Podnóża gór

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.
Awatar użytkownika
Posty: 34
Rejestracja: 04 sie 2013, 11:30
GG: 24426650
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2726

Podnóża gór

23 sie 2013, 12:30

Obrazek
Lokację miejsca można wyznaczyć, wytyczając linie wiodące dokładnie na północ od Ainuri oraz na zachód od Lasves i szukając na ich przecięciu. Południowowschodnią część terenu stanowi niezbyt zróżnicowana, zielona łąka, niemal pozbawiona kwiatów. Naprzeciw niej znajduje się podnóżek góry, na którym flora zdaje się już przegrywać walkę z trudnymi warunkami klimatycznymi – ziemię znaczą spore plamy zbrązowiałej, uschniętej roślinności, pojedyncze, powyginane od wiatru drzewa stoją niemal nagie; nawet iglaki mają przerzedzoną koronę. Wzdłuż jednego z podejść, z zachowaniem równych odstępów, znajduje się pas powbijanych w ziemię niewysokich palików, zaś w pewnej odległości stoi równolegle ułożony kamienny murek, sięgający mniej więcej do pasa dorosłemu człowiekowi. Biorąc pod uwagę fakt, iż znajduje się (dosłownie) w rozsypce, jak i brak innych elementów architektonicznych, można z czystym sumieniem założyć, iż jakikolwiek był zamysł twórcy, został dawno już porzucony. Pomiędzy świeżą a usychającą częścią podnóża przepływa niezbyt szeroki, skalisty potok, w najgłębszym miejscu nie sięgający nawet do kolan.

