Dwór Pomiędzy Spektrami

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Dwór Pomiędzy Spektrami

11 sty 2014, 12:17

MG

Sceneria dziwacznego świata, w którym znajdował się Mork, zafalowała. Wszystko zdawało się zacierać, jakby jego duch oddalał się od miejsca, w którym był jeszcze chwilę temu. Czuł, jakby coś za nim podążało – a było to coś wielkiego i wściekłego, chcącego go najwyraźniej rozszarpać. Szalony mag uciekał przez swe wspomnienia, jednak żadne z nich nie dawało mu bezpieczeństwa. Czuł się zagrożony, jego ostatni bastion padał pod naporem nieznanych, niewidocznych wojsk. Chcieli znaleźć go i stłamsić nawet tutaj, w niezdobytej dotąd twierdzy jego własnego umysłu. Przekraczał kolejne, zamknięte dotąd nawet przed nim drzwi, robił to wszystko tylko po to, żeby uniknąć frontalnej konfrontacji. Jego duch dryfował, płynął bez celu przez żyły samego Lewiatana, przez Nicość i Spektra, byle dalej. Nie czuł już niczego, wyzwolony z okowów śmiertelnego ciała. Był czystą esencją samego siebie, niepodlegającą fizycznym prawidłom duszą. Przestał już myśleć, postradał życie, a wraz z nim świadomość. Był całkowicie wolny, naraz wszędzie i nigdzie, przekraczając naraz całą nieskończoność Omsnispektrum… Potem jednak uderzył się mocno w głowę i rozbudził, czując pod sobą twardą, drewnianą podłogę.

Kwadratowe pomieszczenie, w którym się znalazł, było całkowicie puste. Na każdej ze ścian znajdowały się proste, jednoskrzydłowe drzwi. Nie było w nim niczego, co przykuwałoby uwagę. Ciemne drewno na suficie, ścianach i podłodze – porządne deski. Chwilę zajęło Morkowi rozeznanie się w nowej sytuacji. Czuł się niepokojąco dobrze, nic go nie bolało, a jego ciało po bliższych oględzinach okazało się być całkowicie sprawne. Nie był głodny ani spragniony, a jego odzienie było dokładnie takie same, jak za życia… Właśnie – czy w ogóle mógł uznać się za martwego? Oddychał, czuł, żył, mógł chodzić, gadać i skakać. Nie miał żadnych ran, jego myśli były czyste i niczym niezmącone (o ile można tak mówić o myślach szaleńca). Czyżby ktoś go wskrzesił? Ostatnie, co pamiętał, było jedynie głupim snem z lecznicy, ale teraz odróżniał już sen od jawy. Miejsce, w którym się znajdował, było zdecydowanie materialne, nie niepokoiło. Dziwna sprawa, że mimo braku okien pomieszczenie było widoczne dość wyraźnie, a kolory nieprzekłamane. Nie sposób było na to narzekać.

Gdzieś dalej (lub bardzo blisko, nie sposób było ocenić) w dokładnie takim samym pomieszczeniu znajdowała się jeszcze jedna osoba. Miała podobne odczucia, z tym jednak wyjątkiem, że czuła się o wiele bardziej zdezorientowana. Kurz, pył, ból, mocne uderzenie w głowę… i nagle to. Zdecydowanie – Aleksis Bentrum miał mocne powody do drapania swej czarnej czupryny w zastanowieniu. Co ciekawe, mógł to robić oburącz. Z pewnością fakt posiadania dwóch sprawnych dłoni zaskoczył go najbardziej. Z tego, co pamiętał, jednej z nich już dłuższy czas przy nim nie było. Teraz jednak w połowie nieistniejąca dotąd kończyna działała perfekcyjnie. Ubranie Czarnego Kamienia było tym, które ofiarował mu swego czasu sam namiestnik. Czyste, schludne – był nawet beret, który spadł z aleksisowej głowy, gdy ten leżał sobie w najlepsze na ciemnych deskach podłogi. Samo to, że burmistrz znalazł się nagle w nowym pomieszczeniu mogło przyprawić go o zawroty głowy, ale, podobnie jak Mork, alchemik w jakiś irracjonalny sposób nie bał się. Jego nowe położenie nie niepokoiło, nie przytłaczało, jawiło się jako kolejna zagadka do rozwiązania. Póki co nie było powodów do paniki. Jeszcze.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

15 kwie 2014, 12:34

Klęczał, oczekując na znak od Indrumona. Gorliwe słowa i ofiara miały odkupić winy alchemika i pozyskać przychylność Wiecznego Obserwatora. Atmosfera pokoju pozostawała bez zmian. Posąg dalej był zniesmaczony tym miejscem, a jego wzrok dalej karał człowieka. Zaiste, ten świat musiał zostać stworzony przez potęgę istoty będącej geniuszem lub szaleńcem. Świat ten przyciągał bogów, tworzył krainy i wpływał na Aleksisa wieloma sugestiami.

Być może pokój Indrumona należało potraktować jak zagadkę, chłodniej traktując problem tegoż pomieszczenia? Być może należało coś zmienić w samym pokoju, dostarczyć jakiś konkretny dar, ukazać odpowiednią postawę? Bentrumowi wydawało się, że był nieustannie obserwowany przez boskie oczy. Może rozwiązania tkwi na zmyśle wzroku, ukazując bogowi konkretną rzecz? Należało się kierować symboliką, Indrumon ukazywał równowagę, był przewodnikiem odkrywców. Cóż, Bentrum postanowił przejść do kolejnego pomieszczenia, zostawiając – na razie – Indrumona w spokoju.

