Strona 22 z 22

Kanały

: 04 maja 2014, 22:37
autor: Infi

Niewiele miast Autonomii Wolenvain mogło poszczycić się tak znamienitymi kanałami jak Minaloit. Nie chodziło tutaj bynajmniej o rozmach, z jakim je zbudowano – ich część użytkowa była wszak niezbyt rozległa – ale o sławę, jakiej się doczekały. Za mityczną aurę cenili je zwłaszcza bardowie lubujący się w opowiadaniu znanej na cały kraj historii o Pladze Minaloickiej. Sprawa była dość świeża – upłynęło ledwie dziesięć lat od momentu, w którym epidemię można było uznać za zakończoną. Kanały pełniły w niej centralną rolę, bowiem to je uważano za źródło Plagi.

Co istotne, kanałów nie zbudowano na potrzeby osiedla ludzkiego – je znaleziono. Umożliwiło to zresztą fundację miasta w dolinie górskiej, które bez sprawnie działających kanałów nie miałoby racji bytu, narażone na coroczne powodzie.

O wiele ciekawsza była jednak część tuneli nieużywana w formie kanałów. Pozostałość dawnej cywilizacji rozbudziła wyobraźnię i napędziła wiele inwestycji prowadzących do rozwoju miasta. To ona przyciągnęła do Minaloit wielu uczonych, badaczy i awanturników, którzy podjęli się próby jej zbadania. Zrzeszało ich Bractwo Minaloit – organizacja z burmistrzem na czele, której członkowie stanowili swoistą radę miejską.

Niestety, żadnych szerszych badań nie zdążono przeprowadzić. W pięć lat po założeniu miasta, w 403EF, wybuchła Plaga Minaloicka, której natura do teraz potrafi budzić grozę. Nie była to bowiem zwykła choroba – Plaga dotykała wyłącznie istot martwych, zmuszając je do powstania, obdarzając nieposkromioną żądzą mordu oraz wielką sprawnością fizyczną. Kryzys trwał dwa lata, do czasu powrotu do miasta Bakero, ówczesnego burmistrza miasta, który sobie tylko znaną sztuką położył kres Pladze.

Niestety, dla Minaloit było za późno – nieużytkowe odnogi kanałów zamurowano, ofiary Plagi spalono na stosach, a w mieście pozostali wyłącznie górnicy wydobywający srebro w pobliskiej kopalni. Z miasta o szerokich perspektywach rozwoju Minaloit stało się dziurą zabitą dechami. Sprawa ta nierozerwalnie wiąże się z obecnością kanałów – wieść gminna każe bowiem sądzić, że to właśnie w nich znajdowało się źródło Plagi.


Część użytkowa kanałów składała się z jednego głównego tunelu oraz jego odnogi – obu kamiennych, kwadratowych i wysklepionych na wysokości ponad sążnia. Przez ich środek przebiegały rynny z nieczystościami spłukiwanymi przez deszcze. Najczęściej jednak ścieki zastygały w formie błotnistej brei. Po obu stronach rynny znajdowały się niezbyt szerokie chodniki, po których swobodnie mogły poruszać się wyłącznie wychudzone osoby. Część nieużytkowa kanałów pozostawała niezbadana, stanowiąc skomplikowaną sieć pokrasnoludzkich korytarzy oraz sal.

Główny tunel części użytkowej prowadził lekkim łukiem od południowego krańca miasta aż w pobliże rzeki Napogi. Obu jego końców chronili uzbrojeni po zęby krasnoludzcy wartownicy. Wchodzili oni w skład ekspedycji ze Złotego Wąwozu mającej na celu odzyskanie dziedzictwa brodatej rasy – mitycznej kopalni Dravenghr. Według jej przewodników tunele pod Minaloit miały prowadzić do przedsionka kopalni. Plotkowano, że można w niej znaleźć oręż, magiczne przedmioty i starożytne artefakty – czego dusza zapragnie.

Gdyby nie wartownicy, do kanałów można byłoby wejść względnie łatwo. Wybita na południowym skraju miasta okrągła dziura była kiedyś zamurowana, ale ktoś zrobił to na tyle nieudolnie, że zapora poddała się czynnikom atmosferycznym, umożliwiając swobodne wejście w głąb. Przez dziurę tę spływały do kanałów wszelkie nieczystości wylewane przez mieszkańców Minaloit prosto na ulice miasteczka.

