Górski szlak

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.
Awatar użytkownika
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

Górski szlak

01 maja 2013, 22:50

MG

Wichrowe Szczyty. Docelowe miejsce wyprawy, na jaką porwała się mała drużyna, która postanowiła wyruszyć na poszukiwanie zarobku, nie zważając na ewentualne niebezpieczeństwa oraz konsekwencje. Wybrali stosunkowo nieprzystępne okolice, kryjące w sobie tysiące mrocznych tajemnic, wyjątkowo niebezpieczne miejsce, które przyciąga ludzi jak przysłowiowe gówno muchy, zarówno ze względu na zapierające dech w piersiach walory estetyczne, którymi niejednokrotnie nie sposób nacieszyć oczu, ale i również dlatego że jest to miejsce, w którym można spotkać dziwy i cuda, których nie uświadczy się na bezpiecznym, położonym setki metrów niżej, twardym gruncie.

Niektórzy przychodzili tutaj po to, by pooddychać świeżym, górskim powietrzem, odpocząć od zgiełku i hałasu, jakie panowały w miastach lub nasycić swe oczy wspaniałym pejzażem jaki tworzyły malownicze, tworzące krajobraz skały, wielkie połacie zielonych lasów i terenów zapełnionych najróżniejszą roślinnością, która w jakiś sposób przystosowała się do tych trudnych warunków, oraz górskie, czyste strumyki, służące za wodopój zamieszkującej te tereny zwierzynie, bardzo często równie niespotykanej co flora. Równie wspaniałym widokiem było spoglądanie z większych szczytów na położone niżej tereny, skąd było widać miasta i wioski, które były nie większe od małego orzecha, który z łatwością można było zgnieść w dłoni. Były też jednak takie osoby, które wyruszały w te tereny w celach zupełnie nie związanych z turystyką i podziwianiem cudów, jakie stworzyli wielcy Bogowie. Olbrzymie góry kryły bardzo wiele nieodkrytych tajemnic, setki grot i jaskiń, dolin i przełęczy, różnorakich kryjówek i ukrytych przed wzrokiem niepożądanych osób miejsc, w których kryły się najróżniejsze, unikające kontaktu z humanoidalnymi istotami stworzenia, jakich wręcz nie sposób było spotkać, podróżując po miastach Autonomii. Owe zwierzęta miały to do siebie, że ze względu na niebezpieczeństwo jakie oznaczała sama próba wyruszenia w ten obszar, unikalność gatunkową, a także niejednokrotnie groźne ataki do których były zmuszone w akcie samoobrony, sprawiały że cena za niektóre części ciała tych osobników, lub bardzo często również za żywe okazy, potrafiła osiągać naprawdę wysokie sumy, a jak wiadomo, niektórzy są w stanie dla pieniędzy zrobić niemal wszystko. Jak bardzo zdeterminowana była czwórka podróżników, którzy postanowili zwiedzić Wichrowe Szczyty, z domyślnym zamiarem upolowania czegoś, co da im jakiekolwiek większe źródło zarobku? Odpowiedź na to pytanie, w najbliższym czasie mogła im wszystkim nasunąć się o wiele szybciej, niż mogłoby się wydawać. W końcu nigdy nie wiadomo, co czeka za następnym, wielkim skalnym odłamkiem, jakich pełno było na prowizorycznej ścieżce, prowadzącej ku dziewiczym terenom, w jakie zaczynali się teraz zapuszczać bohaterowie.

Mijali właśnie pojedynczą, dość dużą, pokrytą brudem i błotem skałę, sterczącą pojedynczo przy trasie niczym zagubione dziecko. Znajdowali się na dość stromej, nierównej ścieżce, na jaką dostali się, kierując się z traktu Iquańskiego w kierunku tych olbrzymich wzgórz. Byli już właściwie u podnóża całych gór, a wysokie, nieprzystępne szczyty, malowały się nad ich głowami niczym monumentalne pomniki. Zewsząd otaczało ich bogactwo flory i fauny, mimo że jeszcze nie zapuścili się w dziksze tereny. Bogactwo różnych drzew i krzewów, na których znajdowały się zielone, pachnące igły, z wychylającym się zza koron ciepłym słońcem, wyraźnie oznaczającym, że wiosna zaczęła się już na dobre. Droga którą podróżowali była dobrze wydeptana i widoczna, usiana małymi, twardymi kamieniami, z rosnącymi po obu jej stronach sporymi lasami. Sam szlak wiódł powoli w górę, do coraz bardziej kamienistych i trudniejszych do przebycia terenów. Trochę wyżej, za lasem znajdującym się z ich lewej strony, znajdowała się widoczna spomiędzy roślinności mała polana, przez którą przepływał dobrze słyszalny, mały strumień, a krystalicznie czysta woda płynęła wartko, pośród zielonych terenów usłanych dziką roślinnością, zapewne niezmiennym od tysięcy lat korytem.

