Kanały

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Kanały

04 maja 2014, 22:37

Od czasu zwanej Plagą Minaloicką wielkiej zarazy, która miała miejsce w latach 403-405EF, kanały pod Minaloit stały się miejscem wręcz mitycznym. Odkryte na początku zakładania tego górskiego osiedla, a więc w roku 398 Ery Feniksa, korytarze zdawały się być idealne do wykorzystania w formie ścieku. Spora ilość przeróbek, jakich dokonali osadnicy, pozwoliła im na odprowadzanie nieczystości wprost do leżącej na południu miasteczka rzeki Napogi. Istnienie kanałów okazało się niezbędne dla istnienia Minaloit jako takiego – spływający wiosną z gór, roztopiony śnieg znajdował tutaj ujście, nie zalewając miasteczka. Niepotrzebne ścieżki odnalezionych komnat zamurowano, resztę uprzątnięto i tak właśnie całość funkcjonowała nieprzerwanie od kilkunastu lat. Nie przeprowadzano tutaj właściwie żadnych badań, traktując istnienie tych starożytnych tuneli jako dopust Piętnastki.

Plotki pojawiły się nieco później. Mówiono, że choroba, jaka przetrzebiła osiedle, wyszła właśnie stąd, rażąc mieszkańców rozkwitającego Minaloit niczym młot samego Mealena. To tutaj palono zwłoki, stąd wyszli pierwsi zarażeni – chodzące trupy o wielkiej sile i nieposkromionej żądzy mordu. Dopiero powrót niejakiego Bakero, ówczesnego burmistrza miasta, położył kres tym cierpieniom. Dla wielu spraw było już jednak za późno. Bractwo, które trzymało pieczę nad rozwojem osiedla, rozpadło się, większość mieszkańców zmarła bądź wyjechała, a namiestnik prowincji utworzonej wokół niego do teraz jest obiektem drwin możnych, zwących go czasem „Psem Derinu”. Z oazy światłych umysłów Minaloit stało się zabitą dechami dziurą, do której nikt nie chciał się przeprowadzić. Główną populację stanowili górnicy oraz ich rodziny, niestrudzenie pracując nad wydobyciem bogactwa Ikrem – srebra.


Kanały nadal były używane, ale na zdecydowanie mniejszą skalę. Ludzie bali się tam zapuszczać, pozostawiając porzucone tam za czasów zarazy przedmioty samym sobie. Mówiono, że można tam znaleźć oręż, artefakty, wynalazki – wszystko, czego dusza zapragnie. Mimo tego mało która grupa śmiałków decydowała się ostatecznie na zejście wgłąb – a były po temu dwie, powszechnie znane drogi.


Pierwsza, najbardziej oczywista, prowadziła z miasta. Wystarczyło uderzyć na południe osiedla, aby dojść do dużego, okrągłego, niezabezpieczonego otworu. Po Pladze Minaloickiej zamierzano go nawet zamurować, ale zaprawa okazała się niezbyt trwała, przez co konstrukcja rozpadła się, a jej gruzów nie uprzątnięto. Zresztą, jako wytwór ludzkich rąk cały ten od siedmiu boleści „portal” z definicji nie był szczególnie mocnym konstruktem. Wybito go tak, aby można było we względnie łatwy i bezpieczny sposób zejść niżej, do właściwych kanałów. Po przybyciu do Minaloit krasnoludzkiej ekspedycji ze Złotego Wąwozu przejście to prowadziło prosto w objęcia stacjonujących nieco dalej w podziemiach brodatych wartowników, którym nie przeszkadzał najwyraźniej smród spływających do otworu nieczystości. Większość bowiem mieszkańców Minaloit wzorem obywateli znamienitszych metropolii wyrzucało nieczystości wprost na błotniste ulice, licząc na to, że zmyją je deszcze bądź same spłyną do otworu na końcu miasta, czemu sprzyjało obniżenie terenu w kierunku południowym.


Drugim ogólnie znanym wejściem było to od strony samej rzeki. Aby do niego trafić, należało iść traktem z miasta aż do miejsca, w którym przecinał on Napogę. Następnie, idąc w górę jej nurtu, nie sposób było nie trafić do jedynego ujścia kanałów. Choć kiedyś tego okrągłego przejścia (o średnicy około dwóch metrów) chroniły ustawione raz przy razie, grube, stalowe pręty, teraz kilka z nich było uszkodzonych. Powstała na skutek działania jakiejś żrącej substancji dziura prawdopodobnie również była chroniona przez krasnoludy. Pozwalała bowiem nawet wyrośniętemu mężczyźnie na przeciśnięcie się dalej – z trudem, na kuckach, ale pozwalała – co mogło prowadzić do przykrych dla Minaloit konsekwencji.


Idąc korytarzem otwierającym się za uszkodzonymi kratami można było po lekkim łuku dojść do samego miasta, wychodząc na jego południu – opisanym wyżej portalem. Po drodze kilkadziesiąt metrów od tego wylotu, mijało się tylko jedną odnogę, prowadzącą do krasnoludzkich tuneli. Do odnogi tej wpadały – tak z lewej jak i z prawej – kolejne tunele, w większości zamurowane. Te odpieczętowane były natomiast chronione przez kolejnych brodaczy, które generalnie cały kompleks uważały za swój.


