Podnóża gór

Osławiony już niejedną legendą pas wzniesień nie jest może bardzo wysoki, lecz na jego szczytach panuje wyjątkowo surowa atmosfera. Nie chodzi tu nawet o dotkliwy mróz, bardziej o nieustające wiatry zdolne porwać człowieka z nóg.
Awatar użytkownika
Posty: 34
Rejestracja: 04 sie 2013, 11:30
GG: 24426650
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2726

Podnóża gór

23 sie 2013, 12:30

Obrazek
Lokację miejsca można wyznaczyć, wytyczając linie wiodące dokładnie na północ od Ainuri oraz na zachód od Lasves i szukając na ich przecięciu. Południowowschodnią część terenu stanowi niezbyt zróżnicowana, zielona łąka, niemal pozbawiona kwiatów. Naprzeciw niej znajduje się podnóżek góry, na którym flora zdaje się już przegrywać walkę z trudnymi warunkami klimatycznymi – ziemię znaczą spore plamy zbrązowiałej, uschniętej roślinności, pojedyncze, powyginane od wiatru drzewa stoją niemal nagie; nawet iglaki mają przerzedzoną koronę. Wzdłuż jednego z podejść, z zachowaniem równych odstępów, znajduje się pas powbijanych w ziemię niewysokich palików, zaś w pewnej odległości stoi równolegle ułożony kamienny murek, sięgający mniej więcej do pasa dorosłemu człowiekowi. Biorąc pod uwagę fakt, iż znajduje się (dosłownie) w rozsypce, jak i brak innych elementów architektonicznych, można z czystym sumieniem założyć, iż jakikolwiek był zamysł twórcy, został dawno już porzucony. Pomiędzy świeżą a usychającą częścią podnóża przepływa niezbyt szeroki, skalisty potok, w najgłębszym miejscu nie sięgający nawet do kolan.

Spokój dnia przerywał jedynie niejednostajny, cichy szum i gwizd wiatru ślizgającego się o skały i szarpiącego i tak już mizernymi koronami drzew. Krótka trawa falowała łagodnie, kołysana przez wiatr tak delikatnie, jak mamka buja kolebkę dziecka. Pojedyncza koza przeżuwała to co aktualnie miała w gębie, a idealna jednostajność tej czynności zawstydziłaby najbardziej precyzyjne czasomierze. Znudzonym wzrokiem wpatrywała się przed siebie, od czasu do czasu obracając głowę i trzęsąc swoją śmieszną, czarną bródką.
Około półtora metra nad potokiem pojawiła się niemal niedostrzegalna plamka fioletowego czegoś. W ułamku sekundy rozciągnęła się w postaci pionowego pierścienia, którego dolna część muskała już płynącą pod nim wodę. Z pierścienia wydobyły się wrzaski, a w mniej niż sekundę potem wyleciał przezeń, niczym wystrzelony z procy, ogromny kotołak. Wyraźnie zdezorientowany, mimo wszystko nadal zachował refleks i wylądował na wszystkich czterech kończynach, nie tłukąc się prawie wcale. Lewitujący nad nim pierścień wypluł z siebie jeszcze silny podmuch gorącego powietrza, któremu towarzyszył głośny huk, i tak nagle jak się pojawił, zniknął, nie pozostawiając po sobie nic.
Singi wstał szybko i rozejrzał się wokół siebie. Naprężył mięśnie, obnażył pazury i zacisnął szczęki, gotów do desperackiej walki. Miotał się wokół, jak gdyby chmary niewidzianych dla innych ludzi napastników właśnie próbowały na niego zaszarżować. Ale wokół nie było nikogo… za wyjątkiem tylko jednej, leżącej na ziemi, kompletnie zesztywniałej kozy.
Singi oddychał szybko, mimowolnie powoli rozluźniając mięśnie. Z trudem pozbywał się resztek ostrożności, ale to był fakt – wokół nie było nikogo. Od zamknięcia portalu minęło już przynajmniej kilkadziesiąt sekund, a jedynym co słyszał był odgłos wiatru i jego własne sapanie. Nadal nie do końca mogąc w to uwierzyć, wyszedł ze strumienia i stanął na łączce. Czując jej dotyk na stopach, poczuł przyjemny dreszcz – tak miło było zaznać wreszcie czegoś odmiennego od skał…
– Wolny… – szepnął, jakby z zaskoczeniem.
Jeszcze raz rozejrzał się wokół. Dzień powoli miał się ku końcowi, choć trudno było to określić z powodu gęstej mgły, spływającej po zboczu górskim i prawdopodobnie zachmurzonego nieba (nie mógł nigdzie dojrzeć tarczy słonecznej). Mimo tej szarości, wszystko wokół wydawało się tak kolorowe, jasne i przyjazne.
– Wolny! – krzyknął, niemal trzęsąc się z szoku, po czym ryknął przeciągle, odrzucając głowę w tył i rozkładając szeroko ramiona – WOLNYYYY!
Padł na kolana i zanurzył dłonie w trawie. Była zimna i wilgotna od osiadającej mgły, ale świeża i pachnąca. ŻYWA. Obrócił się i położył plecami na ziemi, wdychając jej woń i patrząc w niebo. Na jego twarzy wciąż gościł szeroki, szczęśliwy uśmiech. Leżąca nieopodal koza odzyskała władze w kończynach i potykając się, czmychnęła czym prędzej z dala od dziwnego zjawiska i olbrzyma, który z pewnością był mięsożercą. Singi odwrócił głowę i spojrzał w jej kierunku, sam nie bardzo wiedząc, co go w niej bawi. Przez moment przemknęło mu przez myśl, że rozsądniej było szybko dobić zwierzę, póki było sparaliżowane, ale doszedł do wniosku, że i tak nie byłby w stanie wzniecić ognia. Czuł chłodne powietrze, muskające jego ciało, ale nawet to teraz mu się podobało – powietrze miało w sobie konkretny, świeży zapach, zupełnie odmienny od tego, z którym miał do czynienia dotychczas. Przeleżał jeszcze parę minut, pozwalając, by ogarnęło go błogie poczucie wolności i niezależności, rozkoszując się otwartą przestrzenią.
Kiedy dreszcze zaczęły już powoli mu dokuczać, wstał i otrząsnął się mocno, rozgrzewając nieco. Dopiero teraz uświadomił sobie, że nie ma na plecach swojej torby. Dostrzegł ją na krawędzi strumienia. Idąc w jej kierunku, przyklęknął na moment nad taflą wody i napił się jej nieco. Miała delikatny, orzeźwiający smak. Wyciągnął ze swojej torby manierkę, opróżnił ją i dokładnie wypłukał, po czym napełnił tą wodą. Po chwili namysłu wysypał na ziemię całą zawartość torby – związane sznurkiem suchary i kilka pasów mięsa owiniętego w białą (kiedyś…) szmatkę oraz złożoną w kostkę płachtę jasnobrązowego materiału przewiązanego sznurem. Po chwili namysłu zdecydował, iż w obecnej sytuacji przyda mu się naprawdę porządny posiłek. Błyskawicznie wchłonął sześć sucharów i dwa pasy mięsa, jednocześnie coraz bardziej tracąc dobry humor na myśl o tym, skąd ów pokarm ma. To co mu zostało wrzucił z powrotem do torby, uprzednio opróżniając ją z okruszków. Przy rozsądnym racjonowaniu zapasów – tak, aby nie głodować – miał trzy dni na znalezienie jakiegoś miasta i zdobycie kolejnego prowiantu.
Wstał i rozłożył płachtę materiału, która okazała się całkiem zgrabnie skrojonym habitem. Założył go wraz z kapturem i przewiązawszy się sznurem w pasie, narzucił na plecy torbę. Rozejrzał się jeszcze za jakimś w miarę grubym patykiem, którego mógłby użyć do podpórki przy chodzeniu. Metrowej długości, nieco powykrzywiany kijek wydał mu się odpowiedni.
Teraz pozostawała kwestia zdecydowania. Przyjrzał się uważnie znajdującym się przed sobą górom. Księgi, które miał okazję przeczytać, niezbyt wiele traktowały o geografii Autonomii. Niejednokrotnie jednak słyszał nazwę miasta "Lasves", mógł zatem sądzić, iż znajduje się gdzieś w jego bliższej lub dalszej okolicy. To zaś sugerowało, iż patrzy na Wichrowe Szczyty, zakładając, że portal zawsze wyrzucał użytkowników w tym samym miejscu. Nie do końca przekonany, czy właściwie ocenia kierunek, odwrócił się plecami do gór i ruszył przed siebie, starając się skierować na południe. Przy odrobinie szczęścia, powinien wkrótce trafić na jakiś trakt lub miasto.

