Strona 22 z 22

Kanały

: 04 maja 2014, 22:37
autor: Infi
Od czasu zwanej Plagą Minaloicką wielkiej zarazy, która miała miejsce w latach 403-405EF, kanały pod Minaloit stały się miejscem wręcz mitycznym. Odkryte na początku zakładania tego górskiego osiedla, a więc w roku 398 Ery Feniksa, korytarze zdawały się być idealne do wykorzystania w formie ścieku. Spora ilość przeróbek, jakich dokonali osadnicy, pozwoliła im na odprowadzanie nieczystości wprost do leżącej na południu miasteczka rzeki Napogi. Istnienie kanałów okazało się niezbędne dla istnienia Minaloit jako takiego – spływający wiosną z gór, roztopiony śnieg znajdował tutaj ujście, nie zalewając miasteczka. Niepotrzebne ścieżki odnalezionych komnat zamurowano, resztę uprzątnięto i tak właśnie całość funkcjonowała nieprzerwanie od kilkunastu lat. Nie przeprowadzano tutaj właściwie żadnych badań, traktując istnienie tych starożytnych tuneli jako dopust Piętnastki.

Plotki pojawiły się nieco później. Mówiono, że choroba, jaka przetrzebiła osiedle, wyszła właśnie stąd, rażąc mieszkańców rozkwitającego Minaloit niczym młot samego Mealena. To tutaj palono zwłoki, stąd wyszli pierwsi zarażeni – chodzące trupy o wielkiej sile i nieposkromionej żądzy mordu. Dopiero powrót niejakiego Bakero, ówczesnego burmistrza miasta, położył kres tym cierpieniom. Dla wielu spraw było już jednak za późno. Bractwo, które trzymało pieczę nad rozwojem osiedla, rozpadło się, większość mieszkańców zmarła bądź wyjechała, a namiestnik prowincji utworzonej wokół niego do teraz jest obiektem drwin możnych, zwących go czasem „Psem Derinu”. Z oazy światłych umysłów Minaloit stało się zabitą dechami dziurą, do której nikt nie chciał się przeprowadzić. Główną populację stanowili górnicy oraz ich rodziny, niestrudzenie pracując nad wydobyciem bogactwa Ikrem – srebra.


Kanały nadal były używane, ale na zdecydowanie mniejszą skalę. Ludzie bali się tam zapuszczać, pozostawiając porzucone tam za czasów zarazy przedmioty samym sobie. Mówiono, że można tam znaleźć oręż, artefakty, wynalazki – wszystko, czego dusza zapragnie. Mimo tego mało która grupa śmiałków decydowała się ostatecznie na zejście wgłąb – a były po temu dwie, powszechnie znane drogi.


Pierwsza, najbardziej oczywista, prowadziła z miasta. Wystarczyło uderzyć na południe osiedla, aby dojść do dużego, okrągłego, niezabezpieczonego otworu. Po Pladze Minaloickiej zamierzano go nawet zamurować, ale zaprawa okazała się niezbyt trwała, przez co konstrukcja rozpadła się, a jej gruzów nie uprzątnięto. Zresztą, jako wytwór ludzkich rąk cały ten od siedmiu boleści „portal” z definicji nie był szczególnie mocnym konstruktem. Wybito go tak, aby można było we względnie łatwy i bezpieczny sposób zejść niżej, do właściwych kanałów. Po przybyciu do Minaloit krasnoludzkiej ekspedycji ze Złotego Wąwozu przejście to prowadziło prosto w objęcia stacjonujących nieco dalej w podziemiach brodatych wartowników, którym nie przeszkadzał najwyraźniej smród spływających do otworu nieczystości. Większość bowiem mieszkańców Minaloit wzorem obywateli znamienitszych metropolii wyrzucało nieczystości wprost na błotniste ulice, licząc na to, że zmyją je deszcze bądź same spłyną do otworu na końcu miasta, czemu sprzyjało obniżenie terenu w kierunku południowym.


Drugim ogólnie znanym wejściem było to od strony samej rzeki. Aby do niego trafić, należało iść traktem z miasta aż do miejsca, w którym przecinał on Napogę. Następnie, idąc w górę jej nurtu, nie sposób było nie trafić do jedynego ujścia kanałów. Choć kiedyś tego okrągłego przejścia (o średnicy około dwóch metrów) chroniły ustawione raz przy razie, grube, stalowe pręty, teraz kilka z nich było uszkodzonych. Powstała na skutek działania jakiejś żrącej substancji dziura prawdopodobnie również była chroniona przez krasnoludy. Pozwalała bowiem nawet wyrośniętemu mężczyźnie na przeciśnięcie się dalej – z trudem, na kuckach, ale pozwalała – co mogło prowadzić do przykrych dla Minaloit konsekwencji.


