Obrzeża Derahun

Nazwa Pustyni Śmierci jest aż nazbyt trafna - bez znajomości tego terenu trudniej przeżyć tutaj dłużej niż dwa dni. Jeżeli przemierzającym ją śmiałkom dane będzie spotkać grupę nomadów lub pustelnika, z pewnością uzyskają informacje na temat najbliższej oazy, zwykle jednak oddalone są one od siebie o kilka dni forsownego marszu.
Awatar użytkownika
Ciemny
Posty: 759
Rejestracja: 14 lut 2011, 15:07
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
GG: 3113402
Karta Postaci: viewtopic.php?p=1099#1099

Obrzeża Derahun

07 kwie 2012, 22:25

Obrazek

W promieniu 5 km od Derahun można spotkać wieżyczki strażnicze, które dumnie stojąc, strzegą okolic wioski. Najdziwniejsze w nich jest to, że mają tylko podstawy kamienne i dach stworzony ze skór i drewna, gdyż reszta wydaje się być zrobiona jakby z piasku, chociaż jeżeli uderzy w ścianę wieży, to się jednak nie rozpada, jak zwykł piach robić. Z ich szczytów można zauważyć w oddali wielki namiot, który wręcz przeraża, gdyż nawet stąd czuć jego potęgę. Potęga ta chyba jest nawet całkiem realna, ponieważ ci, którzy potrafią wyczuwać magię, to będą wiedzieć, że to właśnie tam, jest tego źródło i nawet tutaj ma zasięg. Jednak w tym miejscu ta dziwna energia jest najsłabsza.
Ze szczytu tych wież strażniczych zawsze ktoś spogląda, czy to jeden, czy nawet trójka strażników, i jeżeli będą się tylko tobie przyglądać wędrowcze, to nic ci się nie stanie, jednakże gdy zauważysz jakiś tam ruch to módl się, byś miał przy sobie pieniądze…
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Fraen
Posty: 372
Rejestracja: 06 gru 2011, 15:58
GG: 15995773
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1256

25 kwie 2012, 22:09

Tu odpisujecie po tym, jak odpiszecie w Okolicach Wieży. <Mruży oczy.>

MG:
Persony w liczbie dwóch zabrały się na ambitną przechadzkę przez środek morderczej pustyni, zupełnie ignorując srogie warunki pogodowe, za co później zapłacili. Niezbyt hardy mąż i chyża dziewka. I o ile ta ostatnia sama by sobie poradziła, tak mający ino jedno w głowie demon jeno przeszkadzał. Kobieta może i nie była najsilniejsza, jednak była magiem, czy też alchemikiem i znając tę drogę, skupiając się tylko na niej, martwiąc się tylko o siebie – miałaby zdecydowanie większe szanse na dojście do Milanoith, niż… Z próbującym ją uwieść demonem, który raz na tysiąc lat opuszczał burdel, o wkraczaniu na pustynię na wspominając.
Podczas wędrówki rozmawiali, uśmiechali się do siebie, robili wszystko, tylko nie przejmowali się aurą. Przynajmniej demon tego nie robił. Cały szczęśliwy szedł za Wiedźmą, która prowadziła go jak dziecko, trzymając za rękę. Ona miała baczenie na trasę i ona bała się, coby nikomu nic się nie stało. Gibko chwyciła go i pociągnęła tak, aby skrył się za Tutsi. Wiedziała co będzie mogło mieć miejsce, on jednak… Każdemu mężczyźnie zbrakłoby słów. Kobieta musiała się o niego martwić… Czy to hańba. Dla roskvara – zapewne. Dla niego – cóż, można by polemizować.
W końcu, w jednej chwili zerwała się burza piaskowa. Zaskoczyła ich. I nie można winić kobiety. Starała się coś zrobić, jednak tu, nawet najwytrawniejszemu wędrowcowi opadłyby ręce. Najroślejszy mąż padłby na kolana pod siłą tego wiatru. Tu nie liczyły się nawet umiejętności, ino szczęście. Cóż. Oni mięli pecha. …trafić na mnie.
Obydwoje padli bez tchu.

Półdemon powoli zaczął otwierać oczy. Na razie widział jeno mroczki i plamy. Na skórze nie czół już zimnego wiatru, a i piasku, który formował dotychczas trąby wszelkiego rodzaju i tunele oraz ciął ciała i wsypywał się do… Miejsc, do których nie powinien.
Widział ciemność. Głównie wynikło to ze stanu Keitha, który dopiero się przebudził. Leżał. Ułożony w poziomej pozycji w jakimś pomieszczeniu, na… Łożu. Raczej łożu. Miał osłabione czucie, a jednak dłonią wymacał skórę bydlęcą pod sobą. Pod nią najpewniej warstwa słony, a to wszystko na kilku kamiennych bloczkach.
W końcu, był już w pełni wszystkiego świadom. Leżał w pomieszczeniu, a nad nim stała postać z pochodnią. Ork. Niezwykle duży, umięśniony… Nagi.
– Zanim cię wychędożę, masz jakieś pytania? – zaczął bez zbędnych ogródek szaro-zielony dryblas, stosunkowo śmiesznym głosem.
Kieth niewątpliwie był zszokowany. Powinien teraz leżeć zimny na piasku pustyni, a tymczasem… Wisi nad nim ork, który mówi coś o seksualnej, niewątpliwie, inicjacji między ich rasami. Chociaż… Kto wie, co parzyły już półdemony rasy bohatera… Zresztą, czy to istotne w tym momencie?
Pomieszczenie wyglądało na opuszczone. Przez śniade szyby wpadał jeno mrok nocy. Pochodnia zaś rzucała światło na stolik, drewniany, na krok od "łoża", cały zapewne przepróchniały. Poza tym – kilka skór zwiniętych w kłąb, kilka rozciągniętych. Ściany były ułożone z glinianych cegiełek. Strop znajdował się na wysokości dwóch metrów. Zaś wymiary na płaszczyźnie poziomej, to odpowiednio – pięć jardów na długość i z siedem na szerokość. Gdzieś w ścianie wyłom, czy dla niego pewnie… Coś na rodzaj odrzwi.
Na zewnątrz wciąż wiał wiatr i latający piach zapewne nie pozwalał ujrzeć nawet wyciągniętej do przodu własnej dłoni. Była noc. Kompletna. Do uszu leżącego wewnątrz tajemniczego pomieszczenia dochodziły dosyć głośne szmery, z drugiego pomieszczenia, które było ciemne. Najpewniej było tam coś, co służyło za okno; efekt był widoczny. Mimo wszystko, nie było mu zimno…

Kobieta ocknęła się gdzie indziej. Inne pomieszczenie, z ośmioma ścianami. Dosyć duże. Całe z drwa, podłoga i ściany, gdzie na co drugiej rozciągnięte były wygarbowane futra. Dach nie był łaski, jeno spiczasty, co mogło wskazywać na to, że była do wieża.
Jedynymi meblami był trzy cztery niskie ławy, po jednej stronie i… Tron? Wielkie siedzisko, szerokie skórami garbowanymi wysłane. To właśnie na nim przebudziła się Ajlin.
Była obita, jednak osłabione czucie wynikłe z omdlenia i miękkie skóry pozwalały o tym zapomnieć. Nie miała przy sobie ani różdżki, ani Kota, o wielbłądzie nie wspominając. Jej suknia miała jeno jedno zadarcie, niezbyt duże.
– Obudziłaś się… – charknął, dotychczas kryjący się w cieniu, jegomość. Również był orkiem. Wyglądam jednak różnił się od tego, w które ręce, dosłownie, dostał się biedny półdemon. Ten był bardziej sędziwy, miał śnieżnobiałą brodę, krzaczaste czarne brwi. Spod dosyć śmiesznej, wysokiej czapki – wystawały mu białe jak śnieg pukle włosów. Ciało miał całe pomarszczone, twarz niemalże zdawała mu się odpadać. Miał w niej wiele kolczyków w postaci kości, przebijającej nos, uszy i brwi. Wyglądał na poczciwego, jednak, czy ten epitet pasuje do… Orka?
Wyłonił on się z kąta, na sobie miał obszerny, jednoczęściowy płaszcz. W dłoni miał kielich, z jakiegoś stopu metalu, ręce mu drżały, a wyciągał je w kierunku damy, która rozłożona była na tronie.
– Napij się tego – snuł kolejne zdania swoim starczym głosem, zbliżając się i podsuwając pod nos dziewczynie naczynie z czerwonym płynem, które nie pachniał jak wino. Patrzył kobiecie w oczy.
Mógł mówić z pozoru śmiesznie, aczkolwiek na pewno nie było teraz nikomu do śmiechu.