z/t
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 521
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

Los i Czeluść

11 maja 2016, 10:03

MG

Walka o życie trwała nadal. Zraniona bestia chciała wykończyć napastników, którzy rozpaczliwie próbowali zachować swoje głowy. Żaden z nich nie pomyślał nawet o ucieczce, wszyscy bohatersko stanęli do bitwy, nawet prosta chłopka. Grynfa zebrała wszystkie pokłady odwagi w sobie i spróbowała odpalić kolejną pochodnię, chociaż wiedziała, że stanie się wtedy celem ataku jaszczura. Światło ponownie przyciągnęło uwagę potwora, który postąpił już krok w kierunku czarodziejki, próbującej rozpaczliwie uwolnić Wierzbę od zaklęcia. Wieśniaczka za nic miała sobie gada kroczącego w jej kierunku. Umieściła pochodnię pod ścianą i rzuciła bukłakiem w stronę stwora. Niestety, rzuciła nieco za wysoko i przedmiot zawisnął na jednym z kolców, które znajdowały się na plecach jaszczura. Nie osłabiło to bojowe nastawienie Grynfy, zamierzającej oślepić swojego przeciwnika w inny jeszcze sposób. Kobieta chciała zarzucić płaszcz na głowę gada, gdyby nadarzyła się jej taka okazja, co mogło stać się bardzo szybko, gdyż potwór całą swoją uwagę skupił właśnie na wieśniaczce.

W tym samym momencie w głowie Trefnisia działo się wiele rzeczy. Zrozumiał, że został wybrany przez bogów, przez swoją drużynę, która pokładała w nim całą swoją nadzieję. Mężczyzna zerwał się i ruszył przed siebie. Stanął ramię w ramię z Grynfą, zasłaniając swoim ciałem Wierzbę i Varame, które znajdowały się kilka kroków za nim. Błazen rzucił wyzwanie potworowi, być może nieco zaskoczonemu widokiem kolorowego człowieczka. Trefniś z całej siły cisnął kamieniem w gada, rozjuszając go całkowicie. Bestia ruszyła w kierunku mężczyzny zamierzając rozszarpać go na strzępy. Z tyłu już dogonił ją Jagekhr, uniósł topór do cięcia i pozbawił jaszczura części ogona. Stwór zaryczał z wściekłości zatrzymując się w miejscu, toksyczna substancja wydostała się z jej paszczy i zraniła wieśniaczkę w twarz, całkowicie wypalając jej oczy oraz parząc czoło i prawy policzek. Śmiejący się szaleńczo krasnolud odrąbał nogę potwora i w tej chwili Trefniś skończył rzucać swoje zaklęcie.

Ciemność. Błazen obudził się i nie wiedział gdzie jest. Całkowita czerń panowała wokół niego, nie widział żadnych konturów, był też zupełnie sam w tym dziwnym miejscu. Spróbował wstać i udało mu się to, chociaż nie czuł podłoża pod swoimi plecami, gdy leżał. W zasięgu wzroku nie było nic. Trefniś popatrzył na swoje dłonie, dotykał ciała, jakby sprawdzając czy nie ma żadnych ran. Czyżby umarł? Nie czuł bólu, żadnych głosów w głowie. Jego strój był bardzo czysty i miał żywe kolory. Właśnie, widział barwy wyraźnie, ale nic dookoła, tylko pustka. To nie była więc ciemność. Mężczyzna mógł iść, ale dokąd? Dźwięk niósł się tutaj niczym w pustym, dużym pomieszczeniu. Mag czasu i przestrzeni odkrył również, że nie czuje w sobie żadnej mocy. Opuściła go tak samo jak głosy w głowie. Błazen był sam.

- Trefnisiu? - Mężczyzna usłyszał swoje imię. - Spójrz tutaj, Trefnisiu. - Kolorowy człowieczek odwrócił się i zobaczył wyłaniającą się z ciemności postać. Była to bardzo piękna kobieta o długich, złotych włosach, które lekko się jarzyły, zielonych oczach, świecących wewnętrznym światłem. Miała na sobie identyczne ubrania co błazen, ale mocno dopasowane, podkreślające jej nienaganną sylwetkę. Rysy jej twarzy nieco przypominały mu Wierzbę, ale to zdecydowanie nie była ona. Kobieta podeszła do błazna i zatrzymała się kilka kroków przed nim.

