Obrzeża Derahun

Nazwa Pustyni Śmierci jest aż nazbyt trafna - bez znajomości tego terenu trudniej przeżyć tutaj dłużej niż dwa dni. Jeżeli przemierzającym ją śmiałkom dane będzie spotkać grupę nomadów lub pustelnika, z pewnością uzyskają informacje na temat najbliższej oazy, zwykle jednak oddalone są one od siebie o kilka dni forsownego marszu.
Awatar użytkownika
Ciemny
Posty: 758
Rejestracja: 14 lut 2011, 15:07
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
GG: 3113402
Karta Postaci: viewtopic.php?p=1099#1099

Obrzeża Derahun

07 kwie 2012, 22:25

Obrazek

W promieniu 5 km od Derahun można spotkać wieżyczki strażnicze, które dumnie stojąc, strzegą okolic wioski. Najdziwniejsze w nich jest to, że mają tylko podstawy kamienne i dach stworzony ze skór i drewna, gdyż reszta wydaje się być zrobiona jakby z piasku, chociaż jeżeli uderzy w ścianę wieży, to się jednak nie rozpada, jak zwykł piach robić. Z ich szczytów można zauważyć w oddali wielki namiot, który wręcz przeraża, gdyż nawet stąd czuć jego potęgę. Potęga ta chyba jest nawet całkiem realna, ponieważ ci, którzy potrafią wyczuwać magię, to będą wiedzieć, że to właśnie tam, jest tego źródło i nawet tutaj ma zasięg. Jednak w tym miejscu ta dziwna energia jest najsłabsza.
Ze szczytu tych wież strażniczych zawsze ktoś spogląda, czy to jeden, czy nawet trójka strażników, i jeżeli będą się tylko tobie przyglądać wędrowcze, to nic ci się nie stanie, jednakże gdy zauważysz jakiś tam ruch to módl się, byś miał przy sobie pieniądze…
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Fraen
Posty: 372
Rejestracja: 06 gru 2011, 15:58
GG: 15995773
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1256

28 maja 2012, 23:36

MG:
Demon został potraktowany bez jakiegokolwiek szacunku, a wręcz przeciwnie. Był znieważony przez strażników, zaraz po tym, kiedy średnio inteligentny ork usiłował go zgwałcić. Czego się jednak spodziewać. Wysłannicy światła są osnuwani czcią, zaś ich przeciwieństwa – istoty demoniczne – wręcz przeciwnie. W tym świecie każdy miał swoje miejsce w szeregu, należało tylko zaakceptować swoją naturę… I podobnie jak nie można było wybrać swoich rodziców, tak też nie dało się wybrać ciała, pod którym będzie się walczyć z przeciwnościami losu. Teoretycznie. Keith jednak na pewno nie przejmował się teraz zagwozdkami tego świata. Teraz miał nieco bardziej… Przyziemne problemy.
Nie miał pojęcia gdzie jest, co się dzieje, ile czasu minęło, odkąd zemdlał. Nie wiedział kompletnie nic. Jego nad wyraz mili gospodarze również nie byli skorzy udzielić mu stosownych informacji. Mógł wyłapywać jedynie poszczególne hasła, kiedy zielonoskórzy orkowie fukali coś z trudem w mowie wspólnej. Nic nie zapowiadało się dobrze, a ostatnie co mu pozostało, do tylko dać się prowadzić. Oby tylko nie do paszczy śmierci – myślał zapewne półdemon.
Dwóch strasznych kolosów zakutych w zbroje, kobieta i jej mąż. Ostatni był przyodziany podobnie do sprawcy całego zamieszania. Straszne, brudne szmaty, których nie godziłoby nazywanie "ubraniami". Kobieta (czy raczej ork z damskimi cechami płciowymi) była przyodziane w pstrokate szaty, kojarzone często z kapłańskimi.
– Chodźmy już – rzuciła krótko, po czym wymieniło spojrzenia z gwardzistami, mamrocząc coś w swojej mowie.
Cała czwórka wyszła. Na przedzie wolny z pochodnią, dalej żołdak ze zrezygnowanym Keithem na ramieniu, dalej Jol i tajemnicza kobieta. Było niezwykle ciemno. Mrok spowił świat. Nie było widać nic, na dalej niż kilkanaście jardów. Orkowie jednak szli pewnie. Stawiali kroki bez zawahania w ciepłym piasku się zapadając na średnio jeden cal, przecinając aurę tajemniczości niczym gorejąca, czerwona rana ciało.
Demonowi na pewno nie było do śmiechu.
Cały czas szli w milczeniu. Kiedy wyszli, uratowana ofiara (jakkolwiek komicznie to nie brzmi) mogła obejrzeć się. Wyszli z permanentnego mieszkania chłopa stajennego. Woły przy wyjściu, niska aglomeracja, prosta konstrukcja ze ściętym dachem.
Noc stawała się wzbierać na sile. Czarne niebo bez ani jednej chmury, wysadzane niewyobrażalną ilością gwiazd, było niewątpliwie zjawiskowe. Pasy i konstelacje. Wszystko to jednak było tłumione gęstą zasłoną z piasku, która co rusz był podrywany z gruntu i szalejąc w powietrzu dostawał się z łatwością do oczu i nozdrzy idących. Słychać było, jak ziarenka odbijają się od miedzianych zbroi i jak Jol jęczy coś z tyłu, najpewniej narzekając na ciężkie warunki. I zaiste, tej nocy wszystko zdawało się być straszne. Aura burz piaskowych i niewypowiedziany chłód. W takich chwilach ma się zwyczajnie ochotę umrzeć.
Keith nie miał jednak wpływu na nic. Kolosy go niosący nie zatrzymywali się ani na chwilę i bez cienia wątpliwości szli wciąż i wciąż…
Przeszli spory kawałek drogi, dochodząc do muru ułożonego z gęsto rozmieszczonych pali. Na co którymś, dłuższym, powiewała wyprawiona skóra z przebitym włócznią skorpionem. Keith mógł dosłyszeć z wewnętrznych struktur tego obozu jakieś krzyki, dzikie, plemienne, nie znające litości w swych wysokich piskach i grubych pohukiwaniach.
Przekraczając wyłom, ujrzeli blisko siebie poustawiane chaty i jeden wyróżniający się budynek – wierzę, po ich lewej stronie. Tyle było widać, jednak nie był to koniec ich wędrówki…
Znów ruszyli wolniej, przed siebie, już przez właściwy obóz.
W tym samym czasie z wieży, której kontur wiedzieli idący z już dosłownym więźniem, zaczęli schodzić powłóczystym krokiem Mistrz i Ajlin, a wraz z nimi – przed i za – dwóch strażników. Kobiecie świdrujący powietrze piach mógł przeszkadzać, ranił ją. Jednak żaden z orków nie spojrzał nawet na nią. Nagle wszyscy stali się jakby zaabsorbowani tym, co miało się stać. Tylko czym?
Pierwszy ze strażników był już na dole. Stanął murem przed schodami. Ze wszystkąd bowiem zaczęli zbiegać się inni, w większości wyglądający na upośledzonych. Nawoływali imię swojego bożyszcza, który schodził powoli, dumnie, ignorując wszystko i wszystkich.
Srogi wiatr gwizdał, a przez jego słowa, przebiła się wypowiedź kobiety. Starzec zatrzymał się, uśmiechając się w duchu. W rzeczywistości jednak wciąż miał tak samo obciągnięte usta, jak wcześniej. Jego mimika nie zmieniała się praktycznie nigdy.
– Piaski Shagru-Item kryją więcej, niż cokolwiek innego – oznajmił w odzewie. – Historia niczego nie jest długa, patrząc na czas, jaki, hagh, piaski dają dom Dihaboo i jego dzieciom – odpowiedział tajemniczo. Nie takiej odpowiedzi zapewne spodziewała się kobieta, ale co by zmieniła inna?
– Derashun nie jest miastem – naprostował, po czym wznowił marsz. Nie schodził bardziej chyżo, wręcz przeciwnie. Byli coraz niżej, a on nie był zbyt skory do podejmowania polemiki. Kultura niewątpliwie dla jednego dziwna, jednak tym charakteryzuje się egzotyka tych rejonów.
Starzec stanął kilka stopni wyżej, za strażnikiem, u dołu, za jego plecami była kobieta, zaś za nią – drugi strażnik.
Było zimno, a prowizoryczny plac ludzi wył, jak armia żywych trupów. Starzec uniósł ręce, do góry. Rękawy obsunęły mu się, ukazując jego wychudzone ramiona. Wydał z siebie dziwny okrzyk. W efekcie lud rozstąpił się, kuląc – utworzył przejście. Strażnik syknął i zaczął iść.
Keith był niesiony w stronę całego zgromadzenia. Mógł dopatrzeć się wysokiej czapki, która pływała w morzu powyginanych orków. Za starym orkiem kroczyła niepewnie kobieta, która musiała wciąż odpędzać się od powyginanych rąk, które próbowały ją dosięgnąć. Raz tylko dłoń, z krogulczymi palcami ostała na jej ramieniu…
Zapuszkowany zbrojny, który szedł za nią szybko chwycił pokrakę za przedramię i zacisnął żelazną dłoń. Przyciągnął go do siebie. Paszkwil skrzywił się. Przestraszony zakrył się drugą, równie powyginaną łapą. Wyraźnie się bał, jednak ciężko było to wyczytać z mimiki jego twarzy. Kolos pociągnął go w dół. Kości w jego mizernym przedramieniu pękły.
Wódz zatrzymał się i odwrócił. Uspokoił poruszenie ruchem ręki, po czym skinął do gwardzisty z tyłu. Ten zaś wyszarpnął zza pasa długi sztylet i podnosząc leżącego spojrzał mu w oczy. Charczał coś w swoim języku. Zapewne błagał o litość.
Daremnie.
Olbrzym wbił gwałtownie klingę broni głęboko, aż do samej rękojeści tak, że czubek wyszedł z tyłu przez kręgosłup. Oczy wyszły mu na wierzch i zaczął kasłać krwią. Opluł szkarłatną posoką na początku kobietę, jego rzeźnik jednak szybko odwrócił twarz konającego. Zaczął się dławić własnymi płynami. Oczy zmieniły mu barwę na czerwoną, język mu spuchł, a oprawca wysunął gwałtownie ostrze. Tętnice na szyi tryskały regularnie krwią, a sam ork w drgawkach padł na piasek w rosnącej kałuży krwi, barwiąc go.
Wszyscy, nawet szaleńcy, cofnęli się o krok. Starszy skrzywił się i wymamrotał znów coś w nieznanej kobiecie mowie. Morderca uderzył się w pierś żelazną rękawicą, po czym klęknął przy telepiącym się. W otwór w gardle wbił mu cztery palce. Ofiara wygięła się w łuku, wydając z siebie nieludzkie jęki. Zakuty chwycił drugą ręką za ramie i wbijając palce coraz głębiej, pochylał się. Krew opryskała mu zbroję, wyglądał strasznie.
W końcu wkładając praktycznie całą dłoń do gardzieli, trzęsącą dłonią wyszarpnął ją. W kolczastej rękawicy trzymał język orka. Wyjął go z gardła, robiąc z niego przy okazji istną papkę. Kark zamordowanego wygiął się pod niemożliwym kątem. Wojownik zaś unosząc wysoko dłoń z za długim językiem, rzucił go gdzieś daleko, w tłum.
Wszyscy upośledzeni zlękli się wielce. Zamieszanie ustało. Wódz krzyknął coś, charknął i splunął, emocjonując się przy tym. Niemalże zmienił kolor. Cały tłum zaczął rozpraszać się, lgnąc w jednym kierunku, wskazanym przez Mistrza kierunku. Ostało raptem kilka osób. Dwój strażników, starzec, kobieta i kilku normalnych. Sędziwy spojrzał bardziej pobłażliwym wzrokiem na kobietę, który wyraźnie odczytał jej emocje.
– Spokojnie… – zaczął. – To było konieczne.
Konieczna pokazowa śmierć, czy może podporządkowanie sobie rozbestwionego ludu? Nie powiedział.
– Już wkrótce ich uleczmy… – wymamrotał do siebie pod nosem. – Ich wszystkich.
W tym samym czasie piątka pozostałych zbliżała się do wieży. Keith już nieco znudzony, przywykły do uciskającego bólu w okolicach żołądka. Leżał na zbrojnym ramieniu, jak zwierz. Piasek ciął mu twarz. Nic nie widział. Brakło mu oddechu… Szli w tumanach piasku, słysząc coraz to donośniejsze krzyki, które w końcu ustały.
Ni stąd, ni zowąd – do znudzonego strażnika rzuciła się kobieta, znikąd. Orczyca, drobna, w podeszłym wiek. Padła na kolana zaszlochana i chwyciła za nogę olbrzyma.
– Mój syn umiera! Dajcie go do naszego domu, jest gotowy! – krzyczała.
Keith znów miał okazję, żeby się zastanowić i ewentualnie połączyć fakty. Idący jednak obok, ten z pochodnią, pchnął kobietą tak, że ta upadła na piasek.
– On zginie tak, jak życzy sobie tego Mistrz. Jego moc nie będzie mogło być nadużywana przez byle kogo – splunął i rozkazał iść dalej.
Byli blisko wieży, gdzie stała Ajlin wraz z kohortą "Mistrza", który aktualnie mawiał coś kobiecie o krwawym księżycu. Jednak nic więcej.
– Ach, Jol… – powiedział z troską w głosie starzec, kiedy dostrzegł, że zbliża się i on, i jego żona, i dwóch strażników z "nasieniem Dihaboo"…
Awatar użytkownika
Keith
Posty: 75
Rejestracja: 04 kwie 2012, 13:37
GG: 22266238
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26471#26471