Część użytkowa kanałów była więc względnie mało rozbudowana – ot, jeden tunel prowadzący właściwie prostą drogą od Minaloit do Napogi i jedna, nachylona odpowiednio odnoga prowadząca do podziemnej siedziby krasnoludów. Przez środek obu tych kwadratowych tuneli szły kamienne rynny, którymi nieczystości płynęły do rzeki. Z racji małej populacji miasta było ich niewiele, przez co większość z nich po prostu tutaj zalegała, czekając na deszcz. Ziemia była tutaj twarda i nieskora do poddania się pracy ludzkich rąk, więc tylko niektórzy z bogatszych obywateli żyjących w mieście mogli sobie w przeszłości pozwolić na posiadanie własnych, domowych odpływów. Teraz jednak, po przybyciu do Minaloit krasnoludzkiej ekspedycji, ostatni z nich – ten idący od zrujnowanego ratusza miejskiego – został zlikwidowany, dzięki czemu nieczystości trafiały do kanałów jedynie leżącym na południu miasta, południowym portalem oraz od strony krasnoludzkich tuneli. Po lewej i prawej stronie rynien pozostawiono wąskie chodniki pozwalające na przejście jednej, niezbyt szerokiej w barach osoby.


Pozostałe odnogi, ciągnące się zapewne wiele sążni pod górami Ikrem pozostawały niezbadane, mówiono jednak, że prowadzą one bezpośrednio do przedsionka Dravenghr – mitycznej kopalni, jaką mają na celu odzyskać brodaci obywatele miasta (w sile około dwóch tysięcy chłopa), zajmujący się obecnie zabezpieczaniem terenu.


MG

Rześka po noclegu nad rzeką grupa wysłana przez wujaszka Festera do kanałów pod Minaloit kierując się prawie wyłącznie nosem doszła koło południa do ich wylotu. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Duże wejście zostało zakratowane parę ładnych lat temu, choć wstawione w nie, grube jak przedramiona dorosłego mężczyzny pręty wydawały się kompletnie nie na miejscu. Mocna, biaława skała została w prymitywny sposób naruszona, przebita na wylot i podmurowana, pozwalając płynącym prosto z Minaloit brudom na wylewanie się prosto do rzeki. Fakt faktem, że nieczystości tych nie było ostatnimi czasy zbyt wiele z powodu małej populacji osiedla, ale i tak śmierdziało stamtąd nieziemsko. Bystre oczy Ailei dostrzegły znajdujące się nad portalem fragmenty dziwacznego, nieznanego jej pisma. Krótkie doświadczenie długouchej z krasnoludami ze Złotego Wąwozu kazało jej sądzić, że tylko one byłyby w stanie odczytać te niekompletne ciągi sypiących się znaków. Jakikolwiek nie byłby ich przekaz, ludzcy osadnicy Minaloit kompletnie się nim nie przejęli, doszczętnie niszcząc wejście do starożytnych komnat, które, o ironio!, obrali za idealne miejsce do (dosłownego) obsmarowania fekaliami.

Czwórka śmiałków nie miała jednak na co narzekać. Lepiej było dla niej usunąć kilka z metalowych prętów niż przebijać się przez pradawne, kamienne wrota. Kilof dźwigany bez konkretnego powodu przez Dahharda miał wreszcie znaleźć swoje zastosowanie. Wedle wszelkich przesłanek to tutaj znajdowało się ongiś wejście do najwyższych komnat przedwiecznej kopalni Dravenghr, którą chcieli odzyskać brodacze z Wąwozu. Nawet jednak oni nie ośmielili się zejść głębiej, poprzestając póki co na zabezpieczeniu dwóch z trzech wejść do kompleksu. Aż dziw brał, że przy trzecim nie stało ze czterech krasnoludzkich gwardzistów. Być może uznali oni, że kraty powstrzymają ewentualnych eksploratorów albo stali nieco dalej. Możliwe też, że zwyczajnie się czegoś obawiali.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 263
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

15 maja 2014, 01:18

– Dobra, dobra. Zrozumiałem. – mruknął poirytowany najemnik.

Ciągłe dopraszanie się o rozpalenie pochodni wcale go nie zmotywowało do działania. Naprawdę, wystarczyło powiedzieć to raz. Cała sytuacja wydawała mu się nieco śmieszna. Mieli dużo szczęścia, że Nessir miał w swojej torbie krzesiwo. Mogło być zabawnie gdyby zabrali od Festera kilka pochodni, a nie mieli ich czym odpalić.

Początkowo chłopak chciał uklęknąć i zacząć szperać w swojej torbie, jednak w porę przypomniał sobie, że stoją w gównie. Sama myśl o większym kontakcie z podłożem napawała go obrzydzeniem. Szybkim ruchem ściągnął torbę z ramienia i zaczął w niej nerwowo szperać. Wiedział, że gdzieś miał krzesiwo. Musiało być gdzieś w środku. Oczywiście, jak na złość szukany przedmiot nie chciał się znaleźć. Już kilkakrotnie przewalał te same rzeczy, a wspomnianego krzesiwa nie mógł znaleźć. Najemnik miał wielką ochotę na wysypanie całej zawartości torby. Był pewien, że wtedy szukanie trwało by znacznie krócej. Po małej przerwie na niemiłą wiązankę przekleństw znów wrócił do poszukiwań. O dziwo znalazł wspomniane krzesiwo już po krótkiej chwili. Zadowolony z siebie, majstrował przy pochodni i już po paru sekundach jego towarzysze mogli obserwować rozpaloną pochodnie.

– Masz. Skoro się tak dopraszałeś o ogień to będziesz nam oświetlał drogę. – rzucił w stronę Dahharda.