Gdzieś w pobliskim gąszczu, leżącym gdzieś w odległości około piętnastu kroków od całej ekipy, coś nagle się poruszyło, wydając donośny, zwracający uwagę szelest liści, oraz dziwny, głuchy dźwięk, przypominający połączenie donośnego pisku z gniewnym warkotem. Nim jednak ktokolwiek z drużyny zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, wyleciał stamtąd sporych rozmiarów, sprawiający wrażenie rozgniewanego, ciemnobrązowy dzik, z wyjątkowo charakterystycznym i rzucającym się w oczy, ułamanym prawym kłem. Nie było jednak powodu do większych obaw, gdyż zaraz po ujrzeniu smoka, kotołaka oraz dwójki dorosłych mężczyzn zatoczył krótkie koło, uważnie ich przy tym obserwując, po czym ruszył szybko gdzieś w głąb lasu, kwicząc jeszcze raz na odchodne, jakby chciał dać im do zrozumienia, że nie są tu zbyt mile widziani. Pomijając jednak niezbyt miłe przywitanie, pogoda, jak i otaczająca ich okolica zdecydowanie zachęcała do wyruszenia w podróż, gdyż wszystko zdawało im się dopisywać. Drzewa kołysały się delikatnie, poruszane delikatnymi podmuchami wiatru, szumiąc przy tym cicho w akompaniamencie ćwierkania siedzących na drzewach ptaków, przyjemnie chłodne, rześkie powietrze zachęcało do oddychania pełną piersią, a wiosenne, południowe słońce przygrzewało ich delikatnie, spomiędzy delikatnych obłoków.

Cała czwórka musiała się teraz jednak naradzić, odpowiednio przygotować i podjąć decyzję, w jakim kierunku należy się udać, w poszukiwaniu celu ich podróży. Mogli udać się w stronę strumienia, gdzie zapewne zbierało się trochę zwierzyny, jednak raczej nie znaleźliby tam gatunków, które dały by im jakiś większy pieniądz. W górskich, olbrzymich lasach mogło żyć kilka osobników, za które handlarze gotowi byli zapłacić niezłą sumkę, jednak potrzeba było na to dość dużo czasu, w dodatku musieliby przemierzać leśne podszycie pod górkę, między wystającymi korzeniami i wieloma innymi, zdradzieckimi pułapkami, przygotowanymi na nierozważnych wędrowców. No i została też najbardziej typowa i prawdopodobnie najbardziej przekonująca opcja, jaką było wyruszenie głównym szlakiem, by dostać się na położone wyżej tereny, z trudnymi do przebycia półkami skalnymi, oraz dużą ilością ciemnych grot, w których mogły gnieździć się naprawdę różne stworzenia. Było to miejsce, gdzie trudniej było o wodę pitną, tak samo jak o rosnące w dużych ilościach rośliny czy przebiegające w pobliżu zwierzęta, jednak to co można było tam znaleźć, niejednokrotnie w pełni to wynagradzało. Uczestnicy wyprawy musieli to wszystko między sobą uzgodnić, a dodatkowym utrudnieniem był fakt, że niemal zupełnie się nie znali, to w dodatku nie postanowili jeszcze, kto i czy w ogóle, będzie pełnił rolę przywódcy.

Jest to post bardzo ogólnikowy i rozeznający w sytuacji, który ma być raczej dalszym ciągiem fabuły, aniżeli faktyczną sesją. Tutaj polecam trochę bardziej wkręcić się w fabułę, w perspektywie utworzenia drużyny. Jestem tutaj bardzo otwarty na jakiekolwiek sugestie dotyczące terenu, wydarzeń czy innych szczegółów, o których nie wspomniałem. Mimo że Drart pisał w sesji o czasie odpisu, to ja uważam że naprawdę nie jest to konieczne, i ściągam jakikolwiek czas odpisu, choć będę Was męczył o odpisy. Wszystko co nie dotyczy posta, pisać czarnym kolorem, tak jak ja. To tyle.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

27 mar 2014, 22:24

MG

Cała sytuacja trochę się zaostrzyła, gdy ilość wierzchowców przestała być wystarczająca dla każdego z trójki mężczyzn. Wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, a przynajmniej Risil i Akarion, że podnoszenie na siebie broni nie było dobrym pomysłem. Somirion nie był raczej bezpośrednim uczestnikiem tego wszystkiego, choć nie można było nie brać go pod uwagę. W końcu żaden z dwójki nie miał pojęcia, co właściwie spotkało tego przedziwnego osobnika. Mogło się jeszcze okazać, że jest znacznie groźniejszy niż wskazywałyby na to pozory.

Jednak na razie było jak najbardziej w porządku pod względem współpracy, nawet pomimo pewnego napięcia. Każdy członek drużyny był już po pewnych przejściach, większych lub mniejszych, więc ewentualna agresja mogła prowadzić tylko do zguby. Rzucało się jednak w oczy, że to Risil ma tutaj najwięcej do powiedzenia. Jego obrażenia nie były zbyt poważne, a umiejętności i podejście czyniły go niemal nieokrzykniętym przywódcą. Nic więc dziwnego, że bardzo szybko, pewien ciężar spoczął na jego barkach. Musiał bowiem sprawić, by Akarion opuścił tę okolicę cały i zdrów, bowiem jego stan nie pozwalał mu raczej na nocne, samotne przechadzki podobnymi górskimi trasami.

Risil ruszył więc żwawo, z zamiarem sprowadzenia jakiejś pomocy. Przedtem zadbał jednak o to, by najmniej kontaktowy towarzysz zrozumiał mniej więcej, co właściwie się dzieje i jak właściwie powinien się zachować. Nie była to jednak łatwa sztuka, jednak nie było wątpliwości że Somirion go wysłuchał, a jego zachowanie wskazywało raczej, że coś z tego wszystkiego wyciągnął. Nie czekając zatem dłużej, łowca ponaglił konia, gnając gdzieś przed siebie w poszukiwaniu pomocnej dłoni. Coraz pewniej czuł się w siodle, w wyjątkowo pojętny sposób podłapując coraz to nowsze rozwiązania i odruchy, które okazywały się wyjątkowo zrozumiałe dla zwierza.

