Ruiny AknoKarg

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

Ruiny AknoKarg

05 sty 2013, 03:04

Wysoko pośród Wichrowych Szczytów, gdzie granica między niebem i ziemią zaciera się wśród obłoków i rzadkiego, chłodnego powietrza, znajduje się olbrzymia półka skalna, do której wiedzie kręty szlak. Na tej samej półce widnieją pozostałości po świątyni, której czasów świetności mało kto pamięta, o ile ktokolwiek żyw. Pojedyncze, wolnostojące jeszcze kolumny z czarnego jak noc kamienia obrosły dawno pnączem i bluszczem. Dookoła widać pełno głazów i bloków marmuru zakopanych do połowy w ziemi, gdzieniegdzie popiersie lub pomniejszy posąg tak zniszczony, że nie w sposób ocenić, co przedstawiają. Potężne fragmenty zapewne niegdyś wspaniałej budowli opierają się z trudem o zbocze, w którym widać wykutą, zmurszałą bramę – wejście do wnętrza góry, gdzie znajduje się właściwa, nienaruszona część świątyni Akno’Karg.


Wielkie korytarze wewnątrz góry są wykonane z nienaturalnie gładkiego kamienia lśniącego słabym, białym światłem niemal niknącym w ciemnościach. W zatęchłym powietrzu unosi się pełno kurzu i choć mogłoby się zdawać, że nikt nigdy tu nie był, to na popękanej posadzce można dotrzeć ślady po ogniu, a liczne drzwi wyważone z zawiasów wskazują jednoznacznie na czyjąś interwencję. Mimo to pośród wielkich korytarzy ciągnących się nie wiadomo jak głęboko panuje niezmącona cisza. Całość spowija silna aura magii o ponurym charakterze. Wręcz złowieszczym. Cóż może czaić się w tym spowitym tajemnicą miejscu?


Obrazek
(Korytarze wewnątrz góry)
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

09 cze 2013, 10:04

MG


Rola Kościeja w tym zadaniu dobiegła końca. Rozgryźli rzecz, a strażnik upewnił się w swoim osądzie, gdy tylko płyty zaczęły się równo przesuwać. Odszedł wtedy parę kroków do tyłu, by z odległości podziwiać powstające dzieło. Parę razy podpowiedział Anemetiusowi drogę do uzyskania odpowiedniego ustawienia. Wreszcie cały obraz, będący właściwie czymś w rodzaju wyjątkowo przyklapniętej płaskorzeźby, został ułożony. Kościej podbiegł z klekotem piszczeli i paliczkami przesunął po wypukłym wzorze.
– Piękne… – wymruczał. – Jak tam z tobą, mój drogi? Umiesz jeszcze ocenić piękno? Czy może już nie, została sama logika?
Wzruszył obojczykami. Czerep zadarł do góry, wpatrując się teraz w dziurę pozostałą po ostatniej kafli. Teraz została ona umiejscowiona na dole i okazało się, że wcale nie jest z tyłu niczym zablokowana. W głąb ściany ziała czarna dziura na przestrzał, zaś jej brzegi zostały otoczone ornamentem utworzonym przez obrzeża okolicznych kafli. I tworzyły… wzór. Z jakiegoś powodu Kościejowi idiotycznie kojarzyły się z latryną.
I wtedy właśnie… nie działo się zupełnie nic. Kościej aż zmartwiał, a potem przespacerował się parę razy wzdłuż ściany, niepewnie drobiąc kośćmi.
– Dziwaczne – burknął. – Coś powinniśmy chyba odblokować, nie? A może już się odblokowało? W sumie w Sali tamtej ślicznotki nic szczególnego też się nie stało… Tak, z pewnością chodzi o to. Chodźmy, An. Mogę do ciebie mówić An?
Nagle zamarł. Przez salę echem potoczył się ostry zgrzyt, zupełnie tak, jakby ktoś siłował się z ciężkim jak nieszczęście ryglem. Albo spuszczał most zwodzony. Albo otwierał śluzę. Kościej powolutku odwrócił się do tyłu.
Dokładnie wtedy, gdy w jego stronę bluznęła fala zastałej, zepsutej wody. Kościotrup zamachał łapami i potoczył się w stronę ściany, na której się zatrzymał. Ułożenie układanki chyba otwierało mechanizm. Tak. Cholera, tak! Tu przecież kiedyś musiały być jakieś zapasy wody! Cała fala cuchnącej piwnicą cieczy została odblokowana i puszczona wprost na tego, kto był na tyle inteligentny, żeby rozwiązać zagadkę.
– Anemetius, wiej! – wybełkotał Kościej dziwnie zniekształconym głosem. Wynurzył się z klekotem z wody. Jeszcze było płytko, sięgało mu może powyżej rzepek kolanowych… jeszcze.
Woda wzbierała w zastraszającym tempie, napierała na zawarte drzwi. Zawiasy już chyba zaczynały trzeszczeć. Fala znów zdmuchnęła Kościeja i gruchnęła jego szkieletem o ścianę. Strażnik zgubił gdzieś dolną połowę ręki, która oderwała się w łokciu i teraz nurkował, starając się ją znaleźć.
– Swoją drogą… – wysapał, gdy już ją znalazł. Woda już dawno go "przerosła", unosił się na jej powierzchni, bezkarnie korzystając z niskiej masy i wyporności cieczy. – To ty się możesz utopić, rybko, czy nie bardzo?
Właśnie wtedy napór ciśnienia wody pokonał drzwi. Zawiasy jęknęły i wygięły się, skrzydła rozsunęły z łoskotem. Fala spiętrzonej wody runęła na korytarz, którym przyszli, wymywając wszystko.
Z Kościejem i Anemetiusem włącznie.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

