Górski szlak

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.
Awatar użytkownika
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

Górski szlak

01 maja 2013, 22:50

MG

Wichrowe Szczyty. Docelowe miejsce wyprawy, na jaką porwała się mała drużyna, która postanowiła wyruszyć na poszukiwanie zarobku, nie zważając na ewentualne niebezpieczeństwa oraz konsekwencje. Wybrali stosunkowo nieprzystępne okolice, kryjące w sobie tysiące mrocznych tajemnic, wyjątkowo niebezpieczne miejsce, które przyciąga ludzi jak przysłowiowe gówno muchy, zarówno ze względu na zapierające dech w piersiach walory estetyczne, którymi niejednokrotnie nie sposób nacieszyć oczu, ale i również dlatego że jest to miejsce, w którym można spotkać dziwy i cuda, których nie uświadczy się na bezpiecznym, położonym setki metrów niżej, twardym gruncie.

Niektórzy przychodzili tutaj po to, by pooddychać świeżym, górskim powietrzem, odpocząć od zgiełku i hałasu, jakie panowały w miastach lub nasycić swe oczy wspaniałym pejzażem jaki tworzyły malownicze, tworzące krajobraz skały, wielkie połacie zielonych lasów i terenów zapełnionych najróżniejszą roślinnością, która w jakiś sposób przystosowała się do tych trudnych warunków, oraz górskie, czyste strumyki, służące za wodopój zamieszkującej te tereny zwierzynie, bardzo często równie niespotykanej co flora. Równie wspaniałym widokiem było spoglądanie z większych szczytów na położone niżej tereny, skąd było widać miasta i wioski, które były nie większe od małego orzecha, który z łatwością można było zgnieść w dłoni. Były też jednak takie osoby, które wyruszały w te tereny w celach zupełnie nie związanych z turystyką i podziwianiem cudów, jakie stworzyli wielcy Bogowie. Olbrzymie góry kryły bardzo wiele nieodkrytych tajemnic, setki grot i jaskiń, dolin i przełęczy, różnorakich kryjówek i ukrytych przed wzrokiem niepożądanych osób miejsc, w których kryły się najróżniejsze, unikające kontaktu z humanoidalnymi istotami stworzenia, jakich wręcz nie sposób było spotkać, podróżując po miastach Autonomii. Owe zwierzęta miały to do siebie, że ze względu na niebezpieczeństwo jakie oznaczała sama próba wyruszenia w ten obszar, unikalność gatunkową, a także niejednokrotnie groźne ataki do których były zmuszone w akcie samoobrony, sprawiały że cena za niektóre części ciała tych osobników, lub bardzo często również za żywe okazy, potrafiła osiągać naprawdę wysokie sumy, a jak wiadomo, niektórzy są w stanie dla pieniędzy zrobić niemal wszystko. Jak bardzo zdeterminowana była czwórka podróżników, którzy postanowili zwiedzić Wichrowe Szczyty, z domyślnym zamiarem upolowania czegoś, co da im jakiekolwiek większe źródło zarobku? Odpowiedź na to pytanie, w najbliższym czasie mogła im wszystkim nasunąć się o wiele szybciej, niż mogłoby się wydawać. W końcu nigdy nie wiadomo, co czeka za następnym, wielkim skalnym odłamkiem, jakich pełno było na prowizorycznej ścieżce, prowadzącej ku dziewiczym terenom, w jakie zaczynali się teraz zapuszczać bohaterowie.

Mijali właśnie pojedynczą, dość dużą, pokrytą brudem i błotem skałę, sterczącą pojedynczo przy trasie niczym zagubione dziecko. Znajdowali się na dość stromej, nierównej ścieżce, na jaką dostali się, kierując się z traktu Iquańskiego w kierunku tych olbrzymich wzgórz. Byli już właściwie u podnóża całych gór, a wysokie, nieprzystępne szczyty, malowały się nad ich głowami niczym monumentalne pomniki. Zewsząd otaczało ich bogactwo flory i fauny, mimo że jeszcze nie zapuścili się w dziksze tereny. Bogactwo różnych drzew i krzewów, na których znajdowały się zielone, pachnące igły, z wychylającym się zza koron ciepłym słońcem, wyraźnie oznaczającym, że wiosna zaczęła się już na dobre. Droga którą podróżowali była dobrze wydeptana i widoczna, usiana małymi, twardymi kamieniami, z rosnącymi po obu jej stronach sporymi lasami. Sam szlak wiódł powoli w górę, do coraz bardziej kamienistych i trudniejszych do przebycia terenów. Trochę wyżej, za lasem znajdującym się z ich lewej strony, znajdowała się widoczna spomiędzy roślinności mała polana, przez którą przepływał dobrze słyszalny, mały strumień, a krystalicznie czysta woda płynęła wartko, pośród zielonych terenów usłanych dziką roślinnością, zapewne niezmiennym od tysięcy lat korytem.

