Świątynia Damahka. Cmentarz.

Przybytki różnych bóstw rozsiane po Jaśminowym Parku. Niektóre z nich podupadłe, inne nadal doglądane przez wyznawców. Najbardziej prominentne zbudowane zostały ku czci Lorven Protektorki Dusz.
Awatar użytkownika
Posty: 25
Rejestracja: 24 maja 2012, 23:11
Karta Postaci: viewtopic.php?p=29602#29602

Świątynia Damahka. Cmentarz.

07 lip 2012, 11:55

Cmentarz gdzie umiejscowiono świątynię Damahka był raczej średniej wielkości. Co na tak tłoczne miasto i tak oznaczał dość spory teren. Ale pomimo swoich rozmiarów był bardzo zadbanym miejscem. Widać było że rodzina i krewni mogą zapomnieć o grobach, ale zajmujący się tym miejscem nawet sobie tego nie wyobrażają. Solidny, żelazny płot będący w trakcie malowania okalał cały teren zawierający – prócz mnóstwa grobów – kilka krypt osób lub rodzin mogących sobie na to pozwolić, świątynię Damahka oraz szopę na narzędzia.
Sama świątynia nie przypominała za bardzo innych świątyń. Była… mało ozdobna. Na pierwszy rzut oka nawet trudno by rozpoznać w niej miejsce kultu. Spory budynek zbudowany na planie prostokąta nie miał żadnych posągów, żadnych zdobień ani akcentów artystycznych. Był – ogólnie rzecz biorąc – minimalistyczny i użytkowy. Jedynie znak kręgu nad wielkimi wrotami którymi mogła przejść procesja pogrzebowa sugerował że tutaj patronuje bóstwo cyklu życia i śmierci. Okna w budynku były wysokie i wąskie, a większe ilości światła dostarczały tylko dwie rozety – z przodu nad wejściem i po przeciwnej stronie budynku.

Wnętrze było równie proste i skromne co część zewnętrzna. Była to w sumie jedna wielka sala z ławkami, gdzie mogli spocząć żałobnicy, katafalk stojący w miejscu które w innej świątyni zajmowałby ołtarz. Oprócz tego prosta mównica. W środku panował przyjemny chłód, a przy ścianach i wokół katafalku często stały spore świece, zapalane na czas uroczystości.
Z boku znajdowały się drzwi, które prowadziły do niewielkiej, wydzielonej części mieszkalnej. Była to mała sypialnia, składzik na przedmioty niezbędne do uroczystości i prosta kuchnia. Oprócz tego, specjalne, grube i żelazne drzwi ukryte za parawanem prowadziły do podziemi.

Podziemia są niemal tak duże jak nadziemna część. Zawierają pomieszczenia do przygotowywania i przechowywania zwłok do momentu pogrzebu. Panuje tu solidny chłód utrzymywany dzięki sprytnemu systemowi wietrzników i grubym, kamiennym murom. Niewiele osób tu zagląda, bo prawdę mówiąc mało kto ma ochotę. To tutaj Sable zajmuje się zwłokami zanim spoczną one w uświęconej ziemi.

poza tym przy świątyni stoi spora, solidna szopa z drewna, gdzie trzyma się niezbędne narzędzia grabarzy. Taczki, łopaty, kilofy, nożyce do cięcia gałęzi albo przycinania trawy. Motyki do plenienia chwastów i wiele, wiele innych.

Cały cmentarz jest objęty błogosławieństwem Damahka. Podtrzymywanym częstymi rytuałami mieszkającego tu kapłana. Żaden nieumarły nie postawi stopy na jego terenie i żaden nekromanta nie znajdzie tu zwłok które mogły by mu się przydać do czegokolwiek poza balastem albo podparciem drzwi w razie przeciągu.

Pracują tu – poza Sablem – cztery osoby. Dwójka to zwyczajni grabarze, zajmujący się głównie kopaniem grobów i utrzymywaniem cmentarza w czystości. Duncan i jego syn – Frynn. Oprócz tego młody i nieco nerwowy pseudowampir Rik zajmujący się drobnymi sprawami i służący za gońca. I na koniec Howard – młody chłopak uczący się u Sable'a przed pełnym wstąpieniem w szeregi kapłanów Damahka.

