Dwór Pomiędzy Spektrami

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Dwór Pomiędzy Spektrami

11 sty 2014, 12:17

MG

Sceneria dziwacznego świata, w którym znajdował się Mork, zafalowała. Wszystko zdawało się zacierać, jakby jego duch oddalał się od miejsca, w którym był jeszcze chwilę temu. Czuł, jakby coś za nim podążało – a było to coś wielkiego i wściekłego, chcącego go najwyraźniej rozszarpać. Szalony mag uciekał przez swe wspomnienia, jednak żadne z nich nie dawało mu bezpieczeństwa. Czuł się zagrożony, jego ostatni bastion padał pod naporem nieznanych, niewidocznych wojsk. Chcieli znaleźć go i stłamsić nawet tutaj, w niezdobytej dotąd twierdzy jego własnego umysłu. Przekraczał kolejne, zamknięte dotąd nawet przed nim drzwi, robił to wszystko tylko po to, żeby uniknąć frontalnej konfrontacji. Jego duch dryfował, płynął bez celu przez żyły samego Lewiatana, przez Nicość i Spektra, byle dalej. Nie czuł już niczego, wyzwolony z okowów śmiertelnego ciała. Był czystą esencją samego siebie, niepodlegającą fizycznym prawidłom duszą. Przestał już myśleć, postradał życie, a wraz z nim świadomość. Był całkowicie wolny, naraz wszędzie i nigdzie, przekraczając naraz całą nieskończoność Omsnispektrum… Potem jednak uderzył się mocno w głowę i rozbudził, czując pod sobą twardą, drewnianą podłogę.

Kwadratowe pomieszczenie, w którym się znalazł, było całkowicie puste. Na każdej ze ścian znajdowały się proste, jednoskrzydłowe drzwi. Nie było w nim niczego, co przykuwałoby uwagę. Ciemne drewno na suficie, ścianach i podłodze – porządne deski. Chwilę zajęło Morkowi rozeznanie się w nowej sytuacji. Czuł się niepokojąco dobrze, nic go nie bolało, a jego ciało po bliższych oględzinach okazało się być całkowicie sprawne. Nie był głodny ani spragniony, a jego odzienie było dokładnie takie same, jak za życia… Właśnie – czy w ogóle mógł uznać się za martwego? Oddychał, czuł, żył, mógł chodzić, gadać i skakać. Nie miał żadnych ran, jego myśli były czyste i niczym niezmącone (o ile można tak mówić o myślach szaleńca). Czyżby ktoś go wskrzesił? Ostatnie, co pamiętał, było jedynie głupim snem z lecznicy, ale teraz odróżniał już sen od jawy. Miejsce, w którym się znajdował, było zdecydowanie materialne, nie niepokoiło. Dziwna sprawa, że mimo braku okien pomieszczenie było widoczne dość wyraźnie, a kolory nieprzekłamane. Nie sposób było na to narzekać.

Gdzieś dalej (lub bardzo blisko, nie sposób było ocenić) w dokładnie takim samym pomieszczeniu znajdowała się jeszcze jedna osoba. Miała podobne odczucia, z tym jednak wyjątkiem, że czuła się o wiele bardziej zdezorientowana. Kurz, pył, ból, mocne uderzenie w głowę… i nagle to. Zdecydowanie – Aleksis Bentrum miał mocne powody do drapania swej czarnej czupryny w zastanowieniu. Co ciekawe, mógł to robić oburącz. Z pewnością fakt posiadania dwóch sprawnych dłoni zaskoczył go najbardziej. Z tego, co pamiętał, jednej z nich już dłuższy czas przy nim nie było. Teraz jednak w połowie nieistniejąca dotąd kończyna działała perfekcyjnie. Ubranie Czarnego Kamienia było tym, które ofiarował mu swego czasu sam namiestnik. Czyste, schludne – był nawet beret, który spadł z aleksisowej głowy, gdy ten leżał sobie w najlepsze na ciemnych deskach podłogi. Samo to, że burmistrz znalazł się nagle w nowym pomieszczeniu mogło przyprawić go o zawroty głowy, ale, podobnie jak Mork, alchemik w jakiś irracjonalny sposób nie bał się. Jego nowe położenie nie niepokoiło, nie przytłaczało, jawiło się jako kolejna zagadka do rozwiązania. Póki co nie było powodów do paniki. Jeszcze.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

27 mar 2014, 12:54

MG

Tylko dzięki ukryciu się za kilkoma zdemobilizowanymi krowami Aleksis Bentrum miał chwilę na zbadanie swojego znaleziska. Krwawy deszcz osłabł, ale nienaturalny księżyc nadal spoglądał mu przez ramię. Blaszany instrument okazał się być zupełnie zwyczajny. Nieważne jak bardzo alchemik mu się przyglądał, nie mógł ocenić, jaki jest jego związek z zamkniętymi drzwiami. Wyglądało na to, że ponownie był zdany wyłącznie na własne szczęście.
Wtem jednak, czego Czarny Kamień nie mógł ze swej perspektywy dojrzeć, wrota leżącej naprzeciw niego szopy zachodniej otworzyły się od środka.

Wypadł przez nie nie kto inny, jak Mork, zamykając je za sobą i niechybnie grzebiąc szanse szybkiego wydostania się z tego miejsca. Dla niego nie było w napotkanym tutaj krajobrazie niczego dziwnego. Nie takie mary miał przed swoimi oczami ten chory obłąkaniec. Krew sącząca się z nieba, oszalałe krowy, dzwonki przy szyjach dwóch z nich? Normalka. W mig pojął, co tutaj zaszło i jakie są reguły gry. Środowisko tego typu było dla niego naturalne, więc finezyjnie uniknął ataku jednej z łaciatych, która wbiła się różkami w drewno budynku, z którego wyszedł. Szczęściem szopa nie runęła jak ta, z której wychynął kilka chwil temu Aleksis. Mork czuł się w tym miejscu jak ryba w wodzie, zyskując znaczną przewagę nad swoim partnerem, o którego istnieniu jeszcze nie wiedział. Rozpoznania w terenie nie ułatwiał panujący na łące, rozświetlany tylko przez blady księżyc mrok. Szaleniec wiedział, że musi zdobyć jeden z dzwonków, który pozwoli mu iść dalej. Lokalizacja posiadaczek tych hałaśliwych instrumentów nie była niczym trudnym, więc mógł natychmiastowo przystąpić do działania.

Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

06 kwie 2014, 21:04

"Trzy małe zajączki po łące sobie szły
Jeden dostał w dupę, dwóm wyrosły kły
A myśliwy, stary sknera, cieszy się już jak cholera!
"

S

tara krasnoludzka przyśpiewka pomknęła po łące, gdy zauroczony nią Mork począł drzeć japę, chcąc tym samym okazać swój zachwyt. Piał niczym kogucik, co to wstał o poranku i zobaczył, że nowy dzionek zapowiada się jeszcze lepiej niż poprzedni. Skakał, unikał przeszkód i delektował się chwilą. Postanowił, iż powinien zaśpiewać swą pieśń gdzieś wyżej, coby dotarła do wszystkich słuchaczy. Ale jakże by to zrobić, przecież wspinać się nie umiał, zaś jego pojęcie o linach i sznurkach było lekko mówiąc… marne. Ale przecież miał swą ukrytą moc, moc przyjaźni i szczęśliwości. Moc stworzoną, by szerzyć dobro i dobre piosenki! Bajarz postanowił więc użyć jej, by dostać się na szczyt stodoły. Ale wpierw należało jakoś pozbyć się tych niechcianych zakłóceń, tych obrzydliwych trąb, tych brązowych skurczybyków. Niewątpliwie, zadanie było trudne, acz wykonalne.

P

ierwszym krokiem niezwykłego planu było oczywiście spostrzeżenie, której krowie coś dynda na szyi. Nie byłoby to trudne, acz trzeba się było skupić. Wyglądało na to, iż jedynym sposobem by zatrzymać te piekielne pomioty była ich śmierć. Nie stanowiło to dla bajarza problemu. Portal przed nim, portal we wnętrzu krowy, szybki ruch nadgarstka i wyrwanie ze środka krasuli serducha. Jeszcze ciepłego, jeszcze dymiącego, tak bardzo krwawego. Ślicznego, pięknego, cudownego. Plan był doskonały, acz trzeba było znaleźć przerwę między atakami bydlaków. Idealnie wymierzone kilka sekund, sprecyzowany atak, potem święcenie sukcesu. Tylko tyle i aż tyle. Cudownie, cudownie, idealnie. Z samozachwytu postanowił zaśpiewać jeszcze coś, czcząc ten piękny dzień.

Byłem kiedyś człekiem, który kochał naturę
Tańczył, śpiewał, podróżował
Lecz przyszedł czas, gdy postanowiłem osiedlić się w mieście
Był to mój największy błąd

Oh Aleksie, mój Aleksie
Przyszło mi widzieć twą śmierć
Oh Aleksie, mój Aleksie
Kiedy odnajdę Cię?

Poznałem tam człowieka
Aleksem się zwał
Chciałem go chronić za wszelką cenę
Do grobu mi zwiał

Oh Aleksie, mój Aleksie
Przyszło mi widzieć twą śmierć
Oh Aleksie, mój Aleksie
Kiedy odnajdę Cię?

Uratuję go, kiedyś odnajdę
Choćbym miał zemrzeć, znajdę mą znajdę
I powiem mu wtedy, mym słodkim głosem…
Że kocham go, kocham, i pójdę za ciosem

Oh Aleksie, mój Aleksie
Przyszło mi widzieć twą śmierć
Oh Aleksie, mój Aleksie
Kiedy odnajdę Cię?

Pójdę ja w bój o niego
Zabiję wszystkiego złego
Odnajdę mego przyjaciela
I nigdy nie opuszczę, cholera

Oh Aleksie, mój Aleksie
Przyszło mi widzieć twą śmierć
Oh Aleksie, mój Aleksie
Kiedy odnajdę Cię?
– słowa Morka poniosły się po łące, gdy w międzyczasie wykonywał on swój zamysł oraz unikał kolejnych krów. Było cudownie, czuł rześkość i prawdziwą wolę życia. Adrenalina płynęła w jego żyłach, oczy jaśniały. Nic go nie zatrzyma, dotrzyma kroku Aleksowi, odnajdzie go i stąd zabierze.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

06 kwie 2014, 22:21

Oczy nadaremnie skupiały się na dzwonku, który nie zdradzał żadnych wskazówek dotyczących tego, co założył sobie alchemik. Mały, rodzący dźwięk przedmiot nie był kluczem do zamka, a jego mechanizm bynajmniej nie reagował na dzwoneczki jak na klasyczne klucze. Tylko stwórca tego szaleństwa, pan tych światów wiedział, co należało czynić. Bentrum musiał liczyć na swoje szczęście, chociaż nadal pośpiesznie myślał o krowiej ozdóbce.

Był czerwony niczym zabójca setek niewinnych istot po rzezi. Pot mieszał się ze spływającą juchą, jakby człowiek wydalał z siebie kropelki krwi zamiast naturalnej wydzieliny. Ból mieszał się z potwornym uczuciem zagubienia. Niemniej, w mózgu alchemika działały proste i niemal mechaniczne emocje. Był problem – trzeba rozwiązać; Tam był cel – trzeba go zrealizować. Można było to nazwać instynktami, które nie wymagały żadnego wysiłku umysłowego. Przebudzone odruchy same z siebie podpowiadały, co należało uczynić. Wolna wola… czy ona mogła istnieć w tym świecie?

Zaciskając zęby, Aleksis Bentrum znowu pobiegł. Tym razem skierował się do południowych drzwi. Wymuszając na organizmie wysiłek, bok alchemika począł pulsować dotkliwszym bólem. Niby niegroźne uderzenia kopytnych okazały się czynnikiem niesprzyjającym zielonookiemu. Biegł, chociaż kolejne zderzenie z krową mogłoby się zakończyć tragicznie. Unikałby agresji krów, musiał.

Niespodziewanie, mężczyzna usłyszał… krzyk? Jego uszy wyłapały dźwięk jakowyś, wielce niepokojący. Kakofonia głosu rozniosła się po okolicy, wzbudzając w alchemiku strach. Deszcz krwi, obłęd w krowach, a teraz to? To musiała być pułapka tego świata, jakaś podpucha, sygnał oznajmujący zagładę. Uciekać, ile sił w nogach!

