Podnóża gór

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.
Awatar użytkownika
Posty: 34
Rejestracja: 04 sie 2013, 11:30
GG: 24426650
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2726

Podnóża gór

23 sie 2013, 12:30

Obrazek
Lokację miejsca można wyznaczyć, wytyczając linie wiodące dokładnie na północ od Ainuri oraz na zachód od Lasves i szukając na ich przecięciu. Południowowschodnią część terenu stanowi niezbyt zróżnicowana, zielona łąka, niemal pozbawiona kwiatów. Naprzeciw niej znajduje się podnóżek góry, na którym flora zdaje się już przegrywać walkę z trudnymi warunkami klimatycznymi – ziemię znaczą spore plamy zbrązowiałej, uschniętej roślinności, pojedyncze, powyginane od wiatru drzewa stoją niemal nagie; nawet iglaki mają przerzedzoną koronę. Wzdłuż jednego z podejść, z zachowaniem równych odstępów, znajduje się pas powbijanych w ziemię niewysokich palików, zaś w pewnej odległości stoi równolegle ułożony kamienny murek, sięgający mniej więcej do pasa dorosłemu człowiekowi. Biorąc pod uwagę fakt, iż znajduje się (dosłownie) w rozsypce, jak i brak innych elementów architektonicznych, można z czystym sumieniem założyć, iż jakikolwiek był zamysł twórcy, został dawno już porzucony. Pomiędzy świeżą a usychającą częścią podnóża przepływa niezbyt szeroki, skalisty potok, w najgłębszym miejscu nie sięgający nawet do kolan.

Spokój dnia przerywał jedynie niejednostajny, cichy szum i gwizd wiatru ślizgającego się o skały i szarpiącego i tak już mizernymi koronami drzew. Krótka trawa falowała łagodnie, kołysana przez wiatr tak delikatnie, jak mamka buja kolebkę dziecka. Pojedyncza koza przeżuwała to co aktualnie miała w gębie, a idealna jednostajność tej czynności zawstydziłaby najbardziej precyzyjne czasomierze. Znudzonym wzrokiem wpatrywała się przed siebie, od czasu do czasu obracając głowę i trzęsąc swoją śmieszną, czarną bródką.
Około półtora metra nad potokiem pojawiła się niemal niedostrzegalna plamka fioletowego czegoś. W ułamku sekundy rozciągnęła się w postaci pionowego pierścienia, którego dolna część muskała już płynącą pod nim wodę. Z pierścienia wydobyły się wrzaski, a w mniej niż sekundę potem wyleciał przezeń, niczym wystrzelony z procy, ogromny kotołak. Wyraźnie zdezorientowany, mimo wszystko nadal zachował refleks i wylądował na wszystkich czterech kończynach, nie tłukąc się prawie wcale. Lewitujący nad nim pierścień wypluł z siebie jeszcze silny podmuch gorącego powietrza, któremu towarzyszył głośny huk, i tak nagle jak się pojawił, zniknął, nie pozostawiając po sobie nic.
Singi wstał szybko i rozejrzał się wokół siebie. Naprężył mięśnie, obnażył pazury i zacisnął szczęki, gotów do desperackiej walki. Miotał się wokół, jak gdyby chmary niewidzianych dla innych ludzi napastników właśnie próbowały na niego zaszarżować. Ale wokół nie było nikogo… za wyjątkiem tylko jednej, leżącej na ziemi, kompletnie zesztywniałej kozy.
Singi oddychał szybko, mimowolnie powoli rozluźniając mięśnie. Z trudem pozbywał się resztek ostrożności, ale to był fakt – wokół nie było nikogo. Od zamknięcia portalu minęło już przynajmniej kilkadziesiąt sekund, a jedynym co słyszał był odgłos wiatru i jego własne sapanie. Nadal nie do końca mogąc w to uwierzyć, wyszedł ze strumienia i stanął na łączce. Czując jej dotyk na stopach, poczuł przyjemny dreszcz – tak miło było zaznać wreszcie czegoś odmiennego od skał…
– Wolny… – szepnął, jakby z zaskoczeniem.
Jeszcze raz rozejrzał się wokół. Dzień powoli miał się ku końcowi, choć trudno było to określić z powodu gęstej mgły, spływającej po zboczu górskim i prawdopodobnie zachmurzonego nieba (nie mógł nigdzie dojrzeć tarczy słonecznej). Mimo tej szarości, wszystko wokół wydawało się tak kolorowe, jasne i przyjazne.
– Wolny! – krzyknął, niemal trzęsąc się z szoku, po czym ryknął przeciągle, odrzucając głowę w tył i rozkładając szeroko ramiona – WOLNYYYY!
Padł na kolana i zanurzył dłonie w trawie. Była zimna i wilgotna od osiadającej mgły, ale świeża i pachnąca. ŻYWA. Obrócił się i położył plecami na ziemi, wdychając jej woń i patrząc w niebo. Na jego twarzy wciąż gościł szeroki, szczęśliwy uśmiech. Leżąca nieopodal koza odzyskała władze w kończynach i potykając się, czmychnęła czym prędzej z dala od dziwnego zjawiska i olbrzyma, który z pewnością był mięsożercą. Singi odwrócił głowę i spojrzał w jej kierunku, sam nie bardzo wiedząc, co go w niej bawi. Przez moment przemknęło mu przez myśl, że rozsądniej było szybko dobić zwierzę, póki było sparaliżowane, ale doszedł do wniosku, że i tak nie byłby w stanie wzniecić ognia. Czuł chłodne powietrze, muskające jego ciało, ale nawet to teraz mu się podobało – powietrze miało w sobie konkretny, świeży zapach, zupełnie odmienny od tego, z którym miał do czynienia dotychczas. Przeleżał jeszcze parę minut, pozwalając, by ogarnęło go błogie poczucie wolności i niezależności, rozkoszując się otwartą przestrzenią.
Kiedy dreszcze zaczęły już powoli mu dokuczać, wstał i otrząsnął się mocno, rozgrzewając nieco. Dopiero teraz uświadomił sobie, że nie ma na plecach swojej torby. Dostrzegł ją na krawędzi strumienia. Idąc w jej kierunku, przyklęknął na moment nad taflą wody i napił się jej nieco. Miała delikatny, orzeźwiający smak. Wyciągnął ze swojej torby manierkę, opróżnił ją i dokładnie wypłukał, po czym napełnił tą wodą. Po chwili namysłu wysypał na ziemię całą zawartość torby – związane sznurkiem suchary i kilka pasów mięsa owiniętego w białą (kiedyś…) szmatkę oraz złożoną w kostkę płachtę jasnobrązowego materiału przewiązanego sznurem. Po chwili namysłu zdecydował, iż w obecnej sytuacji przyda mu się naprawdę porządny posiłek. Błyskawicznie wchłonął sześć sucharów i dwa pasy mięsa, jednocześnie coraz bardziej tracąc dobry humor na myśl o tym, skąd ów pokarm ma. To co mu zostało wrzucił z powrotem do torby, uprzednio opróżniając ją z okruszków. Przy rozsądnym racjonowaniu zapasów – tak, aby nie głodować – miał trzy dni na znalezienie jakiegoś miasta i zdobycie kolejnego prowiantu.
Wstał i rozłożył płachtę materiału, która okazała się całkiem zgrabnie skrojonym habitem. Założył go wraz z kapturem i przewiązawszy się sznurem w pasie, narzucił na plecy torbę. Rozejrzał się jeszcze za jakimś w miarę grubym patykiem, którego mógłby użyć do podpórki przy chodzeniu. Metrowej długości, nieco powykrzywiany kijek wydał mu się odpowiedni.
Teraz pozostawała kwestia zdecydowania. Przyjrzał się uważnie znajdującym się przed sobą górom. Księgi, które miał okazję przeczytać, niezbyt wiele traktowały o geografii Autonomii. Niejednokrotnie jednak słyszał nazwę miasta "Lasves", mógł zatem sądzić, iż znajduje się gdzieś w jego bliższej lub dalszej okolicy. To zaś sugerowało, iż patrzy na Wichrowe Szczyty, zakładając, że portal zawsze wyrzucał użytkowników w tym samym miejscu. Nie do końca przekonany, czy właściwie ocenia kierunek, odwrócił się plecami do gór i ruszył przed siebie, starając się skierować na południe. Przy odrobinie szczęścia, powinien wkrótce trafić na jakiś trakt lub miasto.

