Kanały

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Kanały

04 maja 2014, 22:37

Niewiele miast Autonomii Wolenvain mogło poszczycić się tak znamienitymi kanałami jak Minaloit. Nie chodziło tutaj bynajmniej o rozmach, z jakim je zbudowano – ich część użytkowa była wszak niezbyt rozległa – ale o sławę, jakiej się doczekały. Za mityczną aurę cenili je zwłaszcza bardowie lubujący się w opowiadaniu znanej na cały kraj historii o Pladze Minaloickiej. Sprawa była dość świeża – upłynęło ledwie dziesięć lat od momentu, w którym epidemię można było uznać za zakończoną. Kanały pełniły w niej centralną rolę, bowiem to je uważano za źródło Plagi.

Co istotne, kanałów nie zbudowano na potrzeby osiedla ludzkiego – je znaleziono. Umożliwiło to zresztą fundację miasta w dolinie górskiej, które bez sprawnie działających kanałów nie miałoby racji bytu, narażone na coroczne powodzie.

O wiele ciekawsza była jednak część tuneli nieużywana w formie kanałów. Pozostałość dawnej cywilizacji rozbudziła wyobraźnię i napędziła wiele inwestycji prowadzących do rozwoju miasta. To ona przyciągnęła do Minaloit wielu uczonych, badaczy i awanturników, którzy podjęli się próby jej zbadania. Zrzeszało ich Bractwo Minaloit – organizacja z burmistrzem na czele, której członkowie stanowili swoistą radę miejską.

Niestety, żadnych szerszych badań nie zdążono przeprowadzić. W pięć lat po założeniu miasta, w 403EF, wybuchła Plaga Minaloicka, której natura do teraz potrafi budzić grozę. Nie była to bowiem zwykła choroba – Plaga dotykała wyłącznie istot martwych, zmuszając je do powstania, obdarzając nieposkromioną żądzą mordu oraz wielką sprawnością fizyczną. Kryzys trwał dwa lata, do czasu powrotu do miasta Bakero, ówczesnego burmistrza miasta, który sobie tylko znaną sztuką położył kres Pladze.

Niestety, dla Minaloit było za późno – nieużytkowe odnogi kanałów zamurowano, ofiary Plagi spalono na stosach, a w mieście pozostali wyłącznie górnicy wydobywający srebro w pobliskiej kopalni. Z miasta o szerokich perspektywach rozwoju Minaloit stało się dziurą zabitą dechami. Sprawa ta nierozerwalnie wiąże się z obecnością kanałów – wieść gminna każe bowiem sądzić, że to właśnie w nich znajdowało się źródło Plagi.


Część użytkowa kanałów składała się z jednego głównego tunelu oraz jego odnogi – obu kamiennych, kwadratowych i wysklepionych na wysokości ponad sążnia. Przez ich środek przebiegały rynny z nieczystościami spłukiwanymi przez deszcze. Najczęściej jednak ścieki zastygały w formie błotnistej brei. Po obu stronach rynny znajdowały się niezbyt szerokie chodniki, po których swobodnie mogły poruszać się wyłącznie wychudzone osoby. Część nieużytkowa kanałów pozostawała niezbadana, stanowiąc skomplikowaną sieć pokrasnoludzkich korytarzy oraz sal.

Główny tunel części użytkowej prowadził lekkim łukiem od południowego krańca miasta aż w pobliże rzeki Napogi. Obu jego końców chronili uzbrojeni po zęby krasnoludzcy wartownicy. Wchodzili oni w skład ekspedycji ze Złotego Wąwozu mającej na celu odzyskanie dziedzictwa brodatej rasy – mitycznej kopalni Dravenghr. Według jej przewodników tunele pod Minaloit miały prowadzić do przedsionka kopalni. Plotkowano, że można w niej znaleźć oręż, magiczne przedmioty i starożytne artefakty – czego dusza zapragnie.

Gdyby nie wartownicy, do kanałów można byłoby wejść względnie łatwo. Wybita na południowym skraju miasta okrągła dziura była kiedyś zamurowana, ale ktoś zrobił to na tyle nieudolnie, że zapora poddała się czynnikom atmosferycznym, umożliwiając swobodne wejście w głąb. Przez dziurę tę spływały do kanałów wszelkie nieczystości wylewane przez mieszkańców Minaloit prosto na ulice miasteczka.

