Górski szlak

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.
Awatar użytkownika
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

Górski szlak

01 maja 2013, 22:50

MG

Wichrowe Szczyty. Docelowe miejsce wyprawy, na jaką porwała się mała drużyna, która postanowiła wyruszyć na poszukiwanie zarobku, nie zważając na ewentualne niebezpieczeństwa oraz konsekwencje. Wybrali stosunkowo nieprzystępne okolice, kryjące w sobie tysiące mrocznych tajemnic, wyjątkowo niebezpieczne miejsce, które przyciąga ludzi jak przysłowiowe gówno muchy, zarówno ze względu na zapierające dech w piersiach walory estetyczne, którymi niejednokrotnie nie sposób nacieszyć oczu, ale i również dlatego że jest to miejsce, w którym można spotkać dziwy i cuda, których nie uświadczy się na bezpiecznym, położonym setki metrów niżej, twardym gruncie.

Niektórzy przychodzili tutaj po to, by pooddychać świeżym, górskim powietrzem, odpocząć od zgiełku i hałasu, jakie panowały w miastach lub nasycić swe oczy wspaniałym pejzażem jaki tworzyły malownicze, tworzące krajobraz skały, wielkie połacie zielonych lasów i terenów zapełnionych najróżniejszą roślinnością, która w jakiś sposób przystosowała się do tych trudnych warunków, oraz górskie, czyste strumyki, służące za wodopój zamieszkującej te tereny zwierzynie, bardzo często równie niespotykanej co flora. Równie wspaniałym widokiem było spoglądanie z większych szczytów na położone niżej tereny, skąd było widać miasta i wioski, które były nie większe od małego orzecha, który z łatwością można było zgnieść w dłoni. Były też jednak takie osoby, które wyruszały w te tereny w celach zupełnie nie związanych z turystyką i podziwianiem cudów, jakie stworzyli wielcy Bogowie. Olbrzymie góry kryły bardzo wiele nieodkrytych tajemnic, setki grot i jaskiń, dolin i przełęczy, różnorakich kryjówek i ukrytych przed wzrokiem niepożądanych osób miejsc, w których kryły się najróżniejsze, unikające kontaktu z humanoidalnymi istotami stworzenia, jakich wręcz nie sposób było spotkać, podróżując po miastach Autonomii. Owe zwierzęta miały to do siebie, że ze względu na niebezpieczeństwo jakie oznaczała sama próba wyruszenia w ten obszar, unikalność gatunkową, a także niejednokrotnie groźne ataki do których były zmuszone w akcie samoobrony, sprawiały że cena za niektóre części ciała tych osobników, lub bardzo często również za żywe okazy, potrafiła osiągać naprawdę wysokie sumy, a jak wiadomo, niektórzy są w stanie dla pieniędzy zrobić niemal wszystko. Jak bardzo zdeterminowana była czwórka podróżników, którzy postanowili zwiedzić Wichrowe Szczyty, z domyślnym zamiarem upolowania czegoś, co da im jakiekolwiek większe źródło zarobku? Odpowiedź na to pytanie, w najbliższym czasie mogła im wszystkim nasunąć się o wiele szybciej, niż mogłoby się wydawać. W końcu nigdy nie wiadomo, co czeka za następnym, wielkim skalnym odłamkiem, jakich pełno było na prowizorycznej ścieżce, prowadzącej ku dziewiczym terenom, w jakie zaczynali się teraz zapuszczać bohaterowie.

Mijali właśnie pojedynczą, dość dużą, pokrytą brudem i błotem skałę, sterczącą pojedynczo przy trasie niczym zagubione dziecko. Znajdowali się na dość stromej, nierównej ścieżce, na jaką dostali się, kierując się z traktu Iquańskiego w kierunku tych olbrzymich wzgórz. Byli już właściwie u podnóża całych gór, a wysokie, nieprzystępne szczyty, malowały się nad ich głowami niczym monumentalne pomniki. Zewsząd otaczało ich bogactwo flory i fauny, mimo że jeszcze nie zapuścili się w dziksze tereny. Bogactwo różnych drzew i krzewów, na których znajdowały się zielone, pachnące igły, z wychylającym się zza koron ciepłym słońcem, wyraźnie oznaczającym, że wiosna zaczęła się już na dobre. Droga którą podróżowali była dobrze wydeptana i widoczna, usiana małymi, twardymi kamieniami, z rosnącymi po obu jej stronach sporymi lasami. Sam szlak wiódł powoli w górę, do coraz bardziej kamienistych i trudniejszych do przebycia terenów. Trochę wyżej, za lasem znajdującym się z ich lewej strony, znajdowała się widoczna spomiędzy roślinności mała polana, przez którą przepływał dobrze słyszalny, mały strumień, a krystalicznie czysta woda płynęła wartko, pośród zielonych terenów usłanych dziką roślinnością, zapewne niezmiennym od tysięcy lat korytem.

Gdzieś w pobliskim gąszczu, leżącym gdzieś w odległości około piętnastu kroków od całej ekipy, coś nagle się poruszyło, wydając donośny, zwracający uwagę szelest liści, oraz dziwny, głuchy dźwięk, przypominający połączenie donośnego pisku z gniewnym warkotem. Nim jednak ktokolwiek z drużyny zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, wyleciał stamtąd sporych rozmiarów, sprawiający wrażenie rozgniewanego, ciemnobrązowy dzik, z wyjątkowo charakterystycznym i rzucającym się w oczy, ułamanym prawym kłem. Nie było jednak powodu do większych obaw, gdyż zaraz po ujrzeniu smoka, kotołaka oraz dwójki dorosłych mężczyzn zatoczył krótkie koło, uważnie ich przy tym obserwując, po czym ruszył szybko gdzieś w głąb lasu, kwicząc jeszcze raz na odchodne, jakby chciał dać im do zrozumienia, że nie są tu zbyt mile widziani. Pomijając jednak niezbyt miłe przywitanie, pogoda, jak i otaczająca ich okolica zdecydowanie zachęcała do wyruszenia w podróż, gdyż wszystko zdawało im się dopisywać. Drzewa kołysały się delikatnie, poruszane delikatnymi podmuchami wiatru, szumiąc przy tym cicho w akompaniamencie ćwierkania siedzących na drzewach ptaków, przyjemnie chłodne, rześkie powietrze zachęcało do oddychania pełną piersią, a wiosenne, południowe słońce przygrzewało ich delikatnie, spomiędzy delikatnych obłoków.

