Pustynne Wyżyny

Nazwa Pustyni Śmierci jest aż nazbyt trafna - bez znajomości tego terenu trudniej przeżyć tutaj dłużej niż dwa dni. Jeżeli przemierzającym ją śmiałkom dane będzie spotkać grupę nomadów lub pustelnika, z pewnością uzyskają informacje na temat najbliższej oazy, zwykle jednak oddalone są one od siebie o kilka dni forsownego marszu.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

Pustynne Wyżyny

04 paź 2013, 18:33

Obszar znajdujący się niedaleko Traktu Południowego, należał do szczególnie zabezpieczonych. To właśnie tutaj Konsorcjum umieściło swoje przyczółki, aby karawany mogły zarządzać postoje w drodze ku Khan'Sal. Niemniej, wielu banitów odnajdywało tutaj wiele ciekawych miejsc, coby urządzać zasadzki na szczególnie niechronione wehikuły. Handel z południowcami przynosił ogromne korzyści, lecz i kusił do przelewania niewinnej krwi. Zrabowane dobra przemycało się w rozmaite miejsca. Koszt towaru spadał, jednak końcowa wartość produktu nadal pozwalała porządnie napełnić spragnioną srebra sakiewkę. Wielu najemnych strażników ochraniało wozy za cenę, której próżno było szukać na ziemiach Autonomii. Najemnicy zbierali się w Varti, poszukując opłacalnych wyzwań. Znaczna część dogadywała się z nadzorcami karawan, jednakże mniejszość – zazwyczaj uzbrojona jak na wojnę – polowała na bandyckie gniazda. Za łebska poszukiwanych hersztów wyznaczano niemałe nagrody.

Ukształtowanie terenu nie pozwalało na szybką jazdę, albowiem piasek zmieszany był ze skalnymi elementami podłoża. Podróżników męczyło nieustanne wrażenie, jakby wchodzili pod górkę – szczególne było to odczuwalne, gdy znajdowało się blisko Traktu Południowego. Słońce wysysało motywację, katowało swym żarem, a najsłabszych zwyczajnie zabijało. Czasem, ze strony górskich szczytów, silny wiatr potrafił pokazać swą siłę, niosąc ze sobą również bezcenny chłód. Przez trudne warunki, wielu początkujących wędrowców traciło czujność… a tedy pojawiali się oni – rozbójnicy. Nie dziwił widok prowizorycznych schronień czy namiotów. Niektórzy celowo omijali trakt, pokonując jeno sobie znane ścieżki.


Jedno było pewne. W tym miejscu Pustynia Śmierci potrafiła sypnąć pieniądzem, wystarczyło podjąć pewne kroki…

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

23 mar 2014, 03:40

Nikomu się szczególnie do niego nie spieszyło. Nie miał się w sumie czemu dziwić, bo podczas pustynnej wyprawy robił z siebie kawał drania. Teraz jednak, zaraz po tym, jak początkowe zdziwienie i strach opadły, Infi zrozumiał, w jak głębokiej dupie się znalazł. Przez jego myśli przemknęły rady na przyszłość, przy czym gros z nich dotyczył większej dbałości o relacje międzyludzkie. Nie pierwszy i nie ostatni raz oberwał przez swoją gruboskórność.

…Cholera, przecież i tak nie dasz rady być milszy! Otrząsając się po upadku i obserwując w osłupieniu wykwitający przed nim korpus ogromnego skorpiona, Infi odrzucił obraz siebie w roli lwa salonowego. Cała jego błyskotliwość kończyła się obecnie tam, gdzie zaczynał się pokaźnych rozmiarów, pokraczny młot. Miażdżony przez skorpiona wielbłąd beczał jak opętany, a stojący naprzeciw tej sceny wojownik skarcił się w duchu za słabość, jaką okazał. Dopiero po chwili skonstatował, jak ważne przedmioty znajdują się w jukach przytroczonych do boków zwierzęcia. Perspektywa ich utraty wprawiła czerwonookiego w paskudny nastrój. To, w połączeniu z przekutymi w gniew wstydem i strachem zanegowało naturalne instynkty każące mu uciekać, gdzie pieprz rośnie. Spocone ręce zacisnęły się na grubym trzonku broni, jaką otrzymał Infi od znachora. Broni stworzonej ze stworów takich, jak ten stojący przed nim. Dało się je więc zabić, a miecznik już widział siebie w roli zadającego ostateczne uderzenie śmiałka. Wreszcie się doprosił, stając oko w oko z celem całej tej wyprawy. Mógł uwolnić na nim całą swą, a niemałą przecież frustrację.

Mając na uwadze unoszący się gdzieś za skorpionem, potężny ogon, który z pewnością mógłby go zmieść jednym uderzeniem, Infi wystawił młot przed siebie, posługując się nim jak włócznią. Jego wielka, nienaturalna siła znacząco mu przy tym pomogła, ale oręż i tak niemal go przeważył. Korzystając z tej właściwości woj starał się przy tym opuścić obuch młota pomiędzy szczypce potwora, mając jednocześnie na uwadze odpychanie od siebie jego szczypiec oraz to, jak łatwo mogłyby one wyrwać broń z jego rąk. Wiedział, że ma małą przewagę odległości, ale taka z pewnością nie była przeszkodą dla jego przeciwnika. Sytuacja wyglądała nieciekawie, bowiem pozbawiony sojuszników czerwonoooki nie był w stanie zwyciężyć. Nie było ku temu żadnych, logicznych przesłanek.