Gdzieś w pobliskim gąszczu, leżącym gdzieś w odległości około piętnastu kroków od całej ekipy, coś nagle się poruszyło, wydając donośny, zwracający uwagę szelest liści, oraz dziwny, głuchy dźwięk, przypominający połączenie donośnego pisku z gniewnym warkotem. Nim jednak ktokolwiek z drużyny zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, wyleciał stamtąd sporych rozmiarów, sprawiający wrażenie rozgniewanego, ciemnobrązowy dzik, z wyjątkowo charakterystycznym i rzucającym się w oczy, ułamanym prawym kłem. Nie było jednak powodu do większych obaw, gdyż zaraz po ujrzeniu smoka, kotołaka oraz dwójki dorosłych mężczyzn zatoczył krótkie koło, uważnie ich przy tym obserwując, po czym ruszył szybko gdzieś w głąb lasu, kwicząc jeszcze raz na odchodne, jakby chciał dać im do zrozumienia, że nie są tu zbyt mile widziani. Pomijając jednak niezbyt miłe przywitanie, pogoda, jak i otaczająca ich okolica zdecydowanie zachęcała do wyruszenia w podróż, gdyż wszystko zdawało im się dopisywać. Drzewa kołysały się delikatnie, poruszane delikatnymi podmuchami wiatru, szumiąc przy tym cicho w akompaniamencie ćwierkania siedzących na drzewach ptaków, przyjemnie chłodne, rześkie powietrze zachęcało do oddychania pełną piersią, a wiosenne, południowe słońce przygrzewało ich delikatnie, spomiędzy delikatnych obłoków.

Cała czwórka musiała się teraz jednak naradzić, odpowiednio przygotować i podjąć decyzję, w jakim kierunku należy się udać, w poszukiwaniu celu ich podróży. Mogli udać się w stronę strumienia, gdzie zapewne zbierało się trochę zwierzyny, jednak raczej nie znaleźliby tam gatunków, które dały by im jakiś większy pieniądz. W górskich, olbrzymich lasach mogło żyć kilka osobników, za które handlarze gotowi byli zapłacić niezłą sumkę, jednak potrzeba było na to dość dużo czasu, w dodatku musieliby przemierzać leśne podszycie pod górkę, między wystającymi korzeniami i wieloma innymi, zdradzieckimi pułapkami, przygotowanymi na nierozważnych wędrowców. No i została też najbardziej typowa i prawdopodobnie najbardziej przekonująca opcja, jaką było wyruszenie głównym szlakiem, by dostać się na położone wyżej tereny, z trudnymi do przebycia półkami skalnymi, oraz dużą ilością ciemnych grot, w których mogły gnieździć się naprawdę różne stworzenia. Było to miejsce, gdzie trudniej było o wodę pitną, tak samo jak o rosnące w dużych ilościach rośliny czy przebiegające w pobliżu zwierzęta, jednak to co można było tam znaleźć, niejednokrotnie w pełni to wynagradzało. Uczestnicy wyprawy musieli to wszystko między sobą uzgodnić, a dodatkowym utrudnieniem był fakt, że niemal zupełnie się nie znali, to w dodatku nie postanowili jeszcze, kto i czy w ogóle, będzie pełnił rolę przywódcy.

