie stanowiły dla niego wyzwania, wszystko miało swą cenę. A on nie należał do istot skorych do rozrzutności. Zwłaszcza teraz. W obecnym, osłabionym stanie. Tak więc organiczne ciało Infii idealnie spełniło swą rolę darmowego transportu.

Im bliżej byli gór, tym silniejsza stawała się docierająca od nich magiczna aura. Anemetius wyczuwał ją już z daleka, a każdy krok kobiety tylko wzmagał jego chęć znalezienia się na miejscu. Mimo to cierpliwie oczekiwał – czas był nieubłagalny, lecz nie dla niego. Jego jedynym warunkiem egzystencji była magia. Reszta czynników kształtujących rzeczywistość nie miała żadnego znaczenia – czas oraz przestrzeń stały się zbędnymi pojęciami pozbawionymi wartości.

Kiedy dotarli do gór i Infia używając swego ciała próbowała w sposób nieporadny– w opinii byłego efla – wspiąć się na szczyt, Ascendent już skupiał uwagę na świątyni i towarzyszącej jej aurze magii. Mimo braku zdolności widzenia świata takim, jakim jest, to w miejscach o silniejszym natężeniu magicznym potrafił "widzieć" dokładniej, aniżeli jakakolwiek inna istota. Wiedziony magią kreślił w swym umyśle dokładny obraz całego otoczenia – nawet najmniejszego zakamarka. Tworzył skomplikowaną wizualizacyjną mapę we własnej świadomości. Widział – o ile tak to można określić – myślą. W sposób dokładniejszy niż jakiekolwiek oko. Obiekty powiększał, pomniejszał – zależnie od upodobania – przestawiając pod różnym kontem – a wszystko za mocą samego nieskończonego umysłu. Mimo to nawet on nie był w stanie sięgnąć w głąb ruin. Coś go blokowało. Coś sprawiało, że obraz był czernią. Jakby napotykał barierę. Magia była zbyt skoncentrowana. Broniła się przed ingerencją. Aby wejrzeć głębiej w ruiny musiałby się w nich znaleźć.

Intrygujące – pomyślał.Silne fluktuacje magiczne. To dobry znak. Tam musi coś być.

Po…jakimś czasie, którego upływu nie określał, w końcu znaleźli się na półce skalnej tuż przed ruinami. Szczątki budowli znajdowały się wszędzie dookoła, lecz i tak najbardziej intrygująca była brama w zboczu góry. Czuć było jak bije od niej nieznana moc. To właśnie tam.

Opuścił ciało Infii bez żadnego ostrzeżenia dosłownie pojawiając się tuż obok. Pierw oczy kobiety zalśniły świetlistą mgiełką, by następnie całe jej ciało pokryło coś na wzór wielobarwnych płomieni, które poruszając się jakby obdarzone wolną wolą skupiły się w jednym miejscu i spłynęły na ziemię, gdzie przybrały formę Ascendenta.

Uszkodziłaś swoją organiczną powłokę – zauważył na powitanie, nawiązują telepatyczny kontakt – Wybierając drogę naprzeciwko szanse na doznanie urazu byłyby o wiele mniejsze. Powinnaś o tym pomyśleć, zamiast działać tak pobieżnie i lekkomyślnie. Każda twa rana oznacza zmniejszenie twych sił.

Przerwał. Nic nie czuł do kobiety. Patrzył na nią przez pryzmat logicznego działania i jej możliwej użyteczności. Jakiekolwiek obrażenia były wysoce niewskazane.

Tak, w istocie, jesteśmy na miejscu – dodał, zbliżając się do wielkiej bramy wykutej w zboczu góry. Wszystko dosłownie ociekało magią, a to co wewnątrz wręcz nią pulsowało. Z jednej strony bardzo dobrze, z drugiej…cóż. Wysoki poziom ostrożności będzie prawdopodobnie wymaganym minimum.

Nie chcę cię straszyć, gdyż wiem, że emocje negatywnie potrafią wpłynąć na psychikę organicznych istot, lecz powinnaś zdawać sobie sprawę, że w środku może czaić się… wszystko. Dlatego radzę ci niczego nie dotykać. Nawet jakby było wykonane z diamentu. Chyba że ci na to pozwolę. Byle puchar może być obłożony straszliwą klątwą, która sprawi, że twe ciało zgnije i umrze – wybadał aurę – I wcale bym się nie dziwił, gdyby tak było. Aura tego miejsca wskazuje, że spoczywa tu jakieś uśpione zło. Pozostałości wielkiej magii, mrocznej przeszłości lub też…esencja jakieś istoty. Nie zdziw się widząc duchy. W takich miejscach to wysoce prawdopodobne.

