Ruiny AknoKarg

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.

Moderator: MG

Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

Ruiny AknoKarg

05 sty. 2013, 03:04

Wysoko pośród Wichrowych Szczytów, gdzie granica między niebem i ziemią zaciera się wśród obłoków i rzadkiego, chłodnego powietrza, znajduje się olbrzymia półka skalna, do której wiedzie kręty szlak. Na tej samej półce widnieją pozostałości po świątyni, której czasów świetności mało kto pamięta, o ile ktokolwiek żyw. Pojedyncze, wolnostojące jeszcze kolumny z czarnego jak noc kamienia obrosły dawno pnączem i bluszczem. Dookoła widać pełno głazów i bloków marmuru zakopanych do połowy w ziemi, gdzieniegdzie popiersie lub pomniejszy posąg tak zniszczony, że nie w sposób ocenić, co przedstawiają. Potężne fragmenty zapewne niegdyś wspaniałej budowli opierają się z trudem o zbocze, w którym widać wykutą, zmurszałą bramę – wejście do wnętrza góry, gdzie znajduje się właściwa, nienaruszona część świątyni Akno’Karg.


Wielkie korytarze wewnątrz góry są wykonane z nienaturalnie gładkiego kamienia lśniącego słabym, białym światłem niemal niknącym w ciemnościach. W zatęchłym powietrzu unosi się pełno kurzu i choć mogłoby się zdawać, że nikt nigdy tu nie był, to na popękanej posadzce można dotrzeć ślady po ogniu, a liczne drzwi wyważone z zawiasów wskazują jednoznacznie na czyjąś interwencję. Mimo to pośród wielkich korytarzy ciągnących się nie wiadomo jak głęboko panuje niezmącona cisza. Całość spowija silna aura magii o ponurym charakterze. Wręcz złowieszczym. Cóż może czaić się w tym spowitym tajemnicą miejscu?


Obrazek
(Korytarze wewnątrz góry)
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru. 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

28 mar. 2013, 17:41

MG

Truposz przekrzywił głowę jak zdziwiony ptak i przez chwilę przyglądał się Anemetiusowi przez błyszczące oczy z diamentów. Potem wstał z klekotem kości, nucąc coś bezładnie. Dopiero teraz mogli usłyszeć, że jego głos niejako odbijał się echem. Logiczne – kościotrup nie miał strun głosowych, więc dźwięk musiał się generować w inny sposób.

Magia.

– Anemetius, Anemetius, Anemetius… – zamruczał, rozkładając szeroko ręce na boki i idąc wzdłuż skraju skrzyni. Balansował na własnych kościach stępu, mamrocząc coś niewyraźnie. W końcu zaśmiał się triumfalnie, zeskoczył na podłogę i klasnął w kości dłoni.
– Wiem! – oświadczył zwycięsko. – Ty nie jesteś Anemetiusem, o chmurko magii, która zwiesz się Anemetiusem! Na wstępie oświadczyłeś mi swój cel. Ty jesteś idiotą! – zakrzyknął, po czym stanął na baczność i strzelił kością piętową jak obcasem.

Dopiero potem złożył głęboki ukłon.

– Imię me Kościej – przedstawił się z dumą, prostując. Trzasnęły kręgi, układając się w idealny, modelowy wręcz łuk. – To znaczy, to nie jest moje prawdziwe imię. Prawdziwe dawno już zostało zapomniane, chociaż jego echa pewnie pobrzmiewają dalej. Nieważne. Dla was jestem Kościej. Dla ciebie Kosteczka, moja damo. Stańże no prosto i nie strzelaj tymi oczami na boki jak spłoszona foczka. Słowo daję, co się dzieje z tą dzisiejszą młodzieżą. Kiedyś to wdzięk był i klasa, a teraz ledwo o ścianę miotniesz, to…

Kościej urwał w pół słowa i podrapał się znów z chrzęstem po czerepie.

– Zaraz. Tak dokładnie, to który my mamy teraz rok? – zadał podstawowe pytanie, po czym wrócił do pytania Anemetiusa. – Pytasz, czym jest to miejsce. Wnioskując z faktu, że strój owej śliczności wpędza mnie w pełne konsternacji zdumienie, a bytowanie obłoczka magii pozostaje niejasne, stwierdzam, że minęło trochę czasu, nim moje oczy ten świat oglądały. Toteż sądzę, że to miejsce jest już ruiną. RUDEEERĄ! – wrzasnął.

Oczy zamigotały wesoło.

– Ale bardzo mile się zdziwię, gdy okaże się, że jest inaczej. Posiąść potęgę tego miejsca, powiadasz… – szepnął i bez żadnego ostrzeżenia ryknął śmiechem, trzymając się za żebra. Nic go nie mogło boleć, ani dusić, bo nie posiadał przepony ani mięśni międzyżebrowych. Miał jednak przyzwyczajenia z czasów, gdy jeszcze posiadał tkanki miękkie.
– A niech mnie! – zarechotał, klepiąc się w rzepki kolanowe. – A mówiłem im te ładne parę lat temu, no po co, no po kiego grzyba… A tu proszę. Zdaje się, że czekałem na ciebie.

Kościej nagle przestał się śmiać i jakby… przymrużył diamenty. Było to wręcz niemożliwe, najprawdopodobniej po prostu cofnął się w tył, schodząc nieco ze światła. Blask odbitych promieni przygasł, co dało wrażenie, jakby nieistniejące powieki kościotrupa lekko opadły. Dziwne. I bardzo niepokojące.

