Pustynne Wyżyny

Nazwa Pustyni Śmierci jest aż nazbyt trafna - bez znajomości tego terenu trudniej przeżyć tutaj dłużej niż dwa dni. Jeżeli przemierzającym ją śmiałkom dane będzie spotkać grupę nomadów lub pustelnika, z pewnością uzyskają informacje na temat najbliższej oazy, zwykle jednak oddalone są one od siebie o kilka dni forsownego marszu.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

Pustynne Wyżyny

04 paź 2013, 18:33

Obszar znajdujący się niedaleko Traktu Południowego, należał do szczególnie zabezpieczonych. To właśnie tutaj Konsorcjum umieściło swoje przyczółki, aby karawany mogły zarządzać postoje w drodze ku Khan'Sal. Niemniej, wielu banitów odnajdywało tutaj wiele ciekawych miejsc, coby urządzać zasadzki na szczególnie niechronione wehikuły. Handel z południowcami przynosił ogromne korzyści, lecz i kusił do przelewania niewinnej krwi. Zrabowane dobra przemycało się w rozmaite miejsca. Koszt towaru spadał, jednak końcowa wartość produktu nadal pozwalała porządnie napełnić spragnioną srebra sakiewkę. Wielu najemnych strażników ochraniało wozy za cenę, której próżno było szukać na ziemiach Autonomii. Najemnicy zbierali się w Varti, poszukując opłacalnych wyzwań. Znaczna część dogadywała się z nadzorcami karawan, jednakże mniejszość – zazwyczaj uzbrojona jak na wojnę – polowała na bandyckie gniazda. Za łebska poszukiwanych hersztów wyznaczano niemałe nagrody.

Ukształtowanie terenu nie pozwalało na szybką jazdę, albowiem piasek zmieszany był ze skalnymi elementami podłoża. Podróżników męczyło nieustanne wrażenie, jakby wchodzili pod górkę – szczególne było to odczuwalne, gdy znajdowało się blisko Traktu Południowego. Słońce wysysało motywację, katowało swym żarem, a najsłabszych zwyczajnie zabijało. Czasem, ze strony górskich szczytów, silny wiatr potrafił pokazać swą siłę, niosąc ze sobą również bezcenny chłód. Przez trudne warunki, wielu początkujących wędrowców traciło czujność… a tedy pojawiali się oni – rozbójnicy. Nie dziwił widok prowizorycznych schronień czy namiotów. Niektórzy celowo omijali trakt, pokonując jeno sobie znane ścieżki.


Jedno było pewne. W tym miejscu Pustynia Śmierci potrafiła sypnąć pieniądzem, wystarczyło podjąć pewne kroki…

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

04 paź 2013, 20:14

MG

Asim Sokół wybrał drogę na południe, zważając na porę dnia. Miał wybór, podążyć południowo-zachodnim kierunkiem lub nieopodal Traktu Południowego, aby przeczekać dzień. Przystał na drugą możliwość, mając w świadomości to, że mógłby jeszcze bez większych problemów zarządzić postój. Klarownie wytłumaczył drużynie swój punkt widzenia, nastawiając na bezpieczeństwo grupy.

Pokonywali względnie najłagodniejszy obszar pustyni, a słońce dokuczało im bez przerwy. Znachor, ciągnąć dwa szorujące po piasku łańcuchy, z początku nadrabiał tempem za drugim wielbłądem. Po dobrych trzech godzinach drogi, ork ledwo nadążał za trzecim. Swoiste zachowanie pustelnika mogłoby wzbudzać pewne kontrowersje. Dwa wolne wielbłądy mogłyby wspólnie nieść łańcuchy. Czyny pieszego były zaiste tajemnicze, zaprzeczające na pierwszy rzut oka racjonalnemu postępowaniu.

A słońce mordowało w Entropii ducha. Promieniująca gwiazda trwała, wysysając z żywych istotek chęci i zaparcie. Spoceni jeźdźcy odczuwali ciężar na barkach, uciekała z nich woda. Ich szaty szybko stały się wilgotne i wielce niewygodne. Niegdyś piękny krajobraz olbrzymiej pustyni, obecnie stał się monotonnym koszmarem.

Gdzie okiem nie sięgnąć, tam piasek i skały. Teren był skrajnie nierówny, Entropia niemal falowała, podróżując po pół-piaszczystej glebie. Wkrótce stracili orientacje w terenie, zdając się w pełni na umiejętności Asima. Nie wiadomo było gdzie północ, a gdzie południe.

Rozświetlony gigant trwał wysoko na nieboskłonie. Sokół nakazał wszystkim pić dużo wody, jego czujne oko spostrzegło osłabioną postawę towarzyszy. Infi, wcześniej władając niemal nieograniczonymi pokładami energii, chciał się zatrzymać. Zatrzymać i położyć się w cieniu, zasypiając na dobre. Nawet trzymanie za uprząż uchodziło w głowie woja za niemały wyczyn. Gdyby potrafił pokonać słońce… zmiażdżyć je. Zgasić! Nic z tego. Kenhkarowi kręciło się w głowie. Bujał się na siodle, niemal zapominając o tym, iż Arael opierała swe mokre od potu dłonie na jego klatce piersiowej. Raz, mimochodem, spojrzał w niebo. Fala światła natychmiast zmusiła go do odwrócenia wzroku, czuł się maluczkim, nic nieznaczącym łajnem. Łowczyni próbowała zasnąć, jednak okazało się to niemożliwe. Jej zaschnięte wargi wydawały się kruchą skałką, która miała za chwilę pęknąć. Asterias, wdychając opary z opalanej przez Asima fajki, niemal zwymiotował.

A słońce trwało…

Czas dla Entropii dłużył się, jakoby sami mistrzowie magii postarali się o to, by spowolnić dla drużyny upływ czasu. Skazać ją na wiecznie przedłużające się tortury. Niemniej, nie stało się tak. Nadchodził wieczór. Przewodnik sześcioosobowego orszaku postanowił rozbić obóz nieopodal dużego głazu przypominający posąg pocisku od procy. Wielbłądy zatrzymały się tam. Znachor, niesamowicie zmęczony, dyszał jak byk przed śmiercią. Uwolnił uścisk, opuszczając nagrzany metal. Dłonie miał przeorane odciskami, lecz jego lico pozostało w miarę harde. Południowiec wydobył z niesionego przez swego wierzchowca ekwipunku pięć glinianych garnków, sześć misek oraz dwa mieszki wypełnione nieznaną przez innych zawartością.

- Infi, przywódco, mógłbyś rozpalić ognisko? – zachowując kulturę i szacunek, Asim poprosił łagodnym tonem przywódcę o przysługę. - W nocy zapada istny mróz, trza się na to przyrychtować. – Wskazał swą kościaną fajeczką na jednego z wolnych wielbłądów. - Powinieneś znaleźć sporo chrustu, trochę drewna i krzemienie. Ja tymczasem zrobię coś na ząb.

