Kanały

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Kanały

04 maja 2014, 22:37

Od czasu zwanej Plagą Minaloicką wielkiej zarazy, która miała miejsce w latach 403-405EF, kanały pod Minaloit stały się miejscem wręcz mitycznym. Odkryte na początku zakładania tego górskiego osiedla, a więc w roku 398 Ery Feniksa, korytarze zdawały się być idealne do wykorzystania w formie ścieku. Spora ilość przeróbek, jakich dokonali osadnicy, pozwoliła im na odprowadzanie nieczystości wprost do leżącej na południu miasteczka rzeki Napogi. Istnienie kanałów okazało się niezbędne dla istnienia Minaloit jako takiego – spływający wiosną z gór, roztopiony śnieg znajdował tutaj ujście, nie zalewając miasteczka. Niepotrzebne ścieżki odnalezionych komnat zamurowano, resztę uprzątnięto i tak właśnie całość funkcjonowała nieprzerwanie od kilkunastu lat. Nie przeprowadzano tutaj właściwie żadnych badań, traktując istnienie tych starożytnych tuneli jako dopust Piętnastki.

Plotki pojawiły się nieco później. Mówiono, że choroba, jaka przetrzebiła osiedle, wyszła właśnie stąd, rażąc mieszkańców rozkwitającego Minaloit niczym młot samego Mealena. To tutaj palono zwłoki, stąd wyszli pierwsi zarażeni – chodzące trupy o wielkiej sile i nieposkromionej żądzy mordu. Dopiero powrót niejakiego Bakero, ówczesnego burmistrza miasta, położył kres tym cierpieniom. Dla wielu spraw było już jednak za późno. Bractwo, które trzymało pieczę nad rozwojem osiedla, rozpadło się, większość mieszkańców zmarła bądź wyjechała, a namiestnik prowincji utworzonej wokół niego do teraz jest obiektem drwin możnych, zwących go czasem „Psem Derinu”. Z oazy światłych umysłów Minaloit stało się zabitą dechami dziurą, do której nikt nie chciał się przeprowadzić. Główną populację stanowili górnicy oraz ich rodziny, niestrudzenie pracując nad wydobyciem bogactwa Ikrem – srebra.


Kanały nadal były używane, ale na zdecydowanie mniejszą skalę. Ludzie bali się tam zapuszczać, pozostawiając porzucone tam za czasów zarazy przedmioty samym sobie. Mówiono, że można tam znaleźć oręż, artefakty, wynalazki – wszystko, czego dusza zapragnie. Mimo tego mało która grupa śmiałków decydowała się ostatecznie na zejście wgłąb – a były po temu dwie, powszechnie znane drogi.


Pierwsza, najbardziej oczywista, prowadziła z miasta. Wystarczyło uderzyć na południe osiedla, aby dojść do dużego, okrągłego, niezabezpieczonego otworu. Po Pladze Minaloickiej zamierzano go nawet zamurować, ale zaprawa okazała się niezbyt trwała, przez co konstrukcja rozpadła się, a jej gruzów nie uprzątnięto. Zresztą, jako wytwór ludzkich rąk cały ten od siedmiu boleści „portal” z definicji nie był szczególnie mocnym konstruktem. Wybito go tak, aby można było we względnie łatwy i bezpieczny sposób zejść niżej, do właściwych kanałów. Po przybyciu do Minaloit krasnoludzkiej ekspedycji ze Złotego Wąwozu przejście to prowadziło prosto w objęcia stacjonujących nieco dalej w podziemiach brodatych wartowników, którym nie przeszkadzał najwyraźniej smród spływających do otworu nieczystości. Większość bowiem mieszkańców Minaloit wzorem obywateli znamienitszych metropolii wyrzucało nieczystości wprost na błotniste ulice, licząc na to, że zmyją je deszcze bądź same spłyną do otworu na końcu miasta, czemu sprzyjało obniżenie terenu w kierunku południowym.


Drugim ogólnie znanym wejściem było to od strony samej rzeki. Aby do niego trafić, należało iść traktem z miasta aż do miejsca, w którym przecinał on Napogę. Następnie, idąc w górę jej nurtu, nie sposób było nie trafić do jedynego ujścia kanałów. Choć kiedyś tego okrągłego przejścia (o średnicy około dwóch metrów) chroniły ustawione raz przy razie, grube, stalowe pręty, teraz kilka z nich było uszkodzonych. Powstała na skutek działania jakiejś żrącej substancji dziura prawdopodobnie również była chroniona przez krasnoludy. Pozwalała bowiem nawet wyrośniętemu mężczyźnie na przeciśnięcie się dalej – z trudem, na kuckach, ale pozwalała – co mogło prowadzić do przykrych dla Minaloit konsekwencji.


Idąc korytarzem otwierającym się za uszkodzonymi kratami można było po lekkim łuku dojść do samego miasta, wychodząc na jego południu – opisanym wyżej portalem. Po drodze kilkadziesiąt metrów od tego wylotu, mijało się tylko jedną odnogę, prowadzącą do krasnoludzkich tuneli. Do odnogi tej wpadały – tak z lewej jak i z prawej – kolejne tunele, w większości zamurowane. Te odpieczętowane były natomiast chronione przez kolejnych brodaczy, które generalnie cały kompleks uważały za swój.


Część użytkowa kanałów była więc względnie mało rozbudowana – ot, jeden tunel prowadzący właściwie prostą drogą od Minaloit do Napogi i jedna, nachylona odpowiednio odnoga prowadząca do podziemnej siedziby krasnoludów. Przez środek obu tych kwadratowych tuneli szły kamienne rynny, którymi nieczystości płynęły do rzeki. Z racji małej populacji miasta było ich niewiele, przez co większość z nich po prostu tutaj zalegała, czekając na deszcz. Ziemia była tutaj twarda i nieskora do poddania się pracy ludzkich rąk, więc tylko niektórzy z bogatszych obywateli żyjących w mieście mogli sobie w przeszłości pozwolić na posiadanie własnych, domowych odpływów. Teraz jednak, po przybyciu do Minaloit krasnoludzkiej ekspedycji, ostatni z nich – ten idący od zrujnowanego ratusza miejskiego – został zlikwidowany, dzięki czemu nieczystości trafiały do kanałów jedynie leżącym na południu miasta, południowym portalem oraz od strony krasnoludzkich tuneli. Po lewej i prawej stronie rynien pozostawiono wąskie chodniki pozwalające na przejście jednej, niezbyt szerokiej w barach osoby.


Pozostałe odnogi, ciągnące się zapewne wiele sążni pod górami Ikrem pozostawały niezbadane, mówiono jednak, że prowadzą one bezpośrednio do przedsionka Dravenghr – mitycznej kopalni, jaką mają na celu odzyskać brodaci obywatele miasta (w sile około dwóch tysięcy chłopa), zajmujący się obecnie zabezpieczaniem terenu.