Jest to post bardzo ogólnikowy i rozeznający w sytuacji, który ma być raczej dalszym ciągiem fabuły, aniżeli faktyczną sesją. Tutaj polecam trochę bardziej wkręcić się w fabułę, w perspektywie utworzenia drużyny. Jestem tutaj bardzo otwarty na jakiekolwiek sugestie dotyczące terenu, wydarzeń czy innych szczegółów, o których nie wspomniałem. Mimo że Drart pisał w sesji o czasie odpisu, to ja uważam że naprawdę nie jest to konieczne, i ściągam jakikolwiek czas odpisu, choć będę Was męczył o odpisy. Wszystko co nie dotyczy posta, pisać czarnym kolorem, tak jak ja. To tyle.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 27
Rejestracja: 12 mar 2014, 12:13
Karta Postaci: viewtopic.php?p=47276#47276

12 kwie 2014, 21:28

Arenplen był trochę zdziwiony tym jak reagują na niego coraz to inni żywi. Nikt nie próbuje walczyć, czy chociażby powoli oddalać się od miejsca spotkania, a jedynym na co się zdobyli było wygłoszenie potocznej nazwy damy obyczajów nieciężkich. Stał tak dalej niezruszony jak głaz wsłuchując się w to co mówi każdy z osobna w tym gronie, aż w końcu sam przemówił do nich wszystkich.

Jeśli nie macie… Nic przeciwko… To ja zabiorę swą ''osobę''… Wraz z wami… Mogę nawet pomóc… Waszemu koledze w przeprawie…

Tacy żywi to wielka szansa dla nieumarłego, może nadszedł czas by miał coś zmienić w swoim nieżyciu. Czas, aby zacząć spełniać swe postanowienia i stworzyć to o czym od dawna marzył. Pomoc rannemu to pierwszy krok by zdobyć zaufanie wśród śmiertelników, przynajmniej na tyle, aby nader często nerwowo nie spoglądali za plecy czy przypadkiem nie morduje współtowarzyszy podróży, choć każdy wyrzutek wie, że ludzie boją się tego czego nie rozumieją oraz jest inne od nich i nie prędko zmieniają swą naturę.

Pierwszym ruchem jaki ujrzeli nowo przybyli żywi było zdjęcie przez szkielet kaptura, co miało sugerować że Arenplen nie ma nic do ukrycia, a gdyby nie światło pochodzące z płomienia pochodni, można by ujrzeć mały promień ciemnozielonego błysku bijącego spod ostatniego kręgu szyjnego, oświetlającego spód czaszki i szczęki kościotrupa.

Gdyby żyjący zgodzili by się na towarzystwo Arenplena, to z pewnością byłą by to wielka przygoda która zaspokoiła by jego ciekawość na dość długi czas, kto wie co spotka ich wszystkich na tym górskim szlaku.
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

13 kwie 2014, 07:55

Akarion już miał odpowiedzieć szkieletowi na jego pytanie o ziołach, kiedy zjawił się Risil z dwoma rycerzami. Zdziwił się trochę. Zajęło to krótko, a nie sprowadził żadnego znachora, tylko wojowników. Akarion pokładał nadzieje w Risilu, który wyglądał, jakby wiedział, co robił. Rycerze się odezwali. Akarion skinął głową na zgodę. Pojedzie z nimi, oczywiście. A co innego miał robić? Leżeć i się tu powoli wykrwawiać.

Wstał ociężale. Wszystko go bolało, ale tyle sił to akurat miał. Podszedł do rycerzy. Słysząc odpowiedź Risila i szkieleta, które były twierdzące, domyślił się, że zaraz będą wyruszali. Chyba po olbrzymie próżno było szukać jakiegokolwiek odzewu. Ich kompania stała się nagle jakoś strasznie duża. Zaczęło się od samego Risila, a tu proszę. Zastanawiała go też tożsamość rycerzy. Wojownicy, którzy znają się na ziołach? Niespotykane. Czyżby to był ktoś więcej?

Awatar użytkownika
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

13 kwie 2014, 22:49

MG

Można by powiedzieć, że wszystko zaczynało jakoś się formować, chociaż to nadal wyglądało jak jakiś wyjątkowo nieudany dowcip. Co więcej, przybycie nowych osób chyba jeszcze bardziej wszystko skomplikowało. Wystarczyło tylko wymienić na głos wszystkich uczestników tej wyprawy, zawierając oczywiście ich stan oraz wygląd zewnętrzny, by uświadomić sobie jak bardzo niecodzienna i nienormalna jest to sytuacja. Przypadki chodzą po ludziach, jednak to przekraczało wszelkie granice jakiejkolwiek logiki. Wszystko jednak po prostu się działo, a wyjątkowo przyjaźni wojacy czynili wszelkie starania, by jakoś to opanować.