Drugi koniec – ten przy rzece – został zakratowany grubymi jak przedramię dorosłego mężczyzny prętami. Ta solidna bariera została jednak zniszczona jakąś żrącą substancją. Powstała w ten sposób dziura pozwalała na przeciśnięcie się do kanałów. Nie było to jednak zbyt wygodne – trzeba było skulić się na kuckach. Sam okrągły portal, w który wprawiono kraty, sprawiał wrażenie niezwykle wiekowego. Wykuto go w białawej skale, którą prymitywnie naruszono wprawionymi prętami i podmurówką. Bystre oko mogło zaobserwować nad nim pozostałości jakiegoś trudnego do rozczytania pisma. Portal miał średnicę około sążnia. Stanowił jedyne ujście części użytkowej kanałów.

Aby dojść do drugiego końca należało wyjść z miasta i niejako je okrążyć, podążając traktem do miejsca, w którym przecinał on rzekę Napogę. Następnie wystarczyło skierować się w górę rzeki – wejścia do kanałów nie sposób było pominąć. Prowadziły doń widoczne gdzieniegdzie, topornie wyciosane stopnie. Droga z Minaloit do zakratowanego portalu mogła jednak zająć niemal cały dzień.

Odnoga głównego tunelu znajdowała się kilkaset stóp od wejścia nad rzeką, po prawej stronie patrząc w kierunku miasta. Prowadziła prosto pod Minaloit, płynnie przechodząc w przejście do podziemnych siedzib krasnoludów. Sama odnoga otwierała się na nowe tunele wpadające z jej lewej i prawej strony. Wiele było szczelnie zaplombowanych. Inne prowadziły w głąb starożytnego kompleksu, do części nieużytkowej kanałów. Otwarte przejścia także chronione przez wartowników.

Wszystkie wpadające do odnogi rury ściekowe prowadzące od starych chat bogatych mieszczan zostały zlikwidowane – ostatnim była ta prowadząca z ratusza miejskiego, który zawalił się parę dni temu. Gdzieniegdzie w odnodze ziały jednak ich pozostałości. Pozostałych mieszkańców Minaloit nie było natomiast stać na to, by drążyć w nieprzyjaznej, górskiej glebie – szczególnie, że członkowie licznej ekspedycji krasnoludzkiej z pewnością by na to nie pozwolili. Chociaż nie pozbawili kanałów ich podstawowej funkcji, większość z nich uważała takie wykorzystanie dziedzictwa ich przodków za przynajmniej oburzające. Z drugiej strony, gdyby nie powstanie Minaloit, nigdy nie dowiedzieliby się o jego dokładnej lokalizacji.



MG

Rześka po noclegu nad rzeką grupa wysłana przez wujaszka Festera do kanałów pod Minaloit kierując się prawie wyłącznie nosem doszła koło południa do ich wylotu. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Duże wejście zostało zakratowane parę ładnych lat temu, choć wstawione w nie, grube jak przedramiona dorosłego mężczyzny pręty wydawały się kompletnie nie na miejscu. Mocna, biaława skała została w prymitywny sposób naruszona, przebita na wylot i podmurowana, pozwalając płynącym prosto z Minaloit brudom na wylewanie się prosto do rzeki. Fakt faktem, że nieczystości tych nie było ostatnimi czasy zbyt wiele z powodu małej populacji osiedla, ale i tak śmierdziało stamtąd nieziemsko. Bystre oczy Ailei dostrzegły znajdujące się nad portalem fragmenty dziwacznego, nieznanego jej pisma. Krótkie doświadczenie długouchej z krasnoludami ze Złotego Wąwozu kazało jej sądzić, że tylko one byłyby w stanie odczytać te niekompletne ciągi sypiących się znaków. Jakikolwiek nie byłby ich przekaz, ludzcy osadnicy Minaloit kompletnie się nim nie przejęli, doszczętnie niszcząc wejście do starożytnych komnat, które, o ironio!, obrali za idealne miejsce do (dosłownego) obsmarowania fekaliami.

Czwórka śmiałków nie miała jednak na co narzekać. Lepiej było dla niej usunąć kilka z metalowych prętów niż przebijać się przez pradawne, kamienne wrota. Kilof dźwigany bez konkretnego powodu przez Dahharda miał wreszcie znaleźć swoje zastosowanie. Wedle wszelkich przesłanek to tutaj znajdowało się ongiś wejście do najwyższych komnat przedwiecznej kopalni Dravenghr, którą chcieli odzyskać brodacze z Wąwozu. Nawet jednak oni nie ośmielili się zejść głębiej, poprzestając póki co na zabezpieczeniu dwóch z trzech wejść do kompleksu. Aż dziw brał, że przy trzecim nie stało ze czterech krasnoludzkich gwardzistów. Być może uznali oni, że kraty powstrzymają ewentualnych eksploratorów albo stali nieco dalej. Możliwe też, że zwyczajnie się czegoś obawiali.


