Pustynne Wyżyny

Nazwa Pustyni Śmierci jest aż nazbyt trafna - bez znajomości tego terenu trudniej przeżyć tutaj dłużej niż dwa dni. Jeżeli przemierzającym ją śmiałkom dane będzie spotkać grupę nomadów lub pustelnika, z pewnością uzyskają informacje na temat najbliższej oazy, zwykle jednak oddalone są one od siebie o kilka dni forsownego marszu.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

Pustynne Wyżyny

04 paź 2013, 18:33

Obszar znajdujący się niedaleko Traktu Południowego, należał do szczególnie zabezpieczonych. To właśnie tutaj Konsorcjum umieściło swoje przyczółki, aby karawany mogły zarządzać postoje w drodze ku Khan'Sal. Niemniej, wielu banitów odnajdywało tutaj wiele ciekawych miejsc, coby urządzać zasadzki na szczególnie niechronione wehikuły. Handel z południowcami przynosił ogromne korzyści, lecz i kusił do przelewania niewinnej krwi. Zrabowane dobra przemycało się w rozmaite miejsca. Koszt towaru spadał, jednak końcowa wartość produktu nadal pozwalała porządnie napełnić spragnioną srebra sakiewkę. Wielu najemnych strażników ochraniało wozy za cenę, której próżno było szukać na ziemiach Autonomii. Najemnicy zbierali się w Varti, poszukując opłacalnych wyzwań. Znaczna część dogadywała się z nadzorcami karawan, jednakże mniejszość – zazwyczaj uzbrojona jak na wojnę – polowała na bandyckie gniazda. Za łebska poszukiwanych hersztów wyznaczano niemałe nagrody.

Ukształtowanie terenu nie pozwalało na szybką jazdę, albowiem piasek zmieszany był ze skalnymi elementami podłoża. Podróżników męczyło nieustanne wrażenie, jakby wchodzili pod górkę – szczególne było to odczuwalne, gdy znajdowało się blisko Traktu Południowego. Słońce wysysało motywację, katowało swym żarem, a najsłabszych zwyczajnie zabijało. Czasem, ze strony górskich szczytów, silny wiatr potrafił pokazać swą siłę, niosąc ze sobą również bezcenny chłód. Przez trudne warunki, wielu początkujących wędrowców traciło czujność… a tedy pojawiali się oni – rozbójnicy. Nie dziwił widok prowizorycznych schronień czy namiotów. Niektórzy celowo omijali trakt, pokonując jeno sobie znane ścieżki.


Jedno było pewne. W tym miejscu Pustynia Śmierci potrafiła sypnąć pieniądzem, wystarczyło podjąć pewne kroki…

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

25 lis 2013, 19:53

Kenhkar pocierał obolałe nogi raz po raz, gdyż dostarczało mu to niemałej ulgi. Niby nie musiał stąpać za dnia zbyt wiele, lecz siedzenie godzinami na grzbiecie wielbłąda robiło swoje — nie potrafił znaleźć miejsca na swoim ciele, gdzie by go nie bolało, gdy tylko próbował się ruszyć. Miał cichą nadzieję, iż sen wyzwoli go od tej niedogodności, która mogła przecież zawadzić w walce. A ta zbliżała się wielkimi krokami — tak przynajmniej zakładał Ken.

W międzyczasie Infi przejął pałeczkę w podtrzymywaniu rozmowy, a mag czujnym uchem wyławiał kolejne słowa miecznika, starając się wyciągnąć z nich jak najwięcej informacji. Jakoś nie było do tej pory okazji do jakiejś dłuższej konwersacji. W sumie nawet te krótkie zdarzały się niezmiernie rzadko.

Po czerwonookim odezwał się, po raz pierwszy od wielu godzin, Asterias. Kenh obrócił ku niemu głowę, ciekaw, czy elf wyjaśni, co się z nim działo przez ubiegłe godziny.

Chwilę później wydała się rzecz ciekawa. Mianowicie czerwonowłosy elf miał niegdyś zgładzić czerwonookiego woja. Najwidoczniej mu się nie udało — skwitował to w myślach czarodziej, spoglądając na — jak wyglądał — żywego przywódcę.

— Nie ma co — rzucił lekko. — Wasza znajomość musiała obfitować w… ciekawe wydarzenia. — Kenhkar zastanawiał się, czy doszło do starcia pomiędzy tą dwójką.

Potem już były tylko słowa na modłę elfów — poetyckie i niejasne. Na dodatek jakieś gusła szpiczastouchych. Ale chyba leczył w ten sposób Arael. Magik pokiwał głową, jakby rozumiejąc motywy Astera.

Gdy Infi odszedł na chwilę od ogniska, Ken wyłożył się na plecy, założył ręce za głowę i zaczął obserwować niebo. Milczał. Nie zauważył powrotu miecznika, ale słysząc jego propozycję odnośnie wysłuchania jakichś historii, gromko go poparł.

— Właśnie! — powiedział. — Po ludowych bajaniach zawsze się lepiej śpi. Nie odbieraj nam tej przyjemności, Asimie.

Na wzmiankę Arael o demonach Kenh zacisnął mocniej zęby. Wracały wspomnienia.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 927
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

26 lis 2013, 17:12

MG

//Tło

Obrazek

Mordercze słońce, żar dnia, przeraźliwy gorąc, który odbierał chęć do myślenia i czynów. Parzące powietrze wdzierające się do gardła, miotany w oczy i trzeszczący między zębami piach. To wszystko… znikało. Tak po prostu. Wszechobecne wokół piaski nieprzejęcie trwały, gdy resztki słońca zniknęły za horyzontem. Żar dnia musiał odejść, a chłód nocy czekał w gotowości aby go zastąpić. Członkowie Entropii niedługo mieli spędzić pierwszą noc na pustyni, zdać sobie sprawę z tego, że żar dnia nie jest jedynym zagrożeniem tego miejsca. Kolejnym niewątpliwie był chłód, którego namiastka już się zbliżyła, który odczują tej nocy mimo ciepłych kamieni, mimo koców i pomimo hartu ducha, jakim wykazali się wkraczając na te niegościnne tereny.

