Podnóża gór

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.
Awatar użytkownika
Posty: 34
Rejestracja: 04 sie 2013, 11:30
GG: 24426650
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2726

Podnóża gór

23 sie 2013, 12:30

Obrazek
Lokację miejsca można wyznaczyć, wytyczając linie wiodące dokładnie na północ od Ainuri oraz na zachód od Lasves i szukając na ich przecięciu. Południowowschodnią część terenu stanowi niezbyt zróżnicowana, zielona łąka, niemal pozbawiona kwiatów. Naprzeciw niej znajduje się podnóżek góry, na którym flora zdaje się już przegrywać walkę z trudnymi warunkami klimatycznymi – ziemię znaczą spore plamy zbrązowiałej, uschniętej roślinności, pojedyncze, powyginane od wiatru drzewa stoją niemal nagie; nawet iglaki mają przerzedzoną koronę. Wzdłuż jednego z podejść, z zachowaniem równych odstępów, znajduje się pas powbijanych w ziemię niewysokich palików, zaś w pewnej odległości stoi równolegle ułożony kamienny murek, sięgający mniej więcej do pasa dorosłemu człowiekowi. Biorąc pod uwagę fakt, iż znajduje się (dosłownie) w rozsypce, jak i brak innych elementów architektonicznych, można z czystym sumieniem założyć, iż jakikolwiek był zamysł twórcy, został dawno już porzucony. Pomiędzy świeżą a usychającą częścią podnóża przepływa niezbyt szeroki, skalisty potok, w najgłębszym miejscu nie sięgający nawet do kolan.