z/t
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 62
Rejestracja: 23 sty 2015, 14:23
Lokalizacja postaci: Podnóża gór
Discord: Augustus IV "Poeticus"
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3415

Ether

09 mar 2016, 03:24

Patrzył w pustkę, nie zwracając żadnej uwagi na otoczenie. Czuł się, jakby spacerował w eterze. Nagle cały ciężar spadł na jego barki. Wszystko wydało się bez sensu, a on miał ochotę skulić się na ziemi i zacząć płakać. I zostać tu. Na zawsze. Rozpaczał. Ciągle nie mógł pogodzić się ze stratą najcenniejszego przedmiotu, jaki znał. Prawdą było, że niesamowicie się przywiązał do tej lutni. Może dlatego, że po tym jak stracił pamięć i zaczął zachowywać się tak… jak zachowuje się teraz, tylko w przedmiotach nie dostrzegł tego obrzydzenia jego osobą. A lutnia była instrumentem… tak, instrumentem! Te dźwięki wypełniające pustkę, sprawiające, że Trefnisiowi chciało się żyć - sam mógł patrzeć na siebie bez tego obrzydzenia jego osobą.

A teraz… przepadła. Ale czy tak? Błazen skierował wzrok w stronę przepaści. Może wróci, jeżeli się zdecyduje? Ten piękny przedmiot, o którym wierzył, że ma charakter i traktował go jak osobę. Ciągle nie mógł uwierzyć, że jego najdroższa przepadła. Nie potrafił się z tym pogodzić. Coś było nie w porządku. Niemożliwe. Nie mógł dać jej ot tak przepadnąć. Popatrzył na swoje ręce. Gdzie była? Czy wróci? Nie mogło już jej nie być. Przecież sobie bez niej nie poradzi! Nie mogła go opuścić, nie teraz!

Czeluść.

Trefniś złapał się za głowę oburącz i otworzył szeroko oczy, w których widniała nieograniczona rozpacz, depresja, a nawet szaleństwo. Zaczął miotać się i krzyczeć. “Zostaw mnie, zostaw!” - rozbrzmiewało po całej jaskini. Z jego oczu wartkim strumieniem poczęły płynąć łzy. Upadł na klęczki, ciągle trzymając się za głowę. Nie był w stanie znieść tego wszystkiego. Jego ograniczony umysł nie pojmował tego, co się z nim działo. Zupełnie stracił kontakt ze światem zewnętrznym. Nie zwracał uwagi na to, co działo się wokół niego.

Cały się trząsł, nie będąc w stanie powstrzymać tak wielkiego strumienia negatywnych emocji. Nagła samotność, uczucie porzucenia, a nawet zdradzenia go. Rozpacz, wręcz żałoba. I… szaleństwo? Ten głos, ten głos ciągle go nękał! Nie mógł się go pozbyć! Ale jak mógłby, jak mógłby? Przecież nie mógł pozbyć się samego siebie?

Spojrzał w stronę przepaści… nie mógł? A co, gdyby rzucić się między zimne skały? Co, jeżeli skończyć wszystko w tej chwili, jednym szarpnięciem srogiej, czystej determinacji? Czy zdoła się na to zdobyć? Czy starczy mu odwagi? Nie, nie. Wiedział, że nie da rady. Był zbyt słaby! Nawet na to. Zbyt słaby, by dołączyć do swojej najdroższej. Między tymi okrutnymi, ostrymi skałami bez końca… ona gdzieś leżała. Sama, bez niego. Czy tęskni za nim? Czy też czuje się opuszczona? Nie, na pewno nie! Nigdy jej nie obchodził! Zawsze zajęta była tylko sobą i własnymi dźwiękami! Nigdy nie potrafiła odwzajemnić uczucia Trefnisia, jego najdroższa!