MG

Rześka po noclegu nad rzeką grupa wysłana przez wujaszka Festera do kanałów pod Minaloit kierując się prawie wyłącznie nosem doszła koło południa do ich wylotu. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Duże wejście zostało zakratowane parę ładnych lat temu, choć wstawione w nie, grube jak przedramiona dorosłego mężczyzny pręty wydawały się kompletnie nie na miejscu. Mocna, biaława skała została w prymitywny sposób naruszona, przebita na wylot i podmurowana, pozwalając płynącym prosto z Minaloit brudom na wylewanie się prosto do rzeki. Fakt faktem, że nieczystości tych nie było ostatnimi czasy zbyt wiele z powodu małej populacji osiedla, ale i tak śmierdziało stamtąd nieziemsko. Bystre oczy Ailei dostrzegły znajdujące się nad portalem fragmenty dziwacznego, nieznanego jej pisma. Krótkie doświadczenie długouchej z krasnoludami ze Złotego Wąwozu kazało jej sądzić, że tylko one byłyby w stanie odczytać te niekompletne ciągi sypiących się znaków. Jakikolwiek nie byłby ich przekaz, ludzcy osadnicy Minaloit kompletnie się nim nie przejęli, doszczętnie niszcząc wejście do starożytnych komnat, które, o ironio!, obrali za idealne miejsce do (dosłownego) obsmarowania fekaliami.

Czwórka śmiałków nie miała jednak na co narzekać. Lepiej było dla niej usunąć kilka z metalowych prętów niż przebijać się przez pradawne, kamienne wrota. Kilof dźwigany bez konkretnego powodu przez Dahharda miał wreszcie znaleźć swoje zastosowanie. Wedle wszelkich przesłanek to tutaj znajdowało się ongiś wejście do najwyższych komnat przedwiecznej kopalni Dravenghr, którą chcieli odzyskać brodacze z Wąwozu. Nawet jednak oni nie ośmielili się zejść głębiej, poprzestając póki co na zabezpieczeniu dwóch z trzech wejść do kompleksu. Aż dziw brał, że przy trzecim nie stało ze czterech krasnoludzkich gwardzistów. Być może uznali oni, że kraty powstrzymają ewentualnych eksploratorów albo stali nieco dalej. Możliwe też, że zwyczajnie się czegoś obawiali.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Gypsy Fast Woman

12 gru 2015, 20:51

MG

Dodatkowe badanie wrót nie ujawniło większej ilości szczegółów, a wyzbieranie wszystkich kamyczków z runami, które upuścił martwy krasnolud, zajęło Sokolnikowi parę ładnych chwil. Dzięki swoim nadnaturalnym zmysłom znalazł je wszystkie, część z nich wyciągając prosto z sakwy nadal znajdującej się przy ciele denata. Porównanie symboli pożarło kolejne pokłady cennego czasu, ale Dresz wiedział, że musi być bardzo dokładny. Ustalił, że brakuje mu kilku z symboli, o których mówiła księga. Inne występowały pojedynczo, a były użyte w opisie dwóch lub większej ilości miejsc mocy umieszczonych w drzwiach. No cóż.

Dwie sekwencje udało się odtworzyć na posadzce komnaty, ale nic to nie dało. Martwy brodacz miał zresztą inną taktykę – dotykał kamieniami wrót. Może to w tym była metoda? Krasnolud próbował różnych kombinacji, może po prostu nie znał prawidłowej. Lub zapomniał. Ferwor walki na pewno nie ułatwiał mu skupienia się. No i nie miał księgi, którą posiadał Sokolnik, a która przynajmniej dawała jakieś wskazówki.

Do tego ostatniego doszło wkrótce, że jej autor, przez zaprezentowanie ciągów symboli, przedstawiał jedynie swoje propozycje. Co jednak, jeśli kamień, którego użyje Dresz, okaże się nieprawidłowy? Z drugiej strony, runiczny umrzyk kompletnie się tym nie przejmował. Drzwi nadal były zamknięte, co wskazywało na to, że jego pomysły były nietrafione, a mimo tego nie wydarzyło się nic złego. Chyba. Obecność golema za wrotami była jednak mocno wymowna. Być może drzwi reagowały negatywnie tylko na określone symbole. Albo w ogóle ignorowały te niewłaściwe. Sokolnik nie potrafił tego jeszcze stwierdzić.

Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 98
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

18 gru 2015, 17:46

Sokolnik nie śpieszył się, wiedział że pośpiech raczej mu nie pomoże. Czas co prawda stanowił dla niego rzecz bardzo ważną, nie mógł w tym miejscu spędzić zbyt wiele czasu, jednak wolał dać sobie szansę, aby ruszyć dalej.

Rzędy symboli oczywiście nadal nic mu nie mówiły, jednak zdołał ułożyć dwie z wszystkich kombinacji zawartych w księdze. Pozostałych run krasnolud nie miał, a więc Dresz chcąc nie chcąc uznał, że któraś z tych dwóch musi być prawidłowa. Pozostawało pytanie która?

Mężczyzna wybrał na chybił trafił tę, którą ułożył pierwszą. Podszedł do zaznaczonego w księdze miejsca i zaczął kolejno, jeden po drugim przykładać kamienie tak jak nakazywało to dziwne tomiszcze. Może był to głupi ruch z jego strony, jednak nawet głupi ruch był lepszy niż całkowita bezczynność. Jeśli czekało go spotkanie ze stojącym za drzwiami golemem, wolał by chociaż nastąpiło szybko.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Shadow Shaker

27 gru 2015, 16:22

MG

Nie wydawało się, że działanie, jakiego podjął się Sokolnik, było szczególnie roztropne. Przykładanie losowych – zgodnych jednak ze spisem w księdze – run do miejsc mocy znajdujących się na zamkniętych wrotach miało nikłą szansę na wywołanie pożądanego efektu. Dresz nie widział jednak innej opcji. Być może nie zastanowił się nad rzeczą dostatecznie długo, ale wydawało mu się, że nie jest w stanie zdobyć dodatkowych poszlak. Nie znał krasnoludzkiego języka, przypisy w księdze też niewiele mówiły. Jej autor prawdopodobnie nigdy nie przekroczył wrót, przed którymi stał ostatni z przytomnych poszukiwaczy Krwawej Róży. Niestety, uczony Dahhard albo spał albo już nie żył, Nessir na niewiele by się tutaj zdał, a sam Sokolnik, mimo ogromnego doświadczenia życiowego, nie miał zbyt wiele styczności z tego rodzaju mechanizmami. Starożytne, runiczne rozwiązania budowlane zostały już dawno temu zapomniane i chyba tylko stary kapłan z Minaloit mógłby powiedzieć coś na ten temat – po przestudiowaniu dziesiątek ksiąg i sięgnięciu do własnej, zbieranej przez wieleset lat wiedzy.

Najwięcej wiedział chyba ten, który teraz marniał pod stopami Sokolnika, jednak jego stan nie wskazywał na to, aby mógł jeszcze kiedykolwiek przemówić. Martwy krasnolud z chwili na chwilę wyglądał coraz gorzej, a przemianę w jego niszczejącym ciele można właściwie było zaobserwować gołym okiem. Było to dziwne, ale dawało równocześnie pewną nadzieję. Ciała Nessira i Dahharda nie zachowywały się w ten sposób, co mogło świadczyć o tym, że życie jeszcze nie całkiem z nich uszło. Była to przesadzona teoria, bo być może to coś w ciele runicznego maga sprawiło, że teraz rozkłada się kilkanaście razy szybciej, ale mogła podbudować Dresza na duchu - przynajmniej nie siedział tutaj z trzema trupami, a z jednym.