– Albo kogoś takiego jak ty – dorzucił dziwnym, pełnym namysłu tonem. Z głosu raz to przypominał mężczyznę w sile wieku, a raz stetryczałego dziadka.

Kościej z elegancją i stukotem własnych kości na błyszczącej podłodze przebył dzielącą go od Infii odległość. Pożółkła czaszka szczerzyła zęby w nieprzyjemnym uśmiechu.

– Żeby tak za życia moje oczy fascynowały kobiety tak bardzo, jak teraz, po śmierci… – zamruczał, dotykając palcem jej policzka. – Z góry muszę cię uprzedzić, kochanie, że odebranie mi ich nie będzie łatwe.

Odwrócił się. I znów parsknął śmiechem. Zdążył jeszcze wyrwać Infii z rąk niebieską tkaninę i się nią owinąć jak płaszczem.

– A zatem, Anemetiusie! To jest, idioto! – zaczął patetycznym tonem. – Marzy ci się rozwikłanie tej zagadki?
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

28 mar. 2013, 18:45

Wysłuchał monologu…Kościeja ze stoickim spokojem i nawet nazwanie go idiotą nie wzbudziło w nim gniewu, ba, gniew!! Cóż to za uczucie? Znane, ale odległe. Niemożliwe do uchwycenia. Wiedział, co ze sobą niosło. Rozumował je niczym czytany tekst. Potrafił je dostrzec w innych naokoło, ale nie w sobie samym. Kolejny element potwierdzający, iż śmiertelne przywary nie miały już nad nim władzy. Naturalnie gdyby zrobił to ktoś…słabszy, ukarałaby go należycie za okazaną bezczelność wobec istoty doskonalszej, jaką niewątpliwe był. Niestety w tym przypadku jednak to Kościej miał przewagę. Znał to miejsce, kontrolował aurę świątyni. On zaś był osłabiony. Resztki moce jakie posiadał pozwoliłyby mu nawet przy jego wielkich umiejętnościach wskrzesić z trzy silne zaklęcia, może jedno potężne. Siła przemawiała za nieumarłym…do czasu. Kiedy będzie właściwy moment…uderzy.

Tymczasem analizował każdy ruch Kościeja, gest, słowo. Niestabilnie emocjonalny lub zbyt pewny siebie. Teatralne zachowanie. Doskonale. Słabości typowe dla śmiertelników. Łatwe do wykorzystania i obrócenia na własną korzyść. Niewątpliwie wykorzysta te cechy Kościeja przy nadarzającej się okazji. Słabość wobec Infii jako przedstawicielki płci żeńskiej? Nie, raczej nie, aczkolwiek widać szkieletor zachował swoje…ludzkie cechy, co znaczy, iż jest jedynie żałosnym śmiertelnikiem ożywionym przez większą potęgę.

Możesz nazywać mnie jak sobie życzysz, Kościeju – W myślach zaś zastanowił się czy to aby nie ten cały Lkutrata ze Słowa. Mimo to wolał przemilczeć te domysły – Słowa nie mają dla mnie nie znaczenia, gdyż jestem ponad nimi. Udzielając natomiast odpowiedzi na twe kolejne pytanie. Mamy 412 rok Ery Feniksa.

Wyczuł telepatyczny przekaz Infii. Nie mógł określić, czy aby szkieletor ich jakoś nie podsłuchuje, dlatego ochronił swe myśli pewną prostą barierą maskującą. Gdyby Kościej chciał ją złamać – dowiedziałby się o tym.

Konfrontacja z nim jest obecnie niewskazana i nielogiczna. Musimy poczekać. Użyć go jak najwięcej. Kiedy okaże się nieprzydatny lub będzie stanowił jawne zagrożenie…pomyślę, co z nim uczynić. Do tej pory nie wychylaj się i miej wyostrzone swoje zmysły. Bądź naturalna. – przekazał kobiecie myślowe polecenie.

Wyjawiłem ci swój cel, bowiem taka była moja wola – oświadczył pustym tonem telepatycznego przekazu pozbawionego uczuć – Przybyłem rozwikłać zagadkę tego miejsca, które w przeszłości odkrył znajomy mego dawnego mistrza…

Wspomnienia powróciły, ale od razu je odciął spychając w głąb podświadomości. Nie był to czas ani tym bardziej miejsce na przywoływanie dawnych dziejów.

I zdobyć potęgę tej magii dla siebie – kontynuował – Martwym nie jest ona potrzeba – Pozwolił sobie na drobną uszczypliwości wobec obecnego stanu Kościeja. Ciekawe czy zareaguje gniewem. Wszystko służyło wybadaniu reakcji istoty. – W każdym razie. Wszelka pomoc okazałaby się przydatna, a ja nie zapominam o tych, którzy udzielili mi pomocy. Tego możesz być pewnym. Moja interwencja zwróciła ci życie. Gdyby nie ja prawdopodobnie wciąż spoczywałbyś w skrzyni. W dobrym tonie jest spłacać swe długi, prawda?

Niewątpliwie Kościej stanowił źródło wielkiej wiedzy o tym miejscu, gdyż z jego słów jasno wynikało, iż widział świątynię w okresie świetności. Anemetius z chęcią poznałby szczegóły jako kolekcjoner wiedzy, ale wciąż musiał mieć na uwadze, że to on był pretendentem do potęgi tego miejsca, a Kościej…kim był? Obrońcą? Potępionym? Tego musiał się dowiedzieć.