Czeluść, Czeluść, Czeluść, Czeluść. Trefniś raz po raz smakował to szalone słowo, które rozbrzmiewało w jego myślach. Co to, czym to? Czemu akurat to jedno go dręczy? Czeluść tylko służyła do klnięcia. Niech Czeluść pochłonie tę Czeluść. Haha! Hahaha! - zaczął się śmiać w głos, nie zwracając uwagi na nieznajomość kontekstu wszystkich wokół.

Zamknął oczy i upadł na ziemię. Nie zwrócił uwagi na ból, który pojawił się w części jego głowy, która uderzyła o posadzkę. Nie był w stanie znieść tego wszystkiego. Czuł się przygnieciony. Ułożył się na ziemi i spróbował zasnąć, zatykając uszy otwartymi dłońmi.

- Kim jesteś, kim jestem? Kim jestem, kim jesteś? Czego chcę, czego chcesz? Aaargh! - zaczął mówić do siebie swoim maniakalnym, monotonnym głosem, umieszczając jedno wyróżniające się wykrzyknienie na końcu. Nie był w stanie wyrazić całej tej frustracji i depresji, która go ogarnęła. Cały czas jego myśli błądziły wokół jego najdroższej, którą otoczył taką opieką, uczynił ją tak ważną dla siebie.

Marność, wszystko marność. Utracił sens, cel życia. Gdzieś w środku tlił się mały płomyczek nadziei, który kazał mu co chwila otwierać oczy i spoglądać w stronę przepaści, jakby lutnia - przedmiot nieożywiony! - miała zaraz wychynąć zza rogu i dać znać, że wcale go nie opuściła, że wciąż jest z nim. Że to było tylko chwilowe. Jak zły sen.

Awatar użytkownika
Posty: 44
Rejestracja: 23 lip 2015, 18:26
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3526#53631

14 mar 2016, 19:20

Dużo to o Varame mówiło, że, chociaż wciąż była lekko wytrącona z równowagi, potrafiła wziąć się w garść na czas. Mroczna, drapieżna parodia warczenia zmroziła jej krew w żyłach, jednak mimo to kobieta zdołała nie zesztywnieć. Zacisnęła swe niekobiece dłonie na kosturze, aż ich kostki pobielały. Odsunęła się od Zelera. Rozpłaszczony na ziemi biedak przestał być dla niej priorytetem. Tak jak fakt, że po Drytraku zostały tylko kawały stalaktytu, a Trefnisiem miotały demony szaleństwa. Te rzeczy rejestrowała bez skupiania się na nich, uznawszy je za banały w obliczu teraźniejszości.
Całość uwagi skupiła na źródle odgłosów. Były niewątpliwie zwiastunem niebezpieczeństwa. Czuła to w kościach. Każdy z jej zmysłów wołał o uwagę.

Już mogła poczuć, jak głęboko w środku otwierają się wrota, za którymi śniła czarodziejska moc. Było to dla niej prawie że odruchowe. W nienaturalny sposób przyjemne, niczym przypływ adrenaliny - ten moment, kiedy zwalniał czas, każdy detal się wyostrzał, a natrętne bicie własnego serca w uszach zagłuszało wszystko, co miał do powiedzenia świat. Nie każdy za tym przepadał. Tego się trzeba było nauczyć. Przekuć umysł i ciało.
Adrenalinę zastępywała moc, jakiej żaden człowiek nie potrafił zgłębić ani wyjaśnić. Którą mimo to wielu nauczyło się władać.

Varame wiedziała, że lada chwila będzię musiała z siebie tę moc wykrzesić i rzucić ją na stół, na którym los grał sam ze sobą w kości życia. Rzucić ją z największą pewnością, jaką potrafiła w sobie rozniecić, że moc zrobi to, czego od niej oczekuje.
Nic prostszego.

Potwór wyglądał niczym jakieś okropieństwo wyciągnięte z najgłębszej czeluści. Nie było wątpliwości co do kryjącej się w jego strasznych ślepiach woli mordu. Niemalże dało się poczuć gorzki posmak ironii na języku, jeśli ktoś jeszcze nie udławił się strachem - to, czego szukała drużyna, wiedziona echem niosących się po jaskini tajemniczych odgłosów, znalazło ich. I nawet głupiec miałby na tyle rozumu, żeby rzucić się do ucieczki.
Przez spięty umysł kobiety przeszła myśl, że jest szalona, robiąc cokolwiek innego.
Z drugiej strony, cała jej pomylona kompania sprawiała wrażenie właśnie takiej.

Varame rozpaliła swoje czary w momencie, kiedy bestia zaatakowała. Moc, widoczną jedynie w dziwnym sposobie, w jaki układało się wokół niej światło, rzuciła na spotkanie stworowi. Przy tym nie widać było w tym geście ani krzty desperacji. Varame najwyraźniej dobrze wiedziała, co robi.
W tej milczącej modlitwie do sił świata, jaką była magia, zawarła proste słowa - zatrzymaj, odepchnij, wywróć. Swojego rodzaju rozkaz. Bezlitosny i nie do złamania.

Czarodziejka nie miała pojęcia o tym, jak wykorzystywana przez nią magia zaginała kinetyczne siły i tasowała przeróżne rodzaje fizycznych energii niczym karty. Nie przeszkadzało jej to jednak w byciu cholernie dobrą w tym, co robi.
W tym kładła wszystkie swoje nadzieje.

Jeszcze nie zdążyła się zawieść.
Awatar użytkownika
Posty: 37
Rejestracja: 23 lip 2015, 21:07
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3530#53751

14 kwie 2016, 06:01

Jagekhr z radością zapomniał na chwilę o wszystkich niesnaskach pomiędzy nim i jego bandą ludzi, o mapie Zelera i o samym Zelerze. Oto przed nim znajdował się drapieżnik, coś, co sprawiało, ze jego krew wrzała; dzika bestia, przystosowana całkowicie do zabijania. Dokładnie tak, jak on. Świat skurczył się, stał się znacznie mniej skomplikowany; nagle pozostali w nim tylko krasnolud, potwór i obopólna, mordercza żądza krwi. Kiedy Jagekhr zobaczył oczy bestii, wiedział, że tylko jedno z nich może odejść z tego miejsca żywym, i tę świadomość powitał z ekstazą. W obliczu bestii uwolnił własne, skrywane wewnątrz demony; odrzucił nareszcie krępujące go ograniczenia i limitacje społeczeństwa i zachowań doń pasujących, jako że to, co miało nastąpić, było czymś znacznie bardziej prymitywnym, a jednak czymś, do czego jego krew wołała niezaspokojonym, nieodpartym głosem.