Co tu się wyprawiało…
Awatar użytkownika
Siwa Wiedźma
Posty: 56
Rejestracja: 29 mar 2012, 10:59
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26186#26186

29 kwie 2012, 12:19

Wiedźma otworzyła powoli oczy z pomrukiem niezadowolenia i zmieszania. Była zdezorientowana. W pierwszym odruchu, przyłożyła dłoń do skroni, i zaciągnęła pałętające się kosmyki dłonią, zaczesując je palcami za czoło. Wzdychania, drugą dłonią badając podłoże miękkie, puchate. Patrzyła się przymrużonymi oczami bezmyślnie w sufit i dopiero nieznany jej dźwięk uświadomił jej, że to nie pustynia, że nie leży pod piaskami, że nie ma przy niej ani towarzysza, ani jej wesołego zwierzyńca, że jest w czyimś domu, w czyimś łożu…Wzdrygnęła się i podniosła energicznie, co przypłaciła faktem takim, iż organizm jej przypomniał jej jak to się poobijała cała. Przymknęła oczy i znów je otworzyła powoli badając wnętrze, a zwłaszcza osobę starego orka, zmierzającego w jej kierunku. W pierwszym odruchu naciągnęła na się poły materiału, przyciskając je do piersi i usmiechneła się dość naerwowo. Jakby nie było, kołotało jej się w głowie jedno podstawowe pytanie.
-Co się stało, gdzie, co…? – Ściągnęła brwi, patrząc na dziada i ujmując od niego kielich i kończąc tam gdzie ucięła pytanie –…Co z moimi towarzyszami? – Spytała, ściągając bose stopy na deski, zmieniając pozycję na siedzącą, trzymając pucharek w obydwu dłoniach. Zapominając o poleceniu i zasypując istotę może irytującymi, lecz podstawowymi pytaniami, na które wyczekiwała odpowiedzi. Martwiła się i była zaniepokojona o losy Keitha, czy też swoich czworonogów irytujących. Pewnie dlatego, polecenie, które początkowo zignorowała doszło do niej po pewnym czasie. Popatrzyła w czerwoną ciecz. Zmrużyła oczy. Nie miała zamiaru pić alkoholu, kiedy nie potrafiła określić sytuacji w której się znalazła, lecz…Nie było to wino.
-I czym chcesz mnie poić? Starcze?– Podniosła pewne spojrzenie, rzucane spod rzęs na staruszka. Cóż…miała pytania więc je zadawała oczekując uzyskania jakiejś wiedzy. Jak też nabrała swoistej pewności siebie. Ogr nie wyglądał na groźnego, srogiego, to też Ajlinowa czujność i ostrożność się nieco przytępiły.
-Długo byłam nieprzytomna?
Awatar użytkownika
Keith
Posty: 75
Rejestracja: 04 kwie 2012, 13:37
GG: 22266238
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26471#26471

30 kwie 2012, 10:26

Keith ocknął się. Większość ludzi jest półprzytomna zaraz po przebudzeniu, ale on wytworzył sobie pewną cechę charakterystyczną dla większości bardów, łotrzyków i awanturników. Można tą cechę nazwać "No dobra, to na czym stoimy?". Jak to działa?
Najpierw pojawiają się ostatnie wspomnienia jakie zarejestrowano. Hmmm… sypiący piasek, upadek, ryki przerażonego wielbłąda… To nie zapowiada dobrze.
Następnie następowało sprawdzenie stanu obecnego. Wszystkie organy i kończyny zdawały się być na miejscu. Obolałe, posiniaczone, ale nie stwierdzono braków na stanie ani krwawień. Lekkie zawroty głowy, suchość w ustach i kilka obić to nie był pozytywny wynik, ale w granicach akceptowalnych dla danej sytuacji.
Następnie uruchamiają się zmysły. Zmysły zaskoczone stwierdziły brak piasku, brak wielbłąda i ogólny brak pustyni w najbliższym otoczeniu. To zapowiadało całkiem nieźle.
Potem odkrył obecność łóżka. To ważny element. Po pierwsze, oznaczał że ktoś go uratował, a zapewne Siwą też. Po drugie, to ktoś na tyle cywilizowany by nie zadowalać się kupą szmat albo gałązek. Po trzecie, ten ktoś umieścił go w łóżku, a nie dajmy na to loszku albo spiżarni, powieszonego za ręce na haku. To bardzo pozytywny sygnał.
Nadszedł czas na otwarcie oczu. Szybkie zbadanie otoczenia. Wyposażenie proste, wręcz prymitywne. Ale w tutejszych warunkach to zrozumiałe.
Uszy wyłapały wypowiedź. To bardzo ważna sprawa w takich sytuacjach. Możesz się obudzić w wygodnym miejscu, ale usłyszenie "trzymajcie go, a ja idę po nóż" zepsuje całe dobre wrażenie. Można się też obudzić w zimnym, ciemnym miejscu na twardym podłożu, ale usłyszeć "jak dobrze, że nic ci nie jest.". To od razu podbudowuje. W tym jednak wypadku nastąpił pewien dysonans. Chociaż treść była całkiem w porządku, wręcz miła… To jednak ton i głos wypowiadające całkowicie zepsuły całe wrażenie.
Keith skupił spojrzenie na orku.
Umiejętność "No dobra, to na czym stoimy?" pozwoliła mu w ciągu kilku sekund wyciągnąć wniosek – Nie jest dobrze, mogło by być lepiej, ale prawie na pewno będzie gorzej.
Czasem takie dni po prostu musiały się zdarzyć.
Otrząsnął się na tyle by dotarło do niego, że ork czeka na odpowiedź. No, oczywiście Keith miał czasem nastrój by nie ograniczać swojego zainteresowania do kobiet. Do samych orków też nic nie miał. Kiedyś nawet pewna pijana orczyca niemal siłą wyciągnęła go z sali i… no w sumie poza paroma siniakami i zwichniętym nadgarstkiem było całkiem fajnie… No ale na to wszystko musiał mieć nastrój, a teraz niestety wolałby kubek… nie, dzbanek wody – od jakichkolwiek zabaw.
– Jedno pytanie – zachrypiał i odchrząknął, podnosząc się ciężko na klęczki i rozglądając się półprzytomnie. – Można to przełożyć, bo zaraz chyba będę rzygał…?
Grał, oczywiście. Drobne zawroty głowy nie były takie silne. Ale mogły zniechęcić potencjalnego gwałciciela, bo nikt nie lubi sprzątania wymiocin. A Keith był już w życiu kilkakrotnie gwałcony w brutalny sposób i nie miał najmniejszej ochoty powtarzać doświadczenia. A więc teraz plan był prosty. Udawać oszołomionego i bezbronnego, przyjąć dobrą pozycję startową i ruszyć do ucieczki gdy tylko będzie okazja. Na zewnątrz ciągle panowała ciemność i wiał wiatr, ale musiał być dużo słabszy, skoro ork zdołał go tu ściągnąć. Chyba że użyto jakiejś magii czy innych sposobów. Może być ciężko i Keith nie wiedział gdzie się znajduje, ale każdy dobry tchórz i skuteczny uciekinier wiedział, że na początku najważniejsze jest "przed czym?", a "dokąd?" można rozważać dopiero jak między tobą a ścigającym jest odpowiedni dystans.
Miał tylko nadzieję, że osłabione nogi dadzą radę wyforsować go do przodu, a zaskoczenie orka i jego nagość nie nakłoni go do zbyt intensywnego pościgu. Gdy tylko wyczuł okazję – ruszył.
Fraen
Posty: 372
Rejestracja: 06 gru 2011, 15:58
GG: 15995773
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1256