Z tylko sobie znanych powodów, postanowili zająć się bardzo nieporadną ekipą, nie oczekując niczego w zamian. Albo przynajmniej o niczym nie wspominając. Po krótkich pertraktacjach z Risilem, teraz już pełnoprawnym dowódcą całej tej zbieraniny, ustalili jako taki plan podróży dla każdej z osób. Risil miał przemieszczać się samotnie na wierzchowcu, jako że jedyny potrafił jako tako jeździć konno. A przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Młodszy z rycerzy zaoferował się, że weźmie na siodło Akariona, by w razie czego służyć mu pomocą. Był też chyba najbardziej wprawionym jeźdźcem, a nasz ranny kolega raczej nie chciał skończyć jeszcze z obolałym zadem. Natomiast dwójka specyficznych przyjemniaczków ruszy na ostatnim wolnym koniu, prowadzonym za uzdę przez starszego męża. Po prostu komedia.

Pierwsza część drogi była wyjątkowo powolna i ostrożna. Wszyscy starali się jakoś połapać w sytuacji, nabrać jakichś przyzwyczajeń. W końcu czekała ich… no właśnie, jak długa podróż? Dokąd się udawali? Rycerze twierdzili, że ich celem jest Nalin i w sumie nie było powodu by im nie zawierzać. Zdawała się być to jednak dość odległa perspektywa, biorąc pod uwagę początkowe niedogodności. Do pozostawionego przez nich obozowiska dotarli więc już około środka nocy. Tam zarządzili krótki postój, w trakcie którego przewodnicy zabrali ze sobą juki, a także wyłożyli ostatniego konia jakimiś szmatami, jako że szkielet z Somirionem mieli mało komfortowe warunki podróży, biorąc pod uwagę pewne ich czynniki. Dla ostatniego znalazła się nawet jakaś stara, podarta, ciemnobrązowa koszula oraz jakieś tanie, wytarte spodnie w tym samym kolorze. Oczywiście, przy jego gabarytach, wszystkie te ciuchy przypominały dziecięcy krój. Toteż tkaninę w obu przypadkach trzeba było rozciąć, by jakoś dał radę się w to zmieścić. Ale w sumie, żadna to cena za możliwość ubrania nagiego faceta.

Stamtąd było już zdecydowanie łatwiej, dosłownie i w przenośni "z górki". Robili sporo przerw dla mało wprawionych jeźdźców, toteż cała droga dłużyła się niemiłosiernie. Jakby tego było mało, Nalin zdawał się być jakoś dziwnie daleko. Żaden z obecnych nie znał jednak dobrze tutejszych stron, toteż nie mieli powodów by w jakikolwiek sposób się spierać co do obranej trasy. Minęła więc noc, śniadaniem okazało się parę sucharów i odrobina wody. Cóż, lepsze to niż nic.

Minął więc i ranek, potem południe i w końcu zaczął zbliżać się wieczór. Droga stała się równa oraz zadbana, a okolica mogła wydać się niektórym znajoma. Istoty magiczne mogły odczuć bardzo potężne ładunki energii, które miały miały ujście gdzieś w pobliżu. Coś naprawdę potężnego czaiło się w pobliskim lesie. Mieli jednak teraz o wiele ważniejsze rzeczy na głowie. Nie trzeba było być geniuszem, by połapać się, że właśnie wjechali na trakt. Wyglądało więc na to, że zwyczajnie okrążyli cel podróży, wyjeżdżając gdzieś pomiędzy wsią a Wolenvain. Dziwne.

Mężczyźni wkrótce zarządzili postój, jednak ich spojrzenia wydawały się być jakieś takie… niepodobne. Ustawili się obok siebie, opierając dłonie na głowniach swoich mieczy, gdy już wszyscy zsiedli z wierzchowców. Młody spoglądał gdzieś wzrok, jakby nie chcąc narażać się na kontakt wzrokowy. Jego towarzysz szybko to podłapał i wyszedł nieco do przodu. Czwórka była mniej więcej ściśnięta w jednym miejscu, podczas gdy oni stali dobre kilka kroków dalej.