Wstał, patrząc w ziemię jak skarane dziecię i udał się do kolejnego pomieszczenia według planu. Pociągnął za klamkę prawych drzwi.

Przekroczywszy próg, ze zdziwienia otworzył swe usta. Powiew mroźnego powietrza powitał go w zapierającym dech w piersiach pięknu. Surowe góry Ikrem rozciągały się przed nim, tworząc znany mu krajobraz. W cieniu tych gór znajdowało się Minaloit, jego dom. Las iglasty zdobił biały puch. Płatki śniegu tańcowały wokół zbliżającego się do balustrady Czarnego Kamienia. Mężczyzna zadrżał przez mróz. Był niemal nagi, a chłód tego miejsca począł wyrywać ciepło ze zmęczonego ciała.

Zwrócił uwagę na krasnoludzkie łby. Niekorzystne warunki skutecznie odebrały mu chęci na zapamiętanie ich kolejności. Wyglądało na to, iże to był kraniec abstrakcyjnej północy, idąc krawędzią. Teraz należało kierować się wschodem, czyli iść na południe. Trza przyznać, że widok szczytów górskich poprawił humor Aleksisa, lecz wiedział on, że dłuższy pobyt na balkonie mógł okazać się dla niego zgubny. Skręcił w prawo, aby zbadać dalszą część balkonu. Zwrócił uwagę…

W oddali stał jakowyś jegomość. Czyżby i to pomieszczenie okazało się cholerną pułapką szalonego stwórcy? Im dłużej zielone oczy świdrowały niepokojący widok, tym bardziej alchemik utwierdzał się w przekonaniu, że znał tę postać. Po chwili wzrok Bentruma zwrócił uwagę na jeszcze jeden element. Na Szablogrzbieta leżącego w wpół stałej substancji, zapewne w kałuży jakiegoś płynu.

Dawny mistrz zapragnął swej świadomej broni, która dobrowolnie wybrała swego dzierżyciela na pana. Jeśli Bentrum pochwyciłby to ostrze, mógłby obronić się przed tą cholerną postacią, która znajdowała się naprzeciwko jego. Zaiste, pochwycić miecz i dać nogę – to był plan.

Alchemik ruszyłby szybkim krokiem ku broni. Dawałby z siebie wszystko, aby złapać za miecz. Wiedział, że jeśli była to kolejna próba, a postać byłaby wrogo do alchemika nastawiona, należałoby się czymś obronić. Czarna stal ozdobiona złotem… ciekawa jak wyglądałoby na niej krew? Bentrum przyśpieszył krok. Pochwycić ostrze!

Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

15 kwie 2014, 21:48

P

opatrzył na metal. Po co mu metal? Metal był zły, skakał, siepał i drażnił. Służył ku złemu, nie służąc ku sensownemu. Tańczył pośród trupów, zaklinając ich i karząc podążać za sobą. Ah, pierdolenie. Metal był zabawny. Mógł zabijać. Albo i nie. Mógł służyć ku dobremu. Mógł stworzyć… mógł stworzyć buty. Buty. Cholerne buty. Niby nic, a jednak coś. Popierdolony nieboskłon butów. Ale nie, nie, to plan na przyszłość. Tajemniczy grajek w bucikach z marmuru, powieszony na sznurku i grający swój ostatni, łabędzi śpiew. Ciekawe kiedy w końcu zrozumie swój błąd. Błędem był ten metal, to cholerne złoto, którego chciał za dużo. Chciał wypchanej sakiewki, ładnej kurewki i mnogości polewki. Ale polewki zabrakło, kurwy okazały się brzydkie a sakiewka zmalała, jak jego kuśka. Właściwie, został kastratem. I o co? O metal. Nie, Mork zdecydowanie nie chciał aktualnie metalu. Chciał go pooglądać z daleka, nie zbliżając się zanadto.

W

idząc jak coś przełazi przez drzwi chatki, zastanowił się. Przecież jeszcze niedawno widział, jak wchodzi tam mała dziewczynka. Teraz wyłaził dorosły chłop. Konkluzja mogła być tylko jedna – zgwałcił ją, zabił, szukał kolejnej ofiary. Ale Mork był przecież kobietą, toteż jego to nie dotyczyło. Nie da się zgwałcić kogoś, kogo organizm nie jest ludzki. A kobieta to przecież nie człowiek. Kobieta to worek łajna. Mógł być szczęśliwy. Nie był już dziewczynką. Mógł być spokojny.

B

um cyk cyk, bum cyk cyk, telepał się mózg Morka. To w prawo, to w lewo, to w górę, to w dół. Nie wiedział co pił, ale powoli logika odpływała, zlewając się z czasem. Czasem, kolejnym czasem, który odpływał. Nie czuł czasu. Nigdy go nie było, nigdy nie będzie, zawsze był młody. Powoli brnął dalej, ale zawsze był sobą. Czas i miejsce nie miały znaczenia. Subiektywne poznanie, doza tajemniczości oraz wewnętrzne oko – to było to, co kochał. Był upiorem, który przychodził nękać wyznawców Lorven, podkładając im nogi na przejściu przez drogę. Drogę życia, cholerne chuje na to zasługiwały. Wypierdalał ich w gówno, wciskał w ziemię i pławił się w ich zwłokach.

