Ruiny AknoKarg

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.

Moderator: MG

Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

Ruiny AknoKarg

05 sty. 2013, 03:04

Wysoko pośród Wichrowych Szczytów, gdzie granica między niebem i ziemią zaciera się wśród obłoków i rzadkiego, chłodnego powietrza, znajduje się olbrzymia półka skalna, do której wiedzie kręty szlak. Na tej samej półce widnieją pozostałości po świątyni, której czasów świetności mało kto pamięta, o ile ktokolwiek żyw. Pojedyncze, wolnostojące jeszcze kolumny z czarnego jak noc kamienia obrosły dawno pnączem i bluszczem. Dookoła widać pełno głazów i bloków marmuru zakopanych do połowy w ziemi, gdzieniegdzie popiersie lub pomniejszy posąg tak zniszczony, że nie w sposób ocenić, co przedstawiają. Potężne fragmenty zapewne niegdyś wspaniałej budowli opierają się z trudem o zbocze, w którym widać wykutą, zmurszałą bramę – wejście do wnętrza góry, gdzie znajduje się właściwa, nienaruszona część świątyni Akno’Karg.


Wielkie korytarze wewnątrz góry są wykonane z nienaturalnie gładkiego kamienia lśniącego słabym, białym światłem niemal niknącym w ciemnościach. W zatęchłym powietrzu unosi się pełno kurzu i choć mogłoby się zdawać, że nikt nigdy tu nie był, to na popękanej posadzce można dotrzeć ślady po ogniu, a liczne drzwi wyważone z zawiasów wskazują jednoznacznie na czyjąś interwencję. Mimo to pośród wielkich korytarzy ciągnących się nie wiadomo jak głęboko panuje niezmącona cisza. Całość spowija silna aura magii o ponurym charakterze. Wręcz złowieszczym. Cóż może czaić się w tym spowitym tajemnicą miejscu?


Obrazek
(Korytarze wewnątrz góry)
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru. 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

26 kwie. 2013, 12:40

MG

Kościej energicznie skinął głową… Tak energicznie, że czaszka omal nie oderwała się od kręgosłupa. Zaszczękały kastaniety z zębów, a truposz musiał równie skostniałą dłonią przytrzymać latającą żuchwę. Wyglądał na zadowolonego z takiego obrotu spraw. Nawet bardzo.
– Zgoda – powiedział dziwnie ukontentowanym tonem, jakby Anemetius właśnie zaproponował mu dwie doby w luksusowym burdelu spędzone na jego koszt, a Kościej zmuszony był do chwilowego, nieszczerego wahania, by nie wyjść na zbyt zachłannego. – Zgadzam się, Anemetiusie. Zaprowadzę cię tam, gdzie sobie życzysz, ale…
Urwał nagle w pół słowa i uniósł głowę do góry. Przez chwilę wyglądał, jakby czegoś nasłuchiwał, albo może węszył w powietrzu. Ciężko określić, jeśli podmiot węszący i/lub nasłuchujący nie ma ani uszu, ani nosa. Całej, jakże przydatnej reszty twarzy, też nie ma.
– Ale nie sądź, że podstawię ci rozwiązanie pod nos – dokończył już spokojniej, poważniej. Dopiero teraz było widać, że Kościej był szurnięty, ale nie głupi. Dopóki mógł sobie grać, był nieszkodliwym wariatem. Teraz zaś przechodził do interesów, paradoksalnie, wciąż nie przestając owym wariatem być.
Tak. Kościej był dziwny, ale z pewnością dało się go polubić. Gdyby tylko nie było się Anemetiusem, istotą zmienioną w kłębek energii, która nawet za "życia" nie wiedziała, co to jest uczucie. Prawdziwa potęga. Szczera sympatia, więź silniejsza niż jakakolwiek magia. Kościej przyjrzał mu się uważnie, nie wiedząc tak naprawdę, gdzie dokładnie patrzeć. Przekrzywiał głowę, "spojrzeniem" oczodołów obejmując całość rozedrganej niby-materii.
W brylantach błysnęło coś, jakby… współczucie?
Kościej, truposz zamknięty w ruinach AknoKarg, naprawdę mu współczuł! Bogowie, cóż za tragikomedia!
– Będę przewodnikiem. Nawet ja nie znam absolutnie wszystkich tajemnic tego miejsca. Podejrzewam, ze budowniczy, którzy je postawili, też nie znali. Ba, budowniczy! Architekci! Nieważne, do brzegu. Będę przewodnikiem, ale nie rozwiążę zagadki za ciebie. Musisz to zrobić sam. To cena potęgi, którą chcesz uzyskać. Ale najpierw…
Przekrzywił ze zgrzytem głowę, przyglądając się bacznie Infii. Przez krótką chwilę, może mgnienie oka. Zaraz potem skoczył w jej stronę z rozcapierzonymi palcami, porwał dziewczynę w objęcia i solidnie wyściskał, sprzedawszy kilka solidnych klepnięć w pośladki. Na zakończenie przyprawił jeszcze jednym klepnięciem. Tym razem już nie w tyłek.
Solidnie walnięta twardą kością w kant skroni Infia omdlała w jego ramionach. Kościej, najwyraźniej kontent z takiego rozwiązania, z łatwością przerzucił sobie dziewczynę przez ramię. Znów nie omieszkał pomacać tego i owego.
– Ach, świeże ciałko… – zamruczał i charknął, jakby zaciągał się jej zapachem. – Mówię ci, przyjacielu, rarytas! Powiem ci, że jesteśmy w pewnym sensie podobni. Możemy się zrozumieć. Ani ja nie mam szansy skorzystać z darów tego cudu natury…
Tu zatrzymał się w pół kroku i sięgnął do tyłu, by dotknąć piersi zwisającej mu przez obręcz barkową Infii. Normalnemu człowiekowi pewnie by ten manewr nie wyszedł, ale Kościej nie był ograniczony czymś takim jak skurcz niewyćwiczonych mięśni, ścięgna… Zacmokał. A raczej wydał dźwięk przypominający cmoknięcie właśnie.
– … ani ty – zakończył swoją myśl. – Wracając jednak do meritum. Lkutrat stracony, łowca królów dziś zwany. I dnia wyruszył z władcą hołd oddać, tam białego świętorogacza znaleźli i uznawszy to za symbol wyznaczyli go. Łowca spiął łuk swój wypuszczając śmierć… Jak myślisz, mój drogi, gdzie powinniśmy teraz iść?