Cała czwórka musiała się teraz jednak naradzić, odpowiednio przygotować i podjąć decyzję, w jakim kierunku należy się udać, w poszukiwaniu celu ich podróży. Mogli udać się w stronę strumienia, gdzie zapewne zbierało się trochę zwierzyny, jednak raczej nie znaleźliby tam gatunków, które dały by im jakiś większy pieniądz. W górskich, olbrzymich lasach mogło żyć kilka osobników, za które handlarze gotowi byli zapłacić niezłą sumkę, jednak potrzeba było na to dość dużo czasu, w dodatku musieliby przemierzać leśne podszycie pod górkę, między wystającymi korzeniami i wieloma innymi, zdradzieckimi pułapkami, przygotowanymi na nierozważnych wędrowców. No i została też najbardziej typowa i prawdopodobnie najbardziej przekonująca opcja, jaką było wyruszenie głównym szlakiem, by dostać się na położone wyżej tereny, z trudnymi do przebycia półkami skalnymi, oraz dużą ilością ciemnych grot, w których mogły gnieździć się naprawdę różne stworzenia. Było to miejsce, gdzie trudniej było o wodę pitną, tak samo jak o rosnące w dużych ilościach rośliny czy przebiegające w pobliżu zwierzęta, jednak to co można było tam znaleźć, niejednokrotnie w pełni to wynagradzało. Uczestnicy wyprawy musieli to wszystko między sobą uzgodnić, a dodatkowym utrudnieniem był fakt, że niemal zupełnie się nie znali, to w dodatku nie postanowili jeszcze, kto i czy w ogóle, będzie pełnił rolę przywódcy.

Jest to post bardzo ogólnikowy i rozeznający w sytuacji, który ma być raczej dalszym ciągiem fabuły, aniżeli faktyczną sesją. Tutaj polecam trochę bardziej wkręcić się w fabułę, w perspektywie utworzenia drużyny. Jestem tutaj bardzo otwarty na jakiekolwiek sugestie dotyczące terenu, wydarzeń czy innych szczegółów, o których nie wspomniałem. Mimo że Drart pisał w sesji o czasie odpisu, to ja uważam że naprawdę nie jest to konieczne, i ściągam jakikolwiek czas odpisu, choć będę Was męczył o odpisy. Wszystko co nie dotyczy posta, pisać czarnym kolorem, tak jak ja. To tyle.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 913
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

05 gru 2013, 23:46

Zdał sobie sprawę, że jego cios raczej nie przyniesie pożądanego skutku, był tego pewien. Ale było wtedy już za późno. Niemal wpadł w dziwną maź, gdy jego włócznia nie napotkała większego oporu. Nie pomogła kotołacza zwinność, ani refleks. W mgnieniu oka jego ręka została uchwycona, podobnie jak wcześniej Drart. Z pyska Xariela uciekł zduszony krzyk, gdy jego ręką targnęła fala bólu. Nie zapowiadało się przyjemnie.

Mógł jedynie karcić się w myślach, że nie zareagował jak planował, że od razu gdy tylko był pewien, że jego cios okaże się fiaskiem, a włócznia poczęła zanurzać w "kończynie" nie rzucił zaklęcia. Wyglądało na to, że refleks zawiódł go ponownie. W nagłym impulsie chciał uwolnić uwięzioną dłoń, jednak stwór ani myślał go puścić. W końcu otrzeźwiał, rzucając zaklęcie.

Skutek, jaki odniosło był wręcz imponujący. Cała kończyna uciekła, skryła się znów gdzieś wśród ciemności. W głowie Xariel ponownie usłyszał irytujący głos. Tym razem jednak zwracał się on bezpośrednio do niego, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Gdzieś wewnątrz odczuł satysfakcję, coś podpowiadało mu, że zasadził kreaturze przysłowiowego kopa w dupę. Ale to by było na tyle. Miał mało czasu, to była kwestia zaledwie chwili nim wokół znów zapadnie ciemność. A wraz z ciemnością nadejdzie dalszy ciąg tej walki. Walki, na którą Xariel tracił ochotę. Wydarzenia, jakie miały miejsce do tej pory sugerowały raczej, że walka z tą istotą jest poza jego zasięgiem. Tym samym, czas było się zwijać.

Kotołak spojrzał przelotnie na Drarta, który ranny spoczywał pod ścianą. Mężczyzna najwyraźniej próbował się jakoś zebrać do kupy. Wybacz Tak, czas było się zwijać. Poderwał broń z podłogi, korzystając ze światła rozejrzał się na szybko, czy na ziemi nie pozostało coś jeszcze wartego uwagi, kto wie. Może jego przeciwnik skrył w tym łapsku coś więcej, może ktoś kiedyś pozostawił coś na kamiennym podłożu. Po szybkim rozeznaniu się w terenie ruszył szybkim krokiem do bliższego wyjścia, konkretniej do gryfiego jaja. Starał się nie ruszać złamanymi palcami, jednak samym opatrzeniem ich zmuszony był zająć się dopiero później. Włócznię trzymał w drugiej ręce, aby mogły pozostać wyprostowane. Gdy dotarł do jaja, poderwał je wręcz błyskawicznie, nie chcąc by panujący wokół niego żar je uszkodził. Przy okazji korzystając z okazji niemal doskoczył do gryfa, po drodze przekładając włócznię do rannej ręki i szarpnięciem wyrwał mu sporą garść co ładniejszych piór. Po tym powędrował tą samą drogą. Wyszedł z, prawidłowego raczej, założenia, że jeśli będzie obchodził się ze złamanymi palcami ostrożnie, to nic większego im nie będzie. Delikatny uchwyt na drzewie włóczni raczej podchodził pod ostrożne obchodzenie się. Chciwość kiedyś go zgubi.

Złapał jajo tak, by nie wypadło mu z rąk i ruszył przez jaskinię. Starał się iść możliwie jak najszybciej, jednak jednocześnie nie ryzykować, że się przewróci, lub też stłucze jajo. Tak, chciwość mogła go zgubić. Nie pierwszy zresztą raz. Jedynym jego celem było teraz dotrzeć do wyjścia i utrzymać zaklęcie tak długo, jak nie opuści jaskini. Nie myślał teraz o niczym innym, jak o tym, aby tańczące wokół niego płomienie przetrwały do wylotu podziemnej jamy. Jego skupienie wręcz sięgało zenitu. Czar miał trwać, miał zniknąć dopiero gdy Xariel będzie przy samym wyjściu. Na razie nie obchodziło go nic innego. Chciał tam dotrzeć. Całe jego jestestwo zajmowało się mozolnym, szybkim chodem i podtrzymywaniem zaklęcia. Gdy światło zgaśnie był zbyt łatwym celem.