Wskazany przez Asima wielbłąd posiadał wszystkie wymagane przedmioty do rozpalenia ognia. Czerwonooki spostrzegłby również, że niewiele było materiału na ogień. Po dobrych trzech, czterech dniach Entropia nie posiadałaby niczego do utrzymywania płomieni. Infi musiał wykorzystać niezbędne minimum, ale… Ale jego czujne oczy zauważyłyby coś jeszcze. Butelczynę najprawdziwszego wina. Przecie… nikt obecnie nie patrzyłby w tamtym kierunku. Infi był cholernie zmęczony i spragniony, jednakże cząstki pozostałego sumienia podpowiadały mu, by nie zapijać ryja. Chociaż, jakoś owe cząstki nie przeszkadzały mu, gdy ćwiartkował swych nieprzyjaciół.

- Człowieczku, chcesz iść to gdzie ja? – zielonoskóry tracił panowanie nad językiem, kalecząc Wolną Mowę. - Zbierać kam… kamienć. Trza siedziska czynić. Cho. – Z ledwością wydukał w kierunku Kenhkara swoją prośbę. Gdyby mag zgodziłby się na to zadanie, wyruszyliby dobre dwadzieścia korków od obozowiska. Kenhkar zorientowałby się, iże niektóre kamienie były stosunkowe ciepłe i przyjemne w dotyku. Drogą dedukcji odkryłby, że potrzeba kilkadziesiąt takich, by starczyło dla każdego – a na to potrzebował czasu. Noc nadchodziła, temperatura gwałtownie spadała. Asim zapewne posiadał koce, lecz naturalnie ogrzany surowiec polepszyłby warunki bytowania.

- Niechjże ktoś przygotuje koce! – krzyknął Sokół, rozprostowując płaty suszonego mięsa na posiłek. Do każdej miski powędrowało po sześć kawałów wołowiny, parę kawałków przekrojonej cebuli i rozerwane garście chleba, dla każdego mniej-więcej po równo. Asim napełnił również garnuszek wodą i ziołami. W mieszaninie pływało jeszcze więcej cebuli, czosnku oraz dwa przesolone udka z kury. Wszystko czekało na ogień. Reszta garnków służyła jako swoisty wodopój dla wielbłądów.

Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

06 paź 2013, 23:27

Siła wodza nadal szokowała brodatego maga. Kenhkar miał już okazję jej zasmakować — zniszczyć rękojeść jego dawnego kostura jednym cięciem było arcytrudno. To świadczyło o krzepie czerwonookiego miecznika. Niemniej jednak widok Infiego trzymającego potężny młot bojowy bez najmniejszego wysiłku oszałamiał. Ponadto ten sam woj chwilę wcześniej wbił swój sporych rozmiarów miecz w ziemię z taką siłą, że trzecia część ostrza w niej utkwiła.

Kenh ledwo powstrzymał się od rozdziawienia szeroko ust. Patrzył na plecy wojownika, który oddalał się w stronę swego wielbłąda.

Przewodnik zwrócił się w pewnym momencie do Arael, wspominając o jej zastanawiającym zachowaniu. Przy okazji Kenhkar dowiedział się, iż słońce na Pustyni grzeje z siłą uszkadzającą skórę. Ponoć bardzo. Mag od razu odrzucił wcześniejszy pomysł pozbycia się rękawów szaty.

Sokół odszedł chwilę później, w celu przygotowania zwierząt do wyprawy.

Nie wiedzieć czemu Znachor zbliżył się nagle do Kenha, pochwycił potężnie jego ramię. Chociaż dla niego był to pewnie leciutki uścisk. Długowłosy powstrzymał stęknięcie. Ork się uśmiechał. Chyba mu jakoś zaimponowali. Chyba. Mag poszukałby potwierdzenia w spojrzeniu Infiego, lecz ten zdążył się oddalić. Dzierżycielowi Dźgacza pozostały więc domysły. Chociaż uśmiech powinien być jednoznaczny. Już z głosu Znachora dało się wyczytać narastającą energiczność, co nakręcało Kenhkara.

Widząc, jak rzemieślnik próbuje dotrzeć do Asteriasa, czarodziej poświęcił nieco więcej uwagi Łowczyni i elfowi. Byli dziwnie nieobecni. Taki brak koncentracji mógł ich zabić, gdyby natknęli się na skorpiony. Perspektywa walki z tymi bestiami, mając u boku tylko czerwonookiego i orka, nie była zbyt radosna. Głównie dlatego, że wzrastała szansa, iż przeciwnik skupi się właśnie na nim. Kenhkar nie przepadał za braniem na siebie ofensywy wroga.

Asterias upadł, klepnięty przez Znachora w plecy.

— Aster, co z tobą? — zapytał czarownik, podnosząc maga krwi, gdy ork wrócił do swego namiotu z niepotrzebnym sprzętem. — Weźże się w garść, elfie. Idziemy na pustynię, nie do karczmy na dziewki. — Powiedziawszy, co miał do powiedzenia, Kenh odsunął się, dał towarzyszowi trochę przestrzeni. Sam rysował palcem w ciepłym piachu, przedstawiając walkę Entropii z potężną królową skorpionów, większą dwa razy niż zwyczajna samica tegoż gatunku. Bitewny mag widział, jak Infi miażdży jej odnóża, jak Arael rozszarpuje ją harpunem, jak Aster czerpie z niej tryskającą krew i — wreszcie — jak on sam ciska nią z potężną siłą za pomocą wiatru.

Magik popatrzył na nowy oręż. Czy bez wspomagania swej magii nauczy się kontrolować wiatr z taką samą dokładnością i siłą? Ostatecznie utracił prędkość w starciu — Glamaithil wyróżniał się dość lekką, smukłą konstrukcją — miał gładko ciąć i stukać, nie miażdżyć. Do miażdżenia z kolei nadawał się Dźgacz. Kenh nieco obawiał się nadchodzących starć. Pozbawiony pełnego potencjału magicznego, trzymający nową, znacznie cięższą broń.

Westchnął, wstając. Znachor właśnie wyszedł ze swego domostwa.

Lustrując wielki łańcuch niesiony przez orka, kudłaty dosiadł wielbłąda wraz z Arael. Miał nadzieję, że nie śmierdzi nazbyt mocno. Było dość gorąco i pot raczej nie należał tutaj do rzadkich zjawisk.

Ruszyli.

Kenhkar obejrzał się ukradkiem, dostrzegając pozostającego w tyle Znachora. Wyglądało to tak, jakby ork zwyczajnie przeliczył swe siły. Chociaż nie, to w ogóle do niego nie pasowało. Mag ponaglił swego garbatego wierzchowca, by zrównał się z tym, na którym jechał Sokół.