Wiedział, że jego kompan pewnie się oburzy, ale wypadło na niego. On z Sokolnikiem musieli mieć wolne ręce aby w razie czego szybko chwycić za broń. Jako że Dahhard nie posługiwał się żadnym orężem, albo na takiego nie wyglądał to spokojnie mógł przez pewien etap wędrówki nosić pochodnie. Jeśli zajdzie taka potrzebna w której alchemikowi będą potrzebne obie ręce to zdecyduje się jako pierwszy odciążyć go od zadania. Nessir chwilę myślał czy jedna pochodnia na pewno im wystarczy. Mieli ich już tylko sześć. Z ogromną chęcią rozpaliłby kolejną, ale nie wiedzieli przez ile płonąć będzie jedna. Takie rzeczy należało oszczędzać. Zaraz po tym gdy wręczył Dahhardowi co trzeba, zapiął z powrotem torbę i ułożył tak żeby nie przeszkadzała. Do rozwiązania została kwestia jego oręża. Nie mógł sobie wyobrazić siebie, wyciągającego miecz z pochwy która znajdowała się na plecach. Skrajnie debilne rozwiązanie. Może wygonie się nosiło, ale w praktyce było całkowicie nieprzydatne. Odpiął klamrę z pasem i chwilę przy niej kombinował. Już po chwili w jednej dłoni miał miecz z pochwą, a w drugiej pas.

– Potrzymaj na chwilę. – rzucił od niechcenia w stronę elfki.

Do pasa starał się przymocować kuszę wraz z bełtami, która wcześniej była przymocowana rzemieniami do siodła. Nie wiedział na ile rzemienie mu pozwolą przywiązać kuszę do kawałka skóry, ale cicho liczył na powodzenie misji. Starał się związać wszystko tak, aby zbytnio nie ograniczyło jego ruchów, a jednocześnie miał co trzeba pod ręką. Najemnik czuł pewnego rodzaju dyskomfort związany z tym, że był nieco przepakowany. W duchu przeklinał decyzję o zabraniu kuszy. Zapewne będzie ona tak samo przydatna jak Sokół. Kto normalny zabierał kusze na wycieczkę po ciemnych kanałach. Chyba długo przyjdzie mu zastanawiać się nad tym pytaniem.

Kilka razy sprawdził czy dobrze wszystko leży i znów zapiął pas na klatce piersiowej. Nic na to nie poradził. Odebrawszy swój miecz był gotów do dalszej drogi. Ciekaw był jak przebiegać będzie dalsza wędrówka i z czym przyjdzie im się zmierzyć w tych kanałach.

Awatar użytkownika
Ailea
Posty: 102
Rejestracja: 03 maja 2013, 16:08
Lokalizacja postaci:
GG: 4469192
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2639

15 maja 2014, 15:52

Dahhard był… nerwowy. Nerwowy w zupełnie inny sposób, niż elfka. Bardzo często irytowały ją drobne rzeczy, a nawet drobna kpina pod jej adresem wywoływała emocje zupełnie niewspółmierne do wagi problemu, ale zazwyczaj starała się uspokoić i zdystansować. Wielokrotnie zarzucano jej wtedy bierność i powściągliwość w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji. Pod tym względem Dahhard był jej całkowitym przeciwieństwem i w chwili, gdy popędzał Nessira wymachując rękami jak wiatrak, na twarzy Ailei wykwitł szeroki uśmiech. Zniknął on co prawda pod tkaniną, którą próbowała chronić się przed smrodem, ale jej rozbawienie odbijało się w oczach. Po chwili ściągnęła z twarzy bandaż, zdając sobie sprawę, że nic to nie da.

Ale z nas kretyni… – pomyślała, odsuwając się poza zasięg rąk Dahharda. Biedny alchemik, gdyby tylko mógł zobaczyć kto wybrał się po Krwawą Różę i jak się do tego zabiera…

Wyobrażenie sobie zaglądającego im przez ramię ducha alchemika sprawiło, że elfkę przeszły ciarki. Ciemność za mocno zachęcała wyobraźnię do produkcji niezbyt przyjemnych wizji, dlatego z ulgą powitała tańczący, ciepły i dymiący płomień pochodni. Stłumiła kolejny atak wesołości, gdy Dahhard otrzymał pochodnię.

Wzięłaby ją od niego, gdyby nie to, że wtedy ograniczyłaby znacznie możliwości swojego dobrego wzroku. Była to jedna z niewielu stron jej przykrego wypadku, która dawała jakiekolwiek korzyści i w takiej chwili zamierzała zrobić z niej jak najlepszy użytek. Nie wątpiła, że cokolwiek żyło w tych tunelach, miało wzrok kilkukrotnie lepiej przystosowany do ciemności. Mrugnęła parokrotnie, chcąc pozbyć się kolorowego powidoku, który zostawił jasny płomień.

Z drugiej strony, te istoty światło raziłoby jeszcze bardziej niż mnie…

- Potrzymaj na chwilę. - usłyszała i z zamyślenia wyrwał ją nagły dotyk chłodnego okucia pochwy. Obserwując machinacje Nessira, ponownie zatopiła się w myślach.


- Nawet nie wiemy, gdzie iść. Może… zaznaczmy jakoś drogę, którą przebyliśmy, żebyśmy nie utknęli w tych tunelach na dobre – zaproponowała nieśmiało, gdy Nessir odebrał od niej miecz - Zdaje się, że nawet miałam gdzieś…

Teraz z kolei ona przystąpiła do energicznego grzebania w swojej torbie. Po kilku sekundach syknęła z bólu, gdy natrafiła palcem na sztylet Breivy. Potem, szukając już ostrożniej, wygrzebała z dna uczerniony, brudny kawałek tkaniny, który skrywał połamany kawałek grafitu. Nabazgrała coś na czystym kawałku sklepienia kanału i wzruszyła ramionami. Lepsze to, niż nic.

- Jest jedna dobra strona śmierci w tych cuchnących podziemiach – zaoszczędzi się na pogrzebie – mruknęła ponuro.

Awatar użytkownika
Dahhard
Posty: 632
Rejestracja: 11 lis 2011, 12:15
Lokalizacja postaci: Kanały
GG: 25113951
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1010

18 maja 2014, 14:49

Dahhard bez oporu wziął od Nessira płonącą pochodnię. Miał teraz zajęte obie ręce, a mimo to nie narzekał.