Nie pozostało nic innego jak zastosowanie taktyki umrzyka. Przystawianie po kolei każdego z pokazanych w księdze symboli do powiązanego z nim miejsca szczególniej koncentracji mocy zajęło nieco czasu i początkowo nie wywoływało żadnego efektu. Energia zaklęta w drzwiach nawet nie drgnęła. Dopiero przy czwartym symbolu (a Sokolnik miał tutaj do wypróbowania siedem) coś się ruszyło. Trudno było powiedzieć, czy to dobrze, czy źle, ale moc wypełniająca obszar osłabła na rzecz wzmocnienia dwóch sąsiadujących z nią miejsc. Sokolnik zapamiętał, która runa to sprawiła. Po chwili jednak efekt cofnął się. Miejsca mocy przedstawiały stan sprzed manipulacji symbolami. Co istotne, kolejne dotknięcie miejsca mocy zapamiętanym symbolem znowu wywołało efekt rozdzielenia się energii na dwa kolejne miejsca. Runa musiała być więc prawidłowa.

Wyglądało na to, że mechanizm jest czasowy – należało szybko dotknąć kolejnych dwóch miejsc właściwymi kamieniami. W przeciwnym wypadku – i zapewne przy niewłaściwym wyborze – dzieło cofało się do samego początku. Tłumaczyło to, dlaczego krasnolud nie zdążył otworzyć wrót. Każda niewłaściwa lub wykonana za wolno akcja oznaczała, że musiał zaczynać od nowa. Szczęściem Sokolnik miał więcej czasu. Za drzwiami nic w czasie jego rozmyślań nie drgnęło.

Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 98
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

29 gru 2015, 16:12

Sokolnik zapamiętał kamień, który wywołał reakcję w magii, którą obłożono drzwi. Nieco pocieszony tym pierwszym sukcesem począł kombinować dalej. Przeniósł swoją uwagę na kolejne ze skupisk magicznych. Zaczął powoli przykładać kolejne kamienie, które zaproponował badacz także i w to miejsce, licząc na podobną reakcję.

Miał zamiar kontynuować to dzieło dopóki nie dowie się na które kamienie reaguje każda z "pieczęci" na drzwiach, następnie po prostu w krótkim czasie aktywować je wszystkie. Jeśliby cała konstrukcja nie chciała reagować, miał zamiar najpierw aktywować już odnaleziony punkt, dopiero potem przechodząc do kolejnego. Może trzeba było zrobić do w odpowiedniej kolejności, a on przypadkiem po prostu trafił na pierwszy z całej tej układanki.

Była to żmudna i nudna czynność, ale nie pozostawało mu nic innego jak po prostu wykonać ją jak najszybciej. Chciał wreszcie dostać się dalej.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Hail to the King Baby

11 sty 2016, 00:08

MG

Dla każdego poza Sokolnikiem rozwiązanie zagadki runicznych wrót byłoby niezwykle trudne, a być może niemożliwe. On jednak widział ruchy energii zaklętej w drzwiach, miał księgę, która dawała mu pewne wskazówki i miał swoje ogromne doświadczenie życiowe. Dla niego zadanie otwarcia drzwi było jedynie niezwykle nużące. Prawdą wszak było, że spędził nad nim mnóstwo czasu. Wiedział, że nie uniknie pomyłek, ponieważ nie ma dostatecznej wiedzy, aby znać prawidłowe rozwiązanie. Metodą prób i błędów odkrywał je kawałek po kawałku, ostatecznie dochodząc do samego końca. Wiedział już, które symbole działają, użył ostatniego z nich. Starożytny mechanizm szczęknął, zajęczał, zaskrzypiał i poruszył skrzydłami wrót, które zaczęły otwierać się do wewnątrz.

Nie dokończyły jednak swego dzieła, bo coś je zablokowało. Oczywiście Sokolnik wiedział, o co chodzi. Nieruchomy, stojący zaraz za drzwiami golem nie pozwalał na ich całkowite otwarcie. Tym niemniej było tutaj dość miejsca, aby jakoś się przecisnąć – pomiędzy nieaktywnym automatonem a wiekowymi dechami.

W całej sali podniósł się kurz, gdy wleciało do niej świeże powietrze. Wyglądało na to, że za drzwiami znajdują się korytarze o prowadzących na zewnątrz szybach wentylacyjnych, oknach czy portalach. Dobrze to wróżyło – być może niedaleko znajdowało się dodatkowe wyjście z kompleksu, które umożliwiłoby wydostanie się stąd bez konieczności przebijania się przez miasto nerwowych krasnoludów. Jeżeli jednak istniało, prawdopodobnie znajdowało się w głębokich górach, co przekreślało szanse na łatwy powrót do cywilizacji, ale oferowało inne pozytywy: zdobycie pożywienia czy wody. Tak czy inaczej, serce Sokolnika (a głównie jego zwierzęcego pupila czującego wiatr w skrzydłach) rozpaliło się nową nadzieją. Obaj mieli dość zatęchłego powietrza przedsionka Dravenghr i pragnęli się stąd wydostać. Nie pozostało nic innego, jak iść dalej.

…Tak więc też uczynił, ze swoim wiernym kompanem na ramieniu, mieszczącym się na mim wespół z duszą. Przeciśnięcie się do kolejnej sali nie było najłatwiejsze i przez cały ten czas Dresz miał wrażenie, jakby golem zaraz miał ożyć i pogłaskać go kamienną pięścią po twarzy, niekoniecznie przyjacielsko. Nic takiego się jednak nie wydarzyło, a po całym, godnym szczura manewrze, Sokolnik ujął w swą perspektywę całą potężną sylwetkę niedziałającego strażnika kopalni.

Zbudowany z ciemnych, ułożonych jeden na drugi kamieni (złączonych jakąś tajemną sztuką) tylko z grubsza przypominał humanoida. Nie posiadał bowiem głowy, a jego potężny, beczkowaty tors służył głównie do zwiększenia jego wysokości i umiejscowienia napędzanych bulwiastymi kończynami narzędzi. W jednej swej „dłoni” golem „trzymał” bowiem potężny kilof, w drugiej – łopatę. Krótkie nogi nie były przystosowane do podnoszenia się wysoko, golem musiał raczej sunąć po posadzce. Jego obecność tutaj była zagadkowa, nie wyglądał bowiem na konstrukt zdolny do walki. Być może jego zadaniem było blokowanie drzwi (przed czymś większym od Sokolnika) albo wręcz przeciwnie – ich wyważenie. Jakiekolwiek by ono nie było, teraz golem nie robił zupełnie nic. I to od lat – zebrała się na nim pokaźna warstwa pyłu, gruzu i innego tałatajstwa.

Dresz widział to wszystko wyraźnie dzięki swoim specjalnym oczom. Widział też dużo więcej. Dla niego golem pokryty był nie tylko naleciałościami znajdowanymi w tego rodzaju tunelach, ale także bardzo wiekową, zaschniętą tkanką organiczną. Sokolnik podejrzewał, że golem nieraz doświadczał przelewanej krwi, być może sam ją rozlewając. Nietrudno było wyobrazić sobie tego automatona tratującego przeciwników swych panów (albo samych panów na skutek jakiegoś brzemiennego w skutkach błędu). Być może do tego użyto go przed upadkiem Dravenghr, wieki temu.