— Asimie, o co chodzi? — wskazał kciukiem muskularną postać za nimi. — Może użyczmy mu jednego z wielbłądów? Bo się chłopina zamęczy. — Mówił cicho. Wolał, aby takie słowa do orkowych uszu nie dotarły. Nie zadawał jednak kolejnych pytań. Był zanadto zmęczony. Woda uciekała z niego niemalże strumieniami. Łyknął trochę z bukłaka.

Krajobraz, wcześniej mający w sobie jakiś urok, jakieś zaklęcie, teraz nudził i zdawał się wołać: Wracaj tam, skąd przybyłeś!. I Kenh miał ochotę, najszczerszą ochotę to zrobić. Ale cóż, mieli ubić bestie, to musieli to znieść. Dlatego też brodacz zacisnął zęby i jechał dalej, siląc się na siedzenie prosto.

Tylko że nieco kręciło mu się w głowie. A nawet bardzo. Łyknął więc znowu, nieco więcej. Odetchnął, zadowolony. Czuł na swej piersi dłonie Łowczyni. Obrócił się, spojrzał na nią. Musiał przez chwilę koncentrować wzrok, ale wreszcie dostrzegł, iż ta nie wygląda zbyt dobrze.

— Piłaś już coś? — wychrypiał. — Bo wyglądasz, jakbyś miała mi tu zaraz zemdleć. — Wysilił się na delikatny uśmiech. Potem zamilknął i się odwrócił.

Słońce piekło.

Świat zaczynał mienić się czerwienią, gdy Sokół zarządził postój. Kenhkar odetchnął. Zsunął się z wielbłąda, pomógł zejść Arael. W międzyczasie Znachor upuścił na ziemię potężne łańcuchy po równie potężnym wysiłku. Mag skierował do niego swe kroki.

— Znachorze, dlaczego to robisz? — zajrzał w oczy orka. — Mógłbyś jechać na jednym z wielbłądów. Nie wyobrażam sobie takiego marszu. — Zajrzał za plecy rzemieślnika, próbując ogarnąć wyobraźnię ogrom przebytego przezeń dystansu.

Prawym uchem czarodziej wyłowił sokołowe słowa. Obrócił się ku niemu.

— Mróz? Tutaj? — rozejrzał się. — Toż to rożen. — Trudno było rozpoznać, czy narzeka, czy po prostu stara się rozluźnić atmosferę humorem.

— Hm? — wyrzucił z siebie Kenh, wysłuchawszy prośbę Znachora. — A… Tak, tak, nie ma sprawy. Pójdę z tobą — dodał, gdy już przetrawił słowa orka. Ruszył za nim, dotknął kamieni, gdy już nieco oddalili się od obozowiska. Ciepłe. Przyjemne w dotyku. Ale żeby coś z nich zmajstrować, trzeba było zebrać ich dużo. A nawet bardzo. Jakoś mu się nie widziało noszenie ich pojedynczo.

— Spokojnie, Znachorze, nie ma co się wysilać. Ja je przeniosę. — Nakreślił prosty znak wietrzny, oznaczając w ten sposób pobliski teren, na którym widział wiele kamieni. Niewielkim wysiłkiem przeniósł je w pobliże obozowiska, rzucając je na jedną kupę.

Już w trakcie kreślenia znaku Kenh zastanawiał się, jak Znachor — wydający się hołdować fizycznej pracy — zareaguje na magię. Obym tego nie żałował — pomyślał mag.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3807
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

18 paź 2013, 23:44

Jednostajny krajobraz Pustyni Śmierci błyskawicznie się Infiemu znudził. Łagodne kołysanie wielbłąda, okropne gorąco i działanie zażytych z wodą ziół sprawiły, że miecznik wyglądał na otępionego. Chciał działać, aby wyrwać się z tego marazmu, ale strzępienie języka po próżnicy nie należało do jego ulubionych zajęć, więc siedział cicho, jeszcze bardziej pochmurniejąc. Sytuacji nie polepszało osłabienie organizmu wywołane niesprzyjającymi warunkami. Wojownik nie podejrzewał, że samo poruszanie się po pustyni będzie aż tak trudne. Marzył o tym, aby jak najszybciej wrócić do cywilizacji, a był to przecież dopiero pierwszy dzień, przy czym woj na pewno do mieszczuchów nie należał. Słońce było jednak przeciwnikiem, z którym nie mógł się nawet porównywać. Pierwszy raz w swym życiu Infi poczuł się niemal całkowicie pokonany, spuścił przeto głowę i bezwiednie podążał na południe, za Asimem. Gdyby coś ich wtedy zaatakowało, czerwonooki drużynnik byłby pierwszym trupem w całej kompanii. Ork-znachor też nie wyglądał zbyt dobrze. Od dłuższego czasu nadążał już tylko za należącym do miecznika, a zamykającym pochód wielbłądem.

Cóż, przynajmniej tuż przed samym rozpoczęciem wędrówki udało się Infiemu zyskać coś na kształt szacunku w oczach szamana. Stwór rzucił przywódcy Entropii wyzwanie, któremu ten podołał. Wyglądało na to, że niektórym do zakolegowania się wystarczył zwyczajny pokaz pierwotnej, męskiej siły. Tak czy inaczej, napięcie pomiędzy wojem a orkiem zmalało niemal do zera. Zadowolony z tego powodu znachor spróbował spoufalić się z resztą drużyny, jednak wyraźnie się zagalopował, co skończyło się upadkiem elfa Asteriasa. Długouchy nijak nie był przygotowany na nagłą próbę okazania emocji i padł w piach jak kłoda, zgarniając kilka niezbyt przychylnych spojrzeń. Niepocieszony tym faktem szaman na dłuższy czas zrezygnował w dalszej podróży ze swoich prób zbliżenia się do Entropii, skupiwszy się zamiast tego na dźwiganiu dwóch ogromnych łańcuchów, które targał ze sobą od samego namiotu. Nie wiedzieć dlaczego, ork postanowił nosić je samotnie, w pogardzie mając wielbłądy, okropne warunki i własne zmęczenie. Jego zachowanie wydało się Infiemu z początku nieco dziwne, ale nie skomentował go, mając na uwadze ich dopiero co polepszone relacje. Stwór wyraźnie chciał coś udowodnić, co akurat prosty umysł miecznika był w stanie po części zrozumieć. Infi odpuścił sobie przeto okazywanie twardemu szamanowi współczucia, obserwując daremne, kenhkarowe próby załatwienia temuż wielbłąda.

Niesamowicie ciężki, zbudowany z części pancerzy skorpionów młot bojowy boleśnie wbijał się w bark Infiego. Miał on poczucie, że tym orężem byłby w stanie jednym ciosem zmieść Twierdzę Wolenvain z powierzchni Lewiatana, więc w ostatecznym rozrachunku cieszył się na chwilowe porzucenie swego wiernego miecza. Do niszczenia czegoś zgoła bardziej ruchliwego młot nie przydałby się w ogóle, ale przecież nie było to polowanie na szajkę zwinnych bandytów, a przerośnięte pajęczaki. Infi czuł, że sukces jego miażdżącego ataku może znacząco przechylić szalę walki na stronę jego grupy. W całej swojej bucie wojownik nie myślał nawet o tym, że mógłby nie wyjść z tej walki w jednym kawałku. To, że jeszcze nigdy nie umarł, stanowiło dla niego jednoznaczny dowód własnej potęgi i powód do nieprzebranego samozadowolenia.