30 maja 2012, 17:01

Keith powoli miał tego dość. Czy ci orkowie mieli jakąś obsesję na punkcie noszenia go to tu, to tam niczym worek mięsa? Ćwiczą do corocznych zawodów "spacer farmera z półdemonem pod pachą"? A co gorsza nie tylko było mu niewygodnie a jeszcze nie miał najmniejszych szans na podjęcie jakichkolwiek działań poza obijaniem się o noszącego. Nie, żeby możliwość stania na własnych nogach wiele zmieniała w jego obecnej sytuacji. Miał – delikatnie mówiąc – przechlapane.
Dochodziły do jego przytkanych wiejącym piaskiem uszu jakieś wycia dobiegające z wielu gardeł. Coś się działo i Keith wcale nie miał wielkiej ochoty przekonać się co dokładnie. Jednak nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia. Nagle coś jakby nim szarpnęło. Otworzył szerzej oczy, czując znajome, słodkie i kwaśne zarazem doznanie. Ktoś w pobliżu naprawdę chciał przeżyć chociaż nie miał na to szans. Nagle wszystko się urwało. Kogoś zamordowano.
Keith przełknął ślinę. Przez tą swoją przeklętą naturę odczuwał przyjemność. Otoczony istotami pragnącymi krwi, zdesperowanymi… Czuł jak to miejsce dodaje mu sił. Sycił się tym. Chociaż nie da mu to raczej nic więcej poza śmiercią w pełni sił. Nadal nie widział wielkiej szansy dla siebie i swojego ocalenia.
Nagle dostrzegł jakiegoś orczego starucha. Wyglądał na ważnego w tej śmiesznej czapce. Pewnie wódz, albo szaman… Ale co ważniejsze, za tym osobnikiem dostrzegł swoją niedawną towarzyszkę podróży. Przez chwilę miał ochotę ją zawołać, ale ugryzł się w język. W wyraźny sposób była w sytuacji lepszej niż on. Przyznanie się do znajomości z nim może narobić jej kłopotów. Spojrzał tylko na nią z nadzieją. Ale na co mógł mieć nadzieję? Że Ajlin powali strażników i umożliwi im ucieczkę? Chociaż sam fakt że chyba nic się jej nie stało był nieco pocieszający.
Nagle przypadła do nich jakaś zrozpaczona orcza kobieta, wołając coś o umierającym synu. No ładnie. Chciała, żeby użyli "jego mocy" (cokolwiek to jest) do uratowania kogoś? Robią lekarstwa z półdemonów? No pięknie. Co prawda kiedyś jeden alchemik zrobił lekarstwo z jego rogu i nawet działało. O ile nie przeszkadzały komuś dość… interesujące skutki uboczne…
Cóż, mama zawsze mówiła że na nic się nie przyda, a tu proszę – może chociaż na koniec kogoś uratuje.
To gorzka myśl, ale w chwili obecnej nie miał wiele powodów na jakiekolwiek inne.
Awatar użytkownika
Siwa Wiedźma
Posty: 56
Rejestracja: 29 mar 2012, 10:59
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26186#26186