Stój, rącza sarno. Nie chcesz chyba zranić swego sojusznika, brata? Nie chcesz chyba odrzucić swej duszy, gdy stoi przed tobą. Żywa, samodzielna, twoja. – popatrzył swymi zielonymi oczyma, był całkowicie spokojny. Wojna się go nie imała, bo był tylko projekcją umysłu Aleksa. Nie miał celu innego niż cel Aleksa, bo był nim i tylko nim. Był jego wewnętrznym ja, sumieniem, honorem, duszą.
Jam twoim sumieniem, jam twoim poznaniem. Przybyłem tu, by ci pomóc. Więc odrzuć tę broń, zaniechaj bitwy, bom tylko twój. Nie rań siebie samego, Aleksisie Bentrumie. – zrozumienie, poznanie, spaczenie. Stał w miejscu, podniósł tylko rękę, na znak pokoju, na znak poddania. Nie chciał niczego, chciał spokoju. Chciał rozmowy. Chciał zjednoczyć się ze sobą samym i iść drogami życia zgodnymi ze samym sobą. Przeskoczyć na jasną stronę swego jestestwa, o ile takowa istniała. I tak stał, czekał, choć równie dobrze mógł siedzieć. Nie, raczej stał.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

17 kwie 2014, 03:00

Wbrew zmartwieniom Aleksisa, obca istota jeno przyglądała się alchemikowi zmierzającemu po leżący na podłodze miecz. Podniósł Szablogrzbieta, czując ogromną ulgę w sercu. Pragnienie dobycia egzotycznego oręża ziściło się, sługa powrócił do swego pana. Nawet jeśli ten jeszcze nie zareagował na obecność mistrza, sam w sobie był bronią mogącą zabić. Czarne ostrze zadrżało, bowiem dzierżąca je ręka trzęsła się od zimna.

Bentrum przekręcił dłoń, unosząc ostrze do góry. Natychmiast zawiesił swój wzrok na nieznajomym, który zaczął przemawiać zagadkami. Dziwna mowa była co najmniej niejasna. Mówca był nagi i nieuzbrojony, niemniej wszystkiego można było spodziewać się po tym miejscu. Aleksis nie zdziwiłby się, jeśli paplanina nieznajomego okazałaby się zabójcza. Poza tym – osoba ta znała imię uczonego. Wiedziała kim był.

Przenikliwy wzrok Czarnego Kamienia świdrował niebieskie niczym niebo oczy kogoś, kto przypominał nawiedzonego wieszcza. Alchemiczne wejrzenie wydawało się dokopywać do jestestwa nieznajomego. Wizja Bentruma, jakby potrafiła przejrzeć byt ten na wylot, odkrywając wszelkie tajemnice. Aleksis dostrzegł w intensywnej barwie tęczówek obserwowanego odbicie zielonego, jakby owe tęczówki przeistaczały kolor niebieski na zielony. Dzierżyciel Szablogrzbieta był nieporuszony zniszczonymi ustami, które niemal upiornie przedstawiały lico jegomościa. Widok brwi sprawiał, że Alchemik nie był pewny czy widziana przezeń osoba celowo sobie ich nie wyrywała. Jego postura była chuda, niepozorna. Budził nieufność.

Górski wiatr targał czupryną Aleksisa. Na klatce piersiowej założono opatrunek uciskowy zabrudzony krwią. Zielonooki oddychał nieregularnie przez zimno, jednakże zachowywał skupienie na obcym. W jednej dłoni trzymał miecz, w drugiej zawiniątko skrywające spory, wypukły obiekt. Gdzieniegdzie na korpusie i ramionach widoczne były siniaki.

- Poznaję twoją twarz – stwierdził niespokojnie. Głos nie ukrywał poruszenia i zdenerwowania. Niepewność wylewała się z niego niczym woda z dziurawego wiadra. – Widziałem cię w gobelinie. – Wycelował ostrze ku niebieskookiemu. – Kim jesteś i czego chcesz? – Zapytał groźnym szeptem, który emanował wrogością. Był z ledwością słyszalny, gniew alchemika mieszał się z pieśnią górskich wichrów.

Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

17 kwie 2014, 19:18

Jestem Mork. Wygląda na to, że jesteśmy tutaj uwięzieni. Jest też posąg Indrumona oraz polana z krowami. Przybyłem tu zaraz po twojej śmierci, a moim kalectwie. Jestem z tobą jakoś powiązany, jakbym był twoim drugim ja, choć tym mniej logicznym i bardziej skupionym na uczuciach. – Mork nie kłamał. Naprawdę nie wiedział co tutaj robi. Właściwie, nigdy nie wiedział co robi gdziekolwiek. Różowe psy skakały po czarnym nieboskłonie, zapewne szukając puchowej kości. Gdzieś tam, daleko daleko, dreptał sobie mózg zielonookiego. Prawdopodobnie podróżował z obstawą, niczym jaki król albo księże. W sakiewce miał garść dobrych pomysłów oraz potencjału. Niestety, nie interesował się on nijak swym właścicielem. Już dawno stał się od niego niezależny, mając w swym posiadaniu wiele ziem i złota.