Dlatego właśnie zaatakował. Zamierzał uderzyć w bok stwora, gdy tylko będzie to możliwe. Korzystając z dystrakcji skorpiona usiłował wykorzystać całą swoją siłę do jednego, mocnego uderzenia, w miarę możliwości nie tracąc przy tym żywota. Podejrzewał, że tego typu istota powinna mieć problem ze zrozumieniem, co tak naprawdę się stało, prędzej atakując w swej ślepej furii długi, błyskający chityną oręż niźli jego posiadacza. Były to jednak tylko pobożne, naiwne nadzieje. Miecznik chciał wywołać w skorpionie strach o własne życie, kompletnie nie widząc się w roli ofiary. Przerośnięty pajęczak powinien wiedzieć tylko, że coś go niesamowicie mocno uderzyło, zapominając o tym, jak łatwe do rozszarpania jest ciało stojącego przed nim człowieka.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

24 mar 2014, 01:31

MG

Ja pierdolę. Tak, to słowo było adekwatne do sytuacji. Zastanówmy się nad nim przez chwilę. Przystańmy nad faktem jego dopasowania do tego co właśnie działo się na pustyni. Kenkhar wykazał się idealnym doborem słownictwa mimo sytuacji, która była stresowa. Mag jednak nie chciał czekać, zamiast tego wolał działać. Wyrzeczone przez niego słowa szybko poszły w niepamięć. Niemal tak szybko jak Asterias i Arael, zgoła niechętnych do działania, towarzyszy. Arael leżała przysypywana piaskiem, a Aster siedział na wielbłądzie beznamiętnie to obserwując. To się nazywa skurwysyństwo.

Kenkhar wsiadł żwawo na swego wielbłąda, nie poganiał jednak nadto zwierzęcia, przez co ruszyło ono dość powolnym i niechętnym chodem. Teoretycznie miał on do pokonania może trzysta metrów, na pewno nie więcej. Trudno mówić o zajeżdżaniu zwierzęcia w takich warunkach. Niezależnie od tempa do jakiego zmusiłby wielbłąda zwierzę dałoby radę, to była chwila podróży, mrugnięcie okiem. Tego samego nie mógł powiedzieć znachor, który ociężale truchtał w stronę Infiego. Przynajmniej początkowo, potem ork gwałtownie przyśpieszył tempa, ponieważ… wyrzucił łańcuchy. Tak, wyrzucił niesione z takim trudem i tyle czasu łańcuchy. Powód tego stanu rzeczy był prosty, byłby bezużyteczne. Aktualnie w walce brali udział tylko Infi i sam znachor, jedna osoba musiała zajmować skorpiona, co sprawiało, że druga musiałaby samodzielnie owinąć wokół niego łańcuch, nie było to możliwe w żaden sposób, a przynajmniej szansa na powodzenie była naprawdę niewielka.

Wspominany Infi natomiast został postawiony przed nieciekawym wyborem. Z jednej strony mógł podjąć próbę ucieczki, która wbrew pozorom miała szansę powodzenia. Jednak duma i gniew sprawiły, że nawet nie brał pod uwagę takiej możliwości. Postanowił samotnie stawić czoła skorpionowi. Opętańcze krzyki wielbłąda trwały nadal, powoli zmieniając się w zmęczone charczenie, Skorpion nie wygrzebał się jeszcze całkowicie z piasku, tym samym nad ziemię wystawała jedynie jego perfidna gęba, para szczypiec i kawałek głowotułowia. Ogon i odnóża nadal kryły się gdzieś pośród odmętów pustyni, tym samym Infi miał pewne problemy z oceną rozmiarów suki. Ta natomiast mogła mieć pewne problemy z oceną rozmiarów Infiego, przed którym dyndał ogromny młot, który zdawał się bronią wzięta z opowieści dla dzieci? Kto czymś takim w ogóle machał? Otóż nikt, nikt normalny. Ale nie pierwszy raz świat przekonywał się, że Entropii należy odmówić normalności.

Kiedy wielbłąd mozolnie taszczył Kenkhara w stronę zdarzeń, znachor biegł, dość sprawnie teraz już pokonując dzielący go od skorpiona dystans, a Asim siedział i patrzył, Infi postanowił nie pozostać dłużnym za stratę wielbłąda, który raczej nie wróci do dawnej sprawności. Skorpion początkowo kompletnie zajęty zwierzęciem wyczuł ruchy podążającego w stronę jego boku miecznika, czy też raczej dzierżyciela "młota", zwierzę próbowało uchwycić broń, którą zasłaniał się Infi, jednak nie znalazło dostatecznie wyraźnej nierówności, by uchwycić płaski czubek narzędzia i szczypce ześlizgnęły się po nim. Zdezorientowany nieco skorpion odpuścił na chwilę, co było okazją, aby przywódca Entropii wykonał swój plan, co tenże zdołał dostrzec przez załzawione od stałego nękanie wiatrem i piaskiem oczy. Infi wzniósł młot kierując go w stronę nieba, by następnie opuścić wprost na odsłonięty kawałek boku skorpiona. Jeszcze w trakcie ruchu mężczyzna poczuł jak ogromna broń stopniowo go przeważa, w efekcie niemalże poleciał razem z młotem, z trudem utrzymując równowagę, niezdolny do zahamowania ruchu ociężałego narzędzia mordu. Mógł co najwyżej zakląć, jednak latające wirujące wokół dziesiątki tysięcy drobinek piasku tylko czekały na tę okazję wciśnięcia się do jego ust, cholerny wiatr.

Po okolicy poniósł się dźwięk, który przypominał uderzenie taranem o drewniane wrota, a sekundę po tym wściekły pisk. Niezadowolony z faktu otrzymanego ciosu zwierz próbował oddalić od siebie zagrożenie wymachując w szale szczypcami, wypuszczony wielbłąd przeleciał jakieś dwa metry i upadł na piasek z głośnym hukiem, któremu towarzyszył trzask łamanej kości i ciche rżenie. Skorpion natomiast rzucał się w najlepsze, machał czym tylko mógł wyrzucając w górę piasek i odgrzebując się z niego. W swojej irytacji uderzył młot szczypcami, niemal wybijając w ten sposób go z rak Infiego, który z największym trudem zdołał utrzymać broń.

Po chwili skorpion stanął na piasku w pełnej krasie. Suka mierzyła dobre dwa i pół metra nie licząc ogona, prezentując się groźnie i złowieszczo. Wielki kolec jadowy zawisł w powietrzu gotów uderzyć każdego śmiałka, który się zbliży. W miejscu wcześniejszego uderzenia widać było popękany chitynowy pancerz, spod którego sączyła się krew. Skorpion odwrócił się w stronę biegnącego znachora, najwyraźniej tam doszukując się źródła niebezpieczeństwa. Infi, który chwilowo pozostał nieruchomy ze względu na konieczność balansowania uderzonym przez szczypce młotem został całkowicie zignorowany.

