Pustynne Wyżyny

Nazwa Pustyni Śmierci jest aż nazbyt trafna - bez znajomości tego terenu trudniej przeżyć tutaj dłużej niż dwa dni. Jeżeli przemierzającym ją śmiałkom dane będzie spotkać grupę nomadów lub pustelnika, z pewnością uzyskają informacje na temat najbliższej oazy, zwykle jednak oddalone są one od siebie o kilka dni forsownego marszu.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

Pustynne Wyżyny

04 paź 2013, 18:33

Obszar znajdujący się niedaleko Traktu Południowego, należał do szczególnie zabezpieczonych. To właśnie tutaj Konsorcjum umieściło swoje przyczółki, aby karawany mogły zarządzać postoje w drodze ku Khan'Sal. Niemniej, wielu banitów odnajdywało tutaj wiele ciekawych miejsc, coby urządzać zasadzki na szczególnie niechronione wehikuły. Handel z południowcami przynosił ogromne korzyści, lecz i kusił do przelewania niewinnej krwi. Zrabowane dobra przemycało się w rozmaite miejsca. Koszt towaru spadał, jednak końcowa wartość produktu nadal pozwalała porządnie napełnić spragnioną srebra sakiewkę. Wielu najemnych strażników ochraniało wozy za cenę, której próżno było szukać na ziemiach Autonomii. Najemnicy zbierali się w Varti, poszukując opłacalnych wyzwań. Znaczna część dogadywała się z nadzorcami karawan, jednakże mniejszość – zazwyczaj uzbrojona jak na wojnę – polowała na bandyckie gniazda. Za łebska poszukiwanych hersztów wyznaczano niemałe nagrody.

Ukształtowanie terenu nie pozwalało na szybką jazdę, albowiem piasek zmieszany był ze skalnymi elementami podłoża. Podróżników męczyło nieustanne wrażenie, jakby wchodzili pod górkę – szczególne było to odczuwalne, gdy znajdowało się blisko Traktu Południowego. Słońce wysysało motywację, katowało swym żarem, a najsłabszych zwyczajnie zabijało. Czasem, ze strony górskich szczytów, silny wiatr potrafił pokazać swą siłę, niosąc ze sobą również bezcenny chłód. Przez trudne warunki, wielu początkujących wędrowców traciło czujność… a tedy pojawiali się oni – rozbójnicy. Nie dziwił widok prowizorycznych schronień czy namiotów. Niektórzy celowo omijali trakt, pokonując jeno sobie znane ścieżki.


Jedno było pewne. W tym miejscu Pustynia Śmierci potrafiła sypnąć pieniądzem, wystarczyło podjąć pewne kroki…

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

27 mar 2014, 14:55

MG
Obrazek

Kenkhar, który przed chwilą jeszcze miotał skorpionem przy pomocy zaklęć nie poprzestawał na tym, podjął plan kolejnych działań, które miały zbliżyć drużynę do zwycięstwa. Trzeba jednak przyznać, że czyny maga zeszły zupełnie na drugi plan. Były zwyczajnie wysunięte zbyt daleko w przyszłość w porównaniu do tego co działo się na jego oczach.

Infi uchwycił swój młot i ruszył w stronę zwierzęcia. Przed sobą widział jedynie niewyraźny kształt skorpiona, który przerywany był kolejnymi mrugnięciami wymuszonymi przez drobiny piasku. Nie czuł jednak pieczenia oczu, nie czuł przemożnego bólu w nadgarstku. Czuł jedynie gotującą się w nim złość i chęć zemsty. Ogarnęło go pierwotne, zwierzęce pragnienie mordu. Pogrążony w szale wzniósł młot i uderzył. Nie patrzył nawet gdzie dokładnie uderza, ba, nie był w stanie. Liczył się tylko fakt, że znajdował się gdzieś tam skorpion.

Obuch opadł z potężną siłą, miecznik wprawił broń w ruch z taką mocą, że sam poleciał za nią stawiając dobre trzy kroki nim zdołał wyhamować. Do jego przytkanych piaskiem uszu dotarł stłumiony nieco, jednak nadal przeraźliwie głośny, niemal ogłuszający krzyk uderzonego stworzenia, a na ubranie mężczyzny trysnęła krew skorpiona. Potężny, zakończony kolcem jadowym odwłok zwierzęcia opadł bezwładnie na dół niczym ścięte drzewo. Ścięte jednym, zamaszystym uderzeniem. Oczywiście nie odpadł całkowicie od ciała, jednak zwierzę nie było najwyraźniej w stanie już nim ruszać. Czerwonooki nie poprzestał na tym osiągnięciu. Ponownie uniósł swoją broń, kolejne uderzenie spadło w grzbiet zdezorientowanej suki dosłownie zbijając ją z nóg i wciskając w ziemię. Kolejny wrzask przeszył powietrze. Zadziwiony tym widokiem znachor leżał nadal, przyglądając się niecodziennej scenie.

Infi tłukł młotem niczym opętany wznosząc go i opuszczając raz za razem. W ślepej furii nie interesowało go już nic, byleby tylko zadać kolejny cios. A te padały w zadziwiająco krótkich odstępach, ogromna, ciężka broń zdawała się zupełnie nie przeszkadzać mężczyźnie swoją masą w wymachiwaniu nią. Kolejne ciosy trafiały to w skorpiona, to znowu w otaczający go piasek wznosząc w górę tumany kurzu, które natychmiast porywał wiatr. Za każdym uderzeniem, nie ważny czy chybionym czy nie zaraz spadało kolejne. Po kilkunastu sekundach morderczy szał opadł nieco, a sam napastnik zaprzestał ciosów. Nabuzowany adrenaliną i zdarzeniami, które zaszły Infi nadal praktycznie nie czuł tego, że jego ciało jest obolałe, nadgarstek pulsuje tępym, nieprzyjemnym bólem, w dodatku spuchł dość znacznie, a jemu samemu we znaki zaczyna się dawać zmęczenie.