01 maja 2012, 15:35

MG:
Podróż przez pustynie może kończyć i rozwijać się przeróżnie. Można, na przykład – dojść do celu, albo nie dojść. Istnieje dowolność wyboru. Wśród innych opcji znajdziemy padnięcie z wycieczenia, pragnienia, czy też głodu. Część decyduje się na postój. Czy to mądre? Pozornym sposobem na przeżycie jest rozbicie bezpiecznego obozu. Czy aby na pewno? Raczej nie. I tak pewnie zostanie on zmieciony nocnymi wiatrami. Tak naprawdę jedyną sprawdzoną metodą na ujście z życiem podczas postoju jest skrycie się w wypatroszonym wielbłądzie i przeczekanie tam złej aury pogodowej. Powiadają, że bezpieczne są oazy. Jednak iluż głupców, którzy zaufali wzrokowi, zamiast w wodę rzuciło się w piach?
Spośród wyżej wymienionej, jakże obszernej, a i nie kompletnej, gamy możliwych rozwiązań dwójka bohaterów postawiła na padnięcie od srogich wiatrów wieczornych. Cóż poradzić. Prawda jest jednak taka, że w tych rejonach trzeba mieć po prostu szczęście. Ajlin i Keithowi go zbrakło.

Mężczyzna obudził się w jakimś ciemnym pomieszczeniu, dosyć niskim. Leżał na twardym łożu, a nad nim "stał"… Ork. Jakże niezręcznie musiał się poczuć w tej sytuacji demon. Po perturbacjach na gorących piaskach, na pewno nie miał teraz ochoty na gorący romans z masywnym orkiem.
Domyślny ratownik zapytał elokwentnie, czy aby mógłby służyć jakąś radą, czy też rozwiać pewne wątpliwości. Cóż za kulturalna istota, wręcz niepojętnie. Fakt, mogłaby rzec, że największą przysługą dla świata byłby teraz zgon wychudzonego rannego. Pełne testosteronu stworzenia na pewno nie pogardziłoby i trupem. A i nie stawiałoby żadnych oporów. Czy było mu to obojętne? Pewne jest to tak samo wiadome, jak to, co zielonoskóry czynił z Keithem, gdy go znalazł, a ten nie miał jeszcze świadomości.
Wielkolud niecierpliwił się. Małym palcem wolnej ręki zaczął sunąć niedbale po udzie leżącego, drapiąc go co jakiś czas obgryzionym pazurem; przygryzając przy tym wargi i uśmiechając się mimochodem.
Cały był nagi, co zapewne nie umknęło uwadze żylastej ofierze, najpewniej, przyszłego gwałtu. Minęło trochę czasu, zanim zszokowany otrząsnął się i odpowiedział. Zapytał konającym głosem aktorzyna o miejsce do zwrócenia zawartości żołądka na ponów do tego świata, a ork otworzył szerzej oczy, pochylając głowę, jakby nie mogąc dosłyszeć.
– Rzygać… – powtórzył jak echo. Zmarszczył brwi i łapiąc za poły koszuli, które demon miał na sobie, poderwał go do góry. Szarpnął nim, cały czas będąc "w gotowości". Zielony prężył się, dopiero teraz uratowany mógł mu się przyjrzeć dokładnie.
Ork dosłownie nic nie krył. Poczynając do stóp – miał ja duże, bardzo. Od spodu zapewne zdrewniałe. Szpony czarne, czarno-zielone, połamane, i zdecydowanie za długie. Łydki i uda masywne, przechodzące tłuszczem i gęstym owłosieniem. Przyrodzenie wyłaniało się z gęstwiny zapewne gęściejszej niż na głowie. Czarne jak noc. Samo zaś narzędzie do ewentualnych gwałtów miało długość dwóch dłoni mężczyzny, nienaturalnie długie. Zapewne nie próżnował – sądząc po całości – przez swoje około czterdzieści lat. Brzuch duży, rosnący najpewniej po alkoholu, jednak obudowany w specyficzną tarczę z mięśni. Ruszał się cały czas, jakby żył własnym życiem. Dłonie niemalże starcze, a jednak w sile wieku. Stan paznokci podobny do tych na stopach, na pewno nie jedne poczułby się obrzydzony. Ręce silne, męskie, również owłosione, gęsto czarnym włosiem. Szczecina widniała też na klatce orka. Piersi były podobnym połączeniem, jak na brzuchu. Wiszące od tłuszczu, a jednak wypukłe od mięśni. Na twarzy miał bardzo gęsty zarost, czarny, przechodzący lekką siwizną. To go postarzało, przez co równie dobrze mógł liczyć dobre trzydzieści wiosen. Zarost siwieje przeto najszybciej. Wśród gąszczu przetłuszczonych, pozlepianych i gdzieniegdzie powiązanych w niedbałe imitacje warkoczyków – dało się wypatrzeć kły, wystające, żółto-czarne. Rozchodziły się w dwie strony, a jeden był ułamany na końcówce. Woń z jego ust nie zaliczała się do tych przyjemnych. Zionął ni to czosnkiem, ni to łajnem. Twarz miał zaniedbaną. Pod krzaczastymi, sterczącymi brwiami jawiły się małe, kaprawe oczy. Tęczówki tak szare, że niemalże czarne. Zlewały się ze źrenicami. To co rzucało się w oczy to przekrwienie gałek. Ta jakże szkaradna – a jednak nieskazitelnie szlachetna, niczym błyszczący diament królestwa – postać ukoronowana była czupryną. Czarną. Podobnie do brody była zaniedbała. Zupełnie jakby o niej zapomniał. Łój niemalże kapał mu na ramiona. Pukle miał przeróżnej długości. Z tyłu wisiały mu niemalże do jędrnej orczej rzyci, z przodu jakiś kłaczek leżał mu na krzywym, garbatym nosie (z którego swoją drogą starczały niezwykle długie włosy, a jakże). Po bokach, z lewej przycięty przy skórze, z drugiej miał nieco więcej cali. Nie można było dostrzec tu żadnej całościowej spójności, czy też stylu, w jakim był strzyżony. Najpewniej robił to samemu, będąc przy tym pod wpływem płynów wyskokowych. Straszna czupryna. Podobnie to całej postaci. A przy tym wszystkim szczery, rzekłby nie jeden – głupkowaty, uśmiech.
– Tak, tak, już – rzucił fonią niską, a głos mu się złamał, niczym młodzianowi, na wysoki.
Kiedy roztargniony to powiedział, obrócił się i znów wbił wzrok w swojego przyszłego kochanka. Wyciągnął się i zamocował pochodnię w stoliku, w przerwie ułamanej między zamknięciem, a właściwą częścią. Keith stał na miękkich nogach, jednak ork mu pomógł. Uwolnioną ręką chwycił go za tył i tak go trzymając uniósł i czule objął.
Nie przejmując się zachowaniami demona, rękę z piersi przełożył mu na prawy bark i zbliżył jego twarz do swojej. Robiąc dzióbek, zachichotał i cmoknął malutki nosek swojej "ofiary".
Następnie zginając biedaka w dół, rozejrzał się. Zaczął kierować się do sąsiedniego pomieszczenia. Przyrodzenie orka było niebezpiecznie blisko brzucha bohatera. Traktowany praktycznie jak rzecz był w silnych rękach napalonego stworzenia.
Wyszli z izby i znaleźli się z innym pomieszczeniu. Przekroczyli jedne drzwi, kulturalnie otworzone kopniakiem, który sprawił, że naprężone, sterczące prącie zielonego musnęło koszulę wiszącego w powietrzu. Poza tym, był jeszcze jeden portal, bez wrót i ostatni – najpewniej centralne wyjście.
Okazało się, że nie był to zwykły pokój, a bardziej pół-pokój. wszystko to połowy było normalne, jednak od tejże, dach był nie z kamienia, a z drwa; no i ściany, a w zasadzie ich brak. Były jeno szkieletem, także drewnianym. Brakującej równoległej do wejścia ściany nie było. Pomieszczenie było do połowy przedzielone murkiem kamiennym. A za nim stały woły, trzy. Dwa z nich spały, ostatni jeno leżał. Zadami ustawione były do wyjścia. Miały koryta z wodą, nie za czystą, oraz jakimś rodzajem siana. Poza tym, w części jeszcze normalnej pod ścianą, tuż przy wyjściu stały dwie miotły i łopata. Po przeciwnej stronie, do której się kierowali – wiadro. Bardzo duże.
Kiej podeszli, a w zasadzie to podszedł (ork, bo Keith był niesione niezręcznie na rękach), stanęli nad wymienioną drewnianą misą. Brutal ujął swoją niezobowiązującą miłość w pasie, i jego rzyć przyciskając do swojego przyrodzenia, przechylił w przód. Obrócił go zręcznie, a nie miał z tym problemów. Pozycja była jak najbardziej dogodna i do zwracania, jak i do kopulacji. Stopy demona wisiały nad ziemią oddalone o dobre kilka cali.
– Śmiało, rzygaj – zaczął głupkowaty osiłek, swoim śmiesznym głosem – jest tu jeno łajno – i zaiste na dnie zalegało całkiem sporo fekaliów. Po zapachu wywnioskować można było, że nie tylko zwierzęcych.
Niebo, które mógł ujrzeć przybrało barwę starego siniaka. Było czarne. Noc wezbrała na pełnej sile. Jednak wiatr nie ustał. Wciąż piaszczysty pył był zrywany z ziemi i skutecznie ograniczał widoczność.