Infia – straciłeś przytomność. Wracaj do nas, albo odpowiedz mi na GG/PW/cokolwiek, co się z Tobą dzieje, bo inaczej będzie ostrzej.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

03 maja 2013, 01:38

Taki układ mi odpowiada – odpowiedział, jednak nagła zmiana w postawie Kościeja była niepokojąca i wzbudzała słuszne podejrzenia. Istniały dwie najbardziej logiczne opcje: albo udało mu się przemówić nieumarłemu do rozsądku i przekonać do swoich racji, albo też Kościej postanowił podać się za przewodnika, by móc nimi zmanipulować, wyciągając korzyści dla siebie. Zna to miejsce i z łatwością mógłby naprowadzić ich na pułapki. Będzie musiał cały czas uważać na swojego nowego sprzymierzeńca…

Bezużyteczna kobieta – pomyślał o Infii, ale chwilę później – widzą sposób, w jaki Kościej się z nią obchodzi – dostrzegł możliwość zabezpieczenia się przed alternatywną zdradą. Nie czuł żadnych pozytywnych, czy też negatywnych emocji względem zachowania szkieletora wobec śmiertelniczki. Zapewne przed zmianą odwróciłby wzrok zdegustowany, ale teraz nie czuł nic. Po prostu nic. Widział w swej myślowej projekcji całe zajście i nie wyczuwając w tym zagrożenia dla swego istnienia było mu obojętne. Infia stanowiła zaledwie narzędzie.

Mogę ci zaproponować pewien układ, o ile będzie tobie odpowiadać – zaczął – Z pewnością chciałbyś móc zyskać nieco bardziej…żywą powłokę - Wnioskował to po jakże żywym reagowaniu Kościeja na ciało Infii – Mogę ci w tym pomóc. Jeżeli zdobędę moc świątyni umieszczę twą świadomość, twój umysł, to, co cię określa, w ciele żywej istoty, człowieka. Jakiej płci? To zależy od ciebie. Może to być nawet ta oto kobieta, która trzymasz nieprzytomną w swych ramionach.


Taką miał propozycję. Nie miał pewności czy nieumarły tego pragnął, ale z tego, co dotychczas dane było mu ujrzeć, wniosek ten wydawał się być najbardziej racjonalny. Jeżeli Kościejowi na tym by zależało…zyskałby potężne narzędzie kontroli.


Skoro wypuścił śmierć z łuku to powinniśmy udać się do komnaty strzały, czy tak? A w międzyczasie. Mógłbyś mi powiedzieć nieco więcej o twórcach tego miejsca?

Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru. 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