Jeśli Bentrum znalazłby się przy południowej szopie, spróbowałby użyć z desperacją dzwonka. Próbowałby dzwonić dzwonkiem, dopasowywać go do drzwi, aby je w ten sposób otworzyć. Nie miał bladego pojęcia czy udałoby się w ten sposób otworzyć budyneczek i czmychnąć z krwawej łąki. Działania Aleksisa były niespokojne, pośpieszne. Mógł pojawić się cień szansy na to, że Bentrum dostanie w plecy – o ile jakowaś krowa zechciałaby uderzyć. Jeżeli alchemik usłyszałby nadchodzącą śmierć w uderzeniach zbliżających kopyt, uskoczyłby w lewo. Najgorsze było to, że w ten sposób szopa mogłaby zostać zniszczona, lecz uczony uratowałby wtedy swój żywot.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

07 kwie 2014, 19:32

//Mork: 4! Kolejna „przeklęta” liczba – 1.
MG

Szaleństwo Morka istotnie było bezbrzeżne. Samo wejście na opętaną łąkę sprawiło, że poczuł on wyjątkowy spokój duszy. Jego działania stały się odrobinę bardziej racjonalne. Być może wpłynęła na to natura tego miejsca, gdzie tylko wariat mógł się całkowicie odnaleźć. Mork zaiste czuł się tutaj jak ryba w wodzie, z łatwością unikając ataków szarżujących na niego krów. Krzyczał przy tym, śpiewał i poruszał się niczym tancerz. W końcu zdecydował się użyć swojej magii po to, aby dostać się na dach stodoły, z której wyszedł. Otworzył portal, wszedł w niego i… zniknął, pojawiając się w kompletnie innym miejscu. Zostało tylko jego ubranie, które po chwili niezauważalnie spadło na ziemię.

Znajdujący się nieopodal Aleksis Bentrum słysząc odgłosy wydawane przez drugiego odkrywcę międzyspektralnego dworu wpadł w istne przerażenie. Wzmogło ono jego determinację, więc, chwyciwszy upragniony, blaszany dzwonek pobiegł na łeb na szyję przez koszmar, w jakim się znalazł. Do drzwi dopadł w locie, dotkliwie ubodzony przez jedną z krów. Poczuł, jak kilka jego żeber pęka, ale krążąca w jego żyłach adrenalina nie pozwoliła mu się na tym skupić. Zaczął machać dzwonkiem jak w malignie, czując na swym karku oddech samego Eeskara. Walił dzwonkiem w drzwi, szarpał za ich klamkę i naciskał z całych sił. Gdy pojął już, że jego działania są bezcelowe, wrota otworzyły się, zapraszając go do środka. Gdy wpadł do pustego, kwadratowego pomieszczenia o czterech drzwiach usłyszał za sobą hałas zawalającego się budynku. Drzwi za jego plecami zamknęły się samoistnie, a następnie wygładziły, stapiając ze ścianą. Miał więc trzy wyjścia, dwa złamane żebra i jeden w miarę trzeźwo myślący mózg. Pobieżne oględziny pozwoliły mu stwierdzić, że nadal żyje.

W kompletnie innej sytuacji znajdował się nagi obecnie Mork. Nie widział kompletnie nic, ponieważ w miejscu, w którym się znalazł, było kompletnie ciemno. Nie mógł oddychać, ale w jakiś sposób kompletnie tego nie potrzebował. Cały zanurzony był w zalepiającym otwory jego ciała płynie. Miejsca było tutaj tyle, żeby mógł się z trudem obrócić. Organiczne ściany naciskały na niego z każdej strony. Zrozumiał, że oto znajduje się wewnątrz kobiecego ciała, samemu będąc postawionym w roli nienarodzonego dziecka. Coś jednak było nie tak. Jego malutkie rączki zakończone były szponami, a naciskające na niego ściany zdawały się być nimi poranione. Z jego brzucha nie wyrastała pępowina, zaś on sam czuł ogromną potrzebę wgryzienia się swoimi szpicowatymi ząbkami w pulsującą przed nim materię. Był głodny, ale również zaniepokojony. Jego słabe serce zabiło jeszcze kilka razy, a po tym czasie wyjaśniła się przyczyna tego zaniepokojenia.

Ściana przed nim rozdarła się, a jego słabe, całkowicie czarne oczka przez chwilę nie widziały kompletnie niczego poza raniącym je, znienawidzonym światłem. Następnie z nieskończonej bieli wychynęła znana mu, choć nieco młodsza twarz. Aleksis Bentrum nachylał się nad nim, chcąc wydobyć go z maminego brzucha. Mork zaczął krzyczeć wniebogłosy, wyrażając swoje niezadowolenie chaotycznie przywoływanymi iluzjami. Ściany malutkiego pomieszczenia, w którym się znajdowali spłynęły fałszywą krwią, jednak Czarny Kamień zdawał się tym nie przejmować.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

07 kwie 2014, 21:56

Znalazł się w nowym pokoju, nie wiedząc do końca, co się właściwie stało. Pompowana przez krew adrenalina tłumiła ognisko cierpienia połamanych żeber. Bentrum patrzył niemrawo przed siebie. Wdział drzwi, po bokach czekała dwójka pozostałych.

Czarny Kamień, nadal zdenerwowany, zsunął się na ziemię, opierając swoje plecy na ścianie, która chwilę temu była wyjściem z krowiego szaleństwa. Drzwi zniknęły, pozostawiając po sobie jeno pamięć o swym istnieniu. Były burmistrz siedział.

