Kanały

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Kanały

04 maja 2014, 22:37

Niewiele miast Autonomii Wolenvain mogło poszczycić się tak znamienitymi kanałami jak Minaloit. Nie chodziło tutaj bynajmniej o rozmach, z jakim je zbudowano – ich część użytkowa była wszak niezbyt rozległa – ale o sławę, jakiej się doczekały. Za mityczną aurę cenili je zwłaszcza bardowie lubujący się w opowiadaniu znanej na cały kraj historii o Pladze Minaloickiej. Sprawa była dość świeża – upłynęło ledwie dziesięć lat od momentu, w którym epidemię można było uznać za zakończoną. Kanały pełniły w niej centralną rolę, bowiem to je uważano za źródło Plagi.

Co istotne, kanałów nie zbudowano na potrzeby osiedla ludzkiego – je znaleziono. Umożliwiło to zresztą fundację miasta w dolinie górskiej, które bez sprawnie działających kanałów nie miałoby racji bytu, narażone na coroczne powodzie.

O wiele ciekawsza była jednak część tuneli nieużywana w formie kanałów. Pozostałość dawnej cywilizacji rozbudziła wyobraźnię i napędziła wiele inwestycji prowadzących do rozwoju miasta. To ona przyciągnęła do Minaloit wielu uczonych, badaczy i awanturników, którzy podjęli się próby jej zbadania. Zrzeszało ich Bractwo Minaloit – organizacja z burmistrzem na czele, której członkowie stanowili swoistą radę miejską.

Niestety, żadnych szerszych badań nie zdążono przeprowadzić. W pięć lat po założeniu miasta, w 403EF, wybuchła Plaga Minaloicka, której natura do teraz potrafi budzić grozę. Nie była to bowiem zwykła choroba – Plaga dotykała wyłącznie istot martwych, zmuszając je do powstania, obdarzając nieposkromioną żądzą mordu oraz wielką sprawnością fizyczną. Kryzys trwał dwa lata, do czasu powrotu do miasta Bakero, ówczesnego burmistrza miasta, który sobie tylko znaną sztuką położył kres Pladze.

Niestety, dla Minaloit było za późno – nieużytkowe odnogi kanałów zamurowano, ofiary Plagi spalono na stosach, a w mieście pozostali wyłącznie górnicy wydobywający srebro w pobliskiej kopalni. Z miasta o szerokich perspektywach rozwoju Minaloit stało się dziurą zabitą dechami. Sprawa ta nierozerwalnie wiąże się z obecnością kanałów – wieść gminna każe bowiem sądzić, że to właśnie w nich znajdowało się źródło Plagi.


Część użytkowa kanałów składała się z jednego głównego tunelu oraz jego odnogi – obu kamiennych, kwadratowych i wysklepionych na wysokości ponad sążnia. Przez ich środek przebiegały rynny z nieczystościami spłukiwanymi przez deszcze. Najczęściej jednak ścieki zastygały w formie błotnistej brei. Po obu stronach rynny znajdowały się niezbyt szerokie chodniki, po których swobodnie mogły poruszać się wyłącznie wychudzone osoby. Część nieużytkowa kanałów pozostawała niezbadana, stanowiąc skomplikowaną sieć pokrasnoludzkich korytarzy oraz sal.

Główny tunel części użytkowej prowadził lekkim łukiem od południowego krańca miasta aż w pobliże rzeki Napogi. Obu jego końców chronili uzbrojeni po zęby krasnoludzcy wartownicy. Wchodzili oni w skład ekspedycji ze Złotego Wąwozu mającej na celu odzyskanie dziedzictwa brodatej rasy – mitycznej kopalni Dravenghr. Według jej przewodników tunele pod Minaloit miały prowadzić do przedsionka kopalni. Plotkowano, że można w niej znaleźć oręż, magiczne przedmioty i starożytne artefakty – czego dusza zapragnie.

Gdyby nie wartownicy, do kanałów można byłoby wejść względnie łatwo. Wybita na południowym skraju miasta okrągła dziura była kiedyś zamurowana, ale ktoś zrobił to na tyle nieudolnie, że zapora poddała się czynnikom atmosferycznym, umożliwiając swobodne wejście w głąb. Przez dziurę tę spływały do kanałów wszelkie nieczystości wylewane przez mieszkańców Minaloit prosto na ulice miasteczka.

Drugi koniec – ten przy rzece – został zakratowany grubymi jak przedramię dorosłego mężczyzny prętami. Ta solidna bariera została jednak zniszczona jakąś żrącą substancją. Powstała w ten sposób dziura pozwalała na przeciśnięcie się do kanałów. Nie było to jednak zbyt wygodne – trzeba było skulić się na kuckach. Sam okrągły portal, w który wprawiono kraty, sprawiał wrażenie niezwykle wiekowego. Wykuto go w białawej skale, którą prymitywnie naruszono wprawionymi prętami i podmurówką. Bystre oko mogło zaobserwować nad nim pozostałości jakiegoś trudnego do rozczytania pisma. Portal miał średnicę około sążnia. Stanowił jedyne ujście części użytkowej kanałów.

Aby dojść do drugiego końca należało wyjść z miasta i niejako je okrążyć, podążając traktem do miejsca, w którym przecinał on rzekę Napogę. Następnie wystarczyło skierować się w górę rzeki – wejścia do kanałów nie sposób było pominąć. Prowadziły doń widoczne gdzieniegdzie, topornie wyciosane stopnie. Droga z Minaloit do zakratowanego portalu mogła jednak zająć niemal cały dzień.

Odnoga głównego tunelu znajdowała się kilkaset stóp od wejścia nad rzeką, po prawej stronie patrząc w kierunku miasta. Prowadziła prosto pod Minaloit, płynnie przechodząc w przejście do podziemnych siedzib krasnoludów. Sama odnoga otwierała się na nowe tunele wpadające z jej lewej i prawej strony. Wiele było szczelnie zaplombowanych. Inne prowadziły w głąb starożytnego kompleksu, do części nieużytkowej kanałów. Otwarte przejścia także chronione przez wartowników.

Wszystkie wpadające do odnogi rury ściekowe prowadzące od starych chat bogatych mieszczan zostały zlikwidowane – ostatnim była ta prowadząca z ratusza miejskiego, który zawalił się parę dni temu. Gdzieniegdzie w odnodze ziały jednak ich pozostałości. Pozostałych mieszkańców Minaloit nie było natomiast stać na to, by drążyć w nieprzyjaznej, górskiej glebie – szczególnie, że członkowie licznej ekspedycji krasnoludzkiej z pewnością by na to nie pozwolili. Chociaż nie pozbawili kanałów ich podstawowej funkcji, większość z nich uważała takie wykorzystanie dziedzictwa ich przodków za przynajmniej oburzające. Z drugiej strony, gdyby nie powstanie Minaloit, nigdy nie dowiedzieliby się o jego dokładnej lokalizacji.



MG

Rześka po noclegu nad rzeką grupa wysłana przez wujaszka Festera do kanałów pod Minaloit kierując się prawie wyłącznie nosem doszła koło południa do ich wylotu. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Duże wejście zostało zakratowane parę ładnych lat temu, choć wstawione w nie, grube jak przedramiona dorosłego mężczyzny pręty wydawały się kompletnie nie na miejscu. Mocna, biaława skała została w prymitywny sposób naruszona, przebita na wylot i podmurowana, pozwalając płynącym prosto z Minaloit brudom na wylewanie się prosto do rzeki. Fakt faktem, że nieczystości tych nie było ostatnimi czasy zbyt wiele z powodu małej populacji osiedla, ale i tak śmierdziało stamtąd nieziemsko. Bystre oczy Ailei dostrzegły znajdujące się nad portalem fragmenty dziwacznego, nieznanego jej pisma. Krótkie doświadczenie długouchej z krasnoludami ze Złotego Wąwozu kazało jej sądzić, że tylko one byłyby w stanie odczytać te niekompletne ciągi sypiących się znaków. Jakikolwiek nie byłby ich przekaz, ludzcy osadnicy Minaloit kompletnie się nim nie przejęli, doszczętnie niszcząc wejście do starożytnych komnat, które, o ironio!, obrali za idealne miejsce do (dosłownego) obsmarowania fekaliami.