W końcu nadszedł kres męczącej wędrówki. Infi zrzucił swój ciężki oręż prosto na ciągle rozgrzany piach, gdzie pozostawił go bez opieki. Miecznik zszedł z wielbłąda, chcąc nieco rozruszać zastałe mięśnie, jednak te odmówiły mu chwilowo posłuszeństwa. Był wyczerpany, a przecież cały dzień siedział na tyłku (który zresztą również odczuł wpływ siodła na jego nienaganną dotychczas strukturę). Zaschnięty pot osiadł na jego twarzy, czyniąc ją nieprzyjemnie szorstką. Chusta okręcająca jeszcze chwilę temu głowę przywódcy Entropii padła przed nim, wilgotna i ciężka. Okolice oczu poczerwieniały mu znacząco, kontrastując z bledszym odcieniem reszty skóry. Niewzruszone pozostały jedynie niesamowite symbole na jego ciele. Miecznik przyjrzał się machinalnie swoim dłoniom, spodziewając się zobaczyć na nich przypominające długie płomienie, czarne pasy. Wtem jednak jego czerwone oczy rozszerzyły się znacząco. Infi począł mamrotać do siebie, bredząc coś pod nosem. Ogólny sens jego pomruków był jasny. Wydawało mu się, że tatuaże zmieniły swój układ. Zwalając wszystko na przemęczenie i przegrzanie, miecznik próbował wyrzucić te niebezpieczne myśli z głowy, nieco bezwiednie podążając za łagodnie wygłoszonym poleceniem Asima.

Gdy jednak przyszło mu grzebać w wielbłądzich jukach w poszukiwaniu chrustu i krzesiw, spostrzegł coś, co o wiele bardziej zaabsorbowało jego uwagę. Srał pies ruszające się symbole, mroźne noce, głód i małą ilość opału. Butelczyna wina zasiadła na umysłowym tronie Infiego, a ten zmuszony był oddać jej hołd. Woj przesunął się tak, aby zasłonić swoimi szerokimi plecami widok na to, co zamierzał zrobić. Szybki ruch dłoni odkorkował flaszkę, a niecne spojrzenie zlustrowało wszystkich towarzyszy miecznika. Wyglądało na to, że nikt tutaj nie spogląda… Kilka haustów jawiącego się dla suchego języka jako najprzedniejszy z trunków wina opróżniło naczynie o ponad połowę. Będący w nieco lepszym już nastroju Infi zaniósł niewielką ilość znalezionego w jukach chrustu i większość kamieni bliżej reszty drużynników po czym zajął się rozpalaniem ognia. Nie było w tym nic trudnego, a już po chwili na pustyni zapłonął niemrawy, ale coraz szybciej rozrastający się ogienek, przy którym woj z ulgą usiadł. Nadal nie chciało mu się gadać.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

21 paź 2013, 01:46

MG

Kenhkar był całkowitym przeciwieństwem Infiego w relacjach z innymi ludźmi. Gdy czerwonooki znów pogrążał się w swym pochmurnym nastroju, w myślach prowadził walkę z własną wolą chcącą rychłego powrotu do cywilizacji; brodacz, mimo odczuwającego przezeń wysiłku duchowego i cielesnego, zainteresował się losem Znachora. Mag nie mógł pojąć, dlaczego ork szedł ścieżką pod górkę. Zapytał Sokoła o niepokojące czyny zielonoskórego. Tymczasem miecznik nie zamierzał okazywać jakichkolwiek sentymentów. Ork wybrał swą drogę, przywódca drużyny akceptował to. Nie było miejsca na litość, która była częstą domeną kobiet i elfów.

- Jeden łańcuch – rozpoczął swą, nawet w takich warunkach, wypowiedź opanowanym głosem - waży tyle, ile nasz wielbłąd. Są niezwykle ciężkie – kontynuował mowę, wypuszczając kłęby niebieskawego dymu. - Ale… – głos Asima nabrał niepewności. - …moglibyśmy zaradzić – by w następnej chwili odzyskać swój spokój i pewność. Południowiec ponownie prawił w swoim zwyczaju - jednakże Znachor honoruje znane tylko jemu zasady. Nie zmienisz tego, przyjacielu. – Przewodnik wesoło roześmiał się po zakończeniu dialogu z towarzyszem podróży, lecz ta radość szybko minęła.

Entropia rozbiła obóz. Zmęczony przez pustynne warunki, Infi odpoczywał przy rozpalonym przez siebie niewielkim ognisku. Użył ograniczonej ilości drewna, coby utrzymać rezerwę jak najdłużej. Spożyty alkohol nie był mocny, ale nadal był alkoholem – koił i jednocześnie otępiał wycieńczone zmysły. Asim, widząc płomień, zbliżył się doń. Serdecznie uśmiechnął się ku wojownikowi, samemu utrzymując garnek nad ogniem. Mozolnie kręcił nim, a mieszanina zawarta nim poczęła nużąco wirować. Asim nie odzywał się do kamrata, jakby wiedząc o jego aspołecznej naturze. Fajka nomada nadal utrzymywana była przez zaschnięte wargi, dym otaczał głowę południowca. Infi czuł przyjemny zapach palonych ziół. Szybko dopadła go obozowa atmosfera. Ten specyficzny klimat przywoływany dzięki kompanom. Każdy czuł się potrzebny, każdy stanowił część czegoś większego. Widok ognia, pracujących kamratów i dobre jedzenie… nawet na pustyni. Życie na wyprawie.

Tymczasem Kenhkar zaczepił Znachora. Pytanie zupełnie nie poruszyło obciążonego znużeniem giganta, który próbował utrzymać przyjazną minę. W oczach człowieka, zielonoskóry wyglądał agresywnie i nieprzyjaźnie. Wykończony pustelnik nie kreował już aury potężnego orka, który żył jeno ze swoją samotnością, pielęgnując w ten sposób własny charakter. Teraz przypominał zwyczajną półbestię, z natury głupią i nieporadną w towarzystwie ucywilizowanych istot.

- Wiel być droga. Droga od nas żyć – mówił nieskładnie, ze słyszalnym trudem. - Ja… być… najsilniejszy! – Kto sądziłby, iż tak właśnie pustelnik dokończył swoją wyrażaną myśl. Chciał być najsilniejszym.

