Kanały

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Kanały

04 maja 2014, 22:37

Niewiele miast Autonomii Wolenvain mogło poszczycić się tak znamienitymi kanałami jak Minaloit. Nie chodziło tutaj bynajmniej o rozmach, z jakim je zbudowano – ich część użytkowa była wszak niezbyt rozległa – ale o sławę, jakiej się doczekały. Za mityczną aurę cenili je zwłaszcza bardowie lubujący się w opowiadaniu znanej na cały kraj historii o Pladze Minaloickiej. Sprawa była dość świeża – upłynęło ledwie dziesięć lat od momentu, w którym epidemię można było uznać za zakończoną. Kanały pełniły w niej centralną rolę, bowiem to je uważano za źródło Plagi.

Co istotne, kanałów nie zbudowano na potrzeby osiedla ludzkiego – je znaleziono. Umożliwiło to zresztą fundację miasta w dolinie górskiej, które bez sprawnie działających kanałów nie miałoby racji bytu, narażone na coroczne powodzie.

O wiele ciekawsza była jednak część tuneli nieużywana w formie kanałów. Pozostałość dawnej cywilizacji rozbudziła wyobraźnię i napędziła wiele inwestycji prowadzących do rozwoju miasta. To ona przyciągnęła do Minaloit wielu uczonych, badaczy i awanturników, którzy podjęli się próby jej zbadania. Zrzeszało ich Bractwo Minaloit – organizacja z burmistrzem na czele, której członkowie stanowili swoistą radę miejską.

Niestety, żadnych szerszych badań nie zdążono przeprowadzić. W pięć lat po założeniu miasta, w 403EF, wybuchła Plaga Minaloicka, której natura do teraz potrafi budzić grozę. Nie była to bowiem zwykła choroba – Plaga dotykała wyłącznie istot martwych, zmuszając je do powstania, obdarzając nieposkromioną żądzą mordu oraz wielką sprawnością fizyczną. Kryzys trwał dwa lata, do czasu powrotu do miasta Bakero, ówczesnego burmistrza miasta, który sobie tylko znaną sztuką położył kres Pladze.

Niestety, dla Minaloit było za późno – nieużytkowe odnogi kanałów zamurowano, ofiary Plagi spalono na stosach, a w mieście pozostali wyłącznie górnicy wydobywający srebro w pobliskiej kopalni. Z miasta o szerokich perspektywach rozwoju Minaloit stało się dziurą zabitą dechami. Sprawa ta nierozerwalnie wiąże się z obecnością kanałów – wieść gminna każe bowiem sądzić, że to właśnie w nich znajdowało się źródło Plagi.


Część użytkowa kanałów składała się z jednego głównego tunelu oraz jego odnogi – obu kamiennych, kwadratowych i wysklepionych na wysokości ponad sążnia. Przez ich środek przebiegały rynny z nieczystościami spłukiwanymi przez deszcze. Najczęściej jednak ścieki zastygały w formie błotnistej brei. Po obu stronach rynny znajdowały się niezbyt szerokie chodniki, po których swobodnie mogły poruszać się wyłącznie wychudzone osoby. Część nieużytkowa kanałów pozostawała niezbadana, stanowiąc skomplikowaną sieć pokrasnoludzkich korytarzy oraz sal.

Główny tunel części użytkowej prowadził lekkim łukiem od południowego krańca miasta aż w pobliże rzeki Napogi. Obu jego końców chronili uzbrojeni po zęby krasnoludzcy wartownicy. Wchodzili oni w skład ekspedycji ze Złotego Wąwozu mającej na celu odzyskanie dziedzictwa brodatej rasy – mitycznej kopalni Dravenghr. Według jej przewodników tunele pod Minaloit miały prowadzić do przedsionka kopalni. Plotkowano, że można w niej znaleźć oręż, magiczne przedmioty i starożytne artefakty – czego dusza zapragnie.

Gdyby nie wartownicy, do kanałów można byłoby wejść względnie łatwo. Wybita na południowym skraju miasta okrągła dziura była kiedyś zamurowana, ale ktoś zrobił to na tyle nieudolnie, że zapora poddała się czynnikom atmosferycznym, umożliwiając swobodne wejście w głąb. Przez dziurę tę spływały do kanałów wszelkie nieczystości wylewane przez mieszkańców Minaloit prosto na ulice miasteczka.

Drugi koniec – ten przy rzece – został zakratowany grubymi jak przedramię dorosłego mężczyzny prętami. Ta solidna bariera została jednak zniszczona jakąś żrącą substancją. Powstała w ten sposób dziura pozwalała na przeciśnięcie się do kanałów. Nie było to jednak zbyt wygodne – trzeba było skulić się na kuckach. Sam okrągły portal, w który wprawiono kraty, sprawiał wrażenie niezwykle wiekowego. Wykuto go w białawej skale, którą prymitywnie naruszono wprawionymi prętami i podmurówką. Bystre oko mogło zaobserwować nad nim pozostałości jakiegoś trudnego do rozczytania pisma. Portal miał średnicę około sążnia. Stanowił jedyne ujście części użytkowej kanałów.

Aby dojść do drugiego końca należało wyjść z miasta i niejako je okrążyć, podążając traktem do miejsca, w którym przecinał on rzekę Napogę. Następnie wystarczyło skierować się w górę rzeki – wejścia do kanałów nie sposób było pominąć. Prowadziły doń widoczne gdzieniegdzie, topornie wyciosane stopnie. Droga z Minaloit do zakratowanego portalu mogła jednak zająć niemal cały dzień.

Odnoga głównego tunelu znajdowała się kilkaset stóp od wejścia nad rzeką, po prawej stronie patrząc w kierunku miasta. Prowadziła prosto pod Minaloit, płynnie przechodząc w przejście do podziemnych siedzib krasnoludów. Sama odnoga otwierała się na nowe tunele wpadające z jej lewej i prawej strony. Wiele było szczelnie zaplombowanych. Inne prowadziły w głąb starożytnego kompleksu, do części nieużytkowej kanałów. Otwarte przejścia także chronione przez wartowników.

Wszystkie wpadające do odnogi rury ściekowe prowadzące od starych chat bogatych mieszczan zostały zlikwidowane – ostatnim była ta prowadząca z ratusza miejskiego, który zawalił się parę dni temu. Gdzieniegdzie w odnodze ziały jednak ich pozostałości. Pozostałych mieszkańców Minaloit nie było natomiast stać na to, by drążyć w nieprzyjaznej, górskiej glebie – szczególnie, że członkowie licznej ekspedycji krasnoludzkiej z pewnością by na to nie pozwolili. Chociaż nie pozbawili kanałów ich podstawowej funkcji, większość z nich uważała takie wykorzystanie dziedzictwa ich przodków za przynajmniej oburzające. Z drugiej strony, gdyby nie powstanie Minaloit, nigdy nie dowiedzieliby się o jego dokładnej lokalizacji.