Co prawda łucznik nie omieszkał objaśnić każdemu z nich swojego planu, jednak raczej nie powinien był pokładać zbyt dużych nadziei w wielkoludzie. Ten bowiem, z trudem utrzymywał się w siodle, co raczej uniemożliwiało pozostanie w pobliżu Akariona. A ponieważ to właśnie wierzchowiec decydował jak, gdzie i w jakim tempie, to długowłosy szybko wyprzedził smoka, kompletnie bez udziału własnego. Zapewne zostawił by go samego, gdyby nie to że szybsze ruchy rumaka, były coraz mniej komfortowe dla nieodpowiednio ubranego jegomościa. W końcu nic nie chroniło go przed twardym, szorstkim siodłem, toteż każda nierówność była dla niego wyjątkowo bolesna i nieprzyjemna. Kwestią czasu było zatem, aż będzie musiał zrezygnować z mało wygodnego środka transportu. Szybko więc zmuszony był zsiąść z konia i trzymając go za uzdę, prowadzić u boku czarnowłosego towarzysza.

Tymczasem myśliwy pędził w galopie pochyłą ścieżką, wypatrując żywej duszy na nieczęsto odwiedzanym szlaku. Słońce już zaszło, a świat został oświetlony białą łuną księżyca. Pora również nie ułatwiała zadania, bowiem raczej nie zachęcała ewentualnych podróżników do odwiedzania tych okolic. Okoliczne lasy i krzewy zaczęły kryć się w ciemnościach, a droga była coraz mniej widoczna. Element niepewności zaczął powoli wkradać się w jego myśli, powodując narastające zwątpienie. Fakt że był kompletnie sam, również działał na jego niekorzyść. Mało kto wiedział, jak niebezpiecznym miejscem są Wichrowe Szczyty, bardziej od naszego przyjaciela.

Nie zrezygnował jednak i to się opłaciło. Był już niedaleko bezpośredniego wyjścia ze szlaku, niemal rzut kamieniem od Nalin, gdy zobaczył spore, jarzące się w mroku ognisko. Obok niego stał niewielki namiot, z przywiązanymi przy nim końmi. Przy ogniu dostrzec można było dwie postacie, zapewne płci męskiej. Zdawali się go nie widzieć, choć zapewne dobrze go słyszeli. Zwrócili jednak nań uwagę dopiero gdy podjechał całkiem blisko. Zdawali się tym faktem wyjątkowo zaskoczeni, wymieniając między sobą zadziwione spojrzenia. Przy ogniu siedziało dwóch rosłych mężczyzn, raczących się jakimś przyjemnie pachnącym mięsiwem, popijanym intensywnie pachnącym trunkiem. Ubrani byli w lekkie kolczugi, a u pasa nosili krótkie, bastardowe miecze. Wyglądali na gotowych do zbrojnej interwencji, lecz bynajmniej nie sięgnęli po broń. Gdy zauważyli, że zainteresowanie występuje po każdej ze stron, szybko podnieśli się na nogi i zbliżyli na odległość machnięcia ręką. Obaj byli w kwiecie wieku, prezentowali się schludnie oraz dość przyzwoicie. Rzezimieszków można było wykluczyć z miejsca.

- Na Lorven, przybywasz z Wichrowych Szczytów, dobry człowieku? – zapytał niskim głosem na powitanie jeden z nich, ciekawie przyglądając się wierzchowcowi. Z jego tonu wynikało, że był niezwykle zaskoczony. - Czy nie wiesz, że na szlaku grasuje krwiożercza bestia? Dbamy o to, by nikt nie zapuszczał się w tamte okolice – spojrzał z niechęcią w stronę jednego ze szczytów, jakby spodziewał się ujrzeć tam smoka w całej okazałości.

- Okoliczne wioski obawiają się ataku, stoimy więc na czatach. To straszna nierozwaga, udawać się w tamte tereny – dopowiedział drugi, zwracając większą uwagę na samego jeźdźca. W mig zauważył, że nieznajomy sprawia wrażenie strudzonego, toteż potrząsnął głową o krótko przystrzyżonej czuprynie, odzywając się życzliwym tonem.

- Ale gdzie nasze maniery? Usiądź z nami przyjacielu i powiedz, gdzie też tak pędzisz? – rzekł, spoglądając na swojego towarzysza. Gdy ten skinął niepewnie głową, jeszcze raz obejrzał się na brązowowłosego młodzieńca, po czym zamaszystym gestem wskazał na palenisko. Sprawiali wrażenie poczciwych, choć ich zachowanie było trudne do zdefiniowania. Niemniej, byli to jedyni ludzie w okolicy, a następni znaleźliby się już chyba tylko w Derin.