- Jestem Czeluść. Zraniłeś mnie, Trefnisiu. - Powiedziała głosem przepełnionym smutkiem. - Zawsze byłam z tobą, pomagałam ci w najgorszych sytuacjach, a ty mnie zraniłeś. - Kontynuowała kobieta. Błazen nie mógł nic powiedzieć, ani się ruszyć. Czuł jednak ogromną rozpacz w sercu. - Straciłeś naszą przyjaciółkę, Lutnię. Ona również towarzyszyła ci przez długi czas, zapomniałeś? - Czeluść pochyliła głowę ze smutkiem. W jej głosie nie było jednak pretensji ani wyrzutów. - Nie martw się jednak, ale musisz mnie słuchać. Musisz pomścić Lutnię. Pamiętasz kto ją zabił, prawda? Pamiętasz mordercę naszej przyjaciółki? Morderca musi ponieść karę. - Powiedziała zdecydowanym głosem kobieta. - Teraz jednak odpocznij, nabierz sił. Zraniłeś mnie i jesteś wyczerpany. - Czeluść położyła mu swoją delikatną dłoń na policzku i popatrzyła głęboko w oczy. - Będę ci towarzyszyła od tej chwili. - Po tych słowach dla Trefnisia nastała ciemność.

Pierwsza obudziła się Wierzba. Leżała na kamiennej posadzce tuż obok nieprzytomnej Varame. Łuczniczce kręciło się trochę w głowie, ale ogólnie czuła się całkiem nieźle. Pamiętała, że walczyli z potworem i była unieruchomiona. Widziała jak błazen próbuje rzucić zaklęcie i po tym straciła przytomność. Pochodnia zapalona przez Grynfę w dalszym ciągu stała oparta o ścianę, ale jej światło powoli już dogasało. Wierzba mogła ujrzeć martwą bestię, której łeb został roztrzaskany przez stalaktyt. Za nią leżał warczący przez sen krasnolud. W niewielkim oddaleniu od wszystkich znajdował się Zeler leżący w kałuży krwi i z wnętrznościami na wierzchu. Lider ich drużyny jako jedyny poszedł w objęcia Eeskara. Mapa tych tuneli, gdyby ktoś chciał ją znaleźć znajdowała się przy martwym mężczyźnie i była w tym momencie zupełnie nieczytelna, całkiem namoknęła krwią. Wierzba szukając wzrokiem pozostałych zauważyła Trefnisia i Grynfę leżących obok siebie. Błazen również spał i wydawało się, że wszytko z nim w porządku. Chłopka wyglądała nieco gorzej, ale też żyła, tylko z jej nosa i uszu musiała w pewnym momencie polecieć krew, która już była zaschnięta. Po straszliwych oparzeniach nie było ani śladu. Również jaszczur miał swoje wszystkie kończyny na miejscu. Po krótkiej chwili wszyscy zaczynali budzić się powoli.

Kolejną przebudzoną osobą była Varame. Czarodziejka miała potężny ból głowy. Ona również pamiętała bohaterskie wyczyny wieśniaczki, wściekle nacierającego krasnoluda i wreszcie czarującego Trefnisia, ale później dla niej nastała ciemność, tak jak dla pozostałych poszukiwaczy przygód. Wbrew pozorom błazen okazał się bardzo niebezpiecznym osobnikiem i dysponował magią wykraczającą poza zrozumienie Varame, nawet jeśli Trefniś robił to nieświadomie. Zarówno Wierzba jak i czarodziejka czuły się najlepiej z ich drużyny i jako pierwsze zauważyły, że coś jest nie tak. Początkowe oszołomienie minęło i teraz mogły dostrzec kilka szczegółów, które nie pasowały zupełnie tutaj. Pierwszą rzeczą, która wzięła się zupełnie nie wiadomo skąd był oczywiście stalaktyt. Nie zmaterializował się on jednak z powietrza, a spadł z góry co można było stwierdzić patrząc na sufit. Czyżby los tym razem ich uratował? Po krótkiej chwili pamięć i umysł Varame wskoczyły na swój zwyczajny poziom i mogłaby przysięgnąć na wszystkich bogów, że ten kawał skały spadł z tego samego miejsca, z którego wcześniej zleciał na Drytraka. W końcu sama uwalniała wojownika spod tego ciężaru. Czarodziejka zapewne po tym rozejrzałaby się za stalaktytem, który przesunęła nie tak dawno w inne miejsce, ale skały tam nie było. Co więcej, bestia odwrócona była w kierunku krasnoluda, który nie miał przy sobie swojego oręża. Jego topór leżał w sporym oddaleniu za nim, a ostrze było jakby przydymione. Sam krasnolud ocknął się tuż przy pysku stwora i odruchowo wpakował mu pięść między oczy, ale do jego umysłu szybko dotarło to, że bestia już nie żyje.

Jaskinię nagle wypełnił wrzask Grynfy, która trzymała dłonie przy swojej twarzy. Wszyscy oprócz krasnoluda widzieli jak substancja z paszczy jaszczura wypala jej oczy, ale po przebudzeniu jej twarz była cała, co zauważyła Wierzba i Varame. Takie stężenie magii i wydarzenia nie mogły nie wywrzeć wpływu na ciało i prosty umysł chłopki. Grynfa fizycznie nie odczuwała bólu, ale po uspokojeniu się nie widziała nic, chociaż z jej oczami wszystko było w porządku, na ile mogli to stwierdzić inni, gdyby zainteresowali się w ogóle stanem kobiety. Na końcu obudził się wyczerpany Trefniś, nie był w stanie wstać na razie, ledwo mógł usiąść i gdy to zrobił, w jego głowie odezwał się głos. - Pamiętaj o Lutni, pamiętaj o mnie, Trefnisiu. - Czeluść dała o sobie znać, tak jak mu to obiecała. Rzecz jasna, błazen nie poczuł nagle przemożnej chęci zamordowania wrzeszczącej chłopki, ale wiedział, że musi coś z tym zrobić. Na razie jednak musiał odpocząć, tak zresztą mówiła mu Czeluść, jego jedyna, prawdziwa przyjaciółka.