18 cze 2013, 19:24

Kiedy woda z hukiem wylała się na korytarz, porwała zarówno Kościeja, jak i Anemetiusa. On – w przeciwieństwie do Kościeja – miał przewagę nieposiadania ciała, dlatego gdy tylko nurt cuchnącej cieczy go porwał, uniósł się nieznacznie nad powierzchnię. Odczekał aż breja spłynie dalej i dopiero wtedy zniżył się do poziomu podłoża, wciąż nieznacznie unosząc się u góry.

Zapewne posiadając ciało doznałby obrażeń na wskutek nagłego uderzenia całego ciężaru wody, ale teraz było mu to kompletnie obojętne. Co się tyczy jego wątpliwego przewodnika…również niezbyt się nim przejmował. Kościej i tak był już martwy. Najwyżej straci parę kończyn, które sobie następnie doczepi.

Rozważył całe zaistniałe wydarzenie. Kolejna nieznacząca pseudo zagadka. Układanka i zatęchła woda. Albo niczemu to nie służyło, albo woda stanowiła swoistego rodzaju obciążnik, który należy zwolnić, aby uruchomić ukryty mechanizm. Innej opcji nie było. Przez moment skupił się szukając w swej myślowej projekcji mapy jakichkolwiek zmian. Być może otworzyło się jakieś przejście?

Kierując się śladem aury magii Kościeja ruszył w jego kierunku. Gdy go odnalazł przemówił telepatycznie.

I co to ma wszystko znaczyć? Kolejna rozwiązana zagadka, kolejne fiasko. Gdzie teraz, przewodniku?

Nie miałem co pisać, bo jedynie mnie "porwała" woda, dlatego krótko. Brev, błagam, przyśpiesz to, przez kolejne x miesięcy będę łaził od komnaty do komnaty i przestawiał jakieś obrazki lub układanki?
Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