Czwórka śmiałków nie miała jednak na co narzekać. Lepiej było dla niej usunąć kilka z metalowych prętów niż przebijać się przez pradawne, kamienne wrota. Kilof dźwigany bez konkretnego powodu przez Dahharda miał wreszcie znaleźć swoje zastosowanie. Wedle wszelkich przesłanek to tutaj znajdowało się ongiś wejście do najwyższych komnat przedwiecznej kopalni Dravenghr, którą chcieli odzyskać brodacze z Wąwozu. Nawet jednak oni nie ośmielili się zejść głębiej, poprzestając póki co na zabezpieczeniu dwóch z trzech wejść do kompleksu. Aż dziw brał, że przy trzecim nie stało ze czterech krasnoludzkich gwardzistów. Być może uznali oni, że kraty powstrzymają ewentualnych eksploratorów albo stali nieco dalej. Możliwe też, że zwyczajnie się czegoś obawiali.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Ostatnio zmieniony 01 wrz 2018, 00:03 przez Infi, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Sitting

31 lip 2016, 22:33

MG

To nie było zadanie dla zwykłego człowieka. Znalezienie odpowiedniej drogi w takim labiryncie tuneli, bez żadnego przewodnika? Po lewej – stos kości. Po prawej – stos kości. Na wprost – zamknięte drzwi. U stóp – rozpadlina, z Lorven wie czym na dnie. I jeszcze ten cholerny golem, którego nawet nie można było zacząć rozumieć. Przynajmniej było tutaj trochę świeżego powietrza. Zastanawiające, jak też przodkowie minaloickich krasnoludów wydrążyli swe korytarze tak, aby schodząc w dół, znaleźć się w rzeczywistości na górze. Była to w pewnym sensie alegoria życia tych pokurczów, z którymi kiedyś liczyć musiał się cały Znany Świat.

Sokół kołyszący się na ramieniu Dresza zaskrzeczał z oburzeniem, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni podczas tej szalonej, nikomu niepotrzebnej wyprawy. Motywacje jego pana musiały być dlań kompletnie niezrozumiałe. Schodzić w takie miejsce, bez nieba nad głową, żeby szukać… No właśnie, czego? Samego siebie? Kosztowności? Magii? Krwawej Róży? Sam Sokolnik musiał przyznać, że cel tej wyprawy dawno się już dlań rozmył. Szedł dalej, bo nie miał innego wyboru. Cofnięcie się oznaczałoby śmierć z ręki rozjuszonych krasnoludów, którym ktoś mocno nastąpił na odcisk. Na pewno nie spodobałby się im fakt, że ktoś doszedł tak daleko. A nawet, jeśli rzecz nie miała się skończyć aż tak źle, żyłka awanturnika była w Sokolniku silna. Zlazłby tutaj pewnie tak czy siak.

Szczęściem Dresz nie był takim zwykłym gościem. Wszystko, od jego nieakceptowalnego w wyższych kręgach społecznych Autonomii Wolenvain stroju, poprzez niecodzienne zajęcie, jakim było niańczenie dorosłego sokoła i na zdolnościach magicznych kończąc, stawiało go w opozycji do normalności. No, przynajmniej to ostatnie było przydatne. Akurat w tej sytuacji, w której się znalazł.

Podchodząc do drzwi naprzeciw korytarza, który go tu doprowadził, Dresz zajrzał w dziurę pośrodku komnaty. Nie zobaczyłby tam kompletnie nic, gdyby nie jego specjalne oczy. Rozpadlina przebiegała przez gruby kamień stanowiący podłogę komnaty. Krasnoludy nie budowały w sposób, który pozwalałby na coś takiego. Powodem musiała być więc jakaś katastrofa naturalna, której nie przewidziały. Sokolnik czuł jednak, że nie o to chodzi. Zbyt wiele dziwnych rzeczy spotkał w przedsionku Dravenghr, żeby uwierzyć w tak prozaiczne wyjaśnienie. Nieumarli, chodzące pomniki, golemy i runiczny, spaczony krasnolud – Mealen Kowal Dusz wiedział, jak zapewnić gościom swoich hal przednią rozrywkę.

Czując narastającą, palącą potrzebę dalszego badania rozciągającej się u jego stóp otchłani, Sokolnik z trudem odwrócił wzrok. Chciał przecież najpierw sprawdzić, co znajduje się za drzwiami. To było łatwiejsze. I bardziej racjonalne. Podobnie jednak czuł się zwierzak Dresza, powodowany podobną ciekawością i chęcią rozprostowania skrzydeł. Wiedząc, co za chwilę nastąpi, Dresz poczuł lekkie ukłucie pazurów odrywającego się od jego ramienia sokoła. Ten zleciał na posadzkę, by zaraz po tym zeskoczyć do przepaści, rozwijając skrzydła i pikując. Połączony z nim Sokolnik odczuwał prawie to samo, co on, w tym samym czasie badając swe drzwi. Po dłuższej chwili odkrył za nimi wąską, sięgającą poza zasięg jego magicznej percepcji półkę. Intuicja podpowiadała mu, że mógł to być jakiegoś rodzaju most.

Sokół zleciał najniżej jak się dało, trafiając nad taflę podziemnego jeziora. Wydawało się, że odwiedzona przezeń jaskinia nie była naruszona przez krasnoludy. Dalszy lot ujawnił jednak, że wpadało do niej kilka korytarzy wydrążonych przez brodatą rasę. Możliwe, że jezioro miało zostać zagospodarowane, jednak budowniczym tego miejsca nie wystarczyło czasu. Mogli też chcieć pozostawić je w naturalnym stanie, aby zachować jego piękno. Sokoła mało ono interesowało, bo wypatrzył na brzegu jeziorka jakieś żyjątko, które w mgnieniu oka upolował i zjadł. Trudno było powiedzieć, czy mu smakowało, ale prawdopodobnie nie, bo już na początku wyglądało na w połowie przetrawione. Posiliwszy się, ptak zrobił jeszcze jedno okrążenie po jaskini i wrócił do Sokolnika. Ten już wtedy wiedział, że dzieje się coś niepokojącego.

Gdy tylko sokół wpadł do pomieszczenia, zręcznie trafiając między ściany rozpadliny i popisując się swoją gracją, Dresz poczuł emanującą z niego, negatywną energię. Samo jej doświadczanie sprawiło, że prawie zwymiotował. Rozprostowujący skrzydła ptak otrząsnął pióra z oblepiającej go energii, która niczym czarny dym rozniosła się po komnacie. Z początku nie wywołało to żadnego efektu, ale gdy sterty kości pod wrotami po lewej i prawej stronie Sokolnika zaczęły się lekko poruszać, ten wiedział już, że nie będzie musiał długo czekać, aż zmarli ożyją i rzucą się na niego w krwiożerczym szale.

Golem aktywował się, mieląc coś w swoim gardłowym języku. Na razie się nie poruszał, ale nie wydawało się, że będzie obojętny wobec zaistniałej sytuacji. W końcu nie po to tak ładnie posprzątał komnatę, aby teraz samoczynnie się znowu zanieczyściła.

W innej części kompleksu zbudził się Nessir. Stękając z bólu zdołał jakimś cudem wyciągnąć swe nogi spod pomnika, który je przygniótł. Odkrył, że jego lewa kostka praktycznie do niczego się już nie nadaje. Staw był zwichnięty, a stopa opuchnięta i prawdopodobnie nadłamana w kilku miejscach. Nie lepiej było z drugą, ale na niej przynajmniej dało się oprzeć ciężar ciała. Nogi śmiałka całe były mocno obite, poocierane i posiniaczone, ale jakoś dawały sobie radę. Nessir wstał z trudem, złorzecząc pod nosem. Sprawdził integralność swego torsu. Oględziny wypadły pomyślnie. Żebra były całe, ale gdyby jakaś białogłowa chciała go teraz wyściskać, miałby mocno nietęgą minę.

Rozglądanie się po komnacie niewiele dało, bo było w niej całkiem ciemno. Przyzwyczajone do mroku oczy Nessira pomogły nieco w wyłowieniu z mroku zarysów jakichś obiektów, ale łatwe to to nie było. Na szczęście drużynnik miał wszystkie swoje rzeczy przy sobie, nie musiał niczego szczególnie szukać. Wiedział, gdzie jest droga powrotna, wiedział też, gdzie jest droga prowadząca dalej. Z tej drugiej wionęło świeżym powietrzem, które przyspieszyło nieco procesy myślowe najemnika. Sokolnika nigdzie nie było widać, ale w pewnym momencie Nessir natknął się na porzucone w komnacie ciało Dahharda, robiąc to w sposób całkowicie naturalny – potykając się o nie. Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy uczeń alchemika jęknął na to, zacharczał i mlasnął jakby sennie. Okazało się, że zabicie człeka nie było wcale tak łatwe i z pewnością nie dało się tego dokonać jednym – choćby i potężnym – rąbnięciem przez łeb. Dahhard, gdyby otworzył oczy i mógł dojrzeć coś poza nieprzeniknioną ciemnością, wzrok miałby całkiem zamglony. Kręciłoby mu się we głowie, a jego czaszka łoiłaby bólem tym mocniej, im gwałtowniej by się poruszył. Czułby, że ma włosy pokryte jego własną, zakrzepłą krwią. Starając się przypomnieć, jak do tego wszystkiego doszło, szybko zrozumiałby, że skrewił.