Re: Kanały

: 12 lip 2018, 11:31
autor: Rowena
Wreszcie jej śmiercionośny taniec przynosił oczekiwane efekty. Stwór stawał się coraz powolniejszy, a jego ruchy pozbawione logiki były łatwe do przewidzenia. To z kolei pozwoliło Rowenie na unikanie ataków z jego strony oraz wysuwanie takowych Białą Brwią. Zimne ostrze najpierw płynnie przecięło brzuch Morka, by za chwilę spaść na jego kark. Rowena z wrzaskiem na ustach – wściekłym, rozpaczliwym, tryumfującym i pełnym bólu uderzyła raz, a potem drugi. Klinga z rzeźnicką precyzją niemal wśliznęła się między kręgi szyjne potwora. Z niebywałą łatwością weszła głęboko na tyle, by powalić przeciwnika. Mork padł na kamienną posadzkę rzucając się w śmiertelnych konwulsjach. Rowena zaś stanęła nad nim jak sąd ostateczny. Brat Aleksisa nie miał szans, by to przeżyć, ale musiała mieć pewność, więc cięła raz za razem, aż głowa Morka oddzieliła się od jego ciała na zawsze. Widok tej sceny był przerażający. Oto młoda kobieta rąbała wroga zaciekle, bez cienia zawahania. Ostrze śmigało z góry w dół – tam i z powrotem. Aż nie było już czego przecinać i klinga głucho uderzyła o kamienie. Pod nogami niewysokiej dziewki z mieczem leżało martwe, bezgłowe ciało ohydnej maszkary. Pomściła śmierć Bentruma.
Sama Rowena nie przypominała...samej siebie. Blask niedawnej urody przygasł pod warstwą brudu i kurzu. Włosy nie lśniły bielą, lecz zlepione były krwią zmieszaną z wilgocią panującą w Kanałach. Lico pokrywały smugi z kurzu i krwi – jej własnej czy przeciwnika – nie miało to znaczenia. W ustach i tak panował ten sam żelazisty smak. Odzienie wojowniczki wyglądało równie źle. Brudne, poplamione, podarte tu i ówdzie. Prawa dłoń nadal jeszcze pewnie i mocno ściskała rękojeść opuszczonego miecza. Biała Brew powlekała warstwa posoki potwora, ale i krasnoluda i innych stworzeń, które spotkała na swojej drodze w podziemiach. Wszędzie, gdzie się pojawiała, śmierć ciągnęła się za nią bezustannie.
Oddech uspokajał się wolno, a z nim serce zwalniało. Wdech i wydech. Przymknęła powieki. Była lekko ranna i zmęczona. Tak bardzo zmęczona wszystkim, co spotkało ją od dnia, gdy Aleksis podał jej pomocną dłoń i wyciągnął niemalże z rynsztoku. Potem wszystko działo się w zatrważającym tempie. Czarny Kamień, zniszczenie sklepu, porwanie, nominacja Aleksa na burmistrza, jego śmierć i jeszcze w tym wszystkim On –Kot’eleiven. To było ponad jej chory umysł. Chciała znów być małą dziewczynką galopującą na młodym koniku. Żadnych elfów, duchów i czarów. Tylko wiatr i prędkość. Wolność.
Rzeczywistość jednak była zgoła inna i nic i nikt nie mogły cofnąć czasu ani uczynków. Rowena musiała nieść swoje brzemię…gdy nagle zdała sobie sprawę, że nie słyszy głosów i nie czuje obecności zjaw. Ucichły na chwilę, równie zmęczone? Czy przyczaiły się, by zaatakować niespodziewanie? Machinalnie ugięła kolana i uniosła miecz, lecz nic się nie wydarzyło. Kompletnie. Zupełna cisza i spokój spłynęły na białowłosą, robiąc na przekór niemałe zamieszanie w jej głowie. Wrażenia te zgoła nowe sprawiły ulgę, której nie czuła od tak dawna, a jednocześnie sprowadziły poczucie zagubienia. Do tej pory wiedziona głosami dręczących koszmarów wiedziała dokąd i w jakim celu zmierza. Teraz stała przed powalonymi wrotami i dalszą drogą w głąb kompleksu niepewna, czy powinna dalej kontynuować swą podróż w nieznane. Druga sprawa, że nie było już odwrotu. Musiała wyruszyć, licząc, że znajdzie kogoś równie zagubionego jak ona w tej pułapce bez wyjścia. Lecz któż byłby na tyle głupi jako ona, by to zrobić?
Rowena z Białą Brwią w dłoni przekroczyła próg wrót prosto w ciemność.