***

Ściemniało się gdy dota
Brama na cmentarz była otwarta. Szeroka ścieżka była ledwo oświetlona płonącymi na słupach latarniami. Sama świątynia jarzyła się od środka delikatnie, co wskazywało na to że wewnątrz zapalono świece. Stojący przy szopie grabarz Dunan z synem dostrzegli zbliżającego się kapłana i pomachali mu dłonią. Byli ubrani w proste, robocze kombinezony paprane staranie od niepamiętnych czasów ziemią przy robocie. Byli zajęci składaniem narzędzi, ale zaraz jednak zauważyli też niewielką żeńską osóbkę która mu towarzyszy i starszy mężczyzna zdjął noszony na głowie kapelusz z szerokim rondem.
Panie Sable. Panienko. – skłonił się lekko, jako że był człowiekiem życzliwym i uprzejmym. Szturchnął syna, by i ten się skłonił, a nie drapał się po głowie z głupią miną. Frynn miał tendencję do błądzenia myślami w oddali.
Panowie. – kapłan również się im skłonił. – Proszę, przyślijcie do mnie Rika, gdy się pojawi.
Mężczyźni przytaknęli, a młodszy szybko został posłany po poszukiwanego. Tymczasem kapłan poprowadził Lunę w stronę świątyni.
Wielkie wrota wejściowe zawierały w sobie także niewielką furtę, którą mogli wchodzić pojedynczy ludzie. Otworzył ją i wszedł do środka, zapraszając Lunę by weszła za nim. W środku panował lekki chłód. Płonące świece rzucały migotliwy, ciepły blask na to miejsce ostatniego pożegnania. Teraz puste, pachnące dymem i niedawno sprzątniętymi kwiatami. Poprowadził ją do bocznej, mieszkalnej części tego przybytku.
Wprowadził ją do kuchni – duże słowo, biorąc pod uwagę że był tu piec, stół i dwa krzesła. No i mała spiżarka, niemal pusta. Nie wyglądało na to by często używano tego pomieszczenia do czegoś poza parzeniem herbaty.
Proszę tu poczekać. Przebiorę się i wrócę. – kapłan ukłonił się lekko i wyszedł na korytarz a stamtąd do swojej komnaty by się przebrać.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Posty: 76
Rejestracja: 16 mar 2012, 21:22
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26310#26310

12 lip 2012, 14:21

Okolica w której mieszkał Sable była ponura… jak sam Sable. Z własnej woli Luna raczej nie buszowała po miejskich cmentarzach, teraz jednak przyciągnęła ją tu potrzeba zarobku i coraz bardziej natarczywy głód, który powoli odbierał skrzatce trzeźwość myślenia. Oby tylko to się opłaciło. Pomyślała, rozglądając się po okolicy. Miała nadzieje, że posiłek, jaki jej zaproponował kapłan nie okaże się jakimś chudym, przesolonym rosołem, czy innym paskudztwem.

Atmosfera otoczenia zaczęła się udzielać Lunie. Z jej twarzy znikł zwykły zawadiacki uśmiech, wyparował cały optymizm. Chciała jak najszybciej zrobić swoje, wziąć kasę i uciekać stąd jak najdalej. Nieważne gdzie, choćby i na tę przeklętą pustynię. Byle tylko nie patrzeć już na miejsca pochówku i bladych ponuraków w czarnych szatach.

Potrzebowała odmiany, słońca, energii. Ponad to wszystko potrzebowała jednak kasy i jedzenia. Skrzatka nie cierpiała, gdy cokolwiek ją ograniczało, ale cóż mogła poradzić? Każdy musiał jeść …i pić. Dodała w myślach. Może i jej pociąg do alkoholu nie był niczym chlubnym, taka jednak już po prostu była. Nie miała ochoty, potrzeby ani siły się zmieniać. Nie miała też dla kogo się męczyć. To był plus samotnego, skrzaciego żywota – Luna sama była sobie panią i gwizdała na wszystkich wokół. Ciężko było ją urazić, miała przecież gigantyczny dystans do siebie. Kiedy jednak komuś się udało, potrafiła odpłacić pięknym za nadobne. Była mała, drobna, ale nie krucha. W końcu parę lat już żyła na tym świcie. Miała kilka nieprzyjemnych doświadczeń, a nic tak nie umacnia skrzata, jak trudne doświadczenia.

Czasem może tęskniła, za jakaś nieokreśloną bliskością, potrzebowała czegoś ciepłego i niedopowiedzianego. Niektórzy nazywają to miłością, inni odnajdują to w przygodnym seksie. Luna czasem chciała po prostu z kimś pogadać, jednak od tygodni nie znalazła odpowiedniego kompana, do szczerej, długiej rozmowy. Sable, sługa boga śmierci i pogrzebów, również raczej nie nadawał się do tej roli. Nie był nieuprzejmy, ale bijący z niego wewnętrzny chłód skutecznie zniechęcał Lunę do rozmowy. Intrygowała ją ta ponura postać, tak rożna od niej samej. Nie wiedziała jednak, co zrobić, by bliżej go poznać. Sable raczej nie był typem, który w odpowiedzi na kilka pytań streszcza historie całego życia.

Wyglądało na to, że dotarli na miejsce. Dwóch robotników, prawdopodobnie ojciec i syn przerwali pracę by ich powitać. Luna odkłoniła się grzecznie i weszła za swoim klientem do świątyni, która jak na miejsce kultu wyglądała dość surowo. Nie zdążyła jednak dokładniej obejrzeć tego przybytku, ponieważ Sable od razu zaprowadził ją do niewielkiej kuchni i kazał tam czekać. W kuchni, jak to w kuchni pachniało jedzeniem, przez co kiszki kwateronki skręciły się jeszcze bardziej i zawiązały na supeł. Nie miała jednak zamiaru grzebać po szafkach. Cierpliwie siedziała, tam gdzie kapłan jej kazał, wyłamując sobie palce, by odwrócić uwagę od ssącego z głodu żołądka.