Spokój dnia przerywał jedynie niejednostajny, cichy szum i gwizd wiatru ślizgającego się o skały i szarpiącego i tak już mizernymi koronami drzew. Krótka trawa falowała łagodnie, kołysana przez wiatr tak delikatnie, jak mamka buja kolebkę dziecka. Pojedyncza koza przeżuwała to co aktualnie miała w gębie, a idealna jednostajność tej czynności zawstydziłaby najbardziej precyzyjne czasomierze. Znudzonym wzrokiem wpatrywała się przed siebie, od czasu do czasu obracając głowę i trzęsąc swoją śmieszną, czarną bródką.
Około półtora metra nad potokiem pojawiła się niemal niedostrzegalna plamka fioletowego czegoś. W ułamku sekundy rozciągnęła się w postaci pionowego pierścienia, którego dolna część muskała już płynącą pod nim wodę. Z pierścienia wydobyły się wrzaski, a w mniej niż sekundę potem wyleciał przezeń, niczym wystrzelony z procy, ogromny kotołak. Wyraźnie zdezorientowany, mimo wszystko nadal zachował refleks i wylądował na wszystkich czterech kończynach, nie tłukąc się prawie wcale. Lewitujący nad nim pierścień wypluł z siebie jeszcze silny podmuch gorącego powietrza, któremu towarzyszył głośny huk, i tak nagle jak się pojawił, zniknął, nie pozostawiając po sobie nic.
Singi wstał szybko i rozejrzał się wokół siebie. Naprężył mięśnie, obnażył pazury i zacisnął szczęki, gotów do desperackiej walki. Miotał się wokół, jak gdyby chmary niewidzianych dla innych ludzi napastników właśnie próbowały na niego zaszarżować. Ale wokół nie było nikogo… za wyjątkiem tylko jednej, leżącej na ziemi, kompletnie zesztywniałej kozy.
Singi oddychał szybko, mimowolnie powoli rozluźniając mięśnie. Z trudem pozbywał się resztek ostrożności, ale to był fakt – wokół nie było nikogo. Od zamknięcia portalu minęło już przynajmniej kilkadziesiąt sekund, a jedynym co słyszał był odgłos wiatru i jego własne sapanie. Nadal nie do końca mogąc w to uwierzyć, wyszedł ze strumienia i stanął na łączce. Czując jej dotyk na stopach, poczuł przyjemny dreszcz – tak miło było zaznać wreszcie czegoś odmiennego od skał…
– Wolny… – szepnął, jakby z zaskoczeniem.
Jeszcze raz rozejrzał się wokół. Dzień powoli miał się ku końcowi, choć trudno było to określić z powodu gęstej mgły, spływającej po zboczu górskim i prawdopodobnie zachmurzonego nieba (nie mógł nigdzie dojrzeć tarczy słonecznej). Mimo tej szarości, wszystko wokół wydawało się tak kolorowe, jasne i przyjazne.
– Wolny! – krzyknął, niemal trzęsąc się z szoku, po czym ryknął przeciągle, odrzucając głowę w tył i rozkładając szeroko ramiona – WOLNYYYY!
Padł na kolana i zanurzył dłonie w trawie. Była zimna i wilgotna od osiadającej mgły, ale świeża i pachnąca. ŻYWA. Obrócił się i położył plecami na ziemi, wdychając jej woń i patrząc w niebo. Na jego twarzy wciąż gościł szeroki, szczęśliwy uśmiech. Leżąca nieopodal koza odzyskała władze w kończynach i potykając się, czmychnęła czym prędzej z dala od dziwnego zjawiska i olbrzyma, który z pewnością był mięsożercą. Singi odwrócił głowę i spojrzał w jej kierunku, sam nie bardzo wiedząc, co go w niej bawi. Przez moment przemknęło mu przez myśl, że rozsądniej było szybko dobić zwierzę, póki było sparaliżowane, ale doszedł do wniosku, że i tak nie byłby w stanie wzniecić ognia. Czuł chłodne powietrze, muskające jego ciało, ale nawet to teraz mu się podobało – powietrze miało w sobie konkretny, świeży zapach, zupełnie odmienny od tego, z którym miał do czynienia dotychczas. Przeleżał jeszcze parę minut, pozwalając, by ogarnęło go błogie poczucie wolności i niezależności, rozkoszując się otwartą przestrzenią.
Kiedy dreszcze zaczęły już powoli mu dokuczać, wstał i otrząsnął się mocno, rozgrzewając nieco. Dopiero teraz uświadomił sobie, że nie ma na plecach swojej torby. Dostrzegł ją na krawędzi strumienia. Idąc w jej kierunku, przyklęknął na moment nad taflą wody i napił się jej nieco. Miała delikatny, orzeźwiający smak. Wyciągnął ze swojej torby manierkę, opróżnił ją i dokładnie wypłukał, po czym napełnił tą wodą. Po chwili namysłu wysypał na ziemię całą zawartość torby – związane sznurkiem suchary i kilka pasów mięsa owiniętego w białą (kiedyś…) szmatkę oraz złożoną w kostkę płachtę jasnobrązowego materiału przewiązanego sznurem. Po chwili namysłu zdecydował, iż w obecnej sytuacji przyda mu się naprawdę porządny posiłek. Błyskawicznie wchłonął sześć sucharów i dwa pasy mięsa, jednocześnie coraz bardziej tracąc dobry humor na myśl o tym, skąd ów pokarm ma. To co mu zostało wrzucił z powrotem do torby, uprzednio opróżniając ją z okruszków. Przy rozsądnym racjonowaniu zapasów – tak, aby nie głodować – miał trzy dni na znalezienie jakiegoś miasta i zdobycie kolejnego prowiantu.
Wstał i rozłożył płachtę materiału, która okazała się całkiem zgrabnie skrojonym habitem. Założył go wraz z kapturem i przewiązawszy się sznurem w pasie, narzucił na plecy torbę. Rozejrzał się jeszcze za jakimś w miarę grubym patykiem, którego mógłby użyć do podpórki przy chodzeniu. Metrowej długości, nieco powykrzywiany kijek wydał mu się odpowiedni.
Teraz pozostawała kwestia zdecydowania. Przyjrzał się uważnie znajdującym się przed sobą górom. Księgi, które miał okazję przeczytać, niezbyt wiele traktowały o geografii Autonomii. Niejednokrotnie jednak słyszał nazwę miasta "Lasves", mógł zatem sądzić, iż znajduje się gdzieś w jego bliższej lub dalszej okolicy. To zaś sugerowało, iż patrzy na Wichrowe Szczyty, zakładając, że portal zawsze wyrzucał użytkowników w tym samym miejscu. Nie do końca przekonany, czy właściwie ocenia kierunek, odwrócił się plecami do gór i ruszył przed siebie, starając się skierować na południe. Przy odrobinie szczęścia, powinien wkrótce trafić na jakiś trakt lub miasto.

z/t
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 44
Rejestracja: 23 lip 2015, 18:26
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3526#53631

02 lut 2016, 12:09

Nie miała nawet chwili na reakcję. Ciemność wdarła się do jej głowy, drwiąco pokonując wszystkie jej bariery, szydząc z każdej minuty umysłowego treningu, na który Varame poświęciła dużą część swojego życia. I nie mogła zrobić nic, jak tylko poddać się temu potopowi wrażeń, tej straszliwej burzy uczuć i wspomnień, tak bardzo pragnących zostać znowu przeżytymi.
Walczyła z tym sztormem z całych swych sił, odrzucając wizje, wznosząc nowe mury, znowu zamykając się w bezpiecznym zamku mentalnych barier. W większości na próżno. Nie spotkała się z czymś takim już od długiego, długiego czasu. Ale to było bez znaczenia. Tak czy inaczej nie mogła się spodziewać… tego.
Zerwanie umysłowego połączenia było jak cios w twarz i wielka ulga zarazem. Cała Varame się trzęsła, próbując pojąć cokolwiek przed chwilą zaszło. Ponad aurą promieniującą od zaczarowanego hełmu jej zmysły popieścił inny magiczny impuls - była jednak stanowczo zbyt zajęta sobą, żeby choć zwrócić na niego uwagę. Czuła się, jakby zaraz miała upaść na ziemię i nie wstać.
Cóż to był za okropny pomysł, pomyślała. Nie było jej stać na nic innego.