Tak czy inaczej, nie sposób było nie cieszyć się z tego, że energia napędzająca ongiś tę straszliwą machinę uszła już i nie stanowi ona żądnego zagrożenia. Jeżeli jednak były tutaj golemy, dodatkowo upstrzone jakąś wielusetletnią krwią, to nie wróżyło to zbyt dobrze. Co prawda posoka była wiekowa, niedostrzegalna właściwie dla kogokolwiek poza Sokolnikiem, ale była tu – a żadnych ciał, choćby z dawna skruszałych, nie sposób było odnaleźć. Spotkanie z kolejnymi nieumarłymi wisiało na włosku, Dresz czuł to całym sercem, choć było to uczucie irracjonalne. W nowych tunelach nie odzywał się bowiem żaden hałas, żaden głos – prócz świstu wiatru – nie zaburzał ich spokoju. Musiał być już blisko.

Nie było sensu, aby stać w tym miejscu. Póki Sokolnik trzymał się i żył, mógł poruszać się dalej, ku nieznanemu. Wiedział, że może iść na spotkanie swojej nagłej śmierci, ale była to śmierć lepsza niż powolne zdychanie z głodu. Krok za krokiem zagłębiał się w rejony, które od dawna nie przemierzała żadna żywa istota. Było tu pusto i cicho, ale również niepokojąco, jakby cisza ta nie była naturalna, a posiana strachem i grozą. Coś wykurzyło stąd krasnoludy wieki temu i jeżeli nadal żyło, to rządziło w tym miejscu niepodzielnie. Zbliżanie się do tego czegoś nie należało może do najrozsądniejszych, ale jaki wybór miał Sokolnik? Mógł, owszem, spróbować wrócić do Minaloit, zagubić się znowu w zwiedzonych wcześniej tunelach, dać się zamknąć krasnoludom w celi o chlebie i wodzie, a potem powiesić na byle jakim, skarlałym, górskim drzewku. No cóż. To również nie wydawało się rozsądne.

Gdy do głosu doszła jednak ciekawość i chęć szybkiego wyjścia na powierzchnię – zapowiadana coraz mocniejszymi podmuchami górskiego wietrzyska – jego krok przyspieszył. Mężczyzna był głodny, wymięty i nadal zmęczony, ale jego jaźń pozostawała ostra. Widział przed sobą cel, który obrał z dawna i do którego dojść miał tylko on. Wreszcie usłyszał coś, czego właściwie od dawna się już spodziewał. Odgłos ten doszedł jednak nie z przodu, jak miał, ale z tyłu. Tam zaś nie pozostało nic prócz narzędzia, golema, obok którego Dresz musiał się przecisnąć. I jego dawnych kompanów. Czyżby ożyli i podążali jego tropem? Było to całkiem prawdopodobne, zważywszy na to, co działo się tutaj wcześniej. Nie było jednak słychać pomruków nieumarłych, ich ciężkich kroków, a raczej zgrzyt – potężny, ciężki zgrzyt przesuwających się i ocierających o siebie kamieni.

Po chwili powietrze rozdarł też zgrzyt modulowany, o wiele mniej naturalny, podobny do jakiejś hardej mowy jaskiń. Sokolnik rozpoznał go. Ktoś – a raczej coś – mówiło w języku krasnoludów Złotego Wąwozu. To golem sunął w jego kierunku.

Głupotą byłoby wyjście mu naprzeciw, jednak gdy tylko Sokolnik powziął mocne postanowienie ucieczki w podskokach, do jego uszu dotarł kolejny dziwaczny odgłos. Jakiś golem nadchodził także z przodu. Stanął między młotem a kowadłem, choć nie mógł w to uwierzyć. Jakaś wola musiała poruszyć automatony! Nie było możliwości ucieczki, korytarz był prosty jak w mordę strzelił i jeżeli starożytne krasnoludy tak umyśliły sobie system obronny tego miejsca, to trzeba było im pogratulować, choć obmyślony był na zwalczanie kretynów. Sokolnik pluł sobie w brodę.

Szybka kalkulacja pozwoliła Dreszowi ocenić, że golem, którego minął, był mniejszy od korytarza. Jego wysoko umiejscowionym barkom brakowało około metra do szurania po suficie, a obok niego stanąć mogła jeszcze połowa takiego konstruktu – czyli ze dwa Sokolniki. Na pewno dałoby się przecisnąć, a jedyną trudnością byłoby uniknięcie ewentualnego ataku. No i – golem idący z przodu mógłby być większy. Albo mniejszy. Trudno było orzec. Znajdował się nadal poza zasięgiem Dresza i w ogóle nie gadał w swoim dziwacznym języku.

Gdy tak myślał i rozważał wszelkie za i przeciw, poruszające się niepokojąco szybko narzędzie krasnoludzkie dopadło go. Czekał na cios, reakcję golema na intruza, chciał zmusić swoje ciało do instynktownej odpowiedzi, takiej, która wielokrotnie ratowała mu skórę. Nie mógł zbyt wiele myśleć, musiał działać. Automaton jednak zatrzymał się. Z wnętrza jego obłego torsu wydobywały się kolejne słowa. Narzędzia opuścił po sobie. A z drugiej strony szedł kolejny żywy posąg. Nie namyślając się długo Dresz śmignął za nieruchomego golema i oddalił się nieco. Nic się nie wydarzyło. Automaton chyba próbował się odwrócić, ale zrezygnował, gdy wyczuł drugiego golema. Trudno było powiedzieć, jak to zrobił, ale definitywnie poczuł miętę, bowiem ruszył z zapałem ku swemu partnerowi.

Sokolnik poszedł powoli za nim, ciekaw, co się wydarzy. A zdarzyła się rzecz niezwykła i wbrew wszelkim oczekiwaniom Dresz nie począł świadkować procesowi powstawania małych golemów. Automatony wymieniły pozdrowienia w swoim dziwacznym języku, ale chyba niezbyt się dogadały, bowiem w ruch poszły narzędzia. Drugi golem był jednak nieco bardziej przystosowany do walki – był wyższy, miał w rękach młot, a druga jego dłoń stanowiła właściwie jedną wielką tarczę. Miał też głowę.

Hałas, jaki rozdarł tunele, sprawił, że Sokolnik mimowolnie skulił się, licząc na to, że nie oberwie żadnym odłamkiem – a tych, zarówno z konstruktów jak i korytarza, sypało się mnóstwo. Na jego oczach w pył zgnieciona została piękna płaskorzeźba przedstawiająca prawdopodobnie Mealena – Kowala Dusz – pracującego w swoim warsztacie. Na dzieło jego rąk czekał już pusty konstrukt o kształcie krasnoluda w koronie, zapewne jakiegoś ówczesnego króla brodaczy, którego uznali oni za boskiego pomazańca. Takie niszczenie wielowiekowej sztuki zasmuciło wrażliwego Dresza, ale nie mógł zrobić z tym kompletnie nic. Gdy walczyły olbrzymy, lepiej było zejść im z drogi. Mógł się jedynie przyglądać. W końcu jednak jasnym stało się, że golem po jego stronie przegra ten pojedynek i jeśli nie zareaguje, to zostanie rozsmarowany.