MG‐post: Million Faces

: 01 wrz 2018, 02:17
autor: Infi
MG

Półżywy Dahhard otworzył wreszcie oczy. Nie miał pojęcia, jak wiele czasu przeleżał na zimnej posadzce w ciemnej choć oko wykol komnaty. Nie widział kompletnie nic – porzucono go tutaj bez żadnego źródła światła, co z początku mocno go zdezorientowało. Wiedział jednak, że nie oślepł. Pozbieranie się zajęło mu chwilę, podczas której po kolei odkrywał wszystkie obolałe fragmenty swego ciała. Czuł się kruchy, a szczególnie krucha była jego połamana szczęka. Przypomniał sobie, jak doszło do tego, że w nią oberwał, tracąc przytomność. Pomniki!

Otrzeźwiał na moment, wzdrygając się z przestrachem. Choć trudno było mu w to teraz uwierzyć, sala, w której się znajdował, jeszcze chwilę temu pełna była poruszających się posągów krasnoludzkich królów. Czy jednak… na pewno było to chwilę temu? Dahhard kompletnie nie wiedział, jak długo tutaj przeleżał. Czuł się okropnie zmęczony, wygłodniały i spragniony. To po reakcji swojego żołądka i spierzchniętym języku stwierdził, że czasu musiało upłynąć całkiem sporo. Natychmiast pożałował pozostawienia kociołka ze strawą przed wejściem do kanałów. Choć pewnie i tak krasnoludy, które go pojmały, pozbawiłyby go także i tego balastu.

Był zagubiony – w dużej sali nie było nikogo poza nim. Czyżby jego towarzysze spisali go na straty? Strach opanował serce młodziana – czy miał jeszcze szansę się stąd wydostać? Nogi miał sprawne, mógł spróbować wstać, jednak szukanie właściwej drogi po omacku nie było łatwe.

Tęgi umysł Dahharda rozpędzał się wybitnie powoli. Pamiętał, że wchodząc do komnaty miał w rękach kaganek, który mógłby spróbować wymacać na podłodze sali. W zdobycznej torbie, którą nadal miał przewieszoną przez ramię, powinno znajdować się jakieś krzesiwo. Mógłby go użyć do rozpalenia kaganka, gdyby ten był jeszcze sprawny. Równie dobrze wlany doń olej mógł się gdzieś tutaj rozlać. Pochodni natomiast nie mieli – Dahhard pamiętał, że porzucili je na wcześniejszym etapie wędrówki. Odzyskiwał pamięć także co do nieco wcześniejszych wydarzeń.

Do kanałów udał się wraz z przypadkową grupą śmiałków, którzy z sobie tylko znanych powodów uwierzyli w proroctwo elfickiego medium – kobiety o imieniu Elain. Dotyczyło ono uratowania burmistrza miasta, wybitnego alchemika i mistrza Dahharda, Aleksisa Bentruma. Ponoć schodząc do niebezpiecznego kompleksu pod miastem mogli znaleźć Krwawą Różę, która mogła przywrócić Bentrumowi życie. Mieli na to trzy dni. Co miało się zdarzyć po upływie tego czasu? Dahhard nie wiedział. Wiedział natomiast, że Elain posiadała ogromną moc magiczną. Na tyle dużą, że wydobyła go z krasnoludzkiego więzienia, do którego trafił przy próbie wślizgnięcia się do nieużytkowej części kanałów pod Minaloit. Wystarczyło to, by jej całkowicie zawierzyć.

Pamiętał też, że do tego momentu szli z nim dwaj mężczyźni – jeden kazał zwać się Sokolnikiem, drugiemu na imię było Nessir. Elfkę Aileę zostawili za sobą, gdzie zajmowała się rannymi członkami krasnoludzkiego oddziału. Teraz jednak ani Sokolnika, ani Nessira tutaj nie było i nic nie zwiastowało ich powrotu. Być może dawno byli już na powierzchni. Lub zeszli w głąb kompleksu, gdzie mogli równie dobrze stracić życie. Dahhard nie miał nadziei, że udało się im przeżyć. Nie po tym, na jakie niebezpieczeństwa się tutaj natknęli.