Drugi koniec – ten przy rzece – został zakratowany grubymi jak przedramię dorosłego mężczyzny prętami. Ta solidna bariera została jednak zniszczona jakąś żrącą substancją. Powstała w ten sposób dziura pozwalała na przeciśnięcie się do kanałów. Nie było to jednak zbyt wygodne – trzeba było skulić się na kuckach. Sam okrągły portal, w który wprawiono kraty, sprawiał wrażenie niezwykle wiekowego. Wykuto go w białawej skale, którą prymitywnie naruszono wprawionymi prętami i podmurówką. Bystre oko mogło zaobserwować nad nim pozostałości jakiegoś trudnego do rozczytania pisma. Portal miał średnicę około sążnia. Stanowił jedyne ujście części użytkowej kanałów.

Aby dojść do drugiego końca należało wyjść z miasta i niejako je okrążyć, podążając traktem do miejsca, w którym przecinał on rzekę Napogę. Następnie wystarczyło skierować się w górę rzeki – wejścia do kanałów nie sposób było pominąć. Prowadziły doń widoczne gdzieniegdzie, topornie wyciosane stopnie. Droga z Minaloit do zakratowanego portalu mogła jednak zająć niemal cały dzień.

Odnoga głównego tunelu znajdowała się kilkaset stóp od wejścia nad rzeką, po prawej stronie patrząc w kierunku miasta. Prowadziła prosto pod Minaloit, płynnie przechodząc w przejście do podziemnych siedzib krasnoludów. Sama odnoga otwierała się na nowe tunele wpadające z jej lewej i prawej strony. Wiele było szczelnie zaplombowanych. Inne prowadziły w głąb starożytnego kompleksu, do części nieużytkowej kanałów. Otwarte przejścia także chronione przez wartowników.

Wszystkie wpadające do odnogi rury ściekowe prowadzące od starych chat bogatych mieszczan zostały zlikwidowane – ostatnim była ta prowadząca z ratusza miejskiego, który zawalił się parę dni temu. Gdzieniegdzie w odnodze ziały jednak ich pozostałości. Pozostałych mieszkańców Minaloit nie było natomiast stać na to, by drążyć w nieprzyjaznej, górskiej glebie – szczególnie, że członkowie licznej ekspedycji krasnoludzkiej z pewnością by na to nie pozwolili. Chociaż nie pozbawili kanałów ich podstawowej funkcji, większość z nich uważała takie wykorzystanie dziedzictwa ich przodków za przynajmniej oburzające. Z drugiej strony, gdyby nie powstanie Minaloit, nigdy nie dowiedzieliby się o jego dokładnej lokalizacji.



MG

Rześka po noclegu nad rzeką grupa wysłana przez wujaszka Festera do kanałów pod Minaloit kierując się prawie wyłącznie nosem doszła koło południa do ich wylotu. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Duże wejście zostało zakratowane parę ładnych lat temu, choć wstawione w nie, grube jak przedramiona dorosłego mężczyzny pręty wydawały się kompletnie nie na miejscu. Mocna, biaława skała została w prymitywny sposób naruszona, przebita na wylot i podmurowana, pozwalając płynącym prosto z Minaloit brudom na wylewanie się prosto do rzeki. Fakt faktem, że nieczystości tych nie było ostatnimi czasy zbyt wiele z powodu małej populacji osiedla, ale i tak śmierdziało stamtąd nieziemsko. Bystre oczy Ailei dostrzegły znajdujące się nad portalem fragmenty dziwacznego, nieznanego jej pisma. Krótkie doświadczenie długouchej z krasnoludami ze Złotego Wąwozu kazało jej sądzić, że tylko one byłyby w stanie odczytać te niekompletne ciągi sypiących się znaków. Jakikolwiek nie byłby ich przekaz, ludzcy osadnicy Minaloit kompletnie się nim nie przejęli, doszczętnie niszcząc wejście do starożytnych komnat, które, o ironio!, obrali za idealne miejsce do (dosłownego) obsmarowania fekaliami.