Awatar użytkownika
Posty: 62
Rejestracja: 23 sty 2015, 14:23
Lokalizacja postaci: Podnóża gór
Discord: Augustus IV "Poeticus"
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3415

Requiem for a Dream

13 maja 2016, 17:28

Błazen stanął wśród ciemności, obrócił się wokół własnej osi, rozłożył ręce i zadał pytanie: "co teraz?". Nie otrzymał jednak odpowiedzi. Może to dobrze - kiedy machasz do pustki, nie powinna odpowiadać. Rozglądał się dookoła, próbując wyłapać jakikolwiek szczegół.

- Jestem taki zmęczony - powiedział Trefniś w dziwny sposób, oddzielnie i bardzo wyraźnie akcentując każdą sylabę. Westchnął, po czym usiadł na Niepodłodze (jako że mógł siedzieć, ale siedział pośród niczego) i próbował odpocząć pośród niebytu. Czuł się skrajnie wyczerpany, a aktualna sytuacja wcale niczego nie poprawiała.

Przyszło mu do głowy, że bogowie wybierają, co spotka ludzi, po prostu rzucając kośćmi do gry. Jeżeli tak faktycznie było, to musieli wyrzucić wyjątkowo złe kombinacje, tworząc Trefnisia.

Czy wiedział, gdzie jest? Ależ oczywiście. Był w swojej głowie. Czuł to każdym zmysłem, który w tej chwili mu został. I znał to… miejsce? Tę przestrzeń? Czymkolwiek to było. Przed tym zawsze uciekał. Przed goniącą go pustką i ciemnością, która czaiła się gdzieś głęboko w nim. Przez którą był pożerany. Jak kiełbaski przez wygłodniałego psa. Jak łania, którą dopadł niejedzący od czterech dni wilk. Jak mag, który nadużył swojej mocy. Goniła go ciemność, jego brak pamięci, brak czegokolwiek, co mogłoby być bazą jego osobowości. Zastanawiało go jedynie, że nie miał tutaj bezbrzeżnego panowania nad swoją mocą. Czyż nie tak powinno być w jego własnej głowie? W tym momencie czuł się wypruty.

W pewien wyrafinowany sposób ta pustka była piękna. Ale piękna w taki sposób, jak pożar. Coś, co lepiej oglądać z daleka. Błazna urzekł ten spokój, cisza, wolna przestrzeń, mimo że wiedział, jak bardzo krzywdzące to miejsce dla niego jest. Nie mógł znaleźć ani trochę światła w tej Krainie Wyobraźni.

Wyglądało na to, że czas stawić czoła Ciemności, przed którą uciekał.

Kiedy usłyszał swoje imię, błazen drgnął. Śpiewny głos, któremu nie był w stanie się oprzeć, przywołał go. Potrafił określić kierunek, z którego doszedł, co było dziwne. Kiedy sam coś powiedział, dźwięk wydawał się dochodzić zewsząd i znikąd, był równocześnie obok niego, nad nim, pod nim i w nim samym. Ale to, co teraz usłyszał… było inne. Wiedział, że to nic innego jak wytwór swojego umysłu. Wytwór, nad którym nie panował. Czyżby utracił kontrolę nad samym sobą?

Obrócił się i stanął jak wryty, bo oto patrzył w oczy samej Ciemności. W pewien chory sposób, intrygowała go. Wszystkie zmysły błazna ruszyły galopem - był pobudzony i gotów do działania.

Zaraz potem jednak spadła na niego niezwykła ciężkość. Wbrew własnej woli słuchał jej słów, nasiąkając nimi jak gąbeczka. Wiedział, że jest zła. I wiedział też, że nie jest w stanie Jej się przeciwstawić. Część jego umysłu, która odpowiadała za magię, uzależnienie od niej, chorą, niekontrolowaną pasję i obsesję, właśnie atakowała go z całej siły. Część, która kazała się mścić. Część powodująca jego załamania, nieopanowanie i depresję. I od teraz wiedział, jak bardzo się omylił, obwiniając za to poprzedni głos.

Jego problemem nie było to, że nie mógł zamknąć oczu - bo mógł, jego ciało było zupełnie swobodne. Jego problemem było to, że nie mógł zamknąć umysłu przed wpływem trucizny, jaka była do niego sączona.

Tymczasem kobieta kończyła swoją przemowę, której Trefniś mimowolnie słuchał. Czuł, że ten twór ma na niego bezbrzeżny wpływ. Odczuwał, jakby został stworzony tylko w jednym celu. Żeby kontrolować błazna. Tak jak i ona, on był zaprogramowany pod jedno stworzenie - właśnie ją. Tylko że to ona była tutaj bytem dominującym. Część umysłu przestała słuchać Trefnisia. Już nie było dla niego ucieczki.

Obudził się.

Otworzył wolno oczy, czując, jak znów spada na niego całe wyczerpanie, cały ciężar świata, wszystko, co go tak męczyło. Odezwał się do niego twór, który uparcie kazał nazywać się Czeluścią, mimo że oboje wiedzieli, że tak naprawdę nic z nią wspólnego nie miała. Ale poddał się jej woli. Był gotów w tym momencie zarżnąć lub być zarżniętym przez znajdującą się obok niego wieśniaczkę. Jego ruchy były powolne, ale nieuchronne. Oddał zupełną kontrolę poleceniom, które zostały mu przekazane. W błaźnie tliła się cząstka wolnej woli, ale był zbyt zrezygnowany i wyczerpany, żeby podjąć jakąkolwiek walkę. To był koniec Trefnisia, została tylko Ciemność, która przygniatała go z każdej strony. Nie mógł się oprzeć niczemu, czego pragnęła. Rozpaczał, ale nie próbował się bić. Wiedział, że to bez sensu. Tutaj się kończył, tutaj kontrolę przejmie wszystko, przed czym uciekał. Kiedy wstawał, łzy wartkim strumieniem pociekły z jego oczu. Jego ręka powędrowała ku nożowi.

A w oczach Jego zapłonął krwawy blask. Albowiem żądza czystego mordu przysłoniła Jemu resztki zdrowego umysłu. Ale On, ofiara własnego umysłu, o jednym nie wiedział. Im jaśniejsze światło, tym głębsze rzucane przez nie cienie. A płonące w nim światło było jasne niczym słońce w bezchmurny dzień. I byłby się przebudził na nowo, gdyby jego wola chociaż trochę silniejszą uczyniona.