Potrzebowała długiej chwili, żeby wziąć się w garść, jakoś przetrzeć buty i wstać, a nawet wtedy lekko się chwiała. Powoli wracała do zwykłego dla siebie opanowania. Na jej twarz wstąpił wyraz podszytej strachem ciekawości. Zatęchłe powietrze jaskini było gęste od czarów - czuła to jak czuje się smród. Trudno było oczyścić myśli w tak ciężkiej atmosferze.
Czarodziejka przetarła oczy i spojrzała najpierw na wciąż nieruchomą, niemalże bezręką postać, a następnie na całą resztę obecnych. Tylko Wierzba nie leżała na ziemi.
Cała scena była surrealistyczna. Cztery ciała rozrzucone po kamiennej podłodze, oświetlone tańczącym, wątłym płomieniem leżącej na ziemi pochodni. Varame uniosła ją wysoko, żeby lepiej wszystkiemu się przyjrzeć i jednocześnie zastanowić się, co też należałoby teraz począć.
W kilka kroków pokonała dystans dzielący ją od Zelera. Stanęła nad nim, krytycznie przypatrując się jego próbom czołgania się na czworakach.

- Dokąd to? - zapytała, kucając. Zawroty głowy były już niemalże wspomnieniem. Czuła, że za jakiś czas może ją zacząć dręczyć ból głowy, ale na razie starała się to ignorować.

W tej chwili najbardziej liczył się Zeler, w końcu wciąż miał ze sobą mapę. Gdziekolwiek chciał się doczołgać, Varame nie miała zamiaru dać mu zwiać razem z tym przeklętym papierem. Nie po tym wszystkim.
Jaskinia wciąż była niezbadana. Yl wciąż gdzieś tam był, razem z Nifreą.
Awatar użytkownika
Posty: 38
Rejestracja: 23 lip 2015, 21:07
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3530#53751

02 lut 2016, 12:46

Świadomość powoli wracała, zagarniając słabnący szał, spychając go z powrotem na jego zwyczajne miejsce - gdzieś płytko, pod warstwą świadomości, gdzie cicho bulgotał, gotowy na ponowną erupcję, kiedy będzie potrzebny. Chwilowo jednak został poskromiony - a wraz ze świadomością uderzyły Jagekhra dezorientacja i ból głowy, gorsze niż najgorszy kac, jakiego do tej pory doświadczył.

Złapał się za głowę, trwając długi moment, żeby się pozbierać i opanować te impulsy ciała - wielokrotnie był przecież ranny, taki drobny ból głowy to dla niego nic, pryszcz, drobnostka, a przynajmniej starał się to sobie wmówić. Chwilę zajęło, żeby pozbierał się i chwiejnie stanął na nogach - a kiedy ten cel wreszcie został osiągnięty, pojawił się następny. Taki, który sprawił, że szał, dopiero co zamknięty z powrotem w podświadomości, zaczął grozić wykipieniem.

Zeler.

Gdzie on jest? Ile czasu trwał tak, porażony jego plugawą magią? Za ten afront, za czarodziejskie sztuczki, przyjdzie pewnie synowi kurwy zapłacić życiem. Chwycił topór u pasa. Dość powstrzymywania się, dość litości i szacunku dla życia, tfu, ludzkiego ścierwa. Jeśli nie odda mu mapy, skończy go. Jagekhr wiedział, że nie zostawił go w dobrym stanie, czuł jeszcze w pięściach rezydualne wspomnienia ciosów, łamiących człowieczka. Nie mógł uciec daleko.

Gniew pomógł mu pokonać ból, pomógł mu przyspieszyć tempa, kiedy wynurzył się ze strefy nieoświetlonej pochodnią, ze zwichrzoną brodą i nadpaloną skórą na głowie, z której gdzieniegdzie uciekały jeszcze drobne strużki dymu. Wynurzył się jednak z celem i mordem w oczach, i niczego poza nim nie widział. Ledwie zwrócił uwagę na Varame, słabą ludzką kobietę, potwierdzającą jeszcze swą słabość tym, że klęczała przy kałuży śmierdzących wymiocin - widoku krwi chyba nie mogła znieść, tfu.

Szedł tam, gdzie spodziewał się Zelera - w stronę wyjścia do jaskini. Zaraz go dorwie i dostanie mapę, albo skończy się życie tego plugawego magika. Nie wiedział zresztą, czy nie skończy go i tak - naprawdę, naprawdę chciał kogoś teraz zabić.