Toczący się powoli w stronę przywódcy Kenkhar dostrzegł w oddali niepokojący widok. Brązowo-złota ściana piasku sunęła w ich stronę niczym ogromna fala na morzu. Nadchodził sztorm, nie dosłownie oczywiście. Nietrudno było już mu się domyślić skąd wziął się ten silny, wzmagający się wiatr, który od jakiegoś czasu już targał ich ubraniami, rzucał w twarz piaskiem i popychał perfidnie. Był zapowiedzią czegoś gorszego, prawdziwej burzy. To właśnie tam Asim patrzył teraz z takim niepokojem, niepewien najwidoczniej co też powinien zrobić w takiej sytuacji. Nie mieli możliwości zrezygnowania z walki ze skorpionem, ona już trwała.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

24 mar 2014, 03:16

Oczywiście nikt nie spodziewał się, że uderzenie Infiego zada skorpionowi jakieś poważniejsze obrażenia. To nie wchodziło w grę, ale reakcja potwora była dość nieprzewidywalna. Stwór odwrócił się w kierunku Znachora niechybnie z zamiarem odebrania mu życia. Był waleczny i zamiast ukryć się z powrotem w piachu, ukazał się drużynnikom w pełnej krasie. To jeszcze bardziej rozochociło Infiego, który widział wreszcie, z czym ma do czynienia. Zaistniała sytuacja była dla miecznika niezwykle korzystna, jednak nie zamierzał zmarnować zyskanego dzięki niej czasu na dalsze łaskotanie skorpiona swoim młotem. Zamiast tego postanowił zacząć pracować zespołowo.

Chwilowy brak zainteresowania od strony skorpiona musiał zostać wykorzystany. Korzystne było też to, że przerośnięty pajęczak odwrócił się do Infiego bokiem. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków Infi zmienił chwyt na swojej broni, trzymając ją jednorącz zaraz nad obuchem. To znacząco zwiększyło jego manewrowość, podobną teraz raczej źle wyważonemu mieczysku niźli broni miażdżącej. Przywódca Entropii nie zamierzał jednak tego wykorzystać do zadawania bardziej precyzyjnych ciosów. Zamiast tego spróbował okrążyć potwora, zachodząc go od tyłu. To była ta łatwiejsza część.

Gdyby ten karkołomny manewr mu się powiódł, miecznik zamierzał wskoczyć na stojący pionowo ogon skorpiona, zamykając go pomiędzy swoim ciałem a trzymanym już oburącz młotem. Przyciskając gruby odwłok do swojej klatki piersiowej chciał go co najmniej spowolnić, tak, żeby nie mógł uderzyć w żadnego ze sprzymierzeńców. Ideałem byłoby przygiąć go całkiem do ziemi, ale na to nie można było liczyć. Spodziewając się turbulencji, po ich wystąpieniu Infi oplótłby ogon swoimi nogami, za nic mając sobie szatę nomada, która niechybnie utrudniłaby ten ruch. Sytuację ratował nieco fakt, że skorpion nie był w stanie dosięgnąć szczypcami do swego niechcianego pasażera, który wisiałby na odwłoku po prostu zbyt nisko. Dłuższe jednak znajdowanie się w tej pozycji nie miało sensu, nie dawało bowiem samotnemu wojownikowi żadnej przewagi. Liczył on, że jego drużynnicy zrobią… coś. Nie był w stanie myśleć o tym, co miałoby to być, ale liczył na nich z całego serca, że oni będą to wiedzieć.

Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

24 mar 2014, 13:01

Kenhkar, siedząc na grzbiecie swojego wierzchowca, czekał, aż zwierzę dotrze w pobliże miejsca walki. Jego ciało napinało się, raz ze zdenerwowania odczuwanego przed starciem, raz z przymusu oglądania zmagań Infiego, pozbawionego jak na razie wsparcia. Marszczył w skupieniu brwi, próbując ułożyć sensowny i skuteczny plan walki. Taki, który pozwoliłby na uniknięcie jakichkolwiek strat w drużynie. Ta i tak stopniowo podupadała na swej liczebności. I to nie przez inne walki, jak na ironię. Bo niezbyt często mieli okazję z kimś się mierzyć w tym składzie.

W oczy rzucił mu się znachor, pędzący w stronę miecznika ze sporą prędkością. Ork wypuścił ze swych — prawdopodobnie naznaczonych setkami odcisków — gruboskórnych dłoni targane przez taki szmat czasu i piachu łańcuchy. Kenh ponaglił nieco wielbłąda, widząc, że zwierz jest w znakomitej formie.

Przez okolicę przebijały się jęki i zawodzenie ranionego wierzchowca czerwonookiego, najwidoczniej cierpiącego paskudne męki, jakie niosły odniesione rany, ale też panika i chęć przeżycia. Całości tego malowniczego obrazka dopełniał wszechobecny i rzucany z potężną siłą piasek. Strasznie wiało.

Potem przez Pustynię przetoczył się grzmot i wtórujący mu pisk. Kenhkar nie miał pewności, ale to chyba Infi zaczynał działać.

Wtedy, gdy suka mijała dzierżyciela potężnych gabarytów młota, czarodziej, nadal jako nadciągające posiłki, podniósł wzrok. I dostrzegł coś, co niosło ze sobą o wiele większą grozę niż ten malutki skorpionek.

Zdawało mu się, że Pustynia Śmierci płynie ku nim, by zmieść brutalnie i bez ceregieli ze swojej powierzchni. Cały ten wiatr wokół był tylko przedsmakiem, tylko preludium nadciągających trudności i jej prawdziwej potęgi. Mag przełknął z trudnością ślinę, starając się ignorować wszędzie włażący piach.