Czwórka śmiałków nie miała jednak na co narzekać. Lepiej było dla niej usunąć kilka z metalowych prętów niż przebijać się przez pradawne, kamienne wrota. Kilof dźwigany bez konkretnego powodu przez Dahharda miał wreszcie znaleźć swoje zastosowanie. Wedle wszelkich przesłanek to tutaj znajdowało się ongiś wejście do najwyższych komnat przedwiecznej kopalni Dravenghr, którą chcieli odzyskać brodacze z Wąwozu. Nawet jednak oni nie ośmielili się zejść głębiej, poprzestając póki co na zabezpieczeniu dwóch z trzech wejść do kompleksu. Aż dziw brał, że przy trzecim nie stało ze czterech krasnoludzkich gwardzistów. Być może uznali oni, że kraty powstrzymają ewentualnych eksploratorów albo stali nieco dalej. Możliwe też, że zwyczajnie się czegoś obawiali.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Ostatnio zmieniony 01 wrz 2018, 00:03 przez Infi, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
Rowena
Posty: 219
Rejestracja: 19 lis 2011, 22:32
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=16919#16919

Re: Kanały

12 lip 2018, 11:31

Wreszcie jej śmiercionośny taniec przynosił oczekiwane efekty. Stwór stawał się coraz powolniejszy, a jego ruchy pozbawione logiki były łatwe do przewidzenia. To z kolei pozwoliło Rowenie na unikanie ataków z jego strony oraz wysuwanie takowych Białą Brwią. Zimne ostrze najpierw płynnie przecięło brzuch Morka, by za chwilę spaść na jego kark. Rowena z wrzaskiem na ustach – wściekłym, rozpaczliwym, tryumfującym i pełnym bólu uderzyła raz, a potem drugi. Klinga z rzeźnicką precyzją niemal wśliznęła się między kręgi szyjne potwora. Z niebywałą łatwością weszła głęboko na tyle, by powalić przeciwnika. Mork padł na kamienną posadzkę rzucając się w śmiertelnych konwulsjach. Rowena zaś stanęła nad nim jak sąd ostateczny. Brat Aleksisa nie miał szans, by to przeżyć, ale musiała mieć pewność, więc cięła raz za razem, aż głowa Morka oddzieliła się od jego ciała na zawsze. Widok tej sceny był przerażający. Oto młoda kobieta rąbała wroga zaciekle, bez cienia zawahania. Ostrze śmigało z góry w dół – tam i z powrotem. Aż nie było już czego przecinać i klinga głucho uderzyła o kamienie. Pod nogami niewysokiej dziewki z mieczem leżało martwe, bezgłowe ciało ohydnej maszkary. Pomściła śmierć Bentruma.
Sama Rowena nie przypominała...samej siebie. Blask niedawnej urody przygasł pod warstwą brudu i kurzu. Włosy nie lśniły bielą, lecz zlepione były krwią zmieszaną z wilgocią panującą w Kanałach. Lico pokrywały smugi z kurzu i krwi – jej własnej czy przeciwnika – nie miało to znaczenia. W ustach i tak panował ten sam żelazisty smak. Odzienie wojowniczki wyglądało równie źle. Brudne, poplamione, podarte tu i ówdzie. Prawa dłoń nadal jeszcze pewnie i mocno ściskała rękojeść opuszczonego miecza. Biała Brew powlekała warstwa posoki potwora, ale i krasnoluda i innych stworzeń, które spotkała na swojej drodze w podziemiach. Wszędzie, gdzie się pojawiała, śmierć ciągnęła się za nią bezustannie.
Oddech uspokajał się wolno, a z nim serce zwalniało. Wdech i wydech. Przymknęła powieki. Była lekko ranna i zmęczona. Tak bardzo zmęczona wszystkim, co spotkało ją od dnia, gdy Aleksis podał jej pomocną dłoń i wyciągnął niemalże z rynsztoku. Potem wszystko działo się w zatrważającym tempie. Czarny Kamień, zniszczenie sklepu, porwanie, nominacja Aleksa na burmistrza, jego śmierć i jeszcze w tym wszystkim On –Kot’eleiven. To było ponad jej chory umysł. Chciała znów być małą dziewczynką galopującą na młodym koniku. Żadnych elfów, duchów i czarów. Tylko wiatr i prędkość. Wolność.
Rzeczywistość jednak była zgoła inna i nic i nikt nie mogły cofnąć czasu ani uczynków. Rowena musiała nieść swoje brzemię…gdy nagle zdała sobie sprawę, że nie słyszy głosów i nie czuje obecności zjaw. Ucichły na chwilę, równie zmęczone? Czy przyczaiły się, by zaatakować niespodziewanie? Machinalnie ugięła kolana i uniosła miecz, lecz nic się nie wydarzyło. Kompletnie. Zupełna cisza i spokój spłynęły na białowłosą, robiąc na przekór niemałe zamieszanie w jej głowie. Wrażenia te zgoła nowe sprawiły ulgę, której nie czuła od tak dawna, a jednocześnie sprowadziły poczucie zagubienia. Do tej pory wiedziona głosami dręczących koszmarów wiedziała dokąd i w jakim celu zmierza. Teraz stała przed powalonymi wrotami i dalszą drogą w głąb kompleksu niepewna, czy powinna dalej kontynuować swą podróż w nieznane. Druga sprawa, że nie było już odwrotu. Musiała wyruszyć, licząc, że znajdzie kogoś równie zagubionego jak ona w tej pułapce bez wyjścia. Lecz któż byłby na tyle głupi jako ona, by to zrobić?
Rowena z Białą Brwią w dłoni przekroczyła próg wrót prosto w ciemność.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