Czerwonooki był w tej chwili obrazem istnego pogromcy. Nosicielem pożogi, który zmasakrował stojące mu na drodze zwierzę. Umorusany czarną krwią, z wzniesionym młotem stał nad zdeformowanym skorpionim truchłem, które w swoim aktualnym stanem przywodziło na myśl zwyczajnie sprasowane, powykrzywiane, powyginane i rozłupane truchło, które dopiero po oględzinach można było jednoznacznie skojarzyć z niebezpiecznym, pustynnym stworzeniem. Wokół leżały elementy chitynowego pancerza, które zostały odłupane w efekcie morderczych uderzeń. Krew płynęła obficie w dół wsiąkając w piasek. Jedna z nóg stworzenia leżała jakieś pół metra od ciała, najwyraźniej oderwana jednym z potężnych ciosów.

Od tego zadziwiającego widoku oderwał wszystkich Asim, który, jak się zdawało, do tej pory obserwował całą walkę. Okazało się, że, Sokół jednak nie stał jak wryty przez cały czas, albowiem tuż za nim stały dwa wielbłądy, które przyprowadził w którymś momencie starcia. Jeden z nich należał do Kenkhara. Zbliżył się na swoim wierzchowcu krzycząc.
- Idzie w naszą stronę burza piaskowa! Musimy się ukryć przed wiatrem zanim nas doścignie! Nie zdołamy uciec! – gestykulował w stronę skał, które znajdowały się jakieś ćwierć kilometra od nich strasząc podróżników swoim spalonym słońcem, białym wyglądem. Zdawały się przypominać zęby jakieś ogromnego stworzenia. Naprawdę ogromnego.
- Bierzcie co się da i spotkajmy się tam! To, co zostawicie przykryje piasek! – Asim zakrzyknął po raz ostatni, po czym popędził swoje zwierzę. Nomad popędził w stronę skał, a dwójka przyprowadzonych wcześniej zwierząt pozostała na miejscu i czekała na pasażerów. Zwierzęta rżały zaniepokojone i drżały, co jakiś czas machały łbami rozeźlone. Zapewne gdyby tylko mogły dawno już odwróciłyby się i rzuciły do ucieczki pędząc przez pustynię.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

27 mar 2014, 16:19

Ciosy przestały spadać na długo po tym, jak skorpion przestał się ruszać. Zaślepiony furią Infi nie zwracał uwagi na to, czy jego mocarne uderzenia dosięgają celu, waląc na oślep i czasem nawet nie trafiając w nieporuszającego się już stwora. Tumany piasku, jakie wzbijały się w powietrze po każdym chybionym ciosie nie mogły się jednak równać z tymi, które nadciągały z głębi pustyni. Miecznik opanował się dopiero, gdy z ogromnego pajęczaka pozostała istna miazga, a przewodnik Asim wykrzyknął w jego kierunku kilka ponaglających do ruchu słów. Wyglądało na to, że Znachor nie będzie miał okazji sprzedania tworów wykonanych z chityny zabitego przed chwilą potwora, tym samym niczego nie zyskując na wyprawie. Cóż, Entropia wykonała swoją powinność, nadciągająca burza nie była jej sprawką. Ork nie powinien robić problemów, szczególnie, że przez cały ten czas sprawiał wrażenie, jakby zależało mu jedynie na samym fakcie pokonania olbrzymiego skorpiona, a nie na zdobyciu z niego trofeów.

Mając nadzieję, że szaman jest teraz zadowolony, Infi pognał do swego niedorżniętego jeszcze wielbłąda, zdejmując z jego boków swój parciany worek oraz stary miecz. Z tym drugim był problem, ale ciągle pełen adrenaliny woj po prostu podniósł zwierzę na tyle, aby wydobyć swoją broń. Po namyśle czerwonooki podciął wielbłądowi gardło, aby ten nie męczył się dłużej. Kolejny krótki bieg zakończył się dopadnięciem do jednego z przyprowadzonych przez Asima zwierzaków. Infi nie bez trudu dostał się na jego grzbiet, wiążąc wcześniej swój bagaż do siodła. Prawy nadgarstek zaczął już powoli doskwierać, więc Infi postanowił go nie nadwyrężać. Trzymając więc wodze w zębach i miecz w lewej dłoni pogonił wielbłąda, mając nadzieję, że reszta drużyny jakoś sobie poradzi. Asterias, o ile jeszcze tego nie zrobił, powinien zająć się Arael, a znachor z pewnością jakoś dogada się z Kenhkarem o dodatkowe miejsce na grzbiecie drugiego wolnego wierzchowca. Nie było czasu myśleć o ogromnym młocie, teraz porzuconym gdzieś w okolicy skorpioniego truchła. Koncentrując się wyłącznie na dotarciu do bezpiecznego miejsca miecznik pognał na łeb na szyję za jadącym przed nim przewodnikiem pustynnym.

Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

27 mar 2014, 22:50

Dość prędko okazało się, iż plany Kenhkara co do ataku na skorpiona są — krótko mówiąc — niepotrzebne. Pomimo całkiem niezłej potencjalnej skuteczności, mag nie miał okazji do przetestowania ich. A wszystko to przez Infiego. Czy też dzięki niemu. Jak kto woli.

Z początku Kenh spodziewał się, iż czerwonooki po prostu uderzył tam, gdzie było trzeba, i stąd ten rozdzierający skowyt ranionego zwierzęcia. Wystarczyło jednak wypatrzenie krwi bryzgającej wszędzie z suki, by zrozumieć, że nie trzeba już nic więcej robić, jak pozwolić Infiemu na dokończenie dzieła.