Nie zastanawiając się zbyt długo nad tym, czy da radę nagiąć taką wichurę do swojej woli, Kenh, gdy znalazł się jakieś sto metrów od toczonego starcia, zsiadł rychło z grzbietu swojego zwierzaka i ruszył biegiem — z początku wolnym truchtem, by potem przyspieszyć — w kierunku walczących. Nadciągał raczej pod ukosem, tak by zająć pozycję między Infim a znachorem. Musieli szybko ubić tę bestyjkę i czmychnąć przed nadciągającą wichurą.

Chociaż brzmiało to trochę niewykonalnie.

Gdy Kenhkar docierał już w pobliże celu, Infi zaczął przemieszczać się na jego tyły. Widząc to, trzymający w obu rękach położonego na barkach Dźgacza czarodziej odbił bardziej w bok, chcąc zająć pozycję z boku stwora. Uważał przy tym, jak z sytuacją radzi sobie sprzymierzony ork. Gdyby skorpion szarżował zbyt zaciekle i znachor stanąłby przed poważnym zagrożeniem, Kenh był gotów nakreślić w miarę prędko znak wietrzny, którym zagiąłby kierunek szalejącego wietrzyska i — świadomie je podsycając — pchnąłby z prawej tak, by odrzucić od spodu wroga na bok.

Uważając jednocześnie, by ten nie skupił się na nim. Wytrącenie skorpiona z rytmu mogło otworzyć zielonoskóremu okazję do zadania celnego, skutecznego ciosu.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

25 mar 2014, 17:12

MG

Teraz dopiero można było mówić o faktycznym rozpoczęciu starcia ze skorpionem. Zwierzę nie leżało już schowane w piasku, a wyczekiwało momentu do ataku na szarżującego znachora. Było równie gotowe do starcia co drużyna, ba, a może nawet bardziej. Kenkhar w końcu postanowił popędzić swojego wielbłąda, co poskutkowało szybkim pokonaniem dzielącego go od reszty walczących dystansu. W końcu mógł zsiąść z wierzchowca i przyłączyć się do tegoż niesamowitego starcia. Ta akcja, te zajścia, ten Infi … wiszący u odwłoku skorpiona?

Czerwonooki nie miał najmniejszych problemów z dostaniem się na tyły swojej ofiary. Wręcz nie musiał się w tym celu ruszać, bo zwierzę ruszyło mozolnie w stronę znachora, tym samym samo stworzyło dla niego idealną okazję. Stawiając ledwie kilka ostrożnych kroków Infi znalazł się za skorpionem, po kolejnych kilku, które zakończyły się odważnym skokiem znalazł się nigdzie indziej, a na jego ogonie. Zwierzę zbyt późno oprzytomniało i zdało sobie sprawę, że kroki znachora, i odleglejsze stąpania wielbłąda Kenkhara nie są jedynymi w okolicy, a wcześniej zostało uderzone przez kogoś, kto znajdował się dużo bliżej niż szarżujący ork. W tym momencie pod jego żądłem jadowym wisiał już uparty mężczyzna, który trzymał się uchwyconego odwłoku rękami i czym tylko był w stanie. Mam tu na myśli nogi, oczywiście.

Zirytowany stanem rzeczy pajęczak począł miotać się na wszystkie strony w totalnym szaleństwie. Kręcić odwłokiem, podskakiwać, okręcać się dookoła i bezskutecznie próbować sięgnąć Infiego. Kilkukrotnie nawet uderzył żądłem licząc zapewne, że strząśnie tak napastnika. Raz nawet skorpion trafił w siebie samego, przebijając chitynowy pancerz i raniąc się w jeden ze swoich kleszczy. Suka jednak wyglądała na nieszczególnie przejętą tą raną, mimo iż teoretycznie kolec zawierał zabójczą truciznę. Infi jednak uparcie pozostawał w tym samym miejscu, choć momentami czuł jak pęd miotającego się skorpiona jest bliski oderwania go od odwłoku. Zjechał nieco w dół, co jednak ostatecznie okazało się dla niego pożyteczne – pod stopami poczuł twarde podłoże, którego co prawda nie widział, ale które mogło być jedynie kolejnym segmentem cielska suki. Oparcie dla nóg, nawet tak niewielkie, było dla niego tylko ułatwieniem.

Widząc rzucające się na wszystkie strony zwierzę znachor przystanął. Przez chwilę obserwował je, zapewne nie wiedząc czy powinien się zbliżyć, ostatecznie jednak podjął decyzję. Uchwycił w swoje ręce młot, który do tej pory niósł na plecacg, przytroczony pasem. Skórzany materiał wisiał bezwłądnie, tym samym sprawiając, iż mógł zaplątać się pod nogami, jednak ork nie wyglądał na przejętego tym faktem w choćby najmniejszym stopniu. Powoli, ostrożnie postąpił kilka kroków chcąc podkraść się i nie zwrócić na siebie uwagi, co nie wyszło mu zbyt dobrze. Zanim zdążył podjąć jakąkolwiek próbę ataku zmuszony był przerwać ten manewr, gdy rozwścieczony skorpion uderzył swoim kolcem jadowym w piasek tuż obok niego. Ork odskoczył by oddalić się od zagrożenia, przy okazji znalazł się też dostatecznie blisko zwierzęcia by uderzyć. Suka nie przejęła się tym w najmniejszym stopniu, szalała nadal, a wcześniejszy atak ewidentnie był w dużym stopniu przypadkiem. Znachor uniósł dzierżony młot i z głośnym krzykiem opuścił go w dół. Tym razem pisk, który się rozległ się na pustyni był jeszcze głośniejszy. Skorpion zachwiał się i przechylił nieco. Powód tego był banalny – znachor uderzył wprost w jego nogę, nadal wytrzymałą, jednak w porównaniu do tułowie wręcz delikatną. Ba, sądząc po towarzyszącej temu, lejącej się obficie krwi i zachwianiu równowagi stworzenia zdołał nawet poważnie ją uszkodzić.