Wpadli do komnaty, rozmawiali chwilę z jakimś niewyglądającym zbyt dobrze krasnoludem, który niby chciał im pomóc, a tak naprawdę ożywił przeciwko nim pomniki starożytnych władców zdobiące te komnatę. Sokolnik próbował jakoś z nim walczyć, a Nessir starał się uciekać przed niezniszczalnymi z perspektywy zwykłych śmiertelników, krasnoludzkimi statuami. Dahhard też próbował, ale najwyraźniej nie miał tyle szczęścia. Szczęście miał natomiast w tym, że żył, a ktoś nadal był przy nim, być może chcąc mu nawet pomóc. Nie po to przebył tutaj całą drogę, wydostał się z pomocą Elain z lochu i ponownie dołączył do poszukiwaczy Krwawej Róży, żeby tutaj utkwić na wieki. Póki co jednak nie wstawał.

Gdzieś w śmierdzących kanałach pod Minaloit Rowena wahała się, czy postąpić według zaleceń chcących ją rozbroić krasnoludów. Widziała, jak rośnie w nich niecierpliwość i zdezorientowanie. Ładnie się zapowiedziała, ale nie przekonała brodatych twardogłowych do swoich racji. Chcieli ją pewnie zaprowadzić przed oblicze tutejszego przywódcy religijnego, więżąc przed tym kilka dni o chlebie i wodzie. Widać jednak było, że niezbyt panują nad sytuacją. Liczba obcych w ich domenie była ogromna, wszystko wymykało się z ich sękatych palców. Teraz mieli przewagę liczebną i z łatwością mogliby obezwładnić Rowenę, gdyby tego chcieli – o ile nie pokazałaby im swoich sztuczek, których miała w zanadrzu całkiem wiele. Nie zdążyła jednak namyślić się, czy zrobić tutaj masakrę, czy też może dalej próbować dyplomacji, bowiem na całą piątkę napatoczył się wreszcie Mork (a raczej to, co z niego zostało).

Wyglądający niczym chodzący, choć dość świeży, trup wreszcie wytropił swoją ofiarę. Krasnoludy szybko oceniły zagrożenie i stwierdziły, że stojący przed nimi, posapujący nieumarły jest ważniejszym celem. Przegrupowały się szybko, jeden z nich pobiegł po pomoc, choć szło mu niesporo – krótkie nóżki i pancerz ciężki jak same góry Ikrem nie ułatwiały mu zadania. Posuwał się jednak na tyle szybko, że uporanie się z blokującymi doń drogę wojownikami i dopadnięcie go graniczyło z niemożliwością.

Sprawca śmierci Aleksisa Bentrum nie był jednak w stanie ocenić sytuacji z perspektywy strategicznej. Był głodny i silny, czując, że mógłby rozszarpać swoją zwierzynę na dowolnie duże, nadające się do wepchnięcia do ust kawałki. Niewiele więcej się dla niego liczyło.

Leczenie krasnoluda z rozprutym brzuchem całkowicie pochłonęło jej uwagę. Zmarnowała tutaj mnóstwo czasu, wiedząc, że dogonienie pozostałych przestało być możliwe. Gdy opadła z sił, zasypiając wreszcie u boku swego cudem żyjącego jeszcze pacjenta, zapadła w sen z poczuciem dobrze zrobionej roboty. Razem ze zmęczeniem spadła na nią świadomość o mocno nadwątlonych siłach magicznych. Pod koniec leczyła już właściwie ostatkami energii, męcząc swe ciało i wolę coraz bardziej. Gdyby nie udało jej się dokończyć, zemdlałaby nad brodaczem, którego usiłowała uratować. On sam spał już od dawna – lecznicze zabiegi magiczne wymagały od jego ciała mnóstwa wysiłku. Przyspieszenie procesów, które normalnie zachodziły w organizmie zagwarantowało mu przedłużenie życia, ale kosztowało utratę jego zasobów. Krasnolud był blady, wychudzony, wysuszony wręcz. Ale żył. I to się dla Ailei cholernie liczyło.
Czuwająca przy jej boku krasnoludzka kobieta, Row, pomagała w miarę możliwości, nie komentując zbyt wiele. Nie wiadomo, jakie było jej podejście do całej sprawy. Elf leczył jej ziomka magią. Z pewnością nie był to widok, którego doświadczała na co dzień. Z tego, co Ailea wiedziała o krasnoludach, raczej nie stosowały czarów w ten sposób, oprawiając je raczej w rozbudowane ceremoniały z użyciem wielu skomplikowanie nakreślonych run. Nie, żeby nigdy nie słyszała o krasnoludzkim magu, ale nietrudno było uważać ich istnienie za wybryk Autonomii Wolenvain, której mieszkańcy okazywali się niejednokrotnie mocno postrzeleni.

Jako i Ailea. Nikt normalny nie zrobiłby dla przygodnie spotkanego krasnoluda tak wiele, choćby nawet wystąpił w obronie życia. Trudno było zrozumieć medyczkę, która najwyraźniej traktowała swoją profesję jako nadrzędną, poświęcając jej swoje życie i lecząc wszystkich, którzy tego wymagali. Dowiodła tego w naprędce urządzonym po masakrze na rynku lazarecie, jednak teraz zdecydowała się na coś więcej. Pozwoliła swoim kompanom się porzucić, nie mogąc zostawić za sobą kogoś, kogo choćby nie spróbowała ocalić od śmierci. Jej empatia, mimo chłodnej powierzchowności, była zaiste mocno rozwinięta. Wyjaśnienie jej toku myślenia komuś o innym aparacie poznawczym nie było możliwe. Chyba tylko inny elf mógłby pojąć, co tutaj tak naprawdę zaszło. I prawdopodobnie zaprotestowałby głośno, uważając działanie Ailei za świadczące o skarleniu jego rasy.

Obudziły ją ciężkie kroki wielu par butów. Do korytarza wtargnął oddział ośmiu odzianych niczym do walnej bitwy krasnoludów z pochodniami. Nie spodziewali się tego, co zobaczyli. Row szybko do nich doskoczyła, tłumacząc całą sytuację w swoim języku. Ten, który wydawał się przywódcą wojowników, dopytywał, zerkając na Aileę. Była wszak intruzem, po którego tutaj przyszedł. Jego zadaniem było się pozbyć wszystkich tych, którzy nie mieli prawa tutaj być. Komnaty przodków nie były odwiedzane nawet przez członków powoli rozbudowującej swe struktury ekspedycji. Gdyby nie wtargnięcie tutaj poszukiwaczy Krwawej Róży, żaden z krasnoludów nie postawiłby tutaj stopy jeszcze przez długie miesiące.

Awatar użytkownika
Ailea
Posty: 102
Rejestracja: 03 maja 2013, 16:08
Lokalizacja postaci:
GG: 4469192
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2639

31 lip 2016, 22:42

Dla wycieńczonej Ailei sen nie był ulgą. Choć z jednej strony pozwalał jej zregenerować siły, zakorzenione w podświadomości poczucie zagrożenia i skrajne wyczerpanie pchały jej do umysłu skłębione, nielogiczne urywki wspomnień. Gdyby nie spędzała większości czasu na sianiu defetyzmu, być może nie nękały by ją teraz fale brązowawej brei, w których ścigały ją głośno tupiące, brodate pokurcze. Nie wiedzieć czemu, przypomniała sobie, że jest to odpowiednia pora roku na pielenie marchewek. Fakt, że nie tylko nie miała marchewek ale również ogródka, wcale jej nie przeszkadzał. Posmutniała, gdyż ścigające ją krasnoludy z pewnością zadepczą jej grządki.

Tupanie narastało, aż osiągnęło tak nieznośny poziom, iż oderwało ją od smutnych rozważań nad podeptanymi warzywami. Ailea ocknęła się, ale odzyskiwanie świadomości wymagało czegoś więcej niż tupiące krasnoludy. Z trudem utrzymała powieki w górze, mrugając, by dojrzeć cokolwiek w czarno-błotnistym krajobrazie. Było ciemno. Coś obok delikatnie błyskało. Nieznośny hałas nakazał jej zamknąć oczy i zasłonić uszy. Dajcie mi spokój!