I to rzekłszy minął bramę. Zapewne gdyby był tym, kim jeszcze niedawno był, poczułby strach, zgrozę i zimny pot na plecach, lecz to miejsce wzbudzało w nim tylko magiczną fascynację oraz żądzę wiedzy i mocy. Cóż za tajemnice mogą się skrywać, skoro Terelian dotarł tutaj do "Mocy, której żaden śmiertelnik nie powinien widzieć na oczy". Śmiertelnik. A on nim już nie był.

Ruszaj za mną i nasłuchuj. Będziesz mymi uszami.

Awatar użytkownika
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

17 sty 2013, 23:37

MG:

>Tło

Chociaż droga nie była łatwa, a szczególnie na tym ucierpiała noga Infii, to udało się – byli na miejscu. Starożytna konstrukcja imponowała pod względem nie tylko wizualnym ale i emocjonalnym. Infia, o Anemitusie już nie wspominając, czuła bijącą z wewnątrz mistyczną energię magiczną, która aż przyprawiała o dreszcze.

Eksploracja takiego miejsca to ryzyko którego dwójka się podjęła w imię bogactwa i wiedzy. Kamienne wrota już od dawna leżały rozłupane, mimo wszystko płatki śniegu w tej mroźnej krainie wciąż roztapiały się gdy dotykały złamanych run na kamieniach. Głazy ciągle emanowały magią i biły ciepłem, po tylu latach wciąż… Jaka potęga musiała się tu skrywać, jaka rasa musiała to miejsce zamieszkiwać. Perspektywy były obiecujące, dla obojga bohaterów.

Ogromny korytarz po bokach którego stały szeregi wielkich kolumn owiany był mrokiem. Dopiero gdy dwie istoty pojawiły się wewnątrz – pochodnie zapaliły się rozjaśniając wszystko dookoła. Znajdowali się w ogromnej sali po której echo kroków słychać było jeszcze przez trzy sekundy po uderzeniu, nie było tam żadnych zdobień, ani nic co mogłoby zachwycać – po prostu wielkie kamienne pomieszczenie, jednak mimo to, świadomość potęgi i niegdysiejszej wagi tego miejsca zapierała dech w piersiach (o ile ktoś je miał).

Wciąż potężna aura tego miejsca niemal tłamsiła, dusiła Ascendenta. To niebywałe, jednak ten wiedział, że jakiekolwiek posługiwanie się magią w tym miejscu będzie trudniejsze, czuł się jakby znajdowali się w czymś co zaraz ma wybuchnąć. Nie można było powiedzieć żeby sytuacja była komfortowa. Dla Infii powietrze było po prostu stęchłe i trudne do oddychania.

Cisza niemal kuła uszy człowieka, naturalnie przerywały ją tylko od czasu do czasu wiatr I trzaski płomieni pochodni. Zdawałoby się, jakby czas i bogowie zapomnieli zupełnie o tym miejscu, silne podmuchy wiatru z zewnątrz wciąż uderzały nieprzyjemną temperaturą, nawiewając przy tym śniegu do pomieszczenia.

Po środku znajdował się kamienny podest, a na nim taki sam krąg, którego jedna trzecia została odłamana i śladu po niej nie było. Gdy się zbliżyć można było zobaczyć, że to co istniało było grubym kamieniem w którym powydrążano jakieś tuneliki, była to wręcz istna sieć takich tuneli, które prowadziły do kilku większych wyrytych kręgów i czworokątów. Pośrodku tych natomiast zawsze widniał jakiś symbol – worek, głowa, strzała, kraty, korona, czy gwiazda. Kiedyś było tego zdecydowanie więcej, jednak zaginęło z odłamaną częścią.

W głąb pomieszczenia znajdowały się drewniane drzwi, przynajmniej kiedyś. Pozostało tylko jedno spróchniałe skrzydło wiszące na dolnym zawiasie ledwo się trzymając. Za nimi droga korytarzami prowadziła w prawo, lub w lewo.

Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

20 sty 2013, 16:28

Wielobarwna mgiełka unosiła się nieznacznie nad starożytną posadzką pokrytą pęknięciami i grubą warstwą kurzu, który przy byle podmuchu wiatru podrywał się mieszając w tańcu ze śniegiem wpadającym przez zmurszałą bramę. Gigantyczne kolumny niknęły w mroku spowijającym niewidoczny sufit, jednak gdy tylko znaleźli się w środku, ciemność rozproszył blask samoistnie zapalających się pochodni. Momentalnie korytarze wypełnił charakterystyczny syk odbijający się donośnym echem od wysokich ścian emanujących dziwnym światłem.

Ascendent zatrzymał się. Jego istota mieniła się słabym światłem promieniującym na przemian różnymi kolorami, które biegły po ścianach i podłodze korytarza, tworząc cienie o różnorakich kształtach. Teraz, będąc wewnątrz, mógł dokładnie przeanalizować aurę tego miejsca. Tak jak podejrzewał – fluktuacje energii były niezwykle zagęszczone. Z tego powodu nawet jego zaklęcia mogą mieć osłabione efekty. To niezwykłe. Takie miejsca występowały niezwykle rzadko. Tylko parę razy natknął się w paru wiekowych księgach o wspominkach na temat tak silnego natężenia magii, aby mogło wywoływać zaburzenia w przepływie drugiego obiegu. Tę tajemniczą enamencję można było porównać do wielkiego brzemienia, które starało się przycisnąć go do ziemi. Mimo to opierał się temu, odczuwając jedynie pewien psychiczny dyskomfort. Przeświadczenie o skrywanej przez to miejsce potędze wzrosło w umyśle Ascendenta.

Jego uwadze nie umknął kamienny podest z wyryty tajemniczym kręgiem. Całość była uszkodzona. Brakowało znacznej części. Przekształcając obraz w swej świadomości wykonał powiększenie, aby móc przyjrzeć się temu z większą dokładnością. Takie miejsca miały to do siebie, że bardzo często kryły wskazówki na wyciągnięcie ręki. Trzeba było je tylko poprawnie odczytać i zauważyć. W całej konstrukcji wyróżnił kilka kręgów oraz czworokątów. Co ciekawsze – zawsze w ich centrum znajdował się inny symbol. Możliwe, że był to jakiś wielki magiczny krąg skupiający energię, niema wskazówka, do czego niegdyś służyło to miejsce, lub zwyczajnie pozbawiona znaczenia ozdoba. Worek, głowa, strzała, kraty, korona, i gwiazda. Ludy żyjące dawniej chętniej niż dzisiejsze posługiwały się symbolizmem kryjącym prawdziwe znaczenie. Zwłaszcza śmiertelnicy uważali to za o wiele bardziej…dojrzały sposób przekazywania wiedzy. Korona stanowiła atrybut władzy. Głowa to dom umysłu – siedziba mądrości oraz wiedzy. Gwiazdy to boski aspekt. Nieosiągalny dla śmiertelników. Wykraczający poza zrozumienie. Gwiazdy są wieczne i wskazują drogę. Kraty – niewola. Ograniczenie. Strzała i worek. Znaczenia tych dwóch symboli nie potrafił odgadnąć. Worek…być może chaos. Nieuporządkowanie. Do worka wrzuca się mało znaczące rzeczy, które leżą w nieładzie. Strzała to szybkość. Przecina powietrze niczym błyskawica. Precyzja.

Jeżeli usłyszysz jakiś niepokojący dźwięk, poinformuj mnie o tym, Infio – zwrócił się do kobiety telepatycznie – Mam ograniczoną zdolność odbierania zmysłów z wiadomych względów.

Miał tylko swój magiczny "wzrok", który przy tej ciążącej aurze również mógł go zawieść.

Minąwszy podest znaleźli się przed rozgałęzieniem dróg. Mogli iść albo w prawo, albo w lewo. Nie miał żadnych informacji, na których mógłby opierać swoją drogę. Jeżeli chodzi o symbolizm i ukryte znaczenie winien wybrać prawą drogę – prawa strona była zawsze tą lepszą. Przynosiła błogosławieństwo. Nie bez powodu mówiło się "jesteś mą prawą ręką". Jednak dla organicznych istnień lewa stanowiła symbol życia, gdyż ich serce biło właśnie tam. Jaką drogę powinien wybrać?

