Dwór Pomiędzy Spektrami

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Dwór Pomiędzy Spektrami

11 sty 2014, 12:17

MG

Sceneria dziwacznego świata, w którym znajdował się Mork, zafalowała. Wszystko zdawało się zacierać, jakby jego duch oddalał się od miejsca, w którym był jeszcze chwilę temu. Czuł, jakby coś za nim podążało – a było to coś wielkiego i wściekłego, chcącego go najwyraźniej rozszarpać. Szalony mag uciekał przez swe wspomnienia, jednak żadne z nich nie dawało mu bezpieczeństwa. Czuł się zagrożony, jego ostatni bastion padał pod naporem nieznanych, niewidocznych wojsk. Chcieli znaleźć go i stłamsić nawet tutaj, w niezdobytej dotąd twierdzy jego własnego umysłu. Przekraczał kolejne, zamknięte dotąd nawet przed nim drzwi, robił to wszystko tylko po to, żeby uniknąć frontalnej konfrontacji. Jego duch dryfował, płynął bez celu przez żyły samego Lewiatana, przez Nicość i Spektra, byle dalej. Nie czuł już niczego, wyzwolony z okowów śmiertelnego ciała. Był czystą esencją samego siebie, niepodlegającą fizycznym prawidłom duszą. Przestał już myśleć, postradał życie, a wraz z nim świadomość. Był całkowicie wolny, naraz wszędzie i nigdzie, przekraczając naraz całą nieskończoność Omsnispektrum… Potem jednak uderzył się mocno w głowę i rozbudził, czując pod sobą twardą, drewnianą podłogę.

Kwadratowe pomieszczenie, w którym się znalazł, było całkowicie puste. Na każdej ze ścian znajdowały się proste, jednoskrzydłowe drzwi. Nie było w nim niczego, co przykuwałoby uwagę. Ciemne drewno na suficie, ścianach i podłodze – porządne deski. Chwilę zajęło Morkowi rozeznanie się w nowej sytuacji. Czuł się niepokojąco dobrze, nic go nie bolało, a jego ciało po bliższych oględzinach okazało się być całkowicie sprawne. Nie był głodny ani spragniony, a jego odzienie było dokładnie takie same, jak za życia… Właśnie – czy w ogóle mógł uznać się za martwego? Oddychał, czuł, żył, mógł chodzić, gadać i skakać. Nie miał żadnych ran, jego myśli były czyste i niczym niezmącone (o ile można tak mówić o myślach szaleńca). Czyżby ktoś go wskrzesił? Ostatnie, co pamiętał, było jedynie głupim snem z lecznicy, ale teraz odróżniał już sen od jawy. Miejsce, w którym się znajdował, było zdecydowanie materialne, nie niepokoiło. Dziwna sprawa, że mimo braku okien pomieszczenie było widoczne dość wyraźnie, a kolory nieprzekłamane. Nie sposób było na to narzekać.

Gdzieś dalej (lub bardzo blisko, nie sposób było ocenić) w dokładnie takim samym pomieszczeniu znajdowała się jeszcze jedna osoba. Miała podobne odczucia, z tym jednak wyjątkiem, że czuła się o wiele bardziej zdezorientowana. Kurz, pył, ból, mocne uderzenie w głowę… i nagle to. Zdecydowanie – Aleksis Bentrum miał mocne powody do drapania swej czarnej czupryny w zastanowieniu. Co ciekawe, mógł to robić oburącz. Z pewnością fakt posiadania dwóch sprawnych dłoni zaskoczył go najbardziej. Z tego, co pamiętał, jednej z nich już dłuższy czas przy nim nie było. Teraz jednak w połowie nieistniejąca dotąd kończyna działała perfekcyjnie. Ubranie Czarnego Kamienia było tym, które ofiarował mu swego czasu sam namiestnik. Czyste, schludne – był nawet beret, który spadł z aleksisowej głowy, gdy ten leżał sobie w najlepsze na ciemnych deskach podłogi. Samo to, że burmistrz znalazł się nagle w nowym pomieszczeniu mogło przyprawić go o zawroty głowy, ale, podobnie jak Mork, alchemik w jakiś irracjonalny sposób nie bał się. Jego nowe położenie nie niepokoiło, nie przytłaczało, jawiło się jako kolejna zagadka do rozwiązania. Póki co nie było powodów do paniki. Jeszcze.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

05 maja 2014, 18:28

M

ordka Morka uśmiechnęła się niczym pyszczek myszy, która ząbkami rozdzierała kolejne płaty mięsa. Dobrego mięsa, chciałoby się rzec. Chwycił się za pierś, nie mogąc złapać oddechu. Obraz jaki ujrzał był tak niesamowity, tak przerażający, tak skowyczący w jego duszy, iż jedyną sensowną reakcją było to, co nastąpiło chwilę później – defekacja. Nie to, aby nie mógł się powstrzymać, acz już sama myśl o podobnym stworzeniu stojącym tuż przed nim, sprawiała, iż musiał to zrobić. Od razu poczuł się lepiej, w pewien sposób lżej. Nawet nie patrzył na reakcję Aleksisa, bowiem prawdopodobnie był równie zachwycony jak on i także się zesrał, jednakże maskowały to galoty. Cudownie. Teraz należało jedynie zrozumieć, dlaczego tak tutaj stała. Naga, próżna, całkowicie oddana obrzydliwości tego świata – krasnoludzka kobita. Zielonooki kochał takie dziewczyny. Brodate, o pełnych kształtach, fałszujące swą chęć na dziki seks. Trzeba je było podchodzić, uwodzić, zwodzić. Na końcu i tak zawsze mówią "nie, ja jestem mężczyzną, zostaw mnie", ale kto by się tam przejmował. W każdym razie, wyglądało na to, że będzie trzeba podejść tę dziwaczną abominację jej własną ścieżką.