22 cze 2013, 10:21

MG


Nie do końca wiadomo, czy obecność wody w ustach jakkolwiek wpływa na zdolności werbalne osoby, która nie posiada już krtani, strun głosowych, ani tym bardziej płuc. Niemniej jednak Kościej teatralnie zabulgotał parę chwil, nim wreszcie uniósł się na klęczki, jeszcze bardziej teatralnie odkaszlnął, splunął strugą zatęchłej cieczy i otrząsnął jak mokry pies.
– Co ma znaczyć? – mruknął gderliwym tonem. – Nie wiem! W programie dnia tego nie było!
Kłapnął nagle zębami, jakby chciał sobie odgryźć język, wściekły, że powiedział za dużo. Zabrzmiało tak, jakby Kościej doskonale zdawał sobie sprawę z wszystkiego tego, co spotyka Anemetiusa.
– Dla kogo fiasko, dla tego fiasko! – oświadczył i podniósł się do pionu, zrobił krok i natychmiast poślizgnął na mokrej posadzce. Woda przebiła się przez drzwi i miotnęła nimi – czy może bardziej Kościejem – do swego rodzaju sieni. Tutaj rozlała się obszernie po kątach, zalegając przy podłodze warstwą grubą na może palec. Wystarczająco dużo, by brodzić po kostki i zaliczać kolejne upadki.
Ale to akurat Anemetiusa nie interesowało. Tkwił w swojej eterycznej, niematerialnej formie, obojętny wobec tego rodzaju problemów życiowych.
– Teraz, przyjacielu? – zagadnął wesoło. Szedł dziwnie, przykurczony, z szeroko rozstawionymi rękami, jakby próbował balansować na wodzie. – Teraz to idziemy do lochów. Musisz tam znaleźć przełącznik i wrócić do komnaty korony, a potem położyć ją na tronie. Cała sekwencja musi zostać zachowana, dlatego ciągam cię po całym obiekcie.
Szedł, uważnie stawiając kroki, a zarazem też robiąc obszerne kółka lewym ramieniem, bo wydawało mu się, że kość chyba wypadła z panewki stawu. Próbował ją sam nastawić, ale nie widział swoich pleców, miał więc problem.
– Mógłbyś mi powiedzieć, czy to dobrze leży, kochaniutki? Mam wrażenie, że coś zgrzyta. Starość nie radość. Przy okazji, długo to błąkasz się w takiej postaci? Albo w ogóle długo błąkasz się po tym świecie? Jesteśmy przyjaciółmi już od tak dawna, a ja jeszcze nie spytałem. Wstyd mi.
Zatrzymał się dopiero przed kawałkiem ściany, który od reszty nie różnił się niczym prócz tego, że zdobił go wypukły ornament przedstawiający odwróconą koronę. Kościej chwycił płaskorzeźbę i przekręcił ją, ustawiając koronę na prosto, a wówczas mechanizm ze zgrzytem odsunął ukryte drzwi. Buchnęło piwnicznym chłodem, część wody momentalnie zaczęła spływać po wąskich, nieziemsko śliskich schodkach.
Lochy.
– Osoby bezpłciowe przodem. – Kościej odsunął się i skłonił z kurtuazją. – Czy ty przypadkiem nie umiesz świecić, przyjacielu? Na dole będzie ciemno, a mamy znaleźć przełącznik. Bez tego nie otworzysz drzwi do komnaty za koroną. I nie znajdziesz skarbu, rzecz jasna.
Powietrze nagle zmieniło się. Zgęstniało, ale nie było zastałe do tego stopnia, jakiego można się spodziewać po nie otwieranej od wieków piwnicy. Zdawało się lekko wibrować, ciągnęło podziemnym chłodem, przenikało do szpiku pożółkłych kości. Kościej miał wrażenie, że czuje na nieistniejącym języku żelazisty posmak burzy.
Zawahał się przed wejściem. Czyżby kryształy…? Możliwe, że były gdzieś w pobliżu. Możliwe. Potrząsnął kościanym czerepem i wbrew temu, co powiedział, wszedł pierwszy, ostrożnie trzymając się ściany.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

22 cze 2013, 12:21

Twój program dnia nie uwzględnił także i wielu innych czynników – odpowiedział i przeistoczył się w malutką jaskółeczkę wypełnioną stłumionym, wielobarwnym blaskiem przenikającym przez niematerialną powłokę. Kula energii, jaką był, zacisnęła się, poruszyła niespokojnie i przeobraziła niczym poczwarka. Jako że jego istotę stanowiła czysta magia, rozumował ją świadomie oraz posiadał zdolności jej swobodnej manipulacji, to zmiana kształtu nie stanowiła dla niego żadnego problemu.

Ruszył za Kościejem latając tuż nad jego głową, rozświetlając przy okazji odrobinkę ciemności panujące w korytarzu. Barwne światła odbijały się od gładkiej, wypolerowanej powierzchni ścian, tworząc cudne odblaski załamujące się pod różnymi kątami. Słysząc pytanie odnośnie stawu, odparł:

To i tak nie ma znaczenia. Jesteś martwy. Nie odczuwasz żadnego dyskomfortu. Jedynie twoja podświadomość próbuje ci to podpowiedzieć. – Zamilkł rozważając, czy powinien udzielić odpowiedzi także na drugą część wypowiedzi przewodnika. Zadecydował, że taka wiedza nie jest Kościejowi do niczego potrzebna. W końcu i tak po wykonaniu swego zadania miał…odejść w zaświaty czy gdziekolwiek tam, dokąd zmierza się po śmierci.

Twój wstyd i troska to piękne zagranie, ale całkowicie fałszywe. Nie myśl, że nie wiem jak to wszystko działa. Jestem ascendentem. Umysły śmiertelników, nawet przywróconych do życia, są dla mnie proste jak budowa cepa. Powiedz mi coś o sobie, a może ja uchylę ci rąbka swojej tajemnicy, chociaż tobie i tak żadna wiedza już nie będzie potrzebna.