05 maja 2013, 16:04

MG

Kościej dla wygody przerzucił sobie Infię nieco niżej, tak, by wisiała mniej więcej równomiernie. Dzięki temu mógł uzyskać łatwiej równowagę, balansując ośrodkiem ciężkości. Najwidoczniej nie robiło na nim najmniejszego wrażenia to, że twarda kość obojczyka wbija się w podbrzusze nieprzytomnej dziewczyny.
Cóż. Nieobecni tracą, czyż nie?
– Podziwu godna przenikliwość! – zapiał, zwalniając uchwyt, którym podtrzymywał Infię, by strzelić parę razy kośćmi w przesadzonych, entuzjastycznych oklaskach. – Tak! Moi bogowie, tak! Idziemy do komnaty strzały, przyjacielu!
W ostatniej chwili złapał dziewczynę, nim zsunęła mu się z ramienia przy nieco gwałtowniejszym podrygu. Kościej, jak przystało na przewodnika, wysforował się na czoło pochodu. Anemetius zaś podryfował za nim.
Klekot kości odbijał się echem od kamiennych ścian.
Kolejne wrota samoistnie rozchyliły się z cichym skrzypieniem. Dziwne. Tych drzwi nikt od wieków nie otwierał. Ba! Przed tymi drzwiami nawet nikt od wieków się nie pojawił, tak, by mechanizm sam je otworzył! Powinny skrzypieć co najmniej jak wyschnięte na wiór, pozbawione miękkich tkanek stawy Kościeja. A nie skrzypiały.
Dziwne i niepokojące.
– Za mną, przyjacielu, za mną – powiedział tonem nieodparcie przypominający niskiego, pulchnego, energicznego pracownika naukowego. Tak, jakby miał swojemu współpracownikowi do pokazania coś niezmiernie fascynującego. Żwawo przebierał kośćmi, blade, pożółkłe jak pergamin piszczele błyskały w półmroku.
Kolejna sala. Tym razem Strzała. I strzał ci tu było co nie miara. Zdawały się pokrywać niemal całą powierzchnię rozległej Sali. Po kolumnach pięły się wyrzeźbione sylwetki łuczników. Trzeszczały napięte, wymalowane na ścianach cięciwy w szczupłych, silnych rękach. Połyskiwały majdany, kusząco wyginały się ramiona łuków. A nade wszystko strzały. Strzały, strzałki, strzałeczki. Prawdziwe, z pierzastymi brzechwami oraz zwykłe, symboliczne zarysy strzałek.
Co może symbolizować strzała?
Kierunek, z pewnością. Pęd. Dążenie. Lot. Jedną, określoną drogę, po jakiej strzała może się poruszać. Wyznaczony nurt. Ścieżkę, z której nie należy zbaczać. A także łowy, zdobycze. Skupienie łowcy. Cierpliwość i determinację.
Czy Anemetius to wszystko miał?
Rozumiał?
A czy może zrozumiałaby nieprzytomna Infia, przewieszona jak wór zgniłych kartofli przez kościste ramię przewodnika?
– Twórcy tego miejsca… – podjął wątek Kościej dopiero wtedy, gdy przekroczyli drzwi. Zatrzasnęły się za nimi z trzaskiem, a wówczas zapłonęły sprytnie umiejscowione pochodnie. Ciepły, rozedrgany blask wyłowił z ciemności skrzynie, kuferki, sarkofagi podobne do trumny Kościeja. Jakieś gablotki. Trofea myśliwskie na ścianach. Łuki. Mnóstwo łuków.
Tylko przeciwległa ściana była niemal pusta. Pokrywało ją jedynie skomplikowane, również iluzjonistyczne malowidło przedstawiające scenę polowania. Było w niej coś dziwnego, jakaś taka sielanka… Nienaturalna. Gdyby Anemetius poddryfował bliżej i umiał czytać obrazy, zauważyłby niepokojące błyski w oczach łuczników.
Nienaturalne, sztuczne ułożenie kończyn osaczonej łani.
Psy wyglądały jak wściekłe. Toczyły pianę z pyska, sierść miały skudloną. Oczy w półmroku rozcinanym blaskiem pochodni wyglądały na zaropiałe.
Najważniejszym elementem była łania. Ktoś sprytnie namalował ją w taki sposób, że stanowiła zarazem coś w rodzaju tarczy strzeleckiej. Plamki na jej ciele zdawały się określać miejsca docelowe strzału. Dziwne.
– Twórcy tego miejsca byli – powiedział z nienaruszalną pewnością Kościej. – Zrodzili się z kobiet zapłodnionych przez mężczyzn. Mieli dwie ręce i dwie nogi. Umieli malować, jak widzisz. Umieli też wytwarzać piękne rzeczy. Żyli na lądzie i oddychali powietrzem, kiedy byli głodni, polowali na takie właśnie śliczne łanie. Kiedy byli spragnieni, pili wodę czerpaną z czystych strumieni, a kiedy chciało im się srać, szli do wychodka. Tak, twórcy tego miejsca byli fascynujący. Wiem o nich dużo więcej podobnych ciekawostek, chcesz, to ci je opowiem. Ale dopiero gdy wyjdziemy z tego miejsca.
Diamenty w jego oczodołach błysnęły.
– A z tym może być problem, mała kuleczko energii. Bo nie wyjdziemy, dopóki nie zrobisz tego, czego ta sala od ciebie żąda – oświadczył i od niechcenia cisnął nieprzytomną Infię na podłogę. Przydreptał do niej i poklepał ją kośćmi stopy o policzek. – Wstawaj, moja piękna.


Infia, budź się do życia.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

08 maja 2013, 13:36

Wciąż pełen wątpliwości i uzasadnionych podejrzeń podążał za swoim nowym przewodnikiem. Kościej wraz z nieprzytomną Infią na ramieniu poruszał się w sposób pewny bez cienia wątpliwości, uderzając co chwila swymi kościstymi stopami o mroczną posadzkę. Głuche echo w akompaniamencie cichego zawodzenia wiatru rozchodziło się po gigantycznym korytarzu. W swej myślowej projekcji będącej idealnym, wymiarowym obrazem całego otoczenia odnotowywał każdy szczegół, lecz wszelkie bodźce go omijały. Przenikały przez niego, a on je rozumował, analizował i poddawał ocenie, następnie przepuszczając dalej. Wchodząc do kolejnej komnaty natychmiast zaczął skupiać się na detalach próbując odgadnąć ich przesłanie.

A więc twórcy tego miejsca również żyli w ograniczonej, cielesnej powłoce przywiązanej do świata materialnego. Marne, śmiertelne życie. Przemijające życie. Być może z tego powodu już ich nie ma?