Awatar użytkownika
Posty: 58
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

02 lut 2016, 15:21

Yl zatrzymał wóz i rozejrzał się nerwowo.

To mają niby być krasnoludzkie tunele? Ten kawał drewna przetoczył się przez niezmierzone kilometry górskich jaskiń w drodze do Minaloit, przedarł się przez skalne klify i zapadliny, wjechał do obsranego miasteczka, a później jeszcze z niego wyjechał i dotarł aż do Derinu. Tymczasem jaskinia do której trafił z każdym momentem udowadniała, że jest w tak marnym stanie, że nawet jego wóz miał tego dość. Brodacz pokręcił głową. Trafił na kolejne rozwidlenie i nic nie wskazywało gdzie ma jechać.

- Kurwy i oszuści - stęknął głośno, a jego głos poniósł się echem po jaskini. Z tego wszystkiego aż opluł sobie brodę. Otarł ją niedbale. - Jak to są krasnoludzkie ruiny, to ja jestem lepszym kowalem niż sam Mealen. Gówno warta cała ta podróż.

Nawet nie miał pojęcia, że właśnie dogoniła go Wierzba, która popędziła za rudobrodym dalej w jaskinię. Już nie mówiąc nawet o Nifrei, która po prostu lazła w pobliżu, niczym ćma przy świecy. Yl nie rozumiał jaką wartość ta kobieta sobą przedstawiała i jaki był sens zabierania jej w te podróż.

- Gówno warta... - wysapał ponownie, zeskakując z wozu. Wtedy dopiero zauważył Wierzbę. Odchrząknął, mlasnął, powiedział coś niewyraźnie i zamilkł, wywołując tym samym niezręczną ciszę. Krasnolud stanął obok wozu i z mozołem zabrał się za próbę odwrócenia go w drugą stronę. Jeśli będzie taka potrzeba, to mógł zawsze na chwilę puścić swoje zwierzę samopas i odwrócić go z pomocą własnej siły. Wiedział, że był w stanie to zrobić, jeśli włoży w to dostatecznie dużo wysiłku. Chociaż tunel raczej był na tyle szeroki, aby nawrócić wóz bez tego typu wygibasów.

Te stare, rozpyrzone jaskinie nie mogły być krasnoludzkimi ruinami. Nie wierzył już w żadną mapę, ani nic takiego. Miał zamiar wynosić się jak najdalej z tego miejsca i więcej nie wracać. Pozostali niech się bawią, jak na bandę półgłówków przystało. Pewnie dalej tam stoją przy wejściu i pokrzykują na siebie wzajemnie.

Yl nawet nie podejrzewał jak szybko doszło do eskalacji sytuacji, która miała miejsce za jego plecami. Któż o zdrowych zmysłach podejrzewałby, że niemal wszyscy niedoszli drużynnicy walają się teraz po ziemi, leżąc w plamach krwi, rzygowin, oparzeni, czy ledwo żywi.

Awatar użytkownika
Posty: 65
Rejestracja: 06 lut 2015, 23:14
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3528#53858

03 lut 2016, 02:27

Wierzba przemierzała ciemny korytarz jaskini przez brak światła powoli i ostrożnie, rozmyślając przy tym o tej całej wyprawie i jej dalszych losach. Kobieta dobrze wiedziała, że dla niektórych przygoda z pewnością się już skończyła, ale czy musiała się kończyć dla niej? Wierzba bardzo chciała sprawdzić, czy te korytarze rzeczywiście są puste, jednak nie będzie się przecież porywać na to sama i bez światła. To by było po prostu głupie.

Powoli zaczęła słyszeć trzeszczenie wozu krasnoluda i dźwięki zwierzęcia, oraz butów Nifrei. Przyspieszyła więc kroku, ściskając w prawej ręce łuk.

Do swoich kompanów dołączyła akurat na czas, aby usłyszeć wyrwane z kontekstu słowa Yla. W tym momencie uświadomiła sobie, że głupio zrobiła przychodząc do krasnoluda po pomoc. W życiu przecież nie pomógłby ani Drytrakowi, ani Trefnisiowi, ani tym bardziej Zelerowi. Z pewnością miał ich wszystkich za głupców.

– Bo wszyscy oszaleli i spadł kamień …..- Kobieta nagle zamilkła wpatrując się w ciemną przestrzeń. Gdzieś tam, znowu, rozległ się ten sam dźwięk. – Słyszycie? – Szepnęła odszukując wzrokiem krasnoluda i dostrzegając, że ten szykuje się do powrotu. Jej usta zamieniły się w cienką linię. Szkoda jej było, że to właśnie on ściąga ją na ziemię pokazując, jak bezsensowna jest ta ciągnąca się nigdzie wyprawa. A jednak sprawdzenie źródła dźwięku nagle wydało jej się tak bardzo kuszące.

- Nie chcecie tego sprawdzić?