Bemtrum potrzebował chwili na odpoczynek. Powoli odzyskiwał wypalone przez groźbę śmierci emocje, na nowo przebudzała się jego osobowość, która mogła odepchnąć dzikość człowieczeństwa z powrotem do cienia podświadomości. Wraz z odzyskiwanym sposobem bycia Aleksisa, powracało również zdezorientowanie. Przez chwilę alchemik poczuł się samotny. Brakowało mu srogiego, ale zaradnego i dobrego Festera, ciepłych ust Roweny, jej spojrzenia niosącego w sobie tajemniczą iskrę. Dahharda przypominającego pijawkę żądną wiedzy zamiast krwi, jego dziwnych pytań i nietypowego podejścia do świata; Elain, która wprawiała uczonego w przekonanie, że istnieją rzeczy, których nie da się zrozumieć ludzkim umysłem. Dotyk elfiej pani był niezwykły, jej głos docierał do najgłębszych zakamarków świadomości. Brakowało Jamiga, który zdawał się ciągnąć za niewidzialne nicie Lewiatana, ukrywając swoją udawaną bezradność za maską uprzejmości. Beherita, chłopczyska z kopalni, prostego męża, ale pogodnego… Zaiste, było ciężko.

Niemniej, nagle Bentrum przypomniał sobie o siłach, które nigdy go nie opuszczą. O bogach. Nie mógł nikomu się wyżalić, podzielić częścią brzemienia – chociaż przez chwilę, ale byli oni – bogowie. Oni zawsze obserwowali śmiertelników, swymi boskimi oczami doglądali i oceniali. Zielonooki zamknął swe powieki, oddając się modlitwie do Ghan'To. Modlitwa ta była inna, albowiem w głowie alchemika nie wykrzesało się żadne słowo. Człowiek myślał obrazami, materializując w swojej głowie niewyraźne scenerie przedstawiające brodatego starca z kosturem, który ciepłym spojrzeniem obserwuje swego sługę – Aleksisa. Ten wyobrażał siebie jako dziecko, które z ciekawością obserwowało boskiego starca. Młodzieniaszka oczekującego na mądrości, niemogącego się doczekać odpowiedzi, które rozświetlą mrok każdego problemu, każdej zagwozdki. Aleksis dziękował bogu, chociaż nie otrzymał niczego poza tym niezwykłym spojrzeniem dziadka. W końcu przemówił…

Bentrum westchnął, powracając do rzeczywistości. Wziął swoją koszulę i zdjął ją. Wypalony znak na klatce piersiowej ponoć sprawiał, że demony nie mogły swymi sztuczkami wykryć człowieka. Ile było w tym prawdy? Trza przyznać, że Elain obdarowała mistrza Dahharda wieloma błogosławieństwami, a symbol pajęczyny był tego dowodem. Zbliżył dłonie do okolicy żeber i począł dotykiem badać swe ciało. Poświęcił długie minuty na delikatne ruchy dłoni, aby za ich pomocą dokonać oględzin.

Postanowił wykorzystać swoją mokrą od krwi koszulę. Złożył ją w pół i zawiązał wokół żeber, przeistaczając ubranie w prowizoryczny opatrunek uciskowy. Uczony miał nadzieję, że to winno ustabilizować naruszone kości, w obecnej chwili nie mógł niczego innego wykombinować. Postanowił wolniej oddychać, lecz ból nie pozwalał o sobie zapomnieć.

Wstał i ruszył, według planu wydumanego z pokoju Mealena. Alchemik zamierzał kierować się ku swej abstrakcyjnej północy, czyli kierować się nieustannie na wschód, aż dojdzie do krawędzi. Musiał przejść do następnego pokoju, a potem ruszyć na północ, by ponownie kierować się krawędzią, o ile to założenie było słuszne.

Tło*

Przetrwanie, rozum i wiara we własne możliwości. Walczył, jak każdy mężczyzna we wrogim świecie. Mając zaciśnięte pośladki, z odwagą w sercu otworzył drzwi.

Znalazł się w pomieszczeniu ze znajdującym się na podłodze gobelinem. Zmęczony wzrok wejrzał w treść przedstawioną w dziele chorego na głowę artysty. Świdrujące oko ujrzało relacje pomiędzy wszystkimi członkami dziwnej rodziny, która była tworem umysłu szaleńca. Wyglądało na to, że Aleksis połączył się z jakimś nieznanym mu mężczyzną, razem posiadali dziecko, które definitywnie było dawniej demonicznym dziecięciem. Rodzicami Aleksisa byli przedstawiciele pary ras, które żywili ku sobie uczucia bliskie nienawiści, czyżby Elain i Fester? O ile z elfami było łatwiej to większość krasnoludzkiego narodu przypominała karłowatych staruszków. Rodzicami nieznajomego mężczyzny była para… Bentrum otworzył usta, widząc Jamiga złączonego z bladą kobietą. Macki łączące wszystkich w związku rodzinnym kończyły się na roślinie będącej różą.

Mechanizmy umysłu Aleksisa ruszyły do pracy niczym festerowa maszyneria. Alchemik zaczął myśleć nad światem, tym samym tworzył pewne założenia. W świecie, w którym przyszło mu cierpieć, rządził uporządkowany chaos. Rzeczywistość działała na zasadach identycznych do Lewiatana – oba światy wypełniały elementy znane człowiekowi. Idąc tym tropem, Bentrum zakładał, iże każde inteligentne i rozumne stworzenie mogło tutaj istnieć, albowiem doświadczyłoby znanych mu bodźców. Żaden obiekt tego świata nie zadziwiał, nie był obcy. Jednakże, cały fenom polegał na oddziaływaniu na tychże obiektach. Stwórca pokoików, o ile takowy istniał, przedstawiał znane obiekty w sposób chaotyczny, a to tworzyło niezrozumienie. Bóg tego miejsca przypominał obłąkanego alchemika w czasie mieszania dwóch substancji. Substancje owe w normalnych warunkach oddziaływałyby na siebie gwałtownie, żaden szanujący się alchemik nie łączyłby ich, bowiem przyniosłoby to szkody. Szalony alchemik natomiast czynił to, być może z przyjemnością. Mieszał płyny, tworząc niebezpieczną mieszankę – ale ona działała! Działała, funkcjonowała! Tym światem działała pokręcona równowaga, a próba z krowami i dzwonkami były tego dowodem. Patrząc na to jeszcze inaczej – dziecko bawiło się zabawkami, będąc w kotle parującego, rozgrzanego oleju. Ciało młodzieńca roztapiało się pod wpływem wysokiej temperatury, młodzieniec ćwiczył swoje zdolności manualne zabawkami, zabawki, kocioł i pocieszny milusiński zadowalał obserwującego to wszystko rodzica, który urządził plac zabaw rodem z Czeluści. Lewiatan i kompleks pokojów przedstawiał to samo, ale w innym ułożeniu. Tutaj trzeba było inaczej wykorzystywać logiczny umysł.