Jęknęła cicho, gdy próbowała poruszyć kończynami. Spanie na twardym, kamiennym podłożu skończyło się dla niej bolesną sztywnością mięśni. Bardzo bolesną. Najchętniej w ogóle by się nie ruszała, gdyby nagle docucona bólem świadomość nie przypomniała sobie, że zaraz ją zabiją.

Jakimś cudem udało jej się usiąść, oparta o ścianę. Obok leżał krasnolud w opłakanym stanie, przyczyna jej opłakanego stanu. Krasnolud żył. Lepiej być w opłakanym stanie, niż umrzeć, pomyślała sobie, nawet lekko się uśmiechając. Gdy spojrzała na zbieraninę krasnoludów przed nią, szybko zrewidowała poglądy.

Nie próbowała nawet zrozumieć, co takiego wywrzaskują ci przed nią. W rzeczywistości, wcale tak bardzo nie wrzeszczeli, a jedynie jej rozdrażnione wyczerpaniem zmysły stwierdziły, że poirytują ich właścicielkę. Słuchając tyrady życzliwej krasnoludki, spróbowała zmusić do posłuszeństwa swoje nogi i wstać. Normalnie, pomogłaby sobie magią, ale była wyczerpana nie tylko fizycznie. Ból zesztywniałych kończyn nie pozwalał jej na nawet najmniejszy ruch. Musiała wstać, nie mogła tu zostać... Ale teraz po prostu nie dała rady.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 263
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

04 sie 2016, 11:07

Promieniujący ból, który odczuwał doszczętnie otumanił młodego najemnika. Z trudem przypominał sobie zdarzenia, które miały przed chwilą miejsce. Miał wrażenie, że cała ta walka o przetrwanie działa się całe wieki temu. Może było to spowodowane poniesionymi obrażeniami, może stresem przez który aktualnie przechodził. Nie był w stanie realnie określić ile czasu leżał w kanałach bez ducha. Chwilę zajęło mu poukładanie sobie w głowie wszystkich zdarzeń, które miały przed chwilą miejsce. Pamiętał naprawdę niewiele. Pojedyncze obrazy przelatywały mu przed oczami i za nic w świecie nie chciały poskładać się w jedną całość. Najpierw odprawa w jakiejś starej chacie, później zejście do kanałów. Do tego momentu wszystko szło szybko i sprawnie. Później niestety zaczynały się problemy. Wędrówkę w podziemiach pamiętał jak przez mgłę. Zapewnie było to spowodowane zmęczeniem organizmu, który w tej chwili odmawiał posłuszeństwa. Dalsze próby rekonstrukcji wydarzeń, które miały miejsce przynosiły nieznośny ból gdzieś z tyłu głowy. Delikatnie pocierając czoło opuszkami palców starał się przypominać prawidłowy przebieg przygody. Na pewno była walka. Ręka lekko mu zadrżała gdy przypomniał sobie z czym musieli się zmierzyć jakiś czas temu. To co ich zaatakowało z pewnością nie było ludzkie. Pamiętał odcinane kończyny, które wcale nie powodowały uszczerbku na zdrowiu napotkanym stworzeniom. Lekko przymknął oczy na samo wspomnienie o tym incydencie. Dalej było niestety już tylko gorzej. Cudem udało im się przetrwać ten pojedynek, a trafili w sam środek bagna

Sala w której się znajdywał wyglądała jak pobojowisko. Walka poszła im raczej marnie. Mimo że teoretycznie przeciwnik został pokonany to obrażenia, które odniósł świadczyły o porażce. Nie potrafił sobie przypomnieć całego przebiegu walki, ale pamiętał nienaturalne rzeczy, które miały tu miejsce. Krasnolud z którym przyszło im się zmierzyć dysponował naprawdę potężnym arsenałem bojowym. On sam może nie był szczególnie groźny, ale to co uczynił za pomocą magii było naprawdę destruktywne. Gdyby ktoś mu powiedział, że będzie musiał stoczyć walkę z kamiennymi posągami to nawet nie rozważał by opcji zejścia w to miejsce. Rzeczy, które miały tu miejsce po prostu przerastały Nessira. Zresztą chyba nie tylko jego. On i jego wspaniała drużyna znacznie się wykruszyła. W zasadzie to nie miał pewności czy ktokolwiek prócz niego przeżył. W komnacie panowała grobowa cisza i to przerażało go najbardziej. Starając się zignorować wszechobecny ból rozejrzał się ostatni raz wokół siebie. Widział naprawdę niewiele. Ciemności, które panowały skutecznie ograniczały mu pole manewru. Całe szczęście, że nie pogubił swojego dobytku. Musiał podjąć decyzję gdzie iść dalej. Widział gdzie jest wyjście oraz droga prowadząca w dalsze zakamarki kanałów. Każdy wybór był tak samo beznadziejny. Wracać tam skąd przyszli oznaczało pewną śmierć. Zapewne już po paru metrach natknie się na ożywione stwory, a na walkę z nimi nie miał absolutnie ochoty, a tym bardziej siły. Druga opcja co prawda nieco bardziej go zachęcała, ale też odczuwał spore obawy. Delikatne podmuchy świeżego powietrza muskały jego poranioną w wielu miejscach twarz i to przekonało go całkowicie do podjęcia decyzji. Musiał iść naprzód.

Oczywiście tuż po podjęciu decyzji napotkał spory problem. Szczęśliwie czy nie, odnalazł jednego z kompanów. Chwilę zajęło mu zweryfikowanie ciała o które się potknął. Bez wątpienia był to Dahhard. Paskudny grymas bólu zszedł mu z twarzy gdy usłyszał, że ten daje jakiekolwiek znaki życia. Nie wiedział czemu, ale podziałało to na niego bardzo motywująco. Może jednak była dla nich jakaś nadzieja na wyjście z tego syfu? Podczas przygody w tym miejscu przekonał się, że w większej grupie jest w stanie zdziałać więcej aniżeli w pojedynkę. Starał się jakoś ocucić młodego alchemika. Miał szczerą nadzieję, że wstanie o własnych siłach i będzie mu towarzyszył w dalszej wędrówce.

– Wstawaj, musimy iść. – powiedział lekko zachrypniętym głosem, delikatnie starając się postawić go na równe nogi. Nie wiedział co czeka go w dalszej części drogi, ale to świeże powietrze napawało go optymizmem. Liczył, że wyjście jest naprawdę niedaleko i cały ten koszmar niedługo się skończy. Utykając na jednej nodze ruszył dalej nie oglądając się za siebie. Nie chciał wracać do tego miejsca. Szedł niezbyt szybko, ale pewnie. Rozważnie stawiał każdy krok i starał się wytężyć wzrok i słuch w poszukiwaniu zagrożenia czy ratunku. Co prawda na to drugie niespecjalnie się nastawiał, ale jakiś promyk nadziei musiał się w nim tlić. Może nawet przy odrobinie szczęścia uda im się spotkać Sokolnika. Na ten moment nawet nie chowałby urazy za to, że ten parszywiec zostawił ich samych na pastwę losu. Obecnie liczyło się dla niego tylko zakończenie tej wędrówki, dlatego sprawnie parł do przodu.

Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 99
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

05 sie 2016, 10:28

Nawet z jego umiejętnościami trudno było się odnaleźć w miejscu, w którym przyszło mu przebywać. Dravenghr zdawało się obce. I choć sam najemnik sporą część swego życia przeżył kryjąc się w jaskini, to jednak opuszczone krasnoludzkie miasto było czymś zupełnie innym. Przede wszystkim miało zupełnie inną skalę. Trzeba było przyznać, że te małe skurwysyny miały rozmach.

Co pociągnęło jego towarzysza do tak ryzykowanego wypadu Dresz mógł jedynie zgadywać. Faktem było, że spędzili już w tych podziemiach wiele czasu, a Sokół zapewne miał szczerze dość przebywania w tym zamkniętym, ciemnym padole. Mimo wszystko mógł sobie oszczędzić krążenia po wypełnionych pułapkami ruinach i zanurzania się w miejsce, w których nie mieli pojęcia co mogą znaleźć.

Sokolnik zamarł czując energię emanującą od ptaka. Nie był pewien jak zareagować na ten fakt. Samo pojawienie się magii było dla niego już zaskoczeniem na tyle dużym, że przez krótką chwilę nie mógł zebrać myśli. Ta chwila wystarczyła, zaraz potem wszystko wokół nagle zaczęło się ruszać, a on sam musiał jakoś zareagować.

Najprostszym wnioskiem było, że zebrane tutaj kupy zwłok zaraz ożyją, podobnie jak poprzednie zniekształcone trupy, z którymi Dreszowi przyszło już walczyć. Ostatnim razem może nawet wyszedł by z tego bez większego szwanku gdyby nie pomoc niejakiego Dahharda, ale teraz potencjalnych przeciwników było nieporównywalnie więcej niż jeden.

