Górski szlak

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.

Moderator: MG

Awatar użytkownika
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty. 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

Górski szlak

01 maja 2013, 22:50

MG

Wichrowe Szczyty. Docelowe miejsce wyprawy, na jaką porwała się mała drużyna, która postanowiła wyruszyć na poszukiwanie zarobku, nie zważając na ewentualne niebezpieczeństwa oraz konsekwencje. Wybrali stosunkowo nieprzystępne okolice, kryjące w sobie tysiące mrocznych tajemnic, wyjątkowo niebezpieczne miejsce, które przyciąga ludzi jak przysłowiowe gówno muchy, zarówno ze względu na zapierające dech w piersiach walory estetyczne, którymi niejednokrotnie nie sposób nacieszyć oczu, ale i również dlatego że jest to miejsce, w którym można spotkać dziwy i cuda, których nie uświadczy się na bezpiecznym, położonym setki metrów niżej, twardym gruncie.

Niektórzy przychodzili tutaj po to, by pooddychać świeżym, górskim powietrzem, odpocząć od zgiełku i hałasu, jakie panowały w miastach lub nasycić swe oczy wspaniałym pejzażem jaki tworzyły malownicze, tworzące krajobraz skały, wielkie połacie zielonych lasów i terenów zapełnionych najróżniejszą roślinnością, która w jakiś sposób przystosowała się do tych trudnych warunków, oraz górskie, czyste strumyki, służące za wodopój zamieszkującej te tereny zwierzynie, bardzo często równie niespotykanej co flora. Równie wspaniałym widokiem było spoglądanie z większych szczytów na położone niżej tereny, skąd było widać miasta i wioski, które były nie większe od małego orzecha, który z łatwością można było zgnieść w dłoni. Były też jednak takie osoby, które wyruszały w te tereny w celach zupełnie nie związanych z turystyką i podziwianiem cudów, jakie stworzyli wielcy Bogowie. Olbrzymie góry kryły bardzo wiele nieodkrytych tajemnic, setki grot i jaskiń, dolin i przełęczy, różnorakich kryjówek i ukrytych przed wzrokiem niepożądanych osób miejsc, w których kryły się najróżniejsze, unikające kontaktu z humanoidalnymi istotami stworzenia, jakich wręcz nie sposób było spotkać, podróżując po miastach Autonomii. Owe zwierzęta miały to do siebie, że ze względu na niebezpieczeństwo jakie oznaczała sama próba wyruszenia w ten obszar, unikalność gatunkową, a także niejednokrotnie groźne ataki do których były zmuszone w akcie samoobrony, sprawiały że cena za niektóre części ciała tych osobników, lub bardzo często również za żywe okazy, potrafiła osiągać naprawdę wysokie sumy, a jak wiadomo, niektórzy są w stanie dla pieniędzy zrobić niemal wszystko. Jak bardzo zdeterminowana była czwórka podróżników, którzy postanowili zwiedzić Wichrowe Szczyty, z domyślnym zamiarem upolowania czegoś, co da im jakiekolwiek większe źródło zarobku? Odpowiedź na to pytanie, w najbliższym czasie mogła im wszystkim nasunąć się o wiele szybciej, niż mogłoby się wydawać. W końcu nigdy nie wiadomo, co czeka za następnym, wielkim skalnym odłamkiem, jakich pełno było na prowizorycznej ścieżce, prowadzącej ku dziewiczym terenom, w jakie zaczynali się teraz zapuszczać bohaterowie.

Mijali właśnie pojedynczą, dość dużą, pokrytą brudem i błotem skałę, sterczącą pojedynczo przy trasie niczym zagubione dziecko. Znajdowali się na dość stromej, nierównej ścieżce, na jaką dostali się, kierując się z traktu Iquańskiego w kierunku tych olbrzymich wzgórz. Byli już właściwie u podnóża całych gór, a wysokie, nieprzystępne szczyty, malowały się nad ich głowami niczym monumentalne pomniki. Zewsząd otaczało ich bogactwo flory i fauny, mimo że jeszcze nie zapuścili się w dziksze tereny. Bogactwo różnych drzew i krzewów, na których znajdowały się zielone, pachnące igły, z wychylającym się zza koron ciepłym słońcem, wyraźnie oznaczającym, że wiosna zaczęła się już na dobre. Droga którą podróżowali była dobrze wydeptana i widoczna, usiana małymi, twardymi kamieniami, z rosnącymi po obu jej stronach sporymi lasami. Sam szlak wiódł powoli w górę, do coraz bardziej kamienistych i trudniejszych do przebycia terenów. Trochę wyżej, za lasem znajdującym się z ich lewej strony, znajdowała się widoczna spomiędzy roślinności mała polana, przez którą przepływał dobrze słyszalny, mały strumień, a krystalicznie czysta woda płynęła wartko, pośród zielonych terenów usłanych dziką roślinnością, zapewne niezmiennym od tysięcy lat korytem.