Do całego przedstawienia dołączył Kenkhar, który właśnie dotarł na miejsce i czekał na okazję do ataku. Okazja taka nadarzyła się z momentem, kiedy suka utraciła równowagę. Mag skoczył do przodu i pchnął swoim "Dźgaczem", jak ochrzcił broń. Pchnął w sposób imponujący, jednak nieskuteczny. Trafił w górną część pancerza skorpiona, w dodatku pod dużym skosem. Czubek jego broni z głośnym chrobotem przejechał po twardym pancerzu pozostawiając na nim rysę, nic więcej. Stojący nieopodal znachor nie tracąc czasu znów wzniósł broń, jednak tym razem jego atak nie powiódł się. Suka machnęła swoimi szczypcami i uderzyła orka ich zewnętrzną stroną. Ten natomiast odepchnięty postawił kilka kroków w nadziei na utrzymanie równowagi, ostatecznie jednak przewrócił się na plecy, a jego upadek wzniósł w powietrze kolejne tumany kurzu i piasku. Ściskał kurczowo młot w rękach, nie wyglądał na poważnie rannego, jednak otrzymany cios zdecydowanie wycisnął z jego płuc wszelkie powietrze, potrzebował chwili aby się pozbierać.

Skorpion uspokoił się i chwilowo pogodził z wiszącym u jego ogona Infim. Lekko przechylony na bok, niezdolny do podparcia się na zranionej nodze zastygł w miejscu. Podobnież nie ruszał się w tej chwili nikt wokół. Drapieżnik cierpliwie czekał na jakiś ruch, krok, cokolwiek co pozwoliłoby mu zaatakować. Do świadomości drużynników zapewne zaczynało docierać, że oczy stworzenia faktycznie są zalepione mazią, która ma zapewne chronić je przed prażącym słońce, a ono samo funkcjonuje w tej chwili wychwytując okoliczne drgania. Szalejący, ciskający piaskiem wiatr sprawiał, że co delikatniejsze kroki mogły ujść jego uwadze, jednak pozostawało to ryzykowne. Wichura stawała się silniejsza z każdą chwilą, a niektóre z uderzających zewsząd powiewów mogły zachwiać równowagę niczego nie spodziewającego się człowieka. Czekające na ich ruch zwierzę ujawniało swoją prawdziwą naturę, naturę cierpliwego łowcy. Do tej pory członkowie drużyny nie musieli martwić się o to, że potężne szczypce ich uchwycą, ruchy skorpiona były zbyt chaotyczne, teraz, wraz z uspokojeniem się stworzenia, takie ryzyko stawało się dużo wyrazistsze. A raczej nikt z nich, mimo nieznajomości techniki polowania skorpionów, nie miał wątpliwości co do dalszych losów uchwyconej ofiary – wprawione w ruch zostanie żądło.

Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

25 mar 2014, 19:28

Co też siedziało w głowie miecznika, że ten postanowił w jakimś nieznanym Kenhkarowi szale uchwycić się ogona bestii? Czarodziej nie miał najmniejszego pojęcia. Taka brawura mogła zakończyć się dwojako — żywym Infim lub martwym Infim. Optymizm Kenha kazał mu sądzić, iż zakończy się to wariantem pierwszym.

Chociaż to, co skorpion zaczął wyprawiać chwilę później, kazało mu dopuścić do myśli pewną dozę wątpliwości. Stwór wierzgał we wszelkie strony, chcąc pozbyć się nieproszonego gościa. Wymachiwał swoim żądłem z niesamowitą siłą. Widząc zasięg tejże części ciała pajęczaka, Kenhkar przez pewien czas zachowywał nieco większy dystans niźli spodziewany w takiej sytuacji. W pewnym momencie potwór zranił chyba nawet sam siebie. Działania Infiego zaczynały przynosić efekty.

Kątem oka Kenh wyłowił znachora, który najwidoczniej także postanowił pozostać jak na razie w miejscu. Uderzanie w zwierzę w tym momencie byłoby nie tyle nierozsądne, co — zwyczajnie mówiąc — głupie. Niestety, ork ostatecznie postanowił spróbować coś ugrać, czego szybko zaniechał, gdy kolec szalejącego stwora wbił się w ziemię tuż obok niego. W ogólnym rozrachunku znachor otrzymał jednak swoją okazję. Zdzielił stwora z góry, nie bawiąc się w żadne finezje. W końcu w dłoni trzymał młot. Rozległ się kolejny pisk, w obliczu którego ten poprzedni blakł. Może dlatego, iż Kenhkar wcześniej był nieco dalej niż teraz. Szybko jednak mag doszedł do wniosku, że to bez najmniejszego znaczenia. Bestią zachwiało.

W końcu Kenh wyczuł moment na swój atak. Wyrwał się do przodu, poderwał Dźgacza i mocarnie pchnął. Ku jego rozczarowaniu, oręż ześliznął się po cholernie twardym pancerzu, zostawiając tylko nic im niedającą rysę. W tym samym czasie swoją ofensywę kontynuował znachor. Czuły jednak skorpion zdzielił go sporych gabarytów szczypcami. Zielonoskóry, pomimo starań, padł na piach, możliwe, że przeciążony własnym młotem. Na jakieś kilkanaście sekund wypadł z walki.

Nagle wszystko się uspokoiło. Skorpion przestał wierzgać i szarpać. Stanął w miejscu. Ta chwila ciszy, miast odpoczynku, dostarczała jeszcze więcej napięcia i niecierpliwego oczekiwania na to, co dalej. Czarodziejowi nie kwapiło się ponawiać natarcia w pojedynkę. Chyba że wypatrzyłby życiową okazję. Teraz, gdy mógł się bestii dokładniej przyjrzeć, zwrócił uwagę na jej oczy, pokryte jakimś ohydnym szlamem. Po co mu to było, nie wiedział. Może ten egzemplarz jest jakiś chorowity? Albo stary? Też nieistotne — pomyślał. Wiatry wzmagały się, dostarczając jeszcze więcej niepokoju w jego umyśle. Kenh ugiął lekko nogi, chcąc ustabilizować swoją pozycję. Już przed walką jako swój priorytet ustalił unikanie szczypiec i żądła skorpiona. To przede wszystkim.