Awatar użytkownika
Posty: 25
Rejestracja: 24 maja 2012, 23:11
Karta Postaci: viewtopic.php?p=29602#29602

15 lip 2012, 20:57

Sable rzeczywiście wydawał się chłodnym człowiekiem. Tylko bardzo nieliczni byli w stanie odczytywać jego nastroje i wychwytywać nutki emocji w jego głosie i zachowaniu. Ciekawe co takiego mogło sprawić że człowiek stał się takim… zdystansowanym osobnikiem? Wiele się opowiada o tym co różne religie czynią ze swoimi akolitami by byli posłuszni i oddami. Jednak ten nie wyglądał na fanatyka. Nie miał tej szaleńczej, obsesyjnej aury. Wydawało się raczej że jest człowiekiem który zaakceptował wszystko i nie można go byle czym poruszyć. Tak czy siak, chociaż mogła trafić lepiej jeżeli chodzi o towarzysza rozmów, mogła też trafić gorzej w kwestii klienta i gospodarza.
W czasie gdy oczekiwała na przebranie się kapłana, do kuchni wszedł… osobnik. Od razu można było rozpoznać pseudowampira. Wyglądało jakby do kuchni wszedł jakiś wygłodzony nastolatek z chorobą skóry. Blada, cienka cera opięta na chudej, patykowatej sylwetce. Spodnie nieco za szerokie na jego długie i chude kończyny i koszulka wisząca na nim jak na wieszaku wzbudzały skojarzenia z jakimś dzieckiem biedaka noszącym ubrania po starszym bracie. Pseudowampir dostrzegł Lunę, przestąpił z nogi na nogę i podrapał się po łysej jak kolano głowie.
Brywieczór szefowo. – powiedział wyraźnie nie do końca wiedząc co ze sobą czynić. Widać oczekiwał raczej kapłana, a nie jakiejść kobiety. – Rik jestem. Szef mnie wołał.
Wyjaśnił najwyraźniej na wszelki wypadek. Widać był nieco spłoszony widokiem kobiety, ale może po prostu tak reagował na obcych. Pseudowampiry rzadko były witane czymkolwiek poza kopniakiem albo wiązanką wyzwisk.
I stałby tak pewnie w drzwiach, nie mając odwagi wejść ani pójść sobie precz, ale na szczęście za jego plecami pojawił się Sable z szatą trzymaną w dłoni. Przebrał się najwyraźniej w strój nie różniący się niczym od poprzedniego. Nietrudno wyobrazić sobie szafę pełną czarnych jak noc, zakapturzonych strojów.
Ach, Rik. Dobrze że jesteś. Bądź tak miły i udaj się do pani Botan. Powiedz jej, że mam gościa który z miłą chęcią skosztuje jej wybornej kuchni. Później jej oczywiście zapłacę.
Tajes, szefie. – pseudowampir uśmiechnął się wesoło ukazując dwa odstające kiełki i czmychnął z kuchni, znikając obojgu z oczu.
Sable podszedł do Luny i podał jej podniszczoną szatę. Sam usiadł na krześle obok. Gdy usłyszał burczenie z brzucha kwateronki, uprzejmie odczekał chwilę zanim się odezwał.
Pani Botan jest bardzo szacowną i życzliwą kobietą. Gotuje dla różnych osób które nie mają czasu ani okazji na przygotowanie ciepłego posiłku. Z pewnością oczekiwanie się opłaci, gdyż gotuje smacznie i sycąco. – dodał z lekkim– tak, bez wątpienia – cieniem uśmiechu. Sugerował on, że kapłan kapłanem a asceza ascezą, ale jak pani Botan daje komuś talerz to oczekuje że zostanie on opróżniony do końca. Zapewne ten typ starszej pani, która widząc utuczonego trolla powiedziała by "ależ on mizerny. Czy oni go nie karmią w domu?". A to może oznaczać dobrą domową kuchnię i tyle dokładek ile gospodyni wciśnie w biednego gościa.
Awatar użytkownika
Posty: 76
Rejestracja: 16 mar 2012, 21:22
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26310#26310

21 lip 2012, 00:14

Niezdrowo wyglądający chudzielec, który najprawdopodobniej był czymś w rodzaju posłańca dla jej klienta nie wzbudził w Lunie pozytywnych uczuć. Zdawał się odrobinę niebezpieczny. Z resztą chyba każdy osobnik powiązany z Sable miał w sobie cos mrocznego i niebezpiecznego. W innej sytuacji skrzatka pewnie poderwałaby dupsko i uciekła. Teraz jednak nawet gdyby chciała uciec, nie miała na to siły.

Rik, bo tak go wołali, był nad wyraz nerwowy i niepewny siebie. Wydawało się, że nawet widok skrzatki napełniał go strachem. Cóż, pewnie miał ku temu swoje powody.
Najważniejsze, że miał dostarczyć dla niej wymarzony, domowy posiłek. Luna jednak nie lubiła przyjmować zapłaty z góry. Co, jeśli jej praca nie zostanie doceniona i będzie musiała zwrócić to co dostanie?

Wolałabym najpierw zrobić swoje, a dopiero potem przyjąć zapłatę.Nie wierzę, że to mówię!Chcę uniknąć ewentualnych nieporozumień. Jak robota będzie skończona, to z radością przyjmę wynagrodzenie.
Miała nadzieje, że jej słowa nie zostaną odebrane jako niegrzeczne. Chciała jak najszybciej wykonać pracę, napełnić żołądek i uciec jak najdalej z tego przytłaczającego miejsca.
Sable zachwalał kuchnię pani Botan, kobiety, która miała przyrządzić posiłek dla kwateronki. Luna nie chciała rezygnować z porządnej, domowej wyżerki.
Może po prostu zszyję twoją szatę, w czasie, w którym Rik – spojrzała z lekkim grzecznościowym uśmiechem na mizernie wyglądającego mężczyznę – będzie niósł mój obiad?