16 cze 2012, 10:11

Ajlin szła, tak, jak ją prowadzili. Co innego mogła zrobić? Przed nią ork, za nią ork. Fakt, ten pierwszy pomarszczony i dający dziwne odpowiedzi, a drugi bezlitosny, będący w stanie zabić na skinienie. Przerażające. Wiedźma nie bardzo wiedziała co myśleć. Z jednej strony wielkie, zdeformowane łapska, próbujące jej dosięgnąć wywoływały w niej obrzydzenie i strach. Wzdrygnęła się i odsunęła się jak oparzona, ledwo powstrzymując dźwięk jaki chciała dobyć z ust, gdy jedna ją dosięgnęła. Potem, potem to znieruchomiała patrząc, jak jeden ze swoich, robi krzywdę drugiemu. Szeroko otwartymi oczami patrzyła, jak ostrze przecina orka, który chwilę wcześniej zasiał w niej strach. Nie była obeznana ze śmiercią. Sama nigdy nikogo nie skrzywdziła. Nie miała powodu. Dopiero niezrozumiała mowa wodza wyrwała ją z transu. Poruszenie tłumu, wszyscy się cofnęli…"Spokojnie, to było konieczne". Żadna śmierć nie jest konieczna, lecz to mogła mówić jedynie w duchu. Mając przed oczyma obraz ciągle świeżej śmierci. Szła jednak dalej podpierając się na kosturze. Mechanicznie skinęła głową w geście zrozumienia do wodza. Nie rozumiała, lecz nie chciała narażać się na podobny koniec. Jakoś przestała już myśleć o zacinającym jej skórę piasku.
Stali w małej grupie. Tłum się rozpierzchł. Było ciemno, chłodno, nieprzyjemnie.
Ajlin dostrzegła Keitha eskortowanego przez grupkę orków. Oczami wyobraźni widziała, jak ten również traci życie. Zrobiło jej się słabo na sama myśl. Musiała coś zrobić. Cokolwiek.
Uniżyła się przed wodzem.
-Wielki gro-Ytehu, wiem, że nie powinnam prosić i moje doświadczenie nie jest duże…Lecz proszę pozwól mi, jako kapłance piasku przeprowadzić rytuał, tak, jak uczyła mnie matka. Wiem, że jestem jeszcze młoda, lecz pozwól mi stawić czoła Dihabloo pod protekcją waszej kapłanki.– Pochylona w geście ukłonu mówiła, wzrok wlepiając w piasek, by zaraz podnieść go powoli na wodza oczekując werdyktu. Jeśli się zgodzi Ajlin pewnie poprosi o obecność zwierzęcia, które ponoć zasadzało się na jej życie, a które również skalane jest nasieniem Dihaloo oraz swych przyborów, które znajdują się w torbie. Wszystko motywowała chęcią zmierzenia się z własnym strachem wobec Dihablo, pokonania go, poprzez pokonanie tego "złego" nasienia oraz swym doświadczeniem niewielkim, które ciągle musi wspomagać…Niech bogowie mają ją w opiece, bo kompletnie nie ma pojęcia co wyprawia. Ale jeśli istnieje cień szansy…Czemu nie spróbować?
Fraen
Posty: 372
Rejestracja: 06 gru 2011, 15:58
GG: 15995773
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1256

21 cze 2012, 01:05

Wybaczcie, że przeciągam, ale pisanie jedną ręka jest dość… Powolnym procesem.

MG:
Sytuacja rozwijała się, klarując przy tym nieco. Kobieta, na wespół z półdemonem zaginęła bez wieści na pustyni… Zupełnie, jak historia opowiadana przy ognisku przez starych bajarzy, zabawiających dziatki wojów. Jednak naiwna bajka zdawała się przekształcić w obraz straszny, którego wędrowcy na pewno długo nie zapomną. Egzotyka orczego plemienia z Pustyni Śmierci zapierała dech w piersiach, a wręcz szokował. Kultura, stroje, architektura. Wszystko to było wielką nowością tak samo dla Keitha, jak i Ajin…
Ta ostatnia miała o wiele więcej szczęścia, niż biedny rogacz. "Zło wraca" – tak mawiają. Jednak czym zasłużył sobie biedny demon na takie traktowanie? Faktem było, że były to z reguły istoty złe i zdeprawowane. Kapłani nie dla rozrywki szkolili paladynów, którzy później je ścigali. Wszak wysłannicy szeroko pojętego Światła wszystkim kojarzyli się z czymś bardzo dobrym i prawym, a Słudzy Ciemności – wręcz przeciwnie…
Keith jednak był inny. Nie łaknął krwi, był szarmancki i uprzejmy. Czy jednak to tylko gra pozorów? Orkowie tego nie dociekali. Zmieszali go z błotem jak ścierwo, którym był niejednokroć nazywany przez oprawców. Nie robił sobie jednak z tego wiele, nie łkał żałośnie. Jednak czy to z braku możliwości, czy zwyczajnie przywykł.. Kto o to dbał. Sprawy miały się sobie, a czas powoli płynął…
Najpierw obudził się w dziwnym, ciemnym pomieszczeniu. Następnie upośledzony ork miał w planach zabrać się zań. Cały proces przerwała kobieta, która weszła ze strażnikami i kazała gdzieś iść. Zmanierowany mężczyzn wylądował w kuble łajna. Wszystko miało się wyjaśnić już niedługo, na niejakiej "ceremonii". Transportowany na ramieniu został wyniesiony z, jak się okazało, stajni za obozem. Przekraczając linię z wysokich pali z proporcami ujrzeli wielkie zbiegowisko z pochodniami, pary strażników, budynki…
Jedna z kobiet podbiegła i prosiła o wypożyczenie Keitha, jakkolwiek to nie brzmi. Jej syn był już bliski spotkania ze śmiercią, a nasienie Dihaboo mogło mu pomóc. Rogaty mógł się domyśleć, że zrobiłby on to samo, co chciał zrobić Jol. Spekulacyjnie stosunek płciowy z demon był czymś dobrym, szczególnie dla chorych. Straż jednak nie wydała pozwolenia, kontynuując marsz…
W tym samym czasie kobieta znajdowała się już w samym sercu Derashun. I w przeciwieństwie do jej byłego towarzysza – nie miała na co narzekać. Luksusy były dalekie od miejskich, jednak piękny, barbarzyński tron i wystrój komnaty cieszył oko. Ork-zarządca był bardzo miły. Pozornie śmieszny, jednak mało zabawny. Starzec wyjaśnił co nieco Ajlin, jednak mówił wielkimi skrótami i ogólnikami. Mogła wyłapać tyle, że znajdują się w starym obozie, on jest grododzierżcą i zwie się Krrohr. Keith został rzekomo znaleziony na polowaniu na Dzieci Dihaboo i wraz ze zwierzętami wzięty na łańcuchy. Krew całej trójki miała być rozlana, jako znak, że nie poddadzą się woli złego demona piasków…
Dziewczyna chciało wyjść z tego cała, jednak na razie nic nie wskazywało na to, że będzie inaczej. Była raczej bezpieczna. Dwóch strażników przyniosło wieści o gotowości i laskę dla kobiety. Wódz wraz z damą zeszli po schodach okręconych wokół wieży, a ich oczom ukazała się rozochoczona gawiedź. Eskortowało ich dwóch innych. Większość z obecnych nie wyglądała na tych, ze zdrową psychiką…
Idąc spośród nich doszło do nietypowego zdarzenia. Jeden z orków, który położył swoją dłoń na ramieniu Srebrnowłosej i szybko został wyciągnięty z tłumu. Chwilę później bestialsko zamordowany przez jednego z eskortujących dwójkę wojów, z rozkazu gro-Yteha. Makabryczny obraz i chwile milczenia znów przerwał starzec. Rozkazał odejść. Najpewniej tak brzmiały jego rozkazy, kobieta nie znała tej mowy.
Keith został doniesiony w dosyć niekomfortowych warunkach wreszcie na opustoszały plac przed wieżą. Kiedy wszyscy byli już zupełnie blisko, nowo przybyli orkowie pozdrowili wodza, uderzając się w pierś. Kobieta zabrała też tedy głos. Mówiła niepozornie i prawie cicho. Starzec zmarszczył brwi i skrzywił się nieco, słuchając, co ma do powiedzenia dziewczyna. Miał przez pewien czas otwarte usta, jednak zamknął je, zaciskając wargi mocno i zrobił minę, jakby swym jęzorem sprawdzał po kolei wszystkie swoje zęby. Spojrzał gdzieś w górę, na niebo, będące pod osłoną gęstego piachu, poderwanego z ziemi. Było ciemno, a jedyne światło dawały pochodnie, trzymane przez gwardzistów. Byli zakuci w harde zbroje, a z dyszownic wylatywała para. Było zimno.
Mistrz nie odpowiedział na prośbę kobiety słowami. Podrapał się nosie i przetarł twarz. Wtedy zgasła pierwsza pochodnia… Stary ork szybko odwrócił głowę i otrząsną się.
– Pójdziesz z nami – powtórzył się, zwracając do "mary-ahas", jak ją nazywał. Nie zdradzał jednak nic więcej. Może chciał jej oddać honory ceremonii, a może zmienił plany co do niej… Nie wiedziała. Półdemon mógł się wszystkiemu przysłuchiwać. Kiedy 'kapłanka piasku' wspomniała o zwierzętach i wyposażeniu, jej rozmówca zamienił kilka słów w swoim dialekcie z jednym z innych zielonoskórych, po czym odpowiedział:
– Wszystko jest gotowe na miejscu.
Dziewczynie chyba nie o to chodziło, jednak trzeba było być dobrej myśli. To była podstawa do przetrwania. Niewykluczonym też było, że pomarszczony ork nie wiedział, o czym mowa. Był jednak najświatlejszą obecną osobą i mógł nawet kłamać, a i tak każdy by mu uwierzył w każde jego słowo. Taki przywilej bycia wodzem. I owy wódz wydał kolejne rozkazy, na które odpowiedzią było kolejne uderzenie pięściami w zbroje.
– Chodźmy – wymamrotał, wskazując kobiecie drogę ręką, za wiodącym żołnierzem. Poza nią, był jeszcze Mądry Krrohr, Keith na ramieniu tego z tyłu, dwóch żołnierzy na przedzie i na samym końcu no i Jol z żoną – obok. Z tym ostatnim mężczyzną, wódz rozmawiał w drodze, nie przejmując się skrępowaniem ust kobiety, czy postękiwaniem rogatego. Usłyszeć dało się tylko dziwna chrapnięcia i skrzeczenia. Reszta była tłumiona przez wiatr.
Idąc, nie wychodzili poza gigantyczny kompleks z wysoką palisadą. Budynki jednak, i tak już rzadko stawiane, znikły zupełnie. Druga była krótka, a teren zaczął się podnosić. Piasek przekształcił się w kamień, a bezkształtna dróżka w małe, niewyraźnie zarysowane schodki. Dookoła poustawiane były filary. Gdzieś w oddali było słychać gawiedź. Piaskowa burza ustawała i zaczął być widoczny księżyc. Piękny, okrągły.
Wszyscy szli powoli do góry, aż w końcu weszli.
– Wzgórze Nekropolitarne – szepnął Jol do Keitha. – Teraz pomożesz wszystkim…
Będąc wśród ludzi, strażnicy utorowali dobrą drogę. Nikt nawet nie drgnął. Na końcu tej swoistej platformy były dwa pale. A u ich trzonów leżał na ziemi krzyż, bez górnej belki, w kształcie litery "T". Za wszystkim znajdowało się długie, szerokie koryto, wyżłobione w pomarańczowej skale. Do pali przywiązane były spłoszone zwierzęta, każdy do jednego, dwiema linami.
Wielka orczyca podeszła wraz z wodzem i jednym strażnikiem do pali, które groźnie kąpały się w blasku księżyca. Gro-Yteh odwrócił się przodem do tłumu i zaczął mówić… W obcym języku, czy też pustynnym dialekcie, którzy rozumieli tylko oni. Energiczna była to przemowa, a i długa. W międzyczasie strażnik odwiązał Tutsi i za uzdę podprowadził ją do rowu. Kapłanka wyjęła długi sztylet, zaś dwóch gwardzistów, którzy pojawili się bogowie wiedzą skąd, dzierżyło grubą i którą włócznię, oraz gigantycznych rozmiarów topór, większy od katowskiego.
Kobieta zaczęła wznosić dziwne modły, a Mistrz ceremonii, kazał jej podejść, skinieniem ręki. Wskazał jej miejsce za dwoma palami, gdzie zawodziła "dama" ze sztyletem.
W czasie, kiedy ta szła lub nie szła, ostatni żołnierze postawili na równe nogi, aby następnie jeden z nich zdarł z niego łachy, które na sobie miał. Drugi kopnął go pod kolana tak, że musiał uklęknąć. Wciąż trzymali go za barki, wbijając mu swoje szpony. Został uderzony pierwszy raz, a potem drugi, rzemiennym biczem. Krrohr wzniósł ręce i krzyknął coś łamiącym się głosem. To, co działo się dalej, przeszło wszelkie pojęcie…