W międzyczasie, gdzieś indziej ocknęła się dziewczyna. Jej miejsce aktualnego pobytu znacznie różniło się od tego, gdzie był jej towarzysz. Wszystko było tutaj bardziej czyste. Względnie. Tron, notabene barbarzyński, był bardzo zadbany. Ajlin nie mogła narzekać na brak wygody przy siedzeniu, czy też leżeniu. Był on bardzo duży i mogła się rozpłaszczyć bez większych problemów.
Sędziwy ork wyłonił się z cienia. Kobieta miała jeszcze trochę mroczków przed oczami, toteż dojrzała zarys jego sylwetki. Podszedł i zaproponował jej coś do picia. Ona zażądała wyjaśnień. Starzec cały czas oddychał ciężko, teraz jednak wyraźnie westchnął i podchodząc jeszcze bliżej, oparł się wolną ręką o podłokietnik, gdzie kobieta nie trzymała ręki.
Minęła chwila, zanim zaczął mówić. Kobieta mogła się mu przyjrzeć nieco bardziej trzeźwym wzrokiem i w lepszym świetle, dosłownie. Stał on teraz w centrum, tuż przed tronem, blisko kobiety, a przez otwór w dachu padał na niego mdły blask pełnej tarczy księżyca.
To co widziała wcześniej to jednoczęściowa szata. Miała barwę na w pół ciemnozieloną, na w pół granatową, z czerwonymi wykończeniami. Ciągnęła się po ziemi. Rękawy były długie do połowy przedramienia. Ręce były wychudzone, tak jak cały on. Na dłoniach nieco białego owłosienia, pazury długie, a jednak wyglądające na zadbane. Względnie. Żyły wychodziły mu na wierzch, a każda kość była wyraźnie zarysowana. Kołnierz jego stroju kończył się na obojczykach, które niemalże przebijały się przez szarą skórę orka. Szyja cienka, wyciągnięta. Biała broda związana była w trzy spore warkoczyki, które sięgały mu do mostka. Kieł wystawał mu jeno jeden, na dole. Nos szpiczasty, przebity jakąś kością; a oczy białe jak mleko, pusto patrzące w dal. Zdawał się nie mieć tęczówek. Dopełnieniem była czapa. Wysoka, na planie zmurszałego walca. W tych samych barwach co reszta ubioru, przyozdabiana kłami, czy też czymś na kształt rogów. Z tyłu ciągnęła się długim poła materiału, legnąca mu na plecy i przykrywająca górne części sterczącego kręgosłupa i małe, rogowate uszy.
– Spokojnie, mary-ahas, jesteś bezpieczna – uspokajał starzeć. – To obóz w Derashun – wyjaśnił. – Jam jest Krrohr Mądry gro-Yteh, wódz plemienia z tych rejonów.
Zrobił chwilę przerwy, coby zakasłać i znów kontynuować.
– Wczoraj wyruszył patrol w poszukiwaniu Dihaboo. A to – wskazał na kielich – jest krew jego dzieci. Napij się tego, a poznasz intencje wrogów pustyni – zastanowił się chwilę później, przypominając sobie, co jeszcze miał rzec. W końcu marszcząc brwi wykrztusił:
– Strażnicy karawany znaleźli cię niedawno, wracając z jałowych poszukiwań. Było to pół księżyca temu – rzucił tajemniczo i dodał – miałaś szczęście. Złe piaski mogły cię pochłonąć. Ciebie… – zatrzymał się, zachodząc w głowę i znów marszcząc czoło – i jego… Demona, dziecko Dihaboo. Znaleźliśmy go nieopodal twego ciała. A i dwa zwierze. Harruma, którym był przegnieciony i gvacera, wyglądającego na czającego się na twoje kości.
Zatrzymał się i spojrzał na wyjście, za tronem, po prawej. Kogoś się spodziewał. Otrząsnął się i wrócił do opowieści.
– Obydwa zwierzęcia zostaną złożone w ofierze, a i krew rozlana po pustyni jeszcze tej nocy. Demon jest w stajni. Jol miał się nim zająć do czasu, kiedy rytualny ołtarz nie zostanie oczyszczony. Takich stworzeń nie można zostawiać nawet martwych na piasku. Zły Dihaboo ich odnajduje i przywraca do życia – mówił głosem pełnym przekonania i większą werwą. – On zostanie pozbawiony głowy, a jego ciało zostanie rozciągnięte na krzyżu i spalone. Nie martw się…
Chciał kontynuować, jednak ktoś z łomotem wbiegł to sali tronowej. Gdyby Ajlin się odwróciła, ujrzałaby zakutego w śniadą, straszną zbroję jegomościa. Padł on szybko na prawe kolano, a starzec dał mu znak dłonią, żeby wstał. Nowo przybyły w ręku trzymał hardy pal.
– Wszystko gotowe – powiedział tylko, a wódz skinął mu głową.
Ten wyszedł, a stary ork spojrzał na kobietę.
Awatar użytkownika
Keith
Posty: 75
Rejestracja: 04 kwie 2012, 13:37
GG: 22266238
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26471#26471