Gdzieś w pobliskim gąszczu, leżącym gdzieś w odległości około piętnastu kroków od całej ekipy, coś nagle się poruszyło, wydając donośny, zwracający uwagę szelest liści, oraz dziwny, głuchy dźwięk, przypominający połączenie donośnego pisku z gniewnym warkotem. Nim jednak ktokolwiek z drużyny zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, wyleciał stamtąd sporych rozmiarów, sprawiający wrażenie rozgniewanego, ciemnobrązowy dzik, z wyjątkowo charakterystycznym i rzucającym się w oczy, ułamanym prawym kłem. Nie było jednak powodu do większych obaw, gdyż zaraz po ujrzeniu smoka, kotołaka oraz dwójki dorosłych mężczyzn zatoczył krótkie koło, uważnie ich przy tym obserwując, po czym ruszył szybko gdzieś w głąb lasu, kwicząc jeszcze raz na odchodne, jakby chciał dać im do zrozumienia, że nie są tu zbyt mile widziani. Pomijając jednak niezbyt miłe przywitanie, pogoda, jak i otaczająca ich okolica zdecydowanie zachęcała do wyruszenia w podróż, gdyż wszystko zdawało im się dopisywać. Drzewa kołysały się delikatnie, poruszane delikatnymi podmuchami wiatru, szumiąc przy tym cicho w akompaniamencie ćwierkania siedzących na drzewach ptaków, przyjemnie chłodne, rześkie powietrze zachęcało do oddychania pełną piersią, a wiosenne, południowe słońce przygrzewało ich delikatnie, spomiędzy delikatnych obłoków.

Cała czwórka musiała się teraz jednak naradzić, odpowiednio przygotować i podjąć decyzję, w jakim kierunku należy się udać, w poszukiwaniu celu ich podróży. Mogli udać się w stronę strumienia, gdzie zapewne zbierało się trochę zwierzyny, jednak raczej nie znaleźliby tam gatunków, które dały by im jakiś większy pieniądz. W górskich, olbrzymich lasach mogło żyć kilka osobników, za które handlarze gotowi byli zapłacić niezłą sumkę, jednak potrzeba było na to dość dużo czasu, w dodatku musieliby przemierzać leśne podszycie pod górkę, między wystającymi korzeniami i wieloma innymi, zdradzieckimi pułapkami, przygotowanymi na nierozważnych wędrowców. No i została też najbardziej typowa i prawdopodobnie najbardziej przekonująca opcja, jaką było wyruszenie głównym szlakiem, by dostać się na położone wyżej tereny, z trudnymi do przebycia półkami skalnymi, oraz dużą ilością ciemnych grot, w których mogły gnieździć się naprawdę różne stworzenia. Było to miejsce, gdzie trudniej było o wodę pitną, tak samo jak o rosnące w dużych ilościach rośliny czy przebiegające w pobliżu zwierzęta, jednak to co można było tam znaleźć, niejednokrotnie w pełni to wynagradzało. Uczestnicy wyprawy musieli to wszystko między sobą uzgodnić, a dodatkowym utrudnieniem był fakt, że niemal zupełnie się nie znali, to w dodatku nie postanowili jeszcze, kto i czy w ogóle, będzie pełnił rolę przywódcy.

Jest to post bardzo ogólnikowy i rozeznający w sytuacji, który ma być raczej dalszym ciągiem fabuły, aniżeli faktyczną sesją. Tutaj polecam trochę bardziej wkręcić się w fabułę, w perspektywie utworzenia drużyny. Jestem tutaj bardzo otwarty na jakiekolwiek sugestie dotyczące terenu, wydarzeń czy innych szczegółów, o których nie wspomniałem. Mimo że Drart pisał w sesji o czasie odpisu, to ja uważam że naprawdę nie jest to konieczne, i ściągam jakikolwiek czas odpisu, choć będę Was męczył o odpisy. Wszystko co nie dotyczy posta, pisać czarnym kolorem, tak jak ja. To tyle.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 15
Rejestracja: 23 sty. 2015, 13:32
Lokalizacja postaci: Podwichra
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3407

05 lut. 2015, 22:39

Ich niewielka, bo tylko 4-osoba grupka przeczekała niecałą dobę, wyczekując innych mrocznych elfów, które miały odpowiedzieć na pozostawione przez Moluvaradesza wezwanie. Niestety, nikt inny się nie zjawił, byli tam tylko oni, cóż, to musiało wystarczyć. Jeden przedstawiciel ich rasy wart jest sto tysięcy ludzkich żyć, bogowie byli po ich stronie. Nastała kolejna noc, pora na wymarsz.