Kenhkar przystanął, wręcz cofnął się nieco. Lawina ciosów, jaką wojownik traktował skorpiona, była przerażająca. Nic nie mogło oprzeć się młotowi, który dzierżył w dłoni. Czarodziej, patrząc nie tyle na rzeź, co na zmiażdżenie, otworzył szeroko oczy, wyraźnie dając znać, że jest zszokowany. I choć chwilę później musiał już zakrywać twarz dłonią — jako że wicher nie zniknął nagle i nadal nadciągał, by pozbyć się ich z taką samą łatwością, jak Infi pozbawił życia potwora — uczucie zdumienia i nawet jakiegoś rodzaju lęku nie przeminęło. Kenhkarowi przed oczami stanęła sytuacja sprzed kilku zaledwie dni, gdy miecznik, spowity jakimś szaleństwem, rzucił się na niego, niszcząc jego oręż. Kenh pamiętał, jak bezbronny się wtedy czuł. Teraz potrząsnął kudłatym łbem. To już przeszłość — uciął swoje zaczynające hulać myśli. Miał okazję widzieć potęgę Infiego w akcji, więc po co komu to zdziwienie? Truchło nie wyglądało atrakcyjnie, trudno. Ciężko, aby trup wyglądał atrakcyjnie. Ale nikt nie kazał mu przecież patrzeć.

Więc nie patrzył.

Walka została zakończona, jednak zagrożenie nie minęło — nadciągał piach. Sokół w międzyczasie sprowadził w okolicę wierzchowca Kenhkara. Mag spojrzał na zwierzaka, którego dosiadał. Po tych kilku dniach polubił go. Na tyle, na ile da się polubić wierzchowca. Chętnie wziąłby go ze sobą z powrotem, aczkolwiek to chyba nie był dobry pomysł. Ani praktyczny. Na wschodzie spacerowały prężne rumaki, nie chodzące kanistry z wodą.

Przewodnik podjechał nieco do nich, wykrzyczał coś o burzy. Kenh ponownie spojrzał w jej kierunku. Gdy odwrócił głowę w stronę Asima, na jego twarzy malowało się już swego rodzaju znużenie tą nawałą adrenaliny, jaka ich spotkała tamtego dnia. Skomentował słowa tubylca krótkim skinieniem głowy i rychło dosiadł swojego wierzchowca.

Już bez Arael. Świadomość magika mówiła, iż nie mógł jej pomóc. Że próbował, ale musiał pomóc przecież sojusznikom w walce, a teraz było za późno. Gdzieś jednak w środku nadal odczuwał dyskomfort. Jakby stchórzył. Może potrzebował czasu? Cóż, na pewno nie potrzebował teraz przemyśleń.

Poklepał zwierzę po cielsku, jakby chciał dodać mu otuchy i skierował je w stronę schronu wskazanego im przez Asima. Zaraz gnał za przewodnikiem.

I równie szybko stanął, gdy dostrzegł, iż znachor został bez żadnego środka transportu. Infi, mając go zwyczajnie gdzieś, pojechał sobie.

— Dawaj, znachorze! — zawołał, żwawo gestykulując ręką. Dał orkowi maksymalnie pół minuty. Niemalże liczył poszczególne sekundy. Gdyby zielonoskóry się ociągał, Kenh zwyczajnie ruszyłby samotnie za tymi, którzy już pojechali. Oczywiście też bez okrucieństwa — gdyby rzemieślnik potrzebował nieco więcej czasu, by dosiąść wielbłąda, Kenh dałby mu jeszcze chwilkę. Ale żadnego grzebania przy skorpionie. Albo kombinowania z łańcuchami.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

28 mar 2014, 16:14

MG

Pędzili w stronę skał. Pierwszy Asim, który wydawał się najbardziej zorientowany w sytuacji i który nie brał udziału w walce. Kawałek za nim Infi, siedzący ociężale na jucznym wielbłądzie. Co prawda nie było to tak komfortowe jak używanie siodła, jednak wystarczające. Każdy środek transportu szybszy od człowieka, niezależnie jak niewygodny był pożądany. Przed wskoczeniem na zwierzę czerwonooki zdołał podbiec do umierające, ranionego przez skorpiona wielbłąda i wręcz oderwać od niego jeden z pakunków i swój miecz. Zawiniątko z jego rzeczami było uszkodzone, prawdopodobnie od szczypców skorpiona, nie był w stanie jednak chwilowo określić dokładnie jego uszkodzeń. Wystarczyła mu wiedza, że nic się z niego nie wysypywało. Wyrwał miecz z pochwy, poderżnął gardło wielbłąda i z zabranymi z juków rzeczami dopadł do jednego z żywych wierzchowców i pognał za Asimem.

Następny z kolei był Kenkhar, który ostatecznie nie zabrał ze sobą znachora. Wielki ork przez chwilę tęsknie patrzył na skorpiona, by w końcu otrząsnąć się i pognać w stronę skał z imponującą prędkością. Nawet w takiej sytuacji wolał użyć swoich własnych mięśni. Trzeba przyznać, że wcale nie był tak daleko za magiem. Asterias, wraz z drugim jucznym wielbłądem i Arael zniknęli pozostawieni gdzieś z tyłu. Raczej nikt z uciekających nie był w stanie stwierdzić czy ocknęli się i dotrą jakoś za nimi, czy też burza piaskowa uderzy wprost w nich.