Spokój dnia przerywał jedynie niejednostajny, cichy szum i gwizd wiatru ślizgającego się o skały i szarpiącego i tak już mizernymi koronami drzew. Krótka trawa falowała łagodnie, kołysana przez wiatr tak delikatnie, jak mamka buja kolebkę dziecka. Pojedyncza koza przeżuwała to co aktualnie miała w gębie, a idealna jednostajność tej czynności zawstydziłaby najbardziej precyzyjne czasomierze. Znudzonym wzrokiem wpatrywała się przed siebie, od czasu do czasu obracając głowę i trzęsąc swoją śmieszną, czarną bródką.
Około półtora metra nad potokiem pojawiła się niemal niedostrzegalna plamka fioletowego czegoś. W ułamku sekundy rozciągnęła się w postaci pionowego pierścienia, którego dolna część muskała już płynącą pod nim wodę. Z pierścienia wydobyły się wrzaski, a w mniej niż sekundę potem wyleciał przezeń, niczym wystrzelony z procy, ogromny kotołak. Wyraźnie zdezorientowany, mimo wszystko nadal zachował refleks i wylądował na wszystkich czterech kończynach, nie tłukąc się prawie wcale. Lewitujący nad nim pierścień wypluł z siebie jeszcze silny podmuch gorącego powietrza, któremu towarzyszył głośny huk, i tak nagle jak się pojawił, zniknął, nie pozostawiając po sobie nic.
Singi wstał szybko i rozejrzał się wokół siebie. Naprężył mięśnie, obnażył pazury i zacisnął szczęki, gotów do desperackiej walki. Miotał się wokół, jak gdyby chmary niewidzianych dla innych ludzi napastników właśnie próbowały na niego zaszarżować. Ale wokół nie było nikogo… za wyjątkiem tylko jednej, leżącej na ziemi, kompletnie zesztywniałej kozy.
Singi oddychał szybko, mimowolnie powoli rozluźniając mięśnie. Z trudem pozbywał się resztek ostrożności, ale to był fakt – wokół nie było nikogo. Od zamknięcia portalu minęło już przynajmniej kilkadziesiąt sekund, a jedynym co słyszał był odgłos wiatru i jego własne sapanie. Nadal nie do końca mogąc w to uwierzyć, wyszedł ze strumienia i stanął na łączce. Czując jej dotyk na stopach, poczuł przyjemny dreszcz – tak miło było zaznać wreszcie czegoś odmiennego od skał…
– Wolny… – szepnął, jakby z zaskoczeniem.
Jeszcze raz rozejrzał się wokół. Dzień powoli miał się ku końcowi, choć trudno było to określić z powodu gęstej mgły, spływającej po zboczu górskim i prawdopodobnie zachmurzonego nieba (nie mógł nigdzie dojrzeć tarczy słonecznej). Mimo tej szarości, wszystko wokół wydawało się tak kolorowe, jasne i przyjazne.
– Wolny! – krzyknął, niemal trzęsąc się z szoku, po czym ryknął przeciągle, odrzucając głowę w tył i rozkładając szeroko ramiona – WOLNYYYY!
Padł na kolana i zanurzył dłonie w trawie. Była zimna i wilgotna od osiadającej mgły, ale świeża i pachnąca. ŻYWA. Obrócił się i położył plecami na ziemi, wdychając jej woń i patrząc w niebo. Na jego twarzy wciąż gościł szeroki, szczęśliwy uśmiech. Leżąca nieopodal koza odzyskała władze w kończynach i potykając się, czmychnęła czym prędzej z dala od dziwnego zjawiska i olbrzyma, który z pewnością był mięsożercą. Singi odwrócił głowę i spojrzał w jej kierunku, sam nie bardzo wiedząc, co go w niej bawi. Przez moment przemknęło mu przez myśl, że rozsądniej było szybko dobić zwierzę, póki było sparaliżowane, ale doszedł do wniosku, że i tak nie byłby w stanie wzniecić ognia. Czuł chłodne powietrze, muskające jego ciało, ale nawet to teraz mu się podobało – powietrze miało w sobie konkretny, świeży zapach, zupełnie odmienny od tego, z którym miał do czynienia dotychczas. Przeleżał jeszcze parę minut, pozwalając, by ogarnęło go błogie poczucie wolności i niezależności, rozkoszując się otwartą przestrzenią.
Kiedy dreszcze zaczęły już powoli mu dokuczać, wstał i otrząsnął się mocno, rozgrzewając nieco. Dopiero teraz uświadomił sobie, że nie ma na plecach swojej torby. Dostrzegł ją na krawędzi strumienia. Idąc w jej kierunku, przyklęknął na moment nad taflą wody i napił się jej nieco. Miała delikatny, orzeźwiający smak. Wyciągnął ze swojej torby manierkę, opróżnił ją i dokładnie wypłukał, po czym napełnił tą wodą. Po chwili namysłu wysypał na ziemię całą zawartość torby – związane sznurkiem suchary i kilka pasów mięsa owiniętego w białą (kiedyś…) szmatkę oraz złożoną w kostkę płachtę jasnobrązowego materiału przewiązanego sznurem. Po chwili namysłu zdecydował, iż w obecnej sytuacji przyda mu się naprawdę porządny posiłek. Błyskawicznie wchłonął sześć sucharów i dwa pasy mięsa, jednocześnie coraz bardziej tracąc dobry humor na myśl o tym, skąd ów pokarm ma. To co mu zostało wrzucił z powrotem do torby, uprzednio opróżniając ją z okruszków. Przy rozsądnym racjonowaniu zapasów – tak, aby nie głodować – miał trzy dni na znalezienie jakiegoś miasta i zdobycie kolejnego prowiantu.
Wstał i rozłożył płachtę materiału, która okazała się całkiem zgrabnie skrojonym habitem. Założył go wraz z kapturem i przewiązawszy się sznurem w pasie, narzucił na plecy torbę. Rozejrzał się jeszcze za jakimś w miarę grubym patykiem, którego mógłby użyć do podpórki przy chodzeniu. Metrowej długości, nieco powykrzywiany kijek wydał mu się odpowiedni.
Teraz pozostawała kwestia zdecydowania. Przyjrzał się uważnie znajdującym się przed sobą górom. Księgi, które miał okazję przeczytać, niezbyt wiele traktowały o geografii Autonomii. Niejednokrotnie jednak słyszał nazwę miasta "Lasves", mógł zatem sądzić, iż znajduje się gdzieś w jego bliższej lub dalszej okolicy. To zaś sugerowało, iż patrzy na Wichrowe Szczyty, zakładając, że portal zawsze wyrzucał użytkowników w tym samym miejscu. Nie do końca przekonany, czy właściwie ocenia kierunek, odwrócił się plecami do gór i ruszył przed siebie, starając się skierować na południe. Przy odrobinie szczęścia, powinien wkrótce trafić na jakiś trakt lub miasto.