Dopiero gdy bezpiecznie dotrze na miejsce zacznie myśleć o czymkolwiek innym. Po dotarciu przed jaskinię kotołak będzie mógł spokojnie zdjąć szatę, ułożyć na niej zdobyczne przedmioty i w ten sposób stworzyć wygodny, stabilny pakunek, z którym będzie mógł zejść z gór. Nie wiedział, czy zastanie przed wejściem Risila. Jeśli dojrzy łucznika, zapewne będzie się starał by ten nie zobaczył jego osoby i oddalić się bez jego wiedzy. Jeśli myśliwy zobaczy go wcześniej, cóż. Także zapakuje jajo, poczeka na reakcję człowieka i niechybne, oczywiste pytanie. Na które będzie mógł odpowiedzieć, że niebieskowłosy nie żyje. Może nawet nie skłamie.

Awatar użytkownika
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

08 gru 2013, 00:19

MG

Ciężki, świszczący oddech Drarta niósł się cicho po jaskini, niesiony przez towarzyszące im przez cały czas echo. Jego ciałem wstrząsały nieustające dreszcze, a głowa wisiała bezwładnie, zupełnie jak u nieboszczyka. Przez cały ten czas nie podnosił wzroku, ani nie poruszał kończynami. Wiązało się to ze zbyt bolesnymi konsekwencjami, których wolał uniknąć. Poza tym, ciągle nie doszedł do siebie po nagłym szoku, jakiego doznał po całej tej akcji. Ciągle jednak żył, nieprzerwanie kontynuując swoją dramatyczną walkę. Nadzieja zawsze umierała ostatnia, a mężczyzna usilnie chciał pokazać że to jeszcze nie koniec, choć nie miał pojęcia czy w ogóle będzie w stanie znów stanąć o własnych siłach.
Koszmarny stwór zniknął, dosłownie rozpływając się po kątach tej cholernej jaskini. Tak, koszmarny było idealnym wręcz określeniem. Bo skąd mogła wziąć się podobna temu istota, jeśli nie z najczarniejszych, najdalszych zakątków ludzkiego umysłu? Lubująca się w krwawym mordowaniu i zadawaniu potwornych cierpień swoim ofiarom. Bardzo szybko pojawiało się natomiast pytanie, dlaczego właściwie zabijała? Z własnego wyboru, dla zwykłej, chorej przyjemności? A może po prostu nie miała innego wyboru, i opcja z czarnoksiężnikiem faktycznie kryła w sobie rozwiązanie zagadki? To miejsce musiało kryć w sobie wiele tajemnic. Najwyraźniej jednak, nie dane było im ich poznać.

Niebieskowłosy nie ustępował więc w swoich staraniach, ciągle wierząc że uda im się wybrnąć z tej sytuacji. Gdy ból przestał już być aż tak odczuwalny, sięgnął do swojej torby w poszukiwaniu magicznego wywaru, który powinien choć po części złagodzić jego cierpienie. Przekrwione oczy ledwo patrzyły na otaczający świat spod przymrużonych powiek, jednak rozwarły się natychmiast gdy uniósł flakon na wysokość ust. Okazało się że w środku nie było ani kropli eliksiru. Nawet w tym stanie nie miał problemu z tym by w mig pojąć, że pojemnik musiał uszkodzić się w którymś momencie trudnej podróży, a cała cenna zawartość została wsiąknięta przez podróżną torbę. Był to wyjątkowo nieudany początek.

On jednak wciąż nie miał zamiaru się poddawać. To jeszcze nie był koniec. A przynajmniej nie dla niego. Musiał się podnieść, udowodnić że ciągle był w stanie wyjść z tego cało.
Wtedy wojownik stracił z oczu światło, wytworzone przez jego partnera. Wszystko wokół znów było zakryte ciemną zasłoną, zimną i nieprzystępną. Przez chwilę nasłuchiwał uważnie, próbując jakoś odnaleźć się w sytuacji. Jego jasne tęczówki usilnie starały się dostrzec cokolwiek, jednak nigdzie nie było ani śladu Xariela i jego płomieni. Trwał tak jeszcze przez dłuższą chwilę, wciąż licząc na to że usłyszy cokolwiek, jednak nic wokół nie dawało znaku życia.

Począł błądzić drżącą ręką po lodowatym kamieniu w poszukiwaniu swojego niezawodnego do tej pory oręża. Nie trwało to długo i jego dłoń w końcu natrafiła na chłodną rękojeść, a obolałe palce objęły ją nieśpiesznie. Przyciągnął broń do siebie, by następnie oprzeć na niej ciężar swojego ciała i podjąć próbę powstania. Warknął cicho gdy kolejny spazm przebiegł jego klatkę piersiową, podczas pracy uszkodzonych mięśni. Nie ustawał jednak w wysiłkach, za wszelką cenę chcąc udowodnić że to dopiero początek. Czuł nieznośny ucisk w skroni, a jego ręka drgała, gotowa w każdej chwili złamać się pod jego ciężarem. Nie dawał jednak za wygraną i trwał w wysiłkach, podnosząc się w końcu na klęczki.
W końcu zwolnił trochę, klęcząc na jednym kolanie, wsparty na głowicy. Oddychał z sykiem przez zęby, a sam oddech był wyjątkowo nierówny i wątpliwy. Gorący pot zalewał jego ciało, mięśnie drżały podczas nieziemskiego wysiłku, a umysł groteskowo starał odrzucać wszelkie myśli o odpuszczaniu. Wiedział że to była jedyna szansa by przeżyć. Przyszła kolejna, bolesna fala. Zamknął powoli powieki, choć nie zrobiło mu to żadnej różnicy. Wszystko okryte było ciemną płachtą, która zdawała się być kompletnie nieprzenikniona. Wtedy ponownie zobaczył światło.

Poranne promienie wschodzącego słońca, padające na ogromne, dumne zabudowania miasta Wolenvain. Niczym zesłane przez samą Lorven, gdzieś daleko z odległych niebios, dawały przyjemne ciepło na jego twarzy i rozświetlały panujący mrok. Światło zdało mu się wtedy potężne i dumne jak nigdy, kompletnie wyzbywając się śladów mroku. Zalegające w uliczkach cienie rozpierzchły się w trwodze, ustępując miejsca jasnej potędze. Otworzył oczy.
Życiodajne słońce zniknęło bez śladu, znów ustępując miejsca zdradliwym ciemnościom. Drart ponownie zebrał się w sobie, by w końcu podnieść się na nogi. Zachwiał się niemal natychmiast, poruszając niepewnie rękami i próbując utrzymać wątpliwą równowagę. W końcu jednak ostrze spoczęło twardo na ziemi, co pozwoliło mu ustać. Ba, niespełna kilka sekund później zaczął stawiać niepewne kroki, błądząc jednak przy tym niczym niewidomy starzec. Gdy jednak obrócił się za siebie, znów ujrzał tak bardzo pożądane światło.