MG

Rześka po noclegu nad rzeką grupa wysłana przez wujaszka Festera do kanałów pod Minaloit kierując się prawie wyłącznie nosem doszła koło południa do ich wylotu. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Duże wejście zostało zakratowane parę ładnych lat temu, choć wstawione w nie, grube jak przedramiona dorosłego mężczyzny pręty wydawały się kompletnie nie na miejscu. Mocna, biaława skała została w prymitywny sposób naruszona, przebita na wylot i podmurowana, pozwalając płynącym prosto z Minaloit brudom na wylewanie się prosto do rzeki. Fakt faktem, że nieczystości tych nie było ostatnimi czasy zbyt wiele z powodu małej populacji osiedla, ale i tak śmierdziało stamtąd nieziemsko. Bystre oczy Ailei dostrzegły znajdujące się nad portalem fragmenty dziwacznego, nieznanego jej pisma. Krótkie doświadczenie długouchej z krasnoludami ze Złotego Wąwozu kazało jej sądzić, że tylko one byłyby w stanie odczytać te niekompletne ciągi sypiących się znaków. Jakikolwiek nie byłby ich przekaz, ludzcy osadnicy Minaloit kompletnie się nim nie przejęli, doszczętnie niszcząc wejście do starożytnych komnat, które, o ironio!, obrali za idealne miejsce do (dosłownego) obsmarowania fekaliami.

Czwórka śmiałków nie miała jednak na co narzekać. Lepiej było dla niej usunąć kilka z metalowych prętów niż przebijać się przez pradawne, kamienne wrota. Kilof dźwigany bez konkretnego powodu przez Dahharda miał wreszcie znaleźć swoje zastosowanie. Wedle wszelkich przesłanek to tutaj znajdowało się ongiś wejście do najwyższych komnat przedwiecznej kopalni Dravenghr, którą chcieli odzyskać brodacze z Wąwozu. Nawet jednak oni nie ośmielili się zejść głębiej, poprzestając póki co na zabezpieczeniu dwóch z trzech wejść do kompleksu. Aż dziw brał, że przy trzecim nie stało ze czterech krasnoludzkich gwardzistów. Być może uznali oni, że kraty powstrzymają ewentualnych eksploratorów albo stali nieco dalej. Możliwe też, że zwyczajnie się czegoś obawiali.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Ostatnio zmieniony 01 wrz 2018, 00:03 przez Infi, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

06 wrz 2016, 22:04

E

uforyczny trakt nieświadomości powoli zapełniał się endorfinami. Ciało poczęło drżeć, łaknąc ciepłego mięsa. Niczym noworodek skamlący w kałuży krwi, tak Mork pośród światła, obdarty z woalu ciemności w jakiej chwilę temu jeszcze egzystował. Wyprostował się. Sytuacja, w której się znalazł była nader niewinna. On, drapieżnik, zaraz rozerwie na strzępy to żywe mięso, które postanowiło być na tyle głupie, by stać tutaj i nie uciekać. Tym lepiej dla niego.

O

cena sytuacji była tutaj dość prosta. Cztery brodate, małe, jedno bez brody, wyższe. Delikatniejsza skóra. Zaczerwienione usta, dobry przepływ krwi. Smaczniejsze mięso. Dobra ofiara, zginie pierwsza. Reszta ucieknie, to przecież płochliwe stado.

U

śmiech, coraz szybsze kroki, skok. Szyja, ciepła i dobrze ukrwiona, naturalny punkt ataku. Pazury wpijające się w ramiona, coby zablokować ruchy ofiary, zęby w krtań. Następnie pociągnięcie, rozerwanie skóry, kolejne ugryzienie, tym razem głębiej. Bez planowania, bez myślenia, instynktowne szarpanie. Niczym wilk, niczym wąż, niczym zagoniony w róg pies. Byle tylko zarżnąć, byle zakończyć szamotaninę jak najszybciej. Uwolnić ręce, puścić martwe ciało, wyszczerzyć zęby na pozostałe ofiary. Na nie przyjdzie czas, ale jeszcze nie teraz. Teraz trzeba zaspokoić pierwszy głód.
Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 264
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

07 wrz 2016, 18:26

– Nie. Spierdalaj. Teraz to radź sobie sam. – powiedział i wymownie spojrzał się w stronę Sokolnika. W sumie nie wiedział czemu miałby mu pomagać. Nie dalej jak kilka chwil wcześniej pozostawił go na pewną śmierć w męczarniach, a teraz jeszcze miał postawę roszczeniową wobec najemnika. Gdyby nie to, że Sokolnik był najpewniej jedyną żywą istotą w tych tunelach, która nie chciała rozszarpać mu twarzy, a potem wyżreć wnętrzności to właśnie w tym momencie zakończyliby współpracę. – Dobra, kurwa, nie ma co się obrażać. – dodał po chwili i podszedł do sterty kości, która skutecznie unieruchomiła Dresza. – Jak żeś tam wlazł i czemu dałeś się zablokować? – rzucił dokonując oględzin pułapki, w której znalazł się Sokolnik.
Cała konstrukcja była dla niego co najmniej kontrowersyjna. Budowla wyglądała na ułożoną całkiem dawno temu. Dlatego dziwił go fakt, iż Sokolnik znajdował się po drugiej stronie. Nie był to jednak czas na dochodzenie do prawidłowej wersji wydarzeń. Był silnym chłopem, dlatego pewnie złapał za jakąś bliżej mu niezidentyfikowaną końcówkę i pociągnął z całej siły. Złapał za element gdzieś na wysokości jego kolan, tak aby poluzować konstrukcje. Gdyby jego plan zawiódł, poszukałby jakiegoś miejsca, w którym tego luzu byłoby więcej i dopiero potem zaczął majstrować przy rozbiórce barykady.
Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 99
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

12 wrz 2016, 13:42

- Ciesz się lepiej, że z ciebie zwlokłem ten posąg, bo byś tam leżał do tej pory, niewdzięczna szmato - parsknął. Nessir ledwo co się pojawił, a jego obecność już irytowała Dresza. Kopnął z irytacją kupę kości, a ta zachwiała się niebezpiecznie, kilka niemal spadło Sokolnikowi na głowę.

Nie przestając kląć przedzierał się do pomieszczenia, od którego tak bezczelnie oddzieliła go istna horda nieumarłych. A Nessir niech wypierdala i zginie gdzieś w tych korytarzach. Wyglądał mimo wszystko na porządnie poturbowanego tym spotkaniem z kamieniem. Nawet kulał. Tamten podjął jednak inną decyzję i postanowił jednak pomóc w usunięciu tej przeszkody. Chociaż do tego się przyda.