Po pewnym czasie w końcu dotarli do lochów. Symbol korony na drzwiach był pierwszym, na co zwrócił uwagę – Wkrótce, pomyślał. Ta moc będzie należeć do niego.

Nie potrzebuję światła, by widzieć. Moim wzrokiem jest magia. Ona rozświetla każde przejście i ukazuje ukryte drzwi.

I wraz z przewodnikiem zagłębił się w mrok.

Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

06 lip 2013, 16:30

MG


Nie odczuwał żadnego dyskomfortu…? Może. Problem w tym, że Kościej widział sprawę inaczej. Paradoksalnie czuł się tak bardzo żywy, jak tylko można, będąc martwym niczym śnięta ryba. Sam obrócił czaszkę w nieprzepisowy sposób, niemalże łamiąc sobie kręgi szyjne i sprawdził, jak ten cholerny bark leży w stawie. O dziwo leżał poprawnie.
– Odczuwam szereg różnych niewygód, przyjacielu – burknął nadąsanym tonem. – Pierwszą z nich jest konieczność przebywania z tak miłą osobą jak tyyyy….! – ostatnie zdanie zakończył wysokim, falsetowym piskiem, bo poślizgnął się na wilgotnych schodach. Od upadku i niechybnego roztrzaskania kości na dole uchroniła go ściana.
– Fałszywe…? – zamruczał. Nagle roześmiał się serdecznie jak nieco zgrzytliwe dziecko. – Ale kuglarz ze mnie wyborny, nieprawdaż? Dobrze, niechaj będzie, mistrzu w fachu cepów budowy. Obustronna wymiana. Ja powiem ci coś o sobie, ty powiedz mi coś o mnie.
Zeszli do samego dołu. Czy może raczej Kościej zszedł – Anemetius po prostu dryfował za nim. To musiało być wygodne, nie musieć poruszać żadnymi kończynami, nie być ograniczonym małością własnej, fizycznej powłoki. Nie być uzależnionym od kruchości ludzkich (lub nieludzkich) kości, nie być zdanym na wątpliwą mobilność stawów. Nie musieć liczyć na siłę własnych, wątłych mięśni. Po prostu dryfować jako energia. Być czystą myślą, czystą siłą. Bez konieczności jedzenia, defekacji, chędożenia celem przedłużenia ciągłości gatunku…
No, bez tego ostatniego. Brak tej czynności znacząco obrzydzał w oczach Kościeja funkcjonowanie jako ascendent.
– Nazywałem się Walgand Norri i byłem, nazwijmy to, bakałarzem. Nie, nadal jestem – zreflektował się. Potrząsnął łysym czerepem. – Nie, byłem, przecież już nie jestem. Chociaż, skoro mam świadomość, to może dalej jestem? Anemetiusie, jak to jest? Skoro posiadam swoją świadomość, wspomnienia, światopogląd i klarowność myśli, ale nie dysponuję ciałem, czyli przeważającą większością tego, co tworzyło mnie, to dalej jestem? Czy może już mnie nie ma? Za czasów mojej świetności lubowałem się w jarząbkach. Dać mi jarząbka i parę razy powiekami strzepnąć, a już nie ma jarząbka. A już zwłaszcza, jak jarząbek był pieczony cały i z farszem z jabłek. To wtedy nawet powiekami nie trza było trzepać. Otóż widzisz, przyjacielu, byłem prawdziwym, rzekłbyś, entuzjastą jarząbków. Jedzenie jarząbków stało się integralną częścią mej osoby. Niejako moim symbolem. Zaiste, przyjacielu, gdybym był herbowy, w klejnocie widniałby piękny jarząbek. Musowo z farszem jabłkowym. Teraz już nie mam jak jeść jarząbków. Czy jestem dalej sobą, skoro ich nie jem, kiedy tworzyły one rdzeń MNIE? A z drugiej strony, kiedy tak wesoło gaworzymy, mam ochotę na jarząbka. Czy to samo nie znaczy czasem, że mimo zasadniczej nieobecności fizycznej MNIE, to ja wciąż JESTEM?
Po omacku dotarł do ściany i przeciągnął po nią ręką, szukając pochodni. To nie był przyjemny dźwięk. Ludzie zasadniczo nie wiedzą, jak brzmi odgłos kamienia skrobanego nagą kością. Logiczne, gdyż nigdy nie spotkali się z chodzącym kościotrupem, który pochodni potrzebuje.
– Uch, zamokło cholerstwo – mruknął. – Przyjacielu słodki, byłbyś łaskaw to jakoś podpalić? To jest, czy twoja nieograniczona okowami cielesności moc zdolna jest to podpalić? Byłoby to niezwykle przydatne. Ty może widzisz wszystko, ale ja wolałbym obecność ognia. Zresztą muszę się podsuszyć.
Problem polega na tym, że czaszka zasadniczo nie posiada warg. Nie ma też mięśni mimicznych, więc nic nie steruje jej uśmiechem. Ba, uśmiechem określamy zwykle stan wyszczerzenia uzębienia, a proces ten odbywa się w różnym stopniu nasilenia. To jest, im więcej zębów widać, tym bardziej się śmiejemy. Proste jak konstrukcja cepa, czy też, jak twierdzi Anemetius, tajniki umysłu ludzkiego.
Tyle że czaszka szczerzy się z definicji, więc nie może się wyszczerzyć jeszcze bardziej. Toteż ciężko jest określić, by czerep się uśmiechał. A mimo to Kościej jakoś to zrobił – na jego dolnej połowie fizjonomii zamigotał uśmiech.
– Poza tym, była umowa. Ja powiedziałem. Jesteś Walgand Norri, bakałarz, amator jarząbków. Lubię grać w kości i lubię piękne kobiety. Te mniej piękne też mogą być, tylko w zestawie z winem. Kiedyś czymś się interesowałem i nawet udało mi się zasłynąć. Żyłem w pięknym miejscu, gdzie było dużo pięknych kobiet i jeszcze więcej mniej pięknych z dużą ilością wina. Teraz ty. Kim byłeś? Kim jesteś teraz?
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