Nie wierzyłem w to, a jednak udało mi się. Ha, napisać posta jedną ręką. Zakończenie mroczne, ale na razie nieistotne. Opiszcie to, co działo się do tego momentu, a ja dokończę.
I jeszcze raz – przepraszam za zwłokę, ale, ech… To nie na moje życzenie.
Nie czytałem i nie szukałem błędów. Gdybym znalazł, pewnie bym nie poprawił, bo nie jestem aktualnie na tyle dyspozycyjny, powiedzmy. Mam nadzieję, że jest fajnie, zwłaszcza wyobrażając to sobie nocą…
Awatar użytkownika
Keith
Posty: 75
Rejestracja: 04 kwie 2012, 13:37
GG: 22266238
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26471#26471

21 cze 2012, 18:05

Keith był zrezygnowany. Nie widział wielkich szans na zrobienie czegokolwiek. Nie mógł nawet stać na własnych nogach, nie mówiąc o próbie ucieczki. Z resztą marne na nią były szanse gdy jest się otoczonym hordą morderczych orków na nieznanym terenie. W innej sytuacji może by ich przegadał. Przekonał, okłamał, oszukał. Ale ci byli wyraźnie nastawieni na upuszczenie mu krwi, a on nie miał czasu ani możliwości by cokolwiek wymyślić…
A teraz nieśli go na jakieś miejsce kaźni czy coś takiego by mu robić co bliźniemu niemiłe…
Zerknął na przygłupa który go powitał w tym miejscu z otwartymi ramionami. Trochę go zdziwiło jakie zamienniki słowa "cmentarne" zna ten opóźniony umysłowo ork. Ale każdy może być pełen niespodzianek, prawda? Keith westchnął ciężko. Co prawda wizja pomocy wszystkim mogła by dobrze zadziałać na jego karmę czy coś takiego, ale w tej chwili bardziej by chciał pomóc samemu sobie. Najlepiej w znalezieniu się w dużej odległości od tego miejsca. Marzenia – he he he – ściętej głowy.
Dotarli na miejsce… ładnie. Krzyż, włócznie, topór którym można by ściąć pół tuzina chłopa za jednym zamachem. No i oczywiście zawodząca kapłanka ze sztyletem. Keith osobiście spodziewał się raczej diabolicznego kapłana ze skrwawionymi rękami, ale tacy występowali raczej w pobliżu schodkowych piramid…
Zaczęło się przejaśniać, i półdemon chciał uważniej przyjrzeć się okolicy, ale wtedy jakiś niewychowany dryblas zerwał z niego ubranie bez choćby wspólnej kolacji. Nie żeby Keithowi przeszkadzała jego nagość. Nawet pojawił się na jego twarzy niewielki złośliwy uśmieszek. Niech obecne tu orczyce mają o czym pomyśleć w najbliższym czasie. W końcu ile obecnych tu osób mogło pomachać do widowni w czasie gdy dwóch osiłków trzymało ich ramiona? Mógł wymyślić gorsze sposoby na ostatnie wrażenie niż prezentacja pewnych specyficznych cech po tatusiu.
No ale oczywiście jakiś zazdrośnik musiał go kopnąć od tyłu w zgięcie kolan, powalając Keitha na kolana. Rozejrzał się po twarzach zebranych i dostrzegł Siwą. Posłał jej smutny uśmiech mówiący "No, to by było na tyle". Syknął gdy nagle dostał biczem. Spróbował się odwrócić, ale trzymali go niczym imadło. Znów dostał, a na skórze pojawiły mu się ciemniejsze pręgi w miejscu uderzenia. Ktoś krzyknął…
A następnie działo się coś, co przechodziło wszelkie pojęcie. Keith mógł mieć tylko nadzieję, że wśród tych przechodniętych pojęć były takie jak "Deus ex Machina" albo "przybycie kawalerii".
Awatar użytkownika
Siwa Wiedźma
Posty: 56
Rejestracja: 29 mar 2012, 10:59
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26186#26186

24 cze 2012, 14:09

Ajlin nie podobało się to wszystko. Ta atmosfera, to miejsce, te…fanatyczne potwory. Była tolerancyjna, nawet bardzo, lecz w tym momencie po raz pierwszy poczuła jawne obrzydzenie i niechęć w stosunku do jakiejś rasy, a w tym przypadku do orków. Bezmózgie, brutalne…których tradycja, wierzenia nie posiadają poszanowania dla życia czyjegoś i wspólnego, które zostały zdominowane przez równie fanatycznego starca. W jej oczach nie była to już rasa o barwnej i ciekawej kulturze, byli to zacofani barbarzyńcy. O ile pojmowała, że władza musi mieć silne podstawy, że religia może nie akceptować wybryków rasowych, nie pojmowała tego okrucieństwa orka względem orka…Chciała stąd się wydostać i na pewno zrobi wszystko, by wraz z nią uszedł stąd Keith. Nie miała zamiaru przyglądać się kolejnej bezsensownej śmierci. Mówiła więc do wodza, dalej wcielając się w pustynną kapłankę, choć posiadała wyłącznie status alchemika, a w szerszych kręgach wiedźmy. Próbowała się zbliżyć do towarzysza w jakikolwiek sposób, jednocześnie myśląc co przydałoby się do ewentualnej ucieczki. Zwierzęta, prowiant, Keith…
Pochodnia zgasła, a Siwa Wiedźma spoglądała z dołu na wodza z niejakim uniżeniem swoim w stosunku do niego. Ach. Jak ona musiała się do tego zmusić! A jak korciło by wygarnąć temu, temu…czemuś! Lecz niestety rozum hamował czucie w zapałach i uświadamiał, o tym że to nie najlepszy pomysł, a wręcz mogący skończyć się tragicznie w skutkach. Dlatego gdy uzyskała zdawkowe odpowiedzi, bez jakichkolwiek wyjaśnień, przyzwolenia, bądź odmowy, skinęła wyłącznie głową ze zrozumieniem, po czym podążała dalej brnąc w tajemnice rytuału. Widok tego, jak Traktują jej towarzysza, jak obdzierają go z szat, tego jak patrzył na nią, zawodzenia kapłanki ze sztyletem, do której dołączyła kolejna kobieta. Biedna Tutsi, biedny Keith…Lecz sama Ajlin w tym momencie niewiele mogła zrobić prócz tego by stać podpierając się o lasce i podążając za wodzem jak cień. Nagłe wywołanie awantury byłoby głupie z jej strony. Strażnicy byli wielcy i silni, a ona w ich oczach zapewne śmiesznym przeciwnika ze śmieszną bronią w postaci kostura w glucie nijak umywającego się do wielkiego topora czy dzidy. Musiała więc czekać…przyglądać się wszystkiemu co miało nastąpić i próbować wyczuć odpowiedni moment na ucieczkę i wyswobodzenie rogatego, o ile ten będzie do tego czasu jeszcze żył…Wzrokiem sunęła z wolna po okolicy próbując dostrzec wszystko co mogłoby dopomóc. Kota, broni, prowiantu, drogi ucieczki, swoich rzeczy, które miały być już na miejscu…Tutsi była zapewne już stracona…Keith zaś…
Co się działo dalej? Bogowie to tylko wiedzą…
Fraen
Posty: 372
Rejestracja: 06 gru 2011, 15:58
GG: 15995773
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1256