Jasny blask księżyca padł na niego niczym boskie błogosławieństwo na religijnym obrazie. Biała, odległa kula zdołała jakoś wydostać się z uścisku ciemnych chmur, objawiając się teraz w pełni. Szare, kamienne podłoże nabrało teraz białego blasku, momentalnie zamieniając cały charakter tego miejsca. On jednak nie miał czasu ani nawet chęci zachwycać się nad tym zjawiskiem. Całość dawała mu bowiem coś jeszcze. Pozwalała określić w którą stronę trzeba było się udać, by w końcu wyrwać się z tego szaleństwa. Drart ruszył więc w kierunku kompletnie przeciwnym, by tym samym skierować swe kroki prosto ku drugiemu wylotowi obskurnego tunelu.

Jego gałki oczne znów były kompletnie bezużyteczne. Powoli zaczynał tracić rachubę czasu podczas monotonnego marszu, ostrożnie stawiając krok za krokiem. Czuł że mija kamienne stalagmity, które stały w pobliżu niczym nieruchomi wartownicy. Każdy ruch, każdy donośny oddech, a w końcu i nawet każdą myśl zaczął okupować bólem. To była cena za każdą niepewność czy moment zawahania. W pewnym momencie zaczął wręcz przeć do przodu, niezależnie od wszystkiego.CIePŁe MiĘSoPo prostu wyłączył się kompletnie, głuchy na całe otoczenie.LUdzKiE MięSOCoraz częściej dopadały go mdłości, a różne części ciała powoli zaczynały odmawiać mu posłuszeństwa. Był już naprawdę bliski stanu kompletnego wycieńczenia. Wtedy właśnie wpadł na Xariela, niespodziewanie zderzając się z nim.

Mimo że ciągle nie tracił wiary i dążył uparcie do postawionego celu, mimo że usilnie starał się nie myśleć o całej tej sytuacji, doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak wygląda sytuacja. Miał ochotę krzyczeć, wrzeszczeć – Pomóż mi! – jednak wszystko więzło mu w wycieńczonym gardle. – To chce mojej śmierci! – chciał mu rzec, byleby ten zrozumiał w jakiej sytuacji go pozostawił. Z trudem uniósł ku niemu wolną, lewą rękę, jednak pod zziębniętymi palcami poczuł jedynie twardy kamień. Kolejny jaskiniowy posąg.

Wtedy usłyszał z tyłu kamień, który cicho przejechał po podłożu, wydając charakterystyczny dźwięk. Najwidoczniej kotołak również błądził gdzieś w tym cholernym miejscu. Obrócił się w tamtym kierunku, ostrożnie a zarazem stanowczo, wytężając oczy ślepca. Nie zastał jednak nikogo ani niczego, jedynie ciemność. Obrócił się więc z powrotem, by kontynuować prawdopodobnie najtrudniejszą wędrówkę w życiu. Gdzieś w gardle poczuł jednak bolesny ucisk, zapowiadający kolejny atak krwawego kaszlu. Odruchowo przysunął rękę do udręczonego gardła, jednak poczuł że coś jest nie w porządku. Czuł jak krew zbiera się w jego ustach, a on nie jest w stanie jej wykrztusić. Jego dłoń momentalnie natrafiła na coś bardzo dziwnego. I tak jak niewidomy poznaje świat jedynie za pomocą dotyku, tak on podjął próbę wybadania sytuacji.

Z przerażeniem poczuł tę samą, dziwną substancję, która prawdopodobnie w postaci humanoidalnej dłoni zagłębia się w jego krtani. Poczuł jak jeszcze ciepła krew ścieka po jego szyi, zalewając ciało i wsiąkając w resztki ubrania. Panicznie podjął się próby odepchnięcia przeciwnika, jednak ręka zaczęła tylko wsiąkać w półtwardą substancję. Miecz opadł na ziemię z donośnym łoskotem, skutecznie niesionym przez wszechobecne echo. Niebieskowłosy chłopak wrzasnął gdy długie szpony zaczęły rozszarpywać jego przełyk, nieśpiesznie rozrywając jego ciało na dwie połowy. Na początku ból był wprost nie do zniesienia, wywołując istne szaleństwo w jego ciele i umyśle. Jego rozbiegany wzrok spoglądał we wszystkie strony, szukając jakiegokolwiek ratunku. Kończyny drgały jak szalone, a mięśnie napinały się i puszczały po chwili. Jednak im niżej zaczynało znajdować się niedostrzegalne cierpienie, tym mniejsze zaczynało mieć znaczenie, aż w końcu przestało mieć jakiekolwiek. Lecz wtedy już kompletnie nic się dla niego nie liczyło. Nic nie dawało radości czy smutku. Nic nie istniało. I nic nie zostało.

Xariel poruszał się natomiast wyjątkowo szybko, mimo faktu że tym razem nie towarzyszyło mu światło pochodni. Doskonale zdawał sobie sprawę z faktu że prowadzi istny wyścig z czasem. Aktualnie jednak prowadził, i prowadzenie miał zamiar utrzymać do samego końca. Po jakimś czasie ciągłego, szybkiego marszu, w zasięgu jego wzroku pojawił się blask płonącego ogniska. Owe miejsce kusiło go ciepłem, posiłkiem i pozornym bezpieczeństwem. On jednak wiedział, że niesie to ze sobą również mniej pozytywne emocje i doświadczenia. Tam były trudne pytania i bezpodstawne oskarżenia, a tego usilnie starał się uniknąć.
Miast tego zatrzymał się zaraz przy wyjściu, kryjąc się w cieniu który nigdy nie wydał mu się tak tajemniczy jak teraz. Niemal z miejsca wziął się za tworzenie prowizorycznego pakunku stworzonego z jego własnej szaty. Tam właśnie umieścił swoje świeże zdobycze, które obiecały mu wyjątkowo godziwe pieniądze. Gdy wszystko było już gotowe, pozostało mu już tylko opuścić to miejsce niezauważonym. Stąd doskonale widział posilającego się Risila i małą smoczycę, śpiącą zaraz obok niego. Oboje wydawali się raczej niezainteresowani wylotem jaskini, więc nie było większego problemu z przemknięciem niezauważonym. Nawet ze złamanymi palcami i wyjątkowo wartościowym ładunkiem, ciągle był czarnym kotołakiem który poruszał się nocą w lichym świetle księżyca. Nic więc dziwnego że nie miał większych problemów z okrążeniem obozu bez wiedzy byłych towarzyszy, by rozpłynąć się gdzieś w cieniu padającym z Wichrowych Szczytów…