Wyzwanie bestii było nieme; Jagekhra już niezbyt. Rykiem, od którego zatrzęsło się sklepienie, odpowiedział bestii na jej zew krwi i ruszył prosto na nią, zapominając się w radości i szale walki, kierując się tylko i wyłącznie instynktem. Był w tym momencie zredukowany; świadomość ukryła się w głębi umysłu, zostawiając miejsce tylko i wyłącznie żądzą zatopienia topora we łbie tego potwora i rozrąbanie go na drobne kawałki, cięcie, aż nie zostanie nic, co mogłoby zagrozić terytorium krasnoluda. Odezwały się w nim atawizmy, powrócił do zatopionej w dalszym ciągu w jego podświadomości wiedzy, rytuału, jakim było starcie drapieżników. Oto terytorium zostało naruszone; walka, jaka więc nastąpi, zakończyć się może tylko śmiercią. Jagekhr nie miał zamiaru oddać ani centymetra swojej ziemi. Ostry jak brzytwa topór wzniósł się i opadł, zamaszystym, potężnym łukiem mierząc w czaszkę bestii; nie w kark, pokryty potężną warstwą twardych jak stal mięśni, tylko w samą kość czaszki, aby wstrząsnąć stworzeniem. Coś wewnątrz mówiło mu, że nie powinien dać jej ani chwili, że grad ciosów musi trwać, niepowstrzymany, do momentu, aż rozerwane ciało bestii przestanie się poruszać. Jedynym, co grad owy mogłoby powstrzymać, była potężna paszcza bestii, i to właśnie ugryzień Jagekhr unikał, nie przejmując się ogonem czy też innymi sposobami, w jakie bestia mogła go zaatakować. Chronła go zbroja, nie bał się więc niczego. Mimo tego, że mogła go tu spotkać śmierć, w ten odwieczny rytuał natury Jagekhr runął bez jakiegokolwiek strachu; wiedział, że zakończy życie z toporem w ręku, pokryty morzem krwi swojej i tych, którzy stanęli mu na drodze, i jeżeli wyrok bogów zakończy jego żywot teraz - z radością przywitałby go. Nie zawahał się ani na ułamek sekundy.

Awatar użytkownika
Posty: 63
Rejestracja: 06 lut 2015, 23:14
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3528#53858

14 kwie 2016, 23:02

Mrok to zabawne i złowieszcze zjawisko. Najgorzej jednak jest w sytuacjach, kiedy cię przepełnia, kiedy nim oddychasz, kiedy wszędzie, gdzie odwrócisz wzrok, jest jedynym co zobaczysz. Człowiek rozumie wtedy jak małą jest istotą i jak niewiele trzeba, aby lodowate palce strachu zacisnęły się bezlitośnie wokół niego, wtrącając w zdradziecki dół paraliżu.

Wierzba patrzyła się na ogon małego potworka mrucząc pod nosem najgorsze przekleństwa, na jakie akurat jej błyskotliwemu umysłowi udało się wpaść. Było to całkiem trudne zadanie. Szczególnie w tej błyskotliwej partii, więc ciche wiązanki często się zapętlały, powtarzając jedną sekwencję parokrotnie.
Krótka wyprawa u boku krasnoluda się skończyła. Brak światła i pozostałej kompanii nakazał powrót i pomoc tym pieniącym się szaleńcom. Umysł Wierzby jednak nie skupiał się na nich. Wciąż uciekał do mroku tunelu, wiercił się i szemrał. Coś się tam działo, coś było nie tak. Po raz pierwszy pragnęła jak najszybciej wyjść z tych przeklętych tuneli, ponieważ od czasu pojawienia się jaszczurki sytuacja się zmieniła. Przez całą drogę powrotną kobieta czuła na swoim karku lodowaty dotyk, a jej dłonie mocno zaciskały się wokół jedynej broni, której całkowicie ufała.
Widok leżącego na ziemi Zelera, jęczącego Trefnisia, Varame i Jaga wywołał u niej tylko chwilowe poczucie ulgi. Cisza i niepokój, który przywiedli wraz z sobą albo szybko przerzucił się na resztę towarzyszy, albo coś było na rzeczy. Wierzba odwróciła się twarzą do tunelu i zmrużyła oczy, nakładając jedną ze strzał na cięciwę. Nie naciągnęła jej jednak. Wciąż chyba miała nadzieję, że to tylko jej urojenia, że stała się zbyt strachliwa i zaraz na spotkanie wybiegnie jej mała, równie przestraszona jaszczurka.
Jaszczurka może to i była, ale czy mała i wystraszona?
Para ślepi szybko wyłaniających się z ciemności zakleszczyła się na jej stawach i mięśniach, otwierając lekko buzię i zmieniając poprzednie skupienie w lekkie przerażenie. Przeszywające jej wrażliwe uszy warczenie jeszcze spotęgowało ten efekt. Kiedy stwór wyłonił się na tyle, aby sięgnęła go smuga światła, czas na chwilę zwolnił. Bestia promieniała magnetyzmem, którego z pewnością każdy by jej pozazdrościł. Ciało pokryte łuskami, potężne łapy i zęby. Najgorsze jednak były oczy. Oczy, od których Wierzba przez chwilę nie mogła oderwać wzroku.
Jednak nic nie trwa wiecznie. Bestia rzuciła się w kierunku Grynfy, wyduszając z płuc Wierzby okrzyk zaskoczenia i czas znowu ruszył normalnym biegiem, wracając kobiecie władzę w kończynach. Pierwszym, co zrobiła, było uniesienie łuku, wycelowanie i szybkie wypuszczenie strzały w kierunku potwora. Był to wykonany zaskoczeniem odruch. Głupi i impulsywny. Pozycję miała niekorzystną, gdyż wszystkie spodziewane punkty witalne zakryte były przez łuski, jednak strach przed zgaszeniem pochodni i całkowitą ciemnością nakazał jej kontynuowanie ataku, oraz równie sprawne przemieszczenie się w celu znalezienia dogodnej pozycji. Ruszyła więc w lekki skos, posyłając kolejne starannie wymierzone w łapy, bok, szyję i głowę potwora strzały. Szukała w tym półmroku miejsc na jego ciele, których nic nie chroniło. Jej umysł przygotował się również na odrzucenie łuku i sięgnięcie po stal. Doprawdy, był to prawdziwy sprawdzian jej umiejętności i miała nadzieję, że mu podoła.