Stał tak i stał, aż wreszcie szlag go trafił. Nie zrobił jednak nic, świadom tego, że jeden błąd może oznaczać śmierć. I to dość nieprzyjemną. Dlatego też Kenh uważał przede wszystkim na swoje działania. Nie wyłączając z kręgu zainteresowań stojącej nieopodal bestyjki.

W końcu się namyślił, odetchnął głęboko, na chwilę zamknął oczy. Uspokajał swoje ciało, pozwalał mu na skoncentrowanie się, bez odkładającego się gdzieś na uboczu lęku. Już nieco bardziej opanowany, z pewnym pomysłem i zdeterminowany, przeszedł do działania. Gdy znachor już się podnosił, Kenhkar wyjął przed siebie lewą dłoń, w prawej nadal trzymając Dźgacza, i zaczął kreślić znak. Z lewej, poziomo, na szerokość dłoni. Potem półkolem w dół, zakręcił, poderwał i szarpnął w lewą. Już podczas przygotowywania znaku wyczuwał, jak wiatr, pomimo swojego szaleństwa, wyczekuje na jego polecenia. Czarodziej całą swoją świadomością wniknął w potężny żywioł, chcąc się z nim oswoić. Poczuł powiewy w całej okolicy, gwałtowne, niebezpieczne, zwiastujące śmierć.

Uwielbiał wiatr, od zawsze. Lekkie podmuchy nad strumieniami, ale też nieokiełznane wichury, które napotykał podczas tułaczek po Wichrowych Szczytach. Morską bryzę i przeciąg w pomieszczeniu. Niektóre wiatry niosły ze sobą świsty, inne huczały, jeszcze inne wolały działać bezgłośnie, po prostu robić swoje.

Teraz, całkowicie zespolony z tą formą naturalnego bytu, pokierował nią. Zebrał całość ponad skorpionem, nieco unosząc dłoń. Następnie odepchnął go od siebie i stwora, by — gdy nadciągnie kolejny powiew — sprowadzić całość z powrotem, jednocześnie ją wzmacniając. Chciał uderzyć w skorpiona pod ukosem, niewiele na bok od zakończenia lewych szczypiec. Zamierzał wlać wszystko, co zebrał, pod odnóża bestii, by szarpnąć nią do góry, odrzucić, przewrócić na grzbiet. Nie miał pojęcia, czy nie uszkodzi to też Infiego, ale wątpił, aby stwór potrafił wstać, gdy padnie na plecy.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

26 mar 2014, 03:32

Wymyślony naprędce plan Infiego okazał się być planem dość trafionym. Zgodnie z podejrzeniami czerwonookiego, skorpion nie mógł go dosięgnąć. Miecznik miał po prostu szczęście, bowiem jako osobnik nieznający anatomii swojego ogromnego przeciwnika mógł liczyć tylko na nie. Miotający się na wszystkie strony stwór mimo starań nie zdołał zrzucić nieproszonego gościa ze swego odwłoka, dzięki czemu orkowy szaman mógł zdzielić go młotem w odnóże. Trafienie to okazało się niezwykle potężne, wywołując w potworze istne spazmy bólu. Infi ledwo utrzymał się w swojej pozycji, ale ostatecznie podołał zadaniu, jakie sam sobie wyznaczył. Po chwili jednak zachowanie skorpiona zmieniło się, gdy ten zaprzestał swych karkołomnych, nieefektywnych ruchów, zapominając na chwilę o swym pasażerze. Miecznik wstrzymał oddech, poprawiając chwyt. Skrzyżował ramiona i przesunął trzonek młota tak, aby znalazł się pomiędzy ogromnymi segmentami ogona. Przeczuwając, że w tym miejscu pancerz będzie najsłabszy i nie przejmując się w tym momencie działaniami swojej drużyny, nacisnął potężnie.

Cała adrenalina, jaka zebrała się w nim od momentu nagłego pojawienia się ogromnego pajęczaka znalazła swoje ujście w jednym, pierwotnym wrzasku. Zaślepiony nią i wpychającym się do oczu piaskiem Infi przyjął ją jak z dawna nie widzianą kochankę, koncentrując się wyłącznie na jej ciepłym przyjęciu. Robił tak już wcześniej, wiedząc, że w szale bojowym zdolny jest do przeskakiwania własnych ograniczeń. Mięśnie jego klatki piersiowej i ramion napięły się do granic możliwości. Uchwycony w ten sposób młot nie powinien pęknąć, przeciwnie do miażdżonego nim odwłoka. Miecznik nie liczył na to, że tępy trzonek jego broni będzie w stanie całkowicie odciąć ogon skorpiona, ale słabsza na łączeniach chityna powinna w końcu ustąpić, dotkliwie raniąc znajdujące się pod nią, miękkie ciało i tym samym jeszcze bardziej unieruchamiając niebezpieczny kolec jadowy. Celem woja było całkowite wyeliminowanie trucizny z walki, do czego zamierzał wykorzystać swoją stosunkowo bezpieczną pozycję.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

26 mar 2014, 15:34

MG

Jak na osiłka z młotem Infi wykazywał się jak do tej pory wyjątkowo bystrym planem. Nie tylko zdołał umożliwić znachorowi zranienie skorpiona, ale sam miał zamiar teraz zrobić to samo. Mężczyzna mozolnie i z trudem wspinał się w górę, kątem oka widząc Kenkhara, który kreślił w powietrzu jakieś dziwne symbole. Odwłok skorpiona drgnął, gdy zwierzę poczuło jak nieproszony gość wykonuje nieoczekiwane ruchy, jednak nauczone doświadczeniem stworzenie wiedziało, że nic nie może z tym zrobić. Przesunięcie się w górę przychodziło Infiemu z pewnym trudem, chityna dawała słabe oparcie, broń ześlizgiwała się w dół. Już praktycznie był w zamierzonym miejscu, gotów wycisnąć z siebie wszelkie siły i zmiażdżyć tę groźną broń. Wtedy wszystko się spieprzyło.