25 cze 2012, 15:23

MG:
Dwójka uprzedniej rozdzielona, znów spotkała się w jednym miejscu. Teraz jednak nie mogli rozmawiać w cztery oczy, a więcej… Wcale nie mogli rozmawiać. Ajlin martwiła się o skórę Keitha, jednak to jej życie było w tym momencie najważniejsze. Chciała jak najszybciej wyjść z tego pustynnego koszmaru i zapomnieć o tym, co się tu działo. Wciąż tuszyła jednak, że wszystko zakończy się szczęśliwie. Tylko jak byłoby to możliwe w takich waruznkach, w takich sytuacji? Wszystko wydawało się proste, jednak zakończenie było… niepewne.
Bohaterowie zapewne chcieliby się obudzić zlani potem we własnych łóżkach, o ile takowe posiadali. Wszystko mogłoby okazać się koszmarem, nocną marą. Niestety jednak, była to jawa, rzeczywistość. Pytanie, jak zakończyć te duchowe i fizyczne udręki na piaskach w obozie Derashun zadawał sobie i mężczyzna i kobieta.
Te pierwszy obnażony, w zimną, księżycową noc. Piasek ciął teraz całe jego ciało, a do tego był ubiczowany i sponiewierany. Nie były mu obojętne pomruki orków, aczkolwiek nie przejmował się nimi tak bardzo jak dziewczyna. Ona wszak nie była teraz bita i naga nie leżała na zimnej skale z tylko przeszkadzającą warstwą piasku.
Alchemiczka podała się za pustynną kapłankę. Nie była jednak pewna, czy w tych orczych kręgach panują takie właśnie struktury wśród duchowieństwa. Okazało się jednak, na jej szczęście, że orkowie są dość… tolerancyjni. Jakkolwiek to nie brzmi. Sfera duchowa u zielonoskórych była zagwostką, którą nikt się teraz nie zajmował. Grunt, że wstęp do ceremonii się udał. Zapewne srebrnowłosa bardzo się teraz bała. Nie widziała wszak nic. Ufała, że jej bezmyślnie wypowiadane słowa i odruchowe gesty dadzą oczekiwany efekt. Ale czy miała ona w sobie tyle siły, żeby przeforsować całą hordę orków? To miało okazać się za chwilę…
Za krzyżem i dwoma palami, przy korycie, stało dwóch orków, wyglądających na ciemiężców, który trzymali wielbłąda za uzdę oraz kobieta ze sztyletem, wznosząca dziwne modły do bezimiennych bogów. Dołączyła do nich Ajlin, tak, jak polecił jej bez słów strzec. Minęła ona swojego Kota, który patrzył na nią na w pół smutnym, udręczonym wzorkiem, na w pół spłoszonym. Nie mogła go teraz nijak pocieszyć.
Na Tutsi nie było taboru. Stawała ona co rusz na tylnych nogach, ciągnięta przez katów z tyłu. Parskała przy tym, a Ajlin z niedowierzaniem otworzyła usta. Nie minęło dużo czasu, kiedy wielka orczyca energicznie położyła dłoń na ramieniu kobiety, drugą ręką tnąc po wydętej piersi zwierza. Jego złote futro zalało się krwią, pulsującą z tętnic, ściekając na przednie kończyny. Tutsi wydała z siebie tylko stłumione chrapnięcie, po czym podniesiony łeb spuściła na dół. Drugi z gwardzistów uniósł go jednak. Twarz Ajlin znalazła się na przeciw twarzy zwierza.
Wielbłąd nie umierał, jednak wykrwawiał się powoli. Tłum zawył, a starzec uniósł ręce, również drąc się w ich języku. Tłuszcza zaczęła się szarpać, a Krrohr w dziwnej ekstazie machał rękoma. Strażnicy zaczęli uderzać obuchami o ziemię. Wszystko to spłoszyło dwa zwierzęta jeszcze bardziej.
Garbaty koń pustyni uniósł wysoko łeb, prostując szyję. Krwawa posoka opryskała twarz wiedźmy i orczej kobiety, a także ich ciała. Niewyobrażalna strumienie czerwonego płynu w końcu przestały tryskać tak intensywnie. A kiedy wielbłąd pochylił nieco łeb, nożowniczka cięła głęboko jego ganasz, u zwięczenia głowy. Bogom ducha winna złotosierstna zachwiała się poważnie na nogach, przechylając w bok. W tym samym czasie, jeden z orków, który stał po tej stronie, na który miała legnąć Tutsi – dobył topora i u uniósł go wysoko nad głowę. Ściął łeb wielbłąda jednym ruchem w dół. Jakże niewyobrażalna musiała być siła uderzenia, aby tak łatwo oddzielić głowę od ciała, tak wielkiego zwierzęcia. Nie cierpiała długo. Jej rdzeń kręgowy został przerwany od razu. Obydwie części zamordowanego zwierza padły na ziemię, podbijając tumany piachu do góry. Krew znów wyciekłą na posadzę cmentarnego wzgórza.
Zakuty włócznik szybko podbiegł i nabił głowę Tutsi na swój oręż. Uniósł go wysoko, co wywołało kolejną falę ekstazy. Odrąbany element szybko został zatknięty na pierwszy z pali. Stary mistrz ceremonii odwrócił się i wskazał ręką na Kota. Ten zasyczał. Nie uniosło to jednak nijak dzierżawcy śmiercionośnej dzidy. Pchnął w kierunku małego, a ten się zwinął tak, że grot odbił się od kamienia. Chciał zaatakować znów, ale zwinny ocelot uskoczył. Nie chcąc dać się tak łatwo, skrył się za palem, gdzie będzie miał więcej miejsca do manewrów.
W czasie upuszczania krwi, nieco dalej, Keith został przyparty do ziemi całym ciałem. Dwóch mięsistych orków podciągnęło bliżej niego krzyż. Kat z toporem obdarował go spojrzeniem, jakby mówił "teraz ty". Dwóch z tyłu wyciągnęło przed siebie ręce z pochodniami, pochylając je nieco.
Jednocześnie, do podnóża góry zostały przyprowadzone dwa woły. Kobieta mogła je ujrzeć, gdyż stały one po jej stronie, u bardzo łagodnego zbocza wzgórza, niemalże płaskiego. Tam otwierała się droga do wolności. Zatem starzec mówił prawdę. Oto jej transport. Ajlin stanęła jednak przed ważnym wyborem moralnym. Mogła zwyczajnie oddalić się i zignorować rozpoczynającą się ceremonię, zostawiając swój dorobek, w tym cenny kamień z laski, Kota, Keitha, i całą tą, dopiero co rozpoczynającą się, symfonię zła za swoimi plecami…
…albo zostać i coś wymyślić.
Awatar użytkownika
Siwa Wiedźma
Posty: 56
Rejestracja: 29 mar 2012, 10:59
GG: 36694984
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26186#26186