Witaj, chodzący ananasie! Przybywamy poszukując informacji na temat… w sumie… to już nieważne. Wstydzę się. – zamilkł i schował się za alchemikiem. Nie przytulił się, mając na względzie prywatne aspekty życia swego przełożonego, jednakże był dość blisko, tuż za nim.
Przeraża mnie. Idźmy stąd. – oczy zmrużone, dłonie przyciśnięte do ciała. Drżał. To coś… było dziwne. Pierwotnie wydawało się krasnoludzką cnotką, teraz czymś dużo gorszym. Czymś na kształt… zła. Morka bolała sama obecność tego czegoś, zaś Aleks wydawał się bliższy niż kiedykolwiek. Najwyraźniej podobieństwa się przyciągają. On był w końcu taki męski, taki duży. Niczym klocek, który aktualnie leżał na podłodze, w wejściu. Dokładnie taki. Choć nie śmierdział. Chyba. W sumie, nie zastanawiał się nad tym. Liczyło się to, że dawał pewnego rodzaju ochronę przed tym złym czymś na środku pokoju. "On" był zadowolony. Czuł się tutaj nieswojo, zaś jakiś zaczep ku własnej historii oraz skondensowana nienawiść to coś, co zdawał się lubić. Takie miłe coś, co rozpala ogień uczuć w małym, czarnym serduszku korumpowanym przez zło. Ot tak, tyle, a tak dużo. Potrzebowali go, Mork to czuł. Potrzebowali obrońcy, który zdaje się być przyjacielem. Chociażby po to, by kiedyś go zdradzić. By móc go męczyć, licząc na jego dobroć. Patrzeć jak się męczy, by oni mieli dobrze. Tak cudownie. Udawać, jednocześnie nie udając. Chciał być neutralny, nie dobry, nie zły. Bo jak mógł odpowiadać za swoje czyny? Nie mógł, był przecież tylko żoną Czarnego Głaza. I… tak jakby, odpowiadało mu to. Nawet bardzo.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

05 maja 2014, 20:29

Alchemik spojrzał w wysoką figurę krasnoludzkiego boga: Zeatela. Człowiek zmrużył swe oczy, pogłębiając wrażenie bycia niezwykle zmęczonym. Wszystkie zmarszczki na jego licu stały się wyraźniejsze. Aleksis zdawał się nieco starszy, jakby zdrowie ulatniało się z niego wraz z młodością jak dym z rozpalonego ogniska. Jednakże skupił on swój wzrok na źródle boskiej potęgi, która była zamknięta w brązie. Raz jeszcze zielone oczy opanowała powaga i pokora, albowiem żadne śmiertelne oko nie mogło sobie pozwolić na zuchwałość wobec sił najwyższych.

Próbując znieść siejący pogrom wzrok Zeatela, Bentrum przyjrzał się dokładniej posągowi. Niezwyciężony Woj dzierżył tarczę, ale wyciągniętej do przodu mocarnej, zaciśniętej w pięść dłoni czegoś brakowało. Oręża, narzędzia każdego walczącego. Czyżby należało odzyskać skradzioną zgubę? Alchemik pomyślał o kradzieży z powodu dziwnego wrażenia, że sam Zeatel podejrzewał dwójkę maluczkich ludzi o ten haniebny czyn.

Było coś jeszcze – schody prowadzące na górę. Ich spiralna konstrukcja zaintrygowała Czarnego Kamienia. Cały budynek był dziełem kogoś, kto bawił się porządkiem i bałaganem. Ktoś, kto stworzył to miejsce, mieszał dobre rozwiązania budownicze wraz z mocami wychodzącymi poza rozum ludzki. Krajobraz gór Ikrem, paręnaście metrów dalej łąka opanowana przez krwawy deszcz. Raz jeszcze potwierdził się fakt, że samo miejsce było swoistą mapą. Mogłaby wyglądać inaczej, mogłaby być wizją Czeluści, którą przedstawiają legendy i podania ludowe. Inteligencja tego świata zadbała o to, aby alchemik nie zagubił się w nowym, nieprzystosowanym doń świecie. Był figurą, jak te w rękach strategów, która przesuwała się po ważnych punktach. Właściwie…

Zapomniał, że nie znajdował się tutaj samotnie. Przypomniał sobie o towarzyszu, który wydawał za jego placami podejrzane dźwięki. Bentrum odwrócił się ku swego kompana. Natychmiast wstąpiło w niego uczucie zwątpienia, a to nasycało inne, dopiero nadchodzącą reakcję. Mork za nic mając jakiekolwiek zasady, chowając w głębinach własnego rozumu wstyd, postanowił opróżnić swój żołądek. Przykucnął, a wtedy Aleksis Bentrum również wygnał czynniki określające go jako cywilizowanego człeka.