MG‐post: Million Faces

01 wrz 2018, 02:17

MG

Półżywy Dahhard otworzył wreszcie oczy. Nie miał pojęcia, jak wiele czasu przeleżał na zimnej posadzce w ciemnej choć oko wykol komnaty. Nie widział kompletnie nic – porzucono go tutaj bez żadnego źródła światła, co z początku mocno go zdezorientowało. Wiedział jednak, że nie oślepł. Pozbieranie się zajęło mu chwilę, podczas której po kolei odkrywał wszystkie obolałe fragmenty swego ciała. Czuł się kruchy, a szczególnie krucha była jego połamana szczęka. Przypomniał sobie, jak doszło do tego, że w nią oberwał, tracąc przytomność. Pomniki!

Otrzeźwiał na moment, wzdrygając się z przestrachem. Choć trudno było mu w to teraz uwierzyć, sala, w której się znajdował, jeszcze chwilę temu pełna była poruszających się posągów krasnoludzkich królów. Czy jednak… na pewno było to chwilę temu? Dahhard kompletnie nie wiedział, jak długo tutaj przeleżał. Czuł się okropnie zmęczony, wygłodniały i spragniony. To po reakcji swojego żołądka i spierzchniętym języku stwierdził, że czasu musiało upłynąć całkiem sporo. Natychmiast pożałował pozostawienia kociołka ze strawą przed wejściem do kanałów. Choć pewnie i tak krasnoludy, które go pojmały, pozbawiłyby go także i tego balastu.

Był zagubiony – w dużej sali nie było nikogo poza nim. Czyżby jego towarzysze spisali go na straty? Strach opanował serce młodziana – czy miał jeszcze szansę się stąd wydostać? Nogi miał sprawne, mógł spróbować wstać, jednak szukanie właściwej drogi po omacku nie było łatwe.

Tęgi umysł Dahharda rozpędzał się wybitnie powoli. Pamiętał, że wchodząc do komnaty miał w rękach kaganek, który mógłby spróbować wymacać na podłodze sali. W zdobycznej torbie, którą nadal miał przewieszoną przez ramię, powinno znajdować się jakieś krzesiwo. Mógłby go użyć do rozpalenia kaganka, gdyby ten był jeszcze sprawny. Równie dobrze wlany doń olej mógł się gdzieś tutaj rozlać. Pochodni natomiast nie mieli – Dahhard pamiętał, że porzucili je na wcześniejszym etapie wędrówki. Odzyskiwał pamięć także co do nieco wcześniejszych wydarzeń.

Do kanałów udał się wraz z przypadkową grupą śmiałków, którzy z sobie tylko znanych powodów uwierzyli w proroctwo elfickiego medium – kobiety o imieniu Elain. Dotyczyło ono uratowania burmistrza miasta, wybitnego alchemika i mistrza Dahharda, Aleksisa Bentruma. Ponoć schodząc do niebezpiecznego kompleksu pod miastem mogli znaleźć Krwawą Różę, która mogła przywrócić Bentrumowi życie. Mieli na to trzy dni. Co miało się zdarzyć po upływie tego czasu? Dahhard nie wiedział. Wiedział natomiast, że Elain posiadała ogromną moc magiczną. Na tyle dużą, że wydobyła go z krasnoludzkiego więzienia, do którego trafił przy próbie wślizgnięcia się do nieużytkowej części kanałów pod Minaloit. Wystarczyło to, by jej całkowicie zawierzyć.