Chciał jak najszybciej ruszyć naprzód. Mieli już wszystko co było im do tego potrzebne, więc teraz nic nie mogło ich zatrzymać.
- Idziemy? –Zapytał. Przyglądał się jeszcze przez chwilę jak elfka rysuje na ścianie coś co mogłoby ułatwić im powrót. Dobry pomysł – pomyślał.
Nie czekając dłużej na odpowiedź, na zadane przez niego pytanie ruszył przed siebie. Starał się, jednak nie oddalać zbyt mocno od reszty towarzyszy. Teraz, gdy miał pochodnię, która oświetlała mu drogę, kanały stały się, jakby mniej przerażające. Mimo to, nadal nie czuł się tutaj zbyt pewnie.

- Prędzej, prędzej. – Pomachał ręką na znak, aby jego kompani jak najszybciej podążyli za nim.

Czas naglił, nie mieli go już zbyt wiele. Dahhard nawet nie chciał myśleć co zrobi jeśli nie uda mu się uratować mistrza…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

23 maja 2014, 20:30

MG

Jedną z niesamowitych właściwości niemal wszystkich zmysłów ludzkich (i, w niektórych Spektrach, również nieludzkich) była zdolność do szybkiego przystosowywania się. Już kilka kroków wgłąb kanałów pod Minaloit sprawiło, że posiadający co wrażliwsze nosy przedstawiciele drużyny Krwawej Róży niemal zemdleli. Gdyby przyszło im w tak okrutnym smrodzie udać się dalej, na dodatek jeszcze szukając mistycznego, obwarowanego zapewne rozlicznymi pułapkami artefaktu, ich los byłby przypieczętowany. Szczęściem jednak po kilku minutach najzwyczajniej w świecie… przyzwyczaili się. Och, oczywiście, mocny zapach gnoju nadal docierał do ich nozdrzy, prawie całkowicie pozbawiając ich zdolności wyczucia czegokolwiek innego, jednak było to niczym w porównaniu z pierwszym oddechem, który każde z nich musiało w końcu wciągnąć w swe płuca.

Leniwa, lepka masa śmierdzącego syfu błyszczała w półmroku wznoszącego się łagodnie, okrągłego tunelu. Środkiem prowadziło dość płytka, kamienna i pełna gówna rynna. Wyglądało na to, że całkowicie oczyszczą ją dopiero wiosenne roztopy, do których w obecnej chwili było dość daleko. Od czasu przybycia krasnoludów kanały były używane zbyt rzadko, żeby możliwym stało się ich normalne funkcjonowanie. Wielu osadników wyprowadziło się, a brodacze nie zwykli zanieczyszczać tuneli zbudowanych ponoć przez ich pradziadów. Gnijące ekskrementy piętrzyły się więc tutaj nawet po kilka miesięcy, do czasu, aż ilość wylewanych do rur płynów nie zwyciężyła, spychając część stałej masy do młodej rzeki na ujściu głównego tunelu. Oczywiście fakt istnienia na środku korytarza koryta, w którym docelowo miały spływać nieczystości, nie gwarantował oczyszczenia skrajnych jego części. Chociaż czwórka awanturników szła jak najbliżej prawej ściany, co rusz musiała omijać jakieś niezidentyfikowane, lepkie obiekty, w które lepiej było nie wdeptywać. Poza „podłogą” tunel był dość czysty (choć wilgotny), ale mimo tego nikomu nie uśmiechało się nawet ocieranie o teoretycznie najbezpieczniejszą pod tym względem powałę.

Wymiary przejścia zresztą wahały się, jakby jakiś niewprawny górnik usiłował go miejscami poszerzyć. Głównie jednak sprawiła to sama natura – spływająca z Minaloit woda potrafiła podczas szczególnie ciepłych przedwiośni wypełniać tunel nawet do połowy – w takich przypadkach górnicze osiedle było właściwie jedną, wielką kałużą, istniejącą tylko dzięki swym kanałom. Jeśli wierzyć legendom, śmiałkowie znaleźli się w przedsionku prowadzącym do dumnego niegdyś Dravenghr. Spuścizna rodu Mealena nie była tutaj dostrzegalna prawie w ogóle, poddając doniesienia krasnoludów ze Złotego Wąwozu w wątpliwość. Korytarz został według nich zdewastowany przez ludzi, którzy pozwolili górom prowadzić swoje wody właśnie tędy. Kilkanaście lat wystarczyło, żeby odmienić go nie do poznania.

Szli gęsiego – najpierw Sokolnik, za nim Dahhard, następnie Nessir. Pochód zamykała Ailea z Szablogrzbietem. Sokół Dresza odłączył się od grupki dość szybko, wyraźnie obruszony na swego pana. Poleciał jednak nie do wyjścia, ale w kierunku przeciwnym – tym, w którym zmierzała drużyna. Nie sposób było ocenić, o cóż też może ptaszysku chodzić. Wkrótce światło bijące od strony rzeki przestało być wystarczające, więc niezbędnym okazało się wykorzystanie taszczonych przez Nessira pochodni. Już jedno łuczywo wręcz oślepiało, zapalanie kolejnego było zbędne. Dahhard podołał odpowiedzialnemu zadaniu oświetlania drużynie drogi, choć gryzący dym wydobywający się z szybko spalającej się pochodni nie ułatwiał sprawy. Szczęściem powietrze nie było w kanałach całkowicie martwe, ciągnąc dym w stronę Minaloit. Uczeń alchemika miał pełne ręce roboty – w prawicy dzierżył kilof, w lewicy źródło światła. Aż dziw brał, że jego towarzysze zaufali mu do tego stopnia.