Alechemik zapamiętał artystycznie przedstawianą treść gobelinu za pomocą prostych skojarzeń: dwie kuśki rodziły dziecko, elfia gałązka i krasnoludzki węgielek dawało człowieka, a Jamig kochał trupa kobiety. Róża łączyła cały ten syf. Resztę elementów uczony zapamiętał podobnymi skojarzeniami

Ruszył do pokoju Indrumona, prawie nagi, z czapką na głowie i sercem golema pod pachą. Zakrwawione spodnie wydały się jakby cięższe, a buty zapewne pozostawiły po sobie czerwone ślady.

Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

08 kwie 2014, 20:55

S

tworzenie, światostworzenie. Na początku nie było nic, a potem nagle było. Był on. Brak oddechu, brak bólu w pęcherzu, który od dawna domagał się ujścia. Było przyjemnie, jak wtedy, gdy kąpał się w krwi służki. Haha, to były czasy, krwawy książę na tronie. Ale, chcąc nie chcąc, wiedział gdzie był. To przecież było wspomnienie, coś co już przeżył. Początek jego parszywego życia, tego znienawidzonego i pełnego zniszczenia. Szpony. Tak, miał je kiedyś, nim jeszcze nie uciekł do innego ciała. Trochę szkoda, że musiał porzucić to wszystko… acz, to chyba dobrze, że się uchował. Do teraz. By znów tu wrócić. Koło życia się zapętliło, ale tym razem wiedział co ma robić. Tak, musiał ją ranić w brzuch. Przecież chciał się wydostać, chciał już poznać świat. Już nawet nie pamiętał jak miała na imię, pamiętał jedynie, że musiał uciekać do innego ciała. Opętać inne ciało. Stać się Morkiem, duszą demona a ciałem człowieka.

N

astąpiła światłość. Ściana rozdarła się, światło niszczyło wzrok. Chciał już ciemności, zapadnięcia we własną domenę. Niepotrzebnie się ujawniał, mógł poczekać, zebrać więcej sił. Ale wiedział jak to się skończy. Będzie musiał uciekać, dusza będzie musiała zwiewać. W objęcia ciała młodego szlachcica, którego potem wszyscy wzięli za chorego umysłowo. O, jakże pięknie było tłamsić jego dziecinną duszę, zabierając z niej powoli całe dobro, pozostawiając jedynie mrok. Zabił nawet jego rodziców, bo przecież to było takie zabawne. Potem poszedł do Minaloit, chciał jedynie zemsty. Ukrył się pod postacią niegroźnego człowieczka, małego, szarego, ale obdarzył go niebotyczną mocą. Dzieciak myślał, że to u niego wrodzone. Nic bardziej mylnego, napędzał go sam demon!

I

luzje, Aleksis wyjmujący go z brzucha jego pojemnika, nośnika, czegoś co by go wzmocniło. Nigdy nie przywiązywał żadnej wagi do tego, kim była. Ważne, że była silna. Że pozwoliła mu żyć na tyle długo, by mógł potem uciec do innego ciała. Że dała mu życie, które jednak zostało szybko odebrane. Przynajmniej te z ciała, dusza pozostała. Spaczona złem, przesiąknięta cierpieniem i zalewana miodem nienawiści. Oh, jakże kochał tę nienawiść. Mógłby się w niej pławić, bo to ona napędzała do czynu. Najpierw zabił Aleksa, a teraz bawi się z nim w swym własnym dworze. Nasyła na dzieciaka coraz to nowe wizje, by alchemik nie wziął go na poważnie, jednocześnie realizując swoje własne zamysły. Mork to tylko figurka, bo mózg Morka był złem. Jakaś jego partia należała do demona, jakaś jego partia miała przynieść jego odrodzenie. Ukrył się w nim na tak wiele lat, dając mu jedynie swoje wspomnienia, nienawiść i zło. Sterował nim po cichu, a kiedy przyjdzie czas, będzie mógł zabijać Aleksa raz za razem. W nieskończoność. Tak na ziemi, jak i tutaj. Przypominając sobie wczesne chwile, by pokazać Morkowi, jak bardzo cierpiał. Pokazać jego ludzkiej jaźni, jak bardzo chciałby zabić Aleksa jeszcze raz. Pławić się w krwi, w zemście, cudownej zemście!

D

ziecko poczęło się szarpać. Gryźć, drapać, próbować wyrwać. Przerażona dusza Morka nie rozumiała, nie chciała rozumieć. Dusza demona dokładnie wiedziała co robi. Mork chciał uciekać, demon wiedział, że opęta Morka. Cudowne połączenie, okupione wcześniej cierpieniem i bólem. Cykl się zatacza. Demon musi zostać uśmiercony, by ciało Morka stało się dla niego dostępne. Czekał tylko na tę możliwość. Dusza Morka przeżywała to pierwszy raz, nie chciała tego. Wiła się, wiedziała, że to ostatnia szansa na uratowanie się przed ciemnością. Ciemnością, która następuje przed światłem.

"Jam częścią części, która ongiś wszystkim była,
Jam częścią tej ciemności, co światło zrodziła,
To dumne światło, które matce nocy
Dziś miejsca przeczy, znaczenia i mocy
Lecz bezustannie, choć o to zabiega,
Niby zaklęte, wciąż do ciał przylega,
Ciała upiększa, z ciał na powrót płynie,
Ciało wstrzymuje je w rozpędzie,
A więc, jak ufam, niebawem to będzie,
Że wraz z ciałami samo zginie."
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