- Wlazłem normalnie, przez drzwi. A jeśli o barykadowanie chodzi, to kiedy jeszcze całe to gówno biegało po tym pokoju nieszczególnie pytało mnie o zdanie w tej kwestii - wyjaśnił to dziwne zjawisko pomiędzy kolejnymi stęknięciami i mamrotanymi przekleństwami. Pozostało im przedrzeć się przez stertę kości i ruszyć do znajdujących się z boku sali drzwi. Cóż jeszcze mogli tu zrobić?

Awatar użytkownika
Ailea
Posty: 102
Rejestracja: 03 maja 2013, 16:08
Lokalizacja postaci:
GG: 4469192
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2639

27 wrz 2016, 12:58

Wbrew wszelkiemu rozsądkowi, wbrew temu że w podziemiach bogowie wiedzą jak rozległych i przez co zamieszkałych, otoczona przez krasnoludy które zdecydowanie nie wyglądały pocieszająco, pozbawiona nadziei na wsparcie, gdyż jedyne osoby które w jakikolwiek sposób mogły jej pomóc znajdowały się daleko w wyżej wymienionych podziemiach – Ailea była po prostu zła. Złościło ją, że nie myśli jasno, że jakiś brodaty karzeł świeci jej po oczach pochodnią, że cała kompania gapi się na nią, jakby była wyjątkowo paskudną, łuskowatą gadziną i że siedzi tu, w niezbyt komfortowej pozycji i nie może się ruszyć. W zasadzie mogła się ruszyć, ale nie chciała, na złość.

Odwróciła wzrok od drażniącego ją światła i spostrzegła, po raz kolejny, jak dziwaczne rytuały krasnoludów znowu czynią cuda. Przypomniała sobie, że straciła wszystkie siły ratując biedaka z dziurą w brzuchu, który według wszelkich przewidywań, miał przeznaczoną śmierć. Wiedziała też, że życie weterana jest więcej warte od życia młodzika, życie każdego krasnoluda w Minaloit jest więcej warte niż jej własne, a życie wioskowej sieroty mniej warte niż dojna krowa, ale, jak zwykle – pluła na takie estymacje. Spojrzała z powrotem w stronę otaczającego ją zbrojnego oddziału. Pochodnia nie była już tak irytująca, ale i tak zmrużyła oczy.

Sens słów powoli sączył się do jej świadomości, co jednak niewiele miało wspólnego ze stanem jej umysłu, a więcej ze zdolnościami językowymi krasnoluda. Zapłonęła w niej iskierka buntu, na myśl że ma wstać i zostać wyprowadzona na powierzchnię jak jakiś szabrownik czy złodziej; elfka, medyczka, przez brodate pokurcze. Może właśnie zniechęcający do stawiania oporu widok doborowego oddziału przywrócił jej jasność myślenia, może zwyczajnie upływający czas, ale po chwili elfka niechętnie przyznała im rację. Coś w duszy ciągnęło ją w głąb podziemi, dokończyć co zaczęła, znaleźć towarzyszy (który mogą wszak leżeć z pourywanymi głowami lub w stanie większej rozsypki, ale mogą też potrzebować jej pomocy) i dojść do celu szalonej wyprawy – ale wiedziała, że nie da rady. Przeceniła swoje siły i teraz, gdy kręciło się jej w głowie i ledwo czuła własne kończyny, a zapalenie świecy za pomocą magii było wyzwaniem, wiedziała, że nie da rady. Przez myśl nawet przeszło jej, że gdyby dołączyła do kompanii krasnoludów nie byłaby tak bezbronna, ale uznała, że szansa na to jest zbyt mała. Pewnie nawet nie dotrzymałaby im kroku, albo zostawili by ją gdzieś po drodze. Niechętnie skinęła głową, ale nie ruszyła się z miejsca. Złość wciąż jeszcze z niej nie wyparowała, uderzyło ją nagłe poczucie braku logiki w tym co tu robią, i postanowiła podzielić się nim ze światem. W tym momencie świat stał się dla niej zdumiewająco czarno-biały.

- Dlaczego właściwie nas... ich ścigacie? Bo tak, z przekonania, nawet jeśli na szali jest życie burmistrza? Będziecie chodzić w kółko i wyrzynać siebie nawzajem, a po Minaloit rozpełznie się... Służbiści praworządni psia wasza... – wymamrotała ostatnie słowa do siebie, dbając o to, by nikt poza nią ich nie usłyszał. Drażnienie doborowej brygady krasnoludów groziło śmiercią lub kalectwem.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

A.W.

26 lis 2016, 22:23

MG

Kości wydawały się ślizgać pod palcami. Wiele z nich było połamanych. O wiele więcej niż wcześniej. Wchodzący do pomieszczenia Sokolnik zastał je we względnej integralności, co i tak wydawało się podejrzane. Początkowo wszystko wskazywało na to, że przekopuje się właśnie przez szczątki przodków krasnoludów z Minaloit. Zdumiewająca wytrzymałość brodaczy budziła podziw za ich życia, jednak po śmierci każdy musiał dopasować się do tych samych zasad. Świadczyły one, że w tym miejscu ze szczątków po takim czasie powinno zostać wyłącznie proch. Dresz swoje już przeżył, miał do czynienia z różnymi sposobami pochówku. Wiedział, że szczątki złożone w nieszczelnej krypcie rozkładały się szybciej niż zakopane. Nie tylko przez wpływ wgryzających się w nie zwierząt. Tutaj może ich brakowało, ale z pewnością nie były nieobecne. Istotniejszy był jednak fakt, że otwory w ścianie korytarza, który pozostawił za sobą, ciągle wpuszczały tu świeże powietrze. Jeśli kości należały do opuszczonego ponoć od wieków Dravenghr, nie miały szansy, by znajdować się w tym stanie. Musiały być więc świeższe. Bądź zakonserwowane. Zważywszy na cholernie trudną w interpretacji, ale wyraźną aurę tego miejsca, druga możliwość nie wydawała się głupia.

Wbrew pierwszemu wrażeniu Nessir szybko doszedł do wniosku, że usypana pod wrotami kupa szczątków zdecydowanie nie została utworzona dawno. Wręcz przeciwnie – konstrukcja zdawała się mieć ledwie kilka chwil na karku. Pomagając w jej rozmontowaniu miał podobne odczucia jak Sokolnik, choć doświadczenie z trupami – znacznie mniejsze. Zauważył za to, że ci, którym za życia służyły przerzucane przezeń kości, nie umarli od w walce. No, przynajmniej nie w takiej, w której używano konwencjonalnej broni. Jak jeden z drugim wzięliby się za łby, pozostałe po nich gnaty miałyby po tym ślady. Tutaj zaś: nic. Prócz tego, że dużo kości było po prostu połamanych, większość niedawno, nie było tutaj śladów cięć czy zmiażdżeń typowych dla tych, które powstawały w walce.