W pół ruchu błazen zatrzymał się. To był ten głos, który od tak dawna go nękał. Teraz wydawało mu się, że poznał jego naturę. Był tym podświadomym czymś, które go kierowało na jego cel. To była ciekawość i chęć odzyskania dawnego “ja” Trefnisia. Błazen, przez cały czas źle odbierał przekaz tamtego. Tak naprawdę miał w nim przyjaciela, a ich wrogiem była Czeluść.

Całą wolę, która mu została, pokierował w celu wgłębienia się we własny umysł. Chciał wrócić do tego pustego, ciemnego miejsca i wypędzić Czeluść na zawsze. Wypędzić wszystko, co przez tyle lat go prześladowało. Próbował zanurkować we własnej świadomości tak głęboko, jak tylko mógł. Zapaść w trans. Czuł, że coś nim kieruje, jakiś ułamek dawnej świadomości, który wiedział, co robić. Naparł.

Awatar użytkownika
Posty: 44
Rejestracja: 23 lip 2015, 18:26
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3526#53631

15 maja 2016, 19:22

Czuła się tak, jakby wewnętrzna strona jej czaszki zmieniła się w kowadło krasnoludzkiego kowala. Crescendo stłumionego łup, łup, łup wydawało się nie mieć końca i na chwilę cały jej świat ograniczył się do wybrzmiewającej bolesną czerwienią ciemności. Gorącej, wypchanej watą ciemności, w której roztapiała się każda myśl.
Przebicie się przez ten ogłuszający przypływ równie dobrze mogłoby być największym wyczynem, jakiego kiedykolwiek dokonała.

Jakoś udało jej się odsunąć młot bólu raz po raz wstrząsający jej głową na drugi plan i zdała sobie sprawę, że kurczowo zaciska powieki. Poczuła zesztywniałe mięśnie twarzy, zimny, twardy kamień pod ubraniami, usłyszała jaskiniową nie-ciszę, wypełnioną różnego rodzaju subtelnymi odgłosami, które nadawały jej charakterystyczną i niepokojącą głębię.
Rozluźniła się, powoli i uważnie, wracając do znajomego rytmu powolnych oddechów, który przynajmniej częściowo pomógł jej poradzić sobie z uciążliwą migreną.
Żyję, pomyślała. To objawienie spadło na nią nagle i ciężko, niczym stos cegieł, jak gdyby w głowie czarodziejki zawaliła się tama, która wcześniej powstrzymywała rzekę świadomości. Powstrzymała się od jęknięcia, kiedy krew – i ból – znowu napłynęła jej do głowy.
Żyję, inaczej by nie bolało.

Chwilowy skok adrenaliny pomógł jej podnieść się z zimnej ziemi bez stęknięcia – która, mimo wszystko, wydała jej się w tej chwili szalenie wygodna. Zignorowała zmęczenie, zignorowała odpływający z każdym oddechem tępy ból w środku głowy, zignorowała zastygłe, prostestujące kończyny i otworzyła oczy. Łagodny pomarańczowy blask dogasającej pochodni odkrył przed nią dziwnie błogą scenę.

Była równie groteskowa co poprzednie. Choć Varame wmawiała sobie, że zdążyła się już przyzwyczaić, to i tak wpatrywała się w wyrzeźbione przez światło pochodni kształty niewidzącym wzrokiem. Mrugnęła kilka razy, starając się pojąć to, co widzi i choć spróbować powiązać to ze wszystkim, co pamiętała.

Cokolwiek uczynił... impuls magicznej mocy, który poczuła przed straceniem świadomości – i o który dobrze wiedziała kogo winić – wyszło jej to na zdrowie. Jej i całej reszcie drużyny. A przynajmniej tych, których potwór nie zdążył jeszcze rozszarpać. Dziwnie się czuła, musząc przyznać, iż to właśnie Trefniś – w taki czy inny sposób, ale jednak – ukatrupi czeluścienną bestię. Niejako pasowało to do aury skrajnej niecodzienności, którą zaczęła utożsamiać z wyprawą w góry. Spojrzała na rozwalonego na jaskiniowej podłodze, małego, sfatygowanego człowieczka i nagle wydał jej się o niebo bardziej interesujący – w świetle bezsensownego bohaterstwa, w świetle pozornie prostej osobowości i doprowadzonego na szczyt dziwactwa i – przede wszystkim – w świetle tajemnych, niespodziewanych umiejętności, które w jakiś sposób pozostały aż dotąd ukryte. Może przyjdzie czas, żeby – ha! – podziękować mu za uratowanie życia.

Posłała mu jeszcze jedno podkolorowane drwiącym podziwem spojrzenie, po czym odwróciła się i podeszła do Zelera, podpierając się na kosturze. Widok rozprutych flaków okrutnie potarganego i leżącego w krwawej kałuży mężczyzny wykrzywił jej twarz. Varame – podobnie jak reszta drużyny – nie przepadała za wojownikiem, ale nigdy nie wróżyła, ani tym bardziej nie życzyłaby mu takiej śmierci. Bardziej prawdopodobny wydawał jej się koniec na czubku ostrza pewnego krasnoluda. Albo cokolwiek. Cokolwiek poza… tym.
Przypatrując się jego ciału spostrzegła leżącą obok, przesączoną krwią mapę. Całkowicie i nieodwracalnie bezużyteczną. Sięgnęła po nią mimo to. Jeszcze silniej poczuła przez to miedziany zapach krwi, który mieszał się z innymi wyziewami stygnących zwłok w jeden okropny, mdlący smród. Zdołała jakoś utrzymać się na nogach mimo to.

Odwróciła się z ociekającym krwią pergaminem w ociekających krwią palcach akurat, żeby zobaczyć – i usłyszeć – przeszywający wrzask.