Zebrani wokół ogniska rozprawiali o przeszłości, Sokół nie kryjąc ciekawości wysłuchiwał opowiadanych historii. Grupa, której przewodził była zdecydowanie nietypowa, stąd trudno dziwić się temu, że chciał dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Twarz znachora natomiast pozostawała niewzruszona, nie ujawniła co kryje się w głowie orka gdy ten wysłuchiwał relacji kolejnych członków. Najpierw Kenkhara, Infiego, później szturchniętego brutalnie Asteriasa. Widząc, że mag wiatru nie sięga po wyciągniętą w jego stronę fajkę podał ją Infiemu, który siedział następny z kolei. Gdy każdy rzekł już co miał do powiedzenia na chwilę zapadło milczenie, w czasie którego Asterias dobrał się do Arael… A konkretniej, do jej ud, którym pustynne słońce nie szczędziło oparzeń. Trudno stwierdzić co wyobrażała sobie zabójczyni wybierając się na słoneczny żar w takim stroju. Nawet Infi, choć narzekał wcześniej, miał w sobie dość rozsądku, aby osłonić się przed gniewem pustyni. Czyny elfa przyniosły kobiecie niewymowną ulgę, której nie warto nawet próbować opisać. Nieznośne pieczenie osłabło, ból powoli mijał, zmęczony umysł odzyskał choć odrobinę zdolności logicznego myślenia. Zdaje się, że dosłownie odrobinę, bo Arael, jakby to była najzwyczajniejsza rzecz na świecie, stwierdziła że jej pracą jest zabijanie ludzi. W dodatku była już drugą taką osobą.

W wypadku Asima nie można mówić o niewzruszonej twarzy, którą zachował siedzący obok niego ork. Gdy usłyszał czym trudnią się zarówno Asterias, jak i Arael na jego twarzy odbiło się lekkie zaniepokojenie. Najwidoczniej nie w smak mu było wędrować z dwójką morderców, choć zachował to dla siebie. Zdawałoby się, że znów zapadnie cisza, wszyscy członkowie drużyny czuli, że nadchodzi czas snu, a jutro czeka ich jeszcze bardziej bezlitosny dzień. Dzień, z którego mogą nawet nie wyjść cało. Po cóż jednak myśleć o jutrzejszych trudach, o nich będą musieli myśleć cały kolejny dzień. Lepiej przed nimi wypocząć i być gotowym. Nim jednak ułożyli się do snu odezwał się Infi, który wpadł na ciekawy pomysł. Na pomysł ten zresztą radośnie przytaknął Kenkhar. Chcieli usłyszeć jakąś historię rodem z tych opustoszałych ziem. Asim przez chwilę patrzył w płomienie, nie odpowiadając na pytanie. Siedzący obok niego znachor zmrużył oczy i zdawało się, że zapadł już w sen. Zdecydowanie, spośród całej drużyny to właśnie on włożył w podróż najwięcej wysiłku, więc nie było w tym raczej nic dziwnego. Nawet Infi zapewne nie byłby w stanie przetrwać takiej podróży, nie mówiąc już o innych. Gdy oni opadali z sił na grzbietach wielbłądów ten taszczył ze sobą łańcuchy i szedł pieszo. Może powodem było to, że Infi zdołał unieść wielki młot na skorpiony i znachor chciał zademonstrować, że to jednak on ma więcej krzepy. Może po prostu taki był styl bycia orka.

W końcu Asim namyślił się, oderwał wzrok od płomieni i spojrzał na Kenkhara.
- Dobrze, jak chcecie, usłyszycie jedną z pustynnych legend. Jednak nie nazywaj jej "ludowym bajaniem", bo te słowa trącą kpiną. Historia ta krąży pośród koczowniczych ludów od dawien dawna. Znana była już za czasów ojca mego ojca, a nawet wcześniej. – Sokół zawiesił na chwilę głos i uśmiechnął się blado. Popatrzył na innych, jakby chcąc sprawdzić czy ktokolwiek go słucha.

– Nikt już nie pamięta jak dawno to było, nikt nigdy nie starał się policzyć tego czasu. Pustynia trwa niezmienna, niewzruszona. Tak długo, jak słońce będzie wznosić się na niebo każdego dnia, tak długo będzie trwać i ona… Albowiem pustynia wcale nie jest pusta, lecz pełna. Pełna ludzi i legend, piasku, i kamieni, pełna wiatru, i dzikich burz. W końcu, pełna tego, co kryje się w zakątkach ludzkiej wyobraźni. Gdzieś wśród piasków żyją wysuszeni, samotni wędrowcy. Wędrowcy dręczeni przez wiatr, piasek i słońce. Zwiedzeni przez miraże. Dawno temu, gdy ludzie nie stawiali jeszcze stopy na piaskach, bojąc się o swoje życie i tego, co mogą na niej znaleźć, gdzieś pośród tych dawnych ludów znaleźli się śmiałkowie, którzy wyruszyli w sam jej środek. Wiodło ich pragnienie, którego nie potrafili wyjaśnić. Pragnienie, które spędzało sen z ich powiek. – Asim wyciągnął dłoń szerokim gestem obejmując obecne wokół piaski, jakby demonstrując to potężne pragnienie wokół. Pragnienie, którego członkowie Entropii nie mogli dostrzec, bo widzieli jedynie nierówny piasek i wydmy, złowieszczą groźbę śmierci z wycieńczenia i pragnienia… Jednak, czy aby na pewno żaden z nich nie rozumiał tego przemożnego uczucia, które ciągnęło w głąb złocistego morza?