Przywołał do siebie Sokoła i popędził w stronę jedynych drzwi, do których przejście nie było zablokowane stertami zwłok. Było to jednocześnie przejście, które najmniej go interesowało spośród wszystkich w pomieszczeniu, jednak to nie był czas na marudzenie. Jeśli umarli faktycznie mieli powstać ponownie to trzeba było się jak najszybciej oddalić. Po cichu liczył, że jeśli poukładane na kupy zwłoki znów zaczną chodzić, to krasnoludzkie golemy postanowią znów je uprzątnąć.

Dopadł do drzwi aby sprawdzić czy są otwarte. Jeśli tylko były dawało mu to szansę aby wpaść na kamienny most i tam się zatrzymać zatrzaskując je za sobą. Nie miał zamiaru jeszcze go przekraczać, chciał zatrzymać się tam i wykorzystując swoje zdolności zaobserwować co się będzie teraz działo. Jak wyglądała ta tajemnicza magia, którą przyniósł Sokół? Jak wpływała na to wszystko co się działo wokół, a w końcu - czy nadal spoczywała na ptaku i czy Dresz mógł w jakikolwiek sposób na nią wpływać. Co sprawiało że niegdyś pozbawione szansy na ruch zwłoki wstawały ponownie. Czy coś wodziło nimi niby laleczką na sznurkach? A może dawało nowe życie, nową duszę, nową wizję świata? Chore zainteresowanie tymi aspektami, wszczepione w jego myśl jeszcze lata temu obudziło się i kazało mu poczekać. Przynajmniej tak długo jak będzie w stanie, bo jeśli armia zwłok ruszy za nim w pościg, to będzie zmuszony przekroczyć półkę skalną i ruszyć dalej w nieznane. Może wiatr nie był na tyle silny, aby zrzucić go w dół.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Spirit Fury Fire

05 sie 2016, 16:34

MG

Niestety, Dahhard ani myślał wstawać i mimo okazywanych, choć niemrawych, odruchów świadczących o jego dalszej egzystencji, nie wyglądał na mobilnego. Cóż, tutaj mu chyba nic nie groziło, sam Nessir zdrzemnął się kilka godzin – co trudno było mu stwierdzić w panującym w komnacie mroku. Drzwi, którymi weszli tutaj poszukiwacze Krwawej Róży, były zamknięte, więc od tamtej strony nie można się było spodziewać zagrożenia. A nawet jeśli – Nessir wolał nie być tu, gdy ono nadejdzie. Dobrze byłoby zostawić uczniowi alchemika jakąś wiadomość, ale ten i tak nie mógłby jej odczytać. Zresztą, miał tylko jedno wyjście – to, do którego podążył jego ostatni kompan. Gdyby do komnaty wdarły się krasnoludy, zajęłyby się Dahhardem odpowiednio. W najgorszym wypadku czekała go publiczna egzekucja w majestacie prawa, śmierć o wiele lepsza od tej, którą zgotować mogły mu tutejsze potworności. Być może kara nie byłaby jednak tak dotkliwa. Brodacze mogli być wpienieni, ale uczeń Aleksisa miał świetne wymówki. Nie był żadnym szabrownikiem, których z pewnością obawiali się członkowie ekspedycji.

Podobnie szabrownikiem nie była Ailea, czekająca w spokoju na objaśnienie sytuacji przez Row. Dowódca krasnoludzkiego oddzialiku łypał ponuro na elfkę, w wizurze hełmu błyskały tylko jego ciemne oczy. Pochodnie niesione przez krasnoludy początkowo oślepiły medyczkę, ale teraz zdawały się wyławiać ze stojących przed nią, niskich wojowników, więcej szczegółów świadczących o ich naturze. Kanciaste sylwetki, ostre rysy twarzy, nasmarowane i splecione brody – nie wyglądali zachęcająco. Nie było wśród nich młodzików.

– Zabieramy cię na górę – rzekł dowódca łamaną Wolną Mową, której zrozumienie nie byłoby możliwe dla kogoś, kto nie żył tak długo, jak Ailea. Elfka słyszała już tyle akcentów, zniekształceń i gwar, że nie sprawiło jej to trudności.

Nie wyglądało na to, że wojennik będzie tolerował jakikolwiek sprzeciw, ale mimo tego wahał się. Z pewnością dowiedział się, jak wielką zasługę miała Ailea dla przeżycia jego rannego ziomka, którym właśnie ostrożnie zajmowali się pozostali. Nie było dokładnie widać, co się tam dzieje, ale intonowali jakieś pieśni, z namaszczeniem kładąc na ranie jakieś szmatki ze starannie wyszytymi nań runami. Wyglądało na to, że członkowie oddziału nie byli pierwszymi lepszymi krasnoludami z łapanki, a zaprawionymi w bojach weteranami, którzy niejednokrotnie korzystali z boskiej siły w swych wyprawach. Tutejszy kapłan, stanowiący chyba przywódcę brodatej społeczności Minaloit, musiał być mocno zdesperowany, by wykurzyć z przedsionka Dravenghr intruzów. Dobrze zadbał o grupę uderzeniową.

Wracając jednak do Ailei: i ona miała powody do wahania. Mogła iść z krasnoludami, czekając na ich osąd. Rozumiała, że najprawdopodobniej będzie to banicja pod groźbą śmierci. Cóż, nigdy nie zamierzała obrać Minaloit swoim domem. Oznaczałoby to jednak odsunięcie od misji, której już tyle poświęciła.

Mogła też spróbować porozmawiać z krasnoludami, przekonać ich do swoich racji i spróbować dołączyć do ich grupy. Sami musieli wiedzieć, że się im przyda, a wyglądali na profesjonalistów, którzy nie przejmą się stąpaniem u boku elfa w sytuacji, w której każda pomoc jest potrzebna. Cienie Dravenghr czyhały na każdego, kto zapuścił się choćby kawałek w głąb kanałów. Poza tym, odprowadzanie elfki oznaczałoby poświęcenie kilku cennych wojowników z nielicznego oddziału. Już leczony przez nią krasnolud sprawiał dużo problemów natury logistycznej.

W grę wchodziła też ucieczka, choć marna była to opcja, lepsza tylko od czynnego stawiania oporu siłowego.


Gdy Ailea miała jeszcze chwilę do namysłu, Sokolnik wiedział, że wszystkie swe chwile stracił. Nie miał nawet możliwości, żeby o nich pomyśleć. Gdy tylko dostrzegł podejrzany ruch po bokach komnaty, rzucił się ku prowadzącym na most drzwiom. Trochę zajęło mu mocowanie się z nimi, ale wreszcie ustąpiły. Wypadł na zewnątrz, chłonąc mroźne powietrze Gór Ikrem. Gdyby robiło mu to jakąkolwiek różnicę, zostałby oślepiony słońcem, nie mogąc nacieszyć się widokiem, który się przed nim rozciągnął. Tuż przed nim wyrósł wąski, pozbawiony jakichkolwiek podpór i mocno nadgryziony zębem czasu most. Większą uwagę zwracało jednak to, nad czym przebiegał, a co Sokolnik widzieć mógł wyłącznie dzięki swojemu pupilowi.

Po bokach mostu rozciągała się majestatyczna, głęboka kotlina, w którą upadek oznaczałby pewną śmierć. Kotlina była nieregularna w kształcie, choć stanowczo wydłużona. Jej dłuższe krawędzie łączyło wiele zniszczonych mostów. W zasięgu wzroku nie było żadnego sprawnego. Wszystkie były z dawna uszkodzone – częściowo zawalone lub mocno odchudzone. Nie dziwota, dlaczego to nie budowanie na powierzchni, a w podziemiach, przysporzyło sławę krasnoludzkim architektom. Z drugiej strony trudno było uwierzyć, że to wszystko rozpadło się w sposób naturalny.

Stojący na wąskim balkoniku Sokolnik widział, że w ścianach kotliny z znajduje się mnóstwo podobnych wyjść, z których większość prowadziła obecnie prosto w przepaść. Znajdował się mniej więcej po środku jednej ze ścian, zarówno, jeśli chodzi o oś pionową jak i o poziomą. Gdy tak chłonął cały ten krajobraz, dojrzał daleko po swej prawej wykute w litej skale, ogromne wrota. Po obu stronach portalu znajdowały się posągi nobliwych krasnoludów, a złoto, którymi ozdobiono te przeznaczone chyba dla gigantów odrzwia, mieniło się już z daleka. Kotlina kończyła się wejściem, a on, chociaż nie czytał po krasnoludzku, wiedział, że oto patrzy na wielką bramę Dravenghr, do której nie miał możliwości dotrzeć, nie posiadając skrzydeł.