>>>[color=00000]Oto dotarliśmy do teoretycznego końca sesji. Nikt nie obiecywał że opłaci się ona wszystkim, ba, że opłaci się komukolwiek. Tak czy siak, sami stworzyliście tę historię, i dałem Wam wiele decyzji które zadecydowały o tym jak to wszystko się potoczyło. Xariel ma do napisania posta dotyczącego całej jego podróży powrotnej. Risil i Roia mają wolną rękę, a jeśli zechcecie to możemy nawet dalej coś pokombinować. Oczywiście zostaje też Xarielowa opcja, jednak weźcie pod uwagę że żadne z Was nie jest do końca sprawne. Uczulam jednak na olewanie tych postów, ponieważ jak zobaczę stek bzdur to nie zawaham się interweniować.
Chcę też podziękować Wam za cierpliwość, współpracę i mile spędzony czas(przynajmniej dla mnie). W razie czego, jestem do dyspozycji na GG.[/color]
Awatar użytkownika
Posty: 913
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

09 gru 2013, 21:26

Oto gryfie jajo ostrożnie spoczęło na piórach swego martwego rodzica, po czym zostało owiniętę szatą. Xariel westchnął, przez chwilę patrząc na pakunek. W końcu podniósł całość, założył na przedramię używając do tego stworzonego z rękawów "uchwytu", przełożył włócznię do zdrowej dłoni i stwierdził, że jest gotowy do drogi. Po przejściu kilku kroków przystanął, wpatrując się w pląsające nieopodal ognisko. Myśliwy zapewne nawet go nie dostrzegł, była noc. W dodatku siedział zapewne oślepiony przez płonące ognisko, a przyzwyczajone do światła oczy nawet nie były w stanie wypatrzeć obecnych w ciemności zarysów. Może gdyby przyjrzał się dokładnie… Tak, może wtedy dostrzegł by parę świecących, płomiennych oczu zwróconych w jego stronę.

Kotołak westchnął, po czym ruszył w swoją drogę, okrążając Risila szerokim łukiem. Miał zamiar iść przez noc i większość dnia, aby oddalić się z tych stron. Mogłoby się zdać, że podróż w nocy nie jest najlepszym pomysłem. W końcu wszędzie wokół czai się ciemność i nocne, drapieżne zwierzęta. Ale nie dla kotołaka, Xariel sam był jednym z tych drapieżników. Jego wzrok, choć może nie tak dobry w dostrzeganiu szczegółów, pozostawał narzędziem dużo użyteczniejszym. Cóż z tego, że jego uwadze uciekały guziczki, czy inne drobne ozdoby na ubraniach, kiedy mógł widzieć w tym, co dla człowieka było nieprzebytą ciemnością? Właśnie, ciemność. Czaiła się za jego plecami. Skryty w jaskini stwór mógł teoretycznie wyjść i ruszyć w pościg. To tylko zachęcało, aby odpuścić sobie nocny odpoczynek.
Ostrożnie stąpał po zdradliwym podłożu, nie chcąc uszkodzić niesionego skarbu. Szkoda by było, żeby poświęcenie Drarta się zmarnowało. Bardzo szkoda. A droga była długa.

Gdy natknął się na pierwsze większe skupisko drzew sięgnął po nóż i ściągnął z drzewa dwa nieco grubsze kawałki kory. Trochę więcej czasu zajęło mu poszukiwanie odpowiedniej rośliny, potrzebował nawet odłożyć spakowane jajo. Ostatecznie dotarł do tego, czego szukał – długiej, młodej gałązki, która mogła posłużyć mu za swoisty sznurek. Przy pomocy kory i sznurka unieruchomił swoje palce.
Bynajmniej, nie było to rozwiązanie doskonałe, ale zawsze w jakimś stopniu pomocne. Ponownie zabrał swoje rzeczy i ruszył dalej. W dół gór, na spotkanie świtu, traktu, a w końcu, Wolenvain. Tak, znów tam wracał. Bo gdzie znajdzie kupca, jeśli nie właśnie tam? Oczekiwał, że na trakcie znajdzie się wczesnym wieczorem, później wszystko było już proste. Po prostu iść brukowaną drogą, aż po same bramy stolicy.

Tym razem także gonił go czas. Ale do tego był już przyzwyczajony. Teraz mógł cieszyć się tym, że wyprawa się bardzo opłaciła. Bo opłaciła się, nieprawdaż? Palce się zrosną, nie wygląda na to, żeby miały czekać go jakieś konsekwencje ich złamania. Było raczej niegroźne. A w rękach miał gryfie jajo. Złamane palce to niewielka cena dla takiego zarobku. Ach, tamten niebieskowłosy… Tak, to też niewielka cena. W gruncie rzeczy nawet go nie znał.

z/t
Awatar użytkownika
Posty: 88
Rejestracja: 04 mar 2013, 13:44
GG: 20238632
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2592

25 lut 2014, 20:31

Risil siedział przy ognisku, powoli jedząc kawałek świeżo upieczonego mięsa. Powoli zaczynało martwić go to, że jego towarzysze nie wracali z jaskini. Próbował jednak gasić w sobie niepokój. W tej chwili nie mógł nic zrobić. Wypatrywał oczy w czającą się poza niewielkim okręgiem światła dawanego przez ognisko ciemność, ale nie był w stanie nic zobaczyć. W końcu jednak zmorzył go sen.

Obudził się niedługo po świcie. Nadal nie wrócili jego towarzysze. Widocznie spotkało ich coś złego. Myśliwy uspokoił się jednak myślą, że nic złego nie stało mu się, kiedy spał. Nie chciał jednak, by to się zmieniło, zaczął więc pakować manatki. Nie zajęło mu to długo. Postanowił zostawić kozie mięso, nie chciał zbytniego ciężaru w drodze, szczególnie z ranną nogą. Był już gotowy do drogi, gdy nagle zobaczył sunący po niebie duży, czarny kształt. Risil obserwował go wprawnymi oczami myśliwego. Już po chwili nie miał żadnych wątpliwości. Smok! Prawdziwy smok! Risil nie wierzył własnym oczom. W końcu mało już tych bestii zostało w Autonomii. Poza tym, nawet jeśli sam go nie upoluje, i tak może na tym smoku zarobić – na pewno znajdzie się ktoś gotów sypnąć srebrem w zamian za informację o miejscu pobytu takiego stworzenia. Przyszło mu też do głowy, że być może w pobliżu znajduje się leże gada? To by dopiero była sensacja! Po chwili smok wylądował w jednej z górskich dolin.