Wreszcie sterta została przesunięta, a Sokolnik wyszedł zza niej, nie zamykając wrót za sobą. Wiało z nich mocno, a roztaczający się za nimi widok zapierał dech w piersi. W oddali było widać było kolosalną, kamienną ścianę z ogromną ilością wydrążonych weń otworów – pewnie każdy wielkości tego, z którego wyłaził Dresz. Tu i ówdzie widoczne były fragmenty mostów lub nawet całe tego rodzaju konstrukcje. Jeden z nich – wątły i niezachęcający – prowadził od otwartych wrót komnaty prosto na drugą stronę.

Śmiałkowie mogli więc zdecydować – iść nim, wybrać prawe lub lewe wrota. Nim jednak podjęli decyzję, w oczy rzuciła im się pergaminowa, wyglądająca na niestarą karta. Już wcześniej Nessir miał ją przez chwilę w ręku i wiedząc, że zapisana jest Wolną Mową, łatwo zapamiętał, gdzie ją odłożył. Teraz mógł przejść do jej odczytania.

Mam dość łażenia w kółko.
Zostawiam tutaj ten pergamin, bo i tak mi się nie przyda. Skaczę do jeziora. To najkrótsza droga. Tam skończyli budować. Skończyli na czymś, a ja dowiem się, na czym. Kiedy to znajdę, wrócę z wiedzą, za którą słono mi zapłacą. A wcześniej odnajdę ten list. Przeczytam go.
I będę się śmiał. Przypomnę sobie, że się bałem.
Bałeś się, Balgerandzie! Bałeś się skoczyć w szczelinę, z której słychać plusk! Wracając nie będziesz myślał o złotych suwerenach, ale o tym, żeby jak najszybciej zniszczyć ten pergamin. To będzie twoja motywacja. A teraz wypierdalaj.

Nie miał szans.

Jasne, był potworem minaloickiej plagi, zarazy, która wybiła większość miasta niekoniecznie ze względu na niesiony przezeń mór. Ci, którzy mieli nieszczęście na nią trafić na początku tego wieku Ery Feniksa, przechodzili przemianę. Stawali się silni, szybcy i krwiożerczy. Oraz cuchnący. Chodzące trupy zaskakiwały tych, którzy stanęli przeciwko nim, a zarazę udało się wyplenić dopiero przy pomocy Krwawej Róży. Zastosował ją ponoć sam Bakero, przywódca rozpadającego się Bractwa Minaloit.

Czuł się jak zwiastun powrotu tamtej ery. Mierząc się z trzema krasnoludami czuł wyłącznie dziką radość. Prowadziły go pierwotne instynkty, których nie miał za życia. Wtedy był szaleńcem, umysłową abominacją, kimś, kogo powinno się co najwyżej zamknąć w klasztorze, jeśli miałby wystarczająco wpływowych rodziców. Lub zabić, oszczędzając światu cierpienia. Zrządzenie losu sprawiło jednak, że Mork nie tylko żył, ale również przez większość tego życia cieszył się wolnością. To ona doprowadziła go do Minaloit i do rozpoczęcia masakry na ryneczku tego miasta. Do zabójstwa Aleksisa Bentruma, które pociągnęło za sobą niepojęte konsekwencje.
Teraz zaś walczył. Otrzymywał ciosy, ale gdy pierwszy krasnolud padł przed nim, nowa energia napędziła jego nieumarłe ciało. Uszła odrobinę, gdy wojownik szybko się pozbierał. Mork nadal nie miał szans. Stanął przeciwko ekspertom, weteranom prosto ze Złotego Wąwozu. Członkowie ekspedycji mającej na celu odnalezienie mitycznej kopalni Dravenghr wystawili swych najlepszych toporników do ochrony jej wejścia. Dawali radę i Morkowi i Rowenie, którą ciągnęło ku głębinom. Ta ostatnia udawała, że jest po ich stronie. Przyszło jej to nad wyraz łatwo, szczególnie, że nieumarły również ją obrał za cel. Krasnoludy chroniły portalu, za który białowłosa chciała umknąć, ustawiając się blisko siebie i zgodnie odpierając Morka. Rowena stała nieco z boku, również robiąc, co w jej mocy, by nie dać się zabić. Wydawało się, że jej plan się nie powiedzie, a potwór zaraz zostanie ubity.

Rzeczywiście się na to zanosiło. Mork był mocno poraniony, poruszał się coraz wolniej i nawet mimo swej ogromnej siły i szybkości nie potrafił przebić się przez pancerze brodaczy. Kierowała nim ślepa furia – uderzał w obojczyki ich zbroi, w ich napierśniki i tarcze. Parę razy dobrał się do mięsa, trysnęła krew, co jeszcze bardziej go rozjuszyło.

Im bardziej Mork się frustrował i im bliżej był porażki, tym mocniej szamotał się jego mały pasażer. Nie był szczególnie natarczywy, przynajmniej aż do tego momentu. Wierzył w tego, który go niósł. Cel był jasny: dotrzeć głębiej. Jeśli ktoś miał przy tym umrzeć, to tym lepiej. Mork miał jednak pozostać funkcjonalny. Okazywało się jednak, że nie dawał rady pierwszemu wyzwaniu, które rzucił mu los. Przegrywał. Tego jego pasażer nie mógł znieść.

Płacz demonicznego dziecka wbił się w umysły wszystkich śmiertelników, niosąc się nie tylko po kanałach, tunelach i przedsionku Dravenghr, ale również przez światy. Krew wypłynęła leniwymi strumykami spod hełmów ogłuszonych krasnoludów, gdy Mork na dobre powalił pierwszego z nich. Drugi próbował odpowiadać atakiem, ale jucha zalepiła mu oczy. Trzeci padł na ziemię, ściągając hełm i ściskając głowę w agonii, która nagle na niego spadła. Tylko Rowena zachowała odrobinę trzeźwości umysłu. Głosy z jej głowy zagłuszyły metafizyczne kwilenie, wprowadzając białowłosą w histerię. Niekontrolowane łzy ciekły z jej oczu, śmiała się i płakała naraz. Wiedziała jednak, dokąd zmierzać. Przeszła przez wrota i pobiegła w głąb kompleksu.

Mork tymczasem zajmował się swoją ostatnią ofiarą. Widział, jak Rowena mu ucieka, ale nie miał siły, by za nią biec. Musiał się posilić. To miało potrwać.

Prowadzona przez swoje własne demony Rowena biegła na oślep przez zniszczone korytarze. Nogi plątały się pod nią, podobnie jak tunele przed nią. Mimo tego nie traciła swoistej orientacji, wiedząc, dokąd się udać, by oddalić się od zagrożenia. Na szczęście miała swoich przewodników. Ich instynkty trudno było przecenić. Podobnie jak pasażer Morka wiedziały, do czego dążą. Coś potężnego wzywało wszystkich podobnych sobie.