Pierwotny instynkt zawył niczym wilk. Człowiekiem rządziły dwa prawa – jedno było determinowane przez kulturę, a drugie przez naturę. Natura i jej dary w człowieku poczęły budzić się do życia, przywołując niedawnego Aleksisa z łąki. Ten Aleksis znał jeno prawa zwierzęce i jak wilk wiedział, że za brak szacunku płaci się jeno krwią i skowytem. Mork śmiał zbezcześcić coś, co jego towarzysz uważał za święte i prawe. W tej chwili świętość i prawość oznaczało jedno – teren, który obchodził Aleksisa. Jego terytorium zostało zaatakowane.

Uwolnił furię. Zęby zacisnęły się, oczy obserwowały. Prawa noga została uniesiona, oko odmierzało dzielącą odległość od celu. Potem nastał ryk wściekłości, później prawa łapa uderzyłaby przykucniętego wroga w pysk. Uzbrojenie zostało wyrzucone w bok. Dłonie zacisnęły się, łowca kucnąłby przy nieprzyjacielu. Kierowana najczystszym, najszczerszym pragnieniem czynienia krzywdy, ręka zanurzyłaby się w skórze lewego policzka Morka. Przyjemny ból na knykciach uwolniłby najwspanialsze doznania. Ofiara również cierpiałby, razem dzieliliby swój ból. Mięśnie lewej ręki napięły się, Aleksis poczuł w sobie przypływ brutalnej siły. Następny cios byłby prostym uderzeniem lewej pięści w krtań ofiary, która leżałaby na podłodze od pierwszego ciosu.

Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

05 maja 2014, 21:52

Z

ęby Aleksisa zacisnęły się. To były takie piękne zęby. Lśniące, białe, cudowne. Szkoda, że kiedyś staną się jedynie kupką kości. W sumie, ciekawe dlaczego nagle je schował. I te mrużone oczęta… Tak, było w tym coś nienaturalnego. Gdyby alchemik był obrazem, Mork byłby koneserem, który podziwia jego piękno. Kończącym klocka koneserem, ale zawsze jakimś. Gdyby miał czas, prawdopodobnie westchnąłby rozmarzony i pogładził się po niewidzialnej brodzie. Ale nie miał, bowiem Aleksowi coś odpieprzyło. Rzucił się jak głupi, potem próbował uderzyć zielonookiego. Byłoby naprawdę strasznym wypadkiem gdyby ten jego cały atak wpadł w portal. Mork, człowiek spokojny i opanowany, postanowił jednakże iż go nie stworzy. Zwyczajnie nie było powodu. Przecież to tylko rozszalały alchemik. Zwykły ptak mógł uczynić więcej problemów swoim dziobem. Kolejne ciosy spływały więc na wyszczerzony pysk diabła. Bezdenne oczy napełniły się łzami, twarz wyrażała rozmarzenie. Kąciki ust poruszały się ku górze, zaś dłonie jasne niczym powiernika Lorven, dotknęły delikatnie rąk Czarnego Głaza, chcąc mu wykazać, iż zielonowłosy nie poczuwa ku niemu nienawiści. Twarz jego wyrażała niemal ojcowską miłość mężczyzny, który widzi swe dziatki przy ich pierwszych czynnościach życiowych takich jak morderstwo czy gwałt. A jednak, była dla niego szansa. Na szaleństwo, na brak opanowania, na dziką walkę. Na zasadach, które preferował "on", nie zaś głupi stary Aleks. Liczył się ten nowy, ten zły, ten pełen przeciwieństw, taki wspaniały. Mork był nim zaskoczony, oczarowany, uwiedziony. Jego oczy napełniły teraz łzy szczęścia, usta mimowolnie wykrzywiały się w uśmiechu. Palce zacisnęły z siłą dziecka na ciele alchemika. Spokój, cisza, gdy po chwili, pośród krwi sączącej się z ust wydało się jedno, ciche słowo.

Dziękuję – wyrzekł, przekrzywiając głowę na bok, dając ujść zbierającej się jusze. Jednakże, gdy Aleks szykował się ku ostatniemu, niemal zabójczemu atakowi, coś w Morku pękło. To był ten dziwny przebłysk logiki, który nawet teraz kierował poczynaniami alchemika. Bił tak, by zabić. Nie by się wyładować. Nie by spożytkować budującą się energię. Tylko aby zabić. Zabójstwo jest logiczne. Jest proste. Nudne. Cholernie nudne. Bezsensowne. Dlatego też, nim ten głupi złamany fiut zdążyłby uderzyć, przed jego ręką wyrósłby portal, oddzielający ją od krtani Morka. Najlepiej, gdyby jego druga część znajdywała się gdzieś w pokoju, jednakże wiedział, iż to miejsce prawdopodobnie samo zdecyduje za siebie. Znów płakał. Musiał użyć ostatecznej broni, by zatrzymać tę logikę. Musiał ograniczyć zło, jakie z niej płynęło. Powstrzymać tego barana, przed oddaniem się jej. Może bardziej go rozjuszy, to by było dobre. A może nie. Nie wiedział. Wiedział jedynie, że "on" nie może odejść. A więc nosiciel też nie. Oby dał mu tyle siły, by zatrzymać tego potwora, tę logikę, to monstrum.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