Prócz poruszających się pomników, na których poległ, tunele obfitowały w nieumarłych. Dahhard miał szczęście, że żaden z nich nie był w pobliżu. Miał też szczęście, że sam nie postradał życia, bowiem z pewnością przeistoczyłby się w jednego z nich. Pamiętał, że pokonanych nieumarłych zmuszeni byli spalić, co wytworzyło okropną chmurę gryzącego dymu. Prócz kaganka Dahhard niósł także kuszę od Nessira, z której niestety nie zrobił wielkiego użytku – na nic były bełty przeciwko kamiennym przeciwnikom. Wyglądało jednak na to, że któryś z towarzyszy Dahharda musiał sobie z nimi ostatecznie poradzić.

Wspomnienia ucznia alchemika były chaotyczne. Śmierć Aleksisa Bentruma pod gruzami miejskiego ratusza, wysłuchanie proroctwa, opuszczenie domu krasnoluda Festera, nocleg nad rzeką, wejście do kanałów, walka z wartownikami, trafienie do lochu, magiczna ucieczka zeń, pokonanie nieumarłych i wreszcie te cholerne pomniki… wszystko mu się odrobinę mieszało, ale w miarę sprawnie poukładał sobie swoją sytuację. Wiedział, że gdyby spędził nad tym nieco więcej czasu szybko zrozumiałby, jak znalazł się w swoim obecnym, nieciekawym położeniu.

Wiedział, że po drodze wziął ze sobą pełną tłumaczonych run księgę, której nie miał teraz ani w torbie, ani nigdzie w pobliżu. Wziął także stary miecz o ostrzu w kształcie półksiężyca, linę oraz jakieś eliksiry. Wszystkie te przedmioty miał przy sobie – lina i mikstury leżały bezpiecznie obok krzesiwa w jego torbie. Nic więcej w niej nie było. Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni żałował utraty ekwipunku, z którym wchodził do kanałów.

Jedynymi siłami Dahharda, które pozostały nienadwątlone, były jego siły magiczne. Mógł z ich pomocą doprowadzić się do względnego porządku, decydując, w którym kierunku kontynuować wędrówkę. Znalezienie wielkich wrót, którymi wszedł do komnaty, nie powinno być trudne nawet po ciemku – szczególnie, że zaraz za nimi znajdowały się spore pomniki krasnoludzkich bogów. Te na szczęście się nie poruszały. Najlepiej byłoby jednak znaleźć ten cholerny kaganek. Gdzieś przecież musiał tutaj być!

Szybko okazało się, że Dahhard nie ma wiele czasu na poszukiwania. Z pewnej odległości dobiegł go bowiem dziwny hałas przypominający trące o siebie blachy. Natychmiast przypomniał sobie o zakutym w stal wojowniku, który poległ przed wejściem do sali, w której się znajdował. Jeżeli zamierzał on powstać, z pewnością obierze go za cel. Walka z nieumarłym w całkowitych ciemnościach nie mogła się powieść.


Skonfundowana brakiem obecności głosów w swojej głowie Rowena szła przez ciemne tunele. Nie były one jednak tak ciemne jak sala, w której znajdował się Dahhard. Tu i ówdzie korytarze otwierały się na sale, w których powałach ziały długie szyby doprowadzające odrobinę światła słonecznego. Każda z nich była nieco mniej ograbiona przez szabrowników, nieco pełniejsza, uchylając rąbka tajemnicy z życia dawnych mieszkańców tego miejsca. Rowena znała tego typu miejsca. Była w kompleksie o funkcji militarnej, ze zbrojowniami, miejscami odpoczynku, zebrań i biesiad. Świadczyły o tym sale, które mijała – znajdowała w nim marne pozostałości mebli, zardzewiałe uzbrojenie i naczynia. Nie znajdowała natomiast kości poległych w tym miejscu wojowników krasnoludzkich, co oznaczało, że albo polegli w innym miejscu kompleksu, albo też go opuścili. Na to drugie się jednak nie zanosiło – przedstawiciele brodatej rasy byli wszak uparci i nie emigrowali dobrowolnie.