Świetlista mgiełka zakręciła się niespokojnie. O wiele lepszym rozwiązaniem będzie zdać się na swe umiejętności niż na jakieś martwe przesądy o symbolice.

Poczekaj chwilę – zwrócił się ponownie do Infii – Zaraz znajdę właściwą drogę.

Zapadł w medytację i skupił swoje myśli w celu wychwycenia jakieś aury, znaku, impulsu, czegokolwiek, co wskazałoby mu właściwą stronę. Coś musiało przecież wytwarzać całą tę aurę. Sama z siebie by nie powstała. A z pewnością nie z taką mocą. Rozpoczął sondowanie aury tego miejsca, szukając jakichkolwiek wahań lub skoków mocy. Starał się sięgnąć swym umysłem głębiej i głębiej w mroki świątyni.

Awatar użytkownika
Posty: 122
Rejestracja: 18 sie 2012, 03:30
GG: 2608032
Karta Postaci: viewtopic.php?p=33157#33157

20 sty 2013, 22:17

Pocieranie śliną być może i działało, ale widocznie nie było najskuteczniejszym sposobem na zatrzymanie co prawda niewielkiego, ale jednak – krwawienia. Zdecydowanie bardziej wolałaby nałożyć na siebie jakiś zbędny, bawełniany opatrunek. Albo na jakiś czas chociaż stać się taką tęczą, jaką był Anemetius. Bo w sumie jemu to pewnie nie przeszkadzały jakieś takie proste fizyczne obrażenia… A skoro nie, to jak w ogóle można było go pokonać? Skoro miecze, topory i reszta oręża prawdopodobnie nie miały na niego wpływu, a on sam magią posługuje się niemal perfekcyjnie… Wymagający przeciwnik, nie ma co. W moim przypadku pozostaje chyba ucieczka, hehe. – pomyślała, zadowolona nie wiadomo czym, ot tak, na wypadek zerwania kontraktu. Chociaż i tak takiemu scenariuszowi nie dawała zbyt wiele szans. Anemetius nie był raczej istotą żadną destrukcji i zniszczenia. A przynajmniej, nie dał tego po sobie znać.
Ech… – kobieta była ciągle zmęczona wspinaczką. Zerknęła na swoją lewą rękę, przypominając sobie ile to ona przeszła przez ostatnie paręnaście dni. Cholera, moje skurwiałe szczęście. – pomyślała, ciągle wpatrując się w pajęcze znaczki. To ta ręka służyła Kiljamowi, by uciec z pułapki Anemetiusa, robiąc niemałą ranę na dłoni. To ta ręka służyła Kiljamowi, by stworzyć sobie jakieś szlaczki z posoki. To ta sama, cholerna ręką również poddana została działaniu energii ascendenta, której uczucie pamiętała do teraz. Ale było, minęło. Teraz chciała skupić się na misji. A właściwie na dotarciu do bogactwa, które pewnie czekało gdzieś tam, we wnętrzu tej całej świątyni.
Kiedy tylko Anemetius poszedł wgłąb ruin, kobieta ruszyła za nim. Nie odstępowała go na krok. Ba, nawet przybliżała się do niego im dalej weszli. Powietrze było mętne. Oddychanie, nie przychodziło jej równie łatwo, jak na zewnątrz. Wyczucie ogromu wydzielającej się z tej misternej struktury magii również nie należało do najtrudniejszych.
Jakoś średnio mi się tu podoba. – odrzekła niepewnym głosem wsłuchując się w jakoby przeraźliwą ciszę. Bądź co bądź – swoje życie ceniła ponad bogactwa. Mimo to oglądając się raz w jedną, raz w drugą stronę, starając się dostrzec jakichś nadchodzących zagrożeń. Oczywiście, nie tylko jej oczy czuwały. Uszy, nos, usta. Całe ciało. Wykorzystywała to, czego nie miał Anemetius. Wykorzystywała ludzkie zmysły. Wiadomo, bywały wątpliwe. Jednak wedle ascendenta, w pomieszczeniu takie jak to, to jednak one powinny grać pierwsze skrzypce. W końcu, ostrożności nigdy za wiele.