Pamiętał też, że do tego momentu szli z nim dwaj mężczyźni – jeden kazał zwać się Sokolnikiem, drugiemu na imię było Nessir. Elfkę Aileę zostawili za sobą, gdzie zajmowała się rannymi członkami krasnoludzkiego oddziału. Teraz jednak ani Sokolnika, ani Nessira tutaj nie było i nic nie zwiastowało ich powrotu. Być może dawno byli już na powierzchni. Lub zeszli w głąb kompleksu, gdzie mogli równie dobrze stracić życie. Dahhard nie miał nadziei, że udało się im przeżyć. Nie po tym, na jakie niebezpieczeństwa się tutaj natknęli.

Prócz poruszających się pomników, na których poległ, tunele obfitowały w nieumarłych. Dahhard miał szczęście, że żaden z nich nie był w pobliżu. Miał też szczęście, że sam nie postradał życia, bowiem z pewnością przeistoczyłby się w jednego z nich. Pamiętał, że pokonanych nieumarłych zmuszeni byli spalić, co wytworzyło okropną chmurę gryzącego dymu. Prócz kaganka Dahhard niósł także kuszę od Nessira, z której niestety nie zrobił wielkiego użytku – na nic były bełty przeciwko kamiennym przeciwnikom. Wyglądało jednak na to, że któryś z towarzyszy Dahharda musiał sobie z nimi ostatecznie poradzić.

Wspomnienia ucznia alchemika były chaotyczne. Śmierć Aleksisa Bentruma pod gruzami miejskiego ratusza, wysłuchanie proroctwa, opuszczenie domu krasnoluda Festera, nocleg nad rzeką, wejście do kanałów, walka z wartownikami, trafienie do lochu, magiczna ucieczka zeń, pokonanie nieumarłych i wreszcie te cholerne pomniki… wszystko mu się odrobinę mieszało, ale w miarę sprawnie poukładał sobie swoją sytuację. Wiedział, że gdyby spędził nad tym nieco więcej czasu szybko zrozumiałby, jak znalazł się w swoim obecnym, nieciekawym położeniu.

Wiedział, że po drodze wziął ze sobą pełną tłumaczonych run księgę, której nie miał teraz ani w torbie, ani nigdzie w pobliżu. Wziął także stary miecz o ostrzu w kształcie półksiężyca, linę oraz jakieś eliksiry. Wszystkie te przedmioty miał przy sobie – lina i mikstury leżały bezpiecznie obok krzesiwa w jego torbie. Nic więcej w niej nie było. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni żałował utraty ekwipunku, z którym wchodził do kanałów.

Jedynymi siłami Dahharda, które pozostały nienadwątlone, były jego siły magiczne. Mógł z ich pomocą doprowadzić się do względnego porządku, decydując, w którym kierunku kontynuować wędrówkę. Znalezienie wielkich wrót, którymi wszedł do komnaty, nie powinno być trudne nawet po ciemku – szczególnie, że zaraz za nimi znajdowały się spore pomniki krasnoludzkich bogów. Te na szczęście się nie poruszały. Najlepiej byłoby jednak znaleźć ten cholerny kaganek. Gdzieś przecież musiał tutaj być!

Szybko okazało się, że Dahhard nie ma wiele czasu na poszukiwania. Z pewnej odległości dobiegł go bowiem dziwny hałas przypominający trące o siebie blachy. Natychmiast przypomniał sobie o zakutym w stal wojowniku, który poległ przed wejściem do sali, w której się znajdował. Jeżeli zamierzał on powstać, z pewnością obierze go za cel. Walka z nieumarłym w całkowitych ciemnościach nie mogła się powieść.