– Jest martwy. Nie wstanie. Elfia wiedźma jest chora na głowę. A wy nie powinniście tu być. Nikt nie powinien. Mieszacie. Wszystko przez was – odpowiedział w żołnierskich, a jakże!, słowach krasnolud, pomagając Ailei wstać. Trochę wbrew jej woli, trochę nieporadnie (była wszak dużo wyższa), trochę za ostro. Wydawało się, że na tym zakończy, ale on tylko odszedł kilka kroków i spojrzał w ciemność, po czym znowu nabrał powietrza, by wypuścić je z wątpliwą melodią swego głosu. Kaleczył Wolną Mowę, ale chyba pragnął się wygadać. Przebijały się pewne emocje, dostrzegalne dla Ailei zapewne wyłącznie dlatego, że przemierzała ten świat od bardzo dawna. Poza tym, była elfką. Słyszała i rozumiała więcej, czy tego chciała czy nie.

– Wieki temu. Przodkowie opuścili Dravenghr. – Ostatnie słowo było prawie niezrozumiałe, wypowiedziane w typowej krasnoludzkiej gwarze, czyli nieczysto i charkliwie. Nieprzyjemnie dla uszu, szczególnie tak wrażliwych, jak elfie. – Mieli powód. Dlatego trzeba być ostrożnym.

– Znam śmierć – dodał, odwracając się do Ailei i prawdopodobnie patrząc w jej oczy. Półmrok sprawiał, że trudno było wyłapać takie niuanse. Krasnolud chyba chciał coś dopowiedzieć, ale brakowało mu słów. – Pono Aleksis był równy. Tak. Ale czas go zakopać.

– Ilu poszło dalej? – zapytał, machając ręką w kierunku głębin. W oczywisty sposób pytał o kompanów Ailei: Dahharda, Nessira i Sokolnika. Od czasu, kiedy się rozdzielili, medyczka zdążyła uleczyć śmiertelnie rannego krasnoluda, wyspać się i potężnie zgłodnieć. Jeśli jeszcze żyli, znajdowali się bardzo daleko. Albo błądzili tuż nieopodal. Najprawdopodobniej jednak nic już z nich nie zostało.

Pozostali członkowie oddziału czekali na słowo swojego dowódcy, podobnie jak Row oraz uleczony przez Aileę śmiałek, teraz już nieco bardziej krzepki. Znalazł sobie jakąś lagę i oparł na niej, po czym przeszedł bardzo powoli kilka kroków, stękając i szybko tracąc siły. Wreszcie oklapł pod ścianą tunelu, sfrustrowany. Nikt nie mu nie przerywał. Wiedzieli, że sam musi do tego dojść. Nie był sprawny i trzeba było jak najszybciej go odprowadzić. Ósemka wojów mogła się po temu rozdzielić, ale jeśli w głębi tuneli byli jeszcze jacyś intruzi, nie można było pozostawić ich samym sobie.

Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

08 gru 2016, 23:25

Bezdenna radość, ekscytacja, mentalna onanizacja i ekscentryczny taniec śmierci kuśtykany na leżących na ziemi krasnoludach. Nie miał siły, miał jednakże pasję. Miał także coś, czego wielu ludziom zwyczajnie brakowało - cel. Palący, wewnętrzny, nie posiadający przyczyny, którą byłby w stanie realnie zaznaczyć i uzasadnić. Pierwotny pęd, nakierowany na czynność, jaką było zadawanie śmierci w najokrutniejszy, znany ludzkości, sposób - gołymi rękoma. Koncentracja nie była tutaj istotnym faktem, ponieważ zwyczajnie jej nie było. Gdyby się pojawiła, znaczyłoby to, że Mork myśli. Nieszczęśliwie dla istot postawionych przed nim, aktualnie pełnych trwogi, nie posiadał takiej cechy. Maszyna do zabijania ruszyła w tango z przeznaczeniem, wynikiem miała być śmierć. Czyja? To się okaże.

Leżeli. On stał. To prawdopodobnie przewaga, ale nie miało to specjalnego znaczenia. Znaczenie miało to, co się z nimi za chwilę stanie. Przywarł zębami do gardła pierwszego z krasnoludów. O ile było to możliwe. Jeśli nie, po prostu wgryzł się w twarz i oderwał jej kawałki. Albo wydłubał oczy. Chciał go po prostu ukartupić, na śmierć. Potem następnego i kolejnego. Nie miało znaczenia jak, ważne było aby skurwysyny zginęły. Potem dopiero można było się najeść. Do pełna, ich ciałami, smakowitymi małymi ciałami brodatych kurew. Pić krew, chłeptać ją i cieszyć się z kolejnego dnia pełnego wrażeń. To niemal jak walka, tylko teraz już nie obrywał.

Gdyby jednakże okazało się, że jakimś cudem któryś się pozbierał, Mork rzuciłby się w jego stronę i począł drapać i szarpać. Celowałby w głowę, naturalny punkt dla zwierzyny łownej, jaką był. Starałby się ją urwać, może zgnieść, nie miało to dla niego wielkiego znaczenia. Dlaczego miałoby? Wszystko było dobrze, póki był najedzony i mógł walczyć. Zasadniczo, nic innego się nie liczyło. W końcu był tylko pustą wydmuszką, cieniem dawnego siebie.

Jednakże, w niekoniecznie żywym umyśle Morka kłębiła się jedna, naprawdę silna myśl. Myśl, która nie dawała mu spokoju na wszelakich zasadach jego marnej egzystencji. Ktoś uciekł. Ta najsłabsza, najmniejsza, posiadająca skórę jak aksamit i prawdopodobnie najlepszy smak, nie żylasty jak Ci tutaj, ale najlepszy, najsmaczniejszy ze smaków, uciekła. Musiał ją gonić, gdy tylko pożywi się tymi tutaj. Musiał dopaść ją i nie tylko zabić, o nie, musiał sprawić by cierpiała. Wiedział jak. Podświadomie, podskórnie. Musiała zajrzeć w jego martwe oczy i zobaczyć tam nic innego jak własną śmierć, a jednak błagać o nią. Sprawić, by cierpiała tak nieznośne katusze, iż jedynym ocaleniem będzie jedynie odtańczenie ostatniego tańca. A on jej na to nie pozwoli, aż do samego końca, gdy zniszczy jej duszę. Dopiero wtedy skonsumuje ciało. Pławił się w tej myśli, odbijała się po pustej kopule. Taki miał być los tych, którzy są zbyt tchórzliwi by stanąć z nim do martwego walca. Był w końcu śmiercią w czystej postaci, abominacją, cierpieniem, wszystkim tym, czego ludzie bali się eonami i bać się będą. Ponieważ Mork nie znał przebaczenia, nie znał uczuć, nie znał miłości ani spokoju. Był jedynie on, zagłada ostateczna, nic więcej. I był w tym sprawiedliwy, każdy w końcu będzie musiał go doświadczyć. Nic go nie powstrzyma, nic nie stłamsi, nic nie podetnie mu skrzydeł w drodze w dół, spadając, w przepaść zatracenia.
Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 99
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