>>>Odpisy Sama i Akariona nie są wymagane, chodź jak najbardziej mile widziane. W końcu zostajecie sami na pogrążonym nocą szlaku, bez pochodni etc.
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

30 mar 2014, 15:03

Akarion tylko patrzył, jak Risil odjeżdżał. Wiedział, że pomysł tamtego był najlepszym, co mogli zrobić. Sam miał największe szanse na sprowadzenie pomocy. Akarion mógłby to utrudnić przez płoszenie koni. Tylko, że teraz… Co miał teraz zrobić? Został sam z przygłupim olbrzymem, który chyba nie rozumiał nic, co do niego mówiono. Uśmiechnął się do niego, próbując nawiązać jakąś "konwersację". W głębi duszy wiedział, że gada do siebie.
No i co tam ciekawego powiesz, przyjacielu? Miałem trochę nieprzyjemnych utarczek, jak pewnie po mnie widać. Wiesz, może słyszałeś, że grasuje tutaj jakaś krwiożercza bestia. Haha. Może słyszałeś, ale nie zrozumiałeś. No cóż. Ciekawi mnie bardzo, co się z tobą stało. Wyglądasz, jakbyś kompletnie stracił rozum. Olbrzym po przejściach.
Taką bezsensowną gadaniną próbował zająć sobie czas. Wiedział, że tamten będzie się po prostu na niego patrzył i nic nie rozumiał.

Położył się na ziemi. Nie było sensu się przemęczać. Najlepiej po prostu poczekać, aż przybędzie pomoc. Jeżeli przybędzie. Co, jeżeli Risilowi nie uda się sprowadzić pomocy? Akarion prawdopodobnie wykrwawi się na śmierć w tym miejscu. Jego myśli odbiegły do przeszłości. Kiedy był w Wolenvain, tam czuł coś dziwnego. W powietrzu jakby… pulsowało od magii. Obiecał sobie, że wróci tam i to sprawdzi. Tak… kiedyś tam wróci…

Awatar użytkownika
Posty: 27
Rejestracja: 12 mar 2014, 12:13
Karta Postaci: viewtopic.php?p=47276#47276

30 mar 2014, 15:56

Podróż bez celu po różnych szlakach nie była niczym nowym dla Arenplena. Wiele razy udawał się na wyprawy bez celu tylko po to by zmienić miejsce pobytu. Nie wiedział dokładnie do go popycha do tych wędrówek. Być może wrodzona ciekawość każe mu odkrywać nowe połacie terenu.
Noc jest idealną porą dla takiego podróżnika przy właśnie takich wyprawach. Zwykłe oko bez ognia widzi tylko pustkę przekutą małymi świetlistymi igłami ponad linią gór.

Arenplen miał za sobą jakieś trzy godziny marszu po ostatnim odpoczynku, więc czekała go jeszcze cała noc spokojnego przemieszczania się uboczem szlaku. W planach miał zatrzymać się gdzieś w ukryciu o świcie, aby nie tknęły go zdradliwe promienie słoneczne. Góry nie słyną z ruchliwości, więc Arenplen nie sądził że spotka coś więcej niż małą grupkę odpoczywających przy ognisku wędrowców.

Na uboczu odkrył malutki krzaczek ziół który starannie obadał. Liczba żółtych płatków kazała mu sądzić że jest to dość pospolity w tych stronach chwast, więc jak najbardziej niegodne zabrania ze sobą. Kamyczki pod butami trochę szurały i ktoś o niewiarygodnie czułym słuchu mógłby usłyszeć ''melodię'' stąpania po nich w równych odległościach w czasie. Lekki wietrzyk poruszał szatami Arenplena i gdyby nie jego stan to mógłby poczuć nieprzyjemny chłód.

Kiedy szedł tak uboczem szlaku wyczuł dwie humanoidalne istoty nieopodal niego. Jedna była zdecydowanie większa… Prawie jak olbrzym. Druga zaś istota leżała na ziemi, wyraźnie uchodziło z niej powolutku życie. Mimo że miał nadzieje że nie spotka nic co żyje, to jednak ciekawość zmuszała go do podejścia bliżej i przyjrzeniu się z bliska. Nic nie stało też na przeszkodzie, aby nastraszyć trochę odpoczywających wędrowców… Zawsze to trochę rozrywki i mniejsze ryzyko że coś mu i im się stanie.
Powoli podchodził do nich i gdy był jakieś dwadzieścia metrów od nich, to do ich uszu dobiegł głos mówiący ''Czy jesteście odważnymi podróżnikami?''.
Awatar użytkownika
Posty: 105
Rejestracja: 28 mar 2013, 14:31
GG: 18983323
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42275#42275

06 kwie 2014, 23:18

Odpoczywała długo pod jaskinią nawet po tym jak Risil odszedł. I została sama. Ale ma węża! I sobie z nim trwała dłuższy czas odpoczywając przy dogasającym ogniu. Ale nie! Po chwili już się przemieściła w inne miejsce. Gdzieś w krzaczki, gdzieś w drzewa. Aby trochę pooglądać, popatrzeć, czy są tu zające! W prawdzie była najedzona, ale zabaw i polowania nigdy za wiele. Niczym prawdziwy król. Drart też nie wracał, a polubiła go, był jakiś podobny do niej. W końcu sama postanowiła odejść. Nie to nie! Niech sobie robią co chcą! Tylko szkoda węża. Złapała go za pysk i pociągnęła pod jedno z drzew, pod którym go zakopała. Niech sobie tu czeka, o.