Zapytała się, znając już odpowiedź. Pewnie, że nie będą chcieli. Jeżeli Yl wyniesie się z jaskini nikt nie będzie chciał w niej zostać. Wierzba westchnęła, ruszając powoli w stronę hałasu. Miała jeszcze trochę czasu zanim krasnolud obróci swój wóz, więc postanowiła go wykorzystać, nie odchodząc przy tym zbyt daleko od wozu.

Awatar użytkownika
Posty: 58
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

03 lut 2016, 22:03

Wszyscy oszaleli i spadł kamień. Krasnolud nie do końca zrozumiał o co Wierzbie chodzi. Coś widocznie tam spadło, co tylko udowadniało jego teorię o tym jak bardzo gównianym miejscem była ta jaskinia. Uznał, że po prostu spanikowała i pobiegła po pomoc, pewnie nie stało się znowuż nic poważnego. No, chyba że ten kamień spadł komuś na głowę. Ale wtedy nie było już raczej co pomagać. Tak czy siak brodacz uznał, że niedługo sam się przekona o czym też mówi.

- Niedźwiedź czy inny podobny zwierz - skwitował jej pytanie. Te ryki były niepokojące, owszem, ale nie na tyle, żeby wzbudzić jakieś większe zainteresowanie Yla. Coś zamieszkiwało sobie tę jaskinię, ot, jakaś "bestia". Nie była to w gruncie rzeczy jego sprawa, a poszukiwania jej raczej nie przyniosłyby mu żadnych wymiernych korzyści.

Inne zdanie w tej kwestii najwidoczniej miała Wierzba. Minęła go i zaczęła iść w stronę... czegoś. Yl sapnął wyrażając w ten sposób swoje niezadowolenie. Dziewczyna była ciekawska, zbyt ciekawska. I wyglądało na to że naiwna, jeśli wierzyła że to co robi może przynieść jej jakąkolwiek korzyść materialną albo intelektualną.

Niemniej, Ylowi było jej zwyczajnie żal. Młódka najwidoczniej naprawdę liczyła na jakąś wielką "przygodę". Paradoksalnie zdawała się też najbardziej poukładaną i myślącą osobą w tej ciżbie. Nie chciał żeby przez jej własną głupotę stała jej się jakaś krzywda, dużo jeszcze miała w życiu przed sobą. Może nie tyle co on, ale nawet sporo.

Krasnolud podreptał za nią, w gotowości trzymając swoją wierną kuszę.

- Czego chcesz szukać? Ot, jakiś zwierzak tutaj żyje. Czy to ważne? - mamrotał podążając za Wierzbą i rozglądając się na ile mógł. Cały czas miał w pamięci, że na wozie są świece - jeśli tylko okazałyby mu się potrzebne.

Awatar użytkownika
Posty: 87
Rejestracja: 18 wrz 2014, 12:42
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3061

03 lut 2016, 23:50

Nif ze stoickim spokojem obserwowała cały przebieg wydarzeń, dopóki jaskinia nagle nie zaczęła dawać o sobie znać.

- Cholera... - odrzekła cicho, ponownie żałując, że udała się na tę wyprawę. Nie była zawziętą poszukiwaczką przygód, po poprzednim doświadczeniu chciała po prostu spróbować czegoś takiego drugi raz, ale jakby wiedziała, że tak to miało wyglądać, w życiu by się na to nie zdecydowała. Być może gdyby był z nimi Sadrigal, osoba, która rzeczywiście potrafiła poprowadzić wyprawę ku jej końcowi, rzeczywiście coś by z niej wyszło. A tak? Ciągłe ostre wymiany słów i obijanie mord. Zero zgrania, zaangażowania, wzajemnej motywacji. Nawet brak sprecyzowania celu. Zdecydowanie nie powinno to tak wyglądać. No i był jeszcze Drytrak, w jej oczach permanentny sprawca tego całego zła. Dziewczyna westchnęła, nie chcąc o tym wszystkim już myśleć. Uznała, że najlepiej będzie, jeśli opuści całą grupę tych “poszukiwaczy przygód”. O ile w ogóle można było ich tak nazwać, bo do przygody to była chyba jeszcze daleka droga. Nifrea zrobiła parę kroków w kierunku Varame, bo głównie w niej widziała jakiekolwiek oparcie czy możliwość zwierzenia się.