z/t
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 62
Rejestracja: 06 lut 2015, 23:14
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3528#53858

05 cze 2016, 23:51

Wierzba kucnęła przy Trefnisiu i opierając ręce na jego barkach potrząsnęła nim mocno. Nie chciała zostawiać go w tej jaskini. Jakby nie patrzeć uratował im wszystkim życia, a ona nie była osobą porzucającą towarzyszy, którym tyle zawdzięczała.
O podniesieniu mężczyzny jednak nie było mowy. Przez chwilę kobieta liczyła na innych uczestników wyprawy, jednak ci, wliczając w to najwyraźniej ślepą chłopkę, powoli opuszczali jaskinię, zostawiając ją w delikatnym blasku dogasającej pochodni. Kobieta przez chwilę patrzyła się w nieruchome oblicze błazna, po czym wstała i ściskając w dłoni miecz Zelera, podeszła do trupa, odpięła pas z pochwą i wsunęła w nią ostrze.
Stanęła przed trudną decyzją, jednak takie było życie. Zasmakowała go już w przeszłości i choć wciąż decyzje takie jak ta ciążyły jej na umyśle, nauczyła się z nimi żyć.
Ostatni raz spojrzała się na tego w sumie nie darzonego przez nią sympatią człowieczka, na ogołoconego potwora i zakrwawionego nieboszczyka. Cały ten groteskowy obraz był wspaniałym podsumowaniem tej wyprawy.
Kobieta ruszyła szybko za grupą, doganiając Varame i Grynfę, pomagając tej drugiej na tyle, ile mogła, aby się nie wywróciła. Postanowiła sobie, że wróci do jaskini jak najszybciej, aby wyciągnąć z niej mężczyznę. Być może koń Varame będzie w tym pomocny. Odnalezienie go stało się jej kolejnym celem.
Awatar użytkownika
Posty: 521
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

04 lip 2016, 13:28

MG

Drużyna, a właściwie jej resztki zaczęły się zbierać do wyjścia z przeklętej jaskini. Varame próbowała jeszcze pomóc się pozbierać Grynfie i udało jej się to, chociaż przypłaciła to sporym wysiłkiem. Powrót do wyjścia z pewnością zajmie im więcej czasu niż dotarcie tutaj, gdy byli w pełni sił. Czarodziejka zapaliła pochodnię i podeszła wolnym krokiem do błazna, który siedział nieruchomo od dłuższej chwili. Zapewne wysiłek magiczny, którego się podjął w akcie desperacji okazał się zbyt wielki dla jego chorego umysłu i ciała. Varame ostatkiem sił uderzyła dłonią Trefnisia, ale szybko go złapała i delikatnie ułożyła na ziemii. Gdy jej sumienie już było spokojne to stwierdziła, że najwyższy czas się zebrać i nie czekając na nikogo, ruszyła w kierunku wyjścia.

Tymczasem Grynfa zachęcona dziwnym impulsem w jej głowie, wstała i również próbowała się wydostać z tego tunelu. Pomogła jej w tym Wierzba, która jako jedyna zdawała się przejmować losem błazna. Łuczniczka podjęła jeszcze ostatnią próbę na wybudzenie go, ale gdy się to nie udało podeszła do chłopki i wsparła ją swoim ramieniem, obiecując sobie, że wróci tutaj po Trefnisia, gdy tylko będzie mogła. Sądząc po tym jakie niebezpieczne stworzenia żyją w tych jaskiniach błazna mogło już tutaj nie być, gdy Wierzba wróci. Varame nie mogła iść zbyt szybko, jej siły były mocno nadszarpnięte przez trudy podróży i używanie magii, toteż Grynfa i łuczniczka mogły bez problemu ją dogonić. Kobiety po żmudnej, ale bezproblemowej podróży wydostały się w końcu z jaskini. Został tam tylko Jagekhr, który jednak też szybko uwinął się z oprawianiem swojej zdobyczy i w ciemnościach samotnie wyszedł z tunelu.