//Trochę pokierowałem Twoją postacią, Sokolniku, aby pociągnąć fabułę do przodu. Jeśli Ci to nie odpowiada, to daj znać, ale raczej nie sądzę, abyś miał coś przeciwko, bo akcje wykonywane przez Twoją postać były niezbyt znaczące i wynikające z tego, co robiłeś wcześniej i co opisałeś w KP. Dodatkowo – skonsultowaliśmy to pobieżnie kanałami prywatnymi.
Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 98
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

Umowa o Dzieło

11 sty 2016, 00:31

Drzwi wreszcie stały przed nim otworem. Przeciskanie się obok martwego golema Sokolnik okupił co prawda sporą dozą nerwów, ten jednak pozostał nieporuszony. Mężczyzna odechnął, gdy znalazł się w korytarzu. Nie czekał, nie miał na co czekać.

Ten spacer przez krasnoludzkie korytarze szybko zmienił się w ucieczkę, która zresztą i tak nie trwała długo. Sytuacja co chwila zmieniała się diametralnie, sprawiając że Sokolnik nie do końca rozumiał co tak właściwie się dzieje. Automatony biegły, przemawiały, później zaczęły się tłuc. Gdyby próbował sobie to wyjaśnić w jakiś logiczny sposób zapewne skończyłoby się to fiaskiem. Ale nie próbował, wiedział że i tak nie ma to najmniejszego sensu.

Dresz pochylony kręcił się po korytarzu, próbując uniknąć stosów gruzu. Te uparcie sypały się wokół, nie chcąc dać mu chwili wytchnienia. Trzeba było przyznać twórcom automatonów, że te nie próżnowały gdy postanowiły się zabrać do pracy. Kilofy, młoty i łopaty tłukły ile wlezie. Potężne uderzenia niosły się długimi tunelami. Nie zdziwiłby się gdyby słychać je było nawet w Minaloit. Jeśli miał ogłuchnąć, to chociaż przy ciekawym widowisku. Nawet Sokół z tego wszystkiego postanowił oddalić się na bezpieczną odległość, choć tym razem nie uciekł poza zasięg Sokolnika. Życie zwierzęcia było o niebo prostsze - wystarczyło uciec i poczekać, aż jego właściciel rozwiąże wszystkie problemy. Albo zginie próbując.

Pozostawało pytanie co robić. Pytanie, które Dresz zadawał sobie od dłuższej chwili i nadal nie znał odpowiedzi. Cała sytuacja była równie kuriozalna co odbywające się właśnie, nierówne starcie. Spotkany u drzwi golem, który najwyraźniej uznał najemnika za swojego ziomka, właśnie sromotnie przegrywał toczacą się walkę, tymczasem Dresz nie znał żadnego sposobu by to zmienić. Mimo całego swojego życiowego doświadczenia nie słyszał on nigdy żadnych porad odnośnie eliminacji wielkich, krasnoludzkich automatonów. Niemniej jednak, musiał coś zrobić. Żaden pomysł nie jest głupi jeśli działa.

Dresz nie miał żadnej pewności, że wyposażony w kilof golem nie zaatakuje później i jego, jednak wcześniej tego nie zrobił, co dawało pewną nadzieję - nadziei takiej nie miał już w wypadku drugiego monstrum, które pozostawało wielką niewiadomą.

W rękach Sokolnika po raz kolejny pozostawało tylko jedna broń, którą mógł z jakimkolwiek skutkiem wystawić na pole bitwy przeciw takim ewenementom - magia. Jego zmysły ponownie zostały poddane testowi, skupiając się jedynie na niewielkim obszarze w którym znajdowały się golemy i sam mężczyzna.

Sokolnik czuł, że jego zdolność do wykorzystania magii powoli malała. Zwyczajnie męczył się, podobnie jak wtedy, gdy robił mieczem. Nie miał jednak czasu na odpoczynek, zwłaszcza że nie był pewien czy jego decyzja przyniesie jakiekolwiek skutki. Sięgnął swoim umysłem w stronę automatonów szukając jakiegoś źródła napędzającej je energii. Z oczywistych powodów podejrzewał, iż jest to magia. Nieco nerwowo, acz dokładnie poszukiwał jakiegoś jej źródła, czy choćby śladów w kamiennym wojowniku.

Jego plan był prosty, aczkolwiek niekoniecznie skuteczny. W ciągu ostatnich lat swojego życia Dresz bardzo rzadko sięgał po magię. Mimo iż u początków swego życia miał z nią przecież wiele wspólnego, to wszystko to zdawało się dla niego dość odległe, jakby miało miejsce w jakimś innym, którymś już z kolei życiu. Musiał nad tym popracować jeśli wyjdzie żywy. Kolejna już sprawa do poprawienia. Szkoda było nie wykorzystać talentu, który dała mu natura.

Zamierzał wykorzystać swoją wiedzę i nabyte umiejętności, aby rozpruć, rozszarpać, zaburzyć wszelkie przejawy magii jakie tylko odnajdzie w wygrywającym automatonie. Nawet nie zastanawiał się co dokładnie chce osiągnąć. Wyłączyć? Świetnie. Przerwać choćby na chwilę pracę? Też dobrze. Spowodować jakieś dziwne zachowanie? Zapewne też byłoby to wydarzenie na korzyść Sokolnika.

Chcąc maksymalnie się skupić zatrzymał się w miejscu, kuląc na ile był w stanie. Sporo ryzykował, w każdej chwili mógł dostać w twarz jakimś odłamkiem. Liczył że ryzyko to przyniesie jakieś wymierne skutki.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Smoke Signals

11 sty 2016, 01:26

MG

Wyczucie magii przebiegającej w metafizycznych żyłach golema nie było trudne. Sokolnik postrzegał świat dzięki magii, rozpoznając ją także w otoczeniu. Wcześniej, dokładnie badając wrota z zagadką, dostrzegł, w jaki sposób zbudowany jest ich mechanizm, co znacząco ułatwiło mu zadanie. Teraz postąpił podobnie.

Chaos związany z walką golemów nie był korzystny dla skupienia, przez co Dresz musiał poświęcić kilka chwil na skonkretyzowanie swoich doznań. Musiał przez to poświęcić część obserwacji, niezdolny do świadkowania pojedynkowi w takim stopniu, jak robił to przez cały ten czas. Odbiło się to negatywnie na jego bezpieczeństwie, oberwał kilkoma mniejszymi odłamkami i jednym większym, już czując, jak na jego głowie rośnie pokaźny guz. Nie przerywał jednak, zdjęty adrenaliną i potrzebą działania, której nie mógł w tej sytuacji uniknąć. Nie mógł się jednak oddalić, wiedząc, że utrudni mu to wcielenie w życie planu, jaki sobie powziął.

Wkrótce jasnym stało się, że centrum siły golema znajduje się w jego torsie, jednak każda z kończyn posiadała własne ogniska energii. Łączyły się one to cieńszymi, to mocniejszymi liniami mocy z sąsiadującymi źródłami, przesyłając między sobą odpowiedni do napędzenia kończyn ładunek. Każdy z głazów budujących potężne ramiona mógł się poruszać niezależnie, sklejony najwyraźniej czystą siłą magii. Nie bez znaczenia były też runy, które stały się teraz dla Sokolnika lepiej widoczne – spajały one ze sobą wszelkie elementy golema, wydrapane mocno na każdym z nich. Ich zatarcie z pewnością zadziałałoby tak, jak Dresz sobie tego życzył, ale nie miał po temu środków.