Przez dłuższy czas nic się nie działo. Echo rozmów drużynników niosło się przez kanały, jednak oni nie słyszeli niczego poza subtelnym szumem miasteczka nad nimi, kapiącą gdzieś wodą i cichutkimi odgłosami pracy krasnoludów gdzieś na drugim końcu tunelu. Wreszcie jednak dotarli do rozwidlenia. Jeden z korytarzy wznosił się dalej, prawdopodobnie ku Minaloit – to stąd ciągnęła się rzeczka gnoju. Drugi, sądząc po tym, jakie dochodziły zeń odgłosy, ciągnął się prosto w stronę podziemnego miasta krasnoludów (o którym niewielu miało pojęcie). Był czystszy i nieco bardziej zadbany, mniejsze były też wahania jego średnicy. Niezależnie od tego, jaką drogę wybraliby śmiałkowie, musieli liczyć się z tym, że prędzej czy później napotkają opór oraz, prawdopodobnie, kolejne rozwidlenia.

Gdy jednak czwórka poszukiwaczy Krwawej Róży zastanawiała się, gdzie iść, z rynny obok nich jął się nagle słyszeć dziwaczny chlupot. Nieprzewidziany odgłos mógłby przestraszyć niejednego, szczególnie w ciszy, jaka panowała w kanałach. Maź była zbyt zanieczyszczona, żeby znajdowały się w niej ryby; nadto – głębokość rowu nie była na tyle duża, aby skrywać cokolwiek większego. Po krótkiej chwili wszystko ucichło, a źródło tego małego zamieszania dostrzegły jedynie bystre oczy Ailei. Zobaczyła całkowicie umazany, niemal niedostrzegalny, płaski kształt długości ludzkiego przedramienia i szerokości prawie jednej stopy. To on jeszcze chwilę temu konwulsyjnie zatrzepotał, teraz jednak nie dając oznak życia. Po chwili do uszu elfki dotarły odgłosy ciężko stawianych kroków. Od strony podziemnego miasta szły w kierunku awanturników co najmniej dwie osoby – najpewniej krasnoludy, które zwabiły niosące się echem hałasy wydawane przez drużynę. Sądząc po tym, co posłyszała medyczka, byli wciąż dość daleko, ale zmierzali w dobrym kierunku i niebawem mieli się na nich natknąć.

Awatar użytkownika
Ailea
Posty: 102
Rejestracja: 03 maja 2013, 16:08
Lokalizacja postaci:
GG: 4469192
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2639

24 maja 2014, 20:57

Początek wędrówki nie obfitował we wrażenia. Oczywiście, pomijając wrażenia zapachowe. Elfka szła na końcu, starając się jednocześnie unikać cuchnącego błocka, nie dotykać się ścian, nie ubrudzić torby i uważać na nienaturalny dla niej element ekwipunku, jakim była szabla. Bardzo szybko wszystko to okazało się niemożliwe, więc elfka starała się przynajmniej chronić swoją torbę oraz, co ją samą zdziwiło, egzotyczną broń. Zrzuciła to na karb odpowiedzialności za nie swoje rzeczy.

Ciekawe, komu świsnęła szabelkę. Festerowi?

Pochodnia w rękach Dahharda była w jej mniemaniu jednym z gorszych pomysłów drużyny. Nie żeby magik nie był w stanie jej utrzymać. Płomień zwyczajnie oślepiał otoczoną mrokiem elfkę, więc starała się przynajmniej nie patrzeć w tamtą stronę. Zajęła się bazgraniem szlaczków na stropie kanału i słuchaniem rozmaitych odgłosów, które nawet jej pesymistyczna świadomość nie potrafiła sklasyfikować inaczej, niż zwykłe odgłosy życia codziennego. Już prawie zdążyła zapomnieć, po co tu są, gdy pochód nagle zatrzymał się, a elfka znalazła się niebezpiecznie blisko ręki magika trzymającej pochodnię. Prześliznęła się między Dahhardem i Nessirem, chcąc zobaczyć, co ich zatrzymało.

Rozwidlenie. Elfka nie musiała wbijać wzroku w ciemność przed sobą, by wiedzieć, skąd wychodzi jedna z odnóg. Wyczuwalny smród ekskrementów pełznący z jednego, konkretnego kierunku wyraźnie wskazywał drogę w kierunku miasta. Ailea doszła wręcz do wniosku, że jej mazanie po ścianach nie było aż tak konieczne – wystarczyło iść za nosem. Wyminęła ostrożnie Sokolnika, starając się nie otrzeć o ściany ani o sufit. Dla osoby o jej wzroście stanowiło to nie lada wyzwanie.

Pochodnia oświetlająca scenerię z tyłu elfki bardzo pomagała jej rozeznać się w sytuacji. Problem w tym, że w korytarzach naprawdę nie było nic do oglądania. Ot, kolejne tunele. Ten drugi wydawał się czystszy i był o wiele bardziej zachęcający. Odwróciła się do Sokolnika, by zapytać zapytać, dokąd idą.

Nagły chlupot gdzieś na dole sprawił, że Ailea błyskawicznie odwróciła głowę, szukając źródła niepokojących dźwięków. Przestraszyła się nie na żarty, w jej głowie momentalnie pojawiły się zębate uosobienia wszystkich argumentów przeciwko wędrówce w głąb kanałów. Mokry trzepot ucichł bardzo szybko, a Ailea wciąż nie mogła dojrzeć, co go wydawało. Powinna się wycofać, jeśli to coś wyskoczy nagle…

- Tam! – szepnęła, pokazując reszcie dryfujący w mazi, dziwny przedmiot. Zawahała się – nawet przy świetle pochodni będzie im trudno go zobaczyć, a gdyby to ona sama obejrzała z odpowiedniej odległości ów przedmiot… Po krótkiej chwili, zdecydowała się podejść ostrożnie do pływającej rzeczy, obejrzeć ją, dotknąć – w ostateczności. Wyglądała jak kot, który zabiera się do jeża.