Luna zaczynała się czuć swobodniej. Albo przywykła do nietypowego sposoby bycia kapłana, albo on stawał się coraz bardziej otwarty. Jego spojrzenie już nie mroziło. Skrzatka spoglądała na niego życzliwie, poprawiając uporczywie opadający na oczy kosmyk włosów. Wzięła do ręki podartą szatę i obejrzała ją krytyczny okiem.
Nie jest tak żle, to tylko proste rozdarcie. Jak dobrze pójdzie nie będzie nawet śladu. Im szybciej zacznę, tym szybciej będzie po sprawie. A nie ukrywam, że wyjątkowo zależy mi na rychłej zapłacie. – Jakby na potwierdzenie słów Luny, rozległo się głośne burczenie skrzaciego brzucha. Skrzatka zaniosła się perlistym śmiechem. – Widzisz? Mam dowody, że na prawdę potrzebuje zarobku! Gdzie ja wcisnełam tę igłę?. – To mówiąc skrzatka zaczeła nerwowo przetrząsać swoja przepastną torbę, tak jak to miała w zwyczaju. Kiedy wreszcie znalazła igłę i odpowiednio dobrane nici – co w wypadku garderoby Sable nie było raczej trudne – z zapałem wzięła się do pracy. Ze skupieniem przeciskała igłe przez tkaninę tworząc równy, delikatny, ale mocny ścieg. Wglądała przy tym dość komicznie – marszczyła brwi i przygryzała górna wargę. Po chwili, tak jak Luna wcześniej zapewniała, szata była gotowa. Tylko ktoś na prawdę spostrzegawczy mógł dostrzec miejsce w którym wcześniej była pokaźna dziura.
No, gotowe, możesz przymierzyć. Jeśli jesteś niezadowolony, mogę coś poprawić, ale wydaje mi się, że odwaliłam kawał dobrej roboty. - Stwierdziła skrzatka patrząc z dumą na owoc swojej pracy. – Jeśli nie masz zastrzeżeń, to nadszedł czas na wyżerkę! - Zakrzyknęła, radośnie zacierając małe dłonie. – Gdzie też podziewa się ten Rik?

Przepraszam, przepraszam, przepraszam po trzykroć za mierność owego wpisu, tak karygodną zwłaszcza na niesamowicie długi czas jego tworzenia. Obiecuję poprawę.

Awatar użytkownika
Posty: 25
Rejestracja: 24 maja 2012, 23:11
Karta Postaci: viewtopic.php?p=29602#29602

24 lip 2012, 11:55

Po opuszczeniu pomieszczenia przez pseudowampira, kapłan wysłuchał propozycji skrzatki. A że była to oferta sugerująca uczciwość i solidność pracy – wszak jak spaprze robotę to nie dostanie zapłaty – przystał na nią z lekkim skinieniem głowy.
Przez chwilę można było mieć obawy, że kapłan spędzi czas spędzony na reperowaniu szaty patrząc na skrzatkę w milczeniu, co było by mocno upiorne. Na szczęście gdy tylko zajęła się swoją pracą, on sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej grubą książeczkę w prostej, ciemnej oprawie. Sądząc po zużyciu i wytarciu, pewnie używało jej kilka pokoleń pilnych czytelników. Kapłan pogrążył się w lekturze, pozwalając by skrzatka mogła bez przeszkód wykonywać swój fach. Wydawał się zupełnie pogrążony w lekturze aż do momentu, gdy ta zakończyła przyszywanie oberwanego rękawa. Zamknął książkę, zaznaczając stronę na której skończył, po czym odłożył ją do kieszeni. Przyjął zacerowaną szatę od krawcowej i obejrzał ją dokładnie.
Było w tym oglądaniu coś nietypowego. Nie było to spojrzenie klienta sprawdzającego czy nie ma jakichś widocznych uchybień. Raczej wzrok zawodowca, który nie tylko wyszukuje jakichkolwiek nieprawidłowości, ale też niemal na pewno je znajdzie. To nieco nietypowe gdy człowiek szukający na co dzień drobnych śladów na ciałach zamordowanych i zmarłych w nietypowych okolicznościach stosuje posobne metody przy sprawdzaniu odzieży. Najwidoczniej jednak nie doszukał się żadnych uchybień, bo odłożył ją na bok, porządnie wcześniej składając. Skinął głową i podniósł się
Ile jestem winien? – zapytał, a ledwo skończył pytanie, w drzwiach zjawił się wzywany przez Lunę Rik.
Szefie, szefie. – powiedział nieco podenerwowany wieściami jakie przyniósł. – Pani Botan mówi, że szefa chętnie przyjmie u siebie i szefa gościa też. Mówi że nie ma co nosić żarcia i chętnie pozna panienkę co szefa odwiedza.
Kapłan spokojnie pokiwał głową.
Dziękuję, Rik. Możesz już iść do domu. – powiedział, a pseudowampir radośnie podreptał sobie na zewnątrz. – Wygląda na to, że pani Botan chce mnie uchronić przed plotkami. To kobieta o dość konserwatywnych poglądach. Uważa że kapłan w moim wieku nie powinien przyjmować kobiet w gościnę bez… osób trzecich. Mam nadzieję, że posiłek gdzie indziej nie jest problem.
Spojrzał na nią tym swoim spokojnym spojrzeniem i czekał na jej odpowiedź, chociaż był w miarę pewien jaka będzie odpowiedź.
Awatar użytkownika
Posty: 76
Rejestracja: 16 mar 2012, 21:22
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26310#26310