Idąc korytarzem otwierającym się za uszkodzonymi kratami można było po lekkim łuku dojść do samego miasta, wychodząc na jego południu – opisanym wyżej portalem. Po drodze kilkadziesiąt metrów od tego wylotu, mijało się tylko jedną odnogę, prowadzącą do krasnoludzkich tuneli. Do odnogi tej wpadały – tak z lewej jak i z prawej – kolejne tunele, w większości zamurowane. Te odpieczętowane były natomiast chronione przez kolejnych brodaczy, które generalnie cały kompleks uważały za swój.


Część użytkowa kanałów była więc względnie mało rozbudowana – ot, jeden tunel prowadzący właściwie prostą drogą od Minaloit do Napogi i jedna, nachylona odpowiednio odnoga prowadząca do podziemnej siedziby krasnoludów. Przez środek obu tych kwadratowych tuneli szły kamienne rynny, którymi nieczystości płynęły do rzeki. Z racji małej populacji miasta było ich niewiele, przez co większość z nich po prostu tutaj zalegała, czekając na deszcz. Ziemia była tutaj twarda i nieskora do poddania się pracy ludzkich rąk, więc tylko niektórzy z bogatszych obywateli żyjących w mieście mogli sobie w przeszłości pozwolić na posiadanie własnych, domowych odpływów. Teraz jednak, po przybyciu do Minaloit krasnoludzkiej ekspedycji, ostatni z nich – ten idący od zrujnowanego ratusza miejskiego – został zlikwidowany, dzięki czemu nieczystości trafiały do kanałów jedynie leżącym na południu miasta, południowym portalem oraz od strony krasnoludzkich tuneli. Po lewej i prawej stronie rynien pozostawiono wąskie chodniki pozwalające na przejście jednej, niezbyt szerokiej w barach osoby.


Pozostałe odnogi, ciągnące się zapewne wiele sążni pod górami Ikrem pozostawały niezbadane, mówiono jednak, że prowadzą one bezpośrednio do przedsionka Dravenghr – mitycznej kopalni, jaką mają na celu odzyskać brodaci obywatele miasta (w sile około dwóch tysięcy chłopa), zajmujący się obecnie zabezpieczaniem terenu.


MG

Rześka po noclegu nad rzeką grupa wysłana przez wujaszka Festera do kanałów pod Minaloit kierując się prawie wyłącznie nosem doszła koło południa do ich wylotu. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Duże wejście zostało zakratowane parę ładnych lat temu, choć wstawione w nie, grube jak przedramiona dorosłego mężczyzny pręty wydawały się kompletnie nie na miejscu. Mocna, biaława skała została w prymitywny sposób naruszona, przebita na wylot i podmurowana, pozwalając płynącym prosto z Minaloit brudom na wylewanie się prosto do rzeki. Fakt faktem, że nieczystości tych nie było ostatnimi czasy zbyt wiele z powodu małej populacji osiedla, ale i tak śmierdziało stamtąd nieziemsko. Bystre oczy Ailei dostrzegły znajdujące się nad portalem fragmenty dziwacznego, nieznanego jej pisma. Krótkie doświadczenie długouchej z krasnoludami ze Złotego Wąwozu kazało jej sądzić, że tylko one byłyby w stanie odczytać te niekompletne ciągi sypiących się znaków. Jakikolwiek nie byłby ich przekaz, ludzcy osadnicy Minaloit kompletnie się nim nie przejęli, doszczętnie niszcząc wejście do starożytnych komnat, które, o ironio!, obrali za idealne miejsce do (dosłownego) obsmarowania fekaliami.

Czwórka śmiałków nie miała jednak na co narzekać. Lepiej było dla niej usunąć kilka z metalowych prętów niż przebijać się przez pradawne, kamienne wrota. Kilof dźwigany bez konkretnego powodu przez Dahharda miał wreszcie znaleźć swoje zastosowanie. Wedle wszelkich przesłanek to tutaj znajdowało się ongiś wejście do najwyższych komnat przedwiecznej kopalni Dravenghr, którą chcieli odzyskać brodacze z Wąwozu. Nawet jednak oni nie ośmielili się zejść głębiej, poprzestając póki co na zabezpieczeniu dwóch z trzech wejść do kompleksu. Aż dziw brał, że przy trzecim nie stało ze czterech krasnoludzkich gwardzistów. Być może uznali oni, że kraty powstrzymają ewentualnych eksploratorów albo stali nieco dalej. Możliwe też, że zwyczajnie się czegoś obawiali.