Rzemieślnik przerażających broni nie usłuchał rady człowieka. Zebrał swoje kamienie i wracał do obozowiska. Kenhkar, wykorzystując wolną chwilę, starannie przyłożył się do manipulacji nad wiatrem. Nie śpieszył się. Czuł, jak wiatr zaczął poddawać się jego woli. Poświęcając odrobinę pozostałych mu sił, mag przeniósł kontrolowanymi podmuchami wiatru kamienie do schronienia. Wichry, chociaż ujarzmione, wyły jak demoniczne wilki. Krzyk wiatru pognał przez pustynię. Asim, widząc nadlatujące skały, natychmiast wstał. Znachor jeno kiwnął głową w geście zrozumienia działań Kenhkara. O dziwo – to Sokół zareagował gwałtownie. W jego spojrzeniu pojawił się strach przed nieznanym. Dłonie mu trzęsły. Odwrócił się, ruszył ku wielbłądowi, przy którym niedawno stacjonował członek Entropii.

Wszyscy zebrali się przy niewielkim ogieńku. Tańczył, poruszany przez delikatne muśnięcia nocnego powietrza. Temperatura gwałtownie spadła, Asterias mimowolnie dygotał. W bliskim kółku, każdy siedział obok siebie. Każdy wyczuwał smród kamrata, słyszał jego oddech, z bliska obserwował jego oczy. Wszystkich pokonała pierwsza przeżyta droga na pustyni, a ospałe twarze drużynników były tego dowodem. Mimo to – nikomu nie przeszkadzała owa bliskość. Entropia była zbyt skonana na tego typu błahostki. Tok myślowy ograniczał się do zaspokojenia najprostszych potrzeb. Małe, słabe ognisko zjednało wokół siebie sześć istot. Ogień być może wzmocnił ich więzi.

- Boli… Łapy. – rzekł, prawie mrucząc, Znachor. Zauważył poparzenia na odsłoniętych partiach ciała łowczyni. Słońce nie znało litości, ale Arael nie okazywała żadnych emocji. Po prostu siedziała, w milczeniu. Wpatrywała się w ogień, wychwytując swoim wzrokiem głębszy sens w spalanym drewnie. Asterias spał, i nikt nie chciał go budzić. Czerwonemu nie przeszkadzały ciepłe kamienie, na których leżał.

Pięć misek powędrowało do pięciu osób. Cebulowy wywar, a w nim suszone mięso i kawałki kurczaka. Każdy otrzymał kawał chleba. Znachor jadł za pomocą rąk, czasami przychylając miskę przy swej paszczy, aby wypić rosół. Asim również nie patyczkował się – jadł rękoma. Posiłek, skromny, ale znacząco poprawiał humor. Jeno Arael nie jadła… patrzyła się w ogień.

- Co teraz myślicie o pustyni? Czy zdołacie tutaj przetrwać, aby spełnić wasz tajemniczy cel? – pierwszy odezwał się Asim, pytając drużynę przyjemnych dla ucha głosem. - Jak się poznaliście? Życie awanturnika daje wam… szczęście? – Kontynuując, nabił swą fajeczkę. Pierwszy skończył posiłek. Zapalił swoje rośliny, a Znachor dał mu znać, iż również chce pociągnąć. Dym ogarnął gromadę.

- Bicie się, szczęście? To chcecie? – mruknął potężny palacz, wydalając z siebie istną mgłę. - Tak. Wy walczyć. Walczyć, pustynia. Nieść odwaga? To, co. Idziem, grupa czy suka? – Podał fajkę Kenhkarowi, obok niego siedział Infi. Asim przykrył kocem – który musiał sam sobie przynieść – śpiącego długouchego.

Pokaż treść
Przechodzi na tryb gry swobodnej. Macie okazję trochę pogadać ze sobą, wczuć się w klimat sesji. To także okazja na to, by Asterias i Arael mogli z powrotem przyzwyczaić się do przygody. Jeżeli będzie trzeba, będę odpisywał NPC-ami na Wasze pytania. Zależy mi na tym, abyście odpowiedzieli na pytanie Znachora. A – musicie dokonać zmian w Waszych KP. Czekam na podania w Zmianach, Kenhkar już to uczynił. Dopóki tego nie uczynicie, nie dojdzie do dalszej części fabuły. Oczywiście, ten wymóg dotyczy jedynie aktywnych graczy.
Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

03 lis 2013, 22:13

Dało się słyszeć trzask palonych gałązek. Najwidoczniej Infi zdążył już rozpalić ogień.

Kenhkar próbował odgadnąć sens znachorowych słów, jednakże sprawiało mu to niemałe trudności. Ork zdawał się być całkiem inną istotą niż ta, z którą Entropia miała do czynienia do tej wieczornej pory. Hołdując swej upartości, Znachor przeniósł swe kamienie własnoręcznie.

Co on, chce coś udowodnić? — dumał Kenhkar, przenosząc kamienie za pomocą swych zdolności. Zastanawiał się zarówno nad słowami jak i czynami zielonoskórego. Ostatecznie założył, iż stwór po prostu poddał się pierwotnym, niemalże zwierzęcym instynktom bycia najsilniejszym samcem w stadzie. Mag westchnął, wracając.

A tam musiał sprostać zachowaniu przewodnika, który zachował się, jakby widział magię pierwszy raz na oczy. Może i tak było, któż to wie? Najdziwniejsze, że Znachor zniósł to lepiej, niźli Sokół. Właśnie to zastanawiało czarodzieja. Zasiadł przy ognisku, dając odpocząć wykończonemu organizmowi.

Kolejne chwile spędził na stękaniu co chwilę w celu pokazania całemu światu, jak dużo przyjemności daje rozpalony przez miecznika ogień. Siedzieli w zbitej grupce. Wymarzona sytuacja na opowiadanie zbereźnych dowcipów. Kenh jednak nie miał ochoty nawet na to. Najchętniej wróciłby do domu. Tyle że go nie miał.

Kilka minut magik poświęcił Arael i śpiącemu elfowi. Zachowywali się inaczej. Jakby ktoś na nich jaki urok rzucił, czy co. Brodaty nic jednak nie mówił, uznając, że przecież są dorośli i mogą o siebie zadbać. A jakby było źle, to zastanowi się z pozostałymi, co z nimi zrobić.

Całe szczęście, iż Sokół przygotował coś na ząb. Kenhkar zajadał bez opamiętania swoją porcję, dziękując bogom za to błogosławieństwo. Był świadom, że musi jeść dużo, jeśli chce zachować energię, a w ciągu dnia jeszcze więcej pić. Mimowolnie myślał, czy starczy im zapasów na wyprawę. A co, jeśli zbłądzą?

Zaraz odpędził te myśli. Co ma być, to będzie — podsumował. — Martwienie się mi nie pomoże.

W międzyczasie Asim zdążył poczęstować Znachora swym zielem. Dym spowił okolicę. Kenhkar wdychał opary, czekając na swoją kolej.