Na szali przecież tym razem znalazło się jej życie.
Awatar użytkownika
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

15 kwie 2016, 09:57

Powrót Yla z głębszych partii jaskini nie zaskoczył chłopki. Prawdopodobnie korytarz po prostu kończył się ślepo, a z Zelera ktoś po prostu sobie zażartował, dając mu mapę pustej jaskini. Pozostawało tylko obrócić się na pięcie i wyjść z tej dziury, zostawiając w niej niesmaczne wspomnienia niezwykle zgranej drużyny, jaką miała wątpliwą przyjemność współtworzyć.

Głuchy warkot zza wozu Yla skomplikował jednak sytuację. Wielki jaszczur w wielkiej jaskini - w sumie mogli się tego spodziewać. Gorzej, że jak zwykle, Grynfa była głównym celem ataku. Chłopka zamierzała jeszcze trochę pożyć, toteż uskoczyła w bok przed wściekłym natarciem stwora, rzucając pochodnię w przeciwnym kierunku. Czy próba oszukania zwierzaka miała się udać? Tylko Lorven mogła to wiedzieć, chłopka nie zamierzała jednak zdawać się całkowicie na jej łaskę. Wyciągnęła więc tasak z pochwy, odsuwając się jednocześnie od stwora. Kolejne ataki planowała unikać w ten sam sposób, jak pierwszy, wykorzystując niewątpliwą przewagę zwrotności.
Awatar użytkownika
Posty: 521
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

17 kwie 2016, 13:23

MG

Pojawienie się straszliwego stwora nie zrobiło większego wrażenia na Trefnisiu, a stało się tak dlatego, że błazen najprawdopodobniej oszalał "do końca". Nikt się nie przejął specjalnie jego biadoleniem, gdyż wszyscy mieli w tym momencie większe zmartwienie na głowie. W głowie Trefnisia królowało teraz tylko jedno słowo. Czeluść. Dźwięczało ono w jego umyśle niczym dźwięk dzwonu zapomnianej przez wszystkich świątyni. Miejsce, do którego raczej nikt nie chciał nigdy trafić, jednak zawsze trafiało się kilku szaleńców, którzy próbowali otworzyć wrota do tego spektrum. Wśród nich znalazł się niepozorny błazen. Bez odpowiedniej wiedzy nie mógł tego dokonać, ale mimo wszystko starał się. Teraz pamiętał. Czeluść. Jego cel podróży. Trefniś nieco oprzytomniał leżąc na podłożu i dojrzał bestię. W jego głowie pojawił się nagle głos, który wzywał go: Chodź do mnie. Pokażę ci co to jest Czeluść. Wydawało mu się, że to stwór mówi do niego. Błazen kojarzył coś niejasno z opowieści, ale w tym momencie nie był pewien do końca. Miał wrażenie po prostu, że bestia łapą wykonuje gest zapraszający.

Łuczniczka jako jedyna zatrzymała na chwilę wzrok na hipnotyzujących ślepiach gada i ten krótki czas wystarczył by poczuła jak jej ciało odmawia posłuszeństwa, nie mogła poruszyć żadną kończyną, zastygając niczym kamienny posąg. Została wyłączona z walki. W tym momencie wydarzyło się kilka rzeczy jednocześnie. Dotychczas spokojny wół spanikował i ruszył gwałtownie w kierunku wyjścia byle jak najdalej od bestii. Na wozie siedział oczywiście krasnolud, który zaskoczony reakcją swojego zwierzaka, stracił równowagę na wozie i uderzył się w głowę. Nie stracił przytomności, ale opanowanie wołu i pozbieranie się nie pozwoli mu powrócić do walki na razie. Na polu "bitwy" został jednak inny krasnolud, który swoją walecznością przewyższał chyba wszystkich w tych jaskiniach. Bez strachu ruszył z toporem w dłoniach w kierunku potwora, który za cel obrał sobie chłopkę z pochodnią. Biedna kobieta nie miała nigdy do czynienia z takim stworem i rzuciła jedyne źródło światła na ziemię, które nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności spadło do niewielkiej kałuży i zgasło momentalnie sprawiając, że korytarze pogrążyły się w mroku. Wieśniaczka zdołała uskoczyć w bok, ale nawet nie musiała tego robić, gdyż jaszczur zatrzymał się w połowie drogi dzięki Varame. Gad został nieco zaskoczony tym obrotem spraw i zwrócił swe ślepia w kierunku czarodziejki jakby wiedząc kto mu przeszkodził.

Chwila wytchnienia nie trwała jednak długo. Bestia okazała się potężniejsza niż ktokolwiek myślał i wyrwała się z czaru w momencie, gdy wojowniczy Jagekhr do niej dobiegł zamahując się swoim orężem. Jaszczur nie był jednak zwykłym, głupim zwierzakiem. Uniósł się na swoich czterech tylnich łapach pragnąc przyszpilić krasnoluda do ziemii. Gad nie zdołał uniknąć mimo wszystko cięcia topora, ale zdołał zminimalizować obrażenia. Ostrze wbiło się do połowy w przednią kończynę stwora. To nie był jednak koniec ataku Jagekhra, który szybkim i wprawnym ruchem wyciągnął topór, zamierzając zasypać bestię gradem ciosów. Sztuka ta nie udała mu się, gdyż jaszczur odtrącił krasnoluda łapą niczym natrętną muchę, w wyniku czego Jagekhr trochę poleciał w bok i rąbnął o posadzkę, ale jego zbroja uchroniła go przed większymi obrażeniami. Był tylko poobijany, a to nie miało dla niego znaczenia. Krótka chwila zajęłaby mu na pozbieranie się i ruszenie do kolejnego ataku.