- No panowie, koniec tej pierdolonej maskarady – oznajmił bez ogródek, poruszając nieco wiszącym w pochwie ostrzem, jakby dla podkreślenia jasnych zamiarów. - Dalej już nie pojedziecie. Dobrze wiemy, że konie są kradzione. Jak Was znam, bando zasranych złodziei, broń pewnie też – porozumiewawczo spojrzał w stronę łuków, które posiadali Akarion, Risil i Somirion.

- Oddacie nam teraz grzecznie koniki i w ramach zadośćuczynienia, powiedzmy wasze łuki, a my puścimy was wolno – zaproponował, drapiąc się w zamyśle po podbródku. Widocznie nie był pewien, czy nie była to zbyt niska cena. Mogło to świadczyć o wątpliwościach, jak i o prawości. Choć ile w tych ludziach było sprawiedliwości, to chyba każdy już wiedział. - Uczciwa oferta, nie uważacie, przyjaciele? – Zapytał, z widocznym naciskiem akcentując ostatnie słowo. Byli teraz w nie lada tarapatach. Mieli co prawda przewagę liczebną, jednak niemal nic o sobie nie wiedzieli. Nie byli również jednomyślni, a jeden z nich był dość niedysponowany. Z drugiej jednak strony, przeciwników było tylko dwóch, a gra na pewno warta świeczki. Mogli zgodzić się, pertraktować, bądź nawet walczyć. Pytanie brzmiało tylko "Czy warto"?

[Z/t wszyscy na trakt]
>>>Odpisujecie już na trakcie. Kolejki nie ma, odpis wymagany od każdego. Limitu czasowego nie daję, choć proszę o spięcie pośladów. Bawcie się dobrze.
Awatar użytkownika
Posty: 15
Rejestracja: 23 sty 2015, 23:39
Lokalizacja postaci: Podwichra
Karta Postaci: viewtopic.php?p=51808

02 lut 2015, 14:51

Miejsce, w którym w jedno łączyło się kilka dużych jaskiń, prowadzących, jeśli ktoś podążał nimi wystarczająco sprytnie i uparcie, do tuneli mrocznych elfów, znajdowało się tu. Nie było stąd daleko do powierzchni; Moluvadaresz widział kawałek nocnego nieba. Usiadł ze skrzyżowanymi nogami, kontemplując mrok, delektując się delikatnym powiewem, rzadkim w jaskiniach i tunelach głęboko pod ziemią, w których żył przez tak długo, i ciesząc się myślą o tym, co nastąpi niebawem. O krwi i zniszczeniu, jakie sprowadzi na mieszkańców powierzchni.

Był przygotowany na długie oczekiwanie; informacja o planowanym rajdzie, którą cierpliwie i ostrożnie umieścił w miejscach takich, żeby dotarła do tych, których uznał za godnych, niekoniecznie musiała przynieść duży plon. Nie spodziewał się zjawienia na miejscu więcej niż trzech osób. Uznawał tę liczbę, oczywiście, za absolutnie wystarczającą. W końcu cóż powierzchniowy plebs mógł mu przeciwstawić? Byli dla niego jedynie insektami, których przeznaczeniem było zostać rozgniecionym pod jego butem.

Nie wiedział, ile czasu siedział w miejscu, zanurzony w transie i kontemplacji. Jego wyostrzone zmysły wychwyciły wreszcie cichy szelest i odgłosy, które od razu powiązał z kimś nadchodzącym.

Otworzył oczy, odruchowo korzystając z infrawizji, żeby zidentyfikować i powitać nadchodzącego.