06 lip 2013, 19:34

Historia Kościeja…nie, Walganda Norri, nie wywarła na nim żadnego wrażenia. Nie wzbudziła ciekawości, zainteresowania, czy chociażby jakiejkolwiek innej, słabszej lub mocniejszej emocji. Wysłuchał, przyjął, zakodował i krótko przeanalizował. Filozoficzne rozważania własnego JA. Dla niego takiego rodzaju przemyślenia były słabością. Każdy powinien wiedzieć, kim jest, do czego dąży oraz czym się kieruje. Nie może być miejsca na wahania w rozumieniu własnej osobowości, istoty. Pytania takiej natury pokazują, jak słaba i wątła jest psychika danego stworzenia. Jak wiele jest w niej nieścisłości, luk i miejsc podatnych na manipulację. Być zagubionym we własnym umyśle, to ponieść klęskę.

Nie mogę Ci udzielić odpowiedzi na to pytanie, ponieważ samemu trzeba znaleźć na nie odpowiedź. Jeżeli nękają cię takie wątpliwości, to nierozważnie jest się z nimi dzielić. Tylko Ty i wyłącznie Ty możesz zrozumieć własne JA. Gdybym był istotą podłą, podstępną i niegodną zaufania, mógłbym wykorzystać twoje niezdecydowanie na swoją korzyść, niekoniecznie twoją. Umysł wbrew pozorom nie jest skomplikowaną konstrukcją.

Dla magów umysłu nie było bardziej podatnego gruntu niż zagubiona świadomość. Gdyby tylko miał więcej dostępnej mocy…nie bawiłby się w te całe podchody tylko od razu przejął kontrolę nad jaźnią Kościeja. Niestety na tym etapie był zbyt słaby, aby zrobić chociaż to…wkrótce. Jeszcze trochę i odzyska należną mu potęgę.

W każdym razie i tak nie dawał wiary całej historii Kościeja. Jarząbki…też coś. Niezwykle fascynujące. Niemniej układ to układ, nawet jeżeli druga strona nie do końca była szczera. Zresztą – Kościejowi na nic wiedza o tym, kim kiedyś był Anemetius. Dawny elf odszedł. Wyewoluował i nie bał się przyznać do swych dawnych błędów oraz niedoskonałości. Historia tego, kim niegdyś był to tylko jedna z wielu.

Chcesz wiedzieć, kim był Anemetius? Pragniesz poznać etap z jego życia? Dobrze. Wyobraź sobie więźniecie. Mroczne jak noc. Pozbawione okien i dostępu do światła. A w nim celę. Głęboko pod ziemią. Niewielkie pomieszczenie, w którym ledwo co można się położyć. I wyobraź sobie sto lat. Sto długich, elfich lat w tym miejscu. Mijających powoli, trwających całą wieczność. I w tej celi siedzi istota, żywa, cielesna, obdarzona wielką potęgą. Cóż robi przez ten czas niedoli? Ucieka w odmęty swojego umysłu. Zamyka się w nim, bo wie, że świat to ból. Wówczas Anemetius zrozumiał, że ciało to słabość, a potęga kryje się w umyśle. Przez sto lat trwał w swojej świadomości, kreując w niej własny świat. Odkrywając tajniki umysłu. Młody, pełen energii i życia elf odszedł. Sczezł w ciemności pochłonięty przez swój gniew, nienawiść i urazę. A narodziła się istota doskonalsza, gotowa przekroczyć granicę śmiertelności.