*To już koniec przygody w jaskiniach. Wolni są wszyscy oprócz Trefnisia, którym zajmie się Infi, gdyby były potrzebne jeszcze jakieś informacje to można śmiało pisać na gg/pw.
Awatar użytkownika
Kontakt:
Posty: 3761
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

High and Low

18 paź 2016, 20:37

MG

– Po co nosisz ten głupi kostium człowieka? – zapytała zewsząd, patrząc na niego oczami, których koloru już od dawna nie potrafił zdefiniować.

– Zdejmij go.

Sama uchwyciła boki swojej głowy, wykonując ruch, jakby zdejmowała z siebie maskę teatralną. I rzeczywiście, zdjęła ją. Za nią nie było zupełnie nic. Zniknęła.

Chwyciła go za rękę, prowadząc w głąb tuneli. Nie widział jej, ale czuł tak, jakby była tuż obok. Ta, która wcześniej wydała mu się żeńską kopią samego siebie, ta, która przedstawiła się niedawno jako sama Czeluść, ta, którą wyśmiał za to wszystko. Przestała udawać. Miała mu coś do pokazania. Znalazł ją, udając się w siebie.

Przedstawienie toczyło się dalej, już bez publiczności, niczym próba generalna kolejnego aktu. Trefniś nie wiedział do końca, co się dzieje, ale chciał uczestniczyć w tym całym swym szalonym sercem. Wyrywające się z piersi, okaleczone utratą jego jedynej przyjaciółki, lutni, pałające miłością do całego świata i chęcią objęcia go oraz zrozumienia w całości. Czuł się zupełnie poczytalny, skoncentrowany, jasno odróżniając ułudę od rzeczywistości, przed którą go postawiono. Miał robotę do zrobienia i był pewien, że to najlepsze, w czym uczestniczył. Dzieło jego życia. Jeśli śnił na jawie, sen ten był wyjątkowo realny. Sama istota, pod której kuratelę się oddał, wydawała się wreszcie wiedzieć, do czego zmierza.

Zaprowadziła go przed ciało Zelera i skierowała go ku niemu. Kładąc ramiona na jego barkach dodała mu otuchy. Ledwo je widział, ale rozumiał, że znajduje się tuż przed nim. Nie musiał widzieć, by rozumieć. Jego wyobraźnia zastępowała mu zmysły, których nie mógł używać w całkowitej ciemności.

Dziwnie wygięte ciało. Wypruty brzuch. Krew, żółć i gówno. Aż nadto wyczuwalne w powietrzu nie zraziły tego, który się nad nimi pochylał. Wybałuszone, wpatrzone w powałę jaskini oczy. Zeler umarł w męczarniach, z niewyobrażalnym bólem. Jucha spłynęła obficie po jego podbródku, zapewne jeszcze wtedy, gdy szamotał się, miażdżony przez potwora. Pierwsza przeszkoda na jego nowej drodze z łatwością odebrała mu żywot.

– Może był smutny. Może szalony. Może miał dość swojego życia. Może prowadziły go demony. Może miał nadzieję. Uklęknij przy nim, Trefnisiu. Zapamiętaj.

Obok ciała leżała mokra mapa, całkowicie nieczytelna, pokryta posoką i innymi wyziewami umierającego przy niej ciała. Mimo tego przyciągała Trefnisia niczym symbol tego, w czym się znalazł. Wiedział, że to ona zaraz po tym, jak w nią wdepnął.