W kolejnej chwili była już w powietrzu. Ugięła łapki i wyprostowała w jednej chwili wybijając się od ziemi. Duże skrzydła uderzyły w powietrze ii.. samiczka złapała się pazurkami drzewa obok. Wspięła szybko na jedną z wyższych gałęzi szukając wiatru. Prędko go znalazła, a raczej z tym nie było żadnych problemów. Szybciej wzniesie się w górę z wyższego miejsca! No. Rozwinęła mocno skrzydła i odbiła się od gałęzi skacząc jakoby w przepaść. Wiatr i bicie skrzydłami wzniosły ją jednak wysoko w górę, gdzie instynktownie poczuła się bezpieczniejsza. I dużo szybsza niż na lądzie. Tym bardziej, że znalazła ciepły podmuch powietrza, który unosił ją w górę tak, by nie musiała się wysilać machając skrzydłami. W takim stanie spokojnie wytrzyma długi w powietrzu czas. Poznała góry, więc dlaczego miałaby nie poznać innego miejsca? Zatrzyma się tylko, jak zobaczy coś wyjątkowego.

Uderzyła skrzydłami dwukrotnie przyglądając się z wysoka drogom, jakie przebyła z resztą towarzyszy. Wracała przez ten sam trakt rozglądając się, czy zauważy gdzieś Risila, albo coś innego! Ciekawe, co może tu jeszcze być. Ale nic nie zwróciło jej uwagi, nic na ziemi. Po jakimś czasie po prostu zaczęła tylko pilnować tego, z jakim prądem powietrznym leci. Jeszcze nie latała aż tak wysoko, a wymagało to niemałej kondycji tego zwierzątka, ale dawała radę. Szybowała. Oddychała powietrzem innym niż leśne i górskie. Było jeszcze inne. Jednak w szybkim czasie obniżyła lot, gdy zstąpiła z gór, a powietrze stało się łatwiejsze do wdychania, jak się wydało. Potem nie widziała już lasów, a raczej równiny przecinane innymi podobnymi drogami, które już zdążyła poznać, może jakimiś innymi małymi laskami, czy raczej tylko drzewa zwracały uwagę zielonej jaszczurki. Świat wydał się nagle ogromy i pełen kątów, których nie znała. A zapragnęła poznać!

Mimo wszystko zaczęła się męczyć. Szybowała, ale utrzymywała jednaką pozycję czasem tylko bijąc dużymi skrzydłami. W oddali zauważyła dosyć spore morze! O, morze. Ciekawe co jest za tym morzem? I jak duże jest. Delikatnie zataczając okręgi na niebie opadła na ziemię. Na samą plażę Jeziora. Kiedy wylądowała zrozumiała jak obolała jest po locie z niewyleczoną jeszcze raną, której doznała. Niedobry wąż! Tylko stworzenia, które ją znały bały się jej pewnie. Ale nikt nie będzie się przeciwstawiał tej dumnej smoczycy!

Tymczasem spaciu! Tylko podeszła do wody. Trzeba pobawić się wodą! Jaszczurka łapką pacnęła dziwnie spokojną taflę zamaczając ją w wodzie. Jeszce raz. Wspaniale! Przyjemna. Pochyliła łepek by liznąć, a woda nie okazała się być słona, co skłoniło ją do napicia się porządnie. Potem schowała się w wysokiej trawie i krzakach, zwinęła w kuleczkę i już jej nie ma!

Potem znowu wykorzystała swoją metodę startową i znalazła się nad wodą. Kilka metrów przeleciała ogonem burząc taflę, ale zaraz potem wzniosła się wysoko. Niżej musiałaby lecieć w pełni sił, jednak wyżej – szybować na ciepłym, wznoszącym powietrzu. Wszędzie woda. Słodka woda, pyszna woda! Ale różne rzeczy lubią kryć się w wodzie, dlatego samiczka unikała obniżania lotu. Kiedy tak zaczęła myśleć o tym jak daleko może znajdować się ląd zaczęła myśleć o powrocie, ale nie ugięła się! Trzeba sprawdzić co jest na drugim końcu świata! Morze okazało się jeziorem. Dostrzegła brzeg. Na wprost przed sobą też konstrukcje, których nie rozumiała. Były nieco spowite delikatną mgiełką, ale zdawało się, że to wspaniałe miejsce do zbadania!

z/t
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

07 kwie 2014, 19:13

Akarion leżał na ziemi, czekając na powrót Risila. Nic innego mu nie pozostało. Rozmyślał nad tym, co się stało. Przypadek gonił przypadek, a miara absurdu już dawno się przebrała. Całego, pięknego obrazu dopełniał nagi olbrzym. Lepiej wyglądał, kiedy zasłaniał oczy gałązką. Smok zaśmiał się, ale jego śmiech zaraz przerodził się w kaszel. Był naprawdę słaby. Nigdy tak się nie czuł. Chyba szybko potrzebował pomocy.

Akarionowi nie chciało się wierzyć, że to wszystko mogło stać się jeszcze dziwniejsze. A jednak. Usłyszał wyszeptane słowa i spojrzał w taką stronę. Nie przestraszył się. Zaśmiał tak głośno, że mogło to być dla szkieleta, który właśnie stał przed nimi, trochę niezręczne. Już nic w całym życiu go nie zdziwi. A jeszcze przed chwilą myślał, że absurd osiągnął maksimum. Jak bardzo się mylił. Oto przed nim stał kościotrup, który wypowiedział do niego słowa.

-Oczywiście, że jesteśmy odważni, panie szkielecie. Nie masz może przy sobie jakichś opatrunków, bo jestem trochę poraniony? Naprawdę przydałaby się pomoc. – Na końcu wypowiedzi zaśmiał się ironicznie, co znów raczej nie wyszło. Po Akarionie zdecydowanie było widać, że słabnie.