Przerwał swój monolog. Czy powiedział zbyt dużo? Bez znaczenia. Anemetiusa nie ma. Stał się tylko historią, a by historia nie zginęła, należy ją przekazywać.

A pochodni nie zapalę.

Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

07 lip 2013, 21:15

MG

Słuchał. Ha, zaiste! Mało kto kiedykolwiek potrafił słuchać, czy było to dwieście lat temu, sto, czy też jest dzisiaj. Każdy zawsze pragnie mówić najpierw o sobie, a wynurzeń drugiego słucha w ramach rekompensaty. Nic go to nie interesuje. Ludzie, elfy, krasnoludy, trolle, wszystkie żywe istoty.
Wszystkich ich łączy mowa wspólna oraz fakt, że każdy chce jej używać, by nawijać o sobie.
Lata spędzone w grobie nauczyły Kościeja pokory. Potrafił słuchać. Nie. Był tutaj właśnie po to, by Anemetiusa wysłuchać.
– Sądzę, że zrobiono mu wielką krzywdzę – powiedział pewnie. – Szlag by cię, sukinsynu.
Cisnął pochodnią o wilgotną posadzkę. Bez ognia była bezużyteczna, a Kościej nie miał ani hubki ani krzesiwa. Ci, którzy umieścili tu rządek pochodni zapewne twierdzili, że ktoś tu wejdzie z własnym źródłem ognia lub nie będzie go potrzebował.
– Myślę, że go skrzywdzono – powtórzył – zabierając prawdę o pięknie świata. To logiczne, że w ciemnej celi każdy może oszaleć. Bez różnicy, czy to człowiek, czy elf. Elf ma po prostu gorzej, bo żyje dłużej, więc nie zdąży sobie kipnąć. Naprawdę szczerze mi go szkoda. Nie ścisnął dziewczęcego tyłka, nie wychylił dzbana piwa z przyjaciółmi, nie czuł zapachu kwiatów na leśnej polanie. Naprawdę mi cię szkoda, przyjacielu.
Byli na miejscu.
Lochy rozgałęziały się na system skomplikowanych labiryntów, wijących się jak arterie żylne w ciele żywego organizmu. Od ich korytarza odbijało co najmniej pięć innych, wiodących w różnych kierunkach.
– Gdzieś tu, w Lochach, są kryształy energetyczne – mruknął Kościej. – Na pewno je poczułeś. Teraz nadszedł czas wyboru. Wiem, czego pragniesz. Energii. Wiesz, dlaczego różnimy się od siebie? Ja zawsze wygram. Bo ja żyć nie chcę, nie potrzebuję. Dziękuję, już się nażyłem, teraz inni. Ale ty pragniesz trwać. Ty chcesz coś zrobić. Potrzebujesz do tego energii. Daję ci ją, tylko ją znajdź. To twój wybór. Możesz odszukać kryształy nasączone czystą energią, pobrać ją i odejść. Może nawet zabijając przy okazji pewnego sympatycznego staruszka. Albo możesz iść dalej i odkryć prawdziwy sekret AknoKarg, możesz odkryć to, za czym bezsensownie goniłeś przez te wszystkie komnaty w poszukiwaniu przełączników.
Założył kościste ramiona na żebrowej piersi. Czekał. Decyzja należała tylko i wyłącznie do Anemetiusa. Mógł stąd odejść i nie narażać się, zrobić swoje, osiągnąć, co zechce. Wziąć nagrodę pocieszenia, którą AknoKarg oferowało tym, którzy tu dotarli. Albo mógł iść dalej. Zgarnąć całą pulę lub spektakularną klęskę.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

07 lip 2013, 22:20

Odejść? Miał odejść jak pies z podkulonym ogonem? Nie po to przybył od tego miejsca, aby teraz zadowolić się jedynie namiastką nagrody. Owszem, potrzebował energii, ale mógł mieć i ją, i sekret ruin. Większe ryzyko? Być może, lecz ryzyko to część życia. Mając możliwość większej potęgi, któż wybrałby mniejszą? Zapewne ci, którzy nie wiedzieliby, co z nią zrobić. On miał plany, wielkie plany, ale by je urzeczywistnić wymagał gigantycznych ilości mocy. Poza samym pragnieniem mocy pałał również żądzą wiedzy. Odkrycie tajemnicy tego miejsca dałoby…więcej możliwości. Kto je stworzył, co kierowało twórcami ruin, gdzie się podziali? Nieskończone pragnienie informacji. Zbierania ich i kolekcjonowania napędzało go.