27 cze 2012, 11:52

Ajlin doczekała się w końcu jakiegoś gestu aprobaty. Najwyraźniej starcze orki potrzebowały dłuższego czasu do przetrawienia informacji i słów…Lecz na szczęście, dzięki bogom, że zaczęło cokolwiek iść po myśli Ajlin. Tylko co dalej? Na chwilę obecną zyskała zezwolenie na wykorzystanie swoich kapłańskich umiejętności…których nie posiadała. Nie wiedziała co robić w tym momencie więc podążyła w kierunku, który jej wskazano, a który prowadził do Tutsi. Musiała minąć po drodze Kota, lecz długo nie uwiesiła na nim swojego spojrzenia. Jeszcze brakowało by rzuciła się stworzeniu na szyję i zaczęła odpędzać te krwiożercze bestie stopami zaklinając ich bezduszność we wszystkich językach jakie znała, a trzeba zaznaczyć, że znała ich wiele…
Przeszła więc obok kotowatego odwzajemniając jego spojrzenie po czym doszła do wijącej się i smęcącej kapłanki…Dołączyła do niej próbując naśladować jej ruchy i mamrotać coś w jednym ze starożytnych języków, który powinien być dla orków tak obcy, jak dla wiedźmy była obca ojczysta mowa tych stworzeń. Ruchy jej ciała zdawały się być zapewne nieco nieporadne. Kołysała bowiem tułowiem unosząc i opuszczając darowaną jej podporę…Bogowie, gdyby nie strażnik, słowo daję, trzon laski uderzyłby głucho o łeb orczycy lecz do tego nie doszło. W zamian błysnął sztylet, wielbłąd wierzgnął, polała się krew…na twarz Ajlin, a chwilę potem puchata głowa została oddzielona od równie puchatego tułowia. Siwa zamarła, zastygła w bezruchu patrząc na martwe zwierzę swoimi brązowymi oczami. Do Wiedźmy nie docierały odgłosu fanatycznego tłumu. Kobieta zamknęła się bowiem na chwilę w swoim małym świecie. Czuła na języku metaliczny posmak posoki. To pewnie dlatego, że miała rozchylone usta. Po chwili przygryzła je niemalże do krwi z gniewu. Ach, jak nigdy nie czuła nienawiści tak teraz ta się w niej przelewała. Wzięła parę głębokich wdechów. Postanowiła. Wydostanie się stąd, a razem z nią i Keith, i Kot.
Odwróciła się z wolna w kierunku strażnika, który teraz próbował przeszyć włócznią jej towarzysza. Szła machając wargami, recytując półszeptem słowa w starożytnym języku. Spojrzała przenikliwymi oczyma na orka oganiając go laską, sygnalizując, że nic tu po nim, skoro zwierzęcia nie potrafi opanować.
-Zaklnę go. Pochłonie on swego naznaczonego pobratymca, dziecię Dhiabolo. Odsuń się– Powiedziała pewnie po czym zaczęła stawiać delikatnie bosymi stopami kroki wokół swojego drapieżnego kota udając, że czaruje stworzenie. W rzeczywistości ocelot po tym jak ujrzał swoją panią, która odegnała potencjalne niebezpieczeństwo i mówiła do niego powinien się uspokoić. Następnie wyciągnie nad niego dłoń, prztykając przytykając kciukami dla zwrócenia jego uwagi. Miała nadzieje, że stworzenie siądzie, bo pomyśli, że właściciela ma dla niego przysmak. Następnie nachyli się do kotowatego, wzmagając ton swoich "modłów". Rozwiąże go ze sznurów. Ujmie w dłonie i wzniesie go ponad siebie niczym trofeum, nie odrywając od niego wzroku zacznie stawiać wolne kroki w rytm swojej mantry, bujając przy tym swoją osobą i kołysząc biodrami. Kierowała się w stronę Keitha, a kiedy ujrzała stojący przy nim wielka broń zawołała z daleka.
-Stójcie! On jest mój! Bogowie go oczyszczą i sprawią, że sam wykrztusi z siebie splugawioną posokę, a ciało jego pochłonie jego pobratymiec! – Wołała wymachując bezwładnym w jej rękach kocim futrem które podsuwała w stronę Keitha, na którego spojrzała wymownie.
-Odsuńcie się i pośćcie go. Nie ucieknie, trzymają go w ryzach pustynni bogowie. Moje modły go oczyszczą, a nie chcę, by jego krew was zbrukała. – Czarowałaby tak strażników, nie zaprzestając tańsów, zawodzeń swoich i wymachiwania swoim kotem, co było powoli męczące, zwarzywszy na jego nasto-kilową wagę. Następnie, gdy wzrokiem zlustruje dwa bawoły…rzuci kotem w tłum orków, bądź tych uzbrojonych co mogliby przeszkodzić jej i jednorogowi w ucieczce, mając nadzieję, że drapieżny, zwinny i niewielki, w porównaniu do orków Kot narobi zamieszania, by w tym samym momencie pochwycić Keitha za dłoń i ciągnąć go w kierunku wołów. Nie widziała tam żadnej straży…Tak więc postara się dobiec do jednego z nich. Do swojego transportu…następnie wsiądzie na zwierzę, niczym na wierzchowca mając nadzieję, że transport był kulturalny w stosunku do towarzystwa na swym grzbiecie po czym pogoni zwierzę łydką…w końcu to taki bardziej pokraczny koń był…
Naturalnie jeśli znajdzie się na grzbiecie swojego rumaka, zacznie nawoływać Kota by ten przybiegł. Jeśli Keith będzie miał problemy ze wspięciem się na swoje stworzenie wyciągnie ku niemu rękę by podciągnąć go żwawo na swoje i we dwójkę odjechać stad jak najdalej…Tylko co dalej?
Awatar użytkownika
Keith
Posty: 75
Rejestracja: 04 kwie 2012, 13:37
GG: 22266238
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26471#26471

27 cze 2012, 12:56

Keith przymknął oczy. Z jednej strony jego zmysły były wręcz przyjemnie przytępione uderzającymi go ze wszystkich stron bodźcami. Atmosfera tego miejsca i otaczające go, nabuzowane orki wywoływały u niego uczucie porównywalne z lekkim hajem. Z drugiej strony natomiast jego umysł pracował ostro i intensywnie pracował nad ucieczką. Szukał rozpaczliwie i gwałtownie jakiegoś wyjścia. Rozwiązania. Nagle w pobliżu trysnęła obficie krew wielbłąda. Żelazisty zapach ciepłej, świeżo utuczonej krwi uzmysłowił półdemonowi jak blisko jest on do spotkania z kostuchą. Poczuł zimny dreszcz wędrujący mu po plecach, a szansa na ucieczkę nadal się nie ukazywała. To niemal śmieszne. W opowieściach zawsze w ostatniej chwili ktoś wpada z ratunkiem. Przylatuje smok, nadchodzi odsiecz albo objawia się jakiś znak wstrzymujący ceremonię. Niestety, życie nie jest opowieścią. Keith dobrze o tym wiedział.
I nagle usłyszał głos Ajlin. Wśród zawodzeń orków był to całkiem przyjemny odgłos. Jednak czemu wykrzykiwała takie głupoty? Z trudem obrócił głowę w stronę towarzyszki niedoli.
Ich spojrzenia spotkały się. Nieme porozumienie przepłynęło między nimi niemal jak za pomocą telepatii. Na niebiosa, ona coś planowała. Keith zacisnął zęby. Jeżeli miał mieć jakieś szanse tego dnia, to pewnie ta była zarówno pierwszą jak i ostatnią.
Niech to wszyscy diabli porwą. Jeżeli ma umrzeć, to wcześniej da popis jakiego długo nie zapomną…
Cokolwiek planowała. Keith miał zamiar wspomóc ją ze swej strony.

Chwilę później Ajlin mogła mieć chwilę niepewności czy na pewno nie posiada jakichś zdolności do egzorcyzmów. Keith zaczął drżeć w uścisku orków. Z jego gardła dobył się stopniowo coraz głośniejszy ni to skrzek, ni warkot. Nagle wierzgnął mocno, wydając z siebie przeciągły, bolesny okrzyk. Jego wzrok uciekł w głąb czaszki. Wyglądał jakby coś nim rzucało i sprawiało mu to wielki ból.
Aghhraaaaaagh! – wydał z siebie nieartykułowany krzyk opluwając przy tym sobie brodę.
Jedynym zmartwieniem półdemona wysilającego teraz do granic swoje zdolności aktorskie i oszustwo było teraz żeby zaskoczeni i możliwie przestraszeni orkowie puścili jego ręce. Wolne ręce były niezbędnym wymogiem.

Jeżeli tylko puścili jego ręce, rozpoczął prawdziwy pokaz. Regując na natężenie działań Siwej, zaczął na zmianę rozrzucać kończyny szeroko i zwijać się w kłębek turlając się po ziemi. Złapał się za twarz, jakby zaczęły go palić oczy, wyprężył się na plecach. Zawył, i wysunął na całą szerokość język, który okazał się być prawie trzy razy dłuższy od normalnego. Nagle obrócił się gwałtownie na brzuch i zwinął w kulkę, chowając głowę w dłoniach. Czas na podbicie akcji.
Zaczął wrzeszczeć jeszcze gwałtowniej. Potem pewnie będzie go ostro boleć gardło, ale ważne żeby wciąż było wtedy na miejscu. Jego dłonie wędrowały po ciele jego ukrytej twarzy, zmieniając, kształtując i modelując. Gdy znów uniósł głowę, łapiąc gwałtownie powietrze jakby wynurzył się z wody, wyglądał inaczej. Róg z jego głowy zniknął. Obserwatorzy tego nie wiedzieli, ale wtopił się w czaszkę, pogrubiając nieco jej grubość na czole. Uszy wyglądały normalnie, ludzko, przy czym jedno wyglądało na naderwane. Skóra na głowie do ramion także przyjęła normalny, zdrowy kolor, była tylko zaczerwieniona z wysiłku czy też bólu. Dalej przechodziła już we wcześniejszy odcień. Najbardziej rzucały się jednak w oczy włosy. A raczej ich brak. Wrzeszczący, smarkający i śliniący się Keith był w tej chwili łysy jak kolano.
Przez cały czas rzucający się po ziemi Keith przesuwał się w stronę "egzorcystki", co jakiś czas błagająco wyciągając do niej dłoń. Tylko raz jeden pozwolił sobie na rzucenie jej porozumiewawczego spojrzenia, a i to przez ułamek sekundy. Nie mógł ryzykować, że ktoś rozgryzie ich małe przedstawienie.
Teraz tylko dotrzeć do wierzchowców, nie dając się zatrzymać ani otrząsnąć.
Ghrrrhaaaaaaaaaaaa! -= zawył łapiąc się dłońmi za ramiona. Pod ich dotykiem skóra coraz niżej zmieniała swój kolor na ten odpowiadający twarzy. Oczywiście dla postronnych wyglądało to jakby zmiana koloru była dla biednego półdemona strasznie bolesna. Przeczołgał się prawie pod stopy Ajlin, szykując się do nagłego rozpoczęcia biegu ku wolności.

