Górski szlak

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.
Awatar użytkownika
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

Górski szlak

01 maja 2013, 22:50

MG

Wichrowe Szczyty. Docelowe miejsce wyprawy, na jaką porwała się mała drużyna, która postanowiła wyruszyć na poszukiwanie zarobku, nie zważając na ewentualne niebezpieczeństwa oraz konsekwencje. Wybrali stosunkowo nieprzystępne okolice, kryjące w sobie tysiące mrocznych tajemnic, wyjątkowo niebezpieczne miejsce, które przyciąga ludzi jak przysłowiowe gówno muchy, zarówno ze względu na zapierające dech w piersiach walory estetyczne, którymi niejednokrotnie nie sposób nacieszyć oczu, ale i również dlatego że jest to miejsce, w którym można spotkać dziwy i cuda, których nie uświadczy się na bezpiecznym, położonym setki metrów niżej, twardym gruncie.

Niektórzy przychodzili tutaj po to, by pooddychać świeżym, górskim powietrzem, odpocząć od zgiełku i hałasu, jakie panowały w miastach lub nasycić swe oczy wspaniałym pejzażem jaki tworzyły malownicze, tworzące krajobraz skały, wielkie połacie zielonych lasów i terenów zapełnionych najróżniejszą roślinnością, która w jakiś sposób przystosowała się do tych trudnych warunków, oraz górskie, czyste strumyki, służące za wodopój zamieszkującej te tereny zwierzynie, bardzo często równie niespotykanej co flora. Równie wspaniałym widokiem było spoglądanie z większych szczytów na położone niżej tereny, skąd było widać miasta i wioski, które były nie większe od małego orzecha, który z łatwością można było zgnieść w dłoni. Były też jednak takie osoby, które wyruszały w te tereny w celach zupełnie nie związanych z turystyką i podziwianiem cudów, jakie stworzyli wielcy Bogowie. Olbrzymie góry kryły bardzo wiele nieodkrytych tajemnic, setki grot i jaskiń, dolin i przełęczy, różnorakich kryjówek i ukrytych przed wzrokiem niepożądanych osób miejsc, w których kryły się najróżniejsze, unikające kontaktu z humanoidalnymi istotami stworzenia, jakich wręcz nie sposób było spotkać, podróżując po miastach Autonomii. Owe zwierzęta miały to do siebie, że ze względu na niebezpieczeństwo jakie oznaczała sama próba wyruszenia w ten obszar, unikalność gatunkową, a także niejednokrotnie groźne ataki do których były zmuszone w akcie samoobrony, sprawiały że cena za niektóre części ciała tych osobników, lub bardzo często również za żywe okazy, potrafiła osiągać naprawdę wysokie sumy, a jak wiadomo, niektórzy są w stanie dla pieniędzy zrobić niemal wszystko. Jak bardzo zdeterminowana była czwórka podróżników, którzy postanowili zwiedzić Wichrowe Szczyty, z domyślnym zamiarem upolowania czegoś, co da im jakiekolwiek większe źródło zarobku? Odpowiedź na to pytanie, w najbliższym czasie mogła im wszystkim nasunąć się o wiele szybciej, niż mogłoby się wydawać. W końcu nigdy nie wiadomo, co czeka za następnym, wielkim skalnym odłamkiem, jakich pełno było na prowizorycznej ścieżce, prowadzącej ku dziewiczym terenom, w jakie zaczynali się teraz zapuszczać bohaterowie.

Mijali właśnie pojedynczą, dość dużą, pokrytą brudem i błotem skałę, sterczącą pojedynczo przy trasie niczym zagubione dziecko. Znajdowali się na dość stromej, nierównej ścieżce, na jaką dostali się, kierując się z traktu Iquańskiego w kierunku tych olbrzymich wzgórz. Byli już właściwie u podnóża całych gór, a wysokie, nieprzystępne szczyty, malowały się nad ich głowami niczym monumentalne pomniki. Zewsząd otaczało ich bogactwo flory i fauny, mimo że jeszcze nie zapuścili się w dziksze tereny. Bogactwo różnych drzew i krzewów, na których znajdowały się zielone, pachnące igły, z wychylającym się zza koron ciepłym słońcem, wyraźnie oznaczającym, że wiosna zaczęła się już na dobre. Droga którą podróżowali była dobrze wydeptana i widoczna, usiana małymi, twardymi kamieniami, z rosnącymi po obu jej stronach sporymi lasami. Sam szlak wiódł powoli w górę, do coraz bardziej kamienistych i trudniejszych do przebycia terenów. Trochę wyżej, za lasem znajdującym się z ich lewej strony, znajdowała się widoczna spomiędzy roślinności mała polana, przez którą przepływał dobrze słyszalny, mały strumień, a krystalicznie czysta woda płynęła wartko, pośród zielonych terenów usłanych dziką roślinnością, zapewne niezmiennym od tysięcy lat korytem.