– Szli przez wiele dni, nie zważali na kończące się zapasy, zmęczenie. Niektórzy rezygnowali, jednak na zawsze pozostawali na pustyni, żyjąc pośród piasków. Wśród nich byli i moi przodkowie. Jednak inni wędrowali nadal, im bliżej byli celu, tym bardziej chcieli się znaleźć u końca swej drogi. Przestali spać, przestali jeść. Szli cały czas przed siebie, dniami i nocami. Wiatr targał ich szaty, słońce zalewało promieniami, a oni szli. Pustynia nie chciała im pomóc, zsyłała na nich miraże, iluzje, wodziła w koło, ciskała burze piaskowe wprost na tych nieszczęśników. Zagubieni wędrowali bez celu. Nie potrafili dotrzeć na miejsce, odnaleźć drogi pośród pustkowi. Słońce wysuszyło ich ciała, pozostawiając zniekształcone sylwetki. Niesiony wiatrem piasek osiadł na ich postaciach, przemieniając je na podobieństwo groteskowych pustynnych potworów. Oni jednak niestrudzenie parli przed siebie. Niezgodni co do tego, w którym kierunku mają iść rozdzielali się, tworzyli coraz mniejsze grupy. Niektórzy z nich po długiej wędrówce, wyzuci z tego kim byli dotarli na miejsce. Wśród piasków odnaleźli samotny, otwarty grobowiec. Grobowiec, w którym spoczywał sam bóg. Otoczony przepychem i bogactwem, niepodobny do niczego, co kiedykolwiek widzieli, przypominający demony z opowieści ich matek. Czekał tam na nich, wzywał do siebie. Za odnalezienie miejsca jego odpoczynku nagrodził ich wiecznym życiem u jego boku. Jednak wielu spośród tych, którzy wyruszyli nie dotarło na miejsce. Błąkają się nadal po pustyniach i marzą. Pozbawieni swojego człowieczeństwa, ogarnięci wściekłością, każdego napotkanego człowieka pytają o drogę do grobowca. A jeśli nie potrafi im odpowiedzieć, w swym rozpaczliwym szale rozrywają na strzępy. Ich wędrówka będzie trwać tak długo, aż nie dotrą do celu. Wtedy dopiero ich trud się skończy i tak jak pozostali otrzymają nagrodę, której tak pragną ich dusze. – Sokół zakończył opowieść i wbił wzrok w horyzont. Ognisko trzaskało cicho, jakby chcąc przeciwstawić się zalegającej wokół ciszy. Niespodziewanie wśród tej ciszy odezwał się znachor, który najwidoczniej odłożył sen na później i wraz z nimi wsłuchiwał się w opowieść.

- Stara historia. Historia – nigdy bez ziarno prawdy.
Po tych słowach zarówno znachor, jak i Asim położyli się, sugerując, że pora na sen. Wokół był już tylko mrok nocy i mdły płomień ogniska.

Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

28 lis 2013, 00:46

Słysząc swego rodzaju pouczenie Sokoła, Ken machnął niedbale ręką, nieco znużony. Nie miał na celu wyśmiewać jakichkolwiek opowieści. Nie bronił się jednak. Zmęczenie zwyciężyło chęć wyjaśnienia sytuacji.

Przewodnik zaczął opowiadać historię. Mag słuchał go tak uważnie, jak tylko potrafił w tej właśnie chwili. Gdy Asim doszedł do momentu, w którym przedstawiał niezrównane pragnienie pewnych wędrowców sprzed nie wiadomo ilu lat, Kenh spróbował wczuć się w ich skórę. Jak by to było? Gdyby gorejące piaski przyciągały cię z siłą, jakiej nie potrafiłbyś stawić oporu, nawet mimo natężenia wszystkich swoich sił. Straszne, ale zarazem nieziemsko intrygujące. Brodacz wrócił pamięcią do sytuacji, w której wraz z Sokołem zmierzali do namiotu Znachora po raz pierwszy. Wspominał swą fascynację okolicami Varti, jego odrodzeniem, ale też i lokalnym krajobrazem — ciepłem piasku pod stopami, łagodnymi powiewami nadchodzącego z pustyni wiatru. Dopiero potem okazało się to złudzeniem — potworną, chcącą najwidoczniej zabić każdego, kto ośmielił się wkroczyć na jej teren, bestią.

Wraz z dalszymi losami tułaczów czarodziej nie wiedział już, jak to odbierać. Bez snu, niemal bez jedzenia — brzmiało jak typowa ludowa historia. Nie mówił jednak tego na głos, nie chcąc urazić Sokoła. Mimowolnie zaczął wyszukiwać jakiegoś przenośnego sensu, jakiejś wskazówki odnośnie prawdziwej natury Pustyni Śmierci. W każdej historii było ziarno prawdy, ale obok niego była też bezcenna możliwość nauki na czyichś błędach i działaniach.

Zakończenie opowieści zadziałało jak kowadło, które spada ci na głowę. Kenhkar szarpnął się do góry, próbując przetrawić to, co usłyszał. Pustynne bestie? Bóg w grobowcu? Może była to nadinterpretacja ze strony Asima, ale coś musiało być na rzeczy. Chyba że przewodnik gadał, co mu na język ślina przyniosła. Tak czy siak — obraz prastarych ciał, błąkających się po pustyni, na dodatek rozszarpujących każdego, kto im się nie spodobał… No cóż, nie zachęcał.