– Dobrze więc, ruszajmy zbierać krwawe żniwo wśród tych odrażających podstworzeń… Nad światem wisi widmo mroku, tym widmem jesteśmy my… Zaczyna się, właśnie teraz, początek naszej zwycięskiej kampanii, początek końca… Bracia i siostry, niech świat spowije mrok…

Nadszedł moment zapłaty, świat odpokutuje swoje winy, będzie cierpiał, bardzo, tak jak i cierpiał jego lud. Każdy dostaje to, na co zasłużył. Słońce wkrótce zgaśnie, a wraz z nim życie na powierzchni. Ruszyli.

z/t
Awatar użytkownika
Posty: 8
Rejestracja: 27 sty. 2015, 14:26
Lokalizacja postaci: Podwichra
Karta Postaci: viewtopic.php?p=51902#51902

06 lut. 2015, 00:05

Mrok… Na powierzchni było tak samo ponuro, jak i w podziemiach, chociaż tutaj ciemność była nieco inna, według elfki. Spore wrażenie zrobiła na niej wielka przestrzeń nad głową i migoczące gwiazdy, które były tak piękne… Mimo swego bezlitosnego i przepełnionego smutkiem serca, Niserilia potrafiła docenić piękno. Noc była wyjątkowo zimna, jednak to nie miało zbyt wielkiego znaczenia dla władców podziemia, ich krew gotowała się w żyłach na wieść o urządzeniu małego polowania na istoty żyjące na powierzchni. Krwawa Łza nie paliła się tak do mordowania innych, ostatnie wydarzenia odcisnęły głębokie piętno na jej duszy i nie wiedziała jak długo będzie w stanie znosić brzemię życia.

Kolejne godziny mijały na oczekiwaniu i nikt więcej się już nie pojawił, co kazało jej sądzić, że Moluvadaresz nie był tak popularny i groźny, jak o sobie mówił. Szczerze mówiąc, ona nie przywiązywała zbyt dużej wagi do zapamiętywania imion i tytułów wielkich wojowników. Miała u boku swojego brata i to jej wystarczyło. Cały ten czas spędzili w milczeniu, bo i o czym mieliby rozmawiać? Kobieta nie miała ochoty zaczynać żadnej pogawędki, która zapewne szybko przekształciłaby się w przechwałki jej pobratymców. Idioci… Świata poza mordowaniem nie widzieli, a przecież można było znaleźć inny cel, dla którego warto byłoby żyć… Ona jedna o tym wiedziała. Śmierć ukochanego… tak wiele zmieniła w jej istnieniu… Przez wiele dni plątała się po jaskiniach niczym widmo, duch… W końcu odnalazła swego brata i poszła za nim, nie miała zbyt wielkiego wyboru. Pewnie już leżałaby martwa z ostrzem Czarnej Rozpaczy w swojej piersi, gdyby nie Tusaradesz.

Siedzieli tak w kompletnej ciszy, czasem przerywanej przez głosy różnych zwierząt, aż w końcu nastał dzień… Świetlne promienie spadły na nich niczym kara bogini, raniąc dotkliwie ich oczy i sprawiając ból. Niserilia już dawno wyłączyła infrawizję, właściwie zrobiła to tylko, gdy tylko wyszli na powierzchnię. Stanęła teraz dumnie, z wyprostowanymi plecami i patrzyła wprost na kulę jasnego ognia ze łzami w oczach. Przyjmowała to światło jako oczyszczenie, może łudziła się poniekąd, że rozświetli ciemność jej serca… Tak się jednak nie stało. Smutek i rozpacz ciągle dręczyły jej duszę i już nikt nie doświadczy jej uczuć, chociaż kiedyś była zdolna do miłości…