Awatar użytkownika
Posty: 15
Rejestracja: 23 sty 2015, 13:32
Lokalizacja postaci: Podwichra
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3407

02 lut 2015, 15:44

…Nie było tylu łez, by wyrazić jego smutek…

…Nie było na tym świecie lekarstwa, by uleczyć jego ból…

…Nie było na tym świecie nikogo, kto mógłby wyrwać go z rozpaczy…

Nadeszły mroczne czasy… Nie tylko dla mrocznych elfów, nie tylko… Ból poczują wszyscy, każdy powierzchniowiec wycierpi tyle, ile wycierpiał on… Biały Rycerz… Elf o złamanym sercu…

W jednej chwili stracił to, na co pracował przez całe swoje długie życie, wszystko to stało się tak szybko, że jeszcze nie docierał do niego ogrom cierpienia, jakiego doświadczył. Wygnany z własnej ojczyzny, nie mając się gdzie podziać, był skazany na wieczną tułaczkę. Wiedział, że już nigdy nie zazna spokoju, nigdy nie przypomni sobie, czym był dom, w jego sercu biła pustka, a takiej rany nie sposób było uleczyć. Czuł się jak bezpański pies, nie było dla niego już miejsca w tym świecie, a przynajmniej tym podziemnym, nie miał nic do stracenia. Dał się porwać jedynej emocji, jaką mógł teraz odczuwać – nienawiści. Do siebie, do najeźdźców, do ludzi, do wszystkich istot pełzających żałośnie po świecie. Nie zdawali sobie sprawy, jakim los obdarzył ich szczęściem i beztroską, nauczę ich, co to życie, nauczę ich bólu. Wkrótce cały świat zatonie w mroku, taki jest cel mego istnienia.

W tej beznadziejnej sytuacji pocieszała go tylko obecność dwóch istot, które cenił najbardziej na tym spaczonym świecie, była to jego siostra oraz wierny miecz. Tak, miał o co walczyć, wciąż miał po co żyć.

– Chodź, siostro… Obiecuję, że świat zapłaci za nasze cierpienia… – Skierowali się do wyjścia z tuneli, byli już niedaleko. Ale nie byli tam sami, siedział tam inny mroczny elf, Biały Rycerz zbliżył się do niego, sygnalizując, że nie szuka zwady.

– Bądź pozdrowiony, mroczny bracie… Zwę się Tusaradesz, Biały Rycerz, Kamienny Smok, Złamane Serce… Co cię sprowadza na powierzchnię..?

Awatar użytkownika
Posty: 12
Rejestracja: 18 lis 2014, 15:17
Lokalizacja postaci: Podwichra
Karta Postaci: viewtopic.php?p=51874#51874

02 lut 2015, 15:45

Ciche kroki Meladris zostały usłyszane. Niedaleko wejścia do podziemi wpatrywały się w nią czerwone oczy. Płynnie przeszła w infrawizję, dzięki czemu szkarłat jej oczu pogłębił się lekko. Zidentyfikowała nieznajomych jako dwóch mężczyzn, jednego siedzącego ze skrzyżowanymi nogami. Ich jasnoczerwone oczy utwierdziły ją w przekonaniu, że na jej drodze stanęli kuzyni z podziemi. Na jej pokrytej cieniem twarzy zagościł wyraz głębokiego niezadowolenia. Miała nadzieję, że spotka jakiegoś powierzchniowca, którego będzie mogła rozgnieść. No nic.

Stała przez chwilę w bezruchu, przyzwyczajając się do czystego powietrza ze świata na powierzchni. Wszystko wydawało się tutaj takie… obce. Obce, być może niebezpieczne, tajemnicze. Z miejsca, w którym stała, widziała niewielki kawałek czegoś, co, jak się dowiedziała, nazywane było… niebem. Podobno co jakiś czas niebezpieczny, niebieski wędrowiec przeganiał z niego słodką ciemność i sprowadzał na świat ogień i światło. Miała nadzieję, że to tylko pogłoski. Jak można było żyć w takim miejscu?

Westchnęła cicho i odezwała się wreszcie przepełnionym żalem głosem.