07 maja 2012, 12:52

Keithowi nie udało się rzucić do ucieczki mimo wszystko. Czy był to brak okazji, czy wątpliwości co do własnych sił. A potem znalazł się w czułych objęciach rozpalonego orka i jego możliwości manewrowania znacznie się zmniejszyły. Pozostało mu czekać na dogodniejszą okazję. Miało to tą zaletę, że szykujący się do czynu gwałciciel mimowolnie z każdą chwilą poprawiał sytuację Keitha. Wygłodzony półdemon czuł jak siły wsączają się w jego wyposzczone ciało z każdą sekundą gdy podniecony ork rozmyślał co zrobi swojemu "jeńcowi".
Wybieg z symulowaniem chęci wymiotowania miał tą zaletę, że kupił Keithowi nieco czasu i pozwolił zorientować się w najbliższym otoczeniu. Niesiony półdemon starał się uważnie zbadać rozkład pomieszczenia. Oprócz tego musiał rozpoznać co się dzieje na zewnątrz. Młodzieńcze lata spędzone jako zabawka w burdelu pozwoliły mu bez problemu ignorować zachowanie orka. Musiał skupić się na innych rzeczach. Przymknął oczy i pozwolił by jego demoniczna część poszukała swoich źródeł pożywienia.
Przede wszystkim wyczuł pulsujący, gorący rytm niosącego go orka. Postarał się go na daną chwilę zignorować, skupiając się na bardziej odległych doznaniach.
W okolicy było dużo osób. To sprawiło, że Keith nieco podupadł na duchu. Zwłaszcza że z największego ich zgrupowania wyczuł specyficzne doznania. To było jak zaciśnięte mięśnie szczęki, jak dłonie świerzbiące by w coś uderzyć. Jak gorąco umieszczone za gałkami ocznymi, okrzyk usiłujący się wyrwać z gardła. Keithowi zrobiło się sucho w gardle. To nie wróżyło dobrze. Poza tym były też inne doznania.
Kilka niewielkich źródeł kojarzących się z uciskiem w dole brzucha. Zimnym potem na czole. Drżeniem głosu. Keith wciągnął powietrze. Czyżby Siwa? Nie zdziwiłby się, gdyby była teraz w takim samym jak on, albo i gorszym. Na szczęście nie odbierał tego ciężkiego, bolesnego doznania którego się obawiał. To pozwoliło mu na delikatną nutę ulgi, nawet jeżeli ulotnej. Mogła w końcu już nie żyć albo coś…
Otrząsnął się. Nie wyczuwał wiele więcej, a pozostałe źródła były przytłumione albo niejasne. Oczywiście, mogło być w pobliżu jeszcze wiele osób, ale mogły na przykład spać albo coś podobnego, znikając z zasięgu demonicznych zmysłów Keitha.

Znów skupił się na swoich ludzkich zmysłach. Było źle. Zakładał że w pobliżu było dużo krwiożerczych orków, a on wciąż był słaby, nie miał broni ani pojęcia gdzie jest. Ajlin mogła być w pobliżu albo i nie. Krótko mówiąc – do chrzanu.
Nagle jego twarz owionęły zapachy z kubła. O mały włos a wymówka w sprawie wymiotów nie stała by się prawdą. Keith z trudem opanował odruch wymiotny. Przynajmniej jego wiarygodność nieco wzrosła… Rany, co za smród…
Przez chwilę półdemon usiłował nie oddychać i złapać oddech jednocześnie, co nie jest łatwą sztuką. Ale w końcu żołądek przestał się buntować a w głowie wirować od nieprzyjemnych doznań.
Gdzie jestem? Gdzie jest moja towarzyszka? – wykorzystał chwilę by dowiedzieć się czegoś o swojej sytuacji. Każda informacja mogła być bezcenna. – Czego chcecie?
No dobra, może ostatnie pytanie nie było najmądrzejsze. Było pewne czego ork chce w tej chwili od Keitha, ale półdemon miał też nadzieję na poznanie szerszych motywów jego "gospodarzy".

Post napisany na podstawie materiałów od mg
Awatar użytkownika
Siwa Wiedźma
Posty: 56
Rejestracja: 29 mar 2012, 10:59
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26186#26186

13 maja 2012, 11:41

Wiedźma czekając na odpowiedź, wpatrywała się w istotę starczą swoimi brązowymi oczyma. Starzec o anemicznej posturze, łysiejący, posnuty korytami zmarszczek, które "zdobiły" go równie elegancko co rozmaite kolczyki w postaci kości sterczących z bladej tkanki. Jego osoba wyglądała co najmniej wątło, a ślepia zaciągnięte bielą były niepokojące. Ślepe? Może… Słowy pary – stary pryk – takie pierwsze wrażenie odniosła Ajlin, po bliższym oglądzie orka. Tj. Stary pryk mający zapewne wysoki rangą w społeczeństwie do którego należał. Droga szata, te pomieszczenie, kielich, czy nawet rozłożone futra…ciekawe z jakich egzotycznych zwierząt pustyni.
Uniosła brew ku górze w geście ponaglenia i chęci usłyszenia jakichkolwiek wyjaścnień dzięki którym mogła by poczuć się pewniej, by mogła się uspokoić mając wiedzę co do sytuacji w jakiej się znalazła. Szkoda jednak, że mimo wszystko, w tym przypadku świadomość sytuacji nijak nie mogła zapewnić jej jakiegokolwiek stanu poczucia bezpieczeństwa, czy stabilności…Lecz o tym miała dopiero się przekonać.
-W Derashun…– Powtórzyła płynnie za starcem. Uwierzyła w bezpieczeństwo, jak i lekko zmarszczyła nos słysząc potwierdzenie jego statusu społecznego o który już wcześniej podejrzewała, zaś na wzmiankę o zawartości kielicha, złączyła brwi i zamieszała czerwoną cieczą w kielichu tak, że ta obmyła jego ścianki. Cóż…trunek jak trunek, a krew już tym dzieciom się nie przyda skoro już nie bardzo…żywe. A i nie wypadało być obraźliwym i odmówić. Plemiona przeważnie bywały wręcz fanatyczne na punkcie religii. Przeszedł ja dreszcz. Nie myśląc więc dalej i nie rozwodząc się przechyliła kielich. W pierwszym odruchu zakrztusiła się z obrzydzenia. Zacisnęła powieki i upiła łyk, drugi…Starczy. Odstawiła pucharek na pod łokietek. Rękawem przetarła usta. Lepiej nie wiedzieć czym dokładnie było Dihaboo. Tak, dokładnie. Załóżmy, że chodzi o jakiś gatunek pustynnego gryzonia, lecz kolejne słowa niestety i temu zaprzeczyły. Bogowie…
Kobieta otworzyła szerzej oczy łapiąc się jedną dłonią za ramię, by się jakoś uspokoić. Jakiej ofierze?! Jak to czającego się…? Na Indruma…W co ona się wpakowała? W co wpakowała się ona i jej towarzystwo? Jakoś kobietę przeszyła obawa, która złapała ją za serce. Obawa o życie rogatego mężczyzny, jak i jej przyjaciół. Spuściła wzrok na ziemię by skryć swoje zmieszanie, strach, obawy, złość. Nie chciała obdarowywać takową mimiką osoby starca. Może był ślepy, a może nie. Ach…wzdychneła ciężko. Teraz potrzebowała spokoju i opanowania. Przygryzła wargę. Nie wiedziała nic o owym plemieniu, o miejscu w którym się znajdowała, o tym gdzie znajdowali się jej towarzysze. Agr! Cholera! I jeszcze to "Nie martw się"! Na bogów! Jak się tu nie martwić jak ci anonsowane jest, że twoje towarzystwo zostanie zabite!? Ku czci jakiegoś plemiennego bóstwa!?
Podniosła zatroskany wzrok.
-Tak, miałam tyle szczęścia…-Przytaknęła wodzowi, bo co innego miała w tym momencie zrobić? Tłumaczyć, że to nie tak? Przecież to nie miałoby sensu jeśli stworzenia te są aż tak głęboko wierzące. Jeszcze ona sama by skończyła na stosie, a wtedy kto próbowałby jakkolwiek wyratować od śmierci innych? Trzeba było kombinować, a na dodatek ciszę która zapadła na moment przerwał posłaniec informując, że wszystko już gotowe! Na bogów! Kombinuj więc kobieto!
– Krrohrze! Krrohrze, Mądry gro-Ytehu, proszę pozwól mi uczestniczyć w uroczystości. Choć krew pozwoli mi ujrzeć intencje wroga, choć da mi sposobność do tego by się nie obawiać…chcę spojrzeć w oczy temu stworowi i mieć pewność, że jest śmiertelny. – Skryła twarz w dłoni, którą zakryła usta, nos i oczy przymknęła.– Pierwszy raz otarłam się tak o śmierć i bliskość dziecięcia Dihaboo. Pozwól mi uczestniczyć, więc w ceremonii i zyskać pewność i rozwiać me obawy. – Powiedziała, odstawiając twarz, podciągając się dłońmi o podłokietniki, próbując wstać, jednakże zachwiała się umyślnie, potykając się jakoby przypadkowo o swoje stopy i niby "cudem" łapiąc równowagę zapierając się spowrotem na miejscu z którego powstała.
-Uch, wielki Krrohorze. Prosiłabym o jakąś podporę. Moje ciało umęczone przez piaski zawodzi mnie jeszcze, a naprawdę nalegam na chęć uczestnictwa w ceremonii ofiary. Ja, pustynna kapłanka, nalegam. – Powiedziała nieco niepewnie, mając nadzieję, że powoływanie się na religine wierzenia ludzi piasków coś wskórają. Że pozwolą zbliżyć się jej do Keitha i jej futrzastych przyjaciół. Oczekiwała wiec na dalszy rozwój akcji. Na aprobatę lub też jej brak ze strony "starszego".
-Nawet jeśli nie będę mogła wziąć udziału w ceremonii. Nalegam, pozwul mi spojrzeć w oczy tej istocie, by pokonać swój lęk.
Fraen
Posty: 372
Rejestracja: 06 gru 2011, 15:58
GG: 15995773
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1256