Risil ruszył w drogę. Wracał ścieżką, którą tu wchodził, nie spodziewał się więc większych niespodzianek. Przyjemna pogoda, tak charakterystyczna dla wczesnego lata, ułatwiała choć trochę wędrówkę. Powoli krajobraz zmieniał się, kamienie ustępowały miejsca drzewom I innym roślinom. Myśliwy szedł tak szybko, jak tylko mógł, ale rana zmuszała go do przystawania co jakiś czas w miejscu na krótką chwilę.
Awatar użytkownika
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

26 lut 2014, 17:26

MG

Risila obudził nieco cieplejszy, rześki poranek. Spanie w dziczy nie było dla niego pierwszyzną, toteż spokojnie mógł uznać tę noc za wyjątkowo udaną. W końcu położył się z pełnym brzuchem, i to w pozornie bezpiecznym miejscu. Mała jaszczurka pilnowała pleców, a gdzieś w pobliżu znajdowali się dwaj kompani, gotowi w każdej chwili ruszyć z pomocą. A przynajmniej takie sprawiali wrażenie.

Rzeczywistość wyglądała jednak zgoła inaczej. Zielony smok ciągle leżał obok, podróżując po krainie wiecznych łowów, podczas gdy Drart i Xariel zniknęli na dobre. Wszystko wokół wyglądało zupełnie tak, jak prezentowało się przed snem. Sugerowało to bardzo wiele scenariuszy, oczywiście ze zdecydowaną przewagą tych negatywnych. Nic więc dziwnego, że Risil bardzo szybko podłapał temat.

Począł więc zbierać swoje rzeczy, lecz zdecydował się zostawić smakowite mięsiwo. I gdy wszystko znalazło się już na swoim miejscu, jego uszy wychwyciły donośne uderzenia skrzydeł. Nie chodziło jednak o kolejne nietoperze, a o coś naprawdę wielkiego i potężnego. Zbliżył się więc do skalnej półki, spoglądając w dół z zaciekawieniem. Jego niebieskozielone oczy szybko wychwyciły sporego, czarnego smoka, który krążył gdzieś u dołu, by w końcu zniknąć z jego pola widzenia, lecąc w kierunku jednej z tamtejszych dolin.

Łowca momentalnie pomyślał o możliwości wzbogacenia się, która stała się trudniejsza po ostatnich wydarzeniach. Nie tracąc więcej czasu, ruszył z powrotem dobrze znanym szlakiem, zostawiając za sobą zielonego pupilka Drarta oraz mroczne tajemnice ciemnej jaskini.

Noga już nie dokuczała mu tak uporczywie, a droga powrotna była oczywiście łatwiejsza i znacznie szybsza. Nie oznaczało to jednak, że czuł się jak nowo narodzony. Siniaki i obolałe mięśnie ciągle o sobie przypominały, gdy tylko nadarzała się odpowiednia okazja. Lata spędzone w lasach i głuszach wyraźnie procentowały, brak spowalniających towarzyszy również miał znaczenie. Radził sobie naprawdę dobrze.

Sama trasa była wyjątkowo spokojna, nie obfitując w zbyt wiele niespodzianek. Pogoda dopisywała, a mimo to łowna zwierzyna jakoś nie chciała się pokazywać. Nawet ptaki nie towarzyszyły mu zbyt często, jedynie od czasu do czasu przelatując wysoko nad jego głową. On natomiast sprawnie przechodził z nagich szczytów, po trawiaste, wypełnione kamieniami i mniejszymi skałami szlaki.

Po kilkunastu długich godzinach, w końcu znalazł się w okolicach obszarów, gdzie mogła skierować się mityczna istota. Znajdował się na samym szczycie dość szerokiej drogi, która łagodnie prowadziła w dół. Z lewej, jak i z prawej strony znajdowały się niższe partie gór, tworzące różne trudno dostępne aglomeracje. Sama trasa obfitowała w krzaki, trawę oraz drzewa średniej wielkości, zapewne przecierana setki razy. I to właśnie na tej części szlaku, spoglądając daleko w przód, dostrzegł jakieś poruszające się kształty. Były to konie, zapewne przywiązane, na co wskazywały ich ruchy. Po piętnastu minutach drogi w dół, obok koni pojawił się kolejny kształt, który wyszedł gdzieś z boku. Risil nie był w stanie dostrzec wielu szczegółów, jednak pewnym było, że jest to człowiek.
________________________________________________________________________________________

Akarion ruszył w kierunku wąskiej trasy, która prowadziła ku wyjściu z doliny. Ubrany w przyciasną, mało wygodną, czerwoną szatę, wolno poruszał się do przodu. Był w naprawdę opłakanym stanie. Utracił niemało krwi, a rany ciągle dawały o sobie znać. Najgorszy jednak był palec, czy raczej jego wyjątkowo bolesny. brak. Pokryty skrzepniętą krwią, raz za razem emanował silnym, trudnym do zniesienia bólem. Rany na łopatkach również były odczuwalne, za każdym razem gdy mężczyzna wykonywał jakikolwiek trudniejszy ruch. A było to nieuniknione, gdyż ten odcinek był naprawdę niełatwy, przez co każdy kolejny krok musiał być ostrożniejszy od poprzedniego.

Jego prawe ucho również nie wyglądało zbyt ciekawie. Górna część małżowiny była rozerwana na dwie połówki, a części ucha zwyczajnie brakowało, było bowiem ewidentnie odgryzione. Tak jak reszta ran, było już zasklepione. Ciągle jednak nieprzyjemnie odczuwalne, tak samo jak ślady po bolesnym upadku, w postaci sinej, lewej części torsu, a także pojedynczych krwiaków i siniaków na rękach oraz nogach.

Kroczył więc krokiem niepewnym, powolnym i niesłychanie ostrożnym. Ewentualny upadek mógłby sprawić, że pozostanie na nierównej, kamienistej ziemi, targany bólem i niemal zupełnie bezsilny. W ręku dzierżył długi na około półtora metra, ciemnobrązowy łuk. Broń posiadała wygodną, prostokątną, pokrytą szarą tkaniną rękojeść. Ewidentnie prócz zadawania obrażeń, o czym Akarion przekonał się na własnej skórze, był tworzony pod kątem walorów estetycznych. Końcówki rękojeści oraz górna i dolna część ramienia, wzmocnione były cienką, błyszczącą stalą, a całość była naprawdę solidnie i dokładnie wyciosana.