Nastała noc, a wraz z nią, początek ich panowania na powierzchni. Moluvadaresz przemówił i ruszył przodem. Krwawa Łza westchnęła cicho i podniosła się ze swojego dotychczasowego miejsca. Sprawdziła czy miecz lekko wychodzi z pochwy, czy jej mięśnie nie zawiodą jej w decydującym momencie… Nie mogła ufać nikomu, oprócz Tusaradesza. Tylko do niego była w stanie odwrócić się plecami, tylko on trzymał ją jeszcze przy życiu. Nie cieszyła się wyprawą, chociaż początkowo miała nadzieję, że taka rozrywka dobrze jej zrobi. Właśnie zdała sobie sprawę z tego, że oto oni, czwórka mrocznych elfów rusza wymordować wioskę innych istot, zupełnie tak, jak kiedyś inni ciemnoskórzy zaatakowali społeczność Krwawej Łzy… Złapała Czarną Rozpacz w dłoń i ruszyła na końcu za innymi, nie czując radości w sercu…

*z/t
Awatar użytkownika
Posty: 12
Rejestracja: 18 lis. 2014, 15:17
Lokalizacja postaci: Podwichra
Karta Postaci: viewtopic.php?p=51874#51874

06 lut. 2015, 13:02

Meladris nie mogła przyzwyczaić się do ogromnej, pustej przestrzeni nad swoją głową. Czuła się przed nią taka… obnażona, z tysiącami spojrzeń świecących oczu nieba wwiercającymi się w jej duszę. To było nienaturalne. Taka pustka w świecie mogła być nawet przerażająca, jeśli dłużej się o tym pomyślało. Na szczeście, Meladris była kobietą czynu, pozbawiona skłonności do głębszych rozmyślań. Jedyne, czego teraz potrzebowała, to coś, co mogłaby nadziać na swoją włócznię.

Czekali, a ciszę i spokój ich oczekiwania przerwało nastanie dnia. Z początku nieśmiało, słońce wspinało się na nieboskłon, zabierając dla siebie coraz większą jego część i burząc nikłe nadzieje Meladris, że jednak jest tylko bujdą. Jego światło było jak ogień, którego elfka ze wszystkich sił starała się unikać. Przesiedziała cały dzień w najdalszym kącie jaskini, kuląc się przed tym boskim gniewem. Nie wiedziała, skąd Niserilia miała siłę i czym się kierowała, wychodząc na zewnątrz, na światło, ale z pewnością tego pożałuje. Mogła się w ten sposób tylko zranić. Poparzyć niebezpiecznym, niebiańskim ogniem.

Wyruszyli wraz z nastaniem błogosławionej, chłodnej nocy, z mrokiem w sercach i mordem w oczach. To, z jakim przejęciem jej towarzysze mówili o niesieniu śmierci powierzchniowym zwierzętom podobało jej się niezmiernie. Z pewnością byli godnymi wojownikami, u boku których plądrowanie będzie prawdziwą przyjemnością.

*z/t
Awatar użytkownika
Posty: 103
Rejestracja: 27 paź. 2014, 15:42
Lokalizacja postaci: Smolary
GG: 48465527
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50548#50548

07 lut. 2016, 16:04

Kewc o poranku wyruszył górskim szlakiem. Kilka dni w drodze sprawiło że polubił maszerowanie o poranku. Powietrze było wtedy rześkie co szczególnie mógł doświadczyć tu w górach. Było tu zdecydowanie więcej śniegu niż w okolicach stolicy. Jeśli to co słyszał w karczmie było prawdą, nikt nie powinien przejmować się drobnym kłusownictwem jakim miał zamiar zająć się chłopak ponieważ jak sądził niewiele powinno być tu szlachciców i rycerzy.
Idąc szlakiem coraz dalej w góry oddalał się od Nalin. Spędził w nim zaledwie jeden dzień który kosztował go szylinga. Cóż przynajmniej spanie na łoży wyłożonym słomą było luksusem na jaki mógł sobie pozwolić po czterech dniach spania na ziemi. Kupił tez najtańsze piwo i chleb. Bo wędrówce odrobina innego jedzenia była zbawienna dla jego kubków smakowych, w końcu inny posmak niż ciągle sarna. Co prawda było to jedno z najlepszych mięsiw jakie jadał ale po kilku dniach te spowszechniało mu niemiernie szczególnie że nie miał nawet czym go zagryźć.
Przybywając do Nalin zamierzał kupić bukłak co jednak spełzło na niczym gdyż zdał sobie sprawę że pozostałe mu dwa szylingi lepiej zostawić na czarną godzinę. Nie mając wyboru postanowił wytworzyć coś podobnego do bukłaku przy pomocy białych nitek.
W szedł na północ aż do wieczora starając się trzymać dolin. Zebrał rozpałkę hubkę i drewno. Poćwiczył nieco przed spaniem ponownie posługiwanie się sztyletem chcąc wzmocnić mięśnie i zasnął. Wiedział że nie może sobie pozwolić na głęboki sen, licho wiedziało co może znajdować się w tym lesie a musiał dokładać też do ognia.
Awatar użytkownika
Posty: 103
Rejestracja: 27 paź. 2014, 15:42
Lokalizacja postaci: Smolary
GG: 48465527
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50548#50548