08 kwie 2014, 21:57

MG

Kolejny omen zaatakował Morka, a on ponownie w lot zrozumiał jego pokrętną naturę. Tam, gdzie umysły większości śmiertelników poddałyby się, zwariowały i przestały tym samym normalnie funkcjonować, jego działał niczym dobrze naoliwiona maszyna. Pojął, dlaczego się tutaj znalazł i do kogo należą wspomnienia, w których uczestniczył. Poczuł dwoistość własnej natury, połączenie, jakiego Lewiatan nieczęsto doświadczał. Pozwoliło mu to odciąć się od tego, czemu świadkował, spoglądając na świat oczami demonicznego dziecka. Był niczym widz, który oczami jednego z aktorów obserwował makabryczną, rozgrywającą się przed nim scenę. Rozsiadł się wygodnie w ciele, które nie należało do niego. Wiedział, że nadal jest tym samym Morkiem, nie dał się omamić. Czuł przerażenie, złość i smutek, ale wiedział równocześnie, że uczucia te nie pochodzą od niego. Był bardzo związany z tym, co się przed nim rozgrywało, ale była to więź jedynie emocjonalna. Czuł się tak, jakby wpłynęła na niego wyjątkowo poruszająca pieśń, w której słuchanie zaangażował się całym sobą. Całym sobą odczuwał każdy jej dźwięk. Rozumiał motywy, jakie pociągnęły barda do jej ułożenia. Empatia wypełniła każdą część jego umysłu. Widział, jak Aleksis Bentrum wyciąga znienawidzoną rękawicę alchemiczną, jak przygotowuje magiczne komponenty i zwykłą, szklaną fiolkę. Czuł, jak umiera ten, kogo oczami patrzył na świat, jak dziecko, w które się wcielił, zaczyna się dezintegrować. Po chwili jego wizja rozmyła się, a on ponownie stał się sobą. Leżał na drewnianej podłodze, a prawda uderzyła go niczym rozpędzony ogier.

Tak, był opętany. Nie wiedział od kiedy, ale niechybnie nie znajdował się we własnym ciele samotnie. Słabe, demoniczne dziecko, które Aleksis pokonał dawno temu na Pustyni Śmierci odnalazło go, obierając jego obłęd za idealną bramę do wnętrza jego duszy. Rosło wewnątrz niego w siłę, wywierając wpływ na każdy jego ruch. To dlatego zaatakował burmistrza Bentruma, dlatego niemal sam przy tym zginął. Zrozumiał to wszystko w jednej chwili, tak, że aż zakręciło mu się w głowie. Czuł innego ducha w sobie tak namacalnie, jak własne, fizyczne ciało. Demon nie był dojrzałym osobnikiem, emanował głównie prostymi emocjami, których okazywania nauczył się od swojego nosiciela. Nie mógł mu pomóc w tym, z czym mierzył się w tym wydartym z łona Lewiatana miejscu. Sam był potrzebującą, niezdolną do samodzielnego funkcjonowania istotką.

Wiedza, którą tak nagle uzyskał Mork, była dla niego błogosławieństwem. Tak jak Bentrum szukał go w bogach, tak on znalazł je we wnętrzu siebie. Stał się silniejszy, bardziej zdeterminowany i skoncentrowany. Oczywiście jego obłęd ani myślał z niego wyparować, teraz jednak zyskał w tym wszystkim malutkiego przyjaciela. Przyjaciela, którego pewien alchemik wydarł z wnętrza jego matki na jej prośbę i którego następnie bestialsko uśmiercił. Mork współczuł mu z całego serca, wiedział, że musi się nim zaopiekować tak, jak nieświadomie robił to dotychczas. Czuł, że swoim istnieniem chroni teraz dwa życia – swoje i obrzydliwego, nienarodzonego dziecka, które teraz kwiliło gdzieś w zakątku jego własnej duszy. Miał kogoś, kogo musiał chronić, a to sprowadziło na niego niezwykły spokój. Poczuł ogromną odpowiedzialność, ale również bezbrzeżną radość – wreszcie miał kogoś, kto bezwarunkowo go kochał, nie mogąc bez niego istnieć. Drzwi kwadratowego pomieszczenia prowadziły go prosto, dalej znajdował się pokój, w którym nie tak dawno się obudził.

W innej części Dworu Aleksis Bentrum po dokładnych oględzinach gobelinu, z jakim zetknął się w jednym z pomieszczeń udał się do komnaty ze zbudowanym z ziemi posągiem Indrumona. Przypominał on poprzedni, ten, który już obdarował Czarnego Kamienia swoim niesamowitym darem. Odczucia burmistrza były podobne, jak poprzednio – zgięty szacunkiem i świadom swej małości długo nie mógł podnieść wzroku. Czuł się słaby, ale nie tylko z powodu odniesionych ran. Choć jego żebra dawały mu się we znaki, a jego ciało powoli pokrywało się siniakami, to czujny wzrok Indrumona pokarał go najbardziej. Wieczny Obserwator zdawał się go potępiać, chociaż alchemik jeszcze chwilę temu podołał jednej z wielu prób przyszykowanych dla niego w tym dziwnym dworze. Sam był szczęśliwy, bo żył, bo dał radę wyzwaniu i uciekł z obłąkanej łąki. Obecność posągu boga sprawiła jednak, że musiał zrewidować swoje poglądy. Czyżby mógł zrobić to wszystko lepiej? Jaki był jego wpływ na to, że spokojne pastwisko przekształciło się w istny koszmar? Bentrum mimo woli zaczął obwiniać się za zaistniałą sytuację. Poczuł też, że to dopiero początek jego wędrówki, a tego typu przeciwności napotka tutaj jeszcze o wiele więcej. Krowy były pierwszym omenem, z jakim się zetknął, ale na pewno nie ostatnim.

Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

08 kwie 2014, 22:44

L

eżał na podłodze. W mordzie czuł kapcia, na plecach gigantyczny ciężar. Szkielet bolał jak pojebany, każdy nerw zdawał się pulsować. Dotknięcie czegokolwiek sprawiało ból, ale ból karmił "jego". Chciałby pozyskać szkalnicę wody, lecz nie mógł na nią liczyć. Miast tego budziły się w nim kolejne części ciała. Noga, ręka, oczy, uszy, wszystko po trochu. Nos począł wchłaniać kurz, kichnął. Takie ludzkie, takie zabawne. Roześmiał się. Ślina popłynęła na podłogę, wpadając pomiędzy deski i ginąc gdzieś w otchłani nieznajomego. Już się nie bał. Począł uderzać pięściami w podłogę, kopać nogami i się śmiać. Histerycznie, mocno, źle. Łzy popłynęły z jego oczu. Było mu źle. Całe życie czegoś szukał, a teraz odnalazł. Idea zlała się z rzeczywistością i pochłonęła ją, nie zostawiając nic prócz czerni. Wszystko stało się czarne. Czarna dusza, poczerniały umysł, czarne ściany i czarne życie. Idea się ulotniła, pozostała harda rzeczywistość.