A

le czymże byłby nasz cudowny bohater, gdyby nie jego naturalny talent do robienia bzdur. Tym razem postanowił podnieść ręce w górę, pokazując, iż jest bez broni. Kompletnie bezbronny. Kompletnie zdziwiony, kompletnie niezrozumiany, kompletnie odbiegający od świata i nie imający się kompletnie przestrzeni. Stał, marznąc i dygocąc, próbując udowodnić swą niewinność. Hipnotyczny, niecodzienny, wycięty z tego świata. Mork nie pasował nigdzie. Nie był czymś, co ludzie by zrozumieli. Nigdy nie dążył do pojednania z kimkolwiek, zawsze idąc swą drogą, stał się czymś zupełnie innym. Nie czuł z tego powodu jakiś większych emocji, po prostu wiedział, iż aktualnie był w swoim świecie. Świecie, który rozumiał i którym zdolny był manipulować. Ten śmieszny mieczyk nie był w stanie zrobić mu jakiegokolwiek zła, ponieważ zwyczajnie był to jego miecz. Wszystko tu było jego. Był panem tego świata, jego pierdolonym stworzycielem i jedynym, który był zdolny go okiełznać. Czuł przewagę, czuł swą moc, czuł demona w swym ciele. Gdyby Aleks był głupi, gdyby spróbował choć go dźgnąć, dźgnąłby siebie. Jak w lustrzanym odbiciu. Przed Morkiem otworzyłby się portal, który wchłonąłby miecz, przerzucając jego ostrze w przeciwnym kierunku. Raniąc jego, raniłby siebie. Tak to było w życiu. Ranienie innych powodowało tylko spiralę nienawiści, która w końcu powodowała nasz własny ból. Zielonowłosy był ucieleśnieniem tego bólu. Był jedynym, który tak naprawdę rozumiał. Miał manię, a jednocześnie był jedynym normalnym. W tym pierdolonym świecie niekończącej się wojny, jedynym sprawiedliwym mógł być tylko ktoś, dla kogo to wszystko się nie liczyło, ponieważ nie mogło. Ponieważ był on tworem ponad psychiką czy pojęciem. Nie potrzebował tego, co ludzkie, przeistaczając się w twór bliski bogom. I nie, nie bluźnił.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

18 kwie 2014, 21:45

Bentrum wysłuchiwał udzielanych przez rozmówcę odpowiedzi. Okazało się, że rozmówca ten posiadał imię: Mork. Mówił dalej, udzielając kolejnych wskazówek. Stwierdził, że on jak i alchemik byli tutaj uwięzieni. Określił miejsca, w których Aleksis miał okazję się znaleźć. Czyżby to właśnie Mork był odpowiedzialny za wrzaski w krwawej łące? Niemniej, kolejna informacja skonsternowała uczonego.

- Słucham? – zapytał niezwykle zaskoczony. - Jak to: po mojej śmierci? – zadał pytanie drżącym głosem. Przecież żył! Oddychał, czuł ból, myślał i funkcjonował. Chociaż, w głowie iskrzyła się nowa myśl. Słaba, jeszcze nie zaakceptowana myśl przez świadomość. Znajdował w świecie, w którym działały pokręcone prawa. W jednej chwili stało się na balkonie z widokiem na góry Ikrem, a w drugiej można było pokonać pokój, aby znaleźć się w krowim szaleństwie. Bogowie krasnoludów, deszcz krwi, przechodzenie między zupełnie innymi krainami, widok zabitego przyjaciela i żywcem wyciągniętego z Lewiatana fragmentu wnętrza jego domu. Obraz przedstawiający niemożliwą relację rodzinną, w której dwóch mężczyzn rodziło dziecko. Nie dało się rzec: to wszystko było normalne. Ale to Aleksis nie pasował do tego świata, albowiem w tym świecie przeżywane przez niego szaleństwo było rzeczywistością. Normą, czymś zwyczajnym jak to, że po nocy nastaje dzień. Czy właśnie przeżywał na własnej skórze życie po śmierci, doświadczał ostatniej niewiadomej? Nadal był cielesnym workiem mięsa, posiadał taki, chociaż nieco nadwyrężony, sam umysł.

Był więźniem.

- Wynośmy się stąd, zimno tu – stwierdził nagle, wyrywając się z łańcuchów pesymistycznym rozmyśleń. Ruszył ku południowych drzwi balkonowych. Otworzył przejście, przekroczył próg.

Znalazł się w pokoju z gobelinem. Czekał na swojego niby sojusznika. Co należało czynić dalej? Jakie działania podjąć, coby wydostać się z tego cholerstwa? W ogóle było to możliwe? Jeśli umarł – jaki to miało sens? Niemniej, gnębiło go uczucie, że to wszystko było swoistą łamigłówką obłędu. Zagadką stworzoną po to, aby uświadomić coś Czarnemu Kamieniowi i zmusić go do rozwiązania problemu.

Gdyby Mork wszedłby do pokoju, Bentrum rzekłby:

- Powiedzmy, że obdarzę cię moim zaufaniem. Mówiłeś o pokojach, znalazłem dwa posągi: Mealena i Indrumona. Udało mi się przetrwać na łące z krowami, widziałem… – zawahał się na moment. Uciekł gdzieś wzrokiem, lecz parę sekund później kontynuował. - Widziałem martwego krasnoluda. Wygląda na to, że lewe drzwi tego pokoiku prowadzą do pokoju pustego, bo niedawno przez nie przechodziłem.

Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

18 kwie 2014, 22:51

Tło

A

leks zdawał się wirować gdzieś pośród gwiazd. Wreszcie się odnaleźli, to było takie cudowne. Może śmierć nie rozłączyła ich na dobre? Twarze rozdzierane przez ogień, oderwane od ich właścicieli, rzucone na pastwę żywiołu. Byli niczym gałki oczne wytapiające się powoli z czaszki, tracące zdolności postrzegania. Racjonalne myślenie zastępowane bezsensownym bojkotem rzeczywistości, maczające swe obrzydliwe nóżki w ich własnych pomyślunkach. Straszliwa negacja wszystkiego, co naturalne, a jednocześnie wytchnienie dla jednego z oczodołów. Tego sprytniejszego, tego ukrytego, tego, który już dawno się wypalił i zaczął postrzegać jedynie noc. Krwawe łzy płynęły w nim już wcześniej, ponieważ ta część umysłu otworzyła się na wszystko, co nieracjonalne i postrzegane jedynie jako dziwactwo. Druga zaś patrzałka, nie przystosowana do widzenia prawdziwego, skupiona jedynie na formułkach i wzorach. Zagłębiona w książkach, tracąca powoli wzrok, szukająca tylko racjonalnego wytłumaczenia, którego zwykle po prostu nie było. A teraz, gdy płoną najjaśniej, okazuje się, iż to ta pierwsza miała rację. Iż w przypadku, gdy staną obok siebie i będą szukały wyjścia, tylko jedna je dostrzeże, zaś druga zgnije gdzieś w odmętach losu. Morka to satysfakcjonowało. Chciał być jednym z oczu monstrum, tym prawdziwym, tym niepokonanym i nieskończonym. Niczym płonący ptak, feniks na niebie, płonąc we własnym blasku i oświetlać to, co było przecież takie nieoczywiste. Zgłębiać tajemnice waginy matki natury i wydobywać z niej minerały, o jakich nikt nigdy nie słyszał. Plądrować nieprzejednane z nikim morza, znajdując w nich nowe gatunki trolli czy orków.

B

iegając po łące w deszczu, rzucając kamieniami w prostytutki czy siedząc na tronie, walcząc z potworami – wszyscy byli ludźmi. Chodzili srać, jedli, pili, walili się po kątach. On był czymś więcej. Był królem ich wszystkich, srającojedzącopijącowalącym omnipotentnym błaznem, rzucającym w rasę ludzką jej własnym gównem. Czymś więcej niż bogiem, a czymś mniej niż człowiekiem. Małpą, która miast pójść zbierać banany wybrała drogę browarnika i pędziła bananowy bimber. Oczywiście, taki futrzany brat musiałby mieć swoje własne kurwy i móc się postawić burmistrzowi chociażby. I on się postawił. Był tym bananowym bogiem, rzucając kurwami i innym gównem, w Aleksisa Bentruma. Skakał po drzewach i pokonywał swych wrogów własnym blaskiem i chwałą. Lśnił jak pierdolona latarnia, cholerny wypolerowany bożek spaczenia i niecnoty. Okryty płaszczem z macek i kłów. Spowity w cień, z cienia pochodzący, w cień zaklęty. Musiał trzymać się z daleka od tej chorej broni, którą przeciwnik dzierżył. Skakać pomiędzy płatkami śniegu.

N

ogi tak jakoś powłóczyły się ku zadowi trupa. Koszmarny bezsens zamieniał się w sens, alchemik dziwnie na niego działał. Jego skowycząca aura ułożonej materii mózgu sprawiała, iż chciał kwilić i rzucać się po kątach. Ciało trzęsło się, niczym koza po stosunku. Demon beczał i wierzgał się w brzuszku, powodując wymioty, które Mork natychmiast połykał. Nos oddychał powoli, próbując doprowadzić się do sensownego stanu. Stanęli w pokoju z gobelinem, zielonowłosy połknął ostatnie rzygi, przysłuchując się Aleksowemu pierdoleniu. Jak można być tak ukierunkowanym na punkcie logiki, sensu, krytyki. Przerażał Morka, powodując, iż tamten nie chciał go już przytulić, ale usunąć się z drogi i zapłakać nad swoim własnym jestestwem. Przygryzł wargi, aż poleciała krew. Całe ciało chciało zniknąć, ulotnić się. Nie mógł wytrzymać tej koszmarnej logiki i zrozumienia. Tych mądrych oczu, tego wszystkiego. Cholerna, pierdolona logika. Logiczny człowiek, w logicznym pomieszczeniu, patrzący na nie do końca logiczny gobelin, ale jednak gobelin, który był logiczny, bo był gobelinem. I on, nielogiczny wypierdek świata astralnego, błąd w obliczeniu znakomitego alchemika, który starał się jedynie pokazać, iż jest jeszcze logiczniejszy! Niemożliwe, nie do wytrzymania, chore. Papka, która wylatywała przez ucho, zwana mózgiem.
Twe usta groźne niczym lew, twa postawa niedźwiedzia. Ale ja, Mork, widzę w tobie śledzia. Dławisz się, szukając logiki, gdy tutaj wokół same bziki. Pójdźże za mną, ja ci pomogę, powiem jedynie, że mej natury nie zmogę. Jestem twoim tutejszym ja, dlatego mózg mój w taki sposób działa. Widzę cię jako przyjaciela, nie wroga, jednak logika twoja to dla mnie trwoga. Pójdźmy dalej, ja pomogę, przerażenie w sobie zmogę. Ale uważaj, drogi Aleksie, spróbujesz zabić… a wszystko, co tutaj, skłonne cię za to na pal nabić. Jam część tego świata, jam tutaj wpasowany – zakłócisz spokój i jesteś ujebany. – tym słowy Mork zmrużył oczy, oczekując stosownej reakcji. Czy Aleks zgodzi się mu pomagać, pójść z nim, czy odrzuci propozycję i zaatakuje? Czy okaże się logiczny, czy okaże się zwykłą szują? Atak z jego strony był koszmarnie nieopłacalny dla ich obydwu, dlatego Mork by zaatakował, gdyby mógł. Ale ta przerażająca aura, ten błysk w oku, to chore ułożenie wiadomości go powstrzymywało. Bał się, naprawdę się bał. Zielone włosy potargał wiatr.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