09 lut. 2016, 13:28

W górach nastał kolejny dzień. Promienie słońca obudziły śpiącego Kewca, czekał go kolejny dzień wędrówki poprzez góry. Tym razem koło południa zszedł ze szlaku wiodącego na północ w poszukiwaniu jak najlepszej okolicy na bazę wypadową. Musiał jednak znaleźć na nią odpowiednie miejsce. Najlepsze zdawało mu się takie położone w gęstwinie doliny. Było łatwo tam się ukryć jak i o opał. Konieczne było drobne wzniesienie by nie zagrażała mu spływająca z gór woda. Nagłe wezbranie mogło by zabrać go we śnie gdyby rozbiło obóz zbyt nisko.
Gdy minęły już 3/4 dnia, dość daleko od szlaku znalazł odpowiednie miejsce. Było na niewielkim wzniesieniu o stromych kamiennych ścianach od strony biegnącego w dole dolinki strumienia. Zapewniało dobrą widoczność a znajdowała się tam pień powalonej sosny i kilka małych świerków. Dla młodego łowcy miejsce to było wręcz idealne. Małe drzewka chroniły przez wiatrem a zwalony pień nadawał się idealnie do przygotowania schronienia.
Kewc zaczął od zebrania materiałów na ognisko. Zbierając drewno poszukał też długich patyków na zbudowanie schronienia. Po zebraniu materiałów chłopak przygotował materiał obok pnia jednak w odpowiedniej odległości i wyruszył poszukiwaniu odpowiednich gałęzi na posłanie i szałas.
Miękkie gałązki położył na dole tworząc z nich posłanie i przykrywając je skórą sarny. Posłanie ułożone równolegle do pnia okrył gałęziami od wierzchu w czym bardzo pomógł mu zwalony pień. Ostatecznie po wykopaniu przed posłanie w bezpiecznej odległości od prowizorycznego schronienia i zwalonego pnia niewielkiego dołku rozpalił w nim ogień.
Jego prowizoryczna baza wypadowa była gotowa, w kolejnych dniach zamierzał nieco ją rozbudować ale w tym momencie jedyne o czym myślał to zjedzenie kolejnego kawałka sarny by zaspokoić głód. Po zjedzeniu upieczonego mięsiwa zasnął w swoim szałasie, był zbyt zmęczony na ćwiczenia. Tej nocy tak jak innych nie mógł pozwolić sobie na głęboki sen, czuł się nieco bezpieczniej ale jednak nie był niczym zabezpieczony przed dzikimi zwierzętami.
Awatar użytkownika
Posty: 103
Rejestracja: 27 paź. 2014, 15:42
Lokalizacja postaci: Smolary
GG: 48465527
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50548#50548