Mam złe przeczucie co do tych twoich… ruin. – raz jeszcze spojrzała się na wnętrze. Poza typowo zielonkawą barwą, która była niejako urocza, nie widziała tutaj nic co mogłoby ją zainteresować. Kolumny nie wyglądały na bogato zdobione. Może miały swój mistyczny urok, ale wkutych w nie diamentów ciężko było się dopatrywać. Sufit? Również nic ciekawego – parę sklepień przy kolumnach i w sumie nic więcej. Może głębiej będzie coś ciekawszego… – pomyślała, spoglądając na podest. Ten był już nieco bardziej interesujący.
Te wszystkie symbole… to jakaś wskazówka? Jak sądzisz? – zapytała ascendenta sama starając się rozwikłać co mogą oznaczać. Worek to pewnie mieszek z pieniędzmi, korona też coś ze złotem powiązana pewnie. Kraty nuda, nieważne pewnie, gwiazda też z bogactwem. Głowa – pewnie jakiegoś szlachcica co tu mieszkał, a strzała yyy… też nieważna. Teraz jakoś da się to poukładać? Może każdy z tych znaków oznacza punkt w historii tej całej kultury… No, od gwiazdy by się zaczęło. A strzała to mogła być zawsze główna broń mieszkającej tu rasy. Potem jakaś korona czy coś. A może sama strzała wskazuje kierunek, w którą stronę należy się udać? Albo dotknięcie tego symbolu gdzieś nas przenosi? A może każdy symbol wskazuje kierunek co gdzie jest w tych ruinach? Na przykład korona oznacza tron, strzała zbrojownię, kraty lochy i tak dalej. Cholera, tyle możliwości, a pewnie tylko jednak prawdziwa. – rzadko kiedy to robiła, ale tym razem rzeczywiście wywołała prawdziwą, jednoosobową burzę mózgów.
A może powinniśmy jakoś poszukać tego odłamanego kręgu. Może tam będzie coś więcej? Osobiście mam pewne podejrzenia co do tej całej… zagadki – o ile to w ogóle zagadka jest… – zwróciła się do ascendenta. Słysząc jednak, że zaraz znajdzie on właściwy kierunek, kobieta postanowiła trochę wstrzymać się ze swoimi przemyśleniami. Przystopować. W sumie, to on był tym mądrzejszym.
Yawn. – kiedy Anemetius zapadł w totalnym bezruchu, po chwili Infia ziewnęła i powolnym krokiem ruszyła w stronę najbliższej z kolumn. Ponownie rozglądnęła się, w razie bezpieczeństwa, sprawdzając czy wszystko jest jak być powinno i dotknęła powierzchni kolumny. Huh, ale kurzu. – pomyślała wycierając pozostały pył o ubranie. Pech chciał, że zrobiła to lewą ręką. Cholera, i na dodatek jeszcze jest brudna. Szlag by to trafił.
A tak w ogóle, jak to jest być takim… czymś? – odrzekła z ciekawości. W sumie średnio obchodziło ją to, że przerywa mu w tej jego medytacji, ale co poradzić. Było jak było.
A jak coś usłyszę, dam ci znać. – dodała, po czym ucichła. Zdawała sobie sprawę, że może akurat tutaj rozmowa nie należała do właściwych rzeczy. A przynajmniej taka werbalna.
Awatar użytkownika
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