Awatar użytkownika
Posty: 722
Rejestracja: 03 paź 2011, 22:26
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
Karta Postaci: viewtopic.php?t=822

08 kwie 2014, 10:09

Somirion stał koło rumaka i obserwował otoczenie. Bolał go tyłek, a świat zewnętrzny był… Taki wielki. Nie spodziewał się tego. No i jedna z tych istot o dziwnej skórze pojechała i został sam z czarnowłosym. Ten wydawał z siebie jakieś dźwięki, ale jedyne co czerwonooki zrozumiał, to śmiech.
Zarzucił włosami, które przykleiły mu się do twarzy i dalej przyglądał się środowisku. Zdumiewała go mnogość kolorów i różnych małych żyjątek na ziemi. Jedną ręką trzymał wodze, a drugą gładził rumaka. Patrzył na wszystko jak małe dziecko po zimie na rozwijające się życie. Bo czy nie był tym w tej chwili?
Usłyszał głos, który nie należał do Akariona, więc się odwrócił w tamtą stronę. Była to kolejna dziwna istota. Świat nie przestawał go zdumiewać. Powoli i ostrożnie podszedł i schyliwszy się spojrzał na twarz przybysza z bliska.
Awatar użytkownika
Posty: 27
Rejestracja: 12 mar 2014, 12:13
Karta Postaci: viewtopic.php?p=47276#47276

08 kwie 2014, 15:57

Arenplen nie spodziewał się że dwaj podróżnicy tutaj, gdzie zazwyczaj chodzą tylko strachliwe chłopy, nie zlękną się nieumarłego. Najwyraźniej ten, który zaśmiał, a potem odezwał się do niego był jakimś doświadczonym wojem, magiem, albo czymś innym. Ciemność też najwyraźniej nie przeszkadzała mu, aby spokojnie określić co stoi przed nim. Taki, niesamowity wzrok kazał Arenplenowi bardziej spodziewać się czegoś magicznego.

Mówienie na nieumarłego per ''pan szkielet'' i dopytywanie się czy nie ma przy sobie opatrunków bez żadnych podejrzeń było dość naiwnym zachowaniem… Szkielet przecież nie krwawi, a żyjący po swej śmierci z reguły są pod kontrolą nekromanty, ta myśl podsunęła mu pomysł że, albo ma do czynienia z wyjątkowo potężnym magiem, albo wyjątkowo głupim wojakiem. Skąd wie że za nim nie stoi armia innych niemartwych… Ostatnio zrobiło się głośno o nieumarłych w Lesie Cieni… Kto wie czy nie przywędrowali aż tutaj.

Szkielet stał tak chwilę w ciszy tylko wyłupiając na śmiejącego się swoje puste oczodoły, a następnie przemówił do nich głosem spokojnego, aczkolwiek trochę szalonego człowieka który w co trzecim słowie rozciąga ostatnią literę:
Czy… Naprawdę sądzisz… Że mógłbym mieć coś takiego? Rozerwij swą szatę… I to z niej zrób opatrunek… Poszukaj ziół… Być może znajdzie się w śród nich… Coś co ci pomoże… Coś co sprawi że ja ci pomogę…

Poprzednie spotkania z ludźmi wiązały się z agresją, albo ich ucieczką. Ten przypadek jest tak odosobniony jak jedna z wysp na smoczym morzu.

Płaszcz z ciemnozielonymi, pionowymi pasami okrywał całego Arenplena, a czaszkę chronił kaptur, choć szare ubarwienie zlewa się z tłem gdy w nocy księżyc świeci. Szkielet nie wykonał żadnego zbędnego ruchu. Stał tam jak potężne, tysiącletnie drzewo w oczekiwaniu na odpowiedź.
Awatar użytkownika
Posty: 88
Rejestracja: 04 mar 2013, 13:44
GG: 20238632
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2592

09 kwie 2014, 18:31

Niedługo zajęło Risilowi zdanie sobie sprawy, na jak idiotyczny pomysł wpadł. Podnoszenie się w siodle było wybitnie niewygodne i przeszkadzało w i tak już trudnym utrzymaniu się na koniu. Nawet nie próbował pospieszać zwierzęcia – próbował raczej nie spaść, kurczowo trzymając się siodła. Nadal jednak jechał dość szybko, chcąc jak najszybciej sprowadzić pomoc dla Akariona.

Był już niedaleko skrzyżowania górskiej ścieżki z szlakiem prowadzącym do Nalin, którym nie tak dawno temu przybył do Wichrowych Szczytów, gdy zauważył ogień. Obok ogniska stał nieduży namiot, przy którym uwiązane były dwa konie. Przy ogniu siedziały dwie postacie, które zainteresowały się Risilem dopiero wtedy, gdy ten podjechał już bardzo blisko. Dwaj mężczyźni w kolczugach, wyglądający na doświadczonych wojowników, uzbrojeni w bastardowe miecze, wydawali się mocno zdziwieni przybyciem myśliwego. Podeszli do niego i od razu spytali, czy przybywa z Wichrowych Szczytów.
Jak widać, przybywam z gór. – odpowiedział, zdziwiony pytaniem, na które odpowiedź zdawała się tak oczywista. Jego zdziwienie zostało jeszcze spotęgowane przez wielkie zaskoczenie słyszalne w niskim głosie. Szybko jednak ten sam, który zadał pytanie, wyjawił powód swego zdziwienia. Okazało się, że wśród gór grasowała jakaś krwiożercza bestia.
Czyżby? Nic takiego nie zauważyłem po drodze – odpowiedział. Mimowolnie uśmiechnął się, gdy zaproponowano mu miejsce przy ognisku. Z westchnieniem jednak zdał sobie sprawę, że nie może tracić cennego czasu. – Chętnie skorzystałbym z zaproszenia – odrzekł wojownikowi – lecz czas nie jest moim sprzymierzeńcem. Na szlaku spotkałem rannego człowieka. Stracił palec u ręki, jest bardzo słaby, ledwo dycha. Obiecałem mu sprowadzić pomoc. Pędzę w poszukiwaniu medyka lub chociaż zielarza. Wiecie może, gdzie mogę kogoś takiego znaleźć? – spytał. Miał nadzieję, że napotkani ludzie będą w stanie mu pomóc. Jeśli jednak tak nie jest, będzie zmuszony jechać dalej, aż do Nalin, mając nadzieję, że wygra wyścig z czasem.
Awatar użytkownika
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