Co jak co, ale to miejsce naprawdę nie dbało o ciekawą reklamę siebie samego.

Ciszę, jaka nastała po sokołowej opowieści, przerwał niewiarygodnie wytrwały ork. Kenhkar wysłuchał jego słów.

— Pytanie, jak duże jest to ziarno prawdy — dodał, gdy Znachor skończył już mówić. — Wolałbym, aby w tym przypadku jak najmniejsze — mruknął pod nosem, zasypiając.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

01 gru 2013, 22:14

Nieodparte wrażenie każące mu sądzić, że Asim Sokół swoją historię oparł na własnych doświadczeniach z szukającymi po Pustyni Śmierci nie wiadomo czego członkami Entropii nie dało Infiemu spać. Prawda, z początku męczył go jedynie pęcherz, którego rozespany miecznik długo nie opróżniał, ale później do jego półsnu wtargnęły inne, nieco mniej fizjologiczne myśli. Abstrakcyjne wizje nawiedziły jego umysł, a sny umiejscowiły go w roli demona pytającego nomadów o drogę do grobowca. Nie odczuwał żadnego innego pragnienia, liczyło się tylko to, co powiedzą mu wędrowcy. Jeżeli nie potrafili udzielić satysfakcjonujących odpowiedzi – rozszarpywał ich i tratował w chmurze krwi. Pojawił się i Asim, pierwszy, który wskazał mu drogę. Woj nie wiedział jednak, czy wskazany kierunek będzie poprawny. Podążył za nim na ślepo, rozglądając się uważnie i szukając kolejnych ofiar bądź osób zdolnych potwierdzić słowa Sokoła. Błąkał się tak, nie widząc końca pustyni… Nie widząc końca własnej tułaczki. Zanim dotarł na miejsce, obudził się.

Zmarzł na kość, czując pod głową lodowate kamienie. Chociaż odziany w porządne szaty, przykryty grubymi warstwami materiału i zdecydowanie gruboskórny, poczuł, że jego mięśnie na wzór skał zestalały i ani myślą się ruszyć. Bolały go uszy i głowa, z nosa ciekła mu niezidentyfikowana, przezroczysta ciecz. Był przedświt, a szarość otaczającego go, zimnego piachu nie nastawiała pozytywnie do życia. Miecznik zmusił się do ruchu i powstania, zasyczał z bólu i chwycił się za gardło. Jego migdałki również nie zniosły tej nocy dobrze. Kilka ruchów ramion i barków pozwoliło mężczyźnie wykryć wiele bolących po niewygodnej nocy miejsc. Piasek dostał się wszędzie – we włosy, pod ubrania, do butów.

Kopnięcie w wystającą spod koców nogę jednoznacznie wyraziło poziom niezadowolenia przywódcy drużyny. Noga była smukła, niemal kobieca – zdecydowanie, należała do Asteriasa. Miecznik nie dbał o to, że obudził elfa, wedle niego był już na to najwyższy czas, a sprawiony długouchemu ból dał mu chociaż chwilę radości. W brzuchu woja zaburczało, polewka zjedzona na koniec dnia poprzedniego nie zaspokoiła do końca jego głodu. Wyciągnięte z worka przytroczonego do boku wielbłąda kawałki niedźwiedziego mięsa z popasu przy trakcie prowadzącym z Wolenvain do Varti załatwiły ten problem. Mięso było łykowate, mocno ziołowe i nieprzyjemne w smaku, ale swoją rolę spełniało doskonale. Szczęściem było mocno opieczone i jeszcze się nie zepsuło.

Licząc na to, że Asim sam przyrządzi coś jeszcze do jedzenia, miecznik usiadł przy wygasłym zdawałoby się wieki temu ognisku. Czekał na resztę drużyny, chciał już ruszać.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 927
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

05 gru 2013, 13:26

MG

Wyglądało na to, że Infi był najchętniejszym do drogi członkiem drużyny, mimo iż początkowo podchodził do całej wyprawy z dystansem. A może po prostu chciał jak najszybciej skończyć to nietypowe polowanie. Wyglądało na to, że już po pierwszej nocy zaczyna mieć serdecznie dosyć morza piasków. Obudził się jako pierwszy z całej drużyny. Prawie. Po oględzinach swojego zdrowia, oraz dużo zdrowszym niż migdałki miecznika, kopie w nogę Asteriasa, w końcu; spożyciu dość wiekowego już mięsa Infi mógł dostrzec pewien mankament. Asima nie było. Zniknął, wywiało go. A przynajmniej tak zdawało się w pierwszej chwili, bo gdyby Infi w swym niezadowoleniu postanowił unieść głowę i rozejrzeć się zobaczyłby Sokoła, który to wracał właśnie do obozowiska z gotowym już pękiem "drewna". Gdzieś po pół minuty nomad był już na miejscu, po kolejnym zdołał sprawnie rozpalić ogień.

- Nie wyglądasz na zadowolonego. Noc dała ci się we znaki. – zauważył, choć miecznik nie dostrzegł kiedy Asim w ogóle na niego spojrzał, wzrok Sokoła raczej wędrował to do ogniska, to do przyniesionego chrustu. Co zresztą było naturalne, w końcu rozpalał ogień. - Obudź proszę pozostałych. Słońce już wędruje po niebie, ale powietrze jest jeszcze chłodne. Szkoda by było, gdybyśmy stracili najprzyjemniejszą część podróży. – zwrócił się z prośbą do Infiego. Niemalże w tej samej chwili, niczym magicznie wezwany słowami Asima, znachor drgnął i podniósł się. Po jego dość spokojnym zachowaniu można było sądzić, że pustynna noc nie dopiekła mu tak jak Infiemu, a przynajmniej nie okazał tego po sobie. Myśl, że do okolicznego klimatu można się przyzwyczaić była choć trochę pocieszająca. Ork spojrzał na przewodnika grupy, a później na jej przywódcę.