Posiadali taką potęgę – pomyślał – lecz mimo to i tak przeminęli. To tylko potwierdzało jego słuszność decyzji. Odrzuciwszy ciało zapewnił sobie wieczność. Chociaż utraciwszy potęgę, ale to nic. Moc można zdobyć. Życie jest tylko jedno i stanowi największą wartość. Ten, który przyjmuje do świadomości śmierć, starość i przemijanie jest głupcem. Doskonałość można osiągnąć tylko w nieskończoności i niezmienności.

Naturalnie nie umknęło jego uwadze, iż Kościej nie udzielił odpowiedzi na złożoną propozycję, ale postanowił to pominąć. Nie trudno było nie zauważyć, że centrum wszystkiego stanowił obraz przedstawiający polowanie na łanię. Obraz wręcz wymuszał na oglądającym uwagę.

Polowanie – zastanowił się. Strzały. Łania. Być może należało dokończyć to, co zaczęli łowcy na obrazie?

Skumulował energię i telekinezą wywarł nacisk na malowidło łani. Czy tego wymagało od niego pomieszczenie? Dokończenia polowania?

Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru. 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

13 maja 2013, 11:18

MG

– O, tak, tak, tak, przyjacielu! – oświadczył Kościej z komiczną powagą, defilując poprzez komnatę. Stukanie jego gnatów obijało się echem od ścian. Strażnik wyprostował się, nie – wyprężył jak struna! Anemetius dopiero teraz mógł zauważyć, że jego równy, szybki, żołnierski krok to wcale nie spacer. Kościej maszerował, rączo przebierając w powietrzu kośćmi przedramienia.
– Życie jest okropne! – zapiał. – Ja też żyłem kiedyś i patrz, jak wyglądam! Ty też jeszcze w jakiś sposób żyjesz i patrz, jak wyglądasz! Nareszcie już niedługo… – ostatnie zdanie wypowiedział tak cichutko, że Anemetius nie miał szans go usłyszeć.
Wyprostował się i stuknął kością prawej pięty o podłogę.
– O tak, mój słodki, chmurzasty przyjacielu – powiedział łagodnie. – Życie jest fatalne. Wstrętne wręcz. Że już nie wspomnę o tym, jak niebezpieczne! Praktyka pokazuje, że każde życie kończy się… śmiercią! Paskudne! Wstrętne!
Wybuchł wrednym rechotem, podczas gdy Anemetius siłował się z łanią na obrazie. Próbował wgnieść ją, tyle że… Tak całą łanię? Och, Lorven i cała reszto Piętnastki, ten idiota chyba nigdy w życiu nie polował. Toż przecież jak szyć z łuku do łani, to przecież nie do CAŁEJ!
– A może tak bardziej punktowoooo…?! – koniec wypowiedzi przerodził się w wysoki, falsetowy, nieco zgrzytający pisk, gdy Kościej ze śmiechu aż zatoczył się do tyłu, na ścianę. Przypadkiem nacisnął łokciem jakąś wystającą wajchę, która z podejrzanym piskiem poleciała w dół. Tuż nad głową Kościeja blisko metr kwadratowy sufitu otworzył się z trzaskiem jak kosztowne pudełko, a na kościsty łeb posypały mu się strzały.
– Ajć! Ojć! – piał, idiotycznie skacząc i próbując je zebrać zarazem. Zauważył lecący na samym końcu łuk, ale nawet nie odskoczył, po prostu stanął i zamachał rękami jak wielki wiatrak przy młynie. Zaśmiewał się przy tym do rozpuku.
– Masz i strzały, mój przyjacielu! Zróbże no z tego użytek. Ja strzelać nie umiem, jestem naukowcem… – oświadczył z godnością, ale natychmiast spoważniał i umilkł. Cholera! Palnął trochę za dużo. Gdyby jeszcze miał wargi, to by je pewnie teraz zagryzł.
Podszedł do Infii i poklepał ją paliczkami stóp po policzku. Wciąż była nieprzytomna.
– Ta sala chyba chce, żeby strzelać do łani. Z łuku – uściślił. – Sam nie wiem dokładnie, na czym polegają przeszkody i zasadzki. Nikt tego nie wie. Nawet budowniczy tego gmachu. Ale i tak beze mnie sobie tu nie poradzisz.
I mówił to zupełnie szczerze. Gdzieś zniknęła nagle maska idioty, brylanty w oczach zaświeciły przenikliwie i ponuro. Przez chwilę Anemetius mógł wyobrazić go sobie takim, jaki był niegdyś. Jeszcze z całą resztą ciała. Jowialny staruszek, stetryczały dziadzio z dość okrągłym brzuszkiem, poklepujący niewiasty po wydatnych pośladkach. I tylko nie pasowały tam oczy. Zimne, przenikliwe, cholernie bystre oczy człowieka doświadczonego, któremu nie brak ani humoru, ani swoistej powagi. Geniusz, który zawsze wolał być idiotą, bo dzięki temu przestawano go lekceważyć dopiero wtedy, gdy było już za późno.
Wrażenie szybko znikło. Został tylko trup triumfalnie opierający stopę na twarzy młodej kobiety, dzierżący w dłoniach wymyślny, ogromny łuk i garść strzał o kolorowych, dziwnie długich brzechwach.
– Może ona umie…? – mruknął jakby w zamyśleniu.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

13 maja 2013, 12:13

Zaprzestał swych prób uświadamiając sobie, ze w istocie się nie powiodą. Odkrywcze słowa Kościeja nie były mu do tego potrzebne. Przez moment zastanawiała się, podczas gdy jego wątpliwy przewodnik skakał po komnacie jak nienormalny klekocząc swe mądrości. Oczywiście, że wiedział o punktach docelowych na malowidle. Jego wzrok sięgał dalej aniżeli jakiejkolwiek innej istoty żywej. Po prostu nie miał potrzebnego do tego materiału – strzał.