Wpadli pomiędzy skały, wciskając się w wąskie przejście. Przeszli tak może pół metra, a ściany rozszerzyły się gwałtownie otwierając przed nimi odrobinę miejsca. Dość by upchnęły się tam wielbłądy i ludzie, choć z takim towarzystwem było nieco ciasno. Znachor zmuszony był pozostawić młot przed wejściem, z nim nie był w stanie wejść. Poza wąskim wejściem z każdej strony otaczały ich wysokie na kilkanaście metrów skały, u szczytu mogli dostrzec otwór, odrobinę zaledwie mniejszy od zdeformowanego okręgu o średnicy może czterech metrów, w którym stali.
- Mówią na to miejsce pustynna szczęka – poinformował Asim. Faktycznie, skały wokół miały kolor, który przywodził na myśl zdrowe, nieco zakurzone zęby.

Czekali może jakieś dwie minuty, gdy na zewnątrz rozległ się skowyt wiatru. Miejsce ich ukrycia zaciemniło się gwałtownie, gdy nad otworem poczęły się przetaczać potężne zwały piasku. Część z niesionego wiatrem materiału wpadała do środka i spadała na ich głowy, jednak w porównaniu z tym, co działo się na zewnątrz było to odczucie wręcz komfortowe. Słyszeli huk i świst wiatru, które przywodziły na myśl, że na zewnątrz maszeruje armia demonów, rzucając groźne okrzyki, wijąc, wiwatując i dając upust wszelkim emocjom, które nią targały. Widziany u góry piasek miotał się w różne strony targany pędzącym powietrzem.

Nie sposób stwierdzić jak długo byli w środku. Czas zdawał się zatrzymać, a widzieć byli w stanie tylko kamień i piasek. Powietrze było suche, pośród skał było nieco duszno, jednak upał nie był nieznośny, po części zapewne dzięki rzucanemu przez pędzony burzą piasek cieniowi. Musiały minąć godziny, albowiem gdy burza minęła, a oni mogli wyjść na zewnątrz, słońce świeciło u szczytu nieboskłonu. Znachor uchwycił wystający na ćwierć metra z piasku kij, który był częścią jego młota. Trudno stwierdzić jakim cudem broń ostała się w tym miejscu i nadal była widoczna. Wiatr poniósł ją dobre kilka metrów od wejścia, po czym pozostawił tam zasypaną. Ork z trudnością wytargał cały przyrząd na zewnątrz, dysząc przy tym ciężko. Rozejrzawszy się wokół nie mogli ujrzeć nic, otaczała ich tylko złota pustynia. Piasek przykrył szczelnie wszystko, co wcześniej po sobie pozostawili. Znachor wyglądał na niezadowolonego z tego faktu, jednak nic nie powiedział.
- Zdaje się, że umowa została wypełniona, nawet jeśli skorpion został pogrzebany pod piaskiem. Chyba możemy wracać? – ozwał się Sokół.

Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

28 mar 2014, 19:52

Pustynne odzienie Kenhkara łopotało szalenie, targane coraz potężniejszym wiatrem. Mag popędzał wielbłąda, a ten — najwidoczniej wiedząc, że prawdopodobnie od tego zależy jego życie — gnał przez piaski w tempie, którego czarodziej nawet nie śmiał sobie wcześniej wyobrażać. Znachor najwidoczniej postanowił nadal radzić sobie sam. Po chwili utęsknionego spojrzenia kierowanego w stronę truchła skorpiona, ork ruszył za Asimem. Tak prędko, iż niemalże dościgał wierzchowca Kenha. Magik miał jeszcze nadzieję, że Asterias zadbał w całym tym zamieszaniu o Arael i jadą razem za nimi. Chociaż taka wersja wydarzeń brzmiała wysoce nieprawdopodobnie.

W końcu Kenhkar dotarł do wąskiego przejścia pomiędzy formacjami skalnymi. Przeprowadził tamtędy wielbłąda, by chwilkę później dotrzeć do nieco bardziej przestronnego miejsca. Tam zaprowadził swoje zwierzę pod jedną z wysokich skał i z niego zsiadł. Poklepał po pysku, dziękując za tak wierną służbę.

Teraz mógł się rozejrzeć. Wszędzie wokół stały gigantyczne kamienie, przypominające nieco czyjeś zęby. Generalnie to miejsce wyglądało na dar bogów. Dzięki niemu mogli przetrwać nadciągające piekło. Tylko dość spory otwór w górze napawał obawami. Kenh przygotowywał się do ewentualnego wykorzystania swych zdolności, by nie pozwalać podmuchom dostarczać do nich stert piachu i cholera wie czego jeszcze.

Sokół poinformował ich, iż te miejsce zwie się najczęściej pustynną szczęką. Magowi pozostawały tylko domysły, czy na piaskach spotyka się więcej takich miejsc, dość klimatycznych zresztą.

Nie musieli długo czekać na przednią straż nadciągającej wciąż burzy. Tak, jak Kenhkar się spodziewał, nad nimi niebo aż pociemniało, przykryte warstwami piachu. Gdy materiał zaczął spadać na ich głowy, czarodziej lekko nakreślił znak wietrzny — aczkolwiek bardzo uważnie! — i zaczął korzystać z zaklęcia, by stworzyć swego rodzaju barierę przy wylocie. Nie zamierzał jednak się katować — gdyby burza uderzała tak mocno, iż nawet taki rodzaj stawiania jej oporu okazałby się odczuwalnie męczący, Kenh zaniechałby dalszego egzekwowania swoich działań.

Potem mag usiadł obok pozostałych. Czuł się, jakby znalazł nagle bezpieczną chatkę w górach. Za czasów swoich tułaczek po Wichrowych Szczytach natrafiał czasami na zdradzieckie, gwałtowne wiatry i to dzięki nim polepszył znacznie swoje umiejętności w posługiwaniu się tym żywiołem, jednak ta burza była czymś jedynym w swoim rodzaju. Gdyby pozostał na zewnątrz fortecy, niechybnie by zginął.