06 maja 2014, 02:20

MG

Po raz kolejny okazało się, jak silną bronią był fanatyzm. Aleksis Bentrum nie był może szczególnie uduchowioną osobą, ale ogromny szacunek, jaki okazywał symbolice sakralnej, nie był fałszywy. To, co zrobił Mork, jawiło się dla spokojnego zwykle Czarnego Kamienia czymś niewyobrażalnie niegodziwym, obrażającym wszelkie majestaty i zwyczajnie obrazoburczym. Jako osoba wierząca w istnienie bogów, przekonana o ich wpływie na świat śmiertelników i uciekająca się pod ich obronę w trudnych chwilach (takich jak wizyta w Dworze) burmistrz Minaloit po prostu nie zdzierżył oddania stolca w obecności posągu Zeatela. Jego myśli opanowała zimna furia. Nastawienie Bentruma do Morka w kilka chwil zmieniło się diametralnie, ukazując, jak bardzo zszargane miał nerwy. Tak czy inaczej radził sobie świetnie. Pojawił się w miejscu całkowicie mu nieznanym, oderwanym od rzeczywistości i postawionym kompletnie na głowie, a mimo tego nie załamał się, stawiając sobie cele i dążąc do nich. Przekonał się już, że obiekty takie jak statuy krasnoludzkich bogów mogą mu w tym pomóc i nie zamierzał tolerować zachowania swego nagiego kompana. Przypodobanie się brodatym, wszechmocnym istotom wyglądało mu na jedyny sposób wydostania się z tego chorego miejsca, a działania Morka mogły tę szansę zaprzepaścić.

Uderzył przeto, pozornie na ślepo, ale zgodnie ze swoją naturą w sposób przynajmniej częściowo wykalkulowany. Był wściekły, a wiedział, że mocne uderzenie w krtań może pozbawić człeka życia. Niczego więcej w swym szale nie pragnął. Gdyby wszyscy amatorzy mordobicia posiadali wiedzę Aleksisa Bentruma, bójki w karczmach zawsze kończyłyby się wyniesieniem z nich kilkudziesięciu, zabitych gołymi rękami trupów. Jego zielonooki towarzysz spostrzegł, do czego to wszystko zmierza i początkowo nawet nie zareagował, choć czasu miał niewiele. Wymamrotał podziękowania, właściwie wystawiając się na pierwszy atak. Dopiero w ostatniej chwili zdecydował się na użycie swojej niesamowitej zdolności. Odrzucony przez Bentruma klejnot od Mealena potoczył się ku stopom odlanego ze spiżu Niezwyciężonego Woja. Ten niewzruszenie spoglądał w dal, srogo gromiąc śmiertelnych swoją niewzruszoną postawą. Gdzieś dalej leżał Szablogrzbiet, połyskując z lekka w wydobywającym się znikąd świetle komnaty.

Prawdą było, że portale Morka mogły ukazywać się momentalnie, w mgnieniu oka. Inną sprawą było ich dokładne umiejscowienie, czego nie dało się zrobić w czasie, jaki pozostał szaleńcowi do chwili drugiego trafienia go przez Aleksisa. Nawet mimo tego, że ten chory na głowę mag nie zdecydował się na określenie wylotu dziury czasoprzestrzennej, jaką kreował, nie udało mu się dokładnie wymierzyć. Gdy dołożyć do tego mocarny cios, jaki zadała prawica burmistrza w lewy bok jego twarzy, rezultat był opłakany. Mały portal pojawił się w okolicy szyi Morka, a ten, chwiejąc się po ciosie, zanurzył w nim dół twarzy, amputując sobie część podbródka o jego krawędź za sprawą gwałtownego szarpnięcia się do tyłu. Niezdolny do cofnięcia pięści Aleksis Bentrum także zahaczył o portal, zdzierając sobie skórę z wierzchu lewej dłoni i małej części przedramienia. Obaj przeciwnicy na ułamek sekundy stracili kontrolę nad własnymi ruchami, cofając się odruchowo od miejsca, które uczyniło im tak wielki ból. Mimo tego Czarny Kamień zdołał sięgnąć boku szyi Morka, co poskutkowało dłuższym brakiem możliwości zaczerpnięcia oddechu przez tego drugiego. Gdzieś pośrodku pokoju pacnęły o podłogę fragmenty ciała – równy płat skóry alchemika i mała część podbródka Morka z niecałym centymetrem kości szczęki.

Cierpienie, jakie przysporzyło pojawienie się portalu obu mężczyznom sprawiło, że ich walka straciła na gwałtowności, przynajmniej na kilka sekund. Mork posiniał momentalnie, niezdolny do dostarczenia swojemu organizmowi odpowiedniej ilości zbawiennego tlenu, jednak światło jego uszkodzonej ciosem tchawicy powoli wracało już do normy gwarantującej mu przeżycie.

Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

08 maja 2014, 22:07

Tło

C

hwila, moment, i już po bólu. Podbródek uciekający gdzieś daleko, by już nigdy nie powrócić ku pierwotnemu stanowi. Ten czas, gdy chciałby go złapać, przytulić i już nigdy nie pozwolić mu odejść. Wiedział jednak, że musi być silny. Że czas zostawić za sobą przeszłość, zrozumieć swe błędy i po prostu dać mu odejść. Chciało mu się płakać. Był tak ważny w jego życiu, tak przydatny, tak… potrzebny. A teraz nastała taka pustka, żałość. Jak gdyby pole uprawiane latami nagle miało uschnąć, pozostawiając jedynie spaloną słońcem ziemię i trochę trupów polnych myszek. W teorii każdy normalny człowiek tańczyłby na niej, szukając kropli deszczu spływających z nieboskłonu czy małych źdźbeł trawy, ku własnej uciesze, czekając na lepsze jutro. Mork nie. Zielonooki był tym typem człowieka, który się nie pierdolił. Uczucia trzymał zamknięte w sobie, nie chcąc ich wypuścić, tak jak to robili inni. Rozmemłani niczym dmuchawce, puszczający bąki uczuć na prawo i lewo. A potem śmierdziało to naokoło, psuło się, jebało po kątach. Zdebilali ludzie, szukający upustu swych emocji paplając na prawo i lewo. Mork był inny. On chciał dać odejść, on musiał dać odejść. To była naturalna kolej rzeczy, niezmienna, kurwa jebana mać, po prostu trzeba się z tym było pogodzić. Zakasać rękawy, rzucić się z pięściami w bój, chwycić łopatę życia i pieprznąć kogoś w rzyć. Bo taka była kolej rzeczy. Bo tak trzeba. Łzy pozostały gdzieś daleko, nie trzeba było płakać.

P

opatrzył na Aleksa wielkim, zdziwionym wzrokiem. Był koszmarnie bezbronny, niczym kwiat, niczym motyl, niczym bazia. Biały, niewinny, słodki i gorzki jednocześnie. Niedoświadczony, a jednocześnie tak spaczony. Rzucony pomiędzy młot a kowadło, miotany po odmętach mroku i łowiony co jakiś czas tylko w celu zaczerpnięcia powietrza. Haust powietrza na środku oceanu wypełnionego plugastwem. Nigdy nie dopłynie do brzegu, nigdy nie ochłonie, wieczny tułacz, poszukiwacz końca. Ktoś nie pozwalał mu umrzeć. Ktoś chciał, aby jego wielkie, szkliste oczęta wpatrywały się w tego potwornego człowieka. Ktoś spowodował, iż portal zaistniał. Ktoś go bronił. To… to uczucie było pokrzepiające. Nawet jeśli miał być taki… taki niesamowity, chciałoby się rzec, to świadomość obecności kogokolwiek, kto chciałby z nim obcować była naprawdę miła. Palce Morka delikatnie otarły się o ramiona Aleksisa. Tak jakby próbował go odepchnąć, sam nie wiedząc dlaczego. Jednakże, nie było to mocne. Dziecinne, delikatne, miękkie. Przerażone. Niczym ktoś, kto boi się nawet dotyku, a jednak potrzebuje pewnej przestrzeni. Przestrzeni na tyle dużej, iż musi odepchnąć tego jegomościa. Nie chciał go ranić. Jeśli jednakże musiałby… jedna chwila, jeden moment starczy by otworzyć mu dwa portale w piersi. Tam, gdzie musi być serce. Nie chciał tego, lecz jeśli okazałoby się, iż chce go zabić… musiałby. To takie smutne. Prawie było mu smutno. Nie, jednak nie. Kurwa, to było takie zabawne. Zaczął się śmiać. Mocno. Nadal patrząc w oczy Aleksa, nadal przerażony, w histerycznym śmiechu, oznaczającym poddanie. Nie chciał więcej problemów.
Wygrałeś. Co teraz ze mną zrobisz? Jednakże, ból jest obopólny, zawsze wraca. Ja i Ty jesteśmy jednością.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

09 maja 2014, 16:44

Obrazek

Nie wiedział, kiedy to się stało. Poczuł ogromny ból w swej lewicy, ale nie przeszkodził on w wyprowadzeniu mocarnego ciosu. Po chwili przeciwnicy nieznacznie się od siebie odsunęli, w cierpieniu odkrywając rany, które sobie zadali.

Bentrum kompletnie zdenerwowanym i zniewieściałym okiem wpatrywał się w pokiereszowaną kończynę. Widok ten pogłębił jego doznawanie udręki. Cała jego uwaga została oderwana od rzeczywistości, skupiając się wyłącznie na przeżywaniu katorgi jego ciała. Miał wrażenie, jakby setki niewidzialnych rąk wydobywało się z dotkliwe poranionego miejsca i rozprzestrzeniało po nim, obejmując pierw niewidocznym uściskiem lewą rękę, by później owinąć jego całego. Setki palców zdzierało nie udolnie skórę Bentruma, który przez to przeżywał istną torturę godnej splugawionego pana, Eeskara.