Jak się jednak szybko okazało dzięki nieuwadze Kościeja stan ten szybko się zmienił na korzyść. Dostał zarówno strzały, jak i łuk. Idealnie. Tylko jak ma strzelić z łuku? Co prawda mógłby unieść go za pomocą telekinezy, utrzymać, następnie nałożyć strzałę na cięciwie i z pomocą malutkiej ilości magii napiąć, ale czy nie szybciej byłoby od razu używając telekinezy posłać strzały prosto w plamki na wizerunku łani? Zważył jednak na słowa Kościeja.

Ta sala chyba chce, żeby strzelać do łani. Z łuku.

W jaki sposób? Jak sala, pomieszczenie, komnata, pusta przestrzeń może czegoś wymagać? Gdyby tak było świątynia jako budynek musiałaby posiadać świadomość. Czy to możliwe? Teoretycznie tak, ale…nie natknął się na żadną ingerencję owej tajemniczej świadomości. Za wszystko odpowiada mechanizm. Podobnie jak w poprzedniej komnacie, tak i tutaj istnieje z pewnością ukryty trybik, który pod naciskiem strzał w odpowiednim miejscu się uruchamia i odkrywa kawałek układanki. Nie musi używać łuku. Ważny jest końcowy efekt – umieszczenie strzał w wyznaczonych do tego miejscach.

Budowniczowie, którzy nie wiedzą jak działa ich własny projekt? – spytał, a gdyby był żywy zapewne w jego głosie pobrzmiewałaby nutka rozbawienia i ironii – W takim wypadku nie można mówić o nich jak o twórcach. Ci, wobec których obraca się własne dzieło nie są godni noszenia miana twórców.

Uniósł jedną strzałę za pomocą swej woli, a następnie każdą kolejną, aż było ich tyle, ile plamek na obrazie łani.

Ta śmiertelniczka okazała się tylko jednym z wielu nieudanych eksperymentów.

Powiedział w myślach, wypuszczając strzały w stronę docelowych punkcików na wizerunku zwierzęcia.

Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru. 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

13 maja 2013, 21:44

MG

– Oczywiście, że to nie twórcy! – kategorycznym tonem potwierdził Kościej. – To prawdziwi artyści! Tworzyłeś kiedyś sztukę, Anemetiusie? Znasz to uczucie, gdy twoje własne dzieło wyrywa ci się z rąk, przecieka przez palce, zaczyna żyć własnym życiem, zaczyna…? Nie znasz – skwitował.
Wzruszył kościstymi ramionami. Po sali rozszedł się nieprzyjemny, ostry zgrzyt. To stawy pozbawione mazi radziły sobie, jak umiały. Swoją drogą, należało zastanawiać się, ile jeszcze Kościej wytrzyma, nim się rozsypie. Wszystko wszak ma swoje granice, prawda? Dopóki jednak dwa białe brylanty lśniły w oczodołach z ponurym szaleństwem, nie było wątpliwości. Kościej wciąż trwał. Wciąż się trzymał.
Do ostatniego klekotu pożółkłych kości. Do ostatniego zgrzytu zeschłych, skrzypiących stawów. Trzyma się i funkcjonuje, by pomóc Anemetiusowi.
Albo i nie.
– Eksperymentów? – pisnął. Śmiesznie zatrzepotał rękami. Zafurkotała niebieska tkanina, którą owinął się niczym płaszczem. – Jakich eksperymentów? Ktoś chciał na tym ślicznym koteczku robić jakieś eksperymeeee…
Nie dokończył.
Dokończyła za niego strzała. Wysokim świstem.
Stuk.
Jeden ruch.
Prosto w ciapki. I jeszcze jeden! Świst! Niemal ciapki, jakie były do trafienia, Anemetius zdobył. Gdyby był właśnie królewskim łucznikiem, pan zapewne obsypałby go złotem i posadził przy swym stole. Gdyby był na turnieju rycerskim, zgarnąłby największe granty, zaś każda panna dworu wodziłaby za nim rozkochanym wzorkiem. Gdyby tylko miał ciało.
Nie miał.
Był chorym, złaknionym potęgi magiem.
Ale przynajmniej był celny. Łania wyglądała teraz jak kolorowy, naszpikowany brzechwami jeż. Prawie z plamek oznaczających cel była zarazem miejscem, w które precyzyjnie wbiła się strzała. Prawie.
Nic się nie stało. Kościej wydał z siebie jakiś przeciągły, ochrypły dźwięk, który chyba miał być gwizdnięciem. Podniósł z podłogi strzałę i trzymał ją przez chwilę w chudych, kościstych palcach.
– Chyba jeszcze nie – zamruczał do siebie, drepcząc do malowidła. – Chyba jeszcze nie.
Zajmowało całą ścianę, ale łania, na szczęście, nie była aż tak wysoko, by nie mógł do niej sięgnąć. Wspiął się na same paliczki i z rozmachem wcisnął grot tam, gdzie widział ostatnią wolną plamkę.
I… nie działo się nic.
Przez chwilę.
A potem wszystkie ognie zgasły. Gwałtowny powiew zatęchłego powietrza szarpnął płachtą Kościeja, jakby nagle w Sali utworzyła się próżnia, którą należało natychmiast zapełnić. A potem runęły strzały. Wszystkie.
Dosłownie wszystko, co tkwiło w ścianach, suficie, każda przemyślnie upchnięta skrytka otworzyła się, wypuszczając mordercze kawałki specjalnie wypreparowanego drewna. Niektóre po prostu gruchnęły na podłogę. Ale reszta szyła.
Wcale celnie.
– O bogowie, bogowie, boginie, boginki! – zawył Kościej, odstawiając komiczne wygibasy. I tak trafiły go co najmniej dwie strzały. Jedna urwała kawałek lewego, wolnego żebra. Druga z nieprzyjemnym zgrzytem utkwiła w miednicy.
Trzy kolejne przeleciały przez Anemetiusa.
A dwie… Dwie zagłębiły się w ciele nieprzytomnej Infii. Szkarłatne plamy krwi wykwitły na jej stroju niczym hafty. W powietrzu rozszedł się metaliczny, żelazisty zapach i jakby słodkawy posmak. Kościej znieruchomiał.
Jedna strzała tkwiła na sztorc w jamie brzusznej. Wbiła się na sztorc w brzuch dziewczyny, nieco z prawej strony. Krew ciekła powoli jak z przebitego bukłaka. Druga trafiła prosto w kształtne, smukłe udo. Kościej skrzywił się i chwycił za własną strzałę, wyrywając ją z nieprzyjemnym chrupnięciem. Nie wyglądało jednak na to, by w ogóle go to obeszło.
– Jednego zawodnika mniej – skwitował ponuro. – A taka ładna była.
Była.
Bo niewiele wskazywało na to, by Infia mogła przeżyć, jeśli nie otrzyma natychmiastowej pomocy. A kto miałby jej udzielić? Ożywiony kościotrup? Czy chmurka magii, która sama się pozbawiła niejako ciała?