— Cóż, nie wiem, jak to było przed tym, jak się zeszliśmy w Wolenvain — rozpoczął opowieść — ale wszystko zaczęło się raczej od tego tu Infiego — wskazał czerwonookiego głową. — Ja się w swoim życiu już nieco tułałem, ale czy to lubię? Raczej tak. Inaczej bym tego nie robił. Chociaż… siedzenie i pierdzenie w stołek w jakimś bogatym pałacyku nie brzmi źle. Raz na jakiś czas — przez jego twarz prześlizgnął się cień uśmiechu. — Jak przybyłem do Wolenvain, to zaraz ruszyłem do karczmy. A tam byli już oni. Entropia.

Mówię wam, to spora ekipa była. Był byk na dwóch nogach, Tarnal miał na imię. Smukły, białowłosy elf, co nam gdzieś po drodze przepadł. Gadający, przerośnięty pies. Nawet smok. I wszystko, jak szybko się zeszło, tak szybko się porozpadało. I zostaliśmy my. Liczę, że gdzieś na pustyni znajdę coś na tyle kosztownego, że przynajmniej dom za to postawię. Wiesz, dobrze raczej mieć jakiś przyczółek na stare lata. A jak na razie… trzeba łazikować i czerpać pełnymi garściami z tego, co jest. Przynajmniej głodem nie przymieram. — Uśmiechnął się na koniec i przeciągnął.

Milczał potem, czekając na jakieś słowa od pozostałych.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3807
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

12 lis 2013, 01:06

Zadane Infiemu pytanie wprawiło go w zamyślenie. Jego upojony cienkim winem i zmęczony podróżą umysł pracował jeszcze wolniej, niż zwykle, przez co Kenhkar miał chwilę, aby się wypowiedzieć. Na wzór Arael przywódca Entropii zapatrzył się w trzaskające wesoło płomienie. Asim zadał z pozoru błahe, ale dla miecznika niezwykle trudne pytania. Jakkolwiek pierwsze z nich można było zbyć jednoznacznym, lekceważącym prychnięciem, tak kolejne wymagały nieco bardziej rozbudowanych odpowiedzi, a Infi ani nie potrafił formułować swoich myśli na tyle jasno, aby być perfekcyjnie zrozumiałym, ani też nie chciał tak od razu zdradzać wszystkiego swemu przewodnikowi. Powodów takiego stanu rzeczy było kilka. Po pierwsze, nie ufał mu jeszcze, traktując Sokoła raczej jako pracownika, niźli kompana. Po drugie, przywódca Entropii w swoisty sposób wstydził się powodów, dla których prowadził życie takie, jakie prowadził. Historie, jakie mógłby opowiedzieć, ocierały się o karczemne gawędy opiewające niepojęte, przerażające czasem rzeczy. Mogły sprowadzić więcej pytań i atmosferę udawanej życzliwości z podskórną, wyrażaną ukradkowymi spojrzeniami nieufnością nowego rodzaju. Poza tym, woj nie lubił być w centrum zainteresowania, nie lubił też, gdy brano go na języki. Dał sobie chwilę na przemyślenie odpowiedzi, formułując ją tak, aby nie wyjść na kogoś, kto cokolwiek ukrywa. W międzyczasie dowiedział się czegoś nowego o Kenhkarze. Chociaż sam Infi nie przepadał za wypytywaniem swoich kompanów o ich zamiary, głęboko ceniąc sobie zarówno swoją jak i innych prywatność, musiał przyznać, że słowa brodatego maga zaciekawiły go. Wiedział, że zapadną mu w pamięć.

Słowa Kena wybrzmiały w powietrzu, szybko kończąc swe krótkie żywoty i ponownie sprowadzając odpowiedzialność za podtrzymanie rozmowy na Infiego. Nie mógł dłużej zwlekać; wyraźnie na niego oczekiwano. Nikt, nie wiedzieć, czy z szacunku, zmęczenia czy z niechęci do gadania nie włączył się do konwersacji. Infi westchnął głęboko, czując naturalne w takich sytuacjach poddenerwowanie.

- Poznaliśmy się „Pod Pechowym Linoskoczkiem” - rzekł z wolna, oddając honor słowom Kenhkara. - Było nas więcej, ale słabi się wykruszyli. Teraz Entropia się trzyma… w pięciu częściach - dodał, pomijając fakt, że nie było z nimi driady Ajumi. - Na pewno nie na stałe. Mamy misję, nie planujemy, co dalej. Drużyny się rozpadają, czasy zmieniają. Ja nie szukam bogactwa, nie chcę osiadać - powiedział, zdradzając, że jego zamiary są przeciwne kenhkarowym. - Nie wiem, czego się dorobię i czy w ogóle coś znajdę. Nawet jeśli, pewnie wydam to wszystko w jeden miesiąc i znajdę nową robotę. Nie znam innego życia… I znać nie chcę - zakończył jednoznacznie, ponownie zapatrując się w płomienie.

- Zdecydowanie suka, znachorze - powiedział po namyśle, jakby sentencja ta była wnioskiem wypływającym z jego poprzedniej wypowiedzi. Powoli miecznika morzył sen, jednak nie chciał on jeszcze tak kategorycznie kończyć kiełkującej powoli rozmowy. Zamiast tego zdecydował się na pewien manewr, który miał zapewnić mu przynajmniej chwilowy spokój: zwrócenie uwagi drużynników na kogoś innego.

- A ciebie co przywiało do Autonomii, Asterze? - zapytał z przekąsem, zmieniając temat i zachowując się, jakby nie znał odpowiedzi. Postanowił sprawić pasywnemu Czerwonemu pewną trudność w ramach zadośćuczynienia za jego wcześniejsze czyny. Nadal miał mu kilka rzeczy za złe, a nie zwykł skrywać urazy. Chociaż z długouchym dogadywał się jak najlepiej, zdecydował się na przyjacielskiego kuksańca – nie tylko metaforycznego. Śpiący elf dostał łokciem pod żebra, co z pewnością wyrwało go z drzemki. Teraz to na niego padły spojrzenia członków grupy. Czerwonooki czekał na odpowiedź, zastanawiając się, jak Aster wybrnie z trudnej sytuacji.

Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

13 lis 2013, 19:50

Dotychczasowa podróż przez pustynię przemknęła Asterowi bardzo szybko i jak przez mgłę. Nie wiedzieć czemu, elf ucichł i nic, ani nikt nie był w stanie wyrwać go z tego przeciwnego snu. Pasywnie wszystkiego słuchał, przyglądał się, rozmyślał. Można rzec, iż wpadł w stan, który pozwalał mu oszczędzać energię. Czerwonemu dane było już przemierzać gorące piaski pustyni, jednak zdążył już zapomnieć na jak ciężkie warunki jest się tu wystawionym. Nawet silne klepnięcie orka właściwie zdawało się go nie rozpraszać. Leżąc na glebie dotknął gorącego piasku, skupił na tym o dziwo przyjemnym odczuciu swoją uwagę, czuł ciepło niemal raniące skórę, drobinki przyklejone do lekko spoconej twarzy.
Asterias w sumie od zawsze należał do osób, które bardzo rzadko i mało się pociły. Możliwe, iż była to cecha całej rasy elfów, jednak młody mag zawsze starał się patrzeć na to z innej strony. Nie lubił swych pobratymców, chciał być inny, chciał być jak najbardziej sobą. Jego własna rasa odtrąciła go właściwie bez przyczyny, a teraz podróżował z grupą barwną niczym tęcza podczas ciepłego, letniego deszczu. Dopiero teraz, leżąc na ciepłych kamieniach, najedzony, wręcz zadbany zdał sobie sprawę jak wielu spośród początkowych entropijczyków odpadło w czasie drogi. W pewnym sensie rozumiał ich. Sam zwykł pracować i wędrować w pojedynkę, sam do końca nie wiedział co sprawiło, że tak długo trzyma się jednej grupy. Być może znudziła mu się już samotność. Może był czas na zmiany, czas na wzięcie swego życia w dłonie i wykucie z niego legendarnego oręża. Legendy i ich bohaterowie nigdy nie są sami, zaś Aster zawsze marzył, by świat o nim usłyszał. Fakt, był dość dobrym łowcą głów, ale to nic w porównaniu z ambicją, która napędzała jego elfie serce.
Wtem do jego uszu dotarło pytanie, zdecydowanie doń skierowane. Wypowiedział je Infi, zaś natura pytanie zdecydowanie miała na celu wytrącenie z równowagi, bądź zakłopotanie maga. Niedoczekanie.
Kuksaniec jedynie przyspieszył wstawanie, gdyż przez cały ten czas znajdował się w stanie pomiędzy snem, a jawą. Na uderzenie zareagował w miarę łagodnie, mimowolnie kierując swe ręce w sposób, który pozwoliłby odprowadzić chociaż część siły z miejsca uderzenia. Aster, choć nie wyglądał, dość dobrze znosił obecną temperaturę, chociaż z początku jego organizm zareagował nań bardzo gwałtownie sprawiając, iż niemal zwymiotował.

- Co mnie sprowadziło do Autonomii? - powtórzył słowa Infiego, dając sobie chwilę na zastanowienie. Jego głos był nieco ochrypły, tak więc odchrząknął kilkukrotnie, nawilżył językiem spękane usta i ustawiając się w pozycji siedzącej, twarzą do towarzyszy, odrzekł: – Przybyłem do Autonomii w poszukiwaniu pieniędzy – przerwał na krótką chwilę, posyłając delikatny, acz znaczący uśmiech w stronę Miecznika – Zaś pieniądze zdobywałem przez polowanie na ludzi, których inni chcieli się pozbyć. Innymi słowy, przybyłem tu w celu zabicia Infiego, gdyż to właśnie on był moim celem – powiedział bez ogródek. Nie widział sensu w przechowywaniu tej informacji w tajemnicy. Ten, który mógł się wzburzyć na jej usłyszenie był tym, który już od dawna o tym wiedział. Właściwie od samego początku.

Zwracając się do Asima i Znachora, w odpowiedzi na ich pytania odrzekł: – Szczęście? Nie wiem – jego twarz mimowolnie posmutniała w pewnym stopniu – Myślę, że wciąż szukam swego szczęścia – przerwał na chwilę, by ponownie odchrząknąć - Nie znalazłem go wśród pobratymców, nie znalazłem w żadnym z miast, więc szukam dalej – dokończył tę część odpowiedzi, po czym wbił swój wzrok w wielkiego orka – Bitwy, adrenalina tętniąca we krwi, poczucie potęgi sprawia, iż czuje się dobrze. Każdy jest kowalem swego losu. Los jest jak oręż, nie ma dwóch takich samych. Każdy kowal ma swoje sposoby, tajniki wykuwania, każdy dodaje coś od siebie, ulepsza inne receptury. O to właśnie chodzi, myślę, że właśnie Ty, Znachorze, doskonale rozumiesz co chcę powiedzieć – rzekł, zmieniając nieco swoją pozycję i zwracając swój wzrok w stronę ognia, jego ulubionego z żywiołów – Twoim celem jest stanie się najsilniejszym. Ja zaś swojego jeszcze poszukuję – dokończył w sposób iście elficki. Zdecydowanie Czerwony nie należał do łatwych do rozgryzienia, jednak jeśli czuł się pewnie nie miał problemów z otwarciem swej osoby. Miał skrytą nadzieję, że jego słowa chociaż odrobinę poprawią sytuację, a własciwie więzy w Entropii.

Spoglądając w stronę Arael ujrzał to, na co ork wcześniej zwrócił uwagę. Była poparzona, a Aster postanowił w końcu ruszyć swój zad i pomóc tym, którzy potrzebują pomocy. Siedziała bardzo cicho, elf powoli doń podszedł, wylał z jednej z buteleczek kilka kropel krwiście połyskującej cieczy, i począł powoli rozsmarowywać ją na oparzeniach towarzyszki. Jako iż co jakiś czas musiał "spalać" nieco energii, by nie stać się ofiarą własnej natury, użył jej nieco teraz, by przyspieszyć i złagodzić procesy regeneracyjne Łowczyni. Jego oczy poczęły pobłyskiwać czerwoną poświatą, zaś piasek, niczym w rytm, falował zgodnie z ruchami dłoni Czerwonego.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3807
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

13 lis 2013, 22:10

Gdy Asterias, postanowiwszy wyraźnie nie bawić się w żadne słowne gierki i ukrywanie prawdy zdradził wszem i wobec, że przybył do Autonomii, aby pozbawić Infiego życia, ten ostatni poczuł przemożoną chęć przyjacielskiego poklepania długouchego – pięścią po mordzie. Elf jednak kontynuował swój wywód, nie dając miecznikowi okazji na wyrażenie swoich jakże skomplikowanych uczuć. Przywódca Entropii musiał przyznać, że Czerwony miał w sobie tyle niespotykanej u przedstawicieli jego rasy buńczuczności i przewrotności, że nawet mimo najszczerszych, popartych niepodważalnymi argumentami chęci, Infi nie potrafił pałać do niego nienawiścią. Był w tym swoisty paradoks, który zaobserwować można było wyłącznie w typowo męskich relacjach. Często bywało tak, że przedstawiciele tej brzydszej (choć, patrząc na Astera, trudno było tak o nim rzec) płci nie byli w stanie zaprzyjaźnić się bez porządnej bitki. Zdecydowanie: całkowity paraliż ciała, jaki onegdaj zafundował Infiemu długouchy, a jaki on sam okupił otwarciem na oścież jamy brzusznej przez dwuręczny brzeszczot wpisywało się w kanon rozrywek, do których od urodzenia przyzwyczajani byli mężczyźni. Po czymś takim nie sposób było nie pójść razem na piwo do przydrożnej karczmy. A, że w Varti się na tym złocistym trunku nie skończyło, nie dziwota, że obecnie Infi dażył Czerwonego niespodziewanie wielką dozą sympatii.