Energia trafiała do elementu konstruktu, po czym rozpraszała się w niewidoczny dla Sokolnika sposób, poruszając nim. Dłuższa obserwacja pozwoliła wywnioskować, że wszelkiego rodzaju „rozkazy”” pochodzą z największego skupiska energii. Najpierw po liniach mocy szedł mniejszy ładunek, rozbudzając niejako zapotrzebowanie kolejnych partii golema na energię, a potem rozpoczynał się pobór tejże. Ciekawym tworem była głowa golema, zapewniająca mu najwyraźniej możliwość postrzegania otoczenia w pełniejszym zakresie. Choć Sokolnik nie analizował golema-narzędzia, golem-wojownik częściej celnie trafiał i chyba lepiej wiedział, jak to zrobić. Kilof i łopata waliły zaś niejako na oślep. Dość skutecznie, trzeba było przyznać, ale skuteczność ta polegała głównie na miażdżącej sile uderzeń.

Gdy Dresz poznał już struktury stojące za działaniem golema, przystąpił do ich niszczenia. Musiał przyznać sam przed sobą, że automaton był niezwykle skomplikowany, a on sam ledwie liznął podstawy jego funkcjonowania. Mimo tego już uznał je za coś niezwykłego. Nigdy wcześniej nie zetknął się z tak ścisłym, uporządkowanym zastosowaniem magii. Było w tym coś nieludzkiego, coś… krasnoludzkiego.

Nie było tu miejsca na subtelne manipulacje. Dresz spróbował coś, czego nie robił jeszcze nigdy, a wiadomym było, że nie zrobi tego idealnie. Postanowił więc zrobić to skutecznie, silnie, poświęcając sporą część pozostałej mu mocy. Albo to albo rozpłaszczenie na ścianie korytarza. Zachował się niczym osiłek z lagą wkradający się nocą do pełnej delikatnych bibelotów pracowni rzemieślniczej. Zaczął dewastować.

Z początku szło mu niesporo, bowiem linie, które zaatakował, odnawiały się szybciej, niż zdążył je niszczyć. Nie spowolniło to golema. Potem uderzył silniej, sfrustrowany tak słabym wynikiem, a jego frustracja podszyta była strachem o własny żywot. Wtedy wreszcie coś zaczęło się dziać. Tarcza opadła zbyt wolno, aby powstrzymać łopatę wbijającą się w dolną partię golema-wojownika. Narzędzie utkwiło w miejscu, ale konstrukt jakby tego nie zrozumiał, nadal uparcie pchając swą tarczą i próbując ochronić się od już zadanego ciosu. Mógł to zrobić, ale na skutek działań Dresza był zbyt wolny, a teraz kompletnie się zaciął. Jego głowa uleciała z trzaskiem. Młot nadal opadał, ale o wiele mniej celnie, podczas gdy bijący na ślepo kilof dewastował jego tułów, docierając powoli do miejsca największego skupienia mocy.

Wyciek energii spowolnił wojownika, jego ruchy stały się niezwykle ociężałe. Wreszcie uwalił się u stóp golema-narzędzia, zniszczonego nie do poznania i chyba niezdolnego do dalszej walki. Zwycięstwo było okupione ogromną stratą. Oczywiście automaton kompletnie się tym nie przejmował, gadając teraz pojedyncze słowa w kierunku Sokolnika. Choć nie znał on krasnoludzkiego, wydawało mu się, że konstrukt plecie bez sensu, powtarzając cały czas to samo, ale coraz mniej wyraźnie. Konstrukt spróbował się poruszyć i powoli przebijając się przez gruzy, ciągle coś mamrotał. Chciało iść dalej tym samym korytarzem, ale szło mu niesporo.

Zwolnił znacząco przez uszkodzenia, a Sokolnik powoli poruszał się za nim. Miał dużo czasu na przemyślenia, bo korytarz był niezwykle długi. Wkrótce okazało się, skąd wpadało świeże powietrze – nad głową Dresza otworzyły się kwadratowe szyby wentylacyjne. Przebijało się przez nie światło dnia, ale nie widok nieba, którego krasnoludy chyba nie chciały oglądać.

Jeżeli zawierzyć słowom elfickiego medium, był to ostatni dzień na odratowanie Aleksisa Bentruma. Sokolnik kompletnie go nie znał i trudno było mu się przejmować tą wariacką przepowiednią, ale musiał przyznać sam przed sobą, że nie był nikim lepszym od wariata, skoro teraz się tutaj znajdował. Inni wariaci leżeli teraz martwi lub nieprzytomni daleko za jego plecami. Walczył z nieumarłymi, świadkował śmierci potężnych krasnoludów i sam ją zadawał. Widział walkę golemów i miał w niej swojego faworyta, za którego plecami powoli teraz szedł. Naszła go myśl, że byłaby to dobra rozrywka, gdyby tylko odpowiednio zabezpieczyć tego rodzaju widowisko. Mógłby zbić na tym fortunę. Z pewnością.

Sokół znowu kołysał się na jego ramieniu i nawet nie czuł wstydu za swoje karygodne, tchórzliwe zachowanie. No, ale można było mu oddać choć jedną rzecz – mógł teraz umknąć przez szyb wentylacyjny i uwolniłby się z tej Czeluści. Chyba jednak za bardzo przywiązał się do swojego pana, był zmęczony lub po prostu głupi. Siedział i tylko od czasu do czasu mocniej wbijał swe ostre pazury w bark Dresza.

Szli tak i szli, golem nigdy się nie męczył, pomimo uszkodzeń i wycieków energii sunąc przed siebie z uporem godnym lepszej sprawy. Tunel był zaiste długaśny, a przynajmniej tak się wyczerpanemu Sokolnikowi zdawało. Korytarz nie zmieniał swojego kształtu, ozdobiony pięknymi płaskorzeźbami przedstawiającymi jakąś spójną historię o krasnoludzkim królu.

Wkrótce po lewej stronie śmiałka otworzyły się małe wykusze wpuszczające światło i pozwalające rozeznać się w stanie świata zewnętrznego. Jak można było się spodziewać – nic, tylko ośnieżone góry. Najwyraźniej to, co było poza kompleksem, miało się nadal bardzo dobrze. Krasnoludy prawdopodobnie uważały Ikrem za coś pięknego, ale nie na tyle, aby otworzyć tutaj większe okna. Szerokie na kciuk wykusze sięgały bardzo głęboko, na ponad dwa łokcie. Wreszcie ostatni poszukiwacz Krwawej Róży stanął przed portalem do dużo większej sali. I tutaj znalazł to, czego spodziewał się już od dawna.

Szkielety wyschłych wieki temu krasnoludów zawalały to miejsce, posprzątane jednak w wysokie stosy kości. Prawdopodobnie zrobił to któryś z golemów – trudno było orzec, który. Ten, którego trzymał się Dresz, wyglądał na całkiem porządnego i chętnego do odkładania rzeczy na miejsce. Tę salę uznał najwyraźniej za cmentarzysko. Tłumaczyło to obecność starożytnej tkanki organicznej na jego poruszających się niemrawo nogach. Gdy tylko automaton wlazł do sali, podążył do jej rogu, odwrócił się plecami do ściany i zamarł, przyjmując zrelaksowaną pozę. Dało to szansę na rozejrzenie się po pomieszczeniu. Widoku nie ograniczały już kamienne plecy konstruktu.

W każdym z rogów pomieszczenia stał podobny golem lub jego pozostałości. Właściwie to tylko jeden był kompletny. Jednemu uleciał kilof, pod drugim pękły nogi. Analiza, na którą zdobył się Dresz, nie wykazała w nich mocy. Ten, który miał wszystko na miejscu, miał jej pod dostatkiem, ale nie ruszał się. Być może coś musiało go włączyć. Na razie niezbyt było wiadomo, co może być takim czynnikiem.