- Już wstać. Dobrze, dobrze. Walka z suka dobra rano. – skwitował czerwonookiego. Asim w tym czasie zgodnie z oczekiwaniami miecznika zabrał się za przygotowanie prostej strawy, która wyglądała bardzo podobnie do wczorajszej. Wręcz łudząco podobnie, choć po spróbowaniu bez problemu można było stwierdzić, że jest wyraźnie gęstsza a smak i aromat ziół są silniejsze. Trudno stwierdzić, czy był to zabieg celowy, czy po prostu przypadek. Dość, że ciepły posiłek po chłodnej nocy był istnym błogosławieństwem i zdawał się na równi z najwykwintniejszymi daniami. Gdy wszyscy już przebudzili się i spożyli posiłek Sokół wyjął z ogniska jeden z żarzących się patyków, rozpalił swą fajkę i dał znak, że pora zwijać obóz. Przed nimi była jeszcze daleka droga, czekał ich kolejny dzień bardzo, ale to bardzo podobny do poprzedniego. Dzień żmudnej, wypalającej chęć do ruchu i myślenia podróży na grzbietach wielbłądów, który zakończy się rozbitym wieczorem obozowiskiem, w którym to będą mieli spędzić noc. Słońce wznosiło się nad horyzontem, jakby bez słów ostrzegając podróżnych przed tym, na co się porywają. To były jego ziemie, królowało na nich niepodzielnie. Przyciągało wzrok. Na jego świetlistym tle Infiemu zdało się, że dostrzegł podobny człowiekowi kształt, który uparcie posuwał się do przodu. Kształt ten jednak już po krótkiej chwili rozwiał się niczym wyjątkowo kiepska iluzja.

Na zebranie obozu nie potrzeba było wiele czasu. Zarówno koce, jak i użyte wcześniej do przygotowanie i spożycia strawy naczynie szybko znalazły się na grzbietach wielbłądów, które nie wyglądały co prawda na szczególnie zadowolone z tego faktu, ale najwidoczniej zdawały sobie sprawę z bezsensu jakichkolwiek protestów. Taka była w końcu ich rola w tej drużynie. Rola, którą zapewnie nie każdy doceniał.

Jedynymi śladami po ich obozie pozostało nadal jeszcze migające nieśmiałym płomieniem ognisko i poukładane wokół niego kamienie. Nikt nie wyglądał na zainteresowanego uprzątnięciem tych akurat pozostałości, nie dziwota, przenoszenie kamieni na ich stare miejsce mijało się z jakąkolwiek logiką. Pustynia miała po nich posprzątać sama. I to wkrótce. Porządków tych nie dane im będzie oglądać, zobaczą je jedynie prażące słońce i bogowie.

Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

06 gru 2013, 17:46

— Nie, nie, skarbeńku — cicho wypowiadał Kenhkar, drapiąc się po swej szerokiej piersi. — Musisz sobie zasłużyć. Nie ma tak łatwo.

Po kilku minutach takiego bełkotu, jednoznacznie sugerującego nadejście nowego dnia, Kenhkar otworzył z wolna oczy i nie dał rady obronić się przed wielokrotnym mruganiem, bo coś zdawało mu się zalepić oczy. Trąc niemiłosiernie powieki spracowaną dłonią, pozbywał się uciążliwego piachu. Zaraz poczynił odkrycie kolejne — jego włosy zamieniły się w szorstką, brudną szmatę. Wcześniej były tylko upaćkane, teraz jeszcze do powstającej trupy dołączył ten drobny, charakterystyczny dla tego miejsca pył.

Ciamkając z niezadowoleniem, mag powoli podniósł się, odczuwając wyraźnie skutki wczorajszej podróży. Przeciągając się raz po raz, próbował podreperować swoje plecy, mocno wymęczone.

Z początku całkowicie ignorował całe swoje otoczenie, koncentrując się raczej na przywróceniu swej osoby do stanu jakiejkolwiek używalności.

— Niech to szlag — mruknął, wstając. — Te ziemie do najwygodniejszych noclegów nie należą. — Przetarł jeszcze raz oczy, spojrzał po obudzonych już kilku towarzyszach. Naliczył tylko miecznika, Asima i orka. Reszta jeszcze smacznie drzemała.

Pociągnął nosem. Zaraz do nozdrzy dostał się zapach ciepłego posiłku, łudząco podobny do zeszłodniowego. Ale cóż. Trza się cieszyć tym, co jest. Ciężkimi krokami Kenhkar przywlekł się do ogniska, zasiadł ciężko. Podniósł prawą rękę, nieznacznie, ale jednak.

— Witam całe zgromadzenie — sapnął, sięgając po swoją porcję. Przez kilka kolejnych minut dało się od niego słyszeć tylko odgłosy powolnego przeżuwania jadła. Sam rozkoszował się nie tyle smakiem, który wiele pozostawiał do życzenia, ale ciepłem, miło rozgrzewającym od środka. Popić to miodem i Kenh byłby wniebowzięty. Miodu jednak nie miał. Zresztą… spożywanie trunków na takim terenie musiało kończyć się tragedią. Czarodziej aż wzdrygnął się, gdy oczyma wyobraźni ujrzał siebie w stanie bliskim agonii, gdyby potworne słońce wyciągało z niego alkohol podczas jazdy w ciągu kilku następnych godzin. Nie — stanowczo sobie odmówił przyjemności. Żując ostatnie kawałki śniadania, spojrzał po twarzach zebranych.