Skonfundowana brakiem obecności głosów w swojej głowie Rowena szła przez ciemne tunele. Nie były one jednak tak ciemne jak sala, w której znajdował się Dahhard. Tu i ówdzie korytarze otwierały się na sale, w których powałach ziały długie szyby doprowadzające odrobinę światła słonecznego. Każda z nich była nieco mniej ograbiona przez szabrowników, nieco pełniejsza, uchylając rąbka tajemnicy z życia dawnych mieszkańców tego miejsca. Rowena znała tego typu miejsca. Była w kompleksie o funkcji militarnej, ze zbrojowniami, miejscami odpoczynku, zebrań i biesiad. Świadczyły o tym sale, które mijała – znajdowała w nim marne pozostałości mebli, zardzewiałe uzbrojenie i naczynia. Nie znajdowała natomiast kości poległych w tym miejscu wojowników krasnoludzkich, co oznaczało, że albo polegli w innym miejscu kompleksu, albo też go opuścili. Na to drugie się jednak nie zanosiło – przedstawiciele brodatej rasy byli wszak uparci i nie emigrowali dobrowolnie.

Mimo że przewodnicy Roweny ucichli całkowicie, ta nadal szła pewnie, jakby urodziła się w kompleksie pod Minaloit. Uczucia, jakie na nią spłynęły, były jej jednak zupełnie obce. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz czuła się tak samotna. Posiadanie wielu osobowości zamkniętej w swojej własnej czaszce miało kilka profitów. Zawsze miała z kim pogadać. Teraz była zdana wyłącznie na siebie, idąc w głąb tuneli w poszukiwaniu odpowiedzi. To tutaj ciągnęły jej demony i to tutaj sama chciała się znaleźć, czując, że te starożytne korytarze są częścią jej przeznaczenia. Nie pomyliła się – stoczyła pojedynek z bratem Aleksisa Bentruma odpowiedzialnym za jego śmierć. I chociaż nie słyszała elfiego proroctwa, czuła bieg historii, w którą całkowicie się wplątała. Nie mogła się teraz zatrzymać, niezależnie od tego, co czekało ją u końca wędrówki. Aura magiczna tego miejsca wpływała na nią coraz bardziej. Była ciężka, duszna… nekromantyczna. Cokolwiek ją wywoływało, musiało być niezwykle potężne, cuchnąc swoją mocą na mile.

Rowena kluczyła, przechodząc przez szersze i węższe tunele oraz wiele różnych sal. Mijała po drodze zwłoki śmiałków, którzy polegli podobnie jak ona zwiedzając tę część kompleksu. Im dalej szła, tym lepiej byli wyekwipowani. Od jednego, wyglądającego niczym żak uniwersytecki, pożyczyła sobie parę grubych świec. Dawały odrobinę światła, choć były w takich okolicznościach dość niepraktyczne. Najwyraźniej nieprzywykły do zwiedzania krasnoludzkich tuneli uczony nie pomyślał o innym źródle światła. Miał na tyle oleju w głowie, by nie zabierać pochodni, które mogłyby tutaj jedynie nadymić, szczypiąc w oczy i nos.

Nic nie stało na przeszkodzie, aby pozbawić napotykanych awanturników także innych, bardziej wartościowych przedmiotów. Z pewnością mieli przy sobie coś, co pomogło im przetrwać tak długo. Magiczne elementy uzbrojenia, eliksiry, narzędzia i akcesoria – z pewnością się im nie przydadzą. Pewną nadzieję budził fakt, że nie obudzili się oni do ponownego życia. Być może nekromancka potęga rządząca tym miejscem wcale nie była tak potężna, jak z początku zdawało się Rowenie.

Jej skupienie rozbił na moment hałas dobiegający z dalszej części korytarza. Znała go – dokładnie taki dźwięk wydawał poruszający się na kimś, płytowy pancerz. Z początku podejrzewała, że oto natknęła się na kolejną grupę krasnoludów, ale zalegająca przed nią gruba warstwa kurzu zadawała kłam tej tezie. Nikt nie był tutaj od wielu lat.


Zignorowany przez Sokolnika Nessir postanowił przemyśleć całą sprawę. Doszedł do wniosku, że do kanałów zlazł, ponieważ jest kompletnym kretynem. Nie pozwolił jednak przed sobą tego przyznać. Szedł tutaj dla przygody, mitycznych artefaktów, godziwej zapłaty i doprowadzenia do stanu używalności trupa tutejszego burmistrza, niejakiego Aleksisa Bentruma. Tak przynajmniej mówiło elfickie medium, a po tym, co Nessir zobaczył w kanałach – i czemu świadkował w tym momencie – nie było powodów, by mu nie wierzyć.