Anemetius, nim odszedł, mawiał, iż tylko ci, którzy chcą więcej, zdobywają szczyty. Ciągły postęp, parcie do przodu, do umarzanego celu. Bez względu na okoliczności, ból i trud. Możliwe, że zachował coś z tego, kim kiedyś był…Nie, on nie odejdzie. Te ruiny będą początkiem. Zostanie ich Panem i władcą. Tutaj utworzy zalążek, początek wielkiej ewolucji.

Nie doceniasz mnie, jeżeli sądzisz, że odejdę. Posiądę zarówno energię, jak i tajemnicę AknoKarg. Nie uważasz, że istota taka jak ja powinna mieć własne miejsce zamieszkania? To nada się idealnie. Nie, nie odejdę. Nazwij mnie zachłannym oraz chciwym, lecz ja pragnę…wszystkiego. Prowadź dalej.

Awatar użytkownika
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

10 lip 2013, 21:28

MG


Kościej zacmokał. Ciężko było określić, jak teraz obrazuje się jego stan emocjonalny – był szczęśliwy czy zasmucony? A może odczuwał jakąś mściwą, posępną satysfakcję? Czy może wreszcie wszystko na raz?
Ciężko, naprawdę ciężko to określić.
Trudno rozczytać emocje kogoś, kto twarzy od dobrych setek lat nie posiada.
– Dobrze – skwitował krótko, jakby z namysłem, jakby… dokonując transakcji. Tak, przez chwilę jego głos zabrzmiał tak, jakby Kościej dobił targu. I nie było to wcale bzdurne targowanie się o jarząbka i korzenne przyprawy do niego.
Takim tonem dokonywało się wielkich operacji. Sprzedawano okręty wraz z załogami, posyłano ludzi na śmierć bez mrugnięcia okiem. Targowano wdziękami pięknej księżniczki w celach wyższych. Biznes.
Tak, Kościej właśnie teraz ubił biznes. I naprawdę ciężko powiedzieć, jakie z niego wynikną dla Anemetiusa korzyści.
– Dobrze – powtórzył. – Zostały tylko Lochy. Musisz znów odnaleźć przełącznik, tylko to pozwoli na odblokowanie, nazwijmy to, włazu. Wiem, że ciebie to nie nudzi, Anemetiusie. Jesteś stary. Stary niemal tak samo jak ja. Potrafisz czekać. O tak, potrafisz wspaniale czekać. I zdążyłem się przekonać – nie ma w tobie nic ludzkiego. Mówię "ludzkiego" w odniesieniu do ogółu ras rozumnych, nie ma różnicy, czyś był elfem, czy jaszczuroczłekiem. Jedno jest pewne. W tobie już nie ma uczuć, nie wiem, czy kiedykolwiek były. A jeśli nawet, niewola zabiła je w tobie. Zapewne byłeś pięknym, dumnym, pełnym idei i żądnym wiedzy elfem. Teraz już tego nie ma. Pozostała kula energii, która wkracza do miejsca zwanego AknoKarg, bo potrzebuje jego energii, by żyć. Interpretację pozostawiam tobie.
Przerwał uroczystą przemowę, jakby potrzebował chwili na oddech. Interesujące było to, że całość powiedział płynnie, bez jakiejkolwiek przerwy czy zająknienia. Brak płuc mu to umożliwiał. Jednakże zwolnienie z konieczności oddychania nie wyjaśniało, dlaczego Kościej potrafił nagle wysłowić się tak zgrabnie i płynnie.
Jedna droga – miał tę gadkę przygotowaną od dawna. Ale z drugiej strony, nie znał jeszcze wówczas Anemetiusa. Nie mógłby jej dopasować.
O wiele bardziej prawdopodobna była wersja druga: włączył mu się tryb niegdysiejszego oratora. Kreatywnego, gładkoustego Walganda Norri, uczonego, który zgrabnym formowaniem myśli zjednał sobie wiele. Osiągnął aż tyle, że pozwolono mu zostać tu, w AknoKarg.
– No, kochaniutki, to nie powinno być trudne – zaszczebiotał już po "swojemu". Czar prysł. – Mamy w tym praktykę, nie, złociutki? Chodź, znajdziemy przełącznik i będzie po wszystkim.