D

źwignął się na nogi. Nie wyglądało na to, by coś miało mu w tym przeszkodzić. Otworzył oczy. Nie miał jak się przejrzeć, nie miał też możliwości spojrzenia na swą twarz. Ale to już nieważne, poczuł inne potrzeby. Stopy zdawały się sunąć same przed siebie, ręce macały ściany, coby móc jakoś zrozumieć dokąd idą. Poruszał się niczym poskładany z części, każda kończyna chciała iść w inną stronę. Do uszu docierało jedynie bicie serca. Równe, spokojne, dumne. Serce, które zrozumiało swoje przeznaczenie i do niego przywykło. Zrobiło to jako drugie, zaraz po umyśle. Ten zdawał się podejrzewać cały czas. Jedynie ciało nie słuchało, ciało chciało uciekać, ciało nie rozumiało. Ciało powlokło się ku balkonowi, z którego zwiesiło głowę i poczęło rzygać. Długo, w kolejnych spazmach, wyrzucało z siebie wszystko to, czego nie chciało. A nie chciało tak wielu uczuć…

G

dy skończył owy niezbyt przyjemny proces – usiadł. Zanurzył palce w śniegu, który leżał pod nim i począł smakować się ciszą. Ciało… ciało chciało odpocząć. On zaś chciał się ochłodzić i pomyśleć. Zdawał się być ranny, lecz nie na zewnątrz, jedynie w środku. Rana, która wypełniała go od dnia narodzin drugiej jaźni w jego małym ciele. Rana, którą zagoić mógł jedynie poprzez zemstę na najbardziej znienawidzonym. Jednocześnie, chciałby go ratować, bo już raz go utracił – utracił sens żywota. Demon nie odpuści, wiedział o tym. Prędzej czy później przejmie władzę i pocznie kierować się własnymi instynktami, szukając ujścia dla swej nienawiści. Mork go nie powstrzyma, przecież był tylko marionetką, od samego początku. Przebłysk klarowności własnego umysłu uznał za zbawienny i oczyszczający, zdawał sobie jednak sprawę z tego, co nastąpi później – a miało nastąpić bardzo wiele.

W

stał, kończąc przedstawienie głupawego wewnętrznego poeciny. Mógłby pisać jakieś wypociny, silić się na jakieś większe uczucia co do samego siebie, ale przecież miał misję. Był zbawcą, tym, który przynosi ukojenie. Trzymał na barkach cały świat, zaś cały świat nie mógł wytrzymać bez niego. Mógł oprzeć się bogom, mógł robić co tylko mu się podobało – odpowie za to po śmierci, która już nastąpiła. Cóż za ironia, cóż za patos, cóż za wielkość. Taniec z wilkami, wilków już nie ma, tancerz jakiś lichy i niemrawy, zaś ognisko stygnie. Oto życie wielkiego przywódcy, oto szara rzeczywistość. Idea znika, pozostaje jedynie prawda, wszystko zastyga w bezbłędnym niezrozumieniu.

W

łóczył się wśród pokoi, szukał czegoś, co przegapił. Prawdopodobnie teraz to zauważy, odkrył bowiem "jego". Może będzie to jedynie nieznaczna poszlaka, może będzie to niesamowite odkrycie – nie wiedział. Starał się jednakże nie trafić do pokoju z krowami, nie chciał bowiem znów rozjuszać maluszka, którym właśnie się opiekował. Dziecko rozwijało się dobrze, pewnie niedługo zacznie mówić pierwsze słowa, jak "mama" czy "bep". Mork będzie dobrą mamą, piękną i urodziwą, która zaopiekuje się tym, co odrzucili wszyscy inni. Będzie dla niego tym, czego nigdy nie miał. Zmieni bieg losu i może przekona swego synka, by nie mścił się na Aleksisie. By nie wchłaniał umysłu własnego rodziciela, chcąc jedynie niszczyć i plądrować. Ale, kto go tam wie, z drugiej strony mógł robić co chciał, nikt mu przecież nie zabroni, był demonem. Rozmyślania na ten temat przestawały mieć powoli sens, bowiem czuł jak umysł znów zagłębia się w swym własnym świecie.

M

ork westchnął.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

08 kwie 2014, 23:06

Stanął przed obliczem posągu wyrzeźbionego z bogactw ziemi. Gdy człowieczy wzrok zetknął się z boskim okiem, Aleksis poczuł potęgę, która skupiła swą uwagę na śmiertelniku. Wieczny Obserwator patrzył oskarżycielsko na Bentruma, jakby ten czekał na ostateczny wyrok mogący na zawsze odmienić jego los. Zielone oczy momentalnie uciekły od siejącego pogrom boskiego wejrzenia.

Czarny Kamyczek upadł na kolana przed kreatorem wszelkich ziem, które były domem dla wszystkich śmiertelnych istot Lewiatana. Czarny Kamyczek był jeno nic nieznaczącym ziarenkiem w dłoniach Indrumona. Dłoniach, które mogły pragnąć wyegzekwowania kary za winy alchemika. Umysł Bentruma począł rozmyślać nad wszystkimi uczynkami życia, nad pozostawioną przez siebie historią. Ponowna słabość dopadła człeka, poczucie winy stało się cięższe z każdym oddechem niosącym ciału gnębiący ból.