A jeżeli nie puścili jego rąk? Cóż. Miał przerąbane i musiał zdać się na plan Siwej z Improwizowaną Bronią Miotaną.
Fraen
Posty: 372
Rejestracja: 06 gru 2011, 15:58
GG: 15995773
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1256

01 lip 2012, 02:35

Literówki i inne błędy zamierzone.

MG:
Żaden obywatel, pozostający przy zdrowych zmysłach, nie idzie po mieście spodziewając się, że zza rogu wyskoczy na niego rabuś. Każdy morderca trwa w przekonaniu, że jego zbrodnia nie ujrzy światła dziennego. Nikt nie spodziewa się, że nagle coś pójdzie nie po jego myśli. Wszyscy wychodzą z założenia, że "wszystko będzie dobrze". Zło, które jednak jest wszechobecne – o ironio, zaskakuje zawsze.
Podobnie i teraz. Keith i Ajlin mieli nadzieję dostać się w końcu do miasta, razem. W założeniu nie było jednak żadnych problemów, lejącej się krwi, straty wielbłąda, próby gwałtu, wioski fanatycznych orków i najgorszych emocji z górnej półki. Wszystko stało się tak nagle. W mgnieniu oka najpierw obydwoje stracili przytomność. Później zaczęło robić się coraz gorzej. Z początku, niby przyjemna sytuacja – obydwoje na futrach, doglądani przez inne osobistości. Kiedy jednak mgiełka zamroczenia opadła, dojrzeli oni, że jeden z nich jest gwałcicielem, a drugi planuje rzeź na współtowarzyszach. Co za ironia losu.
Każdy z nich zapewne po tych wydarzeniach będzie dziękował wszystkim bogom, że w ogóle przeżył. Naturalnie, o ile to uczyni.
Dwójka wędrowców przespała się przed wszystkim w wierzy. Była z nimi i kobieta-wojowniczka, która jakby przewidziała wszystko i szybko udała się w swoją stronę. Półdemon i dziewczyna jednak poszli dalej… A i nie pozostało im nic innego, jak tylko plucie sobie w brody, że w ogóle się obudzili. Nie było to jednak piekło, jakie spotykało ludzi na torturach, czy tych nękanych magią umysłu – jak na przykład roskvarów, którzy ruszyli na Wolenvain jeszcze nie tak dawno temu. Nie mniej, była to niebywale niekomfortowa sytuacja.
Z jednej strony, chuderlawy donżuan cierpiał katusze fizyczne; z drugiej strony drobna alchemiczka męczyła się z widokiem krwi i chorych umysłowo orków. Trwali w tym jednak. Poza tym, trauma spowodowana szokiem po ostatnich wydarzeniach zapewne zostanie im na długie lata… Tyle chociaż z tego będą mieć, że przy ognisku będą mogli opowiadać historie prawdziwe i pokazywać takowe rany.
Z całego tego zamieszania, to jest – i zgromadzenia się przy boskim ołtarzu egzekucyjnym, i wstępnych ceremoniałów – wynikło, że jednak tylko Ajlin będzie mogła prawić o tym, co widziała. Jakkolwiek nie było to mylne stwierdzenie – kobieta miała plan i nie zamierzała zostawiać tu towarzysza drogi samego. Cóż za dobra kobiecina. Nie jeden rzezimieszek na pewno uroniłby kilka łez.
I czy się udało, i Keith rzeczywiście będzie mógł opowiedzieć wnukom o swoich perypetiach? Cóż. Nawet, jeżeli tak – on nie był typem takiej osoby. Wiódł życie hulaki, bohatera niezbyt romantycznego. Ale czy tak oni właśnie nie kończą? Mąż był to cwany i bez honoru. Potrafił łgać, pochylać karku, zdradzać i rzucać monety, aby uratować własny tył. Nie można mu umniejszać. Był jak karaluch i to chyba bardzo trafiony epitet. Nie dało się go uciszyć, a bogowie chyba go sobie umiłowali. Ni to gwałt, ni śmierci… Wszystkiego brak. Przeszłość jego, ojciec i otoczenia, wywarła na nim taki, a nie inny wpływ.
Z drugiej strony była srebrnowłosa, cicha piękność. Ufna dziewoja o przemiłym charakterze, a do tego gładkiej cerze. Jak się na nią nie zapatrzeć? Nie wiem, ja tu tylko piszę. Najpewniej skończy źle, o ile ona nie zapatrzy się na jakiegoś cnotliwego rycerza, co to ją wybroni od plugawości tego świata, natrętnych podrywaczy i fanatycznych orków. Jej postawa jednak dawała jej pewne profity w tym wszystkim. Gładki początek. To w końcu nie ona przywiązywana była teraz do krzyża, aby wystawić jej ciało na spalenie i wrony. Była taka, a nie inna, teraz stojąc przed ciężkim wyborem.
Kimże by była, i jak bardzo musiałaby zaprzedać swoje ideały Ciemnej Stronie Mocy, gdyby nie ruszyła z odsieczą dla rogatego chłoptasia… Romantyczna szarża nie była jednak tak romantyczna, jak to je opiewają skaldowie z północnych stron. Nie sposób odmówić jej było pomysłowości, czy też… szaleństwa. Zależy jak podchodzić do sprawy. Z perspektywy jednak nieco znudzonego narratora sprawa wyjścia z całej tej sytuacji, to jest – zjedzenia ciastka i nieustannie go posiadania – była co najmniej… dziwna.
Orkowie z tych stron mieli swoje prawa, swoje religie, swoje przekonania, swoje ceremoniały, swoje zwyczaje, swoje tradycje, swoje władze, swoje przywileje, swoje obowiązki, swoje kobiety, swoje mieszkania, swoje brudne topory, swoje języki i ogólnie – wszystko swoje. Wiedźma, jak ją zwali niejedni, rzuciła się zatem na głęboką wodę. Najpierw podając się za pustynną kapłankę, nie wiedząc przy tym nic o magi, ani o zwyczajach tychże. W zasadzie to nie widziała, czy nie zostanie też poćwiartowana i ugotowana w oleju za innowierstwo. Jednak pewnie to przewidziała… "Ci orkowie na pewno nie mają oleju" – tak sobie pomyślała. Jedak bez rymów, ruszyła w batalię chrząknięć i gestów maga, to znaczy – przywódcy.
Dalej chciała uczestniczyć w ceremoniale. Jakże pozbawieni rozumów i zasad moralno-etyczno-religijnych musieliby być orkowie, aby się zgodzić. Jednak jak mówi stare porzekadło: "Co insza pustynna wioska orków, to inna kultura.", czy jakoś tak… Tak, czy owak – udało się. Bóg opaczności uśmiechnął się raz jeszcze do Ajlin. Ale jak nie uśmiechnąć się do tak urodziwej damy… Pytanie to, a jakże – retoryczne, padało zapewne w głowie każdego cywilizowanego mieszkańca Centrum i Północy Leviathana, ilekroć ktoś ją widział.
Nadobna dziewczyna jednak praktycznie nie ruszała się z piasków Pustyni Śmierci. Widać ze śmiercią jej do twarzy. A na pewno to dla tego, że na tle Kostuchy wygląda jeszcze bardziej kobieco… Roskvarzy siedzą z mieczami w krzakach, czekając na cud, przy dodatkowej okupacji wojsk Wielkiego Imperium Zachodu. Siwa nie była tak nigdy, a czy będzie… Niewątpliwie przyczyniłaby się do większego upadku kraju. Obrońcy zapatrzeni nie na konwoje wroga, a walory kobiety padaliby od pierzastych strzał jeden po drugim. Chociaż, z filozoficznego punktu widzenia, łucznicy zrobiliby to samo, ale to problem na inny wieczór.
Narracja może wydawać się pozbawiona sensu, aczkolwiek trwa Wilcza Pełnia, skoro już nawiązywać do innej kultury. Nocą wszystko wydaje się inne. Gwiazdy wskazują drogę do Milanoith, a księżyc łypie na Keitha, który woła w myślach o wybawienie… Czekał jednak tyle, poczeka i jeszcze kilka opisów.
Baty padały jeden za drugim… Poranione jego plecy ściekały posoką barwiąc posadzkę na kolor południowego inna… Kontrastowała z kamieniem i piaskiem podłoża, która miała zabarwienie zachodniego samogonu.
Bohaterka nie mogła na to dłużej patrzeć i postanowiła zacząć realizować swój, jakże fantastyczny, plan, który został właśnie dopięty na ostatni guzik – jakkolwiek to nie zabrzmiało.
Wielbłąd był już martwy, półdemon – półmartwy, a Kot… wyglądał całkiem nieźle. Sprawczynią pierwszej zbrodni była kobieta. A przynajmniej wyglądała na kobietę. Według tutejszych plemion pewnie niebywale urodziwą… Wśród ludzi z Wolenvain jednak na pewno wywołałaby odrazę i żaden normalny obywatel nie marzyłby o romantycznej kolacji przy świecach na wespół z nią.
W Hodgerdzie przyjęło się mówić, że zło się piękne, a dobro – wręcz przeciwnie. Wynika to pewnie z ich zadufania w sobie, postaw życiowych i opinii ludzi z Centrum, ale kogo to unosi. Idąc tym tropem, orczyca powinna być uosobieniem dobra, a Ajlin – żywym wcieleniem zła. A Keith? Keith myślał o sobie, jak o bożyszczu. Był jednak żylasty i niejedna osoba, z opisu uznałaby go za coś obleśnego. Mimo wszystko, aura, którą roztaczał, sprawiała, że stawał się on niezrozumiale… dziwny. Bardziej pociągający, ale to tak, jakby chcieć się przytulić do łajna… Na szczęście siwowłosa księżniczka była zbyt zajęta swoją ranioną przez piasek skórą, a nie jego marnymi zalotami…
Wracając do fabuły. Ocelot miał oddać ducha, jako kolejny. W trosce jednak o jego życie, dziewoja nakazała zaprzestać prób przebicia jego chucherkowatej klatki piersiowej. Khrorr był zbyt zajęty ekscytowaniem się przy przemowie, a nie za bystry ciemiężyciel, obracając głowę, wzniósł swój grot znów do góry, patrząc co robi druga mistrzyni ceremonii. Nożowniczka spojrzała na białogłową ze zmrużonymi ślepiami spode byka. Miłośniczka życia kucnęła przy swoim pupilu i odwiązała go bez większych problemów, wznosząc następnie nad głowę. Tłum zawył z… rozkoszy? Cóż to było za duchowe uniesienie. Siwy ork odwrócił się i znów wrócić do wydzierania się wniebogłosy. Tłuszcza zaś… zaczęła się dosiadać. Mężczyźni brali kobiety jak dzikie zwierzęta, odpychając się jeden za drugim. Brali się między sobą i właśnie teraz Keith mógł skojarzyć fakty. Jego "moc", chorzy umysłowo, współżycie. To wszystko się jakoś kleiło. Czy może chodziło tu o śmierć? A może o Kota? Nie mógł sobie tego teraz układać w głowie. Był… bity. Nagi, ale bity, nie gwałcony. Kilku próbowało się na niego rzucić, ale strażnik skutecznie odganiał potencjatów.
Następnie zaczęła się szopka właśnie wymienionego półdemona. Opis jego konwulsji zajmowałby dwa razy więcej miejsca, niż wyżej opisane i nic nie wnoszące informacje, zatem daruję sobie. Keithem miotało jak Szatan. Leżał on na ziemi, a zła moc obracała nim jak wskazówkami zegara. Strażnicy, którzy wielce zlękani odsunęli się o krok, wiedzieli, że tu się coś bardzo mocno działo. I zaiste, coś burzyło się w umyśle demona. Co prawda, na tyłku, czy oku nie wisiał mu metal, ale i tak zachowywał się jak opętany.
Strach gwardzistów podjudziła dodatkowo kobieta, która rzekła, aby się odsunęli. Na razie się udawało, teraz też musiało. Wszyscy słuchali się jej, to ona była mistrzynią ceremonii. Nikt nie odważył się jej przerwać. Zupełnie, jakby wszystko szło po myśli mistrza zamętu – Khrorra.
No i w sumie… Dzieci Dihaboo nie uciekały, w ostateczności strażnicy dobiją co trzeba… Niech się dzieje magia. Jednak, działo się coś więcej. Keith rozumiał się z Ajlin, jakby bez słów. Ona udawała tajemne egzorcyzmy, a mężczyzna używał swoich mocy, aby… przejść przemianę. Stawał się jakby bardziej ludzki.
- Jego moc uchodzi – krzyczał podekscytowany starzec – - wprost na moich ludzi! Nie przestawaj!
Tedy też strażnicy skinęli na siebie porozumiewawczo i osunęli się jeszcze o krok, prostując swe wielkie sylwetki.
W ten, kiedy na chwile przestano ich obserwować – wiedźma-egzorcystka cisnęła swoim futerkowym przyjacielem w strażnika, który mógł jej utrudnić zadanie. I tak, jak wcześniej broniła jego życia, prawie dosłownie – własną piersią; teraz rzuciła nim zwyczajnie w zbrojnego orka… Co nią kierowało? Wie tylko ona sama… Czyżby ocelot był już wyćwiczony w tego rodzaju użyciu, poprzez uprzedniejsze życia? Nie od parady kotowaci mają po dziewięć żywotów. Właśnie teraz Ajlin chciała wykorzystać chyba jeden z nich…
Korzystając z chwili zamieszania, chwyciła za rękę mężczyznę i podrywając go z ziemi, zaczęła biec z nim w stronę dwóch wołów, które zostały podstawione pod górę. Keith byłby się przewrócił, ale szybko złapał równowagę. Nikt ich tedy nie obserwował… Wszyscy byli tak zaabsorbowani współżyciem seksualnym, dziwnymi wyciami i modlitwami, że do tego w szumie wiatru, nikt nie zobaczył wymykających się gwoździ programu…
Kot nie był byle nieogarem, ale dał się chwycić. Zielonoskóry cisnął nim w posadzkę i zamachnął się toporem. Jakże wiele czarnych scenariuszy mogło się tedy zrealizować. I gdyby pod łapami malca był piasek – nie kamień – skończyłby podobnie do Tutsi. Kot zwinął się jak dziki i szaleńczym pędzie pognał za panią.
Ona jednak, na wespół z ludzkim jednorożcem, została zatrzyma przez fanatyczną kapłankę, która nie była przychylnie nastawiona do Siwej. A już na pewno nie do Keitha. Zacisnęła dłoń na sztylecie, kiedy nagle – nad głową demona przeleciał Kot, którzy wybił się z ziemi. Skoczył na twarz orczej kapłanki i haratając ją pobiegł dalej, w dół. Za nim Ajlin z odmienionym dziwadłem.
Będąc przy wołach, nie oglądali się za siebie. Uczona pomogła obolałemu wdrapać się na wysokie zwierze, a sama weszła, biorąc ze sobą ocelota. Spostrzegła się przy tym, że przy zwierzęciu, na którym siedział, czy też… leżał jej towarzysz – były torby. Jeszcze tego nie wiedziała, ale wewnątrz był cały jej ekwipunek i wyposażenie… Wykluczając szlachetny, zielony kamień.
Mogli teraz jechać. Ruszyli, a juczne "konie" orków posłusznie wykonywały nieraz zawiłe komendy głosowe, czy też kopniakowe. I nim się obejrzeli, wzgórze i cały obóz w Derashun zniknął za wzgórzami i wydmami piaskowymi… O świcie powinni być przed bramami miasta.