22 sty 2013, 20:17

MG:
> TŁO
Anemitus na rozdrożu skupił się mając zamiar odsłonić tajemnicę ruin. Wszechobecna magia był dla niego niczym zapach sera dla szczura w labiryncie i dzięki niej mógł zapoznać się z całą konstrukcją.

Światło i aura Ascendenta zmalały, skupiły się w centrum egzystencji migocząc lekko. Na początku towarzyszył temu zjawisku niski, basowy szum, który nawet Infia doskonale słyszała, stłamszona magia ruin dała o sobie znać. Ognik jakby rozdzielił swoją jaźń na dziesiątki, każda ruszyła w inną stronę badając zakamarki zapomnianej budowli. W końcu, magiczna istota była w stanie stworzyć sobie wizję korytarzy i… dziwne, te kształty…

Po ziemi ruin nagle przeszedł delikatny wstrząs, kurz i kamyczki spadły z sufitu lądując na posadzce, jeszcze większy niepokój zawitał w sercu kobiety. Rozejrzała się nad sobą czy wszystko w porządku, trzęsienie nie było silne i wszystko wyglądało w porządku. Nieco przestąpiła kroku odchodząc na bok, zachowując czujność.

Czy to możliwe, że cała budowla była na tyle magiczna, żeby miała własną osobowość, lub co gorsza – aby te ruiny było wrogie dla nowych gości? A co tu sobie biedna miała innego myśleć, gdy stała sobie spokojnie i jeśli nie te kamyczki cicho uderzające o ziemię, nigdy by nie zgadała, że zaraz na nią runie cały, potężny kwadratowy blok. Rozszedł się huk, łomot, jakby sami bogowie gigantycznym młotem uderzyli o krainę Lewiatana, Infia leżała obok na plecach z sercem walącym jej o pierś z siłą omal nie łamiącą jej żeber, jak nigdy przedtem, oczy szeroko otwarte wyrażały niedowierzanie kobiety we własne szczęście… lub jego brak. W ostatniej chwili zdążyła odskoczyć na i uratować sobie życie.

Gdy wyszedł ze stanu koncentracji, aura i światło Anemitusa buchnęły, niczym ogień w palenisku, powracając w efekcie do swojej dawnej formy. Energiczne ruchy powrotu nad stół wyraziły zainteresowanie – wszystko było już jasne. Kamienny krąg to mapa, symbole na niej więc muszą mówić o przeznaczeniu wszystkich komnat. Pozostaje tylko kwestia odłamanej jednej trzeciej części mapy i pytania się z tym wiążące – przypadek, starość? Więc gdzie jest ta część, bo nigdzie blisko. A jeśli nie przypadek, to czemu ktoś miałby to robić?

Dopiero po chwili prób rozwiązania tej zagadki, Ascendent zauważył wielki kamienny blok leżący na ziemi, a którego wcześniej tu nie było – no i leżącą obok kobietę. Znając rozłożenie korytarzy z mapy, mogli ruszyć dalej gdzie tylko chcieli.

Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

22 sty 2013, 22:07

Sięgnął umysłem w głąb mrocznych korytarz obejmując świadomością całą zawiłą budowlę. Chociaż jeden, odbierał magię z wielu miejsc jednocześnie. Zapuścił swe sondy myślowe głęboko w mrok budowli, wykorzystując do tego wszechobecną energię magiczną. Stanowiła jego most, przez który swobodnie przesyłał myśli odbierające otaczającą rzeczywistość. Jeden, a wszechobecny. Wszystko zaczęło układać się w spójny obraz. Jakby znikąd pojawiały się kolejne nowe elementy wzbogacające podświadomą projekcję ruin. Każdy detal pojawiał się w wyobrażeniu Ascendenta wraz z drogą pokonaną przez jego sondy. Po jakimś bliżej nieokreślonym czasie proces został zakończony. Myśli powróciły do niego. Zebrał je, przeanalizował dogłębnie, przekształcił i odtworzył każdy szczegół. Wizja została uformowana. Korytarze posiadały zaskakujące kształty. Biegły we wszystkie strony jak mrówcze tunele. Krzyżowały się wzajemnie. Tworzyły wiele ślepych zakamarków. Co w nich było? Nie miał pojęcia. Anemetius miał tylko w swojej świadomości szkic – swoistą mapę ruin. Czystą. Lecz wyróżniało się parę większych komnat. Być może w nich…

Skupiona forma Ascendenta powróciła do swojej naturalnej postaci. Lekko migocząca biała kula rozdęła się i buchnęła zalewając okolicę wielobarwnym światłem, które wyciekło z kuli i na nowo uformowało dziwny, enigmatyczny kształt pod postacią kolorowej mgiełki unoszącej się delikatnie nad posadzką.

W tej samej chwili odnotował pewną zmianę w przestrzeni i dostrzegł zmianę – wielki kwadratowy blok zwalony na podłodze. A obok dysząca, leżąca na plecach Infię. Z łatwością można było wyczuć jej strach i przerażenie. Emocje śmiertelniczki mieszały się w jej aurze tak wyraźnie, że byle początkujący adept mógłby je odczytać. Nie dziwił się emocjom kobiety. Każdy organiczny organizm by tak zareagował. Jakże łatwo było przewidzieć reakcje tych niższych istot. Tak łatwo można było nimi manipulować znając ich psychologiczne procesy.