Słuchał więc wiatru w milczeniu, uświadamiając sobie jego potęgę i marząc, że kiedyś sam będzie w stanie takie wichury wywoływać niemal na zawołanie. Doceniał swoje obecne możliwości, jednak chciałby potrafić więcej.

Żywioł wygrywał swoją pieśń.

Upływ czasu był tutaj czymś oderwanym od rzeczywistości. Zazwyczaj widzi się słońce, wie się, ile zostało do zachodu. Teraz było ciągle ciemno, a przeszłość zlała się z przyszłością. Kenhkar otwarcie przyznawał przed sobą, że jest nadal nabuzowany po starciu z suką. Zaczął więc chodzić w te i wewte po schronieniu, usiłując znaleźć sobie jakieś intrygujące zajęcie. W końcu zdecydował się ponownie usiąść. Zrozumiał, że nadal byli na Pustyni Śmierci — marnowanie sił jednoznacznie prowadziło do zgonu w niewyobrażalnych mękach. Mag spróbował więc oddychać głęboko, wyciszyć się, odciąć na jakiś czas od tego wszystkiego. Pozwolić myślom płynąć samodzielnie, nie kontrolować i nie obserwować ich.

W końcu ustało. Kenhkar czuł się z tym bardzo dziwnie — przez ostatnie godziny, bo najwidoczniej tyle przebywali wśród szczęki, przyzwyczaił się do skomplikowanych dźwięków wydawanych przez burzę. Teraz, gdy ustała, czuł się niczym głuchy. W tym samym czasie, gdy mag obserwował bezmyślnie otoczenie, znachor postanowił odzyskać swoją cudem przetrwałą broń. Przez kilka chwil zajęcie orka było najciekawszym zdarzeniem w okolicy, toteż Kenhkar przyglądał się jego wysiłkom, wiedząc, że nie chciałby pomocy.

— Cóż, suka upolowana — stwierdził czarodziej, patrząc na Infiego. Co teraz planował począć miecznik? Czy nadal pragnął pchać się w głąb Pustyni? Po takiej manifestacji potęgi, Kenh darzył to miejsce jeszcze większym respektem. Chociaż z drugiej strony… skoro przetrwali to, to chyba nic ich już nie ruszy.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

29 mar 2014, 15:06

Szczęściem tylko okazało się, że znajdująca się w pobliżu formacja skalna stanowi idealne schronienie przed burzą piaskową. Asim Sokół zdecydowanie był wart swojej ceny, prowadząc drużynę w okolicy sprzyjającej podróżowaniu, wydatnie pomagając w ten sposób Entropii przeżyć na Pustyni Śmierci. Mówiąc więcej o przewodniku – nie był on ostatnimi czasy zbyt rozmowny. Wędrówka zapewne i jego męczyła, a nierozmowność reszty drużyny najwyraźniej wpłynęła również na jego zachowanie. Z początku starał się przełamywać bariery i próbował zagadywać, teraz jednak, po kilku dniach podróży zaniechał prób spoufalania się z drużyną, traktując ją raczej jako pracodawców.

Pomiędzy skałami nie było wygodnie, ale przynajmniej bezpiecznie. Ściśnięci obok siebie i ocierający się o wielbłądy członkowie karawany nie mogli więc narzekać. Brakowało wśród nich Asteriasa i Arael, którzy nie zdążyli do schronienia na czas. Infi starał się nie myśleć, co się z nimi stało, wiedząc, że na wyrzuty sumienia będzie jeszcze czas. Prawda, to on ich tutaj zaciągnął, ale póki co brak swojej winy w ich zniknięciu tłumaczył sobie tak, że przecież byli oni dorosłymi osobnikami, którzy wiedzieli, w co się pakują. Miecznik skarcił się w myślach – już zaczął określać ich tak, jakby nie mieli się nigdy zobaczyć, w czasie przeszłym. Miał nieco naiwną nadzieję, że zagubieni zdążą jeszcze dołączyć do reszty. Tak się jednak nie wydarzyło.

Morze piasku znowu było spokojne. Nigdzie nie było widać żadnych członków Entropii. Pozostał tylko on i Kenhkar. Świadomość tego faktu zachwiała nieco wojownikiem, który nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Ostatecznie wszelką nadzieję wywiało z jego głowy rozejrzenie się po okolicy. Skalne ściany nie kryły ani żywej duszy. Dwójka śmiałków zginęła, pogrzebana żywcem, co dalsze podboje Pustyni Śmierci postawiło pod ogromnym znakiem zapytania. Ten krótki w zamierzeniu wypad na skorpiony miał być jedynie przedsmakiem tego, co chciał osiągnąć Infi w swojej wędrówce. Pragnął on bowiem przeczesać jej dalsze rejony, poszukać tego, co nawiedzało jego sny. Wiedział, że jest blisko, ale udanie się teraz w dalszą drogę nie wchodziło w grę. Zresztą i tak planował po tym polowaniu powrót.

- Nasza umowa ze znachorem - sprostował czerwonooki, kiwając głową w stronę orka. Chociaż zielonoskóry niczego na tej wyprawie nie zyskał, a wręcz niemożebnie stracił, odrzucając swe drogocenne łańcuchy i oddając drużnie broń, Entropia nie mogła mu bardziej pomóc. Koszt naprawienia kija Kenhkara został pokryty. – Z tobą jednak jeszcze się nie rozliczyliśmy - rzucił w kierunku Asima. – Wracamy do Varti, za kilka dni pójdziemy dalej.