Kenkhar ze skupieniem godnym podziwu smarował w powietrzu jakiś symbol. Symbol skomplikowany i kompleksowy. Nie, mag się nie oszczędzał. Uniesienie tego wielkiego bydlęcia na pewno nie było łatwym zdaniem i wymagało sporej siły, która zwykłym człowiekiem zapewne rzuciłaby z naprawdę niezłym impetem. Otoczenie jakby na krótką chwilę ucichło, okolicą w promieniu kilkunastu metrów targały jedynie lekkie powiewy. Cała natura zdała się czekać na to, co miało nastąpić. Chciała zobaczyć co zrobi ten, który ośmiela się podjąć próbę władania nią. A Kenkhar stał z wzniesioną dłonią, by w końcu uwolnić żywioł i skierować wprost na bestię. Po pustyni poniosło się wycie, jakiego żaden z obecnych dotąd nie słyszał. Wycie, które należało do bestii o wiele straszniejszej niż skorpion, wiatru. Potężny podmuch uderzył pod nogi pajęczka porywając ze sobą kilogramy piasku. Ofiara i będący na niej Infi dosłownie zniknęli z oczu maga w ogromnym gejzerze złotych drobin.

Skupiony na swoim celu Infi niemal nie zauważył, że coś jest nie w porządku, a dotąd dość silny wiatr jakby ustał. Zorientował się, że kroi się coś dużego może sekundę przed tym, nim czar rozpoczął swoje działanie. Wtedy nie miał już szans na reakcję, w jego uszy wdarł się potężny świst, a jego osobę otoczył piasek. Poczuł nagły powiew, który pragnął oderwać go od zwierzęcia. Nie mając innego wyboru kurczowo uchwycił się młota i starał pozostać w miejscu, Wszędzie wokół wirowały drobiny piasku, wciskały się do uszu, oczu, ust, nosa, zmuszając go tym samym aby wstrzymał oddech i nawet nie próbował się rozejrzeć. Czerwonooki czuł, że traci oparcie. Jego nogi mimowolnie oderwały się od odwłoku, a on sam poleciał w bok. Pod sobą słyszał szamotanie się i kłapanie kleszczy suki, która najwyraźniej była równie zdezorientowana całą sytuacją co on. Mimo to nadal starał się utrzymać w młot rękach, broń była jedynym oparciem i pewnym punktem w całej sytuacji.

W tym chaosie do Infiego dotarł jeden niezaprzeczalny bodziec. Poczuł jak uderza bokiem o piasek pustyni, boleśnie obijając sobie przy tym miednicę. Błysk bólu sprawił, że w końcu puścił młot… który przecież do tej pory trzymał w rękach. Musiał jakimś cudem zsunąć się z ogona bestii. Do tego dołączyło kolejne odczucie bólu. Jego prawa ręka została z obu stron uderzona na wysokości nadgarstka, uchwycona przez potężną siłę niczym w imadło. Suka najwyraźniej zdołała go sięgnąć i szykowała się teraz do zadania morderczego ciosu. Cóż innego mogło się wydarzyć? Oczy łzawiły od wszechobecnego piasku, złote ziarna zgrzytały między zębami i zatykały uszy, nie był w stanie dojrzeć co się stało, zmuszony do ciągłego mrugania. Czuł jedynie, że leży na piasku, a jego prawa ręka jest uwięziona. Trwało to kilka sekund, po których uścisk na jego dłoni zniknął, a on usłyszał kolejny wrzask skorpiona. W jego nadgarstku pulsował nieprzyjemny ból, który przy ruchach dłonią czy palcami narastał do tego stopnia, że mężczyzna tracił czucie w dłoni.

Z perspektywy Kenkhara zdarzenie wyglądało wyraźniej. Z tumanów wzniesionego zaklęciem piasku wynurzyło się zwierzę, u którego odwłoku wisiał Infi. Skorpion przechylił się niebezpiecznie na bok, by w końcu stracić równowagę i upaść. Razem z nim upadł przywódca Entropii, a jego prawa ręka znalazła się pomiędzy obuchem trzymanego młota i ogonem skorpiona, stając się tym samym amortyzatorem dla ich nieprzyjemnego zderzenia. Wzniesiony odwłok skorpiona sprawił, że zwierzę przypadkowo, a może nawet celowo, podparło się nim i wyginając do granic możliwości wróciło na nogi, przy okazji pozostawiając na piasku leżącego czerwonookiego. Nagle, nie wiadomo skąd obok skorpiona mag wiatru ujrzał znachora, który z kolejnym wściekłym okrzykiem uderzył w drugą przednią kończynę stworzenia. Po pustyni poniósł się trzeci już wrzask ranionej suki, która w akcie zemsty próbowała uchwycić orka, o cale mijając go szczypcami które kłapnęły głośno w powietrzu. Znachor odskoczył do tyłu i padł na plecy, ręce i młot wyrzucając nad swoją głowę, gotów zadać cios i zapewne obawiając się, że skorpion zaszarżuje. Takie też były zamiary suki, jednak brak dwóch przednich odnóży i utrata krwi sprawiły, że zachwiała się niepewnie niezdolna do rozpędu. Podtrzymywała przód tułowia na pozostałych dwóch zdrowych nogach, jej szczęki jednak znajdowały się zdecydowanie niżej niż wcześniej.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

26 mar 2014, 18:24

Dziwnym trafem okazało się, że w bezpośrednim zasięgu Infiego nie znajduje się żadne łączenie na segmentowanym ogonie skorpiona. Miecznik zaczął przeto żmudny wysiłek podciągania się na śliskim odwłoku, z ulgą przyjmując fakt, że ogromny pajęczak nie zamierza miotać się tak, jak jeszcze chwilę temu. Ból, jaki czerwonooki zamierzał mu zadać, powinien w zamyśle ostro namieszać. Chityna pomiędzy segmentami była nieporównywalnie słabsza, a plan osiłka nie miał słabych punktów. Wtedy jednak zawiało.