Ranny człek parł więc do przodu, z trudem stawiając kolejne kroki. Stracił poczucie czasu, i pół godziny ciągnęło się w nieskończoność. Udało mu się jednak dotrzeć do wyjścia i znaleźć się na szlaku. Oczywiście od razu ujrzał trzy konie, przywiązane do drzewa długimi sznurami. Obok nich leżało puste wiadro, które zapewne miało dostarczyć im wody. Wyglądało na to, że każdy z rycerzy przybył na koniu, a uciekający w pośpiechu nie zabrał ich ze sobą. Wyglądało na to, że szczęście w końcu się uśmiechnęło, oferując trzy zdrowe, choć raczej nie wyróżniające się niczym zwierzęta. Tylko jeden koń miał juki, a w środku znajdowała się butelka dobrego wina oraz trochę sucharów i mięsiwa. Wszystkie trzy były brązowe, a dokładniej dwie klacze i jeden koń. To zdecydowanie zwiększyło jego szanse na przeżycie, choć bynajmniej ich nie zapewniło. Podróż może być trudna, a on był ranny i osłabiony.

Spróbował zorientować się w terenie. Po krótkiej obserwacji szybko doszedł do wniosku, że jest gdzieś w połowie drogi. Wtem, rozglądając się i próbując zorientować w terenie, dostrzegł idącego w oddali męża, który schodził ze szlaku prowadzącego do samych szczytów. Jednak smok również nie był w stanie dostrzec szczegółów podróżnika, widział jedynie poruszający się brąz, daleko przed sobą. Mógł tutaj poczekać, zająć się jedzeniem i regenerowaniem sił, bądź ruszyć w dalszą drogę, w nadziei, że przybysz był niezbyt przyjaźnie nastawiony.

>>>Przechodzicie na grę swobodną, jednak będę miał temat na oku. W razie czego, pytania i wątpliwości drogą prywatną.
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

26 lut 2014, 17:44

Kiedy dostrzegł konie, jego serce podskoczyło. Cieszył się. Nie zmieniało to jednak jednego faktu – był ciężko ranny i zmęczony. Cały obraz rozmywał mu się przed oczami. Nie wiedział, co robić. Jazda konno mogła go zabić. To by było doprawy żałosne. Wygrał walkę, zdobył nawet broń, a teraz miałby umrzeć od ran. O takiej śmierci żaden bard by nie odpowiedział. Jeżeli zginąć, to na całego.

Wtem zobaczył możliwość ratunku. Przed jego oczami pojawiło się jakieś stworzenie w brązie. Mógł mieć tylko nadzieję, że jest przyjaźnie nastawiony. A co, jeżeli to był tamten rycerz? Akarion musiał zaryzykować. To była szansa na przeżycie, a smok tego trzymał się kurczowo, z całych sił.

Chwiejnym krokiem ruszył ku tamtej plamie. Zauważył, że się porusza. Znaczyło to dla Akariona tyle, że prawdopodobnie nie ma zwidów. Kiedy był już wystarczająco blisko, wyciągnął palec – a raczej to, co po nim zostało – w stronę przybysza. Jedyne, co wyrwało się z jego gardła to ciche "pomóż". Miał tylko nadzieję, że tamten go nie dobije. Widział juki przy jednym z koni. Może była szansa na jakieś opatrunki, czy chociaż jedzenie? Teraz zdał sobie sprawę, że jest potwornie głodny.

Upadł na ziemię. Nie obchodziło go już nic. Chciał przeżyć, ale nie miał siły, by walczyć. Czuł, że ciemność bierze go w swoje objęcia. Teraz pomyślał o bogach. Nie wierzył, że istnieją, ale może… może trafi do jakiegoś rodzaju raju? Będzie polował na sarny w świecie, gdzie nikt nie może go dopaść? Ten, na którym przebywał wydawał mu się szary, bez sensu.

Zamknął oczy, oddychając miarowo. Miał tylko nadzieję, że nieznajomy mu pomoże. Była dość mała szansa, że odkryje jego prawdziwą postać. Jeżeli tamten nie jest jakoś uzdolniony magicznie, to nie poczuje aury Akariona. Tylko na to mógł w tej chwili liczyć smok.

Awatar użytkownika
Posty: 88
Rejestracja: 04 mar 2013, 13:44
GG: 20238632
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2592

02 mar 2014, 15:43

Risil szedł stałym, dobrym tempem ku podnóżom gór. Co prawda rany po starciu z kozłem raz na jakiś czas przypominał o sobie, ale nie był to bardzo duży problem. Ogólnie rzecz biorąc, myśliwy uznał, że na wyprawie może i nie zyskał, ale też bardzo dużo nie stracił.

Jednak po drodze zdarzyło się coś niespodziewanego. Już z dala zauważył przywiązane konie i człowieka obok nich. Ruchy postaci wydawały się powolne, ociężałe. Może nigdzie mu się nie spieszy, a może jest poważnie ranny? Risila zaczęło to zastanawiać. Zaczął myśleć jeszcze intensywniej, kiedy zorientował się, że widzi trzy konie, a tylko jednego człowieka. Czy ma niewidocznych dla brązowowłosego towarzyszy? Być może to zasadzka na nieuważnych podróżnych, którzy zatrzymają się, by wymienić pozdrowienia z nieznajomym? Nie, ta ostatnia opcja była pozbawiona sensu – bandyci nie urządziliby zasadzki na tak rzadko uczęszczanym szlaku. Risil postanowił, że jedyny sposób, by dowiedzieć się czegoś więcej, to po prostu podejść i nawiązać jakiś kontakt z nieznajomym. Zachował jednak ostrożność, w każdej chwili gotów sięgnąć po kord lub łuk.