Mówiłem ci, abyś bardziej uważała – skarcił kobietę nawiązując z nią telepatyczny kontakt – O ile mnie nie stałaby się krzywda gdyby ten blok runął prosto na mnie, o tyle twoja śmierć byłaby stuprocentowo pewna. Dlatego wykaż się większą rozwagą oraz ostrożnością. Twoja śmierć tutaj okazałaby się nieproduktywna.

Stwierdził oczywisty fakt, który sama musiała zrozumieć. Zbliżył się do niej i wniknął momentalnie w jej ciało nie pytając się nawet o zgodę. Nie miał zamiaru tracić mocy na coś taki prymitywnego jak podróż. Mięśnie kobiety idealnie nadawały się do tego zadania. Sprawdziły się w podróży na szczyt góry. Poradzi sobie z prostą powierzchnią.

Te symbole to mapa – wyjaśnił – Kierując się nimi powinniśmy dotrzeć do żądanych miejsc.

Zamilkł zastanawiając się nad wyborem. Worek, strzała, kraty, korona, głowa i gwiazda. Jaki symbol powinien obrać za pierwszy? Liczyły się tylko dwa ostatnie gwiazda – boskość i głowa – wiedza. Reszta przyziemnych, materialnych symboli nie miała żadnego znaczenia. Być może poza Infią, dla której z pewnością korona najpiękniej wyglądałaby na jej własnej głowie. Lecz jej żądze mogły chwilowo poczekać.

Kieruj się prawym korytarzem – zadecydował po chwili – Idąc nim powinniśmy dotrzeć…

I to powiedziawszy zamilkł, dodając w myślach: do gwiazdy. Moc czekała.

Awatar użytkownika
Posty: 122
Rejestracja: 18 sie 2012, 03:30
GG: 2608032
Karta Postaci: viewtopic.php?p=33157#33157

23 sty 2013, 18:27

Ech… długo jeszcze? – odsapnęła zniecierpliwiona, czekając kiedy to w końcu Anemetius zakończy tę swoją medytację. Ile można było szukać właściwiej drogi, skoro można było udać się tylko w dwie strony. Rozumiem, gdyby było tu ze sto korytarzy, ale dwa? I choć co prawda cały proces "szukania" wyglądał całkiem ciekawie, był on raczej no… nudny. W końcu jednak, ascendent zaczął się łączyć w jeden byt, co bardzo ucieszyło Infię.
W końcu… – oznajmiła, kiedy nagle ziemia zaczęła delikatnie… pulsować.
Czyżby lekkie dotknięcie palcem kolumny w celu oczyszczenia jej z kurzu wystarczyło, by po całej budowli przeszedł delikatny wstrząs? Wystarczyło, by ta cała solidnie wyglądająca struktura zaczęła się tak po prostu… walić? Jak widać – najwidoczniej tak. No może walić było trochę zbyt silnym słowem, ale jednak – coś tam się ciągle sypało i kurzyło. Pył, niewielkie odłamki ścian jak i sufitu leniwie spadały na ziemię. I nagle stało się coś znacznie gorszego. No, a przynajmniej znacznie… niebezpiecznego. Kobieta w porę zauważyła, jak spada na nią większy głaz. Ba! Głaz to mało powiedziane. Spadał na nią jakiś kamienny blok.
Infii, w ostatniej wręcz chwili udało się odskoczyć. Udało jej się uniknąć niechybnej śmierci. Zaskoczenie, które owładnęło jej umysł i ciało nie pozwoliło jej jednak należycie wylądować. Ale cóż – lepiej wylądować na plecach, niż umrzeć.
Widziałeś, że to?! Cholerny gruz! – wykrzyknęła z przerażenia, jeszcze z leżącej pozycji. Huh, zostałaby tylko mokra plama. Heh. – przyglądnęła się kawałowi ciężkiej jak kowadło skały, wyobrażając sobie co mogło ją czekać, gdyby nie miała tyle szczęścia.
Tak, tak. Będę bardziej uważać. – oznajmiła "na odwal się" Anemetiusowi. Co niby mogła zrobić? W jaki sposób bardziej uważać? Nie wiedziała, że ta cała struktura jest taka niestabilna. Tyle kurzu, ech. – gdy już wstała, zaczęła się otrzepywać. Ostrożnie włosy, ubranie. Wyjątkowo ostrożnie ręce, kolana.
I nagle czekała ją kolejna niespodzianka. Bez zapowiedzi, ascendent ponownie postanowił wniknąć w jej ciało. Cały ten proces był całkiem przyjemny, ale do cholery jasnej, mógł ją przynajmniej ostrzec. Zresztą, mniejsza.
Mapa? Wiedziałam! Yyy… zresztą nieważne. – wyrwała się jak tylko usłyszała o przeznaczeniu tych całych symboli na kręgu. Czyli powinniśmy iść do korony. O tak, tam pewnie będzie wszystko. Władza, bogactwo. Bogactwo. Dokładnie. – pomyślała, zanurzając się myślami w przyszłość. Jak będzie bogata, życie będzie takie piękne. Oby…
Prawym? A co tam jest? – zadała mu proste pytanie, powoli maszerując do celu. Starała się wszystko obserwować. Po prostu wszystko. A szczególną uwagę zwróciła na… sufit. W razie niebezpieczeństwa była gotowa, by użyć swojego wachlarza.
No dokończ, gdzie powinniśmy dotrzeć. Jak się zaczyna to się kończy. – dodała z delikatnym uśmieszkiem na twarzy. W sumie jedynie uśmiech mógł ją chyba pocieszyć w sytuacji, w której akurat się znajdowała.
Awatar użytkownika
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