Tymczasem bestia już w całkowitym szale zwróciła się w kierunku Zelera. Dowódca tej wyprawy również próbował chyba podjąć walkę, wyciągnął nawet swój miecz, chociaż trzymanie broni musiało mu sprawić wiele bólu. Mężczyzna był jednak osłabiony i nie zdołał skutecznie odskoczyć. Jaszczur złapał do paszczy wpół, potrząsnął kilka razy i wypluł. Zeler dał radę tylko zadać stworowi płytką ranę na grzbiecie. Totalny chaos zapanował na polu walki. Gad obrócił się do Varame mającej już niewielkie zasoby sił. Obok niej leżał Trefniś, który patrzył się z otwartą gębą na stwora i Grynfa trzymająca tasak. Wierzba stała nieco dalej niezdolna do jakiegokolwiek ruchu niczym kamienny posąg.

Awatar użytkownika
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

17 kwie 2016, 20:10

Grynfa zaklęła pod nosem, gdy pochodnia zgasła. Pech zdawał się prześladować chłopkę, obracając każdy jej zamiar wniwecz. Zanim jednak jaskinia pogrążyła się w całkowitych ciemnościach, dziewczyna zdołała dostrzec, że szarża jaszczura została przerwana, napotykając na swej drodze niewidzialny mur. Czy dziwna siła zrzucająca ze stropu stalaktyty była tym razem po ich stronie? A może to sama Lorven pomogła biednym, wyprowadzonym w pole przez przywódcę, śmiertelnikom przeżyć walkę? Nie było czasu ani możliwości się nad tym zastanawiać.

Wieśniaczka, korzystając z chwili, zaczęła grzebać w swej torbie, poszukując ostatniej pochodni i krzemieni. Walka po ciemku bowiem skazana była na niepowodzenie - jaszczur nie wyglądał na ślepego w mroku jaskini, czego nie można było powiedzieć o nich. Głuche odgłosy topora krasnoluda świadczyły, że przez chwilę jest bezpieczna, jednak długość trwania tej chwili pozostawiała sporo do życzenia. Odpalenie pochodni nie było łatwą sztuką, ale chłopka, przyzwyczajona do używania krzemieni miast krzesiwa, całkiem szybko się z tym uporała.

Światło powróciło tylko po to, by uwidocznić ostatnie chwile ich nieodżałowanego przywódcy, kończącego swój żywot w paszczy stwora. A przynajmniej na to wyglądało, wszystko działo się za szybko, by wysnuwać jakieś dalsze wnioski. Gad ponownie zwrócił swą paszczę w kierunku pochodni, chociaż teraz wyraźnie planując atak nie na chłopkę, a na Varame. Grynfa wiedziała, że nadszedł czas na jej włączenie się do walki. Delikatnie oparła pochodnię o ścianę, pilnując, by tym razem nie wpadła ona do wody, wyciągnęła z torby bukłak i rzuciła nim w świecące ślepia stwora. Miała nadzieję, że kawałek skóry zawiśnie na jednym z kolców, utrudniając pomiotowi Eeskara widzenie. Następnie zerwała z siebie płaszcz i czekając na odpowiedni moment, by w miarę bezpiecznie zbliżyć się do gada, spróbowała zarzucić mu go na głowę. Cały czas miała w pogotowiu tasak, zamierzając użyć go do opędzania się od śmiercionośnych łap.

Awatar użytkownika
Posty: 37
Rejestracja: 23 lip 2015, 21:07
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3530#53751

18 kwie 2016, 05:48

Czysta radość walki zapierała Jagekhrowi dech w piersiach. Cóż za wspaniała bestia, cóż za godny przeciwnik! Jaszczur mógł być potworem opiewanym w pieśniach. W umyśle Jagekhra nie pojawiły się jeszcze historie karczemne, jakie o bestii będzie można opowiadać, ballady, jakie o walce będą śpiewane, nie pojawiły się jeszcze zastanawiania, cóż to i komu można sprzedać z części ciała tej bestii, nie pojawiły się przyziemne i chwalebne problemy i kwestie, które zawsze pojawiały się nieodzownie po ubiciu straszliwych, morderczych stworów Lewiatana.

Nie. Teraz liczyło się dla niego tylko zarąbanie jaszczura. Udowodnienie, że to on jest dominującym drapieżnikiem, że jego terytorium należy wyłącznie do niego, i że ci, którzy staną na jego drodze, nieważne, kim by byli, skończą jako padlina. Oprócz atawistycznych terytorialnych zapędów i popędów Jagekhrem kierowało jeszcze coś innego, coś, co wynosiło potęgę jego ataku na całkowicie nowy poziom.

Doskonale się bawił.

Kiedy cios łapy odrzucił go, siniacząc, ale nie raniąc go poważnie, Jagekhr wybuchł śmiechem. Poczuł siłę bestii na sobie, poznał na swoim ciele potęgę jej twardych jak żelazo mięśni. Jego topór także zmierzył jej wytrzymałość, jadowitym ukąszeniem wbijając się w łapę. Wiedział już wszystko, co chciał wiedzieć, i wiedział, że ta walka będzie wspaniała. Śmiech trwał, coraz histeryczniejszy, coraz potężniejszy, kiedy Jagekhr natychmiast podniósł się na nogi i, chwytając mocniej topór, tym razem oburącz, wznowił szaleńczy atak, opuszczając topór raz za razem na jakąkolwiek część ciała jaszczura, jaka znalazła się w jego zasięgu. Brak światła ledwie mu przeszkadzał; łuski bestii wydawały słyszalny odgłos, kiedy przesuwała się po skalistym podłożu, który pozwalał Jagekhrowi zidentyfikować mniej więcej miejsce jej pobytu, co było dla niego w zupełności wystarczające. Walił na oślep, nie dawał się odtrącić, rąbiąc dwurącz twarde i grube kończyny bestii niczym pień drzewa.