- Ty chory skurwysynu – mruknął woj przyjaźnie, mimo woli wykrzywiając wargi w charakterystycznym dla siebie uśmieszku. Zaniechawszy wszelkich prób siłowego okazania swoich emocji drużynnik począł obserwować płynne ruchy elfa, który ni z tego ni z owego zaczął opiekować się Arael, której gorejąca, spalona pustynnym słońcem skóra wyraźnie nie miała się najlepiej. Czerwone patrzałki miecznika zmrużyły się, gdy próbował on zrozumieć, dlaczego blondwłosa zabójczyni się na to wszystko zgodziła. Wiedział, że gdyby on spróbował tego samego, w najlepszym przypadku dostałby sztyletem po gardle. Tymczasem jednak kobieta zdawała się akceptować taki stan rzeczy, milcząco zezwalając magowi na dotykanie swego delikatnego ciała. Infiemu zaschło w gardle, więc odszedł od ogniska i wydobył z przytroczonego do jego wielbłąda worka bukłak, który napełnił jeszcze przed wyruszeniem z Varti. Pozostało w nim wcale sporo orzeźwiającej wody, która z nawiązką zaspokoiła jego pragnienie.

Z racji, że przywódca Entropii nie miał już zbyt wiele do powiedzenia, uwalił się przy ognisku, w najmiększym z jego perspektywy miejscu, kładąc ciepły jeszcze kamyk pod głowę. Jego gruba szata chroniła go przed zimnem, które powoli zaczynało przenikać wszystkich i wszystko. Pustynia Śmierci nigdy nie była miejscem przyjaznym, czy to w dzień, czy to w nocy. Miecznik wiedział, że przyjdzie mu jeszcze zatęsknić do słońca, która przed zachodem ponownie zdąży znienawidzić. Mężczyzna westchnął ciężko, kładąc sobie ramię pod głowę. Patrzył w płomienie, gotów do włączenia się do rozmowy, o ile ponownie by się nawiązała. Pozwolił swoim myślom krążyć swobodnie, dając sobie nieco psychicznej wygody. Jego czujność spadła znacząco, ale sen przychodził powoli.

- Może nam coś opowiesz na dobranoc, Asimie? Jakie niesamowite historie niosą te piaski? - zapytał Infi przewodnika, głodny nowych informacji i niemogący przywołać śpiku. Kto jak kto, ale Sokół jawił się jako rdzenny mieszkaniec tego miejsca, a miecznik nie potrafił sobie wyobrazić, w jaki sposób można przebywać tutaj dłużej, niż kilka dni. Jego pytania nie były osobiste, nie zależało mu na prawdziwości tych opowieści. Chciał słuchać.

Awatar użytkownika
Arael
Posty: 650
Rejestracja: 09 lis 2011, 19:58
GG: 36159745
Karta Postaci: viewtopic.php?p=15819#15819

25 lis 2013, 18:56

Ból. Nieznośnie pieczenie. Wszechogarniająca potrzeba zwilżenia gardła, obezwładniająca niemoc ograniczająca funkcje życiowe jedynie do charczącego sapania nieudolnie imitującego miarowy oddech i trzymania dłoni na przyklejonej potem szacie na piersiach Kenhkara. Niejednokrotnie chciała krzyknąć, poprosić o postój. Jedyną odpowiedzią ciała był suchy, niesłyszalny charkot wydobywający się z gardła, umysł atakował kolejnymi salwami bólu, wypływającymi z odsłoniętych ud, wystawionych na przerażająco prażące słońce. W pewnym momencie zebrała w sobie dość sił by wyciągnąć osłabioną rękę w stronę bukłaka pełnego wody, ciało jednak nie chciało kooperować, w rezultacie czego zwykle szybka i celna dłoń Łowczyni opadła na poparzoną nogę. Rezygnując ze wszystkiego, z czego mogła by zminimalizować zużycie energii, jej głowa miękko przylgnęła do pleców kompana, by w ten sposób możliwie bezpiecznie dotrzeć do kolejnego miejsca, w którym mają się zatrzymać.

I, w istocie, dotarli. Po paru chwilach, które w jaźni czerwonookiej smakowały jak wieczność, w powietrze wystrzelił wesoły snop iskier. Szkarłatne ślepia po chwili zlokalizowały jego źródło, wgłębiając się w jego istotę. Patrząc w wesoło trzaskające płomienie powoli dochodziła do siebie, stopniowo zdając sobie sprawę ze stanu, w jaki została wprowadzona obezwładniającym gorącem. Nie zauważyła miski, którą ktoś wsunął w jej dłoń. Odstawiła ją tuż obok swych niemiłosiernie piekących nóg, jednak nie ważyła się poprosić kogokolwiek o pomoc. Oparzenie było karą za jej własną głupotę i lekkomyślność, ponadto nie chciała narzucać się i prezentować od najsłabszej strony już pierwszego dnia. Pogodziwszy się z piekącym losem Arael doznała niemałego zaskoczenia, gdy podszedł do niej gładkolicy elf, maziając zgrabne, wyćwiczone uda substancją, której pochodzenie pozostawało poza wiedzą i, póki tak cudownie koiło ból i pieczenie, zainteresowaniem czerwonookiej. Łowczyni w żaden sposób nie potrafiła wyczuć subtelnej magii, którą Asterias oddziaływał na jej poparzoną skórę, jednak biegłość, z jaką to czynił nie pozostawiała cienia wątpliwości – wyprawa miała stabilne zaplecze medyczne.

Gdy już nogi Arael zostały doprowadzone do względnie używalnego stanu czerwone oczy przeniosły się na blade lico elfa.
-Dz… dziękuję – wychrypiała, srodze zaskoczona, że tak nieczysta kakofonia mogła być wytworem jej własnej krtani. Po krótszej chwili uniosła miskę i skosztowała potrawy przyrządzonej przez Sokoła. Nie równała się z frykasami, którymi jeszcze w ubiegły wieczór raczył Entropię obsypany złotem karczmarz, jednak i to jadło było cokolwiek znośne.
- Ja, drogi Sokole, trudnię się mordowaniem – rzekła, odzyskując względną klarowność umysłu i paroma chrząknięciami przywracając swój głos do normy – i nie ma w tym nic dziwnego. Przede wszystkich jednak szukam wiedzy o istotach nie z tego świata, które lubią się w nim pojawiać. O demonach – zawiesiła głos. Uznawszy, że udzieliła Asimowi wystarczającej ilości informacji, rada, że miecznik poprosił o opowieść.

Wybaczcie, że post może być miejscami niespójny – raz, że musiałem w nim ogarnąć sporo rzeczy, dwa, że bardzo dawno nie pisałem zupełnie nic.

Wróć do „Pustynia Śmierci”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 19 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 18 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Ciemny
Liczba postów: 52251
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.