— To jakie atrakcje nas dzisiaj czekają? — skierował swe pytanie do reszty, głównie do Sokoła. — Czy istnieje szansa napotkania naszych bestyjek już dziś? Albo odkrycia jakichś dawnych budowli? — Stare budowle na piaskach kojarzyły mu się z trucizną, skorpionami, jakimiś pewno truposzami i przede wszystkim ze złotem oraz innymi kosztownościami. Tak, złoto było warte takiego ryzyka.

— Więc? — ponaglił jeszcze, aczkolwiek delikatnie.

Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

07 gru 2013, 11:51

Asterias nawet nie zauważył, kiedy skończył zajmować się oparzeniami Łowczyni i położył się na swoim miejscu, na kamieniach. Sen elfa był dobry, Czerwony był przyzwyczajony do niewygodnych posłań, gdyż często zmuszony był do spania na różnych trawach, kamieniach, w jaskiniach, na piachu, czasem nawet na błocie. Życie łowcy głów nie było usiane luksusami, ale przynajmniej dawało satysfakcję i poczucie jakiegokolwiek spełnienia.
Po przebudzeniu Aster jeszcze długo nie otwierał oczu. Leżał, wykorzystywał jak najwięcej czasu na obijanie się, wyobrażając sobie walkę z gigantycznym skorpionem. Miał silną i wybujałą wyobraźnię, niemalże widział siebie w heroiczny sposób walczącego z robalem, czuł przypływ adrenaliny, nutkę strachu. Kiedy już miał zadawać ostateczny cios, poczuł silne uderzenie w swoją łydkę. "Infi" – pomyślał sobie, uśmiechając się nieco, z domieszką grymasu chwilowego bólu. Kopnięcie było na tyle silne, że nieomal zrzuciło go z "łóżka", a stopa na tyle brudna, iż zostawiła zabawnie wyglądający stempel. Na domiar tego, po niedługiej chwili można było poczuć zapach jadła. To oznaczało, że czas już ruszyć swój tyłek.
Pierwszym co elf zrobił była rozgrzewka. Kilka pompek, rozciąganie, spalenie krwi na ocieplenie swego ciała.
- Dzień dobry – rzekł żywiołowo od razu po rozgrzewce.
Równolegle z przywitaniem wziął jadło i nie spiesząc się spożył je. Kiedy już skończył szybko poszedł śladem reszty i spakował potrzebne rzeczy oraz zaniósł je na wielbłądy.
Nawet one wydawały się niezadowolone z czekającej je podróży, a miały na sobie czar uspokajający. Oznaczać to mogło tylko jedno – będzie ciekawie. Spakowany, gotów do drogi, otrzepał siebie i swoje włosy, które nadał wyglądały malowniczo, niczym u drogiej, małośmiganej kurtyzany, sprawdził przytwierdzenie swego podręcznego ekwipunku. Wszystko wydawało się być w jak największym porządku.
Spojrzał na resztę drużyny. Na ich twarzach malował się ból i pożoga, a to dopiero pierwszy z takich noclegów. Miał nadzieję, że swoim "pokazem energii" pobudzi nieco swoich towarzyszy, może nawet poprawi im humor.
Słysząc pytanie kolegi maga postanowił się doń dołączyć.
- Tez mam taką nadzieję, Kenhkarze – rzekł Aster rozciągając ręce – znudził mnie już widok samych piasków – dodał, uśmiechając się nieco w charakterystyczny dla niego sposób.
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 927
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

21 gru 2013, 19:19

MG

Obóz zniknął sprawnie, jednak mniej sprawnie zachowywali się niektórzy z członków drużyny. Arael znów poczęła trwać w swojej dziwnej apatii, ledwie reagując na otoczenie. Nie pomagała w uprzątnięciu miejsca noclegu, dopiero gdy wszystkie rzeczy były już spakowane i gotowe do drogi, a objuczone wielbłądy posłusznie oczekiwały dalszego biegu wydarzeń zabójczyni bez słowa usadowiła się na swoim miejscu. Wręcz siłą nasuwała się myśl, że jeśli w nadchodzącym starciu okaże się ona równie przydatna co w tej chwili, to jest bardziej ciężarem niż czymkolwiek innym. Kenkharowi zdaje się ciężar ten nie przeszkadzał, czy to przylepiony do jego pleców, czy to siedzący w pobliżu mając do dyspozycji jedynie cienką koszulę. Pozostała kwestia tego, jak na owy ciężar zapatrywała się reszta drużyny.

Asim sprawnie dosiadł swojego wielbłąda, a zachęcone cichym słowem zwierzę podniosło się na nogi. Dało się słyszeć cichy chlupot wody, która znajdowała się przy jukach. Sokół zasłonił twarz dłonią i spojrzał w stronę wschodzącego słońca. Tuż koło niego przystanął znachor, ponownie objuczony całym swoim ładunkiem. Upór orka wręcz zadziwiał, gdyż ostatniego dnia z trudem nadążył za grupą. Dzisiejszego zapewne będzie mu jeszcze trudniej, spędzona na pustyni noc mimo wszystko nie była wymarzonym sposobem wypoczynku. To zaś, co miał zamiar wyczyniać ork zdecydowanie wymagało wypoczynku.