27 sie 2012, 00:03

Luna nigdy nie rozumiała, co to właściwie znaczy, ze coś wypada bądź nie. Wyglądało jednak na to, że właśnie przez wzgląd na jakaś dziwaczną poprawność, oczekiwanie na posiłek, który miał stanowić cześć jej zapłaty, jeszcze się przedłuży. Poważnie, co to za problem, że zje obiad w towarzystwie kapłana? Nie jest to zabronione żadnym prawem, nie ma w tym żadnych złych intencji, jest po prostu głodny skrzat i jego żywiciel. Ale przez wzgląd na to, co sobie pomyślą ludzie, których swoją drogą i tak w okolicy nie kręciło się za wiele, Sabrynowi nie wypadało samotnie przyjmować u siebie wygłodniałej kwateronki. To całe odwlekanie pory obiadu zaczynało poważnie działać Lunie na nerwy. Owszem, cierpliwość nazywana jest cnotą, jednak skrzatka do specjalnie cnotliwych nigdy nie należała. Zamiast na durnych zasadach wolała się skupiać na życiu, a do życia potrzebowała żarcia, a nie konwenansów. Może, ale tylko może, za jakieś 200 lat, kiedy przybędzie jej trochę ciałka, a ubędzie cała masa energii i chęci do poznawania świata, popracuje nad przebudową swojej hierarchii wartości, teraz jednak nie miała na to czasu..

Nie miała ochoty nigdzie się ruszać, nie miała jednak wyboru. A może miała? Bo właściwie dlaczego miałaby pokornie przystawać na wszystkie propozycje kapłana? Przecież wykonała swoją pracę, teraz umówiona zapłata najzwyczajniej w świecie jej się należała.
- Wybacz, ale wolałabym zjeść tutaj. Nie rozumiem po co mielibyśmy maszerować gdzieś by zjeść posiłek. Przecież nic złego się nie stanie, masz mnie po prostu nakarmić, tak jak obiecałeś, bez obaw, nie planuje tu nocować. Prawdę mówiąc, na samą myśl spędzeniu tutaj nocy przechodzi mnie dreszcz. – Skrzatka wzdrygnęła się nieco teatralnie. - Więc jak? Czy ta wycieczka jest naprawdę konieczna?
Luna obserwowała bladą twarz kapłana. Miała wrażenie, że spodziewał się on zgoła innej odpowiedzi. Cóż, jakby nie patrzeć skrzatka była kobietą, a kobiety lubią zaskakiwać. Kwateronka zwykle była do rany przyłóż, nie miała jednak zamiaru odmawiać sobie prawa do zwykłych babskich humorów. Bycie samotną skrzatka w tym szalonym świecie było zbyt smutne i trudne, by odbierać sobie frajdę płynącą z drobnych kaprysów.
- Jeśli to taki problem możesz po prostu zapłacić mi gotówką. Złotem? Drogimi kamieniami? Nie wiem co tam masz, pod tym swoim czarnym wdziankiem, ale chyba zarabiasz nie źle. W końcu, cóż, wybrałeś zawód, w którym nigdy nie brak roboty, zwłaszcza w tych parszywych czasach. - Skrzatka patrzyła z naciskiem na kapłana, chcąc na nim wymusić jakąś rozsądną odpowiedź. Obawiała się jednak, ze noszona przez Sabryna szata może go nieco ograniczać, narzucając mu sławną kapłańską pokorę.

Z bezsilnej złości drobna kobietka poczęła zagryzać prawy policzek i mocno zacisnęła pięści. Wydawało jej się, że jakby w odpowiedzi na ten gest rosnące za oknem krzaki gwałtownie się poruszyły. Nie miała jednak co do tego pewności. Krajobraz za oknem mogła obserwować tylko kątem oka, nadal bowiem wpatrywała się uważnie w swojego żywiciela. Krzaki mógł poruszyć wiatr, lub przepłoszone zwierze. Było wiele możliwości. Nie należało jednak wykluczać tej, o której skrzatka pomyślała niemal natychmiast. Oto, nie po raz pierwszy, natura odpowiada na targające nią emocje. Ciekawe, czy kapłan też to widział?