Re: Kanały

: 12 lip 2018, 11:31
autor: Rowena
Wreszcie jej śmiercionośny taniec przynosił oczekiwane efekty. Stwór stawał się coraz powolniejszy, a jego ruchy pozbawione logiki były łatwe do przewidzenia. To z kolei pozwoliło Rowenie na unikanie ataków z jego strony oraz wysuwanie takowych Białą Brwią. Zimne ostrze najpierw płynnie przecięło brzuch Morka, by za chwilę spaść na jego kark. Rowena z wrzaskiem na ustach – wściekłym, rozpaczliwym, tryumfującym i pełnym bólu uderzyła raz, a potem drugi. Klinga z rzeźnicką precyzją niemal wśliznęła się między kręgi szyjne potwora. Z niebywałą łatwością weszła głęboko na tyle, by powalić przeciwnika. Mork padł na kamienną posadzkę rzucając się w śmiertelnych konwulsjach. Rowena zaś stanęła nad nim jak sąd ostateczny. Brat Aleksisa nie miał szans, by to przeżyć, ale musiała mieć pewność, więc cięła raz za razem, aż głowa Morka oddzieliła się od jego ciała na zawsze. Widok tej sceny był przerażający. Oto młoda kobieta rąbała wroga zaciekle, bez cienia zawahania. Ostrze śmigało z góry w dół – tam i z powrotem. Aż nie było już czego przecinać i klinga głucho uderzyła o kamienie. Pod nogami niewysokiej dziewki z mieczem leżało martwe, bezgłowe ciało ohydnej maszkary. Pomściła śmierć Bentruma.
Sama Rowena nie przypominała...samej siebie. Blask niedawnej urody przygasł pod warstwą brudu i kurzu. Włosy nie lśniły bielą, lecz zlepione były krwią zmieszaną z wilgocią panującą w Kanałach. Lico pokrywały smugi z kurzu i krwi – jej własnej czy przeciwnika – nie miało to znaczenia. W ustach i tak panował ten sam żelazisty smak. Odzienie wojowniczki wyglądało równie źle. Brudne, poplamione, podarte tu i ówdzie. Prawa dłoń nadal jeszcze pewnie i mocno ściskała rękojeść opuszczonego miecza. Biała Brew powlekała warstwa posoki potwora, ale i krasnoluda i innych stworzeń, które spotkała na swojej drodze w podziemiach. Wszędzie, gdzie się pojawiała, śmierć ciągnęła się za nią bezustannie.
Oddech uspokajał się wolno, a z nim serce zwalniało. Wdech i wydech. Przymknęła powieki. Była lekko ranna i zmęczona. Tak bardzo zmęczona wszystkim, co spotkało ją od dnia, gdy Aleksis podał jej pomocną dłoń i wyciągnął niemalże z rynsztoku. Potem wszystko działo się w zatrważającym tempie. Czarny Kamień, zniszczenie sklepu, porwanie, nominacja Aleksa na burmistrza, jego śmierć i jeszcze w tym wszystkim On –Kot’eleiven. To było ponad jej chory umysł. Chciała znów być małą dziewczynką galopującą na młodym koniku. Żadnych elfów, duchów i czarów. Tylko wiatr i prędkość. Wolność.
Rzeczywistość jednak była zgoła inna i nic i nikt nie mogły cofnąć czasu ani uczynków. Rowena musiała nieść swoje brzemię…gdy nagle zdała sobie sprawę, że nie słyszy głosów i nie czuje obecności zjaw. Ucichły na chwilę, równie zmęczone? Czy przyczaiły się, by zaatakować niespodziewanie? Machinalnie ugięła kolana i uniosła miecz, lecz nic się nie wydarzyło. Kompletnie. Zupełna cisza i spokój spłynęły na białowłosą, robiąc na przekór niemałe zamieszanie w jej głowie. Wrażenia te zgoła nowe sprawiły ulgę, której nie czuła od tak dawna, a jednocześnie sprowadziły poczucie zagubienia. Do tej pory wiedziona głosami dręczących koszmarów wiedziała dokąd i w jakim celu zmierza. Teraz stała przed powalonymi wrotami i dalszą drogą w głąb kompleksu niepewna, czy powinna dalej kontynuować swą podróż w nieznane. Druga sprawa, że nie było już odwrotu. Musiała wyruszyć, licząc, że znajdzie kogoś równie zagubionego jak ona w tej pułapce bez wyjścia. Lecz któż byłby na tyle głupi jako ona, by to zrobić?
Rowena z Białą Brwią w dłoni przekroczyła próg wrót prosto w ciemność.