W końcu ciszę, jaka panowała już od chwili, przerwał Kenkhar. Zdaje się, że miało to już pozostać jego rolą w trakcie pustynnych wojaży. Mag wiatru zdecydowanie był osobą najrozmowniejszą spośród całego towarzystwa, szukając jakiegoś kontaktu z grupą. Asim łypnął na Kenkhara, przed chwilą jakby zastanawiając się nad odpowiedzią. A może nad tym, czy w ogóle odpowiedzieć? W końcu, ponaglony, pokręcił głową.
- Wątpię, abyśmy spotkali dziś skorpiona. Gdy przejdziemy dzisiejszą drogę znachor spróbuje jakiegoś znaleźć, wtedy ruszymy na niego wczesnym rankiem. A jeśli o dawne budowle chodzi… Nie wydaje mi się.

Cóż mieli zrobić, mogli jedynie dosiąść wierzchowców i ruszyć w dalszą drogę. Drogę, która wyglądała zupełnie jak poprzednia. Z tą może różnicą, że byli bardziej zmęczeni, a wszechobecny piasek niektórych przyprawiał już nie o ciekawość, a znudzenie. Gdy przeszli już sporą odległość, a słońce górowało na szczycie nieboskłonu uwagę grupy przykuł jakiś kształt. Po ich prawej stronie, w oddali zdawał się majaczyć jakiś kształt. Gdyby mu się dokładniej przyjrzeć, to długie, ciemne figury zdawały się przypominać miejskie zabudowania. Asim jednak niewzruszenie parł do przodu, nie racząc nawet spojrzeć w tamtą stronę. Odległe kształty tymczasem falowały delikatnie w rozgrzanym powietrzu, jakby machając do podróżnych. Nierówne, niewyraźne przypominały jakieś zabudowania. Może wioskę, może miasteczko. Było to jak na razie jedyne urozmaicenie podróży, jakie napotkali. W każdym innym kierunku otwierała się jedynie piaszczysta pustynia, która w oddali łączyła się z horyzontem.

Zapewne, tak jak wcześniej mówił, Asim miał zamiar wędrować aż do wieczora, kiedy to rozbiją obóz i spędzą kolejną nieprzyjemną, pustynną noc. Może następnego dnia w końcu spotkają tak wyczekiwane skorpiony, stoczą z nimi walkę i będą mogli wracać. Może. Jednak takie przewidywania były zapewne daleko od tego, czym zajmowały się teraz myśli podróżnych. Widniejące z boku zarysy przyciągały uwagę, słońce natomiast odbierało chęć do jakiegokolwiek wysiłku, nawet prostych ruchów czy słów. Woda nie potrafiła całkowicie ukoić spieczonych warg i sprawić ulgi. Nie mówiąc już o Arael, która wciąż była wystawiona na niemiłosierne promienie słońca. Niezakryta skóra wyraźnie się zaczerwieniła, była wysuszona i nieprzyjemnie piekła. Łowczyni czuła się najgorzej spośród wszystkich obecnych i nie sposób było temu zaprzeczyć. W porównaniu do niej mieli się wręcz świetnie.

Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

21 gru 2013, 23:43

Kenhkar patrzył na gimnastykującego się elfa, początkowo ze zdziwieniem unosząc brwi, by po chwili samemu wypróbować elfickie tajniki rozbudzania się. Nie należały do przyjemnych, przynajmniej przez pierwsze minuty. Zaraz potem mag rozgrzał się, a mięśnie dały wyraźny sygnał gotowości do nadchodzących działań.

— Będę musiał o tym pamiętać w przyszłości — uśmiechnął się do Asteriasa.

Niedługo potem ruszyli. Kenhkar wygodnie usadowił się na swym wierzchowcu, a gdy zrobiła to znów nieobecna Arael, czarodziej poczuł się niezręcznie. Jej wyobcowanie w tym momencie przerażało. Co się stanie podczas bitwy? Będzie spokojnie patrzeć, jak skorpion bierze ją w swe wielgachne szczypce i miażdży bez najmniejszego wysiłku? Kenh aż się wzdrygnął na tę paskudną wizję przyszłości.

Kątem oka brodacz wypatrzył Znachora, który najwidoczniej zamierzał kolejny dzień spędzić na morderczym wysiłku. Pokręcił głową z niedowierzaniem.

— Wiesz, zawsze widziałem te strony jako gorące, pełne pięknych kobiet i złotych pałaców ziemie — zwrócił się do Astera. — Mnie ten widok nie tyle znudził, co zmęczył. Ale w ogólnym rozrachunku wychodzi na jedno i to samo. — Przeciągnął się. — Mamy dość. Po jednej nocy — dodał jeszcze, kończąc wypowiedź szerokim uśmiechem i spojrzeniem w przestronne niebo.

Zaraz potem Sokół raczył odpowiedzieć na postawione pytanie. Słysząc jego słowa, Kenh westchnął przeciągle.

— No cóż, pozostaje podziwiać widoki — odparł z bladym uśmiechem. Następnie zamilknął na dłuższą chwilę. Pogrążył się w swych myślach.

Po kilku godzinach jazdy wędrowcy mogli dostrzec po swej prawej jakieś zabudowania. Widząc je, Kenhkar podniósł dłoń do czoła, osłaniając się przed słońcem. Już miał coś mówić do Asima, lecz zrezygnował w ostatniej chwili. Od tego gorąca odechciewało mu się wszystkiego. Założył, że to chyba jakieś zwidy, bo przewodnik rano mówił, iż nie natrafią na żadne budowle. Albo coś w podobnym stylu.