Odjęło mu mowę, ale nie zdrowy rozsądek. Zablokował drzwi za sobą i przytrzymał je całym ciałem. Poczuł ogromny napór, którego powstrzymaniu poświęcił wszystkie swe siły. Nie miał czasu na rozmyślanie, licząc tylko na to, że sytuacja w jakiś sposób się uspokoi. Nie znalazł innego wyjścia z sytuacji, każde było równie słabe, a to przynajmniej dawało cień szansy na powodzenie. Zawsze mógł puścić się biegiem przez niebezpieczny mościk, wybierając śmierć przez roztrzaskanie daleko pod nim. Chyba był to lepszy los od rozszarpania przez szkielety.

Gdy myślał już, że nie da rady, zza jego pleców rozległy się głuche, niepodobne do niczego innego uderzenia. Nic innego, jak uderzenia potężnych ramion golema. Zniesmaczony takim obrotem spraw automaton musiał się wreszcie wziąć do roboty, którą z pewnością przez ostatnie setki lat zdążył już szczerą miłością pokochać. Sprzątał. Wkrótce wszystko ucichło.

Nessir zaś szedł. Napotykając wąskie, przecinające grube mury okna po swej lewej wreszcie mógł przejrzeć na oczy. W oknach leżał górski śnieg, za nimi rozciągał się krajobraz niezdobytych, wysokich Ikrem. Z jednego wykuszu zgarnięto biel, co jasno świadczyło o tym, że wcześniej też ktoś tędy szedł. To dało najemnikowi pomysł – mógł zrobić to samo, uzyskując chociaż trochę wody. Orzeźwienie było mu potrzebne, bowiem jego zmysły stępiły się od ciągłego przebywania w ciemnościach. Nie bez znaczenia był też piasek pod powiekami, którego po swym przymusowym śnie nie mógł się pozbyć.

Dzięki okienkom widział więcej, mając też o wiele więcej czynników, które mogłyby go rozproszyć, tym samym zmniejszając jego czujność. Tę dobrze byłoby zachowywać cały czas, szczególnie w obliczu tego, co się przed nim roztaczało. Napotykał niezakurzone (zatem świeże) fragmenty jakiegoś dużego posągu, który musiał się tutaj do szczętu rozlecieć. Niezdolny do przesunięcia ich, z trudem je przestąpił, nie szukając pomiędzy nimi śladów Sokolnika. Jeżeli go przygniotły, i tak nie było czego po nim zbierać.

Dotarł wreszcie do komnaty, z której jakiś czas temu w podskokach zwiał Dresz. Zobaczył coś doprawdy dziwnego.

Pod wrotami zaraz naprzeciw korytarza znajdowała się sterta kości i sprzętów krasnoludzkich, nad którą pochylony był nieruchomy, dziwaczny posąg, wysoki na prawie pięć łokci. Zamiast dłoni miał kamienny kilof i takąż łopatę. Drugi, identyczny, stał tuż za nim, sposobiąc się jakby do zadania ciosu tej kupie szczątków, ale też w ogóle się nie poruszając. Sam wyglądał, jakby dostał potężnego łupnia. Jego ciało było niekompletne, chociaż wkrótce okazało się, że brak głowy to cecha tego rodzaju statui. Beczkowaty tors służył chyba tylko po to, żeby podtrzymać ciężkie narzędzia. W rogach pokoju, tych po stronie korytarza, do którego wpadł Nessir, stały jeszcze dwa takie pomniki. Jednemu odpadł jednak kilof, a pod drugim załamały się nogi. Nie wyglądały jak zastygłe w pół ruchu.

Po lewej i prawej stronie komnaty też były wrota, a po jej środku szeroka, głęboka rozpadlina, w którą spokojnie Nessir mógłby się wcisnąć. Półmrok panujący w tej komnacie dodawał całej tej dziwnej scenie surrealistycznego klimatu jakiegoś dziwacznego przedstawienia.

Kości było prawie pod sufit, toteż stojący po drugiej stronie drzwi Sokolnik, chcąc nie chcąc, utknął. Nieważne, jak się starał, nie był w stanie przepchnąć ich choćby o kciuk.

Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 99
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

05 sie 2016, 17:24

Na kilka sekund świat Sokolnika ograniczył się do oddzielających go od hordy trupów drzwi. Nogi sunęły po kamiennej posadzce kiedy próbował utrzymać je w miejscu i zapewnić sobie chociaż chwilę bezpieczeństwa. Sytuacja wyglądała już na beznadziejną, kiedy to znajomy dźwięk obudził w nim nieco nadziei. Stojący w pomieszczeniu golem znowu ożył i zabrał się do roboty. Napór na drzwi zaczął maleć, a w końcu znikł zupełnie. Jeden problem zniknął.

Dresz chwycił drzwi i szarpnął je. Wkładając w to sporo wysiłku otworzył je znów, by dostrzec mało obiecujący widok. Pod jego stopy posypały się jakieś resztki pomiażdżonych zwłok. Sytuacja nie prezentowała się zbyt kolorowo. Sokół nadal podziwiał okolicę. Fakt, widok był imponujący. Do Sokolnika docierały jakby zamglone obrazy tego, co dostrzegał ptak. Były ewidentnie dużo mniej wyraźne niż jeszcze jakiś czas temu. Tak długa bytność w tym miejscu dawała mu się we znaki pod wieloma względami. Stres tego miejsca, w połączeniu z ostatnimi wydarzeniami i ogólnym chaosem sprawiał, że był coraz bardziej poirytowany. Wręcz już wściekły, dosłownie miał ochotę kogoś zamordować. Już mniejsza kogo, kogokolwiek. Resztki logiki trzymały go jeszcze przy zmysłach, sprawiając że dążył nadal do jakiegoś celu. Czy taki miał być jego los? Oszaleć, a później zdechnąć w tej dziurze?

- Kurwa mać! - kopnął jakąś przypadkową kość koło swojej nogi. Na tyle na ile zorientował się już Sokół - a wzrok miał przecież dobry - półka skalna nie była zbyt obiecującym miejscem dalszej podróży. Widniejące po drugiej stronie mostu drzwi były raczej niedostępne. Sokolnik chwycił w obie ręce zdobytą jakiś czas temu włócznię i naparł drzewcem na leżące na górze zwłoki. Stos był niemały, liczył jednak że oczyści sobie drogę na tyle, aby przecisnąć się gdzieś, czy też wspiąć na górę i jakoś przeczołgać na drugą stronę.

- Musiałeś. Musiałeś, bocian twoją matkę jebał - stękał w międzyczasie do Sokoła, wytykając mu fakt, że jest winowajcą całej sytuacji. Pomagając sobie kolejnymi wiązankami, pokrzykiwaniem, drzewcem włóczni i tarczą próbował stworzyć dostatecznie duże przejście, aby mógł wrócić do środka. Te drzwi nie rokowały dobrze, a przynajmniej teraz nie musiał martwić się odgarnianiem zwłok sprzed innych.

Męczył go głód, co odczuwał dość wyraźnie. Był jednak jeszcze w stanie funkcjonować. Pragnienie, które wcześniej zdołał zagasić zalegającym w okiennicach śniegiem także zaczynało powoli wracać. Całe szczęście miał jeszcze trochę wody. Te krasnoludzkie ruiny nie wyglądały jednak na miejsce, w którym mógł liczyć na znalezienie przypadkowej uczty. Jak na razie sam się nią stawał na każdym kroku. Spróbował podważyć stertę zwłok, a przynajmniej jakąś jej część drzewcem włóczni.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 263
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