Awatar użytkownika
Kontakt:
Posty: 3793
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

22 wrz 2012, 06:44

MG

Czasem bywało tak, że do świątyni Damahka pukała rodzina zmarłego. Jakość świadczonych tutaj usług była bardzo wysoka, jakkolwiek sam kult cmentarnego boga nie należał do szczególnie znanych. W czasach, gdy ludność miasta modliła się głównie do Piętnastki, która, warto dodać, dała o sobie znać zaraz po sławetnym oblężeniu, Sabryn nie miał zbyt wiele roboty. Mimo wszystko, dbał o swój przybytek, a pieniędzy z poprzednich lat było aż nadto. Czasem nawet zjawił się jakiś możny klient, który żył zbyt dobrze, aby uciekać się po boską pomoc. Cóż, śmierć chodziła po ludziach niezależnie od stanu majątkowego, a inni ludzie zaraz po tym chodzili po grabarzach. Taka była kolej rzeczy i nikt się z tym nie spierał.

Mimo późnej pory ktoś załomotał w drzwi świątyni i nie czekając na odzew, wszedł do środka. Okazało się, że niespodziewanych gości było trzech. Dwóch podobnych z twarzy, barczystych mężczyzn miało na sobie dość typowe stroje, w cokolwiek przygaszonych, brązowawych kolorach: wiązane na przedzie płaszcze z połowy koła, długie tuniki, nogawice, kaptury na łbach, trzewiki za kostkę i skórzane rękawice. Obaj mieli wąskie miecze przy pasach. Za nimi snuł się wysoki, ogorzały mężczyzna w sięgającej mu stóp marszczonej szacie z workowymi rękawami i czepku. Jego siwa, odznaczająca się na tle ciemnej cery broda i krzaczaste brwi mogły przyciągać uwagę.

Dwóch pierwszych zsunęło kaptury jak na komendę. Byli wybitnie do siebie podobni – tak w ruchach jak i z lica, jasnym było, że muszą być braćmi. Kędzierzawe czupryny rzuciły fantazyjne cienie na ściany świątyni. Starszy z nich postanowił zabrać głos.

- Panienko… mości kapłanie - rzekł, kłaniając się lekko Lunie i Sabrynowi. - Wybaczcie najście o tak późnej porze, lecz mamy sprawę niecierpiącą zwłoki. - Wzdrygnął się, jakby powiedział coś nieodpowiedniego. Młodszy mężczyzna spojrzał na niego z powątpiewaniem. Stojący za nimi jak cień siwiec nie poruszył się ani o cal. - Ojcu było się zmarło. Pozwólcie przeto, panie, na stronę. - Dokończył, podchodząc do kapłana. Gość w czepcu również przestąpił parę kroków, jednak w stronę skrzatki, w którą wlepił badawcze spojrzenie już na samym początku jego bytności w przybytku Damahka. Z głębi szaty wyciągnął złotą monetę.

- Nic tu po tobie, dziewko – rzekł głębokim głosem, najwyraźniej biorąc Lunę za pannę do towarzystwa bądź służącą. Pochylił się nieco i wyciągnął rękę z pieniążkiem, chcąc wielkodusznie obdarować nim kobietkę. Cóż, suweren po ulicy nie chodzi, każdy by się połasił. - Odejdź stąd - perorował dalej, pewien swego, z mocnym postanowieniem wykurzenia stąd krawcowej. - Z mości Sabrynem łączą nas pewne… sprawy - pauza w jego wypowiedzi była więcej niż niepokojąca, chociaż jego towarzysze byli całkiem przekonujący. Nic nie wskazywało na to, że późna wizyta trójki mężczyzn miała swoje źródło w czymś innym niż tylko chęci szybkiego załatwienia spraw związanych z ostatnią podróżą ojca-nieboszczyka. - Dobrze, żeby nikt się o tym nie dowiedział - powiedział nieco ciszej, podnosząc wzrok na ciągle znajdującego się w pobliżu pseudowampira. Zmrużył oczy i przeniósł spojrzenie na młodszego brata. Ten w mig zrozumiał jego intencje, również bacznie obserwując Rika. Wychudzony stwór zdenerwował się i pobladł jeszcze bardziej. Całe jego ciało zaczęło lekko się trząść. Czuł się jak za dawnych czasów, gdy bito go i poniżano właściwie przez większość czasu. Wiedział, co nadchodzi, więc zaczął powoli wycofywać się ku wyjściu. Małymi kroczkami, odprowadzany przez stalowe spojrzenia dwójki mężczyzn.

//Proszę o odpisanie najpóźniej w niedzielę.
Awatar użytkownika
Posty: 76
Rejestracja: 16 mar 2012, 21:22
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26310#26310

24 wrz 2012, 00:20

Luna była wściekła. Wściekłą i głodna. Sabryn zwlekał z zapłatą, a o obiecanym posiłku już raczej nie było mowy. Skrzatka traciła już nadzieje na jakąkolwiek zysk z tej dziwnej wyprawy, kiedy do świątyni weszło trzech mężczyzn. Dwu z nich, dobrze zbudowanych wyglądało na silnych i potrafiących tą siłę wykorzystać, jednak to nie oni najbardziej zaniepokoili Lunę. Trzeci, wysoki mężczyzna z siwą brodą mimo, że pozbawiony muskułów zdawał się mieć w sobie siłę większą, niż obu jego towarzyszy razem wziętych.
To właśnie on od razu zalazł Lunie za skórę. Oczywistym było, że towarzystwo skrzatki nie jest mile widziane przez nowo przybyłych. Jednak próba kupienia jej odejścia za złotą monetę była lekko przesadą.