Mimo że przewodnicy Roweny ucichli całkowicie, ta nadal szła pewnie, jakby urodziła się w kompleksie pod Minaloit. Uczucia, jakie na nią spłynęły, były jej jednak zupełnie obce. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz czuła się tak samotna. Posiadanie wielu osobowości zamkniętej w swojej własnej czaszce miało kilka profitów. Zawsze miała z kim pogadać. Teraz była zdana wyłącznie na siebie, idąc w głąb tuneli w poszukiwaniu odpowiedzi. To tutaj ciągnęły jej demony i to tutaj sama chciała się znaleźć, czując, że te starożytne korytarze są częścią jej przeznaczenia. Nie pomyliła się – stoczyła pojedynek z bratem Aleksisa Bentruma odpowiedzialnym za jego śmierć. I chociaż nie słyszała elfiego proroctwa, czuła bieg historii, w którą całkowicie się wplątała. Nie mogła się teraz zatrzymać, niezależnie od tego, co czekało ją u końca wędrówki. Aura magiczna tego miejsca wpływała na nią coraz bardziej. Była ciężka, duszna… nekromantyczna. Cokolwiek ją wywoływało, musiało być niezwykle potężne, cuchnąc swoją mocą na mile.

Rowena kluczyła, przechodząc przez szersze i węższe tunele oraz wiele różnych sal. Mijała po drodze zwłoki śmiałków, którzy polegli podobnie jak ona zwiedzając tę część kompleksu. Im dalej szła, tym lepiej byli wyekwipowani. Od jednego, wyglądającego niczym żak uniwersytecki, pożyczyła sobie parę grubych świec. Dawały odrobinę światła, choć były w takich okolicznościach dość niepraktyczne. Najwyraźniej nieprzywykły do zwiedzania krasnoludzkich tuneli uczony nie pomyślał o innym źródle światła. Miał na tyle oleju w głowie, by nie zabierać pochodni, które mogłyby tutaj jedynie nadymić, szczypiąc w oczy i nos.

Nic nie stało na przeszkodzie, aby pozbawić napotykanych awanturników także innych, bardziej wartościowych przedmiotów. Z pewnością mieli przy sobie coś, co pomogło im przetrwać tak długo. Magiczne elementy uzbrojenia, eliksiry, narzędzia i akcesoria – z pewnością się im nie przydadzą. Pewną nadzieję budził fakt, że nie obudzili się oni do ponownego życia. Być może nekromancka potęga rządząca tym miejscem wcale nie była tak potężna, jak z początku zdawało się Rowenie.

Jej skupienie rozbił na moment hałas dobiegający z dalszej części korytarza. Znała go – dokładnie taki dźwięk wydawał poruszający się na kimś, płytowy pancerz. Z początku podejrzewała, że oto natknęła się na kolejną grupę krasnoludów, ale zalegająca przed nią gruba warstwa kurzu zadawała kłam tej tezie. Nikt nie był tutaj od wielu lat.


Zignorowany przez Sokolnika Nessir postanowił przemyśleć całą sprawę. Doszedł do wniosku, że do kanałów zlazł, ponieważ jest kompletnym kretynem. Nie pozwolił jednak przed sobą tego przyznać. Szedł tutaj dla przygody, mitycznych artefaktów, godziwej zapłaty i doprowadzenia do stanu używalności trupa tutejszego burmistrza, niejakiego Aleksisa Bentruma. Tak przynajmniej mówiło elfickie medium, a po tym, co Nessir zobaczył w kanałach – i czemu świadkował w tym momencie – nie było powodów, by mu nie wierzyć.

Niestety, póki co korzyści z całej wyprawy było wybitnie niewiele. Śmiałek prawie stracił życie, nowego ekwipunku też niewiele znalazł, a był przy tym głodny, ranny i zmęczony. Teraz obserwował zaś swego towarzysza odbywającego niemą rozmowę z istotą rodem z przypowieści o demonach z Księgi Światła. Taktyka na przyjmowanie rzeczywistości taką, jaka jest, przestawała powoli zdawać egzamin. Nessir zaczął po prostu popadać w szaleństwo – a przynajmniej tak pomyślał z początku.

Oto bowiem zaczął słyszeć głosy w swojej głowie, przyjmując je początkowo z zaskoczeniem i strachem, a dopiero po chwili ze zrozumieniem. Sokolnik rozmawiał z zasuszonym stworem na tyle głośno, że ich przekaz pozazmysłowy trafił nawet do Nessira. Słyszał każde wymieniane słowo. Trochę zabolała go od tego głowa, ale przynajmniej nie czuł się poza konkursem. Szybko powiązął fakty.