10 gru 2016, 14:47

Wreszcie przedarł się przez stosy krasnoludzkich kości. W gruncie rzeczy nie zastanowiło go wcześniej, że pomimo tak długiego czasu jaki musiały tutaj leżeć pozostały w jednym kawałku. Podświadomie wręcz założył, że jest to zasługa wszechobecnej w tym miejscu magii. Nadal ten fakt go nie interesował, przynajmniej tak długo jak pozostawały one nieruchome. Pomoc przyszła ze zgoła niespodziewanej strony. Dresz ogarnął wzrokiem automaton, który uratował sytuację i pozwolił mu wrócić do tego pomieszczenia.

Nie czuł się ani trochę bardziej pewny tego co teraz ma zrobić. Wiedział tyle, że wątły most znajdujący na skalnej półce nie był rozwiązaniem kuszącym. Ale podobnie nieszczególnie kusząca zdawała się wyprawa do minaloickich kanałów. A jednak był tam. W tym właśnie miejscu, niepewien swojego losu i powoli wręcz odchodzący od zmysłów. Nie wiedział gdzie iść dalej, jak się zachować. Może trzeba było właśnie podjąć ryzyko?

Podszedł do dziury ziejącej w ziemi i przyklęknął przy niej. Wcześniej nawet przez myśl mu nie przeszło, że podróż w dół może być tą, którą postanowi obrać. Teraz sam nie był pewien. Cofnął się myślami w czasie, próbując skojarzyć jak dużą odległość Sokół pokonał na dół i czy mógłby tam zeskoczyć nie ryzykując tego, że się połamie albo zabije. Na dole była woda, tego był pewien. Jeśli tylko wysokość nie była zbyt duża, to dawało mu to spore szanse.

Westchnął. Nessir stał co prawda gdzieś w pobliżu... Ale Sokolnik nie miał mu nic do powiedzenia. Niech robi co chce. Dresza kusiło, żeby zajrzeć za pozostałe drzwi, z drugiej strony nie wiedział czy nie ma tam jakiegoś niebezpieczeństwa. W końcu przełamał się i postanowił każde z nich, wraz z tym co było za nimi przebadać na tyle dokładnie, na ile tylko potrafił nie opuszczając jednocześnie sali, w której byli. Najpierw te z prawej, później te z lewej. Jeśli tylko znajdzie za nimi cokolwiek, co byłoby ważne, interesujące, przydatne, albo w jakikolwiek sposób odwiedzie go od pierwszej myśli, to rozważy swoje następne kroki ponownie.

Spodziewał się jednak, że za drzwiami będą po prostu kolejne pomieszczenia. A wtedy pozostanie mu wrócić do poprzedniej opcji. Cokolwiek ożywiało umarłych, jego źródło kryło się gdzieś w dole. Sokół o tym poświadczy, gdy przyniósł stamtąd tę plugawą magię. A więc Dresz zapewne znajdzie na dole także to, czego szuka. A przynajmniej taką miał nadzieję. Oczywiście, mógł też znaleźć śmierć. Ale podobnie było przy próbie podjęcia którejkolwiek innej drogi. Był w beznadziejnej sytuacji, a jednak coś nadal pchało go do przodu. Tak jakby sam fakt, że coś się w ogóle dzieje pozwalał mu czuć że żyje i dawał tę nikłą radość motywującą go by działać dalej.

Jaki był więc jego plan? Na pewno przygotować się, zanim postanowi rzucić się w objęcia nieznanego. Sama myśl o pozostaniu bez jakiejkolwiek ochrony sprawiała, że dreszcze przechodziły mu po plecach. jednak to właśnie musiał zrobić, jeśli nie chciał się utopić. Musiał zrzucić z siebie płaszcz i znajdującą się pod nim skórznię. Jedno i drugie musiało pozostać na górze, jeśli tylko miało jego samego nie ściągnąć w wodne odmęty. Podobnie obok dziury musiały znaleźć się niesiona dotąd tarcza, włócznia, znaleziony miecz, bukłak z resztkami wody, naramiennik na którym zwykł siadać Sokół, wyważone noże do rzucania. W ten sposób na Dreszu pozostałaby jedynie koszula, spodnie i lniany, długi pas, którym był owinięty w biodrach. No i oczywiście wetknięta z niego broń w postaci miecza i jego brata, jednosiecznego, długiego noża. Nie był pewien co do butów, postanowił zostawić tę decyzję na ostatnią chwilę, własnemu przeczuciu. Z jednej strony nie ułatwią mu wypłynięcia na powierzchnię, z drugiej pozbyć się nawet ich...

Nie miał zamiaru jednak pozostawiać tego wszystkiego na górze, na pastwę czasu i szabrowników. Podejrzewał, że prawdopodobnie nie wróci już do tej sali jeśli zdecyduje się zanurkować w dół, a więc przed tym czynem miał zamiar zrobić jedną prostą rzecz - zrzucić wszystkie swoje przedmioty i poczekać chwilę aż wyląduję gdziekolwiek los nakaże im wylądować. Może będzie miał dość szczęścia, aby którekolwiek z nich wyłowić. Miecz był przywiązany do pasa, więc ryzyko że się wyślizgnie było raczej marne. Dla pewności jeszcze Dresz owinął sznur, którym pochwa była przywiązana do lnianego pasa wokół rękojeści, tak aby miecz nie mógł się wysunąć. Nie mógł go stracić, całe jego życie od tego zależało.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

On a Stone

27 gru 2016, 23:04

MG

Sprawa musiała wyglądać dla Nessira nadzwyczaj dziwacznie. Ten, któremu pomógł dostać się do pomieszczenia, nawet nie podziękował. W ogóle się nie odezwał. Zaczął tylko łazić po pomieszczeniu. Podszedł do dziury w posadzce, zbliżył doń głowę. Zdawało się, że patrzy w nieprzeniknioną czerń, chcąc dowiedzieć się czegoś przydatnego. Później zbliżył się do drzwi. Najpierw jednych, później drugich. Stał przy obu dość długo, skupiając się i wyglądając tak, jakby chciał je przebić siłą woli. Nawet ich nie dotknął. Nic się nie wydarzyło, ale Dresz najwyraźniej coś obmyślił, bo ponownie podszedł do dziury. Tym razem, zamiast patrzenia w ciemnicę, zaczął się rozdziewać. Został w długiej koszuli, spod której wystawały jakieś bardzo szerokie nogawki. Zostawił też buty. To były dobre, porządne buty, nie żadne partackie szmaciaki. Nie lza było się ich pozbywać.