15 lut. 2016, 16:01

Rankiem młody łowca wybrał się w dół dolinki. Najpierw zabrał się za zbieranie drewna. Koło południa miał już naszykowaną w obozowisku sporą kupkę która powinna starczyć mu na dwa dni. Dla bezpieczeństwa umiejscowił opał obok pnia tak by ten osłaniał je przed wiatrem. Silniejsze podmuchy mogły by wywiać cały zapas drewna i Kewc musiałby zbierać całość ponownie.
Po uzbieraniu materiału przyszedł czas na pierwsze polowanie w górach. Miał czas aż do zmierzchu i nie śpieszył się bardzo. Zaczął rozglądać też za rozpałką i hubką. Nie szukał czegoś specjalnie wykwintnego. Gdy zachodziło słońce zdobył zająca, dzięcioła i garść robaków. Niestety przy ponownym użyciu strzała którą upolował zająca złamała się gdy ten z przestrzelonym korpusem spadał na ziemię. To przypomniało Kanetirowi że powinien się skupić na wytworzeniu prawdziwej strzały z tego co miał pod ręką.
Po powrocie do obozowiska rozpalił ogień i zajął się obrabianiem zwierzyny. Zając został szybko oskórowany a jego mięso opieczone nad ogniskiem. Dzięcioł szybko stracił pióra lecz nie dołączył do piekącego się króliczego mięsa. Kewc zaraz potem zajął się pochłanianiem robaków i przerabianiem ich na białą żyłkę.
Następnym krokiem było odtworzenie zajęczych kości. Obracał w rękach mały piszczel i badał go wzrokiem. Następnie zaczął go powoli pochłaniać zaczynając od zewnątrz. Była tam śliska szybko dająca się wchłonąć błonka. Po krótkiej chwilce nic z niej nie zostało. Potem natknął się na dużo trudniej dającą się pochłonąć tkankę. Chłopak stracił dużo czasu na rozkładaniu jej. Zauważył też coś dziwnego. Na końcach piszczeli pod twarda kością znajdowała się taka o innej budowie. W środku piszczeli zaraz pod twardą kością był szpik. Ta dziwna kość miała tam zupełnie inną budowę była dużo prostsza do wchłonięcia i zawierała dużo pustych przestrzeni nie była jednolita i twarda jak ta na wierzchu. Najszybciej pochłonąć dał się czerwony szpik. Już w swojej rodzinnej wiosce Kewc lubił wyjadać szpik lecz teraz musiał obejść się smakiem gdyż potrzebował to wszystko dotworzyć.
Gdy kostka została rozłożona Kanetir postawił przed sobą drugą piszczel i po lewej stronie położył resztę kości z kończyn królika i zaczął odtwarzanie piszczeli w prawej ręce czerpią potrzebną materię z położoną na kostkach po lewej drugiej ręce.
Chłopak uznał że szpik nie jest mu potrzebny i zaczął od wytworzenia trzonu z twardszej jednolitej kości. Na końcach postanowiło oddać budowę oryginalnej piszczeli królika i wytworzy tę dziwny inny rodzaj kości i tylko na powierzchni końców odtworzyć twardą. Na samej górze miejsce zajęła ta dziwna śliska błona. Starał się kształtem odtworzyć piszczel którą miał przed oczami.
Po skończonej robicie młody chłopak przekąsił nieco pieczonego mięsa zająca i zabrał się za inną ciekawą do odtworzenia rzecz a mianowicie zajęczy ząb. Zaczął od wyrwania siekaczy i zanalizowania ich budowy. Potem zaczął pochłaniać jeden z wyrwanych zębów. Zaczął od powierzchni z jednej strony znajdowała się żółta warstwa bardzo podobna do rozkładanej wcześniej twardej kości. Z drugiej strony była biaława substancja. Ta z trudem dawała się rozpuścić trwało bardzo długo z nim uległa naporowi chłopaka, w tym czasie z drugiej strony po pokonaniu żółtej warstwy napotkał inną już dużo szybciej dającą się pochłonąć tkankę. Po pewnym czasie napotkał ją też po pochłonięciu górnej warstwy zęba. W samym środku znajdowała się warstwa bardzo podobna do szpiku, była czerwona i dawała się błyskawicznie pochłonąć.
Po zakończeniu pochłaniania Kewc cały swój wysiłek skoncentrował na wytworzeniu zęba zaczynając od czerwonej substancji wewnątrz i tworząc tę twardszą na niej a na końcu z jednej strony tę super twardą i z drugiej tę podobną do kości. Nie był pewien efektu ale każda próba przybliżała go do sukcesu, miał całą głowę na materiał i dużo czasu do rana na kolejne próby. Jeśli by się udało Kanetir stara się przy użyciu resztek jakie mu pozostaną wytworzyć coś na kształt grotu strzały wzorując się na grotach w jego nowych strzałach. Wypełnienie z tej tkanki która była druga w kolejności w zębie i pokrycie w całości z tej twardej która była na powierzchni jednej strony zęba.
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 273
Rejestracja: 21 wrz. 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

23 lut. 2016, 21:13

MG:

Wytworzenie zęba okazało się mocno problematyczne w porównaniu do gałązki - jego struktura i faktura okazały się zdecydowanie trudniejsze do odtworzenia, a materiały, z jakich zbudowane były liczne, poszczególne warstwy zęba - znacznie bardziej skomplikowane niż prosta, roślinna budowa gałązki. Tak samo sprawa wyglądała z kością - ta okazała się nieco mniej trudna, jako że zewnętrzna warstwa kości okazała się znacznie prostsza do stworzenia, niż to, co znajdowało się pod nią - a to właśnie ta zewnętrzna warstwa, właściwie jako jedyna, reprezentowała dla Kewca jakąkolwiek wartość budulcową. Jej replikacja, dopóki skupiał się wyłącznie na niej, szła łatwo i szybko - szybciej nawet niż gałązka, problemy zaczynały się jednak, kiedy tylko spróbował skopiować tkankę pod twardą warstwą zewnętrzną. Jej poziom skomplikowania, większy niż wszystko, co do tej pory napotkał, nie pozwalał mu na satysfakcjonujące jej skopiowanie - nie przy tym poziomie koncentracji i wysiłku, jaki w próby wkładał. Podobnie z zębem - wytworzenie tych prostych, twardych substancji zewnętrznych, dość mało skomplikowanych w swej budowie, nie przysparzało mu problemów, kiedy jednak próbował się zabrać za te bardziej... organiczne części - zawodził, nie potrafił poradzić sobie z ich skopiowaniem. Po kilkunastu podjętych próbach czuł, że zbliżył się do celu tylko odrobinę - wiedział jednak, że wytworzenie samych struktur zewnętrznych i właściwie dowolne ich ukształtowanie jest dla niego jak najbardziej możliwe. Udało mu się więc do zapadnięcia całkowitej nocnej ciemności, prawie uniemożliwiającej dalszą pracę, wytworzenie jednego zębowego grotu - ostrego i satysfakcjonującego, gdyby tylko udało się rozwiązać problem połączenia go z drzewcem strzały.

Jeszcze jednym problemem jednak była energochłonność procesu - próby i badania wysysały z niego siły, sprawiając, że czuł się ciągle głodny i słaby. Jeśli miał kontynuować, musiał jeść lepiej - upolować jakieś większe stworzenie lub więcej mniejszych albo też udać się do jakiegoś siedliszcza ludzkiego, chociaż nie wiedział zupełnie, gdzie w tej górskiej okolicy mógłby na takowe natrafić. Od przeszło dwóch tygodni nie widział istoty ludzkiej - znajdował się na całkowitym odludziu, a jedynym życiem, które mu towarzyszyło, były leśne zwierzęta. Także życie w leśnych warunkach dawało mu się we znaki - drzewa, co prawda, hamowały drastycznie porywisty wiatr, który wciskał się przez każdą szczelinę w Kanetirowym przyodziewku, sprawiając, że kiedy tylko znalazł się w jakimś mniej osłoniętym miejscu drżał z zimna. Tu, w górach, zdarzały się jeszcze nawet od czasu do czasu jeszcze opady śniegu, które coraz trudniej było mu znosić, które jednak także ułatwiały mu polowania, dając mu dużo informacji o ruchach okolicznej zwierzyny. Także zimne deszcze, często zmieszane ze śniegiem, nie uprzyjemniały mu jego leśnej egzystencji - czuł, że nie był wystarczająco dobrze przygotowany do tak długiego tu przebywania, brakowało mu cieplejszego przyodziewku, żywności i jakiejkolwiek zmiany ubioru. Kiedy deszcz spadł i go złapał, zmuszony poniekąd był trwać w swym mokrym przyodziewku - kilka jeszcze takich przygód i prawdopodobnie złapałby jakieś choróbsko, i czuł w kościach, że mogłoby nie być łatwo czegoś takiego przeżyć w tej głuszy.

Awatar użytkownika
Posty: 103
Rejestracja: 27 paź. 2014, 15:42
Lokalizacja postaci: Smolary
GG: 48465527
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50548#50548