Symetrycznie rozmieszczone były także drzwi. Pod tymi po prawej stronie leżała kupa szkieletów, pod tymi po lewej zresztą też. Tylko te na wprost były niezablokowane, ale nie zachęcały do przejścia przez nie – wiało z nich niemiłosiernie, jakby wychodziły prosto na jakieś skalne urwisko czy przepaść. W samym środku pomieszczenia ział duży otwór, przez który mógłby przecisnąć się cały Sokolnik. Golem po prostu się po nim przesunął, krusząc kawałek, nie zdając sobie sprawy z obecności dziury. Kawałek ów wpadł z przerażającym łoskotem do środka.

Prócz kości były tutaj jeszcze inne ślady bytności cywilizacji krasnoludzkiej, głównie różnego rodzaju broń, jakieś księgi, ubrania i narzędzia. Chyba każdy wziął to, co miał akurat pod ręką i uciekał do wyjścia. Wiele trupów nadal odzianych było w to, co miała na sobie w momencie śmierci, inne zdekomponowały się na skutek działania czasu i golema-sprzątacza. Dresz po raz kolejny stanął przed koniecznością wyboru, słabnący z chwili na chwilę i chętny na porządną drzemkę. Nie mógł sobie jednak na nią pozwolić, nie z nieprzewidywalnymi golemami za plecami.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 263
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

11 sty 2016, 03:59

Świadomość jeszcze nigdy nie wróciła tak gwałtownie i tak boleśnie. Pogrążony jakby w błogim śnie, odzyskał świadomość w ułamku sekundy. Poczuł dosłownie każdą część swojego ciała i nie było to zdecydowanie najprzyjemniejsze uczucie. Bolało go dosłownie wszystko. Czuł jakby spadł na posadzkę z jakichś dobrych dziesięciu metrów. Chwilę leżał wydając z siebie odgłosy niewiadomej treści po czym otworzył oczy.

Musiała minąć dobra chwila zanim przyjął do wiadomość, że jeszcze żyje. Dość długo zajęło mu oswojenie się z bólem i przypomnienie ostatnich wydarzeń. Obraz był jeszcze na tyle rozmazany, że nie wiedział dokładnie gdzie się znajduje oraz to czy ktoś jest obok niego. Wiedział natomiast to, że może ruszyć nogami. Niewątpliwie los w końcu postanowił się do niego uśmiechnąć i podarować drugą szansę. Co prawda czuł lekkie kłucie w lewej stopie, ale był przyzwyczajony do tego rodzaju bólu. Wiedział, że jest to dosyć drobna sprawa i nie należy przykładać do niej większej uwagi. Podobne odczucia miał do reszty otrzymanych obrażeń. Dokładnie nie mógł sprawdzić co mu dolega, ale jeśli mógł ruszać wszystkimi kończynami bez problemów to i tak uznał to za niewątpliwy przejaw szczęścia i łaski bogów.

Uniósł obie ręce i dłońmi zaczął delikatnie klepać się po torsie i barkach, żeby sprawdzić czy wszystko jest na miejscu i strzepać ewentualne pozostałości poprzedniego pojedynku. Jak się okazało, już po kilku chwilach takich oględzin wiedział, że nie jest dobrze. Pancerz, który nosił był o wiele bardziej przydatny niż mogłoby mu się wydawać. Niemal wszystkie elementy były pogniecione i zwyczajnie zniszczone. Najgorzej wyglądały nabiodrki, były chyba najmocniej zgniecione ze wszystkich elementów. Cóż, miały do tego pełne prawo. Wolał nawet nie myśleć co by się stało gdyby ich nie miał w tym momencie na sobie.

Gdy już stwierdził, że nie ucierpiał jakoś szczególnie postanowił wstać na równe nogi. Nie było to jednak takie proste. Obicia jednak trochę dawały o sobie znać przez co jego ruchy nie były najzgrabniejsze. Dość głośno przy tym przeklinał. Musiał dać upust swojemu niezadowoleniu. W końcu mógł mieć pretensje tylko do siebie. To on podjął się idiotycznego planu ucieczki. W całym tym ferworze walki, nie odnotował, że gdzieś tam dalej czai się jeszcze jeden przeciwnik.

Cisza jaka panowała w pomieszczeniu dawała mu nieco do myślenia. Oznaczała, że walka została zakończona. Ciekawiła go sytuacja Sokolnika. Kiedy go widział ostatnio nie wyglądał za dobrze. Zastanawiał się gdzie podziało się jego ciało, które niedawno musiał wlec ze sobą. Powoli odzyskując pełnie sił, starał się jak najlepiej rozeznać w zaistniałej sytuacji.

Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 98
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

PyyKyCyKyTyPff

11 sty 2016, 10:56

Dresz niemalże czuł się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Trudno było pozostać nieświadomym faktu, że osoba nieposiadająca jego talentu w kwestii magii zapewne marnie skończyłaby w odmętach Kanałów jeszcze przed bramą. Tymczasem on zdołał otworzyć wrota, a nawet z dobrym skutkiem obstawić walkę kamiennych golemów. Ignorował rzucane w krasnoludzkim języku komentarze, bo cóż innego mógł zrobić. Nie rozumiał ich kompletnie i raczej nie miał szansy zrozumieć niezależnie od tego ile wysiłku by w to włożył.

Co prawda jest automaton-narzędzie był teraz w kiepskim stanie, jednak była to rzecz na dłuższą metę pozytywna - nie mógł być pewny co jeszcze strzeli do przysłowiowej "głowy" tej kupie kamieni. Szedł za krasnoludzkim konstruktem powoli, starając się zebrać siły. Ostatnie wydarzenia porządnie go zmęczyły. Suchość w gardle, głód i brak porządnego wypoczynku coraz mocniej dawały się we znaki, więc to mozolne tempo było mu nawet na rękę. Szedł równie mozolnie, wspierając się na włóczni, którą znalazł w czasach, które zdawały się być zamierzchłą, daleką przeszłością.

Nie mógł odmówić kunsztu tym, którzy tworzyli ciągnące się w tych górach korytarze. Szokująca wręcz staranność i pieczołowicie obrobione zdobienia budziły podziw nawet najemnika, który ze sztuką przecież niewiele miał wspólnego. Wyciągnął dłoń, przejeżdżając palcami wzdłuż krawędzi umieszczonej na ścianie płaskorzeźby. Zmęczenie nie pozwoliło mu nawet poczuć chłodu kamieni spracowaną, nieco zdrętwiałą dłonią.

Zachowanie idącego przed nim posągu wzbudzało mimowolne zainteresowanie Sokolnika. Jak on właściwie działał? Napędzała go magia, co do tego nie miał wątpliwości, jednak czy ta sterta kamieni potrafiła myśleć? Czy miała własną wolę? Ktokolwiek stworzył to niesamowite urządzenie swoją wiedzą daleko wykraczał poza tę, którą dysponował Dresz. Rzeczywiście czuł się jak osiłek w rzemieślniczym warsztacie.