- Z tego co widzę to nic tu po mnie. - odrzekła stanowczo, widocznie zdecydowana na swój krok. Szybko przemierzyła wzrokiem resztę niedoszłej drużyny. - Powodzenia, może ty dasz radę jakoś pokierować tą wyprawą... - dodała ciszej, opuszczając dość ponuro jej towarzystwo. Z resztą nie miała ani ochoty, ani chęci zamieniać słowa - i tak wiedziała jakie będzie ich stanowisko wobec niej i jej decyzji. Nie była jeszcze pewna gdzie zamierzała iść, ale na pewno nie zamierzała tu zostawać. Poprawiła płaszcz, a następnie jak najdyskretniej zaczęła schodzić z gór w stronę traktu, a im bliżej niego była, tym szybciej kamień spadał jej z serca.

z/t
Awatar użytkownika
Posty: 153
Rejestracja: 29 gru 2012, 00:05
GG: 45832037
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39092#39092

04 lut 2016, 14:15

Chaos, który rozpętał się w tym miejscu był porównywalny tylko z tym, co wydarzyło się w Minaloit. Krew, rzygowiny, poparzenia i spadający sufit. Robiło mu się duszno, gorąco i niedobrze. Ta wyprawa ze zgrają nieznajomych była pieprzoną pomyłką i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, właśnie w tym momencie... Tylko dlaczego ściany wciąż się do niego zbliżały?

Odsuń się. Potrzebuję powietrza. — rzucił do Varame, która właśnie się przy nim znalazła. Dyszał ciężko, starając się złapać każdą drobinkę powietrza, którego było coraz mniej. A przynajmniej tak mu się zdawało. Co strzeliło mu do głowy, by z własnej woli wejść do tej przeklętej dziury? Właśnie w takich miejscach ludzie umierają, a Zeler wcale nie chciał jeszcze umierać.

Powstrzymując odruchy wymiotne, podniósł się na nogi.

Trzeba mnie opatrzyć... I zając się tym pieprzonym, krasnoludzkim furiatem, jeśli nie jest już w stanie chodzić. — rzucił, pokazując poparzone dłonie i pokrótce dodając wzmiankę o wściekłym rudzielcu.

Awatar użytkownika
Posty: 62
Rejestracja: 23 sty 2015, 14:23
Lokalizacja postaci: Podnóża gór
Discord: Augustus IV "Poeticus"
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3415

Can't Get Enough

04 lut 2016, 14:51

Pustka. Trefniś nie czuł… nic. Spał. Widział obrazy, które mu się przesuwały przed oczami duszy. Wszystko miało smutny wydźwięk. Ciągle goniły za nim chmury czarnej depresji. A pustka… pustka była wszechogarniająca. Lutnio! Gdzieżeś się podziała, lutnio? Czemu akurat ty, spośród wszystkiego, co mogłem stracić?!

- Lutnio! - krzyknął Trefniś, zrywając się w jednej chwili. Rozejrzał się. Co się działo? Czy coś przegapił? Ah, tamto… udało mu się. Udało mu się! UDAŁO MU SIĘ! Juhu! Ale… lutnia? Lutnia! Niech oddadzą mu jego lutnię! Jedyną towarzyszkę, jaka go nie zdradziła. Jedyne, co cenił tak bardzo. Ta… ta obrzydliwa wieśniaczka strąciła jego ukochaną do przepaści. I teraz… przepadła! Przepadła na zawsze. Nie! Trefniś nie mógł się z tym pogodzić. Nie!

- Beltramundzie?! - wykrzyknął, kiedy zobaczył, że brakuje jednej postaci. - Beltramundzie! Gdzie jesteś, przyjacielu najdroższy? Czy ty też mnie opuścisz? I ty, Beltramundzie, przeciwko mnie?! I ty, bracie, wbijasz mi nóż w plecy?! Czemu mi to robisz, przyjacielu?! Gdzie się podziewasz?! Wyjdź, żebym mógł cię uściskać! Przybądź! - krzyczał bez przerwy Trefniś, zrywając się i biegnąc ku wyjściu z tunelu.

- Beltramundzieeeeeeee! - krzyknął, padając na kolana. Chwilę został w takiej pozycji, po czym podniósł się i zobaczył Yla. I on? Gdzie był przez cały czas? Jego najlepszy przyjaciel?! Ten, z którym dzielił wóz przez tyle czasu? Czy… oh, czy on też był zdrajcą? Nie! Niemożliwe! Niemożliwe? Niemożliwe!

I on? Czy on też, Trefnisiu?
Wszyscy.

- Ylu?! Proszę, pomóż! Pomóż, przyjacielu! Oni oszaleli! A ona… ona jest stracona! To koniec! Stracona! Przepadła, rozumiesz?! Na zawsze! STRACONA, YLU! - mówił do niego, głośno wykrzykując ostatnie słowa. Nie zwrócił uwagę na to, że Yl nie wie o incydencie z lutnią. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że ktoś może to uznawać za nieważne albo też o tym nie wiedzieć. Jak oni mogli? To była jego lutnia!

Oh, co on miał zrobić? Gdzie miał się podziać? Nie wiedział niczego o sobie, nie pamiętał niczego. I ten głos! Ten głos! Niech on przestanie!