Gdy się wpadło w gówno, trzeba się wziąć do kupy. Dużo lepszym czynnikiem mobilizującym okazały się jednak podejrzane odgłosy w głębi tunelu. Serce elfki zabiło mocniej – niewątpliwie ktoś się zbliżał i tym kimś najpewniej były krasnoludy. Ailea w ciągu tych niecałych dwóch dni w Minaloit nauczyła się, że ich obecność zwiastuje tylko kłopoty.

- Ktoś tu idzie – syknęła cicho. Oderwała na chwilę wzrok od dziwnego przedmiotu i spojrzała na towarzyszy - Co najmniej dwóch, krasnoludów zapewne. Narobiliśmy hałasu.

Zerknęła ponownie na dziwny kształt i przysunęła się jeszcze kawałek, starając się nie chlupotać mazią. Mieli jeszcze chwilkę czasu, ale…

- Nie wchodźmy im lepiej w drogę… – dodała szeptem, któremu bliżej było do jęku. Jeszcze krasnoludków tutaj brakowało.

Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 98
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

24 maja 2014, 22:43

Jak łatwo było zgadnąć, brnęli przed siebie w gównie, próbując unikać większe jego skupiska. Sokolnik nie mógł zbyt długo narzekać na fakt, że obie jego ręce są zajęte, gdyż Sokół postanowił opuścić właściciela i zniknąć gdzieś w odmętach korytarzy. Dahhard okazał się lepszym dzierżycielem pochodni, niż operatorem kilofa, za co mogli być mu wdzięczni, poniekąd. Wędrówka ta zakończyła się w rozwidleniu, jeśli kogokolwiek to zdziwiło bez żadnych wątpliwości można wskazać go palcem i napiętnować jako debila. Nie mniej jednak, nie wiedzieli gdzie teraz się udać. Teoretycznie.

Dresz przystanął w rozwidleniu, przez chwilę zdawał się jakby nieobecny. Rozmyślał, nasłuchiwał? To zapewne wiedział tylko on sam. Czynność tę jednak przerwał chlupot, który rozległ się w pobliżu, sprawiając, że jego serce przyśpieszyło gwałtownie. Obrócił się w kierunku źródła nieoczekiwanych dźwięków, który bynajmniej nie brzmiały jak wydawane przez kolejną kupę gówna. Jakkolwiek zapewne źródło ich musiało być do niej podobne. Gdyby było jaśniej, na jego twarzy można by dostrzec skupienie, które wszem i wobec oznajmiało, iż stara się jak najdokładniej dojść skąd dźwięki te się wzięły i czym jest to, co je wywołało.

Dość szybko się uspokoił, opanowując ten krótki zastrzyk adrenaliny. Nic się nie działo. Jeszcze. Ailea, która zdążyła się w czasie tego krótkiego postoju znaleźć się obok wypatrzyła najwyraźniej powód chwilowego zawału drużynników, gdyż wskazała jedną z kałuż, w której to spoczywało coś, co istotnie można było pomylić z kolejnym gównem. Ba, bardzo prawdopodobne, że, mając okazję się temu przyjrzeć, Dresz ośmieliłby się stwierdzić, iż było… gównem, po prostu żywym. Nie dosłownie, oczywiście. Niemniej jednak zielarka odczuła najwidoczniej nagły zastrzyk odwagi, gdyż postanowiła ruszyć w stronę tego czegoś. Raczej zły pomysł.

Sokolnik postąpił szybko krok do przodu chwytając ją za ramię i przytrzymując lekko. Mógł mieć jedynie nadzieję, że Ailea nie skupiła się na nowym odkryciu aż tak, że przyprawi ją o zawał.
- Proponuję najpierw dźgać, potem się przyglądać – poinformował sucho. Pozbawiona ręki elfka nie była sprzyjającą okolicznością na taką wyprawę, a przeczucia kazały mu zakładać najgorszy scenariusz. Ich sytuacji bynajmniej nie poprawiły kolejne słowa Ailei.

Dresz ponownie znieruchomiał jakby nasłuchując, jego ręka wciąż spoczywała na ramieniu elfki, czym jednak nie wyglądał na przejętego w jakikolwiek sposób. A na pewno mu to nie przeszkadzało. I co myślisz? Skoro już tu jesteś nie obijaj się. W końcu pokręcił głową przecząco.
- Powinniśmy iść tędy – stwierdził. Nie mniej jednak, tajemnicą pozostało co też zachęciło go do takiego stwierdzenia. Może nie podobała mu się wizja dalszej wędrówki pośród odchodów, a może z jakiegoś powodu wykluczył drugą drogę jako prawidłową z konkretnych powodów. Miało to pewne logiczne przesłanki, nie było żadnych wątpliwości, że Gówniany Szlak prowadził do Minaloit, a woda skoro spływała tędy, to nie miała innego ujścia… Chyba. Jego decyzja miała dużą szansę bycia słuszną, jeśli tym została spowodowana. Przyjmując oczywiście, że ktoś posądziłby Dresza, którego głównym zajęciem przecież było machanie mieczem, o bycie tak zdolnym myślicielem. Dwóch, czy co najmniej dwóch?

- Ich jest dwóch, nas jest czwórka. Myślę, że moglibyśmy sobie poradzić. Ewentualnie możemy spróbować zaszyć się w którymś przejściu, ale to, czy nie skręcą akurat w naszą stronę to istna loteria. Zresztą, ogień widać z daleka. Może nawet już nas zauważyli – wyrzucił z siebie imponująco długie, jak na to co powiedział do tej pory, zdanie. Nie zapomniał zresztą ironicznie podkreślić w nim faktu, że mając dwukrotną przewagę chcą zabierać się do ucieczki. Mówił cicho, ciszej nawet niż zwykle, niewątpliwie nie chcąc, aby echo poniosło ich głos korytarzem. Nie mogli być już przesadnie daleko od idących w ich stronę osób.
- Jeśli mamy walczyć lepiej nie poślizgnąć się na odchodach. Raczej nasz widok się im nie spodoba.