18 kwie 2014, 23:44

Tło*

Ponownie odpowiedział zagadkami. Przypominał pijanego wieszcza, który postanowił uraczyć jednoosobową widownię rymami. Aleksis spokojnie wysłuchiwał mowy pozbawionej jasnego odniesienia do jego pytania. Najwidoczniej Mork uznał, że Bentrum jest poszukiwaczem logiki. Alchemik nie miał bladego pojęcia, skąd niebieskooki mógł dojść do takowych wniosków. Zdenerwowanie, dezorientacja, pytanie i akceptacja sojusznika. Podzielenie się informacjami… umysł Morka funkcjonował chaotycznie.

Jednakże alchemik postanowił zagrać kartami, które rozdał mu Mork. Zielone spojrzenie znów ujęło chaotyczną istotę, szukając w niej zasad, którymi się ona kierowała. Świdrujące oko uczonego tym razem spokojniej badało swój cel. Należało znaleźć wspólny język, coby doszło do zrozumienia.

Wcześniej nie zauważył tego, ale teraz Czarny Kamień ujrzał anomalię w pobliżu Morka. Obraz jego osoby wydawał się niestabilny, jakby postrzegana wizja nagiego mężczyzny załamywała się, traciła klarowność. Zielonooki nie potrafił tego wytłumaczyć, postanowił mieć się na baczności.

Formował swą wypowiedź niczym kowal rozgrzaną do białości metal. Kierował się tym, co rzekła długowłosa istota; uważał siebie za element tego świata, jego część. Działał we wspólnocie z nieładem, rozumiał go na własny sposób i być może właśnie to on potrafił poprawnie interpretować doznawane bodźce. Mówił, że poszukiwanie logiki nie ma sensu, cokolwiek to znaczy.

- Ciekawe – zaczął przyjemniejszym tonem, ale nadal zdradzającym zmęczenie. Mork usłyszał mowę alchemika na granicy słyszalności. - Sam przywołałeś pomieszczenia, które widziałeś. Skoro widziałeś, znajdowałeś się w nich – wyprostowywał poplątane myślenie Morka w całość, w prostą i przejrzystą linię. - Później przedstawiłem moje doświadczenia, które pokrywają się z twoimi, Morku. – Pierwszy raz rzekł imię jego, podkreślając je łagodnie. W momencie, gdy imię to zostało wygłoszone, stali się oni sobie znajomi.

- Tak, kieruję się logiką, jak ty. Nawet teraz mnie ostrzegasz, mówiąc to niejasno, ale przedstawiasz konsekwencje. Mówisz o przyczynach i skutkach. Przywołujesz prawo, prawa muszą być logiczne, mogą być niezrozumiałe. – Wolno wysławiając się, próbował nastawić pomyślunek Morka. Wykorzystywał jego pojmowanie i próbował podobnie wyklarować je, aby komunikacja była sprawniejsza.

- Więc odpowiedz na moje pytanie: czy ja umarłem?

Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

19 kwie 2014, 16:21

Tło

M

artwy krasnal na środku pustyni, rozrywany przez kruki. Dziobate skurwysyny dobrały się już do wnętrzności, przeżuwając powoli to, co najsmaczniejsze. Krew powoli zastygała już, krzepnąc i stając się tym smaczniejszą. Poiły się nią, nadając swym paszczękom odcień szkarłatu. W tym momencie nawet one stawały się wielkimi królami, obleczonymi w piękne szaty. Przeradzały się w ludzkie postaci, zdawały się wszystkim tym, czego potrzeba było krajobrazowi. To one były górą, nie zaś krasnolód. Mimo swego bogatego ekwipunku, zbroi, złotych pierścieni był niczym w porównaniu do sił natury. Nawet gdyby chciał, to nie miał szans przejść przez pustynię. Zmogła go nim jeszcze na nią wszedł, był przegranym na starcie. Lazł ku własnej śmierci, zataczając koła i powoli wyzbywając się sił. W końcu przyszedł czas na porzucenie pancerza i całego ekwipunku. Został nagi, tułający się przez piekło. Nie porzucił jednak umysłu. Myślał racjonalnie i to go zgubiło. Bowiem natura racjonalna nie jest. Jest bezwzględnym monstrum, które wchłania w trzewia i powoli trawi, śmiejąc się niczym opętana. Rzuca się na ofiarę, która niezdolna jest się do niej dostosować. Wyroki jej są niezbadane, ponieważ nie mają sensu. Jest kapryśna, zawzięta w sobie, wiecznie zmieniająca nastroje. Raz uratuje biednego wędrowca, raz sprawi by cierpiał dłużej, raz zwyczajnie dobije. Tym razem postanowiła pomęczyć, a następnie doprowadzić do jego śmierci. Twarz krasnoluda była zmęczona życiem. Zapadnięte oczy, wysuszona skóra. Niezwykle zielone oczy, aktualnie dłubane przez czarnego ptaka. Zwany był Czarnym Kamieniem, nie sprostał zadaniu i poległ. Zwany był burmistrzem, a nie potrafił nawet działać zgodnie z naturą. Chciał ją złamać, zemściła się. Pieprzona, ironiczna, tak prosta w obsłudze. Wystarczyło dać się porwać, uwstecznić, szukać instynktem. Ale nie, on nie potrafił. Nikt nie potrafi tej sztuczki!