18 maja 2012, 01:22

MG:
Pustynia, ach pustynia. Za każdą zaspą, wydmą i wałem czeka przygoda. Faktem jest, że przygody rzadko kiedy są szczęśliwe i praktycznie nigdy tak się nie kończą… Ale przygoda to przygoda. Demon i kobieta na pustyni. Wielbłąd i kotowaty. Pewnego czasu była też i druga, zapuszkowana, dziewczyna. Ta ostatnia jednak postanowiła się oddalić od drużyny już pewien czas temu. Miniaturowej wersji karawany jednak to nie zatrzymało. Szli oni, aż w końcu bóg pustynnych wiatrów rozgniewał się…

Keith obudził się w dosyć nieciekawej sytuacji. Pierwsza myśl była na pewno dobra. W końcu został uratowany ze szponów niechybnej śmierci. Leżał w jakimś domu, ciemnym. Szybko jednak doszło do niego, co jest grane. Bytował nad nim napalony ork, ze sterczącym przyrodzeniem. Demon wiedział jednak jak się wyłgać. Wymienili dwa zdania, a nagi domownik zabrał go do pomieszczenia obok, trzymając go jak jakieś bydlę. Wymknął się spod szybkiego wychędożenia, pod pretekstem słabego samopoczucia. Znajdując się już nad miejscem docelowym, ofierze naprawdę zżerało się na wymioty…
Ork fukał śmiesznie przez nos, trząsając Keithen, jakby chcąc przyśpieszyć cały proces. Pocierał przy tym jego odbytem o swoje przyrodzenie, jednak tylko tyle. Przez pozory zniecierpliwienia wykazywał wyraźne oznaki zatroskania. Byłby na pewno dobrym jak i mężem tak i kochankiem. Demon nie był jednak chyba zainteresowany żadną opcją. Pewnie temu nazwane by to było "gwałtem".
Trwało to chwilę, zanim mężczyzna cokolwiek powiedział. Zdawać się mogło, że żylasty grał na czasie, coby sprawić, że podniecenie u jego przyszłego kochanka minie. Niestety, ten wciąż prężył się za nim.
Objął go udami od tyłu, widząc, że chyba mu przeszła ochota na zwracanie zawartości żołądka. Cofnął miednicę i już miał go nabijać, kiedy ten wyjęczał coś.
Dotychczas zbierał dane, korzystając ze swoich demonich mocy, teraz jednak postanowił się upewnić.
– Jesteś w moim domku, głuptasku – odpowiedział głupio I oczywiście. – O żadnej towarzyszce nic nie wiem. Dostarczyli mi cię samego. Miałem się tobą zająć przez pewien czas…– powiedział i wykonał kilka ruchów w linii poziomej, jakby chcąc się dostać do swojego miejsca docelowego. Zbliżył się.
Po chwili jednak, jego luby znów zadał pytanie.
– Lubisz grać niedostępnego, co nie? – rzekł słodkim akcentem wielki gwałciciel i zaśmiał się głupio. Poprawił sobie w rękach demona tak łapiąc go rękoma, aby mu nie uciekł.
Chrząknął, i wykonał koliste ruchy barkami, przyciągając go do siebie mocniej. Ich torsy stykały się. Zielony wystąpił prawą nogą w przód i już mógł wejść. Otarł się swoim przyrodzeniem o jego odbyt. Cały prawie się trząsł. Mruknął przeciągle. Chciał się wbić, kiedy nagle…
Z pomieszczenia obok dało się wysłyszeć świst, skrzypienie i kroki.
– Jol? – zabrzmiał donośny, gruby, a jednak kobiecy, głos.
Gwałciciel otworzył szerzej oczy. W jednej chwili rozluźnił mięśnie. Krew opuściła mu przyrodzenie, tak, że wróciło do swoich "normalnych" rozmiarów. On sam stęknął, i upuścił Keitha. Demon będąc w nietypowej pozycji, odrobinę nad ziemią, spadł na dół. Twarzą wylądował w kuble z łajnem. Ork szybko odwrócił twarz do wyjścia z pomieszczenia, którym przyszli.
– Jol, gdzie jesteś, idioto? – mówił coraz wyraźniejszy głos kobiety. Zbliżała się. W końcu – wsadziła głową do pomieszczenia. – Ach, Jol. Ubierz się, straż tu idzie – poinformowała wielka orczyca, która wkroczyła do środka, i niosąc jakieś szmaty, podała je mu.
– Jest i nasienie Dihaboo – rzuciła z wyraźną pogardą w głosie.
Jol pokiwał głową i wybełkotał coś na potwierdzenie.
– Za moment zacznie się ceremonia, musimy iść – zakomunikowała. – Najpierw jednak poczekajmy na moich braci…
Jol zaczął naciągać na siebie workowate ubranie, tkane z jakiegoś gatunku konopi. Szaro-bure, niezbyt eleganckie. Odsunęli się o krok od leżącej w starcie gówna osoby i rozmawiali. Kilka razy padło słowo "mąż" i "żona". A przynajmniej tyle wyłapał Keith. Mówiła głównie kobieta, wyzywając swojego lubego od kretynów i tępaków. I zaiste. Jol był kretynem i tępakiem. Był opóźniony, nie bardzo brał do siebie słowa kobiety – jego żony, czy innych współplemieńców. To nie było naturalne. Trzymać osobę upośledzoną wśród swoich. Jednak jak widać, nie był taki od urodzenia, nie sprawiał problemów, nie hańbił żadnych rytuałów i pewnie jeszcze do czegoś się przydawał. Jak jednak było dokładnie? Tego najpewniej nie dowie się na razie ani Keith, ani nikt inny obcy.
Słychać było, jak na zewnątrz ucicha wiatr. Wzmogła się za to rozmowa. Coraz głośniejsza. Dwie osoby. Szły tu. Nagle – pukanie, czy raczej – uderzanie do drzwi. Sami weszli i szli tu. Głośne kroki, aż w końcu znaleźli się w Sali, gdzie była trójka obecnych. Wyglądali na żołnierzy, tych, o których mówiła żona Jola.
– Gdzie to ścierwo?! – ryknął jeden z nich. Było ciemno, jednak Keith mógł ujrzeć co nieco. Byli ubrani w śniado-brązowe, ciężkie pancerze. Posiadali wielkie naramienniki, hełmy z dyszownicami, kirysy, zwierciadła na brzuchach, żelazne buty. Wyglądali jak monstra. Przy nich, Jol wydał się być robaczkiem.
Szkaradna kobieta wskazała na sponiewieranego demona, który wił się teraz na ziemi. Drugi, ten bardziej z tyłu, podał, niezbyt delikatnie, gwałcicielowi w łachmanach pochodnię tak, że ten aż oparł się o murek odgradzający ich od bydła. Podszedł żwawo do demona i spojrzał na niego, dysząc mgłą i unosząc powoli barki. Splunął i pochylając się, chwycił go za kark i uniósł. Trzymał go jedną ręką, unosząc wysoko, mocno wbijając palce w kark. Demon poczuł jego przeraźliwy chód pancerza.
– Ruszajmy… – charknął barbarzyńca.