Co teraz? — rzuciła pytanie w pustkę, kiedy krzyk wybrzmiał, ucichł i wreszcie zmienił się w nieartykułowany jęk.
Awatar użytkownika
Posty: 37
Rejestracja: 23 lip 2015, 21:07
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3530#53751

27 maja 2016, 12:31

Im bardziej Jagekhr wracał do przytomności, tym bardziej ogarniała go furia. Pierdoleni sztuczkarze, magicy od siedmiu boleści, odbierających mu możliwość rozpłatania tego potwora na części! Pamiętał przecież jako żywo swój topór, wcinający się głęboko w członki potwora, w dalszym ciągu czuł się pijany adrenaliną. I jego walka została mu zabrana! Przez tego bezużytecznego błazna! Jego furia wydawała się bliska odnalezienia ujścia, kiedy po podniesieniu się zbliżał się do błazna z wykrzywioną w grymasie twarzą i toporem w ręce, ale po chwili się opanował i tylko splunął na ziemię obok nieruchomej postaci Trefnisia. Zmusił się do odejścia i napatoczył się na martwego Zelera. Nie przejął się zbytnio śmiercią tak zwanego lidera wyprawy, chociaż taki był z niego lider, jak z Jagekhra baletnica. To, czym się bardziej przejął, to bezużyteczna, zniszczona mapa. Najwidoczniej ...ony człowieczek nawet w śmierci chciał im zrujnować wszystkie plany. Tym razem powstrzymał się od splunięcia, zadowoliwszy się kwaśną miną i przekleństwami, mamrotanymi pod nosem. Odwrócił się w stronę bazyliszka i zobaczył zgruchotaną jak orzeszek czaszkę. Bestia była martwa jak... coś martwego, i nie wiedział, co i na ile uda się teraz z niej pozyskać. Sprawdził, czy oczy znajdują się w stanie akceptowalnym do wydłubania, czy język i zęby się nadają, czy dałoby się wycisnąć jad z kanalików jadowych bestii, czy sama głowa jeszcze jest na tyle rozpoznawalna, że dałoby się ją sprzedać gdzieś i komuś. Musiałby wymyślić jakiś sposób na transport, w sumie niczego do przechowywania jadu nie miał, ale cóż, coś się pewnie odnajdzie, być może przy trupie i w bagażach tego zmarłego idioty coś odpowiedniego się odnajdzie. Uważał, żeby się nie poparzyć ani nie wejść w kontakt z jadem w żaden sposób - pamiętał, jak toksyna zadziałała na wieśniaczkę. Potem zabrał się do obłuskiwania bestii, wychodząc z założenia, że jeśli coś na pewno może sprzedać drogo, to właśnie to. Łuski zwalał na mały stosik tuż obok siebie, pewnie wrzuci je do torby podróżnej albo coś zaimprowizuje z podartych, zakrwawionych szmat Zelera. W każdym razie na tym truchle miał zamiar zarobić na tyle dużo, żeby pokryć sobie z powodzeniem koszt całej tej wyprawy i mieć jeszcze na co najmniej miesiąc chlania w karczmach i, być może organizowania drugiej wyprawy tutaj, tym razem w dobrym towarzystwie chłopaków z toporami, bo na tę tutaj zgraję, jak już przekonał się w sposób niewątpliwy, nie można w ogóle liczyć. Ostatnia pochodnia, jaką mieli, wypali się za jakąś godzinę, Jagekhr pracował więc szybko, żeby uwinąć się z robotą wcześnie i nie musieć kończyć pracy w ciemności. Trzeba było wracać. Kiedy już pozyskał ze zwłok bazyliszka, co tylko mógł pozyskać, a jego poćwiartowane, obłuskane truchło zostało owinięte w szmaty i załadowane na wóz Ylzzirila, odwrócił się i skierował w stronę wyjścia. Ta wyprawa była zakończona, a jego nastrój był zepsuty na dość długi czas.

Awatar użytkownika
Posty: 63
Rejestracja: 06 lut 2015, 23:14
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3528#53858

27 maja 2016, 15:05

Wierzba leżała na ziemi wpatrując się w skalisty sufit. Przez chwilę nie czuła nic, później przyszedł czas na wypełniającą całe ciało przyjemną ulgę. Powoli zaczęła ruszać palcami, nogami i głową. Podniosła nawet prawą rękę przed oczy, aby upewnić się, że to nie iluzja. Przez tę krótką chwilę bezsilności, kiedy straciła panowanie nad własnym ciałem, jej serce kołatało jak szalone, a umysł pokryła płachta przerażenia.
Kobieta już nigdy nie zapomni tego uczucia. Tej bezsilności. Tych strasznych obrazów, które mogła tylko obserwować. W tym właśnie momencie, dość stanowczo, złożyła sobie niemą obietnicę, że nigdy więcej nie znajdzie się w takiej sytuacji. Nigdy więcej.
Nasyciwszy się widokiem poruszających kończyn Wierzba podniosła się powoli i ogarnęła wzrokiem to pełne gorzkiego zwycięstwa pomieszczenie. Rozbebeszone ciało Zelera nie wywołało u niej żadnych emocji. Jęcząca chłopka również. Więcej czasu poświęciła Trefnisiowi, który to właściwie uratował ich wszystkich. Być może żaden z niego zwykły, pozbawiony rozumu grajek nie był. Jej umysł jednak nie miał siły na rozszyfrowywanie kim i czym jest ten mężczyzna, wciąż bowiem przeżywał to, co stało się przed chwilą.
Na pytanie Varame uśmiechnęła się nieprzytomnie.

— Wyprawa raczej skończona. Można ją również uznać za niezbyt udaną, szczególnie dla człowieka, który nas tutaj przyprowadził.— Wierzba wskazała ruchem dłoni truchło Zelera, podeszła nawet do niego odrobinę. Jej wzrok tylko przez chwilę zatrzymał się na pokrytej krwią mapie.— Najwyraźniej nigdy nie było nam dane na nią spojrzeć. — Parsknęła nerwowo, podnosząc upuszczony przez mężczyznę miecz.

Awatar użytkownika
Posty: 57
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

27 maja 2016, 22:12

Wół gwałtownie spanikował na sam już widok czegoś, co siedziało w tunelach. Nie wróżyło to zbyt dobrze, Yl nie miał jednak okazji przypatrzeć się co wywołało tę reakcję. Przyrżnął głową o brzeg wozu gdy zwierzę ruszyło w stronę wyjścia.

Nieco zamroczony podniósł się i zorientował, że wół prze twardo do przodu, wprost do upragnionej powierzchni i światła. Ylzziril był wściekły. Nie dość, że zerwał w głowę, to nadal czuł głęboki niesmak po tym co zobaczył. Żadne kurwa krasnoludzkie ruiny. Ludzie jak zwykle chcieli go oszukać, zaprowadzili wprost w jakieś legowisko gównianej bestii. Krasnolud warknął wściekle. Głupi, butni ludzie. Nie dość że wleźli wprost w paszczę bliżej nieokreślonego dziwadła, to jeszcze bili się między sobą jak dzieci.