Awatar użytkownika
Posty: 122
Rejestracja: 18 sie. 2012, 03:30
GG: 2608032
Karta Postaci: viewtopic.php?p=33157#33157

28 mar. 2013, 23:36

Behawior kościeja było poniekąd… śmieszny. Cały czas robił jakieś dziwaczne ruchy, miny, gesty. Trochę tak, jakby jeszcze przed śmiercią pracował jako klaun, akrobata czy iluzjonista w jakimś cyrku. A może i rzeczywiście pracował? A ta cała skrzynia to był jego jakiś… nieudany eksperyment, który przy okazji zastąpił grób? O to wolała jednak nie pytać. Ważne było to, że to co mówił do ascendenta przyprawiało ją o uśmiech. Anemetius, istota zaiście poważna, o chyba jeszcze poważniejszych zamiarach i celach potraktowana jak… kretyn. Po czasie z nim spędzonym można było się domyśleć, że nie bardzo się tym przejmuje – mimo wszystko – było to zabawne. Przynajmniej dla niej.
No widzisz… Kosteczko. W dzisiejszych czasach, miotanie kobietami o ścianę to raczej typowo… barbarzyńskie zachowanie. Powinnam być na ciebie zła. – odrzekła typowym, dziewczęcym głosem, któremu towarzyszyła jej wrodzona charyzma. A czy w rzeczywistości była zła? Raczej nie. Miała wobec niego bardzo mieszane uczucia. W gruncie rzeczy zależało jej tylko na tych jego pięknych, błyszczących, wielkich jak kurze jaja – diamentowych oczach. Sama jego persona była jednak całkiem zabawna, co jeżeli już, raczej pozytywnie wpłynęło na opinię na jego temat.
Irytowała ją jednak trochę rozmowa – o ile tak można było ją nazwać – pomiędzy nim a Anemetiusem. Była jakby… za cicha. Połączyć jeszcze z tą dosłownie grobową atmosferą. Ech, no, ale cóż. Na to poradzić za dużo nie mogła. Polecenie tęczy przyjęła ze spokojem, nie zamierzała mu odpowiadać. Czy to za karę, czy to ze strachu przed wszechwiedzącym wydawałoby się umysłem kościeja postanowiła telepatycznie "milczeć", jednak dostosować się do tego co powiedziała wielobarwna mgiełka i rzeczywiście zachowywać się naturalnie. Chociaż w sumie – cały czas się tak zachowywała…
Nagle podszedł do niej, i znów zaczął wygłaszać jakieś dziwne monologi.
Och, w przeszłości na pewno miałeś piękne oczy. Musiałeś rozkochiwać w sobie mnóstwo kobiet. – odrzekła z delikatnym uśmiechem, wpatrując się w jego obecne oczy. W sumie, ciężko było sobie wyobrazić nie-piękne oczy, kiedy teraz spogląda się w dwa diamenty… Drugą część zdania, postanowiła jednak przemilczeć. To, że chciała je zdobyć, widocznie wiedzieli już zarówno on jak i Anemetius. Ale po co miała mu przypominać o tym nikczemnym jak się wydawało – zamiarze?
Rozmowa jednak powoli jakby ciągnęła się zbyt daleko. Szkielet podszedł do niej i bez zawahania przyłożył jej pożółkłą rękę do jej delikatnego policzka. Cóż, właściwie pozwoliła mu na to. Do jakichś przyjemności to może nie należało, ale mogło być gorzej. W dodatku nie wydawało jej się, że byłaby mu w stanie zagrozić, szczególnie po tym co zrobił jej wcześniej. A Anemetius… Na jego pomoc raczej nie miała co liczyć.

//Mam nadzieję, że wszystko jest spójne, bo jestem teraz trochę nieogarnięty. :3 Praise the sun.
Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru. 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

02 kwie. 2013, 17:28

MG

Kościej teatralnie okręcił się swym "płaszczem" z lekko wypłowiałej, nadżartej zębem czasu materii. Wzruszył kościstymi ramionami i paliczkami strzepnął bliżej nieokreślony pyłek ze swojej prowizorycznej szaty, całą swoją postawą wyrażając lekceważenie.

– Kto tonie, ten tonie i w tego tonie jest spłacać długi swoje… – urwał, przekrzywiając czaszkę jak ptak. Wyraźnie zabrakło mu pasującego, rymującego się słowa. -… kulfonie – wybrnął.

Komplementy Infii pod adresem swoich oczu zignorował. Byle kokietka łasa na wielokaratowe błyski węgla, który trochę się ogarnął, nie wzruszały w nim serca.

Najprawdopodobniej przyczyna była tu jedna – nie miał serca. Podobnie jak i innych organów, mogących mu się ewentualnie przydać przy obcowaniu z Infią w zamian za klejnoty. Talerze biodrowe twardo sterczały z materii, a w okolicy spojenia łonowego hulał wiatr.

O, nie. Tym sposobem go nie weźmie, acz…

Zawsze miło sobie pomacać. Palce, choć ździebko skostniałe, wciąż lubią dotyk miękkich krągłości.

– A bądź sobie zła, moja panno – burknął, z przyczyn niejasnych obrażonym tonem. – Wszystkie jesteście fałszywe. Teraz, czy tam kiedyś… Czterysta dwunasty, mówisz, Chmurko o imieniu Anemetius.

Wycelował oskarżająco palec w opalizującą kulkę energii. Diamentowe oczy błysnęły rozżaleniem.