Niestety, póki co korzyści z całej wyprawy było wybitnie niewiele. Śmiałek prawie stracił życie, nowego ekwipunku też niewiele znalazł, a był przy tym głodny, ranny i zmęczony. Teraz obserwował zaś swego towarzysza odbywającego niemą rozmowę z istotą rodem z przypowieści o demonach z Księgi Światła. Taktyka na przyjmowanie rzeczywistości taką, jaka jest, przestawała powoli zdawać egzamin. Nessir zaczął po prostu popadać w szaleństwo – a przynajmniej tak pomyślał z początku.

Oto bowiem zaczął słyszeć głosy w swojej głowie, przyjmując je początkowo z zaskoczeniem i strachem, a dopiero po chwili ze zrozumieniem. Sokolnik rozmawiał z zasuszonym stworem na tyle głośno, że ich przekaz pozazmysłowy trafił nawet do Nessira. Słyszał każde wymieniane słowo. Trochę zabolała go od tego głowa, ale przynajmniej nie czuł się poza konkursem. Szybko powiązął fakty.

Stwór siedział w Krwawej Róży, która najwyraźniej go pętała. To była dobra wiadomość. Mimo wszystko zdołał w jakiś sposób posłać za Nessirem oraz jego kolegami armię nieumarłych. I rozmawiał teraz telepatycznie z Sokolnikiem. Oznaczało to, że najwyraźniej bazgroły wyrysowane na podłodze sali nie trzymają go już tak dobrze w cuglach. Nessir mógł się zdziwić, czemu Sokolnik postanowił pogadać z potworem zamiast go po prostu zgładzić. Wyglądało to tak, jakby sam Dresz nie mógł zrobić ani kroku. Natomiast Nessir jak najbardziej – nie czuł niczego takiego jak aura magiczna, zagrożenie od strony samej Krwawej Róży czy ubytek sił wywołany czymkolwiek innym niż zmęczenie. Nic, poza obolałą nogą, nie przeszkadzało mu w działaniu.


Sam Sokolnik nie miał tego szczęścia. Im bliżej był wyrysowanego krwią symbolu, tym słabszy się czuł. Wiedział już, że odpowiada on za silną negację energii magicznej – to dzięki niej znajdujący się w centrum sali stwór był obecnie tak słaby. Mimo wszystko potrafił prowokować. Sokolnik starał się nań naciskać, żądając odpowiedzi na swoje pytania. Wydawało się, że istota, z którą rozmawiał, powoli ugina się pod jego rozkazem. Mogło to być jednak złudne wrażenie. Kontakt pomiędzy nimi wzmacniał się z minuty na minutę. Myśli biegły teraz dużo swobodniej niż na początku.

– Jam był pierwszym, który wyszedł z Dravenghr! – powtórzył niejako zmuszony do odpowiedzi stwór. Wraz z jego słowami do umysłu Dresza trafiło kilka obrazów. Przedstawiały one mgliście jakąś okrutną masakrę, która najpewniej dokonała się przed laty w tym miejscu. Sokolnik doświadczał scen rzezi, jak gdyby sam zadawał ciosy, torturował i znęcał się nad ciałami. Patrzył na te okropne wydarzenia oczami stwora, z którym rozmawiał. Rzeczywiście prowadził on wówczas jakąś grupę, najpewniej swoich podwładnych. Z obrazami spłynęło wrażenie spełnienia, ekstatycznej przyjemności i walki w imię najwyższych ideałów. Majaczyła w nim osoba najwyższego rangą wodza, w imię którego przelewano krew.

Dresz zrozumiał, że oto stanął przed Chorążym. Nadal jednak nie znał jego plugawego miana, wiedząc przy tym, że poznanie go jest niezwykle istotną kwestią. Aby zmusić istotę do przedstawienia się, musiał naciskać dalej.

– I wiem o tobie wszystko, Powierniku – przekazał złowieszczo demon po chwili, zsyłając na Sokolnika uczucie niepokoju, od którego nie mógł się opędzić. Najwyraźniej wpływ, jaki miał Dresz na Chorążego, był obustronny. On także mógł wykorzystać łączące ich zjawisko do własnych, niecnych celów. Jeśli jednak już to robił, stosował dużo subtelniejsze od Sokolnika metody.

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 7 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.