Co innego z pozostałymi elementami ekwipunku. Zaczął zrzucać je przez szparę, niczym się nie tłumacząc. Działał metodycznie, niczym obłąkaniec, który obmyślił własną wizję świata i postanowił się do niej całkowicie dostosować. Zrzucił tarczę, naramiennik sokolniczy, włócznię. Za każdym razem odzywał się cichutki plusk. Poleciała nawet skórznia. Upadku tejże nie było już tak dobrze słychać, co było całkiem naturalne. Sokolnik nie przerywał swego wariackiego dzieła. Nie dając żadnych znaków swemu kompanowi usiadł na skraju wyrwy, spuszczając w dół nogi, a następnie, pozornie nie rozmyślając nad tym długo, sam skoczył w nieznane. Krótko przed tym w głąb spikował jego sokół.

Spadające z góry przedmioty poruszyły taflę spokojnego, podziemnego jeziora. Ciemne oko samej Czeluści zostało zmącone, gdy jego pan wynurzył się cicho na powierzchnię. Powodowany wrodzoną ciekawością oraz żarłocznością połykał jeden po drugim elementy ekwipunku Dresza. Włócznia utkwiła wewnątrz jego ogromnej paszczy, wbijając się w krwawiące dziąsło stwora. Niezwykle go to irytowało. Niecierpliwie machał pod wodą swym długim ogonem, próbując zażegnać niedogodność. Gdy na jego grzbiet spadła płasko skórznia Sokolnika, nawet tego nie poczuł. Poczuł natomiast, że zaraz obok skórzni z impetem spada dwunożne stworzenie.

Właściwie – fakt dwunożności Dresza był w całej sprawie kluczowy. Niezdający sobie sprawy z istnienia potwora, głębokości podziemnego jeziora oraz kształtu jego dna Sokolnik postanowił wskoczyć do wody bezpiecznie, na proste nogi. Koncepcja była słuszna, jednak jego magiczny zmysł ujawnił pewne niedoskonałości, nie dając pełnego obrazu jaskini. Musiał interferować z tutejszą aurą, zakłócającą odbiór bodźców. Innego wyjaśnienia być nie mogło; mechanizm rzadko zawodził. Tym razem oszukał Sokolnika, którego plan nie powiódł się w pełni.

Jedna z nóg śmiałka, obuta w mocny, skórzany trep, wbiła się bowiem w coś o niepokojąco organicznej strukturze. Z chrzęstem zanurzyła się po samo kolano, podczas gdy druga ześlizgnęła się po gładkiej, pokrytej śluzem powierzchni. Pozostawiło to nieszczęsnego Dresza w niewygodnym i ekstremalnie bolesnej pozycji. Coś pękło mu w kroczu i pozostało mu tylko mieć nadzieję, że to wyłącznie gacie. Nie czuł zbyt wiele, pełen emocji i adrenaliny, która szybko wypełniła jego krwioobieg.

Wszystko działo się szybko – Sokolnik próbował odruchowo polepszyć swoją sytuację, ale już po chwili został zrzucony z cielska potwora, który targnął się w ogromnym bólu. Siła, z którą Dresz uderzył w wodnego potwora sprawiła, że wbił się w jego grzbiet niczym ludzki oszczep. Przynajmniej jedną nogą. Zaraz po tym trafił wreszcie do wody, nie pojmując zrazu swej sytuacji. Całe jezioro zakotłowało się, podczas gdy obolały szaleniec ledwo utrzymywał się na powierzchni. Utracił koncentrację, a silna aura panująca w tym miejscu zdawała się go niemal dusić. Potrzebował pomocy.

Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 99
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

29 gru 2016, 15:46

Co popchnęła Sokolnika do tak ryzykownego i samobójczego czynu? Zapewne wiele czynników. Beznadzieja, panika, dezorientacja, odrobina zrezygnowania. Te wszystkie odczucia kotłowały się niczym w garnku pełnym wrzącej wody. Chciał działać. Jakkolwiek, nawet głupio. Ale po prostu musiał działać, nie mógł znów tkwić w bezczynności, wędrówce. Póki to, co pchało go do przodu jeszcze nadal żyło. Póki on jeszcze żył.

Decyzja o skoku w nieznane była najbardziej ryzykowną z wszystkich, które mógł podjąć. No, może mogła równać się z próbą przejścia na drugą stronę ciasnego mostu, w targanej wiatrami dolinie. Skok ten jednak nie zakończył się dla Dresza końcem jego żywota, co już samo w sobie dawało kolejną iskrę nadziei. Paradoksalnie mężczyzna poczuł się lepiej. W tym bólu, dezorientacji, ucisku w klatce piersiowej wywołanym paniką. Czuł się lepiej. Zapomniał o uczuciu zrezygnowania, o beznadziejności włóczenia się pośród zimnych kamieni, głodzie i wrażeniu bezcelowości. To wszystko odeszło w siną dalej, a pozostały uczucia, które tak kochał.

Bijące w piersi serce, które niemal pragnęło z niej wyskoczyć. Hucząca w uszach krew, która gnała popychana każdym skurczem. Wzniesione do granic swych możliwości zmysły, pobudzone emocjami i stresem. Niczym najpiękniejszy narkotyk. Najwspanialszy, najbardziej uzależniający.

Uderzył z impetem, który zaskoczył jego samego. Szczególnie, że zderzył się nie z taflą wody, a czymś innym. Jego noga wbiła się z chrzęstem w cielsko bestii, o której istnieniu nie miał pojęcia. Co gorsza, tylko jedna. Nogi Sokolnika rozjechały się, dostarczając mu zgoła nieprzyjemnych wrażeń. Na całe jego szczęście nie była to pozycja aż tak obca jak wielu innym na jego miejscu. Znał sztuczki, którymi nieraz na ulicach zabawiano tłumy. W ciągu swego - dużo dłuższego niż się mogło zdawać - życia poznał sporo tajników akrobatyki. Przydawała mu się w różnych, czasem i głupich sytuacjach. Miał prawo liczyć, że jego mięśnie i ścięgna przetrwały to niecodzienne zderzenie. Zwłaszcza, że wbicie się w potwora paradoksalnie gwarantowało mu pozycję dużo dogodniejszą, niż gdyby miał się po prostu o niego rozbić jak o ścianę.