Nagle alchemik się zreflektował. W mgnieniu oka pojął, że większość pokojów wdrążała do jego umysłu sugestie. Pierwsze uczucie łapiące za moralność obudziło się w pokoju zamordowanego Festera. Alchemik poczuł, widząc ciało starego druha, że był odpowiedzialny za jego śmierć. Prócz szalejącej wtedy rozpaczy, alchemik wziął na barki ciężar winy za śmierć krasnoluda. Niemniej, jaki był tego sens? Owszem, Fester wygnał precz swego jednorękiego pacjenta z chaty, ale wujaszkowi nic nie dolegało! Dlaczego pomyślał, że mógł podłożyć cegiełkę w takową zbrodnię? Dwór oddziaływał na umysł sugestiami, były one pozytywne i negatywne. Błogosławieństwo Mealena było przykładem łaski, które wygnało otępiające umysł myśli. W jakim celu stworzono owe sugestie? Dlaczego pokoje posiadały takową potęgę? To była gra, skomplikowana intryga wychodząca poza zrozumienie wszystkich książąt Autonomii razem wziętych. Alchemik musiał pojąć zasady, niemniej były one trudne do pojęcia.

Świdrując oczami podłogę, Aleksis postanowił wziąć do serca przeżywane właśnie doznania. Musiał odpokutować, aby Indrumon przebaczył alchemikowi. Słowa skruchy musiały wyjść z pokornego nastawienia i szczerej chęci poprawy. Pokutujący zdjął czapkę ze swojej głowy i zaczął mówić, natchniony mocą miejsca nawiedzonego przez boga.

- Indrumonie, jesteś równowagą i ładem całego świata. Jam jest solą, prochem, który rozproszy się na wietrze i wróci do ciebie. Wszystko stoi na ziemi, którą stworzyłeś, Indrumonie. Moja matka żywiła się dzięki tej ziemi, ja również żywiłem się dzięki tej ziemi i do niej powrócę, aby i ją pożywić – mówił delikatnym, szukającym wybaczenia głosem. Mowa przedstawiała Indrumona w oczach Aleksisa, który ten właśnie oddawał całego siebie boskiej wszechpotędze. - Jeśli to miejsce szkodzi równowadze, jeśli ja sam zaburzam ład… PRZYWRÓCĘ GO! – Niespodziewanie krzyknął, uderzając prawą pięścią o swój mostek klatki piersiowej, dając znać, że gdy przyjdzie potrzeba, Bentrum mógłby poświęcić samego siebie. - Pozwól mi odkryć tajemnicę tego świata, jego prawa. Jestem Czarnym Kamieniem i tobie zawdzięczam to, kim jestem, Indrumonie. – Szybkim ruchem dłoni wyrwał z czapki klejnot. Na klęczkach Bentrum zbliżył się do posągu i położył kamień przy stopach boga. - Jestem takowym kamieniem, dlatego powierzam tobie moje życie. Jeśli ma zostać teraz zabrane, niechaj tak będzie.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

14 kwie 2014, 23:00

MG

Uzyskawszy nowy, czy właściwie pierwszy w jego życiu sens istnienia Mork zdawał się powoli dochodzić do siebie. Jego żołądek uspokoił się na tyle, że wreszcie mógł rozejrzeć się po balkoniku, na którym wylądował. Było mu bardzo zimno, wszak nie miał na sobie ubrań. Jego oczy łzawiły, a wizji nie polepszało trzęsące się w niekontrolowany sposób ciało. Szaleniec zamrugał kilka razy, dostrzegając wreszcie, że coś się w tym miejscu zmieniło. Skorupa lodu okalająca Szablogrzbieta stopniała, pozostawiając po sobie jedynie mokrą, szybko zamarzającą plamę. Sam miecz leżał na niej niczym porzucona zabawka. Czyżby to siedzące we wnętrzu Morka demoniczne dziecko sprawiło, że mógł się on teraz uzbroić? Cóż, on z pewnością w to nie wątpił.

Znajdujący się jednocześnie bardzo blisko i niesamowicie daleko Aleksis Bentrum miał swoje rozterki. Napotkał kolejny posąg krasnoludzkiego boga, bardzo podobny do poprzedniego, ale zbudowany z innego materiału. Również jego odczucia były dość podobne. Czarny Kamień ufał, że Indrumon również może mu pomóc w jego wędrówce, tak samo jak zrobił to Mealen. Spotkanie kolejnego symbolu pradawnej religii brodatego ludu napełniło jego serce otuchą. A nuż i ten bóg powierzy mu swój dar? Bentrum ponownie zaczął się żarliwie modlić. Kiedy zawodziło logiczne rozumowanie jego myśli automatycznie uciekały w kierunku metafizyki, bogów i niepojętych zjawisk. W miejscu takim jak to było to całkowicie zrozumiałe. Dwór nie rządził się prawami znanymi światu, do którego przywykł Aleks. W jego głowie było już kilka koncepcji co do działania tego dziwacznego labiryntu, ale nadal nic nie potwierdzało jego przemyśleń. Zaiste każde z pomieszczeń było inne, specyficzne i wzbudzało inne odczucia. Doszukujący się jakiegoś wzoru i schematu umysł Czarnego Kamienia nie potrafił jednak znaleźć reguły w tym chaosie. Ostatecznie doszedł on do wniosku, że stojąca za tym wszystkim istota postępuje zrozumiale tylko dla siebie i sobie podobnym. Nie starał się jej zrozumieć, gdy nie posiadał jeszcze dostatecznej ilości informacji. Nie przeszkadzało mu to oczywiście w rozmyślaniach, jednak olśnienie nadal nie spływało. Być może to sam Indrumon musiał go udzielić.

Figura boga stała niewzruszona litanią swego gościa. Nawet, gdy pod jej nogi trafił rubin z czapki burmistrza, nic się nie wydarzyło. Atmosfera w pokoju nie zmieniła się, Wieczny Obserwator nadal zdawał się być zdegustowany miejscem, w którym się znajdował. Aleksis zrozumiał, że jedyną możliwością uzyskania daru od tej istoty było faktyczne przywrócenie ładu w tym chorym miejscu. Puste deklaracje nie zadowalały niewzruszonego opiekuna ziemi. Tak jak ona tak i on pracował powoli, dając sobie czas na przemyślenie swych działań. Kamień szlachetny podarowany przez Bentruma nie był wystarczającą ofiarą. Tak jak Mealen był bogiem raczej aktywnym, nie bez przyczyny uzyskując przydomek Kowala Dusz, tak Indrumon słynął ze swej obojętności wobec problemów śmiertelników. Tym razem Czarny Kamień nie wkupił się w jego łaski.

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 9 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 9 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.