11 kwie 2014, 01:40

MG

Dwójka mężczyzn spojrzała po sobie w całkiem jednoznacznym geście, zaskoczeni niezbyt dbałym podejściem nieznajomego do całej sprawy. Już sama jego obecność była dla nich niemałym zaskoczeniem, a jego podejście kompletnie zbiło ich z tropu. Wyglądało na to, że plotki traktowały o stworze, który nie przepuszczał nikogo żywcem z tamtejszych terenów. A tu nagle zostali postawieni przed faktem, że zwykły łucznik nie miał najmniejszego problemu z przebyciem trasy, w dodatku spiesząc się i nie zważając na otoczenie. Co więcej, o żadnym potworze nic nie wiedział, a co za tym idzie, zapewne niczego szczególnego również nie zauważył! Ciężko było im jednak w cokolwiek powątpiewać, ewidentnie przybył górskim szlakiem, a jego wygląd i parę innych cech sugerowało, że w dodatku zdążył już spędzić tam trochę czasu.

- Zielarz, nie zielarz, pal licho – stwierdził wyraźnie starszy z nich, masywny woj. Na jego niezadbanej brodzie pojawiały się już oznaki siwizny, co zresztą potwierdzała łysiejąca czaszka.

- Możemy pomóc, mamy ze sobą trochę medykamentów. Trochę się na tym znam – dopowiedział młodszy, o szczurzej twarzy i krótkich, kruczoczarnych włosach. - Jeśli prawdę powiadasz, nie ma co czekać, trza ruszać – dodał, szybkim krokiem zbliżając się do namiotu i chwytając podróżną torbę. Uprzednio zajął się niedokończonym posiłkiem, również biorąc go ze sobą oraz dorzuceniem kilku drew do ognia, przy okazji chwytając dwie pochodnie. Namiot zapewne nie posiadał wartościowych rzeczy, a poza zwierzętami, nikt normalny by się tutaj nie zapuszczał o podobnej porze oraz okolicznościach.

Ogólnie, bardzo szybko uporali się ze swoim obozowiskiem i wsiedli na nieźle prezentujące się wierzchowce. Skinęli tylko na Risila, upewniając się że będzie miał drogę pod kontrolą, po czym ruszyli w pośpiechu. Myśliwy radził sobie coraz lepiej, chociaż zostawał nieco z tyłu. Komfort jazdy po raz kolejny dawał mu się we znaki, co obiecywało niemożność siadania na tyłku dnia następnego. To jednak nie było zbyt duże poświęcenie, biorąc pod uwagę powagę całej sytuacji. A żartów nie było, w czym tylko utwierdzała go niemal grobowa atmosfera między nieznajomymi, którzy przez całą podróż wymienili tylko kilka słów oraz spojrzeń.

W końcu, po dłużącej się podróży dotarli na docelowe miejsce. A to co tam zastali, przeszło wszelakie oczekiwania wobec całej tej sytuacji. Leżący na ziemi długowłosy, sprawiał wrażenie osoby zdecydowanie zbyt zadowolonej jak na dręczonego bólem i wykrwawiającego się osobnika. Jego towarzyszem był najprawdziwszy na świecie kościej, który stał obok jak gdyby nigdy nic. Co więcej, odwrócił się w ich kierunku, odsłaniając białą jak mleko czaszkę, błyszczącą w lichym świetle niesionym przez wojowników pochodni. Całości dopełniał nagi olbrzym, który prowadził swoją kobyłę, wydając się bardzo pochłonięty i zaciekawiony tym zajęciem, tak samo zresztą jak całym otoczeniem. Całość przestawiała się równie komicznie co na swój sposób groteskowo, jakby była wyjątkowo nieudanym żartem.

- O żesz kurwa – rzekł zdecydowanie zbyt głośno starszy, gdy zatrzymali się kilka kroków przed całym tym przedstawieniem. Młody nie powiedział nic, z otwartym ustami przyglądając się temu wszystkiemu. Nie trwało to jednak długo, i chociaż obaj zapewne chcieli zadać mnóstwo pytań, postanowili darować sobie na razie tę kwestię. Szybko podłapali, że owym rannym jegomościem jest Akarion, więc zajęli się nim najlepiej jak potrafili. Starali się trzymać jak najdalej od żywego trupa, a nagi jeździec nie był o wiele lepszą perspektywą. Nic więc dziwnego, że starszy mąż co jakiś czas spoglądał na każdego z nich, w dość zrozumiałej obawie. Rany smoka wkrótce zostały przemyte, w miarę możliwości odkażone oraz zabandażowane. Dostał również trochę alkoholu na, jak to określił jeden z nich, "wewnętrzne rany". Po jego odorze można było jednak zaryzykować tezę, że bywa ranny w ten sposób zdecydowanie za często. Nie zmieniało to jednak faktu, że ich pomoc była jednak nieoceniona.