Zareagował natychmiast, gdy poczuł dotyk na swym ramieniu. Jego wnętrze rozpalone ogniem nienawiści do wroga, podjudzane bólem i wizją zakrwawionej dłoni, domagało się pomsty. Nieświadomy nadprzyrodzonych mocy prześladowcy, w mig złapał jego nadgarstek, zamykając go w żelaznym uścisku.

Spojrzał na Morka zupełnie nieswoim wyrazem, pełnym gniewu. Po drugim uderzeniu serca, Aleksis przystąpił do wypełnienia krwawej zemsty.

Wyładowując pokłady frustracji, z całej siły pociągnąłby do siebie złapaną rękę Morka. W tej samej chwili wystrzeliłaby jego prawica niczym atakująca kobra. Potężny prosty zostałby wyprowadzony w dolną szczękę, w miejsce już uczulone i słabe. Pociągnięty wróg nadziałby się na pięść alchemika.

Atak dopełniałby niespodziewany, gwałtowny ruch głowy rozgniewanego człowieka. Czarny Kamień grzmotnąłby, pełnym od skomplikowanej wiedzy i własnych zmartwień, swym łbem w nos znienawidzonego adwersarza. Zakończyłby ciosem za pośrednictwem swej prawej nogi. Kolano zagłębiłoby się w podbrzusze, chcąc przywitać organy szaleńca brutalnym impetem.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

11 maja 2014, 20:32

MG

To było do przewidzenia. Skrajnie różne osobowości uwięzionej w tym dziwnym świecie dwójki mężczyzn musiały doprowadzić do konfliktu pomiędzy nimi, a następnie jego eskalacji. Bójka była nieunikniona, jednak jeden z nich nie zdecydował się na uczciwą walkę. Mork używał magii, choć Aleksis Bentrum odrzucił Szablogrzbieta, który mógłby mu dać ogromną przewagę. Był wściekły, ale nie był mordercą, choć jego furia prowadziła pięści tak, aby zabić. Jego wykalkulowane ciosy raz po raz spadały na Morka, choć ich trajektoria została zaburzona przez gorącą krew alchemika. Uderzenia nie spadały tak, jak do końca planował, jednak Czarny Kamień był zaślepiony gniewem, nie dostrzegając tego. Nie przejmując się własnymi ranami walił raz po raz. Niemrawe odepchnięcie, jakiego dopuścił się wobec niego Mork nie osłabiło szału, w jaki wpadł Aleks. Nie wygasiło go nawet to, że bity przezeń, nagi szaleniec zupełnie się nie bronił. Trzeba było go ukarać za wszelką cenę.

W obłąkanym umyśle zielonookiego wariata pojawiło się kilka w miarę czystych myśli. Wiedział, że może zamordować swojego oponenta, jednak postanowił zrobić tak dopiero, gdy jego własne życie zostanie zagrożone. Miał niewiele czasu na tego typu kalkulacje, ale nawet on wiedział, że gdyby Bentrum faktycznie chciał go ukatrupić, użyłby do tego celu leżącej gdzieś nieopodal szabelki. Mork zaczął się zatem śmiać, wypowiadając kilka słów o tym, jak bardzo Czarny Kamień nad nim zwyciężył i jak bardzo są jednością. Dostał po tym w pysk, tak mocno, że zemdlał, padając twarzą we własne gówno.

Burmistrz, widząc osuwającego się jak worek ziemniaków szaleńca, powstrzymał swe dłonie, opamiętując się. Zdarta z przedramienia skóra i wiszące wokół niego fragmenty ubrania dodawały mu wyglądu furiata, jakim przecież nie był. Dyszący ciężko Aleksis miał chwilę, aby rozejrzeć się po pomieszczeniu. Oceniający go z góry Zeatel nadal srogo mierzył pomieszczenie spod swego spiżowego hełmu. Co ciekawe jednak, figura zmieniła pozycję. Pusta ręka nie była już wyciągnięta ku górze, ale opadła w dół, a wystawał z niej… Szablogrzbiet, który niewiadomą sztuką dostał się do ręki statuy. Całość musiała wydarzyć się przed chwilą, bowiem przez cały Dworek przebiegły mechaniczne wibracje, jakby dobrze naoliwiona maszyna wznawiała swoją pracę po długim czasie stagnacji. Gdzieś na zachodzie coś mocno stuknęło, puknęło i trzasnęło. Błogosławieństwem Zeatela było uruchomienie czegoś w Dworze. Niezwyciężony Woj spojrzał na Aleksisa łaskawszym okiem, nie przytłaczając go już tak bardzo. Można było powiedzieć, że był w pewnym sensie dumny.