Za kogo mnie bierzesz, panie? Za dziewkę uliczną, której wystarczy błysk monety, aby bez pytań zniknęła ci z oczu? Owszem, przyszłam tu do pracy, za którą jednak nie dostałam jeszcze umówionej zapłaty. – By rozwiać wszelkie wątpliwości dodała - Jestem krawcową. Skrzatka Luna, do usług. - Dygnęła przywołując na twarzy nieszczery grymas, który w zamyśle miał uchodzić za czarujący uśmiech.
Kątem oka Luna zobaczyła jak niedoszły dostawca jej obiadu, Rik próbuje dyskretnie wycofać się z pomieszczenia. To nie wróżyło niczego dobrego. Może Kwateronka niepotrzebnie zadzierała z nieznajomymi? Nie miała przecież pojęcia jakie siły w nich drzemią. Cóż, pocieszający był fakt, że oni również nie wiedzieli co kryje drobne ciało skrzatki.

Luna lekko przymknęła oczy, po czym maksymalnie naprężyła dłonie. Starała się być dyskretna, nie chciała żeby nowi goście Sabryna dostrzegli, że coś kombinuje. Próbowała się skupić na krzakach z za okna, chciała sprawdzić, czy rzeczywiście może w jakiś sposób je kontrolować. Otworzyła oczy, aby sprawdzić, czy jej wysiłek przynosi jakieś efekty, nic jednak nie zauważyła. Chociaż… zdawało jej się, że kilka gałązek poruszyło się w jakiś nienaturalny sposób… Za oknem szalał wiatr, a zmrok zapadł już kilka godzin temu. Jedyne co widziała to zarys wspomnianych krzaków. Trudno było opierać plan ewentualnej ucieczki, naturalnie poprzedzonej walką, na czymś tak niepewnym.
Zawsze pozostaje kusza. Pomyślała skrzata, próbując wymacać swoją wierną towarzyszkę w torbie.

Po dłuższym zastanowieniu i ocenie swoich szans w potencjalnym starciu kwateronka wyciągnęła rękę po zaoferowaną zapłatę, jednak nie zamierzała na tym poprzestać.
Skrzaty to dość chciwe stworzonka, a ona miała w sobie aż trzy czwarte skrzacie krwi.
To – wskazała na właśnie otrzymany suweren – jest zapłata za moje odejście i milczenie. Nie dostałam jednak jeszcze nic za wykonanie swojej pracy. Kapłan wisi mi pieniądze. I obiad, ale to mogę mu podarować. Nie odejdę dopóki nie dostanę tego co mi się należy.

Śniady, siwobrody mężczyzna wyglądał na nieco zirytowanego hardą postawą skrzatki, ta jednak stała z dumnie podniesioną głową. Przyzwyczajona była do tarapatów i wiedziała, że zawsze wychodzi z nich cało. Czemu tym razem miałoby być inaczej?
Awatar użytkownika
Kontakt:
Posty: 3793
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

25 wrz 2012, 03:32

MG

Wyglądało na to, że pseudowampir nie wytrzymał napięcia. Rik zrejterował pod naciskiem naglącego wzroku dwójki mężczyzn, w końcu wychodząc ze świątyni. Próbował rzucić coś na odchodne, jednak z jego ust wydobył się tylko niezrozumiały bełkot. Młodszy szlachcic odwrócił się od Luny i brodacza, dołączając do swojego brata w próbie prowadzenia rozmowy z milczącym jak dotąd Sabrynem.

- Kapłanie, jak to tak…? - zapytał go po dłuższej chwili starszy z rodzeństwa. - Pochowasz nam ojca?

- Małoś rozmowny… - rzekł po namyśle drugi mężczyzna, wykrzywiając usta w grymasie zniecierpliwienia i kładąc lewą dłoń na pasie, niebezpiecznie blisko swego miecza. Luna nie mogła dostrzec tego drobnego, złowieszczego gestu, podczas gdy Sabryn z całą pewnością odebrał go jako jawną groźbę.

Dziad o krzaczastych brwiach wywrócił oczami, wyraźnie poddenerwowany zachowaniem skrzatki oraz swoich towarzyszy, nadal jednak zachowując zimną krew i z uwagą słuchając swojej rozmówczyni. Nie dostrzegł, jak krzaki za oknem poruszyły się gwałtownie w stronę budynku, jak gdyby chciały siłą wedrzeć się do środka. Mimo tego siwiec skrzywił się, jakby poczuł na swoim grzbiecie chłodny wiaterek. Łysa głowa obróciła się w jedną i w drugą stronę, gdy jej posiadacz rozejrzał się prędko w poszukiwaniu czegoś nieokreślonego. W końcu skupił spojrzenie na Lunie. W jego oczach odmalowało się zrozumienie. Mężczyzna rozchmurzył się wyraźnie.

- Krawcowa, tak…? - rzekł z łagodnym, acz nieco drapieżnym uśmieszkiem. Zdawałoby się, że zaraz mrugnie do Luny w geście porozumienia. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. - Proszę o wybaczenie. Nie wygląda panienka na skrzata, chciałbym dodać - perorował, jak gdyby nigdy nic. - Fangus z Morinhtaru, doradca rodu Idekardów. Również mi miło - przedstawił się, po czym zrobił ruch, jakby chciał ująć dłoń blondynki, ale zaniechał po chwili. Jego wysokie czoło zmarszczyło się na chwilę. Widać było, że powziął jakąś decyzję. Chwilę pogmerał w swoich przepastnych szatach, wyciągając z nich sygnet z małym szmaragdem, który następnie wcisnął kwateronce w ręce.