Stwór siedział w Krwawej Róży, która najwyraźniej go pętała. To była dobra wiadomość. Mimo wszystko zdołał w jakiś sposób posłać za Nessirem oraz jego kolegami armię nieumarłych. I rozmawiał teraz telepatycznie z Sokolnikiem. Oznaczało to, że najwyraźniej bazgroły wyrysowane na podłodze sali nie trzymają go już tak dobrze w cuglach. Nessir mógł się zdziwić, czemu Sokolnik postanowił pogadać z potworem zamiast go po prostu zgładzić. Wyglądało to tak, jakby sam Dresz nie mógł zrobić ani kroku. Natomiast Nessir jak najbardziej – nie czuł niczego takiego jak aura magiczna, zagrożenie od strony samej Krwawej Róży czy ubytek sił wywołany czymkolwiek innym niż zmęczenie. Nic, poza obolałą nogą, nie przeszkadzało mu w działaniu.


Sam Sokolnik nie miał tego szczęścia. Im bliżej był wyrysowanego krwią symbolu, tym słabszy się czuł. Wiedział już, że odpowiada on za silną negację energii magicznej – to dzięki niej znajdujący się w centrum sali stwór był obecnie tak słaby. Mimo wszystko potrafił prowokować. Sokolnik starał się nań naciskać, żądając odpowiedzi na swoje pytania. Wydawało się, że istota, z którą rozmawiał, powoli ugina się pod jego rozkazem. Mogło to być jednak złudne wrażenie. Kontakt pomiędzy nimi wzmacniał się z minuty na minutę. Myśli biegły teraz dużo swobodniej niż na początku.

– Jam był pierwszym, który wyszedł z Dravenghr! – powtórzył niejako zmuszony do odpowiedzi stwór. Wraz z jego słowami do umysłu Dresza trafiło kilka obrazów. Przedstawiały one mgliście jakąś okrutną masakrę, która najpewniej dokonała się przed laty w tym miejscu. Sokolnik doświadczał scen rzezi, jak gdyby sam zadawał ciosy, torturował i znęcał się nad ciałami. Patrzył na te okropne wydarzenia oczami stwora, z którym rozmawiał. Rzeczywiście prowadził on wówczas jakąś grupę, najpewniej swoich podwładnych. Z obrazami spłynęło wrażenie spełnienia, ekstatycznej przyjemności i walki w imię najwyższych ideałów. Majaczyła w nim osoba najwyższego rangą wodza, w imię którego przelewano krew.

Dresz zrozumiał, że oto stanął przed Chorążym. Nadal jednak nie znał jego plugawego miana, wiedząc przy tym, że poznanie go jest niezwykle istotną kwestią. Aby zmusić istotę do przedstawienia się, musiał naciskać dalej.

– I wiem o tobie wszystko, Powierniku – przekazał złowieszczo demon po chwili, zsyłając na Sokolnika uczucie niepokoju, od którego nie mógł się opędzić. Najwyraźniej wpływ, jaki miał Dresz na Chorążego, był obustronny. On także mógł wykorzystać łączące ich zjawisko do własnych, niecnych celów. Jeśli jednak już to robił, stosował dużo subtelniejsze od Sokolnika metody.


Re: Kanały

: 21 wrz 2018, 22:13
autor: Sokolnik

Cień strachu przemknął przez myśli Dresza, ale starał się jak najszybciej go zamaskować i wypchnąć. Jeśli chciał pozostać w tym momencie jako tako bezpieczny jego rozmówca nie mógł go wyraźnie ujrzeć, nie mógł ujrzeć niczego co dawałoby mu przewagę.

Zesłany przez Chorążego niepokój świdrował jego myśli, powodując dobrze znane uczucie: żołądka, który zdawał się podchodzić do gardła. Jednak nie było ono dla Sokolnika niczym nowym. Właściwie towarzyszyło mu już od momentu gdy tylko wszedł do Kanałów.