Infia, czekam 48 godzin na odzew.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

13 maja 2013, 22:17

Strzały pomknęły. Przecięły powietrze wydając donośny świst, który rozszedł się echem w półmrocznym pomieszczeniu. Nie poświecił im żadnej uwagi. Trzy groty zagłębiły się w jego eterycznej istocie, niknąca na moment w kłębie świateł, by następnie przeniknąć przez niego tak, jakby go tu w ogóle nie było. Wyłoniły się z drugiej strony lecąc w dal, kończąc gdzieś na zimnej posadzce. Nie poczuł nic. Absolutnie nic. Żadnej ingerencji, żadnego naruszenia – pustka. Towarzyszyła mu tylko świadomość tego faktu.

Taka jest natura śmiertelników – odpowiedział na słowa Kościeja poświęcając kobiecie tyle samo uwagi, co strzałom – Przemijają. Jej życie, podobnie jak i życie każdej organicznej istoty, jest zaledwie kroplą w morzu wieczności. Zbyt szybkim błyskiem w ciemności, aby rozjaśnił mrok. Stało się to, co nieuniknione. Odeszła.

Na moment skierował umysł ku kobiecie. Wciąż wyczuwał w niej życie. Słabe, ale jednak.

A przynajmniej wkrótce to nastąpi – dokończył myśl – Należy ukrócić jej cierpienie. Tak przecież pojmuje się humanitaryzm, czyż nie? Oszczędzanie cierpień tym, których nie da się uratować. Ani ja, ani tym bardziej ty, Kościeju, nie posiadamy niczego, co może pomóc w wyleczeniu tych ran. Jej los został przesądzony.

Ledwo wypowiedział te słowa natychmiast skumulował odpowiednią ilość mocy i za sprawą telekinezy przekręcił kark kobiety. Kości gruchnęły. Życie zanikło. To było jedyne rozsądne wyjście. Zapewne w pojęciach moralnych wątpliwe, ale on był ponad moralnością, a kierował się jedynie logiką i racjonalnym działaniem. Zabijanie nie było dla niego ani trudne, ani przyjemne. Czasami stanowiło właściwą drogę. To tyle, jeżeli chodzi o tę śmiertelniczkę. Przestała być użyteczna.

Zaczął analizować układ pomieszczeń w umyśle, aby sprawdzić czy ujawniły się jakieś dodatkowe przejścia lub pomieszczenia na wskutek swych działań./

I co teraz? – przeszedł od razu do sedna nie rozwodząc się nad mniej istotnymi detalami – Wykonałem to, czego wymagało ode mnie pomieszczenie. Cóż mi to dało? Jaki fragment układanki rozwikłałem?

Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru. 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

15 maja 2013, 15:26

MG


Ciemność.
Było zupełnie ciemno. W lepkim, wilgotnym mroku tchnącym podejrzanie suchą piwnicą dało się słyszeć jedynie grzechot kości. Zgrzytliwy, charkotliwy śmiech. Cichy jęk Infii, stukot kopniętej strzały. A potem cisza.
Z metalicznym posmakiem słodkawej, mdłej krwi. Kościej, gdyby jeszcze miał nos, zapewne by go teraz zmiażdżył. Zrobił krok, niby przypadkowo nadeptując ślicznej dziewczynie na udo. Efekt? Strzała jedynie wbiła się jeszcze głębiej, wywołując napad drgawek, a potem z trzaskiem złamała się. Nieumarły miał kości stóp czerwone od krwi.
– Jak tu ciemno… – zamruczał, jakby wypowiadał się o pogodzie. – Humanico…? A, nieważnie!
Machnął ręką. A potem schylił się nad Infią, udając, że na oślep szuka jej ciała. Trafił, rzecz jasna, na najciekawsze fragmenty. Smukłe uda. Wąską talię. Strzałę. Piersi. Kark i… chrupnęło, a dziewczyna zakrztusiła się własnym życiem. W ciemności nie było widać nawet gasnących oczu.
– Cokolwiek powiedziałeś, już po wszystkim – oświadczył wstając i otrzepując ręce. Przez chwilę robił taki gest, jakby próbował je otrzeć o spodnie, tyle że nie miał spodni. Gwoli ścisłości, nawet nóg nie miał. – Pytasz, co nam to dało? Wybacz, co TOBIE to dało?
Pstryknięcie palców. Szeroki uśmiech wyszczerzonej czaszki. Co prawda nie wiedział, czy Anemetius go w ciemności widzi. Biorąc pod uwagę, że nie miał w ogóle oczu, musiał odbierać bodźce w zgoła inny sposób. A to oznaczało, że światło mu nie musiało być wcale do niczego potrzebne. To by ułatwiło pewne sprawy.
– Moja odpowiedź brzmi… – zawiesił drżący, donośny głos, przeciągając napięcie. – Moim zdaniem…
Sekunda.
– Najtrafniejszym podsumowaniem tego, co udało ci się w tej komnacie osiągnąć…
Druga.
– Jest słowo…
Trzecia.
– … NIC! – zawył radośnie, a wtedy nagle pochodnie na nowo zapłonęły. Kościej ryczał i klepał się po udach, zanosząc wariackim chichotem. – Absolutne nic! Nic nie wygrałeś! Nic tu nie dostałeś! Nic stąd nie wyniesiesz, chyba że chcesz strzałę na pamiątkę!
Nagle podejrzanie spoważniał. Brylantowe oczy zalśniły z dziwnym współczuciem.
– Chcesz na pamiątkę? Poniosę ci – zaoferował tonem dziecka, które deklaruje, że jest skłonne podzielić się słodkością z innym, znacznie biedniejszym berbeciem. Prawdopodobnie tylko Kościej był w stanie Anemetiusa zrozumieć. On także nie miał ciała.
Prawdopodobnie, bo… ich zapatrywanie na istotę fizyczności musiało się diametralnie różnić. Kościej tęsknił za ciałem. Za bólem nadwyrężonych mięśni, uczuciem głodu, burczeniem żołądka przy trawieniu. Tęsknił za swoją fizycznością.
Ale przecież dawno już umarł. Jego dusza pozostała tylko, by wykonać zadanie.
– Nacisnąłeś wajchę – odpowiedział poważnie. – Można tak to nazwać. Otworzyłeś coś, odblokowałeś mechanizm. Tak to ujmijmy. Nudne i bez sensu, ale nie pójdziesz bez tego nigdzie dalej. Wolałbyś zwalczać potwory? Wybacz mi, kochanie, tu nie będzie potwor…
I właśnie wtedy coś zazgrzytało.

***

Możesz być trupem.
Możesz być zwykłą duszyczką dawno umarłego starca, siłą związaną z jego pożółkłymi kośćmi. Możesz być uczciwym kawałkiem czegoś, co było i wciąż teoretycznie jest martwe, chociaż rusza się, mówi, a nawet i wydurnia.
Ale nie pozbędziesz się jednego. Odruchów.
Kościej wiedział, że gwałtowne przebicie się przez jego klatkę piersiową będzie groziło w najgorszym razie złamaniem kręgosłupa, co może być nieco kłopotliwe, a w najlepszym ułamaniem żeber, czego nawet nie zauważy. Tak, czy inaczej, mało istotne, a z pewnością nie śmiercionośne. Tyle że to nic nie zmieniało. Gdy zgrzytający, bliżej niezidentyfikowany obiekt wystrzelił z wciąż otwartej dziury w suficie, zareagował szybciej, niżby zdążył w ogóle o tym pomyśleć.
W naturalnym odruchu uchylił się, padając na posadzkę na płask. Gruchnęły kości. Kościej wrzasnął, wydając z siebie wysoki, przenikliwy wizg, jedynie o kilka tonów niższy od jazgotliwego buczenia osy. Bo, zdaje się, to była osa.
Tyle że cała mechaniczna. Napędzana cholera wie czym, prawdopodobnie magią, cięła powietrze stalowymi, wirującymi skrzydełkami. Unosiła się w powietrzu dokładnie naprzeciwko Anemetiusa, rozkładając leniwie szesnaście par piekielnie wąskich, ale długich, segmentowanych odnóży. Kościej mimowolnie zauważył, że mają podejrzanie dużo nierówno rozmieszczonych stawów. Całość wyglądała jak zmutowane, szczepione ze sobą kraby.
Była cała z metalu. I czegoś jeszcze, chyba drewna. Nie to jednak było niepokojąco. Stawy chodziły nierówno, jakby coś je przetykało, blokowało…
Metaliczne fragmenty dawno już skorodowały. Dwa odcienie czerwieni walczyły o lepsze przy przegubach. Rdza. I stara, skrzepnięta krew. Osa była cała oblepiona strzępkami starych materiałów i natychmiast wyjaśniło się, dlaczego.
Przez chwilę wisiała nieruchomo, a potem nagle złożyła skrzydła i spadła prosto na Infię. Wtedy też okazało się, że jej twórca popisał się drastyczną nieznajomością owadzich aparatów gębowych. Osa bowiem miała potężne, metalowe szczęki, którymi błyskawicznie rozdarła gardło martwej dziewczyny. Nie żarła, tylko szarpała i rozrzucała strzępy krwawego, wciąż ciepłego mięsa. Pruła wzdłuż tchawicy, rozcinając gardło, a potem cała wlazła do jamy brzusznej, po czym wyleciała stamtąd, ociekając cuchnącym ustrojem, treścią jelitową oraz krwią.
Wprawione w ruch skrzydełka rozrzuciły ciecz po ścianach. Kościej, gdyby jeszcze był człowiekiem, zapewne by zwymiotował. Teraz tylko targnął głową jak nurek wyłaniający się spod wody.
– Uważaj! – ryknął. – Ona ma magię tego, no…!
Osa rozłożyła szeroko odnóża jak chętna dziwka.
– Negocjacji! – wrzasnął, zrywając się niezgrabnie z podłogi. Potknął się o własny staw skokowy i runął znów na podłogę.
– Nie, cholera, nie! Negacji! To coś ma magię nega…! – urwał w pół słowa.
Osa tymczasem otworzyła pysk.