Zanim zdążył się otrząsnąć po pierwszych wrażeniach jego noga wyrwała się z cielska stwora, a on sam znów był w powietrzu. Nie potrafił ocenić jak dużą odległość przeleciał tym razem, nim uderzył wreszcie w wodę. Machnął rękami, starając się utrzymać na powierzchni, która okazała się nagle wyjątkowo wzburzona. Woda dostała się do jego ust, wypluł ją bez większego zastanowienia. Nie umiał dobrze pływać. W ogóle nie można go było oskarżyć o posiadanie szczególnych umiejętności w tej kwestii. Jednak kilkadziesiąt lat chodzenia po tym świecie sprawiło, iż nieraz miał kontakt z wodą. Więc podobnie jak wrzucone do wody zwierzę instynktownie starał się utrzymać na powierzchni. Szarpał się przy tym na wszystkie strony, próbując zorientować w swojej sytuacji. Niedocenił aury tego miejsca, która rezonowała z jego własną ogłupiając go kompletnie. Kręcił się wokół próbując odnaleźć z pomocą własnych odczuć, albo też Sokoła czegoś, czego mógłby się chwycić, lub na tym wesprzeć. Wyprostował gwałtownie nogi, sprawdzając czy nie zdoła sięgnąć dna i się od niego odbić. A w tym wszystkim cały czas panicznie starał się coś dostrzec swymi zmysłami. Desperacko na wpół świadomie, a na współ instynktownie uwalniał chaotycznie coraz to większe pokłady magii, starając się wyczuć co jest wokół niego i jak powinien działać. Starał się przebić przez tę dziwną aurę tego miejsca, dostrzec brzeg i spróbować do niego dotrzeć, albo po prostu znaleźć cokolwiek, czego mógłby się uchwycić. Nawet jeśli miałoby to być cielsko rannego potwora. Nie chciał umierać, to jeszcze nie był jego czas.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Groundhog

29 gru 2016, 16:35

MG

Zaraz po wpadnięciu do wody Sokolnik zrobił jedyną rzecz, której można się było po nim spodziewać – podjął próbę ratowania swego życia. Nie ułatwiał jej fakt, że nie potrafił pływać. Wzburzona woda podtopiła go i chyba tylko nabyte doświadczeniem opanowanie stresu sprawiło, że nie spanikował i nie poszedł od razu na dno. Miotał się energicznie, na szczęście niezbyt długo. Gdy czuł już, że nie wytrzyma z braku powietrza, udało mu się wyrwać na powierzchnię i odetchnąć obfitym haustem. Dobrze się stało; zaraz po tym jego głowa znowu znalazła się pod wodą.

Niepotrafiące efektywnie pokonywać jej oporu kończyny Dresza wadziły mu tylko. Na lądzie działały dokładnie tak, jak sobie tego życzył, jednak tutaj, mimo wszelkich starań, nie dawały pożądanego rezultatu. Machanie rękami i nogami – w tym jedną mocno obolałą – dawało co jakiś czas efekt, jednak Sokolnik nie mógł wierzyć, że ma to związek z jego mikrymi umiejętnościami pływackimi. To, że jeszcze żył, było wyłącznie dziełem przypadku. W pewnym momencie udało mu się nawet od czegoś odbić – czy raczej: kopnąć w coś z impetem. Nie miał wątpliwości, że było to coś żywego. Tym bardziej zmotywowało go to do znalezienia brzegu jeziora.

Przez cały ten czas jego magiczny zmysł działał w chaotyczny, nieskoncentrowany sposób, dając Sokolnikowi pewne pojęcie na temat jego otoczenia. Jezioro było głębokie i nie mógł szukać pocieszenia na jego dnie. Gdzieś niedaleko był brzeg, ale brak koncentracji na postrzeganiu oraz silna aura panująca w jaskini nie pozwalały śmiałkowi odpowiednio ocenić odległości. Magiczna percepcja dawała wiele możliwości, ale kiedy bodźce trafiały do umysłu Sokolnika w tak poszatkowanej wersji, na niewiele się zdawała.

Niemrawą pomoc stanowił tutaj ptasi towarzysz Dresza. Inteligentny sokół podzielał emocje swego pana, ale potrafił się od nich oddzielić. Samemu nie był zagrożony, więc chciał zrobić wszystko, by oddalić zagrożenie od Dresza. Potępieńcze skrzeczenie i latanie po całej jaskini na niewiele się zdało, co niesamowicie oburzyło wredne ptaszysko. Normalnie dałoby sobie z tym wszystkim spokój, udając się na poszukiwanie pożywienia, ale sytuacja była chyba poważniejsza niż wszystkie poprzednie. Sokolnik rzeczywiście był na skraju śmierci, co wprawiało jego pierzastego przyjaciela w jeszcze bardziej parszywy nastrój. Ptak zestresował się, to wznosząc, to znów pikując, wirując po jaskini jak poparzony. Przynajmniej obraz otoczenia przesyłany przez sokoła był dalece doskonalszy od tego, który był w stanie samodzielnie przyjąć jego pan. Działo się tak głównie dlatego, że zwierzak nie był zmuszony do walki o swoje życie. Te zaś Sokolnik tracił z chwili na chwilę, przegrywając z bezkresną tonią.

Wodny stwór raniony przez Dresza udał się pod powierzchnię, gdzie prawdopodobnie miotał się z bólu, co sprawiało, że całe jezioro szalało. Bystre oczy sokoła instynktownie śledziły każdy ruch. Kilka obiektów poruszało się w toni, przykuwając jego uwagę tym bardziej, im bardziej niebezpieczne się wydawały.

Nikła forma ratunku zainteresowała sokoła, który początkowo oczywiście nie pomyślał o niej w tej kategorii. Oto bowiem na lekkich falach zatańczyła tarcza upuszczona wcześniej przez jego pana. Podleciał do niej bliżej, chcąc ocenić, czy nie jest przypadkiem drapieżnikiem chcącym zjeść Sokolnika, co pozwoliło temu ostatniemu uświadomić sobie jej obecność. Całym sercem zapragnął ją uchwycić, a sokół, choć nie wiedział do końca dlaczego, również poczuł, że jest ona niezwykle istotna. Nie wiedział też, dlaczego Dresz po nią po prostu nie podpłynie, więc jedyne, do czego się ograniczył, to dezaprobata. Co jakiś czas podlatywał do tarczy, ukazując Sokolnikowi jej obraz – zupełnie tak, jakby wołał „Przecież tu ją masz, idioto!”. Ostatecznie nawet gniewnie dotknął tarczy szponami, jakby chciał wylądować, jednak jej ruch na to nie pozwalał. Sprawiło to, że część uzbrojenia przesunęła się lekko w kierunku Sokolnika. Dzieliły ją od niego jakieś dwa sążnie, choć odległość ta co rusz się zmieniała – czasem na lepsze, czasem na gorsze.

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 10 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 9 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Vereomil
Liczba postów: 52170
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.