– Słuchajże, no, magu – wycedził. – Ja jestem tutejszym Strażnikiem. Mówicie na mnie Kościej tylko dlatego, że wrodzona skromność nakazuje mi przemilczeć me imię okryte wiekuistą chwałą… I to wcale nie dlatego, że tego imienia prawdopodobnie nikt już nie pamięta.

Gdyby miał ślinianki, to pewnie by splunął. Teraz nie pozostawało mu nic innego, jak tylko prychnąć i wzdrygnąć się, wciąż ze śmiesznie uniesionym palcem.

– Nie zawdzięczam ci niczego – oświadczył tonem urażonej dumy. – To ty powinieneś być mi wdzięczny, że w ogóle mam ochotę z tobą rozmawiać. W tym przybytku istnieje dokładnie jedna istota, która wie, jak rozwiązać zagadkę Lkutrata, dojść tam, gdzie chcecie dojść i przy pomyślnych wiatrach nawet stąd wyjść. Nieprzypadkowo tą istotą jestem JA. Demonstrowanie mi swojej urojonej wielkości nie jest najlepszym pomysłem, na jaki energetyczna chmurka magii mogła wpaść.

Coś szczęknęło głucho w półmroku.

Zęby Kościeja, obijające się o siebie z cichym grzechotem.

– Nie mam obowiązku ci pomagać, magu. – Ostatnie słowo wypowiedział tak, jakby chciał splunąć. – Prawdę mówiąc, wcale nie chcę tego robić. Gardzę tym, co reprezentujesz. Natomiast ty, moja kochana…

Zwrócił błyszczące oczy w stronę Infii. Dopiero teraz mogła zauważyć, że diamenty są przeźroczyste, ale gdzieś w środku, na dnie błyska ciemniejsza, szafirowa barwa. Do złudzenia przypominało to źrenice. Dziwne, zimne, niesłychanie rozumne źrenice, teraz płonące niekłamaną fascynacją solidnie podlaną uwielbieniem.

– Z tobą, kochanie, mogę porozmawiać – dodał już łagodniej. – Bo nie jesteś magiem, prawda, kruszynko? Nie masz nic wspólnego z magią, kwiatuszku, prawda? Nie jesteś obrzydliwą, wstrętną magiczką, jesteś śliczną, grzeczną, słodką dziewczyneczką, hmm? Chodź do wuja, koteczku!

Z chrzęstem stawów wyciągnął przed siebie kościste, pożółkłe ramiona. Kątem brylantowego oka łypnął na Anemetiusa.

– Minuta – warknął chłodno. – Tyle masz, by mnie przekonać, że tajemnice skrywane przez AknoKarg powinny być twoją własnością.

Minuta.

Sześćdziesiąt sekund. A co stanie się potem? Oszałamiająca, obezwładniająca moc? Szaleństwo? Gorzka porażka? Ciemny, zimny absolut?

Czy tylko drwina w błękitnawych źrenicach diamentów?

Wszystko to potem. Za sześćdziesiąt sekund. Kościej odwrócił się przez ramię i przekrzywił czaszkę, najwidoczniej czekając na to, co powie Anemetius. Od tego będzie zależała jego decyzja. Naprawdę był jedyną istotą znającą rozkład pomieszczeń. Mógł im pomóc. Mógł też zaszkodzić. Którą opcję wybierze?

Minuta.[/]

Tylko tyle.


Wybaczcie za zwłokę.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

02 kwie. 2013, 22:17

Strażnik, który spoczywał uwięziony w skrzyni, czy tak, Kościeju? Pomyślał Anemetius, mając co do prawdziwości tego stwierdzenia wielkie wątpliwości. Elementy by się układały w całość, ale niestety jeden fakt nie pasował: domniemany strażnik kontrolował – przynajmniej w pewnym stopniu – aurę świątyni. Ultimatum, jakie zostało mu postawione nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Może i był osłabiony, być może nieumarły miał wpływ na aurę miejsca, ale samą aurą nic mu nie zrobi. Jest istotą czystej magii. Brudna, gorsza magia nie zniszczy go, a nawet zdoła ją oczyścić. Nie jest bez szans. Nawet jeśli – Kościej też jest ożywiony za pomocą magii. Jest niczym więcej aniżeli skupiskiem energii magicznej chowającej się w kościach, tudzież diamentach. Z pewnego punktu widzenia są podobni i on też powinien o tym wiedzieć.

Niech jednak Kościej myśli, iż może zdmuchnąć go byle dotykiem. Niechaj rozkoszuje się w swojej pewności siebie, potędze i ufności we własną moc. Nieostrożny nie dostrzeże podstawowych luk w swych działaniach. A właściwie…nie dostrzegł. Jednej…

Minuta, ach, czas. Cóż za siła. Wpływając na wszystko, a jednak tak względna i trudna do ustalenia. Po spędzeniu stu lat w więzieniu, w zupełnej ciemności, mając do dyspozycji tylko własny umysł i świat w nim stworzony czas przestawał mieć jakiekolwiek znaczenie. Zwłaszcza teraz.

Dobrze, postaram cię przekonać – odpowiedział i w międzyczasie próbując ustalić swoimi zmysłami magicznymi rzeczywistą moc aury Kościeja, nie świątyni i nieco, aczkolwiek niezwykle delikatnie zakląć magią w swe myśli pozytywne, ciepłe uczucia. W ten sposób chciał zwiększyć efektywność ich przekazu, ale bez wywierania presji. Można byłoby to porównać do myślowego ukojenia, złagodzenia. Skupił się na tym zadaniu pozwalając swym słowom telepatycznie płynąć wprost do świadomości Kościeja.