A

leks był agresywny. Krzyczał na Morka, gnoił go i poniżał. Srał mu na twarz, rzucał odchodami i plątał się w zeznaniach. Niczym strażnik w więzieniu, czy przekupka na targu. Był monstrum, które chciało zeżreć jego umysł. Biegało wśród krzaków i strzelało w jego stronę z łuku. Gdzieś na końcu strzały znajdywała się informacja, że on przeprasza. Ale co Morkowi po przeprosinach kogoś, kto usiłował go zabić? Niby mógł wstać, powiedzieć że dziękuje, ale trochę za późno. Ale to miałoby tyle sensu, ile miał bełkot Aleksa. Postanowił więc trzymać język za zębami i w spokoju umrzeć, nie pozostawiając złudzeń, iż do końca był niezrozumianym poetą. Z drugiej jednak strony bał się, iż ten kulfon ma zapędy do nieboszczyków. Nie mógł tak po prostu zejść z tego świata. Co, gdyby okazało się, że jego ciało zniszczono inaczej, niż poprzez oddanie go robakom na pożarcie. Przecież byłoby to straszne, potworne, porażające umysł. Dupa blada, a nie wybór. Z jednej strony śmierć, z drugiej życie. Nigdy półśrodków, nigdy sensownego rozwiązania. Mięso opieczone do połowy jest najlepsze, spalone nadaje się dla zwierząt, niedopieczone także. Więc ludzie byli zwierzętami. Byli niczym świcie, rzucając się na gnojownik i żrąc go. To dlatego byli tacy opaśli. Zbaraniałe struktury życia, niszczone poprzez dowolną oznakę inności. Filary walone, walące się, tworzące coraz to nowe problemy, zataczające kręgi i burzące się wzajemnie. Koło nienawiści i chleb. Głowa wbita w ścianę i starzy bogowie, których wszyscy zapomnieli. Przenikające się duchy przeszłości, niszczące się wzajemnie w gigantycznych bitwach o przywództwo. Nigdy nie było tego, czego potrzeba było najbardziej. W panteonie bóstw nigdy nie wystąpiło ani jedno, które by nie rozumiało. Które nie chciałoby poznać. Dlatego oni wszyscy odeszli w zapomnienie, odrzuceni przez świat, który tworzył już zastępstwo. Nigdy nie dostrzeżono tej pierwotnej iskry szaleństwa, z której miał narodzić się świat. Tajemniczej muzyki dusz, która pozwalała na rozwój. Szaleństwo opiewało wszelakie motywy i skrytki umysłu, by w końcu niszczyć go w odwiecznym tańcu. Dlatego tutaj trafił, dlatego nie był w stanie przejść nigdzie dalej ani nigdzie wstecz. To tutaj, w pół kroku, było jego miejsce. Tajemnicze, pełne zagadek, a jednocześnie tak bardzo nieskładne jak to tylko możliwe. Przeplatane kolejnymi pokoikami, które nie miały żadnego sensu, a jednocześnie tworzyły własny, tajemniczy i niszczący sens – sens szaleństwa.

Śmierć… byłaby, gdybyśmy naprawdę umarli. Ale tutaj… tutaj jej nie ma. Wpadła tu na chwilę, pokręciła głową, zostawiła nas i poszła dalej. Głupi alchemiku, jam tym, który naznaczył drogę twojego istnienia. To dzięki mnie nadal żyjesz, jednocześnie będąc martwym. To dzięki mnie masz tą drugą rękę i dzięki mnie nadal możesz kierować się swoją manią logiki. – to powiedziawszy, skierował się ku nie otwieranym jeszcze drzwiom. Uśmiechnął się chytrze, stanął na jednej nodze, balansując lekka i ukłonił się niczym barwny ptak.
Jeśli naprawdę chcesz sobie pomóc, wejdziesz tam pierwszy, a ja razem z tobą. Wtedy ci pomogę. Wtedy twa martwa dusza będzie miała szansę na ocalenie. A jednak, jeśli zamierzasz mnie teraz rozpłatać na kawałki, proszę. Ale to nie będzie w twoim stylu, ty wiesz, że mnie potrzebujesz. Nawet jeśli to jam jest tym, który cię tutaj sprowadził. Nawet jeśli to ja obudziłem drzemiącą tu istotę i nawet jeśli to ja dzierżę w sobie twoje dziecko. Nie możesz mi odmówić, jesteś pod ścianą. Tak bardzo żałosny i mały. – to mówiąc, zaczął się śmiać. Nie jednak groteskowo, ale… bezwstydnie. Śmiech przechodził w łzy, Mork śmiał się łkając. Jego dwie natury zmagały się w sobie, ale mózg już postanowił. Na razie sytuacja zdawała się być beznadziejna, acz jednocześnie tak przyjemna, dająca tak dużo złych emocji, którymi "on" się karmił. Chciał mu dać jeszcze więcej, chciał grać w tę grę z Aleksem, aż "on" nie będzie na tyle silny, by się zemścić. Na razie pozostawało czekać, bo czas to jedyny sprzymierzeniec potępionego. Stąpał nierównym szlakiem pod górę, zrzucając po drodze konkurencję, docierając powoli ku upragnionemu tronowi. Tronowi złożonemu z ludzkich ciał.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

19 kwie 2014, 19:05

- Hm.