Raziel, dziękuję za współpracę, dead end.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

15 maja 2013, 17:46

Pojawienie się przeciwnika sprawiło, że wszystkie inne kwestie przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Całą uwagę skupił na swym wrogu, który okazał się być metaliczną osą. Zapewne jako żywa istota zadziwiłby się. Poddałby całą sytuację w zapytanie jako niewybredny żart. Jednak teraz – jako byt pozbawiony emocji – nie mógł, ponieważ teraz postrzegał świat jedynie przez pryzmat logiki, a ona nie dopuszczała lekceważenia. Każda przeszkoda mogła oznaczać koniec, a koniec jest porażką, na którą nigdy nie może sobie pozwolić. Zwęził swą myślową projekcję otoczenia do wąskiej, najbliższej przestrzeni, by mieć jak najlepszy podgląd na całą sytuację. Brak światła mu nie przeszkadzał, ponieważ patrzył wzrokiem sięgającym dalej niż zwykłe oko. Nawet najmniejsza drobinka magii stanowiła dla niego punkt zaczepienia, o który się chwytał i rozplatał swoją sieć obrazu.

Kościej nie musiał nawet go informować, jaką magią posługuje się osa. Wyczuwał jej aurę jako pole rozpraszające okoliczne cząsteczki magii. Ze wszystkich dostępnych dziedzin magii musiał trafić akurat na taką, która stanowiła jego słaby punkt. Jeden z nielicznych, aczkolwiek wrażliwy. Negacja osłabi wiązania skupiające jego istotę z czystą magią, a ponowne złączenie będzie niezwykle trudne przy tak małej ilości energii. Aczkolwiek nie odczuwał strachu czy zdenerwowania. Nic nie mogło wpłynąć na jego umysł, który pracował niczym najdoskonalsza maszyna, analizując możliwości oraz słabości. Natura magii była dla niego odkryta. Czytał w niej niczym w odkrytej księdze. Brał, co chciał. Jedynym, co go ograniczało, to dostępność energii.

Użycie czystej magii byłoby nieopłacalne. Negacja ją łatwo rozproszy, gdyż stanowi samą magię. Z dostępnych mu środków najlepiej będzie użyć mocy umysłu. Trudniej ją rozproszyć zważywszy na to, iż jest produktem dwóch sił: magii oraz siły woli. Tylko…jak?

Szybka analiza pola bitwy.

Osa była niewielkich rozmiarów. Zwinna. Szybka. Jej mechanizm jednak wydawał się być szwankujący. Pokryty korozją. Rdzą. Wniosek był oczywisty – zmniejszona wytrzymałość na obrażenia fizyczne. W takim razie…

Uprzedzając atak odpowiedział własnym. Skondensował moc. Wymieszał ją z własną wolą. Rozłożył na czynniki i każdy zawiązał supłem. Połączył wszystko w całość i sięgnął swą myślą w stronę zardzewiałych mechanizmów. Segmentowanych odnóży, skrzydełek i nierówno rozmieszczonych stawów. Można byłoby to opisać jakby zamierzał zmiażdżyć swego wroga w niewidzialnym uścisku mocy, atakując jednocześnie wszystkie osłabione elementy. Mając nieskończony umysł nie miał problemu z wielokrotnym podziałem uwagi. Na każdy element skupiał się osobno, lecz w istocie atakował wszystko na raz w morderczym uścisku swej woli i magii, przy jednoczesnym pełnym skoncentrowaniu.

Rzucił zaklęcie.

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 16 użytkowników online: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 15 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Asterias
Liczba postów: 51995
Liczba tematów: 2959
Liczba użytkowników: 1035
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: izka
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.