Infi nie wiedział, czy towarzyszący mu obecnie brodaty mag nadal zamierzał w tym wszystkim uczestniczyć, ale na ustalenie tego był jeszcze czas. Teraz należało jak najszybciej udać się do względnie bezpiecznego, odbudowującego się miasteczka, aby ustalić dalsze szczegóły. Miecznik nie zamierzał odpuścić, teraz, gdy zaznał już niemal wszystkiego, co miały mu do zaoferowania te nieskończone piaski. Jego cel był blisko. Nagle do jego głowy wpadły myśli o Ajumi, a nade wszystko – o tym, czego pilnowała. Mając nadzieję, że driada powita go z całą czułością, na jaką było ją stać, Infi spojrzał tęsknie w stronę horyzontu. Znając jednak zielonowłosą mieszkankę Lasu Cieni jej talent do pakowania się w niezręczne sytuacje z pewnością spowodował pewne nieporozumienia.

Entropii trzeba było chwili oddechu, odpoczynku i regeneracji sił. Licząc na to, że złoto, jakim obsypała drużyna vartyjskiego karczmarza otworzy jej drzwi do kolejnych uczt. Infiemu wydawało się ponadto, że wyruszająca na Pustynię Śmierci Arael nie miała przy sobie pieniędzy, co mogło okazać się okolicznością nader sprzyjającą. Zdecydowanie – należało dokładnie przeszukać juki wielbłąda, na którym od teraz Kenhkar miał podróżować samotnie.

//Jeżeli da radę, to poproszę już z/t. Chętnie napisałbym w Varti.
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

29 mar 2014, 16:20

MG

Asim przytaknął, nie mówiąc już nic więcej ruszył przed siebie. Znachor nie odzywał się nadal, jedynie podążył za przewodnikiem. Cała grupa ruszyła w powrotną drogę, spędzając kolejne dni na podróży do Varti. Dni, podczas których słońce piekło tak samo jak wcześniej, noce były tak zimne, jedzenie smakowało tak samo i generalnie wszystko zdawało się niczym nie różnić od wędrówki w drugą stronę. Poza faktem, że było ich o dwie osoby i dwa wielbłądy mniej.

Nie sposób było, aby ktokolwiek z nich, nawet Asim, mógł z całą pewnością odgadnąć jaki był los tamtej dwójki. Logika kazała twierdzić, że leżąca na ziemi Arael została zagrzebana pod piaskiem, gdzie najzwyczajniej w świecie udusiła się w męczarniach. A elf? Czy zdołał przeżyć burzę piaskową, czy był dość bystry, aby jakoś przetrwać? Wątpliwe, jednak nie dało się tego całkowicie wykluczyć. Los Asteriasa pozostawał pod wielkim znakiem zapytania. Przynajmniej przez kilka dni, bo bez przewodnika wątpliwe było, aby pożył dłużej z burzą, czy bez.

W jukach przy wielbłądzie Infi znalazł pakunek, który należał do Arael. Była tam część wręczonych im swojego czasu przez Asima rzeczy, a przede wszystkim elementy zbroi kobiety. Osłony na nogi, tors, naramienniki, pełno syfu, który nie był mu teraz w żaden sposób przydatny. Zresztą, zbroja ta była kompletną abstrakcją, odsłaniała biodra i brzuch, tym samym nie chroniąc posiadacza przed wieloma potencjalnie śmiertelnymi ciosami. Po porządnych oględzinach czerwonooki zdołał wygrzebać coś jeszcze – niewielki rysunek, na którym przedstawiona była mała dziewczynka i kobieta, zapewne jej matka. Grzebał dalej, by w końcu odnaleźć swój cel – mieszek, który przy potrząśnięciu wydawał przyjemny, brzęczący dźwięk. Dźwięk czternastu suwerenów, które to należały niegdyś do uczestniczki wyprawy.

Zmęczeni, naznaczeni palącym słońcem i zmęczeni mieli niedługo znów ujrzeć Varti. Tam rozstaną się na jakiś czas z Sokołem, który da im załatwić swoje sprawy. Asim polecił, aby szukali go przez kolejne dni w okolicach południa w karczmie, gdy tylko będą mieli jakąś sprawę, lub też będą gotowi wyruszać.

// Kenkhar, Infi – z/t z pustyni do Varti, do czasu aż nie zagadacie znów Asima na temat kolejnej wyprawy jesteście wolni.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

The Fool

14 sty 2016, 14:03

MG

…Wiedział przecież, że nie zdąży. Jego szaleństwo dało niepodzielny wynik: zgięła go troska o tę małą. Nie musiał się długo przekonywać. Nie po to tak długo żył, żeby przejmować się przepotężnymi burzami piaskowymi. Chciał ją ocalić, bo mógł chcieć ją ocalić. Odgonił od siebie racjonalne myśli. Gdy żyjesz tak długo i tak intensywnie, w końcu wszystko cię nudzi. A on był elfem. Dość młodym, chociaż… Od kiedy uznał, że musi być samodzielny, żył niczym ludzie. Podróżował, mordował, polował, bawił się różnymi formami, szukał. Chęć przetrwania była dlań czymś abstrakcyjnym. Chciał czegoś nowego. Nawet konszachty z demonami nie były tak ekscytujące, jak groźba utracenia życia. Śmierć oznaczała kolejną, wspaniałą przygodę. Każdy przeciwnik, który mógł ją zadać, był interesujący. Teraz zaś elf zmierzył się z najpotężniejszym przeciwnikiem tego świata: samym światem. Założył swą maskę.

Gdy uderzyła go rycząca ściana gryzącego piasku, on już stał w miejscu, podtrzymując półżywą niewiastę. Jego nogi prędko się zapadły, wiatr popychał go ostro do tyłu, on jednak wystał, bo musiał wystać. Zamknął oczy – i tak nic by nie widział. Skupił się silnie, sięgając do wszelkich znanych i nieznanych mu pokładów mocy, do swego jestestwa i natury, przez Lewiatana i Czeluść.