Czeluść.
Awatar użytkownika
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

07 lut 2016, 13:50

Plany chłopki, jakżeby inaczej, udały się tylko częściowo. Dziwne zawirowania czasu tylko utwierdziły ja w przekonaniu, że błazen to wysłannik Eeskara, wspierany mroczną i potężną magią swojego władcy. W gruncie rzeczy była więc wdzięczna Wierzbie, że ta udaremniła jej lekkomyślny zamiar zaatakowania Trefnisia. W końcu - mógł zrzucić kolejne stalaktyty z sufitu, tym razem na nią.

Milcząc, wzięła pochodnię od Wierzby, chcąc skierować się za nią wgłąb tunelu. Widząc jednak, że krasnolud nie odpuszcza ich jakże charyzmatycznemu liderowi, zatrzymała się, czekając na rozwój wydarzeń i oświetlając całą scenkę. Może wreszcie tak skrzętnie ukrywana przed współtowarzyszami mapa dostanie się w ręce osoby, która będzie w stanie coś z jej zawartości wywnioskować? A może "mapa" to tylko pomazany inkaustem kawałek pergaminu? Niewątpliwie wiedza ta była warta krótkiej chwili oczekiwania.
Awatar użytkownika
Posty: 522
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

06 mar 2016, 21:14

MG

Hałasy z wnętrza tuneli zaciekawiły bardzo Wierzbę, która koniecznie chciała sprawdzić co za zwierzę wydaje takie dziwne odgłosy i to już nie pierwszy raz. Yl nie podzielał jej entuzjazmu, ale nie zostawił kobiety samej i podreptał za nią kilka kroków w głąb jaskini, mając swoją kuszę w pogotowiu, gdyby coś na nich nagle wyskoczyło. Widział co prawda dużo lepiej niż reszta, ale i tak nie mógł być pewien, że czegoś nie ma przed nimi. Chwilę czasu szli, aż napotkali kolejne rozwidlenie. Cokolwiek mieszkało w tych tunelach nie miało ochoty na ujawnienie się. Kobieta nie była też pewna, z którego korytarza dochodził dźwięk. Mrok wokół nich był gęsty i cisza wypełniająca jaskinię była przytłaczająca, łuczniczka mogła słyszeć swoje przyśpieszone bicie serca. Była pewna, że coś odkryje ciekawego, gdy nagle coś zachrobotało tuż pod jej nogami i Wierzba niemal podskoczyła. Napięcie uszło z niej całkowicie, gdy zobaczyła, że patrzy na nią mała jaszczurka, która szybko uciekła. Ta mała gadzina jednak nie mogła wydawać tych dźwięków, które wszyscy słyszeli. Kobieta miała jednak ciągle wrażenie, że coś na nich patrzy. Mimo wszystko, stracili już dużo czasu na szukanie czegoś co mogło równie dobrze okazać się nieszkodliwą myszą i oboje postanowili wrócić do reszty. Krasnoludowi udało się obrócić wóz i w krótkim czasie już byli z powrotem.

W międzyczasie drużyna próbowała pozbierać się do kupy. Nifrea już wcześniej opuściła Yla i postanowiła jak najszybciej wydostać się z tej jaskini. Minęła pobojowisko, zaszczycając słowem jedynie Varame i ruszyła do wyjścia. Nic i nikt jej w tym nie przeszkadzał. Na początku tunelu zobaczyła leżącego Drytraka w kałuży krwi, który nie poruszał się, dziewczyna mogła zaryzykować nawet stwierdzenie, że mężczyzna nie żyje. Jego los był jej zupełnie obojętny i już po chwili była na świeżym powietrzu. Zmęczona zaczęła powoli iść w kierunku traktu.

Zeler próbował przekonać Varame, żeby mu pomogła, ale kobieta była chyba bardziej zainteresowana mapą kiepskiego dowódcy wyprawy niż jego ranami, jednak na razie nie podejmowała żadnych wrogich działań w jego kierunku. Jagekhr powoli dochodził do siebie, chociaż ciągle był nieco oszołomiony. Mimo tego, jego wściekłość nie zgasła ani trochę i Zeler mógł mieć duży problem jeśli zostanie zauważony przez krasnoluda. Nagle obudził się również Trefniś, który utwierdzał wszystkich w swoim szaleństwie i zaczął wykrzykiwać dziwne słowa. Wszyscy zdołali jednak zrozumieć to, że błazen rozpacza nad stratą swojej ukochanej lutni, której pozbyła się Grynfa w przypływie wściekłości. Sama chłopka podniosła pochodnię i starała się oświetlić wszystkich, nie wiedząc za bardzo co ze sobą zrobić. Zachowanie Trefnisia i jego słowa na chwilę przykuły uwagę wszystkich. Śmieszny człowieczek grał dalej w swoim przedstawieniu, które pozostali oglądali niczym zaczarowani. Błazen chciał pobiec za dzielnym rycerzem, ale po kilku krokach upadł na kolana, rozpaczając ciągle. Wtedy też wrócił Yl razem z Wierzbą, zastając drużynę w opłakanym stanie. Teraz byli już niemal w komplecie, wyłączając Drytraka i Nifreę. W drodze powrotnej łuczniczka ponownie odniosła wrażenie, że coś ich śledzi, jednak niczego nie była w staie dostrzec w ciemności za nimi. Mrok i krótka cisza jaka zapadła po tym, gdy pojawił się Yl z Wierzbą wydała się złowroga, każdy mógł odczuć coś na kształt zagrożenia i strachu, nawet Trefniś się uspokoił. Jak na komendę wszyscy obrócili się w kierunku, z którego przyszedł krasnolud z kobietą i wtedy dostrzegli wpatrujące się w nich lekko jarzące się ślepia, które szybko zbliżały się do nich.