Czy nie chciałbyś widzieć tego miejsca odrodzonego na nowo? Stworzonego do kontemplacji natury istnienia i zagłębiania w arkana magii? Przekształcić tę ruinę w sanktuarium wiedzy? Nadać temu miejscu nowego znaczenia? Wiem, że w głębi pragniesz powrotu do dawnej świetności. Któż by nie chciał?

Przerwał. Teraz zamierzał wyprowadzić swój cios, który o wszystkim zadecyduje. Kościej nie wiedział, że akurat to on wie o pewnym bardzo ważnym szczególiku mogącym bardzo szybko określić prawdę i fałsz.

Jako strażnik tego miejsca z pewnością poznałeś Tereliana. On bowiem zdradził mi oraz memu mistrzowi położenie tego miejsca. Opisał wszystko w księdze. Odkrył źródło potęgi świątyni, lecz je pozostawił. Znałeś go? On cię tu zamknął?

Jeżeli okaże się, iż Kościej nie znał Tereliana wtedy runie jego przykrywka strażnika i wyjdzie na wierzch całe kłamstwo. Wówczas Anemetius pozwoli sobie na o wiele bardziej…radykalne kroki.

Awatar użytkownika
Posty: 122
Rejestracja: 18 sie. 2012, 03:30
GG: 2608032
Karta Postaci: viewtopic.php?p=33157#33157

06 kwie. 2013, 20:45

I choć zachowanie Kościeja coraz bardziej wydawało jej się jeszcze dziwaczniejsze, wywoływało ono na jej twarzy pewien nad wyraz charakterystyczny uśmieszek, którego priorytetową cechą była delikatność. I nie, nie chodziło tu tylko o sam "byt" kościotrupa i jego komiczną egzystencję. Na jego powstanie miało również wpływ to, w jaki sposób porozumiewał się on z Anemetiusem. Tak jakby nic sobie nie robił z jego obecności. Kompletnie się nim nie przejmował. Całkowicie olał to, po co rzeczywiście przyszedł. Ciężko to wytłumaczyć, ale jednak to to sprawiało, że pełne namiętności usta kobiety przyjmowały taki właśnie subtelny kształt.
Cóż, a mężczyźni? Czy oni nie są fałszywi? Bo chyba mi nie powiesz… że to po prostu cecha kobiety, hmm? – odpowiedziała wesołemu szkieletowi. W sumie w tym wypadku miał rację. Infia była fałszywa. I to bardzo. Ale bądźmy szczerzy – reguła zawsze ma jakiś swój… wyjątek.
Przecież każdy, zarówno kobieta jak i mężczyzna mogą być, jak to określasz… fałszywi… – dodała po chwili. Zastanawiała się troszeczkę, czy być może kiedyś, dawno dawno temu, jak jeszcze należał do świata żywych, któraś z kobiet nie sprawiła mu może jakiegoś zawodu. Wielkiego zawodu, po którym jego życie zaczęło się walić. Ale właściwie chęci w bawienie się w odkrywanie tejże przeszłości miała niewiele. Bardzo niewiele. A właściwie, jeżeli być szczerym – równiutkie zero.
Ciągle gadał do ascendenta, tłumacząc mu to, że jest strażnikiem, pilnuje tego miejsca, i tak dalej i tak dalej… aż w końcu odezwał się do niej. Kochanie? Że co proszę?! – pomyślała poddenerwowana, reagując na jego słowa. Chodź do… kogo?! Cholera, to się załatwiłam.
Nie, nie jestem magiem. Czy tam… magiczką. – odpowiedziała spokojnie. To, że znała się trochę na magii nie oznaczała w końcu, że jest jakąś wiedźmą. Znała jedynie parę sztuczek, on sam pewnie jeszcze za życia takie same wyprawiał. No, prawie takie same.
I nagle Kościej otworzył do niej swoje pożółkłe ramiona. Pięknie kurwa, pięknie.. – pomyślała spoglądając na szkieleta. No ale cóż – nie miała za dużego wyboru. Wolała go nie denerwować, przynajmniej nie teraz. No to chyba czeka mnie najdłuższe sześćdziesiąt sekund życia. Kurwa. Oby było warto. – finezyjnym krokiem ruszyła w objęcia "Kosteczki", bądź co bądź, będąc dobrej myśli. Co tam, przecież zdarzały się chyba gorsze rzeczy niż bycie obmacywaną przez obleśnego truposza. Chyba. Miała jedynie nadzieję, że Anemetiusowi uda się go przekonać w te sześćdziesiąt sekund. Ba – albo i krócej. Ale przynajmniej był jeden plus – była bliżej pięknych, wielkich diamentów.
No to jak, Kosteczko? O czym chciałbyś… porozmawiać? – zapytała dość cichym, ale wyjątkowo subtelnym głosem.
Nie wiedziała zbytnio czego może się po nim spodziewać. W końcu ten rzut, który nią wcześniej wykonał do najprzyjemniejszych nie należał. Ale mimo wszystko, nie wydawał się on jakiś nadzwyczaj niebezpieczny. Przynajmniej na razie. W razie czego była przygotowana, by zniknąć jakoś do tyłu. A ciekawe co by było, gdybym zrobiła mu sztuczny harem… Ciekawe czy dałby z minuty powiedzmy… pięć minut na przekonywanie. Albo lepiej nie. – pomyślała, po czym czekała na odpowiedź Kościeja.