//Uprzedzając pytania – nie, Szablogrzbieta nie uda się już odzyskać. Morku, przestań, proszę, pisać zaimki osobowe wersalikami. Twoja postać jest chwilowo wyłączona z dalszej rozgrywki, obudzę ją MG-postem.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

12 maja 2014, 13:39

Szaleniec upadł. Bentrum spoglądał na niego z góry, dysząc niczym wojownik, który przeżył najtrudniejszą bitwę swego życia. Uczony nadal miał zaciśniętą do białości pięść, lecz widząc pokonanego przeciwnika, coś w nim pękło. Gdyby wściekłość była szkłem, pękłoby ono jak sucha skała, chwilę później rozpadając się na setki kawałeczków. Aleksis opamiętał się, co zaowocowało dziwnym poczuciem winy.

Spojrzał na swoje dłonie, jakby były one obce. Nie mógł uwierzyć w to, że pozwolił nienawiści zapanować nad nim – alchemik dał ujście najpodlejszym emocjom w swojej duszy. Zakrwawione dłonie przypominały narzędzia mordercy, a on nie był mordercą. Był alchemikiem, człowiekiem nauki. Szybko wyciągnął wnioski: o ile przeżyje w dworku, po wyjściu z niego stałby się kimś innym. To było nieuniknione, gwałtowna przemiana zaczęła się od samego początku pobytu tutaj, a każde zwiedzone pomieszczenie zespalało nowe, przebudzone elementy osobowości do starych cech alchemika.

Jednakże Bentrum nie zamierzał użalać się nad sobą. Wiedział, że musiał ustalić nowy plan i działać według niego. Nie zamierzał zatracić się w sobie, konsekwentnie działając w tym nawiedzonym przez bogów miejscu. W świecie, gdzie śmiertelnik mógł przekonać się o istnieniu bogów, o ile nie było to wielką farsą, iluzją mogącą złamać kogoś, kto uwierzył. Ale Bentrum wierzył i wyganiał ze swego umysłu myśli o porażce. Wierzył, że mógł wygrać, przeżyć.

Mając na barkach kolejne postanowienia, zwrócił swą uwagę na krasnoludzkiego boga. Zeatel dzierżył Szablogrzbieta. Nadal srogo spoglądał na śmiertelnika, lecz jego spojrzenie bardziej przypominało surowego ojca dumnego ze swojego syna, jednakże nie zamierzającego chociaż na moment zastąpić swą twardą postawę czymś innym. Czarny Kamień usłyszał dźwięk wypełniający dworek. Hałas trwał w ładzie, jakby był następstwem pracy czegoś lub kogoś. Czyżby błogosławieństwo Niezwyciężonego Woja spowodowało jakąś zmianę w dworku?

Aleksis postanowił udać się na zachód, aby odnaleźć źródło niedawnego dźwięku. Podniósł ukryte w zawiniątku serce golema i wrócił do pomieszczenia z gobelinem. Skręcił w lewo, przechodząc przez pusty, posiadający troje drzwi pokój. Potem poszedł ponownie w lewo, wracając do punktu startowego, w którym przyszło mu rozpocząć wędrówkę. Wiedział, że dwoje drzwi prowadziło go do nieznanych części kompleksu. Niemniej, postanowił znów wybrać lewe drzwi. Pomieszczenie z boskim kowalem prowadziło na dół i na południe. Jeśli Bentrum kombinował poprawnie, spodziewałby się dotrzeć do zachodniej krawędzi tego poziomu, poziomego zerowego. Poza tym, najlepiej zaczynać poszukiwania zmian od najdalszego zachodu, o ile był to najdalszy zachód tego poziomu.

Złapał za klamkę i postanowił zbadać zachód.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

12 maja 2014, 20:34

//Aleksis – 1! Kolejna „przeklęta” liczba – 7.
MG

Obłożony dwoma boskimi błogosławieństwami Aleksis Bentrum udał się na zachód, prosto do jednego z nieznanych mu jeszcze pomieszczeń. Podążył mniej-więcej tam, skąd dochodził zgrzyt poruszonego przez statuę Zeatela mechanizmu. Rana powstała na skutek zdarcia skóry z lewego przedramienia doskwierała mu nieziemsko, brocząc deski przemierzanych przez niego pomieszczeń krwawymi łzami. Ten jednak nie starał się jej opatrzyć, jakby tak poważne obrażenia były dla niego niczym. W rzeczywistości czuł wręcz niewyobrażalny ból. Cierpienie zmieniło jego percepcję, skutecznie otępiając zmysły. Alchemik szedł jak przez mgłę, czując, jak jego ciało powoli pozbywa się adrenaliny powstałej podczas pojedynku z Morkiem. Jego mięśnie zdawały się tężeć i zestalać, poruszając ciałem niby od niechcenia. Wreszcie dotarł do upatrzonego pomieszczenia, trafiając do kolejnego z wielu identycznych pokoików. Zgodnie z przewidywaniami był w skrajnej, zachodniej komnacie, nie mogąc już kontynuować wędrówki przed siebie. Jedna droga prowadziła na północ (do komnaty Mealena Kowala Dusz), druga na południe. Niedługo jednak Czarny Kamień mógł rozmyślać nad obraniem odpowiedniej drogi. Jego przytłumione zmysły zaatakowały niespodziewanymi doznaniami.