- Twoja praca nie pójdzie na marne, skrzatko Luno - rzekł jowalnie, ponownie uśmiechając się w ten sam sposób. - Ten pierścień zapewni Ci wejście na teren twierdzy pałacowej - powiedział niefrasobliwie, jakby ofiarował swojemu siostrzeńcowi pierwszy mieczyk z prawdziwego zdarzenia. – W ostateczności możesz go… sprzedać. - Perspektywa spieniężenia sygnetu rodowego najwidoczniej nie robiła na nim żadnego wrażenia. - Tak się jednak składa, że potrzebuję usług dobrej… krawcowej. - Skinął porozumiewawczo głową. - Jestem pewien, że możemy wiele się od siebie nauczyć. Teraz powinnaś opuścić to miejsce - Fangus zmrużył nagle oczy, jakby coś szło nie po jego myśli. - Dla własnego dobra.

//Czas do środy.
Awatar użytkownika
Posty: 76
Rejestracja: 16 mar 2012, 21:22
Karta Postaci: viewtopic.php?p=26310#26310

26 wrz 2012, 22:34

Suweren i pierścień, to już było coś. Skrzatka dokładnie obejrzała "prezent", chcąc ocenić jego wartość. Próbowała rozstrzygnąć, co będzie bardziej opłacalne – wykorzystanie błyskotki jako klucza do nowego zlecenia, czy sprzedanie go jakiemuś kupcowi w zamian za coś czym nieco łatwiej zapłacić w knajpie… Cóż, zastanowi się nad tym później. Teraz należało rozważyć, czy w ogóle przyjąć kosztowności od tego niepokojącego mężczyzny.

W sytuacji w jakiej skrzatka się znalazła rezygnacja z jakichkolwiek dóbr materialnych była czystym idiotyzmem. Każdy rozsądny człowiek wcisnął by pierścień na palec, by mieć go na oku, suweren wsadziłby do sakiewki i jak najszybciej zniknął z oczu nowopoznanego "darczyńcy". Jednak Luna miała coś, co niezmiernie utrudniało jej przetrwanie w tych paskudnych czasach. Miała jakieś mętne poczucie moralności i niesamowicie irytujący głosik w głowie, przez wielu nazywany po prostu sumieniem. Zostawienie Sabryna sam na sam z Fangusem i jego osiłkami nie było w jej stylu. Co prawda kapłan nabił ją w butelkę, nie była mu nic dłużna, a przez jego idiotyczne zahamowania skrzaci żołądek zawiązany był na supeł, jednak myśl o okrucieństwach jakie mogą go spotkać tuż po jej wyjściu nie dawała kwateronce spokoju.

Powoli obracała pierścień w palcach, zastanawiając się, czy kapłan zaryzykował by dla niej, czy gdyby Sabryn znalazł się na jej miejscu towarzyszyłyby mu podobne rozterki. Odpowiedz była prosta i gorzka – ani kapłan, ani nikt inny, no może za wyjątkiem jej rodzonego ojca, nie zrezygnowałby dla Luny z kosztowności, a już na pewno nie ryzykowałby dla niej życiem. Pewnym ruchem umieściła pierścień na lewym kciuku, lekko mrużąc oczy <Fraen satjl>, tak jakby nad czymś głęboko rozmyślała.

Dziękuję panie za twą hojność. – Uśmiechnęła się delikatnie, tym razem całkiem naturalnie. Na wieść o zawodzie, jaki wykonywała skrzatka brodacz okazał jej coś na kształt sympatii, co w jakimś stopniu zniwelowało złe pierwsze wrażenie. – Z pewnością dobrze go wykorzystam. – Obróciła pierścień na palu. – A teraz zgodnie z umową przyjdzie mi was pożegnać. Najpierw muszę jednak wiedzieć gdzie znajdę tych Idekardów, albo chociaż ich twierdzę? – Miała nadziej, że dopytując o szczegóły nie nadwyręży uprzejmości wysoko postawionego mężczyzny. Z takimi lepiej nie zadzierać. A przecież skrzatka już i tak stąpała na granicy cierpliwości Fangusa. Chcąc dać mu do zrozumienia, że nie będzie z nią więcej problemów, zamiast zwyczajnie czekać na odpowiedź Luna powoli wycofywała się w kierunku wyjścia ze świątyni, podziwiając przy tym swój nowy pierścień. Fascynowała ją niesamowita zieleń kamienia, głęboka i nasycona. Gdy skrzata uderzyła tyłkiem o drzwi wyjściowe zatrzymała się na moment i krzyknęła kierunku brodatego mężczyzny i jego towarzyszy. – Tylko nie skrzywdźcie go… za bardzo. – dodała ciszej, naciskając klamkę.

Wróć do „Świątynie”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 5 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Viridar
Liczba postów: 52209
Liczba tematów: 2974
Liczba użytkowników: 1048
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: WielkaNiewiadoma
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.