Nieświadom biegu wydarzeń woj poczuł tylko, że jego prawy nadgarstek jest miażdżony, a on jakimś cudem wypuszcza młot ze swoich rąk, tym samym odrywając się od ogona, do którego przywarł z całą swoją mocą. Jego niesamowita siła zawiodła po raz pierwszy, chociaż ciężkie uderzenie o ziemię i mocno nadwyrężony nadgarstek nie były dla Infiego zbyt poważnymi ranami. Nie teraz, kiedy z pełną świadomością przyjął już biorącą go we władanie furię. Plując piaskiem i złorzecząc, niezdolny do przebicia wzrokiem panującej wokół niego zawieruchy, czerwonooki uchwycił swój młot, całkowicie ignorując niepokojące sygnały płynące z jego ciała. Wiedział, co prawda, że jest dość mocno obity, ale na tej świadomości się to kończyło. Ból go nie zaślepiał, nie spowalniał ani nie męczył, zamiast tego zwyczajnie irytując. Podsycający w sobie ten gniew wojownik zdecydował się na chwilowe oddanie w jego władanie, szybko zbierając się z piasku i podbiegając do swego potężnego przeciwnika.

Posługiwanie się wielkim niczym stolik na prawie trzymetrowym trzonku młotem nie stanowiło już dla woja żadnego kłopotu. Ciosy spadały przeto gęsto i relatywnie celnie, mając za zadanie zmiażdżenie potwora na placek. Infi nie zadawał sobie trudu z pozbawianiem skorpiona kończyn, licząc na to, że zajmie się tym znachor. Klepiący skorpiona z dwóch stron siepacze powinni szybko poradzić sobie z jego unieszkodliwieniem, burząc jego skupienie na tyle, aby ten nie zdecydował się na zaatakowanie na żadnego z nich. Później zaś nie powinien być do tego w ogóle zdolny. Pancerz z chityny miał taką samą wadę, jak zbroja płytowa – można było zwyczajnie zmiażdżyć istotę znajdującą się wewnątrz.

Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

26 mar 2014, 22:17

Sztukom maga zawtórował wicher, silniejszy niż jakikolwiek, jaki mieli okazję podziwiać podczas swojej dotychczasowej wędrówki przez Pustynię. Uderzył w skorpiona z taką mocą, że niemalże od razu zakrył go tonami piachu. Przez pewien czas nie dało się czegokolwiek zaobserwować, jednak wreszcie Kenhkar wypatrzył sukę, przechylającą się na bok. I wiszącego u jej odwłoka Infiego. Trzymał się nieźle. Dopóki bestia nie padła na ziemię. Dalej obejmując jej ogon, woj także powitał się z podłożem, gdzie jego rękę uwięził młot, którym się posługiwał, oraz kita stwora, zakończona niosącym śmierć żądłem.

Magik zakrzyknął triumfalnie, widząc efekty swoich działań, najwidoczniej bardzo skutecznych. Zaraz jednak okazało się, iż skorpion — nie wiadomo jakim cudem — powstał. A czerwonooki został na piachu.

Kenh zaklął, nieco zawiedziony. Opuścił trochę Dźgacza, chcąc zastanowić się nad kolejnym krokiem. Wtedy sukę ponownie zaatakował znachor. Mocarny ork zmiażdżył jej kolejne odnóże, przyprawiając ją pewnie o niewyobrażalny ból. Zwierzę próbowało się bronić, aczkolwiek nieskutecznie — zielonoskóry odskoczył, unikając rozpaczliwego kontrataku szczypcami. Sprzymierzeniec Entropijczyków ponownie przywitał się z ziemią. Uniósł swój młot, chcąc zasłonić się przed ewentualną szarżą poczwary. Tą nieźle trzęsło. Wyraźnie odczuwała utratę dwóch przednich kończyn. Krwi chyba też jej niemało ubyło. Wygrana wydawała się więc być tylko kwestią czasu.

Czarodziej nie tracił jednak czujności. Żeby zakończyć starcie bez szwanku, musiał uważać na to, co się dzieje i uderzać wtedy, gdy pojawi się naprawdę dobra okazja. Nie wyrywać się na ślepo, bo szybko mógłby wpaść w szczypce bestii. A to raczej nie wróżyło szczęśliwego zakończenia.

Do akcji wkroczył Infi, który najwyraźniej nic sobie nie robił z ciężkiego upadku na glebę. Porwany jakimś szaleństwem, poderwał swój młot i rzucił się na sukę, chcąc chyba zrobić z niej kotlet. Opuszczał i podnosił broń raz za razem, tłukąc ją niemiłosiernie.

Skorpion wpadł jak śliwka w kompot. Już chciał zająć się znachorem, gdy zaczął go tłuc Infi — i to z drugiej strony. We dwóch mogli poważnie go uszkodzić. Kenhkar w tym czasie szukał miejsca, które, odpowiednio uderzone, zabolałoby bestię najbardziej. Obserwując pajęczaka, dostrzegł z jego prawego boku spore pęknięcie, prawdopodobnie pozostałe po pierwszym, niszczycielskim ataku czerwonookiego. Mag nie potrzebował dodatkowej zachęty.

Korzystając z zamieszania, jakie tworzył Infi, Kenhkar lekkim truchtem zbliżył się do owego uszkodzenia chitynowego pancerza. Dobrze wiedział, co chce zrobić. Mając już potwora w zasięgu Dźgacza, Kenh obrócił się przez lewe ramię, dołożył drugą dłoń do uchwytu kostura i uderzył potężnie obuchem w ranę niczym w gong, dodatkowo tuż przed kontaktem z ciałem wroga popychając koniec swej broni zgromadzonym naprędce wiatrem.

Nie chciał jednak na tym poprzestać. Gdy szczypce zdzieliłyby swoją krewniaczkę po boku cielska, wojownik chciał wycofać lekko swój oręż, płynnie go obrócić i, korzystając z impetu, pchnąć w — miejmy nadzieję — odsłonięte już miejsce żądłem.

Po całej tej akcji Kenhkar nie zamierzał pozostawać w pobliżu skorpiona, tylko odskoczyć jak najdalej, by rozeznać się w obecnej sytuacji.

Wróć do „Pustynia Śmierci”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 8 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52171
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.