Awatar użytkownika
Dahhard
Posty: 632
Rejestracja: 11 lis 2011, 12:15
Lokalizacja postaci: Kanały
GG: 25113951
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1010

27 maja 2014, 13:56

Droga, pomijając okropny smród gówna, jak i dym z pochodni, którą nosił Dahhard, była całkiem przyjemna.

Chłopak musiał co róż balansować ciałem, aby nie stracić równowagi, czy nie wdepnąć w jakąś dziwną nieczystość, której tutaj, pod ziemią, było jak na lekarstwo. Alchemik miał nadzieję, że już nic, nigdy nie zmusi go do wyprawy w tak ohydne miejsce.

Rozwidlenie – Rozłożył zajęte ręce. Czego można się było spodziewać po kanałach…

Już przed wejściem napotkali spore problemy z utorowaniem sobie przejścia, dlaczego wewnątrz miałoby być łatwiej? Dahhard już chciał zaproponować udanie się do prawego tunelu, gdy nagle coś zatrzepotało w rzeczce ścieków. Chłopak, tak jak reszta jego towarzyszy zamarł. Przez chwilę. Elfka, która przeciskając się pomiędzy nimi, podeszła nieco bliżej, czym dodała mu odwagi.
Mag nie chciał wiedzieć co mogło się tak rzucać w tych ściekach, nie interesowało go to tak długo, jak nie próbowało stanąć mu na drodze.

Teraz, jednak nie to było ich największym problemem, a dwa osobniki, których kroki usłyszała Ailea.

Zbliżające się postacie nie wróżyły nic dobrego. Wydawałoby się, że bez walki się nie obejdzie. Oczywiście pojawiła się opcja ucieczki, ukrycia się, jednak w przypadku, gdy mieli przewagę liczebną mogli spróbować stawić czoła przeciwnikowi, który zapewne niebawem się na nich natknie, a wtedy nie będzie odwrotu.
- Co robimy? – Zapytał, szykując się do odstawienia kilofa na bok. Z pochodnią, jeśli będzie miał brać udział w walce, też będzie musiał coś zrobić. Rzucanie zaklęć, czy użycie miecza, który od jakiegoś czasu nosił ze sobą, wymagało dwóch wolnych rąk.
Awatar użytkownika
Ailea
Posty: 102
Rejestracja: 03 maja 2013, 16:08
Lokalizacja postaci:
GG: 4469192
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2639

30 maja 2014, 12:05

Ailea nie dostała zawału, ale obcy dotyk na ramieniu wyzwolił w niej odruch natychmiastowego odsunięcia się poza zasięg chwytu Sokolnika. Pewnie by tak zrobiła, gdyby nie stała tuż obok dziwnej struktury i gdyby nie krasnoludy zbliżające się z każdą chwilą. Musieli zachowywać się cicho, więc była też zmuszona bardziej nad sobą panować.

- Niczego nie będę dźgać – warknęła cicho przez zęby. Jeszcze tylko brakowało, a to nie-do-końca-wiadomo-czy-nieżywe coś dźgnięte ożyje i zrobi jej krzywdę. Życie nauczyło ją, że lepiej nie wsadzać paluchów w coś, czego się nie zna.

Sokolnik przypomniał jej jednak, że dotknięcie tego czegoś ( o ile w ogóle to tego dojdzie) gołą ręką nie jest dobrym pomysłem. Przyznała mu w duchu rację… i tylko w duchu. Zanim nachyliła się nad dziwnym przedmiotem, wymacała w torbie sztylet. Zbliżające się krasnoludy nie działały dobrze na jej nerwy, a broń była bardzo ostra i Ailea potrzebowała całej swojej siły woli, by nie syknąć z bólu, gdy nadziała się dłonią na koniec ostrza.

Ironia Sokolnika poskutkowała tylko tym, że elfka miała ochotę czymś w niego rzucić.

- Nie marnujmy sił na walkę z kimś, kto nie jest naszym wrogiem - szepnęła z irytacją. Rana na dłoni była tak mała, że chyba nawet nie krwawiła, choć ból był dość uciążliwy.


- Prawdziwym wrogiem – poprawiła się.

Ailea ceniła swoje życie dużo bardziej niż chęć odkrycia tajemnicy pływającego w gównie przedmiotu. Słyszała coraz głośniejsze kroki i była pewna, że wycofa się, zanim zdążą dojść. Drugiej szarży krasnoluda tak łatwo by nie przeżyła. W tej chwili miała jednak przed sobą zupełnie nieznany problem i postanowiła się skupić na nim tak długo, jak będzie mogła. Sokolnik ją zirytował, to prawda… a wyobrażenie sobie jego "A nie mówiłem?" po tym, jak ten obślizgły kształt ją zaatakuje… Nie, chyba jednak gorsza była sama perspektywa ataku. Nieruchawe, dryfujące… idealna zasadzka!

Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 98
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

30 maja 2014, 16:07

Huhu, ktoś się tutaj poirytował. Elfka zareagowała niczym szturchnięta wilczyca wywarkując w jego stronę swoje własne racje. Puścił jej ramię na wszelki wypadek. Najwidoczniej zbadanie tego dziwacznego stworzonka, bo zdaniem Dresza nie było wątpliwości, że coś co trzepocze jest raczej żywe, stało się na tę chwilę najważniejszym celem Ailei i nic nie mogło jej w tym przeszkodzić, nawet dwójka krasnoludów. Ciekawe, czy często odzywał się w niej taki zew badacza, oby nie było to uciążliwe.