Yl już tym rzygał. Pozwolił aby wół parł dalej, pozbierał się do kupy, odłożył kuszę na jej miejsce i wreszcie złapał wodze, aby usiąść na swojej skrzyni. Miał tego serdecznie dość. Miał dość tych śmiesznych ludzi i ich wymysłów, miał dość tej zapyziałej, śmierdzącej goblinem jaskini i zaczynał mieść dość całej Autonomii.

Żal mu co prawda nieco było tej dziewczyny, Wierzby. Wplątała się w jakieś bagno i mógł jedynie życzyć jej by teraz wyszła z tego, z czymkolwiek przyjdzie jej walczyć. Nieco żal mu też było Jagekhra, co prawda był strasznie dziwny i zachowywał się bardziej jak kolejny człowiek niż krasnolud, ale trudno było się mu dziwić. Pewnie wychował się w tym miejscu, pośród ludzi. Nie mógł oczekiwać, że ktoś kto nigdy na oczy nie widział Złotego Wąwozu będzie tak łatwo znajdował z nim wspólny język jak jego bracia z tych okolic. Bądź co bądź nadal chyba był krasnoludem - jaskinie i ich monstra nie były mu raczej straszne, nawet w tej zabawnej, nabijanej kolcami zbroi.

Zapewne później miały dopaść go wyrzuty sumienia, ale wściekłość chwilowo przesłoniła mu ocenę sytuacji. Miał tego wszystkiego serdecznie dość, nie zawracał wołu.

Awatar użytkownika
Posty: 521
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

31 maja 2016, 12:15

MG

Wszyscy powoli dochodzili do siebie, nie licząc Trefnisia, który siedział i się nie ruszał, patrząc tępo przed siebie. Nie reagował w żaden sposób na swoje otoczenie. Zapewne magia pozbawiła go zupełnie umysłu. Grynfa również zdawała się tkwić w jakimś letargu, jej wrzaski ucichnęły i teraz tylko jęczała po cichu. Na zwykłą wieśniaczkę nikt też nie zwrócił specjalnej uwagi mimo jej krzyków. Większe zainteresowanie zostało okazane Zelerowi, ale bynajmniej nie dlatego, że komuś było go żal. Mapa, którą posiadał była w tym momencie zupełnie bezużyteczna. Najbardziej aktywny był Jagekhr, który miał zamiar zabrać tyle straszliwego gada, ile tylko zdoła. Musiał się spieszyć, pochodnia dopalała się szybko. Ostatecznie zdołał obłuskowić bestię do połowy i obciąć jej łeb. Krasnolud czekał na swojego pobratymca z wozem, ale po Ylu nie było ani widu, ani słychu. Została im ostatnia pochodnia, którą miała Grynfa, ale chłopka dalej siedziała nieruchomo razem z Trefnisiem. Światło wystarczyłoby im na powrót lub kilka godzin podróży wgłąb jaskiń. Jagekhr nie znalazł niczego co nadawałoby się do przechowania jadu, nikt inny też nie kwapił się, żeby pomóc krasnoludowi, ale wciąż mógł on wziąć cały łeb ze sobą, chociaż nie było to łatwe.

Tymczasem wóz Yla ciągle jechał w stronę światła. Krasnolud nawet, gdy już się pozbierał to pozwolił wołu dalej ciągnąć do wyjścia. Yl miał dosyć tego wszystkiego i postanowił opuścić resztę, dając sobie spokój z ich gierkami. Nawet jeśli byli w niebezpieczeństwe to przecież nic go to nie obchodziło, nie przepadał za ich towarzystwem. Krasnolud spędził z nimi mimo wszystko sporo czasu i trochę ich poznał, więc mogło się to wydawać dziwne. Takiego zachowania można było się prędzej spodziewać po mrocznym elfie lub kotołaku. W każdym razie Yl opuścił jaskinię bez szwanku, tracąc jedynie czas. Nie zauważył nawet Drytraka leżącego w cieniu pod ścianą nieopodal wyjścia.

Awatar użytkownika
Posty: 44
Rejestracja: 23 lip 2015, 18:26
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3526#53631

02 cze 2016, 19:15

Czarodziejka wpatrzyła się gdzieś w dal, marszcząc brwi. Była zmęczona, przepełniona rezygnacją i wstrętem. W skroniach czuła rytmiczne ćmienie. Nawarstwiające się wyczerpanie psychiczne wreszcie jej sięgnęło – wszystkie te płaszczyzny irytacji, poczucia bezcelowości i absurdu, które doznawała, oplatały jej głowę mackami otępienia. Czuła się ociężała, pod każdym względem.

Musiała powstrzymać się od ciężkiego westchnięcia, kiedy przykucnęła nad Zelerem, poszukując skrawka czystego materiału na zakrwawionych ubraniach mężczyzny. Było to trudne, zważywszy na mdłe oświetlenie, ale wymacała w końcu coś, co wydawało się odrobinę mniej śliskie. Wytarła palce i mapę na tyle, ile mogła, a następnie zawinęła ją w materiał i schowała do swojej sakwy. Nie wróżyła jej żadnej świetlanej przyszłości, ale… kto wie? Na pewno nie zamierzała jej wyrzucić.

Przynajmniej żyjemy. — stwierdziła beznamiętnie, bez większego przekonania. Nie chciało jej się nawet wzruszyć ramionami.

Zamiast tego podeszła do Grynfy. Biedna dziewczyna. Wszystko to musiało paść jej na głowę – siedziała, wpatrując się w przestrzeń oczami pustymi jak u martwego. Nie zareagowała nawet wówczas, kiedy Varame położyła jej dłoń na ramieniu.
Współczuła jej. Pomimo tego, że chłopka sama była sobie winna wszystkiego, co się jej przydarzyło. Mogła umrzeć przez swoją głupią, bezsensowną odwagę.
Varame spojrzała na zwłoki Zelera.
Mogła przeżyć z twarzą przeżartą przez jad potwora.
Varame przypomniała sobie przeraźliwy, przeszywający uszy krzyk. A potem żałosne pojękiwanie. Widmowy ból.