W międzyczasie, w o wiele przyjemniejszych warunkach przebywała Ajlin. Siedziała na tronie obłożonym skórami pustynnych zwierząt. Podjęła rozmowę z wodzem obozu, w którym się znajdowali. Podał jej kielich, aby upił nieco zawartości. Starzec mówił, gdzie są i co będzie się dział. Kogo znaleźli i co uczynili… Mówił chwilę, po czym dał głos kobiecie.
Siwa ujęła pierwiej kielich i upiła. Była to krew. Gęściejsza od wody, niebywale gorzka. Smak można by porównać do wielkiej ilości plwocin, żółci, błota i domieszki czegoś słodkawego, jak choroba. Kobieta skrzywiła się, jednak gospodarz nijak nie zareagował. Milczał także, kiedy wyraziła chęci dołączenia do "uroczystości", na której straceni mieli być jej wszyscy trzej towarzysze.
Starzec jakby spochmurniał. Jednak nie smucił się. Stał się po prostu bardziej poważny. Zmarszczył brwi i pokiwał powoli głową w geście potwierdzenia.
– Pójdziesz ze mną, mary-ahas… – upewnił ją.
Kiedy ona wstała i zachwiała się, on nie rzucił się do pomocy. Sam był już bardzo stary, a ona jakoś dała sobie radę. Prosiła go o podporę. Ten znów zmarszczył brwi i zaskrzeczał coś donośniej w swoim języku. W sali szybko pojawił się inny jegomość. Trzymał w dłoniach kobiecy kostur, jednak bez kamienia szlachetnego u nasady. Starzec wykonał gest, który był jednoznaczny w odbiorze. Nowo przybyły szedł z pochyloną głową i niemalże przyklękając podał ją Krrohrowi. Ten skinął głową, a młodszy zielonoskóry odszedł tyłem.
Wszystko było tak niezrozumiałe…
– Znaleźliśmy to przy tobie – zaczął łamiącym się głosem sędziwiec. – Rytuały zostały odprawione, nie jest zaklęta przez demona…
Orkowie pomyśleli najwyraźniej, że była to własność Keitha, w ich mniemaniu – niebywale plugawej istoty. Kamienia nie była, a drewno ociekało jakimś śluzem u nasady. Widać był to najważniejszy przedmiot, który znaleźli, a który teraz postanowili podarować kobiecie.
– Weź to, i niech Ci służy za podporę – podarował jej kostur łagodnym gestem.
Teraz znajdowali się na pewno w czymś, co przypominało salę tronową. Jednak co było poza nią? Najpierw przybiegł strażnik z palcem, a teraz na jedno zawołanie służący z laską Ajlin. Konstrukcja musiała być pokaźniejsza, niż by się mogło zdawać.
– Nie każmy im czekać… – głos jego zabrzmiał mrocznie, groźnie. Starania kobiety opłaciły się. Stary ork odczytał jej intencje tak, jak chciał on. Kobieta wykazała się odwagą, prosząc o możliwość uczestnictwa w rytuale. Nie wiedziała, co tam zastanie, ale na sądząc po zatrzymanej w czasie atmosferze, nie mogło być to nic strasznego.
Krrohor spojrzał na drzwi i znów coś krzyknął. Natychmiast wpadło dwóch strażników.
– Prowadźcie nas – zarządził. A dwójka razem przytaknęli donośnie, niemalże krzykiem.
Wódz poprawił sobie nakrycie głowy i gestem wskazał kobiecie wyjście. Jeden z żołdaków w marszu opuścił pomieszczenie, drugi zaś odsunął się tak, aby dwójka obecnych mogła wyjść. Wychudzony ork nie oglądał się, tylko zaczął iść, podążył do strażnika i szepnął coś. Gwardzista szybko spojrzał się na Ajlin.
Poza wyjściem z pomieszczenia, były schody. Jednak nie zwyczajne. Okazało się, że znajdowali się na szczycie wielkiej wieży, a schody okręcały ją dookoła. Murek, który chronił przed upadkiem z wysoka był dosyć wysoki. Niezbyt wysoki wódz mógł wystawić ponad niego jeno głowę.
Strażnik z przodu chyżo zaczął schodzić w dół. Kroohr nie śpieszył się. Jako iż ostatnio gwardzista zostawał w sali tronowej, tak on mógł pozwolić sobie na wolniejszą przechadzkę, będąc gotowym na odpowiedzenie kobiecie na ewentualne pytania.

Wybaczcie takie zastój, ale sam nie wiedziałem, jak daleko jechać z fabułą, żebyście mogli odpisać w ogóle cokolwiek. Poza tym, drobne problemy techniczne i trochę spraw poza forum i trochę rzeczy, o których nie będę teraz opowiadał. Następny mój odpis pojawi się do 26 godzin po odpisie ostatniej osoby.
A i nie czytałem tego, także może być śmiesznie. W razie, jakby coś się nie zgadzało, walić jak w dym, do mnie na GG.
Awatar użytkownika
Keith
Posty: 75
Rejestracja: 04 kwie 2012, 13:37
GG: 22266238
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26471#26471