//Um, sorry za spóźnienie :D Od razu mówię, że mogę się spóźnić raz jeszcze w następnym tygodniu, bo mam 3 kolosy, projekt i parę badań :( PRAISE THE SUN.
Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru. 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

11 kwie. 2013, 22:39

MG


Kościej przysiadł sobie skrajem miednicy na własnym sarkofagu, założył nogę na nogę (czy raczej kości na kości) postukał paliczkami o przedramiona, zaplatając kościste ręce na piersi. Całą swoją postawą dawał Anemetiusowi do zrozumienia, że przydzielona mu minuta jest minutą straconą. Było to poniekąd zrozumiałe – Kościej musiał być przyzwyczajony do wyrażanie emocji, przynajmniej gdy żył. Teraz, gdy odpadały mu tak ciekawe sprawy, jak wymowne spojrzenia, czy mimika twarzy, pozostawała tylko mowa ciała.
Dobrze – klekocząca mowa kości.
– Czas minął! – wrzasnął dokładnie po minucie, wpadając Anemetiusowi w wypowiedź. Zamachał rozczapierzonymi palcami. Niemniej jednak słuchał go dokładnie.
– Przywrócić dawną świetność, powiadasz… – Przez chwilę kości pogrążyły się w głębokiej zadumie. – Ale tu jest całkiem świetnie, nie sądzisz? Milutko. Zacnie, rzekłbym. No ale dobrze. Arkana magii, powiadasz.
Diamentowe oczy błysnęły dziwnie. A może to tylko odblask? Złudne wrażenie?
Zamachał nogami w powietrzu, słuchając rzekomego ciosu wprost w potylicę. O niejakim Terelianie.
– No, no, no… – zamruczał. – Patrzcie go. Ledwo stracił ręce, a już zapomniał, że się ich nie powinno wpychać między drzwi. I cóż ja mogę począć? Mogę powiedzieć, że go nie znam. Poczujesz się przez to lepiej? O, uwierz, bardzo zależy mi na tym, by strzępek energii poczuł się lepiej. No więc tak – nie znam go. Ale jeżeli poczujesz satysfakcję przez fakt, że mamy wspólnego znajomego, równie dobrze – tak. Mogę go znać.
Zagwizdał przeciągle.
– I co teraz? Jak to sprawdzisz, mój skarbeńku, moja rybeńko taplająca się w zamulonym stawie? – przy końcu wypowiedzi głos Kościeja przeszedł w niemiły, chrapliwy syk. – Nie gryź ręki, co żreć daje, chłopcze. I nie sraj no we własne gniazdo.
Teraz zwrócił się w stronę Infii. Kości stóp stukały o zimną posadzkę, dźwięk niósł się echem, odbijając od kamiennych ścian.
– Dokładnie tak powiem, moja słodka. Kobiety to fałszywe jędze są. Łapy takim poucinać! – Znów zamachał śmiesznie swoimi górnymi kończynami. Zaraz jednak zamarł i zastanowił się głębiej. – Ale, ale. Tak, chyba możesz mieć rację. Mężczyźni i kobiety mogą być tak samo fałszywi. Co do joty! Weźmy tu tego. Chmurzastego, no, jak mu tam, Anemiocośtam. Osobiście odnoszę wrażenie, że jest fałszywy. Źle mu z energii patrzy, ot co!
Oczy Kościeja błyskały wesoło. Nawet mało wnikliwy obserwator zauważyłby, że robi sobie z nich żarty. W jednym Anemetius się pomylił… Kościej wcale nie był tu więziony. Anemetius wcale go nie zbawił. Było dokładnie odwrotnie. To on leżał tu lata, całe setki lat, by móc mu właśnie pomóc. Lub nie.
Zależnie od tego, czy Anemetius będzie Wybranym, czy też Idiotą.
Na razie był Idiotą.
Przyskoczył do Infii. Koścista dłoń spoczęła na jej krągłym pośladki i ścisnęła go z wyraźnym ukontentowaniem. Kościej zaraz odskoczył znów, chichocząc jak podlotek.
– O czym chciałbym porozmawiać… – zamruczał, zasłaniając dłonią miejsce, w którym normalny człowiek ma usta. – Pomyślmy, kochana… O skarbach tego miejsca! O cudownym, obezwładniającym bogactwie! Klejnotach stokroć bardziej cennych niż te marne kawałki kamyków w moich oczodołach! Chciałabyś je, moja śliczna? Chciałabyś mieć je wszystkie?


Akapity wstawię potem, edytując posta. Na razie nie mam na to czasu, wybaczcie, nie chciałam, żebyście czekali dłużej.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

13 kwie. 2013, 21:41

Wyglądało na to, że mieli impas. Kościej jak widać nie czuł zainteresowania złożoną propozycją. Co za ograniczony, żałosny, prosty umysł. Nieważne, jaką posiada się moc, jeżeli jej jedynym celem jest samo jej posiadanie. Moc należy przekuć w idę. Nadać większego znaczenia. Trudno. Negocjacje zawiodły, a on nie miał zamiaru dłużej marnować swojego czasu na tą żałosną istotę. Nieumarły nie powiedział niczego istotnego. Jedynie zachowywał się jak pozbawiony ogłady smarkacz, któremu wręczono przerastające jego możliwości zabaweczki. Być może będzie bardziej skłonny do współpracy, kiedy pokaże mu się, kto tu naprawdę zna się na tajemnych mocach?