Dlaczego ludzie nigdy nie uciekają przed kłopotami? Chciałaby pomóc tej kobiecie. Naprawdę. Nikt nie będzie się nią przejmował, jeśli nie wstanie i nie pójdzie o własnych siłach.
Mocniej ścisnęła jej bark, zebrała w sobie resztki energii i popchnęła ją w impulsie pozytywnych uczuć wgłąb Grynfy, wkładając w niego tyle własnych sił, ile zdołała. Na chwilę ciemność przesłoniła jej świat. Musiała opaść na jedno kolano, żeby nie zwalić się na ziemię niczym wór ziemniaków. Odetchnęła głęboko. Raz, dwa razy. Wdech na trzy uderzenia serca, wydech na pięć.
Ćwiczenia pomagały.

Czarodziejka odebrała chłopce ostatnią pochodnię, podczas gdy ta, jak miała nadzieję, budziła się z szoku. Odpaliła ją od poprzedniej i uniosła wysoko. W jaśniejszym, bardziej wyraźnym świetle lepiej ujrzała resztę dotychczasowej drużyny, w tym siedzącego nieruchomo niczym posąg Trefnisia. Zdecydowała przyjrzeć mu się bliżej, zanim opuści tę ciemną czeluść.
Nie raczył obdarzyć ją jakąkolwiek reakcją, chociaż Varame zauważyła, jak jego źrenice zwężają się w cieniutkie szparki, kiedy przysunęła pochodnię. Zmrużyła oczy z irytacją. Nie miała już siły na żadne sztuczki, więc po prostu przyłożyła mu w policzek. Była zmęczona i nie włożyła w to wiele siły, a mimo to błazen i tak prawie wygrzmocił łbem w kamienną podłogę. Na szczęście zatrzymała go na czas, ujęła i delikatnie ułożyła, tyłem głowy na skale.

Cóż, nie zatęskni za nim, jeśli się nie obudzi. W Autonomii będzie wtedy o jednego niebezpiecznego mimowolnego czarownika mniej.

Wynoszę się stąd. Wam radzę to samo — spojrzała na leżącą pod ścianą, dopalającą się pochodnię — Chyba że ktoś ma ochotę błąkać się na ślepo.

Ulotniła się, tak po prostu, nie do końca zważając na to, czy ktoś za nią podążył. To już nie była jej sprawa.

Awatar użytkownika
Posty: 37
Rejestracja: 23 lip 2015, 21:07
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3530#53751

03 cze 2016, 16:32

Oprawianie bazyliszka dokończył po ciemku, a milczące, niewidzące towarzystwo błazna - wreszcie uciszonego, na Czeluść! Cóż za ulga! - dawało mu sporą satysfakcję. Miał ochotę pstryknąć oniemiałą postać w nos, ale jakoś udało mu się powstrzymać. Przygotowawszy to, co miał przygotować, i zdawszy sobie sprawę, że na Ylzzirila nie było tu już po co czekać, wrzucił łuski i kilka oprawionych, owiniętych szmatami kawałów mięsa bazyliszka do swojej torby podróżnej, tyle, ile tylko mógł zmieścić. Zabrał także łeb - nie wiedział, czy coś z niego będzie, ale nie zaszkodzi owinąć go szmatami z Zelera i zabrać ze sobą. Pochodnia mało go obchodziła, widział na tyle dobrze, żeby bezproblemowo dotrzeć z powrotem do wyjścia z jaskini. Przez chwilę bawił się z myślą, czyby nie pójść dalej samemu - doszedł jednak do wniosku, że jest to odrobinę zbyt niebezpieczne. Miał wszakże pełne ręce roboty z jednym bazyliszkiem, a Ylmina jedna wie, ile mogło ich tam na niego czekać dalej. Wróci tutaj kiedyś, i zbada tę jaskinię do końca, na Zeatela. Na razie jednak, zadziwiająco roztropnie, jak na niego, odwrócił się i pomaszerował w stronę wyjścia, obciążony swoim ładunkiem. Niedługo przyjdzie czas skosztować mięsa bazyliszka - jeszcze nie miał okazji próbować takiego specjału.

Awatar użytkownika
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

04 cze 2016, 00:59

Wszystko szło po myśli chłopki. No może nie do końca, ale jej starania chociaż raz przynosiły jakikolwiek pozytywny skutek. W końcu zajęcie jaszczura w inny sposób niż zostanie jego posiłkiem było niełatwą sztuką. Mimo, że sztuka oślepienia gada nie udała się, wieśniaczka z rosnącym zapałem przystąpiła do dalszego drażnienia i odwracania uwagi przeciwnika. Ten w końcu popełnił błąd, wystawiając się na atak krasnoluda.

W tym momencie fatum ciążące nad wieśniaczką dało o sobie znać po raz kolejny - nadzwyczaj skuteczny cios Jagekhra sprawił, że bazyliszek opluł Grynfę żrącą cieczą. Nad chłopką zapadła gwałtowna, pełna ostrego, wszechogarniającego bólu ciemność. Kwas jak woda spływał po jej twarzy, wypalając wszystko, co napotkał. Wieśniaczka krzycząc z bólu i przerażenia próbowała wymacać oczy, które tak nagle przestały funkcjonować. Bezskutecznie. Chwilę później straciła przytomność, padając bez oznak życia na ziemię.

Przebudzenie nastąpiło szybko, jednak nie zmieniło wiele w zniszczonej bólem psychice chłopki. W dalszym ciągu cierpiała niewymowne katusze, mimo, że ból zdawał się słabnąc. Po chwili ustał zupełnie, jednak nie zmieniło to niczego w tragicznej sytuacji, w jakiej znalazła się dziewczyna. Mimo, że mogła już wymacać oczy, nadal nie chciały one działać, jakby bogowie wrócili jej niedziałający narząd tylko po to, by sobie z niej zakpić. Rozpacz Grynfy była tak wielka, że usiadła na ziemi, cicho łkając. Po chwili łkanie ustało, ustępując wszechogarniającej apatii.

Nie wiedziała, jak długo siedziała, wpatrując się niewidzącymi oczyma w przestrzeń, jednak nagle coś kazało chłopce wstać. Coś kazało jej pokonać niemoc i ruszyć się z miejsca. Grynfa nie wiedziała, skąd dziwny impuls wziął się w jej głowie, jednak zdecydowała się go posłuchać, Stało się to nowym celem chłopki, czymś, co pozwoliło zapomnieć o ślepocie i odzyskać utracona wiarę w siebie.Wieśniaczka wstała z ziemi i podążyła za oddalającymi się odgłosami kroków współtowarzyszy.

Wróć do „Wichrowe Szczyty”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 7 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.