18 maja 2012, 10:58

"Głuptasek" się zasępił. Znalazł się pod opieką niezbyt lotnego orka, który za najlepszą formę zajmowania się jeńcem uznawał spontaniczny gwałt. Do tego wyglądało na to że ma zamiar go przeprowadzić nad wiadrem nieczystości. Keith coś nie miał ostatnio szczęścia. Nie był pewien co myśleć o tym że nie wiadomo nic o Siwej. Mogło to oznaczać, że orkowie jej nie znaleźli. Mogła więc być bezpieczna. Albo martwa i zasypana piaskiem. Odgonił tą przykrą myśl. Musiał skupić się na własnej sytuacji.
Wyglądało jednak na to że nie ma wielkich szans na ratunek. Był jeszcze zbyt osłabiony by się porządnie wyrywać. Przy tym jak ork nosił go niczym szmacianą laleczkę można było się domyślec, że próba oporu mogła by się skończyć co najwyżej połamaniem paru żeber. Zrezygnowany Keith zaczął już akceptować nadchodzące upokorzenie i ból. Wróciły wspomnienia sprzed lat. Niewielka salka w burdelu, gdzie go trzymano. Niedelikatni, pożądliwi klienci i te wstydliwe, gwałtowne wizyty jakie mu składali. Wrócić umysłem do tych dni. Tak jak wtedy zobojętnieć i oderwać się.
I wtedy czyjś okrzyk uratował mu tyłek w dość dosłowny sposób.
Półdemon upadł, puszczony przez orka nagle. Wylądował co prawda twarzą w nieczystościach… Ciężko powiedzieć czy siła wyższa która nad nim czuwała była w tej chwili okrutna, łaskawa czy po prostu złośliwa. Na szczęście udało się ocalić włosy przed upaćkaniem. Ciężko było by je umyć, zwłaszcza w takich warunkach. Powstrzymując odruch wymiotny przepełzł w stronę koryta z wodą, by obmyć twarz. Jego dzień stawał się coraz gorszy, a ledwo się zaczął. Co prawda uniknął niechcianego zbliżenia kulturalnego z niejakim Jolem, zwanym przez niektórych idiotą, ale dalsze wypowiedzi jego "ratowniczki" nieco przyćmiły ten fakt. Po pierwsze, nadchodziły straże. A Jol miał się nim zająć przez jakiś czas, zapewne do ich przybycia. I Keith miał niejasne wrażenie, że straże nie są tu po to by zabrać go do swojego wodza.
Poza tym, nazwano go "nasieniem Dihaboo". Co prawda nie znał osobnika i nie mógł zaprzeczyć ze rzeczywiście mógł być jego synem, ale samo nazwanie "nasieniem" nigdy nie wróży dobrze. Można być nazwanym potomkiem, spadkobiercą, następcą, dzieckiem albo nawet latoroślą kogoś. Ale nasienie? To nigdy nie jest pozytywne, zwłaszcza jeżeli wymawia się to z akcentem na pogardę.
– Dziękuję pani bardzo. – Powiedział gdy orczyca podała mu szmaty. A co! Jeniec jeńcem, nasienie nasieniem, ale można pokazać dzikusom, że jest się porządnym człowiekiem. Albo półczłowiekiem w tym wypadku. No i może nieco to ją zdezorientuje, a to zawsze mała przyjemność dla Keitha. Biorąc pod uwagę okoliczności, na wiele więcej nie miał co liczyć. Zakładał że szmaty służyły do wytarcia się i tak je wykorzystał, o ile nie znaczyło to zwiększenia ilości brudu na swojej twarzy.
Ach tak, ceremonia… Straż, nasienie, ceremonia… z całą pewnością mają na myśli na przykład czyjeś wesele albo otwarcie uczty powitalnej. To na pewno nie powinno być powodem do obaw ze strony Keitha…
Podniósł się na nogi, walcząc ze słabością obitych i zmęczonych kończyn oraz zawrotami głowy. Doprowadził się do takiego porządku jak tylko mógł, kiedy do pomieszczenia weszli strażnicy, swoimi rozmiarami zasłaniając ostatnie fragmenty nadziei jakie półdemon mógł dostrzegać. I znów został podniesiony jak zabawka. Ci orkowie mają jakiś fetysz czy co? Potężne łapsko złapało go za kark i uniosło. Keith syknął i skrzywił się, czując bolesny nacisk na karku i nieświeży powiew od strony jamy ustnej nowego znajomego.
Ta, ruszajmy bo jeszcze się spóźnimy… – mruknął zrezygnowany, czując że nie będzie miał wielkiego wyboru w tej, albo jakiejkolwiek innej kwestii w najbliższym czasie.
Awatar użytkownika
Siwa Wiedźma
Posty: 56
Rejestracja: 29 mar 2012, 10:59
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26186#26186

21 maja 2012, 16:31

Siwa zastygła w oczekiwaniu skupiając swoje ślepia na starczym orku. Dużo zalezało od tego, co postanowi przywódca…No wykrztuś to dziadzie
Zgodził się. Ajlin skinęła głową. To był dobry początek. Tylko właściwie, czego? Wiedźma żadnego planu działania nie posiadała. Lecz możliwość zbliżenia się do Keitha dawała już jakieś możliwości wydostania towarzysza z opresji. Fakt, nie znali się długo, nic ich nie łączyło, lecz życie to życie, każde jest cenne.
Potem Siwa udała że ma problemy z władzą w nogach. Przez chwile nie była pewna, czy stry pryk się na to capnie. Próbowała zachować wszelkie pozory realizmu. Dodatkowo jej długa, zielona szata przysłaniająca nogi ułatwiała zadanie. Potem podparcie się o tron zasłany futrami i prośba, a następnie wstrzymanie oddechu i oczekiwanie…Wódz coś skrzekną, w obcym języku. Siwa wyczuliła swój słuch próbując wyłapać słowa i dopasować je do któregoś z jej znanych dialektów mowy pustyni, by następnie zrozumieć znaczenie wypowiedzianych dźwięków. Niestety bezskutecznie. Nie znała tego języka. Wzdychneła w duchu, modląc się do bogów by nie był to rozkaz pojmania, czy zabicia. Na szczęście złe przepuszczenia nie znalazły przypuszczenia. Po chwili stary wydał rozkaz, jego człowiek wręczył Ajlin laskę oblepioną mazią. Bogowie… Kamień dający światło został odłączony od kostura. Żeby jeszcze ci orkowie mieli pojęcie jak drogie bywa ten kruszec, to by się zastanowili pięćdziesiąt razy zanim by przypisali go do własności Dhiabloo, czy tam Biahablo.
W każdym bądź razie Wiedźma ujęła laskę. A swoją jedyną prowizoryczną broń. Przynajmniej nie była już taka bezbronna, choć w porównaniu do orka, który wyszedł tyłem z pomieszczenia, ona, krucha ludzka kobieta, nie była zapewne żadnym przeciwnikiem. Ta wiedza nie była przyjemna. Jednakże co mogła z nią zrobić? Zaakceptować i próbować podejść orków od innej strony. Słowem.
Skinęła przytakująco głową i zaczęła iść za wodzem podpierając się na lasce i lekko udając kuśtykanie. Skoro już zaczęła tą zabawę głupio by było gdyby nagle uzdrawiała, prawda? Tak więc, jak weszli strażnicy i zarządzono wyjście na rytuał Ajlin ściągnęła brwi widząc jak towarzystwo wychodzi zostawiając ją zza sobą. Doprawdy kultura ponad wszelakie normy… Prasnęła w myślach, by dać upust swej irytacji, która w niej rosła z każdą sekundą. Zaś w rzeczywistości ściągnęła usta w poziomą kreskę by nie powiedzieć czegoś nieodpowiedniego, jak to miała w zwyczaju czynić w takich okolicznościach. Szła, za orkami, a dokładnie za wodzem, regularnie postukując laską. Dobrze, że chociaż tępo było wolne i mogła dalej zgrywać kulejącą, podpierając się drugą dłonią o murek. Jednocześnie zaniepokoiła ją wielkość konstrukcji. Wioska musiała bowiem być w dużej mierze dość rozbudowana. Aż dziw ją brał, że nie miała pojęcia o tym miejscu. Z drugiej strony…piaski zawsze skrywały w sobie wiele tajemnic.
Szła po schodach, nie wiedząc gdzie, nie wiedząc czy dobrze czyni mieszając się w ceremoniał. Niepokojące było również szemrania orków. Zacisnęła dłoń na lasce. Nie może się teraz wycofać.
– Mądry gro-Ytehu, jestem pod wrażeniem budowli w twej wiosce. Nie spodziewałam się, że piaski Pustyni Śmierci mogą kryć w sobie tak rozbudowaną ziemię, nad którą trzymasz pieczę. – Schlebiała, po części mówiąc prawdę, by łatwiej mogło jej przejść przez gardło słowa płaszczenia się…Nie było jej łatwo. – Długą macie historię? – Pytała chcąc dowiedzieć się więcej na temat kultury owej społeczności, jak i chciała przerwać szemrania owego wodza z jego człowiekiem. – Sąsiadujecie z innymi większymi miastami niż Derashun?

Wróć do „Pustynia Śmierci”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 13 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 11 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Bing [Bot], Google [Bot]
Liczba postów: 52162
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.