Nie przestawał się szaleńczo śmiać przez cały czas. Wspaniałość tej walki, pierwszej poważniejszej od tak długiego czasu, zapierała mu dech w piersiach. Tak wiele razy znajdował się w podobnej sytuacji, a jednak w dalszym ciągu nie potrafił wyobrazic sobie wspanialszego uczucia niż ta radość z zapomnienia się w walce, płynąca z beznadziejnych szans, potęgi przeciwnika i jego własnej nieustępliwości. On i bestia byli w tym momencie dwoma przeciwstawnymi siłami natury - skałą i morzem, podmywającym ją, górą i wiatrem, zamieniającym ją w piach. Strach nie istniał w tym momencie dla krasnoluda, wszystkie instynktowne wahania, jakie istoty dwunożne posiadały od zamierzchłych czasów, wszystkie instynkty samozachowawcze, hamulce, systemy bezpieczeństwa - zniknęły, ulotniły się, wyparowały w nicość przed mocą jego radosnego, przepełnionego ekstazą szału.

Rąbał bestię jak najwprawniejszy drwal zabierał się za bal drewna, nie przejmując się niczym innym, niczym zupełnie. Jego świat ograniczał się w tym momencie do dwóch tylko istot, i nie było w nim miejsca na cokolwiek innego. Był tylko on, jaszczur i ich starcie, tytaniczna walka pomiędzy godnymi siebie przeciwnikami, starcie, o którym każdy prawdziwy wojownik, który poskromił swój strach i kocha śmierć, marzy. Topór wznosił się i opadał z siłą i szybkością niemalże niemożliwą. Słyszy się historie o tym, jak matki wyciągały swe dzieci spod olbrzymich, ciężkich bali drewna czy kawałów gruzu, jak w sytuacjach absolutnie kryzysowych ujawniały się w nich potężne, skryte zazwyczaj moce. Te moce zostały obecnie uwolnione w Jagekhrze. Każda komórka jego organizmu, każdy mięsień został przez potęgę jego szału zmobilizowany do boju - jego zagrożonym dzieckiem była ta walka, i wszystko w nim rwało się do jej doskonałości miłością i żądzą silniejszą niż jakakolwiek inna pasja. Nic, nic na świecie, nie mogło dla Jagekhra równać się z tym uczuciem, i kiedy potwór umrze, a Jagekhr zapłacze nad jego zwłokami na końcu tego starcia, krasnolud z całą pewnością i smutnym szczęściem zadecyduje, że wyprawa była jednak warta podjęcia. Dla takich momentów żył i dla takich momentów nie wahał się ani chwili przed ryzykowaniem swojego życia.

Awatar użytkownika
Posty: 62
Rejestracja: 23 sty 2015, 14:23
Lokalizacja postaci: Podnóża gór
Discord: Augustus IV "Poeticus"
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3415

Here We Go Again

18 kwie 2016, 10:21

Czeluść? To dlatego ten głos go tak męczył, miał się tam dostać? Coś mu kazało? Może to wielkie, łuskowate brzydactwo? Ha! Wejrzeli w umysł biednego Trefnisia i teraz go męczą jakimiś nierealnymi wizjami. Czemu ktokolwiek miałby się chcieć dostać do Czeluści…? A może, a może? Trefniś umiał. Mógłby? Może? A może nie? Kiedy myślał o Czeluści jako miejscu, w jego umyśle pojawiały się wielkie ognie, cierpienie, ale i… tajemniczość? Moc? Naprawdę go do siebie przyciągała. W jakiś dziwny sposób. Może… może to naprawdę część jego utraconych wspomnień?

Raptownie z patrzenia w pustkę zaczął gapić się na bestię, która właśnie masakrowała jego drużynę. Trefniś jak zaczarowany przyglądał się przedstawieniu. Błazen poczuł, że to nie bestia. Nie magia. Że to on sam próbuje się wydostać na wierzch… samego siebie, tylko jego umysł pracuje widocznie zbyt szybko i sprawnie, żeby dopuścić do siebie jakieś magiczne bajania. Ale wierzył. Naprawdę wierzył. Czeluść! Czy miejsce, czy urojenie, musiał się do niej dostać. Nie wiedział jak, nie wiedział, czemu. Ale… musiał?

O tak, musisz.

Tylko nie ty! Myślałem, że się ciebie pozbyłem! Precz, precz! Zostaw mnie w spokoju! Pójdę! Precz!

Trefniś znów zaczął wpadać w amok. Ten głos, dziwny głos zawsze wyprowadzał go z równowagi. Zdawał się być w nim, a wiedzieć więcej niż on. Jak to?! Czemu?! On to on, nie mógł wiedzieć więcej niż on! Ten głos to był nikt inny jak zwykły, poczciwy Trefniś! Zwykły, poczciwy Trefniś, który kazał Trefnisiowi iść do Czeluści, haha!

Przynajmniej miał… cel. Miał? Cel?! Coś, czego Trefniś nigdy nie miał. Coś, czego poszukiwał od tak długiego czasu, włócząc się po Autonomii. Był przez to pomiatany przez wszystkich. Wszyscy nim gardzili. Nawet ta drużyna! Nawet jego przyjaciel, Yl! Gardzili nim! A on był potężny, miał dostać się do samej Czeluści! Tylko wybrani mieli zaszczyt mieć tak trudny w osiągnięciu cel. I Trefniś był nim, był wybrańcem! Bogowie, dzięki wam!

Trefnisiu?

Trefniś zerwał się na równe nogi z niezwykłą czystością umysłu. Czuł się… jak nowy. Albo nawet lepiej. Zapanowała w nim wielka energia, nie odczuwał żadnego zmęczenia, ale nie odczuwał też tego ciągłego amoku, chaosu, który towarzyszył mu od lat. Miał cel. Miał cel! Pozwolił, aby nowa energia wypełniła go i pozwolił się jej kierować. Ignorował dziwny głos. Parł przed siebie. I metaforycznie, i dosłownie.

Jego wzrok akurat padł na “zamrożoną” Wierzbę. Ten potwór zaatakował jego tęczę w ciemności! Teraz, kiedy ciemność zniknęła, Trefniś nie zapomniał. On nie zapominał niczego. Może z wyjątkiem ponad dwudziestu lat życia. Zapanował w nim niesamowity gniew, który dołączył do niesamowitej czystości i niesamowitej… mocy? Tak, Trefniś zdecydowanie czuł moc. Taką, która mogłaby zatrząść całym światem. Wielką, nieposkromioną moc.