Jaskinię wypełnił złowrogi warkot, dźwięk tak dziwnie podobny do tych, które słyszeli już wcześniej. Grynfa drżącą ręką uniosła pochodnię wysoko i drużyna ujrzała potężnego jaszczura. W każdym sercu, nawet bardzo odważnych wojowników zagościłby strach na widok tego potwora. Miał on trzy pary łap, zakończonych ostrymi pazurami. Ich przednia para różniła się nieco wyglądem, a rozłożenie kończyn wskazywało na to, że gad jest w stanie unieść nieco swoje cielsko na czterech tylnich kończynach. Długość jego ciała na oko wynosiła około dziewięciu stóp, nie licząc ogona, który mierzył sobie kolejne sześć stóp. Potężne ciało pokryte było ciemnoszarymi łuskami i stanowiło zapewne doskonały pancerz dla stwora. W najwyższym miejscu mierzył około cztery stopy. Od karku cały grzbiet, aż do czubka ogona pokryty był przez kolce, który stanowił doskonałą broń, ale na pewno nie najbardziej zabójczą w repertuarze tego gada. Szczęki wypełnione były zabójczymi zębami, a na głowie jaszczur posiadał dwa rogi zwrócone ku przodowi, które nadawały mu wygląd demona z Czeluści. Najbardziej jednak charakterystyczną i przyciągającą wzrok cechą tego stwora były osadzone z przodu oczy pozbawione źrenic, lśniące słabym, żółtym światłem. Ktoś wystarczająco odważny mógłby spojrzeć w nie z powodzeniem. Jaszczur ze swym krępym ciałem mógł się wydawać powolny i niezdarny, ale było to tylko złudzenie, miał wyraźnie zarysowane potężne mięśnie nóg. Bestia wysunęła gadzi język z paszczy jakby badając smak powietrza i strachu podróżników i następnie rzuciła się błyskawicznie w kierunku źródła światła, którą była chłopka trzymająca pochodnię i stojąca jakieś pięć metrów od stwora.

Rycerz leżał w swojej krwi nie będąc zupełnie świadomym otaczającego go świata. W pewnym momencie wydało mu się, że ktoś obok niego przechodzi, ale równie dobrze mogły to być tylko majaczenia jego chorego umysłu. Drytrak skonał, a śmierć była jego wybawieniem. Okres nieświadomości nie trwał zbyt długo, a gdy nikt nie zdjął hełmu z głowy zabitego wojownika, magia zaczęła działać i dosłownie wskrzesiła ciało należące niegdyś do Askariusa. Myśli Drytraka były chaotyczne. Czy nadal był jeszcze Drytrakiem, strasznym wojownikiem pewnego zapomnianego plemienia? Czy może jednak był Askariusem? W jego umyśle pojawiły się obrazy, które rycerz próbował wyprzeć, ale bezskutecznie. Zabijał teraz z zimną krwią bezbronnych ludzi, nawet dzieci, a kobiety gwałcił. Szkarłatna zasłona zasłaniała jego umysł, czuł tylko wściekłość. Drytrak walczył z tym, ale to wszystko było na nic. Przecież nie był teraz Drytrakiem tylko Askariusem uciekającym przez pustynię. W jego polu widzenia pojawił się Sadrigal i wbił rycerzowi miecz w serca. Chwilę później szlachcic trzymający miecz zmienił się w Askariusa. Wspomnienia mieszały się ze sobą, a umysł Drytraka pogrążony był w głębokim chaosie. Nagle jednoręki rycerz obudził się z potwornym krzykiem w jaskini. Kilka chwil zajęło mu zorientowanie się, że leży na zimnej ziemi. Jego ubranie było całe we krwi, ale zobaczył, że kikut jego ręki był częściowo już zaleczony. Ciągle jeszcze słaby i oszołomiony wstał i powlókł się w stronę wyjścia i dalej w kierunku traktu.

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 16 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 14 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Kerreos
Liczba postów: 52244
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.