Gdy już skończyli robotę, nastała bardzo dziwna i krępująca cisza. Żaden z nich nie wiedział co powiedzieć, a podejrzliwe spojrzenia kierowane były we wszystkich kierunkach. Widać było, że najchętniej wsiedliby na koń i odjechali, jednak coś dziwnego ich tutaj trzymało. Szczególnie dziwny wydawał się być siwawy osobnik, który co jakiś czas spoglądał w kierunku Somiriona. Ciszę przerwał jednak ten mniej doświadczony, poprawiając wiszącą na ramieniu torbę i starając się ogarnąć wzrokiem całą ekipę.

- Jak widzę, macie tylko jednego konia, a wasz przyjaciel nie zdoła dojść choćby do Nalinu. Jeśli dojedziecie do naszego obozu…

- Czekaj! – krzyknął jego przyjaciel, uciszając go i skinieniem ręki zapraszając na stronę. Tam dyskutowali przez dłuższą chwilę, kilkukrotnie obracając się w ich kierunku. Gdy skończyli pertraktacje, młodszy kolega miał bardzo niepocieszoną minę, toteż odezwał się ten drugi.

- Jako że sprawujemy pieczę nad tym obszarem, możemy zaoferować Wam swego rodzaju eskortę i przewóz – zaoferował się, podejrzliwym spojrzeniem zerkając na każdego z nich. Zapewne największe wątpliwości miał do szkieletora, jednak miał na tyle taktu, że nie wypowiadał swoich myśli na głos. Tymczasem księżyc na niebie świecił coraz wyraźniej, przegrywając jednak walkę z pochodzącym od ognia światłem. Na pobliskim drzewie zahukała sowa, jakby ponaglając ich do podjęcia decyzji. Sam mówca kierował swoją wypowiedź raczej do Risila, uznając go za dowódcę całej tej nieszczęsnej kompanii. Brązowowłosy jednak za nikogo takiego się raczej nie uważał, a co ważniejsze, nie miał nawet powodu by tak sądzić. Niemniej, jako jedyny chyba sprawiał dobre wrażenie. Decyzja, należała jednak do każdego z osobna.

>>>Jako że ekipa się powiększyła, a my nie chcemy fabularnych zastojów, odpis Somiriona nie jest konieczny, choć jak najbardziej mile widziany.
Awatar użytkownika
Posty: 88
Rejestracja: 04 mar 2013, 13:44
GG: 20238632
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2592

12 kwie 2014, 14:43

Risil ucieszył się słysząc, że jeden z wojowników ma doświadczenie z medycyną i dysponuje medykamentami. Szybko uwinęli się w swoim obozie i wsiedli na swoje konie. Już po chwili jechali w pośpiechu w stronę, z której jeszcze przed chwilą nadciągnął myśliwy. W czasie całej podróży panowała grobowa wręcz atmosfera, a Risila coraz bardziej bolał tyłek. Był już pewien, że następnego dnia siedzenie nie będzie najprzyjemniejszą czynnością, a noc spędzi śpiąc na brzuchu. Jednak po dłuższym czasie przybyli do miejsca, w którym Risil zostawił rannego. Jednak do leżącego Akariona i prowadzącego konia Somiriona dołączył szkielet, który po prostu stał bez ruchu. Dopiero kiedy się zatrzymali odwrócił się do nich, pokazując swoją białą czaszkę. Jednak wojowie postanowili nie zadawać pytań i wzięli się do opatrywania rannego. Młodszy z nich sprawnie zajął się jego obrażeniami, po czym nastała zdecydowanie niezręczna cisza.

Po chwili młodszy z wojowników ją zakończył, jednak przerwał mu jego towarzysz. Odeszli na stronę. Po niekrótkiej wymianie zdań odezwał się starszy. Zaoferował im transport i ochronę w czasie podróży. Risil odniósł wrażenie, że oczekuje odpowiedzi właśnie od niego. Nie myślał zbyt długo. Będzie to na pewno bezpieczniejsze niż podróżowanie samemu, a dla Akariona jest to praktycznie jedyna opcja. Somirion nie powinien mieć żadnego problemu z podróżą w szerszym gronie, wydawał się zupełnie nieobecny. Myśliwy nie wiedział jednak, jak na propozycję zareaguje kościej. Nie żeby go to szczególnie obchodziło, raczej nie stanowi większego zagrożenia.
Chętnie przyjmiemy waszą propozycję. – powiedział w imieniu kompanii. – Jednak, jak już zauważyliście, mój przyjaciel nie będzie w stanie dojść nawet do Nalin. Zwierzęta go nie lubią, jednego konia zdążył już przepłoszyć – Risil delikatnie się uśmiechnął. – więc trzeba wymyślić coś innego, żeby go przetransportować. Ja osobiście nie mam żadnych pomysłów, przynajmniej możliwych do zrealizowania z tym, co tutaj mamy. Chyba że zamiast jechać na koniu, pomogę mu iść. – zaproponował. Miał nadzieję, że wojowie wpadną na jakiś lepszy pomysł, ale jeśli tak się nie stanie, będzie musiał wcielić w życie swój plan.

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 8 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 8 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.