Posiadał niewiele czystej energii, ale wiedział, że nawet jej niewielka ilość może wytworzyć z siebie wiele pustych cząstek potrzebnych do rzucania zaklęć. Po wydarzeniach z akademii dostrzegł pewną zmianę w postrzeganiu magii. Dotychczas patrzył na nią jak na jedną istotę złożoną z niewielkich, zamkniętych sfer magii – nazywanych przez niego właśnie cząsteczkami. Teraz natomiast –podświadomie – dostrzegał w nich puste cząstki, które same ulegały w nim przemianie przekształcając się w czyste, a proces ich rozproszenia zachodziły z łatwością. Cała lata badań nad strukturą magii okazały się być niczym w porównaniu do obecnego poziomu egzystencjalnego. Używanie zaklęć energii byłoby w tym przypadku głupotą, gdyż opierają się na czystych cząstkach, ale…odwrotnie.

Nałożył na swe myśli zaklęcie penetrujące rozpraszając parę czystych cząstek. Można byłoby to porównać do ostrzenia tępego miecza. Z nieszkodliwego ostrza – myśli – miały stać się śmiercionośną bronią, która wbijałaby się cudzą świadomość niczym nóż w masło i wżynać aż do samego rdzenia podświadomości. Do pomocy posłał nieszkodliwe puste cząstki zaklęte w taki sposób, aby posyłały w stronę Kościeja fałszywe myśli i emocje – oczywiście szkieletor o tym by nie wiedział – chyba że skupiłby się na nich, by je rozszyfrować, na co liczył. Wtedy – kiedy koncentracja przeciwnika będzie osłabiona – uderzy myślowym klinem i wejdzie do jego umysłu. Niewątpliwie miał przewagę w tej dziedzinie nad swym oponentem – nie odczuwał emocji, a więc nie można było manipulować jego umysłem w żaden sposób. Natomiast Kościej? On wręcz nimi kipiał. Jego aura rozsyłała je wyraźnie i dobitnie. Nawet samych swym zachowaniem się zdradzał, że był niezrównoważony.

Przy okazji wyczulił się na obecność czystych cząsteczek. Chciał wiedzieć, czy Kościej je w sobie posiadał – co powinien naturalnie mieć każdy silny użytkownik magii. W mniejszym bądź większym stopniu, ale powinien. Jeżeli wyczuje jakąkolwiek czystą cząstkę – chociażby przy wyzwalaniu przez Kościeja zaklęcia – pochłonie ją.

Negocjacje skończone – odparł wdrażając cały plan w życie.

Kto okaże się większym znawcą magii?

Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru. 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