Gdybyś tylko wiedział. Przez chwilę byłam przy nim, ale tylko dla ciebie. Wiedziałam, że znowu mnie przyjmiesz. Teraz jestem z tobą i nigdy cię nie opuszczę. Nigdy nie byłam twoim wrogiem. Mój mały, biedny Trefnisiu! W tobie zbiegła się materia rządząca tym światem. Nie bój się. Pomogę ci. Spójrz mu w oczy. Chcę, żebyś go pochłonął.

Awatar użytkownika
Posty: 62
Rejestracja: 23 sty 2015, 14:23
Lokalizacja postaci: Podnóża gór
Discord: Augustus IV "Poeticus"
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3415

False Highs and True Lows

20 paź 2016, 17:43

Wiosną 415 roku Ery Feniksa, gdy przyszła po mnie Czeluść, nocą tamtego dnia, dopiero wtedy zacząłem podejrzewać, że nie istnieję.

Trefniś tańczył, niczym skamieniały stojąc w miejscu. Na jego delikatną twarz padał lodowaty wicher gorącego lata, niosąc ze sobą uschłe liście kwitnących drzew. Niektórzy chcieli być w środku, w centrum świata. Trefniś siedział na samym skraju wieczności - na skraju samego istnienia - samemu nie istniejąc, przyglądał się. Na jego oczach powstawało życie, umierając. Pojawił się cień, który Trefniś świetnie rozpoznał. Nieznajomy nie mógł przedostać się przez otwarte drzwi umysłu ponurego błazna. Nie mógł poradzić sobie z zamkiem, mimo wielomiesięcznego oblężenia.

Jego wnętrze pulsowało zewnętrzem nie mógł dosięgnąć samego siebie chciał płynąć statkiem wolności ku swojej ostatecznej niewoli po morzu bezkresnym niczym życie muchy a płynny sen polał się na niego wybudzając do końca


Rzeczywistość uderzyła błazna prosto w twarz. Otworzył oczy. Zobaczył ją. Zmieniła się. Przyszedł tu, żeby się jej pozbyć. Nie chciał jej. Ale przyjęła go ze spokojem. Czuł się inaczej. Czuł ją. Czuł siebie. Czuł ją w taki sposób, w jaki czuł siebie. Nie tylko jej obecność, ale… po prostu nią był, nie mając tym samym kontroli nad ciałem tej istoty.

Przed oczami błazna szalały rzeczywistości. Tracił właśnie ostatki zdrowego umysłu. Kiedy usłyszał pierwsze słowa Czeluści, radośnie, piruetem wyskoczył ze siebie, zostawiając tylko nagą duszę. Był czymś więcej. Nie potrzebował otoczenia. On przyglądał się.

Podążył wgłąb jaskini, wgłąb samego siebie za kobietą, która nie istniała, ale była tu z nim. Spojrzał na ciało przeszłego przywódcy, zanim to Trefniś objął prowadzenie. Chłonął dochodzące zewsząd słowa. W głębi jego umysłu urodził się ledwo wyczuwalny sprzeciw.

- A może był słaby - wtrącił się. - I tak na nic nie zasługiwał. Nie prowadził nas. Był nikim… - tutaj chciał skończyć wypowiedź, ale jego język nadal gnał - ...jak my wszyscy?

Słuchał się Czeluści. Uklęknął, niby żegnając nieudolnego przywódcę. Dokładnie zapisał sobie obraz jego duszy w pamięci.

Nagle zaczęła przemawiać do niego ona. Cały świat Trefnisia zachwiał się. Stracił czucie drugiej osoby. Znów był sobą. Odzyskał świadomość otoczenia, chociaż wzrok ciągle mu się rozmywał, a rzeczy przybierały dziwne, jaskrawe barwy. Podniósł i schował mapę.

I zaczął swój taniec, taniec śmierci. I tańczył tak, aż się narodził.[/p]

Uśmiechnął się i, słuchając rozkazów jedynego przyjaciela na tym szarym świecie bez znaczenia, przystąpił do konsumpcji.

Popatrz na niebo, jak tamte drzewa śpiewają.

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 6 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52121
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1038
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Filip Chujzer
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.