24 lut. 2016, 22:55

Kanetir wiedział że musi już wyruszyć z powrotem do cywilizacji, minęły dwa tygodnie już na tym odludziu a tutejsze środowisko bardzo dawało mu się we znaki. Nie było innej drogi niż wracać do jakiegoś z ludzkich osiedli. Aby tam się znaleźć musiałby najpierw dotrzeć znowu do Nalin. Na swoją wyprawę potrzebował jednak jedzenia i skóry do ogrzania. Miał co prawda zdobyte przez dwa tygodnie skóry które nadawały się do wyłożenia przygodnego schronienia a sarnie skóra zdobyta wcześniej też się nadawała po tym jak wyschła. Problemem pozostawało jedzenie. Kewcowi potrzebne były zapasy. Miał nadzieję że najgorsze czasy już mijają i ktoś w stolicy go do czegokolwiek zatrudni. Wziąłby teraz każdą pracę za dach nad głowa.
Teraz jednak zamierzał upolować swoje zapasy. Dojście do ostatnio zbadanego miejsca gdzie przecinały się ścieżki od zawietrznej było wyzwaniem. Potem zostawało mu się już tylko zaczaić i czekać aż natrafi mu się jakaś ofiara. Cóż jeśli nie będzie miał na tyle dużo szczęścia by zdobyć coś dużego kilka mniejszych zwierząt nie powinno być gorszym wyborem. Nie musiał wyruszać dzisiaj ale dłuższe przebywanie tu zdecydowanie mu nie służyło.
Musiał wymyślić tez coś by przymocować strzałę a brakowało mu jeszcze lotek. Teraz jednak wytężył słuch i przyczajony w zaroślach z gotową strzałą czekał na cel.
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 273
Rejestracja: 21 wrz. 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

01 mar. 2016, 22:44

MG:

Cierpliwość popłaca, jak Kanetir dobrze wiedział. Zaczaił się przy ścieżce, prowadzącej do wodopoju, i po ledwie godzinie stosunkowo blisko niego przedefiladował, nie spiesząc się, potężny, dorodny jeleń, nieco wynędzniały przez zimę, ale dalej prezentujący imponujące poroże. Zatrzymał się nawet na chwilę, żeby skubnąć nieco kory z jednego z licznych drzew - nieco zasłaniał go krzak, ale tak czy tak pozycja do strzału była dość dobra. Kewc nie zawahał się, strzała poszybowała, ale coś najwidoczniej spłoszyło jelenia - oddając strzał musiał wydać jakiś odgłos bądź szelest, jelenia głowa uniosła się bowiem czujnie i przesunął odrobinę. Strzał, którym Kewc mierzył w serce - cel dość trudny, ale najpewniej zabijający zwierzę - w efekcie na pewno w serce nie trafił, nie był pewny, czy w ogóle swą ofiarę trafił. Pocisk nie wydawał się w żaden sposób zahamować ucieczki stworzenia - już po chwili zniknęło z pola widzenia łowcy, a jego głośny krzyk poniósł się echem po lesie.

Awatar użytkownika
Posty: 103
Rejestracja: 27 paź. 2014, 15:42
Lokalizacja postaci: Smolary
GG: 48465527
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50548#50548

05 mar. 2016, 23:08

Zdenerwowany Kewc postanowił czekać tak długo jak pozwoli mu na to nieubłaganie nadchodzący zmierzch, musiał znaleźć się w obozowisku przed nastaniem ciemności. Miał jeszcze sporo czasu ale martwił się o swoją aktualną pozycję, jego krzyk powinien spłoszyć wszystko wokoło. Postanowił nieco ją zmienić by mieć większe szanse na upolowanie czegokolwiek. Ciągłe trzymanie się zawietrznej było trudne. Także poruszanie się możliwie najciszej nie było proste w tak trudnym terenie. Ruszył w górę strumienia pod wiatr.
Po usadowieniu na upatrzonym miejscu najważniejsze było by zachować maksymalną cisze. Nie mógł powtórzyć poprzedniego błędu. Rozstawił się wygodniej niż wcześniej. Wybrał jedną z strzał i nałożył na cięciwę. Musiał mieć pewność że strzała go teraz nie zawiedzie. Usadowił swoje ciało w jak najwygodniejsze pozycji dbając o to by mógł bezszelestnie wycelować i wystrzelić pocisk w każdy cel w swoim zasięgu. Żałował że nie posiada sideł, te bardzo uprościły by mu prace lecz młody łowca nigdy nie był mistrzem w ich zakładaniu. Po prawdzie posiadał o nich dość mglistą wiedzę, nigdy nie były mu potrzebne więc nie zapoznał się z tym sposobem polowania, cóż teraz tego żałował. Zostawało mu jedynie czekać na cokolwiek. Ucieszył by się nawet z nędznego kuraka lub jakiegoś zająca bądź lisa. W najgorszym wypadku mógł spróbować żywić się roślinnością jaka tu i ówdzie się pojawiała. Tak bardzo teraz tęsknił za ciepłym latem i jego uporczywym słońcem. Było to lepsze niż ciągłe przemakanie i przemarzanie.

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 15 użytkowników online: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 14 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52086
Liczba tematów: 2965
Liczba użytkowników: 1036
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: DrzewoBizantyjskie
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.