26 sty 2013, 06:24

MG:
Korytarze w ruinach były specyficzne – miały jedynie delikatne zakręty, tak jakby to gigantyczny wąż wijąc się wewnątrz góry je tworzył. Tunele były okrągłe, od czasu do czasu ozdobione pochodniami, które zapalały się gdy bohaterowie przechodzili dalej. Wszystko w swej prostocie było wręcz piękne, z pewnością rasa która tworzyła tę konstrukcję była bardzo rozwinięta i mogli ozdobić wszystko nawet złotem – ale tego nie zrobili. Piękno tutaj przejawiało się w skupieniu, nie w wysileniu.

Nie trudno było dotrzeć na miejsce, szczególnie kiedy Anemitus miał w pamięci mapę lokacji. Stanęli przed wejściem, był to łuk – o dziwo zdobiony nieznacznymi rzeźbami w blokach – w którym nie było żadnych drzwi, barier, ni zabezpieczeń. Za nimi duża, pusta sala z kamienną kulą w środku. Kształt pomieszczenia był okręgiem.

Dalej w głębi, za drugim wejściem, znajdowała się biblioteka, większość ksiąg jednak była przegniła, lub zwyczajnie rozsypywały się w pył ze starości gdy ich dotykano, toteż żadnych, jakichkolwiek, informacji nie można było znaleźć.

Z tyłu pokoju biblioteki znajdował się kamienny stół. Na nim poza grubą warstwą kurzu kamienna tablica z tekstem zapisanym nieznanym językiem. Ascendent jednak odczuwał w jakiś sposób treść tego tekstu, było w nim coś magicznego. Napisane było tam:

Lkutrat stracony, łowca królów dziś zwany. I dnia wyruszył z władcą hołd oddać, tam białego świętorogacza znaleźli i uznawszy to za symbol wyznaczyli go. Łowca spiął łuk swój wypuszczając śmierć, jednakże nie tego ona dosięgła kogo powinna, albowiem korona upadła. Gdy zabrawszy ją nieszczęśnik do cechu swego, przyboczni już czekali nań i zadali mu pierwsze pchnięcie. I uciekł do mędrców miasta radząc się co zrobić, jednakże i ci go zdradzili zsyłając wiernych koronie do siebie. Ranili go raz drugi zniewalając. Odebrano godność wraz z wolnością łowczemu czekając aż pusty zostanie i dusze zabiorą bogowie. Jednakże zemsta górę wzięła, albowiem wybranka władcy weszła do pomieszczenia odbierając mu życie. A wiedząc, że korony nikt nie godny schowawszy ją w magazynach kuchni uciekła z miasta.[/p]

Tako rzecze Słowo.

Zbawieni chcąc zostać wyruszamy w podróż, by odwrócić czas. I ocalona zostanie dusza Lkutrata, gdy w miejscach ran trzech cześć mu i modlitwa zostanie złożona. A gdy korona spocznie na tronie raz jeszcze nieistniejące prawdą się stanie.

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 19 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 17 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Vereomil, Viridar
Liczba postów: 52248
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.