Teraz jednak pozwolił do głosu dojść gniewowi. Podniósł kamień z posadzki i szybkim, płynnym, ale też dokładnym ruchem cisnął nim w bestię.

Jakby ktoś patrzył, zobaczyłby wręcz demoniczną scenę. Trefniś w rozkroku po rzucie, jakby gotów na przyjęcie ataków bestii. Jego niesamowicie blada, wręcz biała cera grała w wielkim kontraście z ostro czerwonymi, zakrwawionymi ustami. W szeroko otwartych oczach nie widniało nic prócz czystego, niepowstrzymanego szaleństwa. Oto przed bestią stał człowiek, który nie miał nic, ale był gotów na wszystko. I oto ten człowiek krzyknął:

- Hej, poczwaro! Twoja matka jest tańsza od “Czarnego Kota”!

Zaraz po zakończeniu domniemanej obrazy, Trefniś zaczął… eksperymentować. Cały gniew i moc, jakie w sobie zgromadził - teraz je połączył. Przeznaczył wszystko na magię. Nie wiedział, co robi. Jego umysł jakby sam, odruchowo to wszystko kontrolował. Zaczerpnął całą moc, nienawiść, czystość, wszystko, co miał, i uwolnił je z ciała Trefnisia. Przekształcił je w tę magię, która władała czasem i przestrzenią. Tę, którą Trefniś czasem stosował. Błazen eksplodował mocą, rzucając jakieś zaklęcie, samemu do końca nie wiedząc jakie, na całą pobliską część jaskini. Po prostu pozwolił odruchom przejąć stery. Ufał im. Skupiał się na czasie. Zaklęcie najprawdopodobniej miało na celu zatrzymanie go.

Ale w ostatnim momencie rzucania nad jego umysłem zapanowało jedno słowo.

Czeluść.
Awatar użytkownika
Posty: 44
Rejestracja: 23 lip 2015, 18:26
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3526#53631

18 kwie 2016, 19:25

Zakręciło się jej w głowie, kiedy góra jaszczurzych mięśni zderzyła się z czarami. Varame poczuła, jak jej rezerwy tajemnych mocy kurczą się pod ciężarem bestii. Wstrzymała oddech. Za każdym razem było to okropne uczucie – wypełniająca wnętrze niezrozumiała potęga uciekała przez palce jak piach albo popiół, tak szybko i, ach, jakże nieefektownie, z okropnym uczuciem pustki w roli pożegnania. Płomyk w brzuchu przygasał, czarodziej znowu stawał się zwykłym, marnym, bezużytecznym człowiekiem, który mógł polegać tylko na własnych umiejętnościach.
Udawać moc było łatwo, prawdziwą próbę ognia przechodziło się, kiedy magii zaczynało brakować. Miała szczęście, że stwór nie był jeszcze większy – w takim wypadku wypaliłaby się całkowicie.

Czarodziejka pozwoliła zaklęciu się rozpłynąć. Nie miała szans utrzymać go dłużej niż chwilę, a cel osiągnęła tak czy inaczej. Kolejne życie sprzątnięte nieuchronnej śmierci sprzed nosa. Nie jej było kwestionować wartość tego życia. Poza tym, wiedziała, że chłopska dziewczyna jeszcze ma przy sobie pochodnię. Może zachowa wystarczającą przytomność umysłu – nawet w obliczu tak straszliwych i groteskowo niecodziennych wydarzeń – i na coś się przyda.
Czasami bała się, że kiedyś świat zażąda od niej zapłaty za oszukiwanie. Może wtedy też będzie mogła uciec od konsekwencji, powołując się na jakieś niewytłumaczalne moce albo opatrzność bóstwa? W końcu robiła to przez niemalże całe swoje życie. Liczba razy, kiedy czary uratowały ją od niewygód szła już zapewne w setki.
Varame parsknęła pośród zapadającej ciemności, wbrew wszystkiemu. Zdążyła jeszcze zobaczyć zastygłą Wierzbę, zanim spowiła ją kurtyna nieprzeniknionego, jaskiniowego mroku. Nagle odgłosy walki stały się o wiele bardziej słyszalne, jak gdyby jej ciało dało sobie spokój ze wzrokiem i skupiło się na rzeczach bardziej na tę chwilę przydatnych.
Krasnoludzki śmiech, który przebił mrok, był... surrealistyczny. Szczególnie, że towarzyszyły mu odgłosy zażartej szarpaniny.

Kobieta czmychnęła, mając nadzieję, że powstałe zamieszanie skutecznie odwróciło uwagę monstrum. Cicho pobiegła w stronę, gdzie widziała Wierzbę, i już po chwili poczuła, jak wyciągniętą ręką dotyka barku kobiety. Varame nie miała najmniejszego pojęcia, co zaszło między Wierzbą a jaszczurką, ale wątpiła, że to strach ją unieruchomił. Słyszała wiele opowieści, gdzie straszliwie szpetne stwory jednym spojrzeniem potrafiły zamienić ludzi w nieczuły kamień.
Była wobec nich sceptyczna. Może to był błąd.

Miała przeczucie, że jaszczurze czary padły Wierzbie na umysł. Zresztą, sama dobrze wiedziała, że tak wyglądałaby ich najbardziej elegancka forma – znała się w końcu na głowologii jak nikt inny. Możliwe, że potwór za nic miał sobie logikę, ale Varame stwierdziła, że tak czy inaczej warto spróbować. Nie chciałaby znaleźć się na miejscu Wierzby, jeśli okaże się, że jaszczur jest bardziej niebezpieczny, niż na to wygląda.
Położyła dłoń na czole łuczniczki, odetchnęła głęboko, i w jednym impulsie czarodziejskiej energii wykrzesanej ze swojego środka, w rozbłysku tego niewidzialnego płomienia mocy spróbowała uwolnić umysł i ciało Wierzby od tego, co je pętało – czymkolwiek to było.

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 8 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 8 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52147
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1043
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Ponczolinio
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.