Paplanina Morka przypominała przekaz obłąkanej wyroczni. Sens tych słów był trudny do zrozumienia, ponieważ można było je różnorako interpretować. Szalejąca burza informacji, mowa niosąca setki pytań i niewyraźne odpowiedzi. Aleksis doczekał się szczątkowego wyjaśnienia sprawy jego śmierci. Mork uważał, że alchemik żył, będąc również w stanie nieżycia. Co to mogło oznaczać, był on pomiędzy życiem a śmiercią?

Niebieskooki twierdził, iże to on przywrócił uczonemu rękę. Uważał się za zbawcę alchemika, wskazującym drogę – tym, który zakotwiczył jego byt w tym miejscu. Aleksis Bentrum powinien zawdzięczać swe istnienie nagiemu zbawcy. Cóż, zielonooki nie wiedział, ile w tym było prawdy. Ile prawdziwości wyławia w wirującym źródle chaosu myśli? Chociaż, tylko cud mógłby oddać utracone przedramię. Jakaś siła uzdrowiła alchemika.

Wzmianka o dziecku była ciekawa. Rzeczywiście, gobelin ukazywał Aleksisa i Morka jako dwójkę rodziców demonicznego dziecięcia. Chodziło o tego nieludzkiego bękarta? Bentrum zmrużył oczy. Jaki ma związek mroczne dziecięcia z mężczyznami, którzy nie mieli wcześniej ze sobą żadnego kontaktu? Głównymi postaciami gobelinu byli właśnie oni: mroczne dziecko i jego rodziciele. Co łączyło ich wszystkich? Czarny Kamień przeczuwał, że odkrycie tej tajemnicy było kluczowe do rozwiązania zagadki tego świata.

Spojrzał na drzwi. Mork, zachowując się niczym królewski błazen, zapraszał do wejścia. Niechaj będzie, niech współpracuje alchemik z wariatem. Sam świat był tworem szaleńca, towarzysz takowego pokroju mógł okazać się pomocny. Bentrum zostawił serce golema, opierając je na ścianie. Obiekt spoczywał na podłodze przytulony do drewna. Lepiej gromadzić ważne przedmioty w jednym miejscu, wykorzystując bezpieczny pokoik jako kryjówkę.

- Więc chodźmy. – Rzekł i otworzył drzwi południowe. Przekroczył próg.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

04 maja 2014, 19:27

//Mork – 9. Aleks – 2.
MG

Spotkanie obu uwięzionych w Dworze osobników obyło się na szczęście bez rękoczynów. Mork, swoim zwyczajem, paplał rzeczy niezrozumiałe dla przeciętnych śmiertelników, a Bentrum, również mimowolnie, starał się je interpretować. Byli jak ogień i woda, jednak z jakiegoś powodu postanowili współpracować. Być może miał na to wpływ dzierżony przez Czarnego Kamienia Szablogrzbiet. Szabelka nie odzywała się do niego ani słowem, chociaż trzymając ją w dłoniach czuł się o niebo pewniej. Mork nie przerażał go tak, jak mógłby, gdyby burmistrz był bezbronny. Teraz wystarczyło kilka krótkich, nawet nieporadnych cięć, aby pozbyć się zagrożenia. Szaleniec nie wyglądał na kogoś, kto mógłby przeżyć zranienie ciemnym ostrzem miecza. Aleksis był na tyle pewny siebie, że nawet odwrócił się plecami od swego towarzysza. Czyżby na tyle ufał jego obłąkanemu osądowi?

Przejście przez kolejne z niezliczonych w tym miejscu drzwi ukazało standardową, kwadratową komnatę. Obaj mężczyźni ponownie doświadczyli znajomego im uczucia – namacalnej obecności boga. Stał przed nim ostatni z tradycyjnych, krasnoludzkich bogów – Zeatel, Niezwyciężony Woj. Odlana ze spiżu, niesamowicie detalicznie wykonana figura podobnie jak dwie poprzednie sięgała powały. Rosły brodacz miał do lewej ręki przytroczoną ogromną, wysoką jak on sam tarczę. Jego druga dłoń była pusta, wyciągnięta w kierunku wejścia do pomieszczenia i zaciśnięta w pięść. Wyglądało na to, że ktoś pozbawił wyobrażenie Zeatela jego głównego atrybutu – oręża. W urękawiczonej dłoni statuy ziała smutna, pusta przestrzeń. Rogi hełmu Niezwyciężonego Woja sięgały powały, a jego spojrzenie było srogie, jakby upatrywał on w swoich gościach złodziei.

Wejście do komnaty boga było jedno, to, przez które weszli obaj zielonoocy. Komnata nie zawierała żadnych dodatkowych drzwi, zawierała za to wąską, drewnianą, spiralną klatkę schodową prowadzącą na wyższe piętro budynku. Ciemna, wybita w suficie dziura, w której niknęły stopnie nie zdradzała, co znajduje się na ich końcu.

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 10 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.