Lochy nie wyglądały zachęcająco. Kościej kierował się jak po sznurku, prowadząc Anemetiusa przez szereg pomieszczeń. Zatrzymali się w ostatnim – tam, gdzie znajdowały się narzędzia kaźni. Blat kamiennego stołu pękł, ale żelazne okowy wciąż się trzymały. Aczkolwiek były tak skorodowane, że należało wątpić w to, czy utrzymają tu kogokolwiek. Widać było stare, naprawdę stare zacieki czegoś, co nieprzyjemnie przypominało krew. Czuć było strach. Palący lęk, nadzieję, ulgę, rozdzierający ból.
Na podłodze leżały cztery skórzane wory przewiązane rzemykami. Twarz Kościeja, o ile w ogóle posiadał jakąś twarz, nagle się skurczyła. Tego się autentycznie nie spodziewał.
– Eee… – bąknął. – To… chyba otworzyć trzeba, nie?
Otworzył, a jakże.
Wewnątrz były kości. Ludzkie, zdaje się, choć pewności mieć nie należy. W każdym z czterech worków.
Stare, pożółkłe kości.
Awatar użytkownika
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

11 lip 2013, 00:06

Jedna kwestia pozostała niewyjaśniona. Czemu pochłonięcie energii domniemanych kryształów miałoby zamknąć mu drogę przed poznaniem tajemnicy ruin? Nie miało to żadnego sensu. Może Kościej próbował go oszukać, zmanipulować nim, by osiągnąć własne cele? Nigdy nie ufał nikomu, Anemetius nie wierzył nawet własnym rodzicom, nie mówiąc o zupełnie obcej, ożywionej istocie, czekającej jakoś akurat na niego w środku starożytnych ruin. Jak dotąd nie otrzymał żadnego racjonalnego wyjaśnienia. Wszystko, co powiedział Kościej można było zamknąć w ogólnikach, mających na celu zmylenie rozmówcy.

Zastanowił się przez moment. Zdecydowanie coś w tym wszystkim nie pasowało. Całość zdawała się zbyt prosta. Miły, uczynny przewodnik, który spoczywa w skrzyni czekając akurat na niego. Pomaga – według siebie – bezinteresownie i udziela pomocnych rad. Podczas całego pobytu w ruinach Anemetius nie stanął przed żadnym zagrożeniem, które stanowiłoby jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Może Kościej był znacznie bardziej sprytny niż podejrzewał? Kiedy tak rozważał nad tym wszystkim całość stawała się jasna – zdrada, podstęp i oszustwo. Należy go usunąć.

W końcu dotarli do lochów i znaleźli się – zapewne – w sali tortur. Oddalił się nieco od Kościeja, który otwierał właśnie worek z kośćmi. Zapewne należały do nieszczęśników, którzy zakończyli swój żywot w tym miejscu. Chociaż jaki był cel w pozostawieniu…resztek? Lochy to ostatnia lokacja. Nadszedł czas uzyskać odpowiedzi. Satysfakcjonujące i ewentualnie rozwiązać kwestię zdradliwego Walganda. Pięknie potrafił przemawiać, doprawdy. Niewielu mogłoby poszczycić się takim talentem, lecz słowa to tylko świst wiatru.

Czyżby twoi pobratymcy? – spytał niby żartem. – Niemniej mamy ważniejsze sprawy do omówienia. Wyjaśnij mi w sposób logiczny, czemu pochłonięcie energii kryształów miałoby zamknąć mi drogę przed zdobyciem prawdziwej mocy AknoKarg? Sam mówisz, iż zbliżamy się do kresu, więc być może czas na odpowiedzi, które mi obiecałeś na początku naszego spotkania? Kim byli budowniczy ruin, czemu tu spoczywasz…przyjacielu? Wszakże jesteś tu dla mnie, czyż nie?

Powoli zaczynał tkać pojedyncze cząsteczki magii, nadal pozostawiając je w sobie. Robił to niezauważalnie. Musiał być przygotowany na wszelkie niespodzianki. Ostrożnie, delikatnie, z wyczuciem, by nie narazić się na jeszcze większe osłabienie. Tym razem nie zmyli go ogólnikami. Kościej nie zrobił NIC, czemu samemu by nie podołał. Wzbudzał za to zbyt dużo niepewności. Kto wie, czy tajemnica ruin to nie zwycięstwo Kościeja, a zguba Anemetiusa? Nie może mieć takich wątpliwości. Ryzykował zbyt wiele.

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 7 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.