24 kwie. 2013, 18:29

MG


Echo. Jazgoczący rechot odbijał się od kamiennych ścian ostrym, świdrującym echem. Wgryzał się przez uszy w mózgi, zmuszając co najmniej do zmarszczenia brwi… Och. Pod warunkiem, że jeszcze ma się brwi. I uszy, że już nie wspominając o mózgach. O, tak. Tego ostatniego Anemetius zdecydowanie nawet w swoich najlepszych latach nie posiadał.
Jaka szkoda.
No, może niezupełnie. Jakiś tam mózg, nawet jeśli jedynie metaforyczny, Anemetius posiadał. Świadczyło o tym cokolwiek logiczne rozumowanie, które zgadzało się w niemal każdym punkcie. Niemal. Kościej bowiem… nie był użytkownikiem magii.
– A to psikus – oświadczył grobowym tonem, siadając na brzegu, a jakże, grobowca. Nie trafił jednak, widocznie zakładał, że z tyłu dalej ma miękką, mięsistą powierzchnię amortyzujących pośladków. Nie miał. Kości miednicy ze zgrzytem obsunęły się po powierzchni sarkofagu, a sam Kościej runął na podłogę. Stęknął zgrzytliwie.
– Tak, tak, ja wiem, skończone… – zabulgotał z głębi nieistniejącego gardła. – Jesteś potężnym magiem! Ja wieem!
Rozłożył szeroko ręce i znów nimi zamerdał. Zdawał się przy tym kompletnie ignorować Infię oraz poczynania Anemetiusa.
– Drżę i truchleję – oświadczył wesoło, klekocząc demonstracyjnie kośćmi. Stawy skrzypnęły ciężko. – Zanim jednak zamienisz mnie w parujący kopczyk czegośtam, zastanów się, proszę, nad jedną rzeczą.
Brylantowe ślepia błysnęły.
– Jesteś tu… po coś. Jak sam stwierdziłeś, jesteś tu, by posiąść potęgę tego miejsca – ciągnął, unosząc do góry ze zgrzytem jeden palec. – Tak się składa, mój słodki, że ja nie jestem tu tylko strażnikiem. Zdaje się, że wytłumaczyłem to wystarczająco jasno. Jestem P-R-Z-E-W-O-D-N-I-K-I-E-M! O ile wolno mi użyć takiego słowa.
Zasępił się na chwilę. Przez chwilę w jego oczach coś błysnęło, coś, co bardziej wnikliwemu, uduchowionemu obserwatorowi wyglądałoby na lęk. Strach przed powtórną śmiercią. Tym razem tą prawdziwą. Przed rozerwaniem więzów magii spajającej jego duszę z tym worem kości. Obawa przed utratą tego niepojętego błysku inteligencji w zwykłych kawałkach oszlifowanych diamentów.
– Nie masz bladego pojęcia, chłopcze, co tu jest – szeptał. – Wielkie bogactwo i wielka zguba. A ja wiem, jak dojść do pierwszego, omijając to drugie. Chcesz wpaść po uszy… Znaczy, po…e….Chwila, z czego ty się w ogóle składasz, Wasza Chmurność?
Urwał. Wyraźnie gdzieś zgubił rezon. Odchrząknął po chwili, waląc się kościstą pięścią w niemniej kościstą pierś. Aż mu niemal wyrostek mieczykowaty odpadł.
– Wracając do sprawy. Uważam, że zabicie mnie będzie tu cokolwiek niewłaściwe. A to dlatego, że ja wiem, czego szukasz i mogę cię tam zaprowadzić. Jakbyś od początku powiedział "proszę", to by nie było rozmowy. Co się dzieje z tą młodzieżą, ech… – westchnął rozdzierająco. – Oczywiście, jeżeli chcesz mnie zabić, jestem do twojej dyspozycji. Niemniej jednak z chęcią spędziłbym kilka rozkosznych chwil w słodkiej samotności z tą ślicznotką.
Skinął żuchwą w stronę Infii. O ile to w ogóle możliwe, wyraz jego czaszki stał się jakiś taki… Lubieżny. Ale nie była to lubieżność portowego dryblasa na widok półnagiej kurwy. Bardziej widmo rumianej, ucieszonej twarzy podstarzałego jegomościa na widok cycatej, domytej oberżystki w uroczo rozchełstanej koszuli. Przez chwilę Kościej nabrał takiego wigoru, jakby co najmniej żył. Wrażenie zaraz zniknęło.
– A ty pozostaniesz tu sam. W plątaninie sali i korytarzy, z niekompletnym kluczem i pokręconą, niejasną wskazówką. Masz podartą mapę w rękach. A teraz chcesz wyrzucić za burtę skromnego majtka, który chciałby tylko pomóc, bosmanie. Bo zna te morza. To jak będzie? Cała naprzód, czy człowiek za burtą?! – zakończył wywód ostrym falsetem przechodzącym w kolejną salwę śmiechu. Anemetius to widział.
Musiał to widzieć.
Jemu naprawdę nie zależało na tym, czy umrze, czy nie. Kościej mówił prawdę. Jeżeli Anemetius go zabije, do czego prawdopodobnie byłby zdolny, zrobi krzywdę jedynie sobie. Kościej był stary. Naprawdę stary. Wiedział, po co został złożony do sarkofagu. Śmierć go nie przerażała. W przeciwieństwie do Anemetiusa, którego perspektywa licznych pułapek oraz braku dostępu do źródeł energii powinna co najmniej zaniepokoić.


Infia – zostajesz pominięty… na razie. Niedługo może zaboleć.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

24 kwie. 2013, 19:25

Zabicie cię nigdy nie było moją intencją – odparł zgodnie z prawdą rozpraszając utkane zaklęcie. Plan zakładał wdarcie się do umysłu Kościeja i zabranie wszelkich informacji na temat ruin. Jednak jak widać wystarczył delikatny pokaz sił, aby nieumarły porzucił swoją retorykę i przeszedł do rzeczy. Co tak naprawdę sprzyjało Anemetiusowi, gdyż ten wolał oszczędzać swoje siły. Strach jest potężną bronią. Wystarczy go odpowiednio użyć i wywrzeć presję. Teraz, kiedy zasłona kłamstw Kościeja opadła, ten musiał zdawać sobie sprawę, że jego poprzednia – dominująca pozycja – osłabła.

A może to był blef? Tego również nie można było wykluczyć. Anemetius doskonale zdawał sobie sprawę, że zdając się na swojego wątpliwego przewodnika daje mu okazję do pozbycia się ich. Co jeżeli Kościej samemu chce zagarnąć moc tego miejsca? Będzie musiał na niego ciągle uważać. Nawet najpotężniejszy mur może runąć osłabiwszy jego fundamenty. W każdym razie…rozsądniej będzie mu na tę chwilę zawierzyć. Do czasu.

Nie umknęła mu również wypowiedź odnośnie Infii. Pożądanie? Po raz pierwszy będąc w ruinach nie wiedział, co sądzić. Nie mógł tego rozłożyć na logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Widział w tym pewną drogę pozwalającą na manipulację Kościejem, jednak…źródło tego uczucia było mu nieznane. Rozumiał uczucia, chociaż nie był obecnie zdolny do ich przeżywania. Całość wydawała się groteskowa. Ożywiony szkielet pałający…jakimś uczuciem do żywej kobiety. Samemu nigdy czegoś takiego nie przeżywał. Wszystko związane ze sferą miłości i intymności, nawet tej wulgarnej, było mu obce. Jedyna miłość, którą posiadał w swoim dawnym życiu to magia. Dążenie do jej potęgi…przez dwieście czterdzieści lat.

Zgoda – odpowiedział – Bądź naszym przewodnikiem. Zaprowadź mnie do źródła potęgi tego miejsca, ale uważaj. Będę cały czas cię uważnie obserwować. A śmierć nie jest najgorszą z rzeczy, jakie cię spotkają w przypadku zdradzenia mnie.

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 18 użytkowników online: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 18 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 51995
Liczba tematów: 2959
Liczba użytkowników: 1035
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: izka
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.