Eksplodował krwią. Przez pewien czas nawet

kontrolował ten proces
lecz po chwili
wszystko
za
mar
ło

i
ru
szyło
od nowa
w zupełnie
innym kierunku

Ocknął się niczym pisklę w skorupie ogromnego, skrzepłego jaja. Przez sczerniałą powłokę jego kokonu przebijało się światło prażącego słońca pustyni. Myśli maga wędrowały zupełnie nieprzytomnie, nic się w nich nie zmieniło.

Wspomnienia były surrealistycznie ostre, jakby ktoś wytrawił je na jego umyśle gorącym żelazem. Jedno było szczególnie istotne: umarł. Żadna żywa istota nie mogłaby przeżyć czegoś takiego. Pod piaskiem nic nie jest w stanie przetrwać.

Tym niemniej… On żył. Pamiętał dotyk obcych, powolnych myśli. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że myśli te nie należały do niczego, z czym spotkał się wcześniej. Wydawało się to niedorzeczne, ale wydawało mu się, że były to myśli samej pustyni. Były niszczycielskie, pełne nienawiści, bijące o siebie falami, które odbijały się na powierzchni. Wiedział to wszystko wyraźnie, jakby pustynia była wtedy jego częścią, jakby on sam był pustynią. Przesuwał się z jego biegiem, bezcielesny i nieświadomy. Zrozumiał, że utracił ciało, ale został zrekonstruowany.

Gdy przejrzał na oczy, skonstatował, że ktoś na niego patrzy. Wzrok był to szklisty, rozmiękczony, wtopiony w ścianę jego więzienia. Jego własne oko spozierało na niego. Wlepiona weń, smutna, czerwona tęczówka o zmiękłej otoczce nie dawała szans na ucieczkę. Chciał zwymiotować, ale wycharczał tylko piach. Chciał krzyczeć, ale mógł tylko rzęzić. Chciał się ruszyć, ale drżał tylko w gorączce. Z jego ciała wyzierały krwawe iglice, rozlewające się później na ściany jego nabierającego gorąca kokonu. Ot, wybroczyny niemożliwie potężnego szaleńca. Uwięziony sam w sobie. Mógł tylko czekać.

Wreszcie, a wydawałoby się, że od przebudzenia minęły wieki, skorupa zaczęła pękać. Siła jego woli nadal była ogromna. Czuł, że musi zmuszać swój umysł do działania, że jego mechanizmy zardzewiały i mielą z mozołem pustynny żwir, sprowadzając go do roli organizmu bazującego wyłącznie na pierwotnych instynktach.

Wydostał się po wielu godzinach, nocą. Nie było ani śladu po jego pancerzu czy ubraniu. Był całkiem nagi, a z jego poruszającego się niemrawo, niezdolnego do pocenia się, odwodnionego ciała, odpadały całe płaty zaschniętej krwi. Nie czuł już zbyt wiele. Szedł wyprostowany, a gdy przestał być do tego zdolny, padł na dłonie i parł dalej niczym pies. Byle na wschód. W końcu nawet i jego boskie ciało odmówiło posłuszeństwa. Pewien był, że zemrze po raz kolejny, jednak tym razem nikt nie przyjmie jego duszy.

Tak go znaleźli. Wiele mil od miejsca, w którym znalazła go wcześniej burza piaskowa. Rozbity kokon zainteresował mieszkańców pustyni, którzy podążyli śladem odrodzonego elfa. Ledwo go odratowali. To był już druga ofiara piasków, na którą się ostatnio natknęli. Blondwłosa dziewczyna o czerwonych jak on oczach musiała mieć z nim coś wspólnego. Nadal się jednak nie ocknęła. Ten jednak – ten był silniejszy. Obudził się już nazajutrz. Co dostał, to zwymiotował, ale trzymał się dość dobrze. Gdy przyszło do wystękania pierwszych słów, przypomniało mu się, jak ma na imię. Wcześniej nie było mu potrzebne.

Asterias.

Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

14 sty 2016, 14:03

Ostatnie dni były niczym bieg przez mgłę. Czuł się zmęczony, zdezorientowany. Sen, jeśli faktycznie nim był, ciągle pokazywał obraz wydarzeń sprzed... właściwie nie był pewien jak dawna. Czas w tym momencie nie miał znaczenia, bo przecież umarł. Najdziwniejszym jest to, że był tego absolutnie pewien, gdyż niesamowicie wyraźnie wypalił mu się w jaźni jego własny, martwy wzrok. Patrzył na własne ciało. Z początku czuł przerażenie, teraz jednak coraz bardziej przestawało to mieć znaczenie. Wszystko było jakieś mniej ważne.

Był teraz tutaj, leżał i oddychał, czuł ciało, w którym obecnie się znajdował. Dziwne. Z jednej strony wiedział, że to nie może być jego ciało, jednak te wydawało się tak samo jego jak poprzednie. Nie rozumiał jednak dlaczego.
Przecież nie był nikim ważnym. Cała ta sytuacja przypominała bajki i legendy opowiadane dzieciom na dobranoc. Była to także dobra wskazówka do poznania natury "problemu", którego był teraz niewątpliwie częścią. To jednak później.

Otworzył oczy. Wydawało mu się, że jest grubo po południu. Wziął głęboki oddech, postanowił się ruszyć. Wbrew pozorom, nie było to łatwe. Ciało nadal bolało, oddech palił płuca, każdy ruch wprawiał świat w obrót. Nie spiesząc się dotarł do pozycji siedzącej. Niepewnie rozejrzał się po otoczeniu, był w jakimś dziwnym namiocie, przypominało nieco na szybko postawione konstrukcje jego piaskowych kuzynów, pustynnych elfów. Nigdzie wokół nie widział żadnych ze swoich przedmiotów i podświadomie czuł, że nie warto o nie pytać. Nie pamiętał kto lub co go tutaj przytargało, jednak z góry założył, że to jednak "kto" i nie miał względnie złych zamiarów. Nie był związany, miał na sobie jakieś szorstkie szaty, no i co najważniejsze, czuł się nieco lepiej niż z samego początku. To musi wystarczyć jako dowód dobrych intencji.