- Wrogiem jest to, co próbuje nas zabić – syknął w jej stronę odpłacając odpowiedzią w podobnym tonie, po chwili jednak zreflektował się i westchnął cicho. Miała swoją rację, szkoda było walczyć, ale co innego mogli zrobić?
- A co proponujesz? Stoją nam na drodze, pochodnię widać z daleka. To nie las, nie obejdziemy ich.
Widząc, że jego towarzyszka całą swoją uwagę poświęciła leżącemu w kałuży czemuś, dał sobie spokój. On sam obadał je na tyle, na ile pozwalały mu jego możliwości i stwierdził, że będzie musiało mu to wystarczyć tak długo, jak nieszczęsne stworzenie nie będzie próbowało go zjeść. Ale dobrze, niech i Ailea zaspokoi swoją elfią ciekawość.

Sam Sokolnik, chcąc nie chcąc, położył materiał, wraz z owiniętymi weń pochodniami w jakimś w miarę suchym miejscu. Mają dwie torby, mogli je jakoś tam upchać zawczasu. Zresztą, może nie zamokną. Kiedy już obie jego ręce były wolne mógł zająć się czymś innym. Przelotnie zanotował jeszcze, że Dahhard i Nessir stoją z tyłu, najwyraźniej nie mając zamiaru ani walczyć, ani uciekać. No, ten pierwszy może podejmował jakieś jeszcze ruchy. Gorzej było z drugą osobą, na której jakiekolwiek umiejętności w kwestii walki liczył. W najgorszym wypadku będzie musiał radzić sobie sam. Oj, szybko chyba się ta ich podróż skończy.

Dresz postąpił kilka kroków w stronę nadchodzących krasnoludów, pilnując się przy tym, aby nie wpaść na elfkę i nie zbliżyć nadto do badanej przezeń kałuży. W obu przypadkach coś mogło się na niego rzucić i w obu szkoda było ryzykować. Choć w duchu ucieszyła go ta waleczność Ailei, przynajmniej mógł liczyć, że nie porobi się i nie spanikuje gdyby coś się stało. Przesunął nieco nóż za pasem i położył na rękojeści prawą dłoń. Już miał zamiar go wyciągać, gdy nagle do głowy przyszła mu inna myśl. Ciekawe jak długo ta dwójka już tu siedzi. Słyszeli o wydarzeniach w mieście? Wiedzą co się tam stało? Co, gdyby powiedział im, że przysyła ich Fester? Nie zaszkodzi spróbować. Szkoda, że był za wysoki, żeby udawać krasnoluda.

Przesunął nieco dłoń, jedynie opierając ją o rękojeść. Starał się móc jak najszybciej dobyć broń, jednocześnie jednak nie wyglądać, jakby właśnie miał zamiar to zrobić. Poprawił nóż tak, aby mógł wygodnie wyjąć go prawą ręką. Nawet jeśli krasnoludy zaatakują, powinien mieć tę sekundę czy półtorej, które były konieczne do dobycia ostrza. O wyciąganiu miecza nawet tutaj nie myślał, było za ciasno, sufit był tuż nad nim, ściany znowuż też nie były tak daleko. Mógłby mieć pewne problemy z manewrowaniem dłuższą bronią. Szczęśliwie miał drugą, którą mógł walczyć w niemal identyczny sposób i nie ryzykować, że kamień okaże się krasnoludzkim sprzymierzeńcem.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 263
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

31 maja 2014, 14:17

Nessir szedł do tej pory tuż za Dahhardem i niczego się nie spodziewał. Wiedział, że nie będzie to łatwa przeprawa, ale nie sądził, że tak szybko przyjdzie im spotkać potencjalnych wrogów. Przystanął wraz z resztą drużyny i starał się zrozumieć czemu ta wyprawa dostarcza mu takich emocji. Dziwił się pracą swojego serca która nagle przyśpieszyła. Zupełnie jakby wystraszył się konfrontacji z krasnoludami. Tak oczywiście nie było, jednak musiał zachować ostrożność aby nie działać pod wpływem emocji.

Specjalnie przystanął z tyłu i obserwował zachowanie reszty drużyny. Sokolnik i elfka dotykali się w najlepsze, wykorzystując fakt, że on i Dahhard mogli tego nie zauważyć. Nessir czuł, że Dresz zaliczy medyczkę jeszcze przed końcem wyprawy. Jego też zainteresowało tajemnicze coś pływające w odchodach. Nie był na tyle naiwny żeby do tego podchodzić i sprawdzać co to jest. Co więcej, podzielał zdanie Sokolnika. Najbezpieczniej było najpierw dźgnąć, a potem sprawdzić czym to było. W końcu co mogło pływać w ciemnych kanałach wypełnionych gównem. Na pewno nie złota ryba spełniająca życzenia. Sam chciał sprawdzić ostrzem miecza co dokładnie znajduje się przed nimi, ale zaniechał tego pomysłu. Krasnoludy zbliżały się do nich i mieli coraz mniej czasu.

- Mam kuszę. Może warunki do wycelowania nie są najlepsze, ale zawsze są jakieś szanse, że trafię. – odpowiedział Sokolnikowi, nieco bezczelnie wcinając się do rozmowy.

Winił się, że przez sporą część planowania był nieobecny i sumienie nie dawało mu spokoju z tego powodu. Chciał się jakoś wykazać, teraz miał do tego dobrą okazję. Zauważył, że Sokolnik nie zamierza wojować tu mieczem. Faktycznie było to pewien sposób. Młody najemnik również miał sztylet, jednak w walce nie czuł się tak pewnie jak z mieczem. Najlepszym rozwiązaniem byłoby ustrzelić jednego krasnala, a drugiego zostawić na przykład Dreszowi. Chwycił kuszę w drugą rękę i czekał na odpowiedź Sokolnika. Uznał, że w tej kwestii jego zdanie będzie decydujące.

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 8 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Infi
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Mejb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.