Gdy podszedł wystarczająco blisko, rozluźnił się. Nie wyglądało na to, żeby była to zasadzka. Myśliwy podniósł rękę w przyjaznym geście, lecz nieznajomy go nie odwzajemnił. Zamiast tego wyciągnął w kierunku Risila rękę z odrąbanym palcem i cicho powiedział "pomóż", po czym upadł na ziemię. Wyglądało na to, że zemdlał. Brązowowłosy zaklął cicho i przez chwilę zastanawiał się, co zrobić, w międzyczasie przyglądając się leżącej postaci. Mniej więcej tego samego wzrostu co Risil, o długich, czarnych włosach i rysach twarzy przywodzących na myśl elfa, jednak zaokrąglone uszy które zauważył u tajemniczej postaci wskazywały na to, że to człowiek. Kilkudniowy zarost, wychudzona postawa i czerwona, przyciasna szata nadawały mu wygląd wędrowca, wyraźnie zmęczonego podróżą. W końcu myśliwy postanowił, że nie może ot tak zostawić tego mężczyzny na trakcie z ciężkimi ranami, nie dając mu prawie żadnych szans na przeżycie. Przykucnął obok czarnowłosego i obrócił go na plecy, by ocenić jego rany. Rozszarpane ucho i obcięty palec, pojedyncze siniaki i krwiaki na rękach i nogach. Nie miał pojęcia, z czym walczył ten jegomość, ale musiał stracić z powodu odrąbanego palca dużo krwi. Risil nie znał się na medycynie, nie do końca wiedział, co zrobić. Zauważył juki na jednym z koni, więc podszedł do niego i szybko je przeczesał. Znalazł tylko butelkę wina i trochę sucharów i mięsiwa, nic, czego sam nie miał.

Znów podszedł do leżącego. Delikatnie przeniósł go na bok szlaku i oparł plecami o jedno z przydrożnych drzew. Ostrożnie wlał mu do ust trochę wody, po czym sam pociągnął ze swojego bukłaka porządnego porządnego łyka. Póki co nie mógł zrobić dużo więcej. Próbował obudzić nieznajomego, co jakiś czas oblewając jego twarz wodą i pojąc go. Kiedy ten odzyska przytomność, Risil spróbuje dać mu do zjedzenia mięso i wypytać o to, co się stało. Na tę chwilę mógł już tylko czekać.
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

03 mar 2014, 21:25

Akarion zauważył, że ciągle zaciska pięść. Miał w ręku łuk! Na razie nie miał zamiaru go wypuszczać. Jedyny zysk w wyprawy. Prócz koni. Ale nie sądził, że ten nieznajomy mu je zostawi. Na razie chciał tylko otrzymać pomoc. Przeżyć – to był priorytet. Jednak nie wypuścił z ręki tej broni. Coś mu na to nie pozwalało. Przeczucie?

Chwilę później poczuł, że ktoś go przenosi. Jęknął cicho, ale nic nie powiedział. Wszystko go bolało. Czuł, że powoli się wykrwawia. Mógł sobie opatrzyć rany… Co, jeżeli wda mu się zakażenie? Teraz mógł liczyć tylko na szczęście. A to nie było dobre.

Został oparty o drzewo. Nie sprzeciwiał się. Poczuł, że nieznajomy przykłada mu coś do ust. Przełknął odruchowo. Kiedy woda spłynęła w głąb jego organizmu, od razu poczuł się lepiej. Otworzył oczy, które cały czas trzymał kurczowo zaciśnięte. Przed sobą zobaczył brązowowłosego człowieka. Co jakiś czas dawał mu pić, a Akarion za każdym razem łapczywie pochłaniał tyle, ile mógł.

Kiedy poczuł się lepiej, podniósł swój palec. Znaczy – brak palca. Zdobył się na powiedzenie kilku słów.
Trzeba na to założyć opatrunek. Może się wdać zakażenie.
Słychać było, że każde słowo wypowiada z trudnością, ale to powinno być zrozumiałe dla nieznajomego. Nie wiedział, co powiedzieć tamtemu. Przecież nie wyjawi, kim jest.

Awatar użytkownika
Posty: 722
Rejestracja: 03 paź 2011, 22:26
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
Karta Postaci: viewtopic.php?t=822

03 mar 2014, 21:31

Po jakimś czasie udało mu się zejść ze zbocza. Powiodło mu się bez większych otarć czy innych urazów, jednak się trochę zmęczył. I było lekko zimno. Szedł teraz czymś, co wyglądało inaczej niż otoczenie, bo było drogą. Nie wiedział czym jest droga, ale tym lepiej się szło. Nie znał pojęcia czasu, ale to dziwne, święcące cos na górze, na co nie mógł patrzeć już trochę tam przeszło. Ujrzał przed sobą jakąś postać. Miała brązowe włosy i była chyba podobna do Somiriona. Podszedł jeszcze trochę, po czym się schował. Pierwszy raz kogoś spotkał, dlatego wolał obserwować. Nie wiedział jednak, że jeżeli schowa oczy, to go widać, przez co Risil mógł zauważyć wysoką postać, która schowała głowę za gałęzią i delikatnie zerka na niego. Trzymał w jednej ręce czerwony, duży łuk, a w drugiej kołczan.
Awatar użytkownika
Posty: 88
Rejestracja: 04 mar 2013, 13:44
GG: 20238632
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2592

05 mar 2014, 19:38

Ranny pił łapczywie, ale Risil nie dał mu wysuszyć całego bukłaka naraz. Nie wiedział w końcu, gdzie najbliżej znajduje się jakiś strumień lub inne miejsce, z którego mógłby zaczerpnąć wody. Gdy poczuł się trochę lepiej, czarnowłosy z trudnością przypomniał, że przydałoby się opatrzyć jego palec, czy też to, co z niego pozostało. Myśliwy zaklął cicho. Prawda była taka, że nie miał nic, co mogłoby posłużyć temu celowi. Po krótkiej chwili zastanowienia wyciągnął z torby nóż i odciął od szaty rannego kawałek materiału. Owinął nim ranę najlepiej, jak potrafił.
– Nic lepszego w tej chwili nie zrobię. Musimy znaleźć kogoś, kto się na tym zna. Jak najszybciej. – powiedział.

W międzyczasie zauważył jednak coś jeszcze dziwniejszego, niż podróżny z odciętym palcem w przyciasnej, czerwonej szacie kręcącego się wokół trzech koni. Za jedną z pobliskich gałęzi stał nagi, wyjątkowo wysoki człowiek, trzymający w jednej ręce bardzo duży łuk, a w drugiej kołczan. Wyglądał co najmniej jak uciekający przed rozwścieczonym ojcem kochanki łucznik… Który gapi się na podróżnych zza nie zasłaniających go gałęzi. Co prawda w obserwowaniu mogła mu przeszkadzać ręka zasłaniająca oczy, ale… Risil odchrząknął głośno.
– Człowieku, wyjdźże zza tego krzaka. Co Ci się stało? – powiedział, ledwo powstrzymując się od śmiechu. Nie chciał jednak speszyć kogoś, kto być może mógłby stać się nowym członkiem tej wesołej kompanii. Czarnowłosy łucznik w przyciasnej czerwonej szacie bez palca i brązowowłosy myśliwy, ranny w nogę – brakowało im jeszcze tylko nagiego łucznika z wielką bronią.

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 6 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Mejb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.