Post od pewnego momentu bardzo przyśpieszony… Gdyż, bo iż, ponieważ – tak. Kto wie, ten wie… Byłby lepszy, ale to uczucie, kiedy presja…
Większość opisów (bezproblemowej) drogi zostawiam Wam. Jakbyście jednak mieli pewne wątpliwości… Wiecie gdzie mię szukać.


PODSUMOWANIE SESJI
[/oldsize]

Przeciągnęło się… jak cholera. Problemy techniczne różnych stron, et cetera. Jednak dotrwaliśmy do końca. Winszuję cierpliwości, szczególnie Keithowi, który pokładał się z nudów, czekając na moje posty.
Obydwoje pisaliście na podobnym poziomie, pomysły mieliście… ciekawe. Poza standardowym wynagrodzeniem, standardowo – jak zawsze u mnie – dostaniecie specjalny bonus w PCh, jako, że przeszliście sesję na poziomie "Ventrox".
Nie będę się rozwodził, bo jedna osoba i tak mi już usypia na kolanach, a ja niepotrzebnie przedłużam. O szczegóły oceny możecie wołać na GG, obiecuję, że nie będę improwizował… *Powiedział z dłonią za plecami…*
Tak więc Siwa Wiedźma otrzymuje 21 PCh, zaś Keith21.2, a jako, że nie ma tak nierównych wartości, jak przy każdym prawdziwym ocenianiu – obydwoje musicie zadowolić się taką samą ilością punktów, tj. właśnie 21.
Tak dużo, gdyż było mówione, że nie będzie krwi, będzie szybko, a MG nie będzie Lupus Dei.
Moją zaś ocenę poddaję MG nadzorującemu ten dział, wraz z edycją w Rankingu.
Dziękuję za współpracę.
Pa.

Wróć do „Pustynia Śmierci”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 8 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 8 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.