Witajcie… Jestem Meladris Szara, zwana także Szkarłatnooka Rozpaczą, Niszczycielką Nadziei, Czystokrwistą Nocą i Demonem Zatracenia.
Kim są owi tajemniczy nieznajomi, którym wyjawiam mrok swojego miana… –


Każde słowo wypowiedziane w jej oczystym, podziemnym języku.
Dotarło do niej wezwanie, a ona na nie odpowiedziała. W tej chwili z niecierpliwością czekała aż ten, który ją tu przywołał, zdradzi wreszcie swoje imię. Chciała wiedzieć, z kim przyjdzie jej podbić świat na powierzchni.
Awatar użytkownika
Posty: 15
Rejestracja: 23 sty 2015, 23:39
Lokalizacja postaci: Podwichra
Karta Postaci: viewtopic.php?p=51808

02 lut 2015, 16:21

Drapieżny uśmiech powoli wypełzł na ukryte w cieniu oblicze Moluvadaresza. Znał jedną z nadchodzących, Meladris, ze słyszenia, z plotek, powtarzanych cichcem. Znał jej reputację i była jedną z osób, którą uznał za godną towarzyszenia mu.

Drugiego z nadchodzących jednak nie znał, a jego wypowiedź sugerowała, że nie był sam. Mgliście kojarzył imię Tusadaresza jako lidera jednego z pomniejszych plemion, którego tunele i dominium położone było w dość dużej odległości od jego własnego terytorium. Nie wiedział, co go tu sprowadzało; nie należał do tych, wśród których pozostawił informację o wyprawie. Imponująca postawa sugerowała jednak, że mógłby się na niej przydać. Szczególnie, jeśli przyprowadził jeszcze kogoś wartościowego.

Powstał, rozkładając ręce, żeby pokazać, że nie żywi złych zamiarów odnośnie nowo przybyłych.

Wasze imiona rezonują głośnym i wyraźnym echem w mrocznych jaskiniach… – powiedział, obnażając zęby. – Jestem Moluvadaresz, Syn Mroku, Łamacz Mieczy, Krwiopijca, Kroczący przez Mrok i Przepowiedziany... – deklamował dramatycznie, obserwując uważnie, jakie wrażenie zrobi na nich jego imię. Kontynuował: – Tusadareszu, nie byłeś wśród tych, których przywoływałem na powierzchnię, by szerzyć śmierć, rozpacz, terror i panikę wśród powierzchniowego ścierwa. Jeżeli jednak Matka Mrok zażyczyła sobie, abyśmy się spotkali w tym samym celu… pozostaje nam jedynie połączyć siły ku zgubie powierzchniowego ścierwa. Meladris, cieszę się, że zdecydowałaś się podążyć za wezwaniem… Czeka na nas chwała i radość mordu lepsza od jakiejkolwiek wcześniej doświadczonej! Zanim jednak wyruszymy, pozostaje nam poczekać. Nie jesteś zapewne jedyną, która odpowiedziała na wezwanie, i zapewne Tusadaresz nie pojawił się tu sam…

Awatar użytkownika
Posty: 8
Rejestracja: 27 sty 2015, 14:26
Lokalizacja postaci: Podwichra
Karta Postaci: viewtopic.php?p=51902#51902

02 lut 2015, 17:04

Wszystko na co ciężko tak pracowała Nis, obróciło się w pył w ciągu kilku chwil. Nie miała już "domu", straciła najdroższą jej sercu osobę… Wydawało się, że sama zakończy swe marne życie, ale okazało się, że jej brat również przeżył masakrę. Wspólnie więc ruszyli do świata powierzchni, gdyż pod ziemią nie było dla nich miejsca, bardzo rzadko zdarzały się przyjęcia wyrzutków. Mieli tylko jedno wyjście i skorzystali z niego. Świat wkrótce miał poznać dokładną definicję rozpaczy…

Długi czas podróżowali, powoli kończyły im się wszelkie zapasy, gdy w końcu udało im się dotrzeć na miejsce. Zbliżając się do wyjścia z jaskini, Krwawa Łza wyczuła, że przed nimi znajduje się ktoś ze znaczącymi zdolnościami magicznymi. Dała znak Tusaradeszowi, żeby był ostrożny i oparła dłoń na rękojeści miecza. Po chwili okazało się, że na zewnątrz już znajdował się inny ciemnoskóry. Nie oznaczało to bynajmniej, że kobieta straciła czujność, właściwie to ją wzmogła. Wiedziała jak przebiegłymi kreaturami potrafią być jej pobratymcy.