Włoski na karku Bentruma zjeżyły się, a do nozdrzy niemal w tym samym momencie dotarła woń rozkładu. Natychmiastowo poczuł też odruch wymiotny, choć jego żołądek nie zwykł prawić mu takich figli. Tylko doświadczenie powiedziało mu, że owionęła go silna aura magiczna, jedna z tych, które mamiły swoich odbiorców fałszywymi doznaniami. Jej źródłem była stojąca w rogu pomieszczenia postać. Niegdyś zapewne kunsztowny strój, w jaki była odziana, zwisał z niej niczym jakieś brunatnoszare szmaty. Dwie klingi – jedna dłuższa, druga krótsza – również wyglądały na przedniej produkcji, choć ich właściciel wyraźnie o nie nie dbał. Wystające ze zdrowo uszkodzonych, brudnych i zadrapanych pochew rękojeści dawały znać o finezji kowala, które je wykonywał, jednak trudno było ją docenić przez warstwę brudu, jakim były oblepione. O wiele bardziej jednak niż strój i oręż uwagę przyciągały trzy strzały, wystające z piersi mężczyzny (bo zaiste był to mężczyzna). Zakończone dobrze wyprofilowanymi lotkami z pewnością zadały mu śmiertelne rany. Dalej było juz tylko gorzej. Szyja jegomościa wydawała się zmasakrowana uderzeniem jakiegoś ogromnego zwierza, a wysuszona twarz przybrała ciemnoszary odcień. Co ciekawe jednak, ten uchodzący za ze wszech miar martwego osobnik nic sobie z tych krytycznych obrażeń nie robił. Łypnął na wchodzącego do jego domeny Aleksisa Bentruma swoimi ciemnymi oczami. Długie do połowy piersi, prawie białe włosy zasłaniały jego uszy, ale alchemik wiedział, że ma do czynienia z elfem.

- A więc spotykamy się ponownie – wychrypiał Lorinel, wypluwając odrobinę pustynnego piasku. Nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów, opierając się plecami o drewnianą ścianę pomieszczenia. Długie ręce mężczyzny zwisały swobodnie, gotowe do natychmiastowego wyciągnięcia broni, o które ocierały się koniuszki jego palców. Znający biegłość długoucha Aleksis wiedział, że jeden nieostrożny ruch może zakończyć się dla niego natychmiastową śmiercią. Ten biegły w sztuce magicznej elf nigdy nie był szczególnie normalnym gościem, teraz będąc dodatkowo gościem na wskroś martwym. Jego pokuta strzałami pierś nie unosiła się, jakby za nic miał sobie potrzebę oddychania. Prócz tego, że jego ciało najwyraźniej rozkładało się, wyglądał dokładnie tak, jak Bentrum go zapamiętał. Czyżby zdołał wykaraskać się z pustynnego grobu, jaki usypał dla niego Czarny Kamień wraz ze swym uczniem, Dahhardem?

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

12 maja 2014, 21:55

Przekroczywszy kolejny próg, doznał już na początku nieprzyjemnych bodźców. Zapach zgnilizny natychmiast zaatakował jego nos. Mimowolnie wydobył z siebie gardłowy odgłos, powstrzymując z ledwością wymioty. Przez przypadek, nieumyślnie złapał za swoją ranną kończynę, zadając sobie ogromną dawkę bólu. Alchemik zawył boleśnie, a chwilę później niemal upadł. Przykucnął, albowiem poczuł, że utracił znaczną część swych sił, przez co trudno było mu ustać na nogach. Przytępione zmysły gorzej odbierały rzeczywistość, wzrok jak przez mgłę dostrzegał niewyraźną postać gospodarza tego pokoju.

Dopiero po dłuższej chwili Bentrum zrozumiał, z kim miał do czynienia. Zdawało się, że w tym momencie każdy zakamarek ciała Czarnego Kamienia przeżywał zdziwienie porównywalne do panicznego niezrozumienia prawdy. Gdyby nie styczność z poprzednimi cudami dworku, Bentrum zapewne uciekłby od widoku zmasakrowanego elfa, którego organizm nadal funkcjonował pomimo strzał wbitych w jego pierś. Niszczył go czas, ale zdawał się być nieprzyjęty swym stanem. Lorinel był kolejnym elementem tego chorego świata.

Gdy przemówił, alchemik zaniemówił. Nie wiedział przez chwilę, jak mógł odpowiedzieć na słowa kogoś, kto przypominał samego Eeskara. Nie wiedział, jak zareagować na mowę kogoś, kto niemalże doprowadził do śmierci swej kochanki. Powiedzieć cokolwiek Lorinelowi, potężnemu czarodziejowi, który istniał za śmierci. Poważny stan zdrowia i aura skutecznie przeszkadzały człowiekowi myśleć, lecz on nie poddawał się. Natchniony siłą krasnoludzkich bogów, spróbowałby zapanować nad swoim umysłem. Mimo zranionego i cierpiącego ciała, chciałby skorzystać chociaż z części swego potencjału. Zacisnąć zęby i działać.

- To miejsce… zaczął słabym i niepewnym tonem. Zmęczenie wylewało się wraz z jego słowami. - przywołało i ciebie. Czekałeś na kogoś. Czekałeś na mnie? – zapytał drżącym głosem.

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 10 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.