07 sie 2016, 16:26

Jednak został sam. Mimo że Dahhard zdradzał objawy życia to jednak nie udało się go doprowadzić do stanu pozwalającego na dalszą podróż. W zasadzie żałował, a przy tym odczuwał poirytowanie. Niby dobrze się z nim dogadywał, jednak w obecnej sytuacji miał mu za złe to, że okazał się zbyt miękki na dalszą podróż. Nie potrafił jasno ocenić w jakim stanie znajduje się jego kompan, ale podejrzewał, że bliżej mu do agonii aniżeli kontynuacji wędrówki. W jego głowie zaczęły pojawiać się czarne myśli. Widział w tych kanałach wiele i dobrze wiedział co dzieje się z tymi którzy polegli. Mieli oni w zwyczaju odżywać i pożerać wszystko co stanie im na drodze. Może właściwym posunięciem było zawrócenie i ukrócenie męki Dahharda. Lepiej zrobić to teraz niż potem pozbawiać go głowy w walce. Chwilę rozważał pomysł, ale jednak nie cofnął się do komnaty. Już raz spisał go na straty, a ten szczęśliwie się odnalazł. Liczył, że i w tym wypadku sprawa rozwiąże się w podobny sposób. Poza tym, jeśli Sokolnik nie poderżnął im gardeł gdy byli nieprzytomni to i on podejmie taką samą decyzję. Z każdą kolejną godziną docierało do niego w jak patowej sytuacji się obecnie znajdował. W końcu wdepnął w to bagno tylko ze względu na chęć pomocy młodemu alchemikowi. Gdyby nie on, posiedziałby w Kacerstwie jeszcze trochę i opuścił górniczą dziurę jaką dla niego było Minaloit. Nie lubił gór, zdecydowanie wolał morze. Sam nie wiedział co go przygnało w to miejsce, a dodatkowo skłoniło do uczestnictwa w tej wyprawie. W sumie pretensje mógł mieć tylko do siebie. Decyzję podjął pod wpływem alkoholu, a w dodatku bardziej był skupiony na tym dziewuszysku, które przypałętało się do nich w karczmie. Niezbyt pamiętał jak się nazywała, ale chyba coś na literkę „B”, no i była na tyle zgrabna, że z chęcią poklepałby ją po tyłku. Sprytnie to rozegrała. Namówiła dwóch zapijaczonych chłopów do durnej przygody, a sama wymigała się z niej na starcie. Pokręcił głową z niedowierzaniem i przetarł delikatnie oczy. W myślach obiecał sobie, że już nigdy nie będzie podejmował żadnej decyzji będąc pijanym. Absolutnie żadnej.

W końcu zobaczył coś co mocno go pocieszyło. Mimo wcześniejszej niechęci do gór widok Ikrem go ucieszył. Tlący się promyk nadziei, że wyjście jest gdzieś niedaleko podziałał jak zapalnik. Czuł, że krew zaczyna szybciej przepływać przez jego ciało, a on sam na myśl o wyjściu staje się nieco bardziej mobilny i chętny do działania. Jego uwadze nie umknął fakt, że ktoś tu był przed nim. Ślad najwidoczniej był świeży, dlatego mógł zakładać, że Sokolnik wcale nie uciekł mu szczególnie daleko. Oczywiście skorzystał z okazji i uczynił podobnie jak jego poprzednik. Delektował się zimnem, które orzeźwiało jego organizm. Z przyjemnością zwilżył twarz usuwając irytujący piasek, który nagromadził się w czasie przymusowego odpoczynku. Z niechęcią stwierdził, że musi iść dalej. Nie mógł za długo pozostawać w jednym miejscu ze względu na czyhające niebezpieczeństwo. Dobrze wiedział, że tutaj mogło wydarzyć się absolutnie wszystko.

Niepokojące wydawały mu się szczątki posągu. Nie za bardzo był w stanie sobie wyobrazić co takie szczątki robią akurat w tunelu. Bardzo nie chciał kolejnej walki z kamiennymi rzeźbami. Ten przypadek jak widać był niezdolny do dalszej egzystencji co nieco uspokoiło najemnika. Chwila spokoju jednak zaraz została mocno zachwiana. Komnata, którą zobaczył wcale nie przypadła mu do gustu. Nowe towarzystwo w postaci kamiennych wojowników wcale nie zwiastowało niczego dobrego. Odruchowo cofnął się o krok aby obmyślić plan działania. Opierał się on głównie na tym aby jak najszybciej znaleźć się poza napotkaną komnatą. Mimo że kamienne posągi wydawały się unieruchomione to Nessir wiedział, że te bardzo szybko lubią zyskiwać na mobilności. Sytuacja w której się znalazł nie była wyśmienita. Napotkana komnata jak widać była celem tego tunelu i niczego innego raczej już nie znajdzie. Zdążył już przywyknąć do ciarek, które pojawiły się na jego plecach.

Nie za bardzo wiedział co ma począć w tej sytuacji. Szczerze liczył na to, że jego kamienni towarzysze w dalszym ciągu pozostaną unieruchomieni, a sterta krasnoludzkich kości oraz sprzętów nie przysporzy mu dodatkowych kłopotów. Mimo wytężonego słuchu, nie odnotował żadnych niepokojących sygnałów. Wcale go nie uspokoił ten fakt gdyż wiedział, że gdzieś tutaj czai się zagrożenie. Wolałby je przynajmniej usłyszeć zanim nadejdzie. Stojąc w miejscu wcale nie polepszał swojej sytuacji. Prędzej czy później musiał zbadać komnatę do której dotarł. Każdy krok stawiał niezwykle ostrożnie obawiając się kamiennych posągów. Widział troje drzwi oraz dziwaczną wyrwę mniej więcej jego rozmiarów. Najpierw chciał sprawdzić co kryje się za drzwiami. Zarówno tymi z lewej jak i prawej strony. Do tych na środku wolał póki co nie podchodzić gdyż przeszkody, które stały na drodze do nich mocno go zniechęcały. Wciąż nasłuchując podejrzanych odgłosów oraz starając się wyłowić wzrokiem jak najwięcej szczegółów starałby się eksplorować komnatę. Może któreś z drzwi dałoby się otworzyć. Wtedy zachowując odpowiednią dozę ostrożności chciałby sprawdzić co się za nimi kryje.

Myśl, która nie dawała mu spokoju była związana z położeniem Sokolnika. Jeśli szedł przed nim, również musiał dotrzeć do tej komnaty. Skoro nie odnotował tutaj jego obecności to musiał znaleźć gdzieś przejście. Zapewne przekroczył próg któryś z tych drzwi i poszedł dalej. Ciekawe tylko, które wrota wybrał jego kompan. Gdyby badanie drzwi i tego co ewentualnie znajduje się za nimi było bezowocne, najemnik starałby się zbadać wyrwę, która była w centralnej części komnaty. Może w nią wpadł Sokolnik? Nie wiedział na ile jest głęboka, ani dokąd prowadzi. Wiedział jedno. Bardzo nie chciał w nią wpaść. Dopiero po dłuższej chwili skupił wzrok na zatarasowanych drzwiach. Zza sterty kości i innego rodzaju ustrojstwa migała sylwetka Dresza. Nie wiedział za bardzo jak wlazł za te drzwi, ale wolał nie zadawać pytań. Jeśli Sokolnik go zauważył, to z chęcią wysłucha pomysłu jak należałoby usunąć leżącą przy drzwiach stertę.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

A Matter of Time

10 sie 2016, 21:31

MG

Nie doszedł jeszcze do siebie. Przemierzając komnaty starsze niż wszyscy jego znajomi razem wzięci oczywiście czuł się nieswojo. Nie wiedział, czego może się spodziewać i żadna karczemna opowiastka nie mogła go do tego przygotować. Dotarł bezpiecznie do komnaty z rozpadliną, stając u jej progu, niepewny. Był tak daleki od lekkomyślności, jak tylko można. Chociaż jako zwykły śmiertelnik nie miał szans w starciu ze starożytną potęgą tego miejsca, tworzył dla siebie pozory bezpieczeństwa. Tylko tak mógł iść dalej, pchany niezdrową ciekawością. Gdyby nie racjonalizacja, której dokonywał, czasem na siłę, pozostałoby mu tylko zaszycie się w jakimś kącie i czekanie na śmierć głodową. Tutaj śmierć była mu bliższa, ale owa bliskość była konsekwencją nadal żywionej przezeń nadziei. Tak, Nessir z pewnością jeszcze ją miał.

Gdy zobaczył ruch przy leżących naprzeciw niego, zablokowanych stosem wiekowych kości i sprzętów drzwiach, mógł spodziewać się najgorszego. Odsuwając się na odległość, co do której bardzo chciał wierzyć, że zapewni mu możliwość ucieczki, obserwował. Spiął się cały, czując, jak jego ciało po raz kolejny w pełni poddaje się stresowi. Odczuwał go w sposób ciągły od kiedy tylko zstąpił w te tunele i nawet sen nie zdjął z niego ciężkości, którą wywołać mogły wyłącznie znajdujące się w ciągłej gotowości mięśnie. Odetchnął, wiedząc, jak radzić sobie ze swoim ciałem w takiej sytuacji. Nieco mu ulżyło, odzyskał jasność umysłu i przyjrzał się rozgrywającej się przed nim scenie.