Niserilia tylko skinęła głową na powitanie i natychmiast się odwróciła. Nadchodziła kolejna osoba, w której moc była znaczna. Co tu się działo? Czyżby trafili prosto na zasadzkę? Nie dostrzegła co prawda żadnych wrogich ruchów ze strony napotkanego ciemnoskórego, a jej brat był spokojny, więc i ona zamierzała się trochę rozluźnić, zwłaszcza, gdy zobaczyła, że nadchodzącym źródłem magicznej energii była mroczna elfka. Najwidoczniej w podziemiu ostatnio sporo się działo. Krwawa Łza cierpliwie wysłuchała wszystkich tytułów, które wymieniła nowoprzybyła i sama postanowiła się przedstawić.

- Niserilia… – Powiedziała cicho i czekała na reakcję pozostałych. Była ciekawa co też ich sprowadza na powierzchnię. Mroczne elfy raczej niechętnie opuszczały swoje siedziby, chyba że były do tego zmuszone. No i ciągle nie była pewna co do ich zamiarów, ale to się wkrótce wyjaśniło. Długouchy, który zjawił się tutaj wcześniej wymienił oczywiście swoje tytuły, nie mógł przecież być gorszy od brata Nis. Wyjawił także powód, dla którego zostawił podziemny świat. Cóż, razem z bratem nie mieli jakichś większych planów, ale czemu by się trochę nie rozerwać?

Awatar użytkownika
Posty: 15
Rejestracja: 23 sty 2015, 13:32
Lokalizacja postaci: Podwichra
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3407

02 lut 2015, 20:34

Zbadał wzrokiem dwójkę nieznajomych elfów – kobietę i mężczyznę. Od każdego z nich biła aura charakterystyczna dla najpotężniejszych przedstawicieli ich rasy. W powietrzu było czuć… krew, krew i ciemność. Twarz Tusaradesza wykrzywiła się w typowym dla niego, krzywawym uśmieszku, choć przyszło mu to z niemałym trudem, rozpacz wciąż tliła się w jego sercu i nie dała o sobie zapomnieć.

– Tak… Nie wiem nic o waszej wyprawie, ale przybyłem tu, by zebrać krwawe żniwo wśród podistot z powierzchni, właśnie to jest moim, a także mej siostry, jedynym celem… To spotkanie zostało mi przepowiedziane lata temu, teraz zrozumiałem znaczenie tej wizji. To przeznaczenie nas połączyło, naszą czwórkę, to znak od bogów, bardzo dobry znak… Zaszczytem będzie tępić ludzki gatunek u waszego boku… Sprowadzimy wieczną noc na ten świat…

Awatar użytkownika
Posty: 15
Rejestracja: 23 sty 2015, 23:39
Lokalizacja postaci: Podwichra
Karta Postaci: viewtopic.php?p=51808

05 lut 2015, 22:24

Godziny oczekiwania w wyznaczonym miejscu nie przyniosły dalszych owoców, choć minęły szybko. Moluvadaresz nie był zbytnio tym przejęty; cztery osoby były zdecydowanie wystarczającą siłą, jeśli chodzi o sianie zniszczenia wśród tych powierzchniowych słabeuszy. Czas spędzony tu pozwolił mu nabrać szacunku do dwójki niespodziewanych towarzyszy; Tusadaresz ruszał się niczym doświadczony, zręczny żołnierz, a od Niserilii tętniła mroczna moc zauważalną aurą. Wszyscy odpoczęli, powracając do pełni sił i możliwości po podróży.

Następna noc nastała.

– Nadeszła pora, bracia i siostry… Wyruszamy palić, plądrować i niszczyć. Niechaj wieczna noc zasłoni nasze ruchy i odbierze wzrok naszym ofiarom. Tam – ścieżka, wybudowana przez ludzkie ścierwo. Widać, że często uczęszczana. Z pewnością prowadzi do ich siedliska. – Jego twarz nabierała coraz drapieżniejszego wyrazu, kiedy mówił, odsłaniając zaostrzone kły. – Zniszczmy je. Nie pozostawimy nikogo żywego. Za mną.

Poprowadził drużynę, w szybkim tempie zmierzając do celu.

z/t

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Rejestracja · ZALOGUJ


Jest 3 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 3 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52107
Liczba tematów: 2967
Liczba użytkowników: 1038
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Filip Chujzer
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.