Z radością powitał umieszczone w górze otwory wentylacyjne. Odrobina świeżego powietrza i ten drobny kontakt z powierzchnią przywracały niejako nadzieję na powodzenie tej wyprawy. Wydostanie się z odmętów tych korytarzy zdało się sprawą bliższą niż kiedykolwiek wcześniej od kiedy wkroczyli do środka - jeszcze całą drużyną.

Nie dało się zaprzeczyć, że Sokolnik był swego rodzaju szaleńcem. Zapuszczenie się w odmęty zapomnianych przez bogów kanałów, wbrew woli przesiadujących z nim krasnoludów, bez większej nadziei na powrót, oraz konkretnego jednoznacznego celu wymagało jakiejś dozy szaleństwa. Dresz ją miał, zapewniła mu ją jego przeszłość i wszystko co do tej pory przeszedł. Był tylko ostrzem do wynajęcia. Klepiącym biedę w swojej codzienności, imającym się każdej pracy, która mogła zapewnić mu ujrzenie następnego wschodu słońca, pozbawionym domu, brudnym ostrzem do najęcia. Jednocześnie czuł się kimś więcej. Szukał czegoś więcej. Kanały spełniły zadanie jakie im wyznaczył w swojej bucie. Pozwoliły mu zapomnieć o wszystkim innym, całkowicie zanurzyć się w tej próbie sił.

Próbie, której jeszcze jako jedyny nie przegrał. Przegrali ją ci, którzy pozostali w chacie Festera. Przegrała ją Ailea, która sparaliżowana strachem pozostała gdzieś wśród labiryntu tuneli, przegrał w swojej głupocie Dahhard, który nie potrafił się odnaleźć w tym wszystkim. Przegrał i Nessir, którego Dresz przecież nie był w stanie wlec dalej za sobą, nawet jeśli jeszcze żył. Wszyscy jego towarzysze okazali się na jakimś etapie zbyt słabi. Czasami bardziej, czasami mniej pomocni... ale zbyt słabi. Pozostał tylko on i Sokół. Jak zawsze.

Wykusze były dlań niczym uderzenie młotem. Przyśpieszył kroku zbliżając się do jednego z nich. Nie obchodziło go, że wpadające do środka powietrze jest wręcz lodowate, uderzając go w twarz silnymi powiewami. Dla niego ta odmiana od zatęchłej atmosfery tuneli była tylko i wyłącznie błogostanem. Sięgnął najdalej jak mógł, wpychając swoją rękę w głąb niewielkiego okienka. Skrobiąc palcami zdarł ze skały zmieszany z lodem śnieg i łapczywie wepchnął go do ust. Zimno rozeszło się po jego ciele powodując krótki, pojedynczy dreszcz. Nie przejmując się tym sięgnął ponownie, napychając się tym niespodziewanym źródłem wody. Chwycił za swój bukłak, w którym pozostawały już tylko resztki starej, nabranej jeszcze przed wyprawą wody. Sokolnik nawet nie był pewien kiedy ją wypił, jednak był już przecież na dole tyle czasu. Zmarzłą dłonią nagarniał z wykuszy śnieg, próbując jak najwięcej wepchnąć do środka. Choćby miał zdobyć na tym zaledwie kilka łyków, i tak było to warte wysiłku.

Ostatecznie chłód zmusił go po chwili, aby pozostawił swoje znalezisko w spokoju, rześkość jednak pozostała. Ruszył przed siebie, aby dogonić sunący mozolnie do przodu automaton. Przebijające się z zewnątrz słońce świadczyło o nadejściu dnia. Ostatniego dnia. Na ten wyznaczony przez elfkę termin nikt jednak z całej drużyny nie zdawał się zwracać większej uwagi. Dresz również jakoś nie potrafił znaleźć do niego większego przywiązania. Nie znał burmistrza, nie widział go nigdy na oczy. Do kanałów, choć brzmiało to paradoksalnie, poszedł właściwie dla siebie, mając własne, chore motywy.

Dotarli wreszcie do jakiejś sali, gdzie kamienny kolos zamarł wśród stosów trupów. Sokolnik wszedł ostrożnie do środka, rozglądając się bacznie. Niósł ze sobą sporo rzeczy, które pozbierał po drodze. W gruncie rzeczy nie był gotowy do walki. Miał po prostu w rękach za dużo rzeczy. Zbliżył się do okrągłego otworu w podłodze, przykucając i próbując wywnioskować co też jest w środku. Nie wyglądał on zachęcająco. Pozostawała jeszcze jedna ścieżka, jeśli nie chciał odwalać zasłaniających pozostałe drzwi trupów.

Najemnik podszedł do jedynych niezablokowanych drzwi, niechętnie zbliżając się do źródła zimnych podmuchów. Nie miał zamiaru ich otwierać, przynajmniej chwilowo. Nie musiał tego robić, aby poznać to, co jest za nimi - tak jak nie musiał w tym celu schodzić do ciemnego otworu. Zawalone kośćmi drzwi też postanowił po chwili sprawdzić, zbliżając się do nich na tyle, na ile pozwalały mu na to stosy trupów. Szukał czegokolwiek, co byłoby warte uwagi, za którymkolwiek przejściem. Choć z oczywistych powodów faworyzował drzwi.

Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

28 mar 2016, 21:41

Blade, popękane ręce podpierały ścianę, gdy oparł się o nią ciężko. Wpatrywał się, dysząc ciężko. Nie było tu mowy o jakichkolwiek myślach, raczej przygotowaniu do ataku. Wyciszeniu zmysłów by stać się perfekcyjną maszyną do zabijania. Naturalnie wiedział, że za chwilę nie będzie wahania ani żalu, będzie tylko śmierć oponentów. Nie można było z tego rozumowania wykluczyć ani strachu ani jakichkolwiek myśli wyższych, była tylko pustka.
Szedł dalej, skradał się niczym pierwotna bestia, bez jakiejkolwiek inteligencji, acz z natury zabójcza. Wyszukiwał ruchu, dźwięku, jakiegokolwiek zapalnika do ataku. Nie miało znaczenia co zaatakuje, wszystko w tym momencie było wrogiem. Wszystko mogło stać się pożywieniem, wszystko mogło chcieć go zabić. Nie bał się tego, wiedział, że wygra. To poczucie towarzyszyło mu od jakiegoś czasu, jakby zakodowane w resztkach świadomości. Zwycięstwo, potem pożywienie, potem ruszyć dalej. Bez ustanku, bez zahamowania, bez jakiegokolwiek splendoru. Liczył się tylko głód, wewnętrzny i nieskończony.
Rozglądał się, szukał, był cały napięty. Ruch oznaczał atak, zero krzyku, zero dźwięku, tylko skok i natarcie, bicie, kopanie, rozdzieranie paznokciami i zębami. W pierwszym momencie będzie to atak na tętnicę, naturalnie najsmaczniejszą. Wiedział, że w ten sposób najszybciej zabije. Nie wiedział skąd to wie, ale wiedział, że tak powinien zrobić. W drugiej kolejności, gdy to się nie uda, atak na twarz, na głowę, na szyję, na kończyny. Tors był najtrudniejszy, najmniej smaczny. Ewentualnie genitalia, smak nad smakami, bo zabija szybko i niespokojnie, boleśnie. Ból, cierpienie, radość, pożywienie, cykl życia. To się liczyło. Innych myśli nie było.
Szedł i szukał, atak nastąpi za kilka chwil. Pozostawało oczekiwać.

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 13 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 13 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1041
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Lel
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.