W końcu, mając dość żaru, wiedziony determinacją Kenhkar nakreślił prawą dłonią znak wietrzny, zyskując kontrolę nad pobliskimi podmuchami. Wzmógł wiatr w powietrzu dookoła siebie i Arael, delikatnie, nie podrywając ton piachu z ziemi. Chciał, aby wietrzyk muskał jego nagrzaną twarz. Nawet jeśli powietrze było cholernie gorące, lekki podmuch orzeźwiał.

No i zawsze było to jakieś urozmaicenie.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 927
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

23 sty 2014, 21:05

MG

Szli dalej, w większości ociekający potem i zapatrzeni przed siebie, jedynie Kenkhar zafundował sobie odświeżenie w postaci delikatnego wietrzyku. Wprawił gorące powietrze w ruch, na niewiele się to jednak zdało. Słońce jak grzało tak grzało nadal, niemiłosiernie miotając w jego stronę coraz to kolejne promienie. Piasek powoli zsypywał się z wydmy po szczycie której szli, każdy krok wielbłądzich nóg sprawiał, że złote ziarna opadały w dół, wprost w objęcia kolejnych drobin.

Niewątpliwie drużyna była znudzona, miała dość, nie chciało się jej już niczego. Jednak taki był urok pustyni, a oni musieli na to być gotowi. Przecież po to właśnie tutaj przyszli, by ruszyć w jej głąb. A podróż, którą odbywali teraz mogła być zaledwie wycieczką w porównaniu do tego co miało przyjść w przyszłości. Z tyłu słychać było dyszenie znachora, który uparcie parł do przodu. Co prawda raz potknął się, zjeżdżając z wydmy dobry metr nim zdołał wyhamować, jednak zupełnie tym nieprzejęty już po chwili znów był w podróży. Tak jak uprzednio zostawał powoli w tyle, początkowo przecież szedł koło Asima.

Sokół zaś milczał, w zamyśleniu rozglądając się z rzadka po okolicy i wciąż, ale to wciąż pykając fajkę. Aż dziwne, że we wszechobecnym żarze miał chęci na wdychanie unoszącego się z niej powoli dymu, który z mozołem wydobywał się z główki. Trwał równie niewzruszenie co wielbłądy, przyzwyczajony do codziennego żaru. Przyzwyczajony, choć nie odporny, od czasu do czasu ocierał pot ze zmęczonej twarzy niedbałym ruchem ręki.

Trudno mówić, by ta podróż różniła się czymkolwiek od wczorajszej. Była żmudna, nudna, bez żadnych urozmaiceń. Ciągnęła się niemiłosiernie. W końcu jednak południe minęło, słońce zaczęło opadać, a wraz z nim temperatura. Gdy drużyna mogła podziwiać zaczątki zachodu słońca Asim wstrzymał swojego wielbłąda i obrócił się w ich stronę. Odchrząknął aby rozruszać zmęczone żarem gardło.

- Gdzieś… Ekhm, gdzieś tutaj w okolicy się zatrzymamy. Znachor ruszy poszukać naszej… suki, my zaś zaczekamy tutaj. Jeśli będziemy mieć szczęście, to jutro ruszymy na polowanie. Może los nam sprzyja.
Po tych słowach Asim rozejrzał się i po krótkiej chwili ruszył w stronę miejsca, które wybrał na obóz. Ich dalsza podróż trwała jeszcze kilka minut, w końcu Asim zatrzymał się, zsiadł z wielbłąda i wskazał gdzie dokładnie mają spędzić noc. Miejsce wyglądało niemal jak każde inne, pozostawało zaufać intuicji przewodnika.

- Czeka nas kolejna noc, spędźcie ją dobrze. Jutro, jeśli faktycznie ruszymy na polowanie, musicie być gotowi. – Dalsze czynności nie różniły się od tych z poprzedniego dnia, wiedzieli co zrobić. Nazbierać nieco gałązek, przenieść kamienie, przygotować ogień, zjeść jakąś potrawkę, która ma skutecznie zapchać żołądek. Znachor pozostawił niedaleko nich noszone wcześniej łańcuchy, a sam oddalił się i po krótkim czasie zniknął im z oczu. Bogowie jedni wiedzieli jak ma zamiar odnaleźć później obóz pośród bezkresu piasków. Ściemniało się, ognisko trzaskało wesoło. Skóra Arael znów była czerwona i wyraźnie oparzona, reszta zapewne czuła się nawet bardziej gównianie niż wczorajszego dnia. Mieli teraz czas dla siebie, mogli porozmawiać, lub po prostu ułożyć się do snu.

Rano miał ich obudzić znachor wraz z Asimem, popędzając aby zbierali się do drogi, ponieważ ten drugi zdołał odnaleźć poszukiwaną sukę. Ork, jak twierdził, znalazł wyjątkowo dużą sztukę i wyglądał, jakby był z siebie dumny. Z południa wiał wiatr, czasami podrywając z ziemi garście piasku i ciskając w podróżnych. W tamtą też stronę mieli się udać. Pod wiatr, jeśli miało to jakiekolwiek znaczenie. Żaden z nich nie wiedział, czy skorpiony te węszą podobnie jak leśne zwierzęta. Czekała ich dobra godzina drogi, docierając na miejsce zaś ujrzeliby… pustą, rozległą pustynię i powoli rozjaśniający się horyzont. Jedna z niewielu okazji, kiedy temperatura była znośna i pozwalała normalnie funkcjonować, jednak tam nic nie funkcjonowało. Wiatr zaś wzmógł się nieco, miotając w ich stronę piaskiem, luźne, nomadzkie ubrania trzepotały niczym żagle. Zdawałoby się, że sama natura chciała odegnać podróżnych.

Wróć do „Pustynia Śmierci”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 20 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 20 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52245
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.