Oto bowiem Sokolnik otworzył wrota, przy których stał. Na wąski, niebezpieczny balkonik wysypało się trochę szczątków, które jeszcze parę chwil temu próbowały go zamordować. Nie stanowiły żadnej uporządkowanej masy. Klnąc na swojego pupila, Dresz wziął się do roboty, starając się usunąć przeszkodę. Przynajmniej na tyle, żeby mógł się przecisnąć z powrotem do komnaty. Sokołowi oczywiście się to nie podobało, więc wzbił się w zimne, górskie powietrze. Mając w pamięci reprymendę swego pana rozumny ptak trzymał się blisko, nie eksplorując doliny, która rozciągała się pod nim. Bardzo go do tego ciągnęło, ale nie chciał, aby jego towarzysz poczuł się źle.

Śmiałkowi szło niesporo. Kości były sprzężone ze sobą. Pociągnięcie jednej uwalniało kolejne w niebezpiecznych lawinach. Wkrótce balkonik zawalił się szczątkami, po których Dresz, chcąc nie chcąc, musiał zacząć stąpać. Wiele spadło w przepaść pod balkonikiem. Sokolnik daleki był od utworzenia przejścia do komnaty, ale wiedział, że nie ma innego wyjścia. Droga przez wąski, oblodzony most za jego plecami nie była zachęcająca i jawiła się jako pewna śmierć.

Nessir zrozumiał po dłuższej chwili, czemu tak naprawdę świadkuje i świadomość ta sprowadziła nań ważną w tej chwili ulgę. Widział swego ostatniego druha, żywego, podirytowanego i zdesperowanego. Był wprawdzie odeń odgrodzony stertą kości i dwoma nieruchomymi, ogromnymi posągami, które wyglądały tak, jakby jeszcze przed chwilą się ruszały, ale wiedział, że nie będzie musiał dalej iść samotnie. Była to najlepsza wiadomość, na jaką mógł liczyć w tym zapomnianym przez bogów i ludzi miejscu.

Awatar użytkownika
Rowena
Posty: 219
Rejestracja: 19 lis 2011, 22:32
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=16919#16919

31 sie 2016, 22:35

Rowena poradziła z jednym krasnoludem – to prawda, lecz z czwórką krępych brodaczy nie miała żadnych szans. Próbowała zatem przemówić do nich w inny aniżeli brutalny i krwawy sposób. Widać było, że jej obecność zdezorientowała i poirytowała podziemnych wojowników, jednak nie poczynili żadnych ruchów, które wskazywałyby na jawną chęć wyeliminowania intruza. Zbici nieco z tropu, przyjęli do wiadomości informacje, analizując je słowo po słowie i wreszcie dwóch krasnali zdecydowało sprawdzić doniesienia o trupie, a pozostałych dwóch rozkazało oddać broń. Wiedzieli o niej, ale skąd? To dopiero nowina. Ona sama nie wiedziała, jak się tu znalazła. Znaczy, niedosłownie. Po prostu uznała, że to kolejne szaleństwo i na pewno nie przywiódł ją tu zdrowy rozsądek.
Podczas, gdy jedni szykowali się do drogi, drudzy czekali spokojnie na reakcję białowłosej. Rowena przygryzła wargę, co najczęściej oznaczało, że myśli i przychodzi jej to z trudem. Co mogłoby pomóc w tej sytuacji? Odwrócenie uwagi jakąś kuglarską sztuczką? Zawezwanie Koszmara, który raczej nie zmieściłby się w kanałach? Poddanie się, by zaatakować znienacka, czy dalej przekonywać krasnali, jak ważną personą jest dla Aleksisa i całego Minaloit. Swoją drogą, co mogło ich to obchodzić – Bentrum i miasteczko. Jej umysł pracował ze zdwojoną siłą, lecz nagle wszystkie rozważania zostały przerwane wraz z nadejściem nieoczekiwanego gościa.
Rowena ruszyła w stronę krasnoludów, które zbiły się w zwartą grupkę. Wolała stanąć po ich stronie, uważając, że będą mieli większe szanse niż jeden…jedno…no właśnie jedno co? Stwór wyglądał ohydnie i przerażająco. Rowena dotąd nie spotkała się oko w oko z nieumarłym. Może i czytała o nich w nekromanckich księgach ojca, ale nigdy nie widziała czegoś podobnego na własne oczy. Mork zdecydowanie przerósł jej wyobrażenia w tym temacie. Widać było, że włada nim przemożna żądza krwi, mordu i…głodu, tak jakby. Pewniej zacisnęła dłoń na rękojeści miecza, gotowa walczyć. Jednak prawda…prawda wyglądała zupełnie inaczej.
Mork pojawił się niczym wybawienie. Rowena tylko zagrała sojuszniczkę krasnali, by schronić się za ich plecami i wskoczyć w portal, jak tylko zajmą się Morkiem. Roboty z nim będą miały w bród i nie ma szans, aby jednocześnie walczyły z nieumarłym i chroniły portal. Droga do niego pozostała wolna i Rowena miała zamiar to wykorzystać. Powoli sunęła ku niemu, wciąż zwrócona twarzą do niebezpieczeństwa, jakim był głodny trup. Pewnie trzymała broń w ręku. Mięśnie miała napięte, kolana lekko ugięte. Czujna, wytężała wszystkie zmysły. Cal po calu ku portalowi, a przy tym skoncentrowana na wrogu. Jeszcze troszkę. Już prawie. Tylko parę kroków i zniknie za bramą portalu. Zjawy i demony nękające jej umysł również czekały w napięciu. Przycichły, pozwalając jej działać właśnie tak, jak tego pragnęły. Rowena – nie wiedzieć czemu – postanowiła słuchać ich głosu. Iść wedle ich wskazówek, choć nigdy nie były jej przychylne. Poniekąd nie miała innego wyboru. Nie było nikogo, kto poprowadziłby ją za rękę. Psia mać, czy ja już zawsze będę myślała o tym przeklętym elfie?! – po raz kolejny zabrakło jej Kot’eleivena u boku. Jej wybawcy, kompana, przyjaciela, kochanka. Jedynej miłości. Jeśli miała zginąć, chciałaby, żeby był przy niej. Żeby wiedział, jak bardzo go kocha. Że drugi raz nie pozwoli mu odejść. Lecz tego drugiego razu najprawdopodobniej miało już nie być. Ale dość o tym. Portal był na wyciągnięcie ręki, a krasnoludy zajęte Morkiem. Dwa kroki i wstąpiła w magiczne wrota. I znikła.
Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 99
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

05 wrz 2016, 15:36

Stęknął głośno, gdy udało mu się przewalić część sterty kości. Z hukiem poleciały na posadzkę rozsypując się po całym wnętrzu sali. Dresz zatrzymał się wbijając swój wzrok w stojącego w pobliżu golema. Miał nadzieję, że automaton nie będzie mieć do niego pretensji o ten cały bałagan.

Sokolnik kontynuował swoja pracę. Trzymana przezeń włócznia momentami wyginała się dość niebezpiecznie, gdy próbował podważać kolejne kości. Szczęśliwie wyglądało na to, że jest wykonana porządnie i z dobrego drewna, a więc raczej nie pęknie. Szkoda by mu jej było, biorąc pod uwagę jak dużą przewagę oferowała mu w walce z tymi stworzeniami, które bezmyślnie szarżowały na swój cel. Ich potencjał nadziewania się na wszelkie ostre, wystające elementy był niemal pocieszający.

Po drugiej stronie, we wnętrzu sali dostrzegł coś zaskakującego. Zastygł na chwilę, starając się dojść do wniosku czy Nessir którego widzi to Nessir, czy też już tylko bezmyślna bestia. Nie potrzebował dużo czasu, aby stwierdzić że to pierwsze. Bezmyślna bestia przynajmniej podjęłaby jakieś działania w kierunku zabicia go, on zaś tylko stał i się patrzył.

- Czy ty masz zamiar mi pomóc, do kurwy nędzy? - rzucił w jego stronę, nie racząc się nawet przywitać. W gruncie rzeczy był zadowolony, że ktoś jeszcze z tej całej nieszczęsnej drużyny żyje. Podejrzewał, że poza ich dwójką nie ostał się raczej nikt. Ailea zapewne już dawno leżała rozszarpana w ruinach, Dahhard zaś zakończył swój żywot przed wrotami do tych ruin. Dresz był niemal pewien że słyszał głośne trzaśnięcie gdy kamień spotkał się z jego szczęką.

Sokolnik walczył ze stertą dalej, licząc że jego rzekomy towarzysz postanowi mu w tym jakoś pomóc. Wystarczyło pozbyć się tylu kości, aby Dresz mógł się przeczołgać na drugą stronę, przecież to wcale nie było tak wiele.

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 10 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 9 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Vereomil
Liczba postów: 52147
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.