Gdzieś w pobliskim gąszczu, leżącym gdzieś w odległości około piętnastu kroków od całej ekipy, coś nagle się poruszyło, wydając donośny, zwracający uwagę szelest liści, oraz dziwny, głuchy dźwięk, przypominający połączenie donośnego pisku z gniewnym warkotem. Nim jednak ktokolwiek z drużyny zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, wyleciał stamtąd sporych rozmiarów, sprawiający wrażenie rozgniewanego, ciemnobrązowy dzik, z wyjątkowo charakterystycznym i rzucającym się w oczy, ułamanym prawym kłem. Nie było jednak powodu do większych obaw, gdyż zaraz po ujrzeniu smoka, kotołaka oraz dwójki dorosłych mężczyzn zatoczył krótkie koło, uważnie ich przy tym obserwując, po czym ruszył szybko gdzieś w głąb lasu, kwicząc jeszcze raz na odchodne, jakby chciał dać im do zrozumienia, że nie są tu zbyt mile widziani. Pomijając jednak niezbyt miłe przywitanie, pogoda, jak i otaczająca ich okolica zdecydowanie zachęcała do wyruszenia w podróż, gdyż wszystko zdawało im się dopisywać. Drzewa kołysały się delikatnie, poruszane delikatnymi podmuchami wiatru, szumiąc przy tym cicho w akompaniamencie ćwierkania siedzących na drzewach ptaków, przyjemnie chłodne, rześkie powietrze zachęcało do oddychania pełną piersią, a wiosenne, południowe słońce przygrzewało ich delikatnie, spomiędzy delikatnych obłoków.

Cała czwórka musiała się teraz jednak naradzić, odpowiednio przygotować i podjąć decyzję, w jakim kierunku należy się udać, w poszukiwaniu celu ich podróży. Mogli udać się w stronę strumienia, gdzie zapewne zbierało się trochę zwierzyny, jednak raczej nie znaleźliby tam gatunków, które dały by im jakiś większy pieniądz. W górskich, olbrzymich lasach mogło żyć kilka osobników, za które handlarze gotowi byli zapłacić niezłą sumkę, jednak potrzeba było na to dość dużo czasu, w dodatku musieliby przemierzać leśne podszycie pod górkę, między wystającymi korzeniami i wieloma innymi, zdradzieckimi pułapkami, przygotowanymi na nierozważnych wędrowców. No i została też najbardziej typowa i prawdopodobnie najbardziej przekonująca opcja, jaką było wyruszenie głównym szlakiem, by dostać się na położone wyżej tereny, z trudnymi do przebycia półkami skalnymi, oraz dużą ilością ciemnych grot, w których mogły gnieździć się naprawdę różne stworzenia. Było to miejsce, gdzie trudniej było o wodę pitną, tak samo jak o rosnące w dużych ilościach rośliny czy przebiegające w pobliżu zwierzęta, jednak to co można było tam znaleźć, niejednokrotnie w pełni to wynagradzało. Uczestnicy wyprawy musieli to wszystko między sobą uzgodnić, a dodatkowym utrudnieniem był fakt, że niemal zupełnie się nie znali, to w dodatku nie postanowili jeszcze, kto i czy w ogóle, będzie pełnił rolę przywódcy.

Jest to post bardzo ogólnikowy i rozeznający w sytuacji, który ma być raczej dalszym ciągiem fabuły, aniżeli faktyczną sesją. Tutaj polecam trochę bardziej wkręcić się w fabułę, w perspektywie utworzenia drużyny. Jestem tutaj bardzo otwarty na jakiekolwiek sugestie dotyczące terenu, wydarzeń czy innych szczegółów, o których nie wspomniałem. Mimo że Drart pisał w sesji o czasie odpisu, to ja uważam że naprawdę nie jest to konieczne, i ściągam jakikolwiek czas odpisu, choć będę Was męczył o odpisy. Wszystko co nie dotyczy posta, pisać czarnym kolorem, tak jak ja. To tyle.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 275
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

16 mar 2016, 20:33

MG:

Cztery godziny później Kewc, ustrzeliwszy dość wychudzoną sarnę, szedł za śladami krwi, tropem umierającego, wycieńczonego zwierza. Strzała nie była na tyle dobrze wymierzona, żeby uśmiercić zwierzę od razu, ale Kewc wiedział, że raczej prędzej niż później sarna się wykrwawi. Szedł więc za coraz rzadszymi śladami krwi, tropem zwierzyny, aż w końcu doszedł do miejsca, w którym podejrzewał, że zakończyła swój żywot - trop wiódł prosto w zarośnięty rów, obniżenie się terenu, pokryte gęstymi krzewami, na których zaczynały się już zielenić pierwsze pąki.