Spojrzał na swoje dłonie. Nie poznawał ich. Nie miały charakterystycznych zacięć od sztyletu, żadnej znanej mu blizny czy nawet zadrapania. Były w tym momencie niemożliwie idealne. Tak po prawdzie wciąż ciężko było mu uwierzyć, że należą do niego. Przez chwilę przez umysł przebiegła mu myśl, że może tak wyglądają zaświaty, jednak pamięć i instynkt mówiły co innego. Wydarzenia z burzy piaskowej wciąż zajmowały większość procesów myślowych elfa, a szczególnie ta obca jaźń z powoli napływającymi uczuciami nienawiści i zniszczenia. Nie wydawały się one złe, były jakby "szare". Nieodłączna część istnienia życia, cierpienie i dewastacja. Nie czuł także, by próbowały przejąć władzę nad nim samym.

Może po prostu ich działanie tak na niego wpłynęło, jednak coś w środku pozostawało niezmienne. Był osobą o wdzięcznym imieniu Asterias. Był tego pewien tak samo jak swojej śmierci w piaskach. I chociaż wszystko wydawało się łudząco podobne, nie było.

Poszukał wody w pomieszczeniu. Stała obok niego, w średniej wielkości miseczce, a zaraz obok niej suchar. Sięgnął po nie i po części wmusił sobie zjedzenie twardego pieczywa, które następnie zapił wodą. Nudności wciąż dawały o sobie znać, jednak Aster starał się nie zwracać nań uwagi. W tym momencie chciał tylko wstać i wyjrzeć na zewnątrz pomieszczenia.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

In the

31 lip 2016, 22:33

MG

Wciągnął w płuca szare zapylone suche powietrze namiotu, w którym się znajdował. Rozwarstwione wychudzone słabe mięśnie odmówiły posłuszeństwa, każąc mu wrócić do pierwotnej skulonej leżącej pozycji. Chwilę zajęło mu zrozumienie, gdzie jest. Nie Czeluść, ta była niedostępna. Nie piasek, ten przemierzał wcześniej. Nie ojczyzna, tę porzucił. Zebrał się w sobie, zakasłał z bólem, zjadł drażniący bezsmakowy twardy kawałek pieczywa i popił żrącą gorzkawą ciepłą wodą.

Znowu ktoś na niego patrzył. W rogu namiotu siedziała osoba. Myśli przebiegły wystraszyły rozbudziły Asteriasa. To był elf. Pamięć zadziałała przypomniała ujawniła informacje. Nie powinni być tutaj sami. Pustynny szczep długouchych zajmował zamieszkiwał wykorzystywał takie namioty całymi rodzinami. Nawet dla rannych nie było zwykle miejsca. Szczególnie dla rannych obcych martwych.

Pracował działał zabijał już dla nich. Wiedział znał pamiętał ich zwyczaje. Nawet język. Podstawy. Osoba elf elfka zaczęła śpiewać. Dźwięk bębenka wżarł wtopił scalił się z nurtem myśli Asteriasa. Ukoił ukołysał uśpił.

Czując się o wiele lepiej, wiedząc już z całą pewnością, że w dzbanie obok jego posłania znajdował się narkotyk, otworzył oczy nocą. Siedziała tam nadal. Opatulona w pustynne szaty noszone przez przedstawicieli jej ludu, chroniła się przed zimnem, które spadło na pustynię. Sam Asterias okryty był wełnianą płachtą. Gdy wstał na równe nogi, uderzyła go świadomość przeszłości. Dawno temu, kiedy ostatni raz przebywał w takim otoczeniu, czuł się świetnie. Pustynne elfy, chociaż długowieczne jak on sam, żyły podobnie. Z dnia na dzień, starając się przetrwać. On robił to z pomocą magii i sztyletu, a oni ciężką pracą.

Nie było sensu się wstydzić. Nagie, idealne, bezwłose elfie ciało błysnęło w półmroku namiotu, gdy Asterias próbował się rozruszać. Wszystko było sprawne, ale cholernie słabe, jakby urodził się na nowo. W istocie wiedział, że właśnie tak było.

Patrzyła mocno, nadal na kuckach, przykładając do ust obie dłonie, w których trzymała coś do jedzenia. Zakryte czoło, odkryte uszy. Złote kolczyki na całej ich długości. Twarz spalona słońcem, przeorana kilkoma mało poetyckimi bliznami zadanymi niechybnie przez przedstawicieli tutejszej fauny. Zagadała coś w swoim języku, który choć różny od znanego przez Asteriasa narzecza elfów miał z nim wspólne cechy. Po tym przeszła całkowicie na klasyczny elficki. Kaleczyła niektóre słowa, inne zastępowała odpowiednikami z mowy pustyni, jeszcze inne wypowiadała w języku używanym w Khan’Sal i przez nomadów. Ostateczna mieszanka była bez mała poliglotyczna i niewątpliwie poetycka.

– Pamiętasz? – zapytała cicho, zrazu nie zbierając się do kontynuacji swojej wypowiedzi. Po całych latach, jakie Asterias spędził wśród ludzi, powolne, typowo elfickie prowadzenie rozmowy było dlań nienaturalne. Inna sprawa, ze w swym żałosnym stanie nie byłby w stanie nadążyć za kimś, kto mówi jak człek. – W czasie przed czasem, w którym istniejemy, pustynia wydała z siebie wiele dzieci. Jesteś jednym z nich?

Wróć do „Pustynia Śmierci”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 11 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52170
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.