Chcąc niechcąc wszedł tam, przedzierając się przez chaszcze, zarabiając dziesiątki pomniejszych zadrapań na dłoniach i twarzy, ale w końcu jego wysiłki zostały nagrodzone - odnalazł martwą sarnę. Szamotał się, żeby ją wydostać, kiedy coś usłyszał - coś, co go zaniepokoiło, jakby odgłos wielu kroków z dalekiego dystansu, przedzieranie się przez las bez zważania na hałas. Zamarł więc w bezruchu, a odgłos wydawał się narastać, przybierać na sile. Kilka minut zajęło, żeby istoty, które go wydawały, weszły w jego pole widzenia; kiedy wreszcie to nastąpiło, z zaskoczeniem zidentyfikował je jako orki, dużą grupą - na ile widział z rowu, było ich ponad trzydziestu, a szli tempem szybkim, raptownym, jakby przed kimś uciekali - bądź też gdzieś się spieszyli. Odziani w skóry i szmaty, przetarte i noszące ślady długiego używania, dzierżący prymitywne, drewniane bronie - łuki i maczugi, obwieszeni fetyszami, wychudzeni, wyczerpani, zauważył dwóch rannych - wzbudzili w Kanetirze litość mimo swojej odmienności, ich sytuacja w sposób oczywisty nie wyglądała dobrze. Szli jednak z dziwną determinacją, jakby ostatnim zrywem, jakby ich cel był dla nich ostatnim możliwym wyjściem, a na ich ponurych twarzach, zarówno żeńskich, jak i męskich, malowała się powaga i, kiedy nikt ze współziomków nie patrzył, strach i niepokój, powodujący, że wzmacniali uchwyt na kurczowo trzymanej broni.

Kanetir widział ich doskonale - przechodzili tuż obok krzaków, w których był schowany, i wyglądało na to, że pozostawał niezauważony - trwał w bezruchu, a orki najwyraźniej nie były skłonne do uważnego rozglądania się dookoła. Po długiej chwili zniknęli w lesie, a Kewc, upewniwszy się, że już odeszli, powrócił do zajmowania się swoją sarną. Dopiero po tym, jak wreszcie wytargał ją z wykrotu, zdał sobie sprawę, że grupa orków dążyła w stronę małej wioski, której nazwy nawet nie znał, a którą minął, wkraczając w gęsty las. Orientacja w terenie mówiła Kanetirowi, że dotarcie tam zajęłoby mu mniej więcej cztery dni. Ile zajęłaby orkom, mógł tylko zgadywać.

Awatar użytkownika
Posty: 103
Rejestracja: 27 paź 2014, 15:42
Lokalizacja postaci: Smolary
GG: 48465527
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50548#50548

16 mar 2016, 23:19

Kewc ruszył do swojej bazy wypadowej niosąc sarnę. Cały czas rozmyślał nad tą gromadą orków którą spotkał. Nie wiedział gdzie zmierzają ale jego przeczucia co to tego że zmierzają w stronę małej wioski powodowały nieprzyjemny niepokój. Było ich ponad trzydziestu, nie sądził by ta mała wioska była w stanie zapewnić ich potrzeby, co gorsza bał się ze ci mogą postarać się zdobyć żywność siłą. Nie wiedział czemu zmierzają tam ale był zaniepokojony tym co może się stać gdyby ci wkroczyli do tamtej wioski. Mógł co prawda ruszyć zaalarmować wioskę ale czy był gotowy do drogi. Jego jedynym zapasem była niesiona sarna. Przygotowanie jej zajęło by zbyt dużo czasu by móc prześcignąć szybko poruszające się orki.
Gdy dotarł do swojego obozowiska był zdecydowany wyruszyć w drogę by zawiadomić mieszkańców o nadciągających w ich stronę humanoidach. Współczuł orkom jak i mieszkańcom wioski. Może gdyby zawiadomił wcześniej chłopów ci wycofali by się przed przeważającym wrogiem. Taka opcja wydawała mu się najlepsza, szkoda tylko że wszystko prawie było jego domysłami. Zebrał z bazy wypadowej wszystko co nadawało się na okrycie bądź na sprzedaż lub też dawało się przetrawić i zapakował do swoich worków.
Wcześniej pociął szybko sarnę na kawałki mięsiwa nadające się do transportu. Wnętrzności i kości wyrzucił. Wszystko zapakował do worków dbając by żywność znajdowała się osobno.
Chciał jak najszybciej wyruszyć i pożywiając się posiadanym mięsem wyprzedzić maszerująca grupę.
Wydawali sporo hałasu i zdawało mu się że ich okrążenie nie będzie trudne jeśli tylko zdoła poruszać się szybciej niż oni. Musiał tylko uważać by nie zostać zauważonym. Z zasłyszanych opowieści wolał zachowywać dystans i jeśli będzie ich okrążać to od zawietrznej. Ściganie przez 30 osobowa grupę najpewniej skończyło by się śmiercią łowcy.
Uniknąć wykrycia i być szybszym, liczyło się tylko tyle.

z/t

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 10 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52147
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.