Do Dresza wreszcie dotarło w jak niebezpieczną grę się wplątał. Ich "rozmowa" wcale nie była rozmową. Była bitwą. Grą magii, umysłów i subtelności. Grą zdradliwą, niebezpieczną i cholernie ryzykowną. A on wcale nie czuł się w niej pewnie. Zrozumiał, że Chorąży pragnie go pochwycić, zmiażdżyć i nagiąć do swojej woli. Bynajmniej nie fizycznie, a w sposób dużo gorszy. Sposób, który wypaczy go od środka, zniszczy. Ta niesamowita gra była czymś, w czym Sokolnik nie miał wiele doświadczenia. A już niewątpliwie będący przed nim stwór znał ją o wiele lepiej. Wiedział, że mimo to musi się jej podjąć, że próba zignorowania Chorążego prawdopodobnie tylko pogorszy jego sytuację, a w najlepszym wypadku sprawi, że utknie w martwym punkcie. Mógł liczyć jedynie na Nessira, który zdawał się zupełnie nie być w stanie zrozumieć co się dzieje, ale też być przez to wszystko zupełnie nietknięty. Paradoksalnie bycie z magicznego punktu widzenia kompletnym beztalenciem prawdopodobnie pozwalało mu naprawdę wiele w tym momencie zdziałać. Chociaż wiedziony wcześniejszymi doświadczeniami Sokolnik nie mógł stawiać wszystkiego na jego kreatywność, czy zdolności intelektualne.

Ponownie wypchnął ze swojej świadomości skradające się uczucie strachu i wzburzenie wywołane obrazami, które przyszło mu przed chwilą zobaczyć. Musiał. Się. Skupić.

Zatrzymał się na chwilę, aby złapać oddech. Zluzował wcześniejszy nacisk magiczny, wycofując się nieco, ale dbając o to, aby nadal na swoim przeciwniku wywierać pewną presję. Nie chciał, aby tamten uznał, że całkowicie odpuścił. Skupił się natomiast na czymś innym, czymś co mogło być niesamowicie istotne, a co zapewne z łatwością mógł przeoczyć. Na wiążącej go z plugawym demonem, a umożliwiającej im rozmowę nitce magii. Posłał swoją energię, aby naruszyć ją nieco i zbudować na swój sposób. By uczynić silnym i wyraźnym to połączenie, które umożliwia im rozmowę... A jednocześnie tylko je. Starał się wytłumić swój nadmiar myśli, odciąć Chorążego od jego rozbieganego umysłu i tego co się w nim kryje. Umożliwić mu rozmowę i tylko to, nic więcej. Ostrożnie starał się zrozumieć gdzie sięgają wici magii demona i jakie plany za sobą kryją. Obserwował bardzo intensywnie jego poczynania, starając się jak najszybciej uczyć i adaptować. Stać się równie subtelnym w swoim rozumieniu, co tamten w działaniu.

Powstrzymał chęć, aby panicznie wręcz zaprzeczyć stwierdzeniu rozmówcy. Nie. Demon tego właśnie chciał - paniki, strachu, chaosu w jego głowie. Tymczasem Sokolnik miał zamiar włożyć swoje siły w to, aby zachować czysty umysł, spokój i nie podejmować pochopnych działań. Wiedział, że usłyszane teraz słowa były kontratakiem na wcześniejsze działanie Dresza. Nie mógł być pewien, czy to faktycznie jego nacisk przymusił demona do pokazania mu tych obrazów, czy też był to jakiś element misternego planu, jednak pomimo ciemności w jakiej błądził Sokolnik zdołał postawić kilka kroków w przód. Nie potrafiąc ocenić jak dużo może jeszcze uzyskać siłą bał się próbować. Czy potrafił stwierdzić jak jego własne możliwości miały się do tych przeciwnika?

- Jeśli wiesz wszystko, wiesz po co tu jestem - wkroczył w grę Chorążego. Kiedyś usłyszał, by nigdy nie droczyć się z demonami. Że one zawsze wygrają, że zawsze okażą się sprytniejsze. Z drugiej strony, były to słowa wynikające z ludowych bajań i podań. Dla tych ludzi sam Sokolnik mógł być bliski demona.

Postanowił zaryzykować. Spróbował podchwycić intencję demona, którą miał nadzieję, że dobrze zrozumiał. Własną magią, starając się działać najsubtelniej jak tylko potrafił chciał na swój sposób skopiować to, czego sam doświadczył przed chwilą. Jednak nie zsyłał niepokoju. Nie, chciał wzmocnić chęć demona do opowiadania o tym, jak to wszystko wie. Do przechwałek i pokazania siebie samego. Chciał aby Chorąży zaczął opowiadać. Jak najwięcej i jak najskładniej.

Wtedy pozostawało mieć nadzieję, że jeśli plan się powiedzie, to Dresz usłyszy coś przydatnego. A przede wszystkim kupi czas Nessirowi. Pomoc wojownika była mu potrzebna. Samotne, mentalne starcie z demonem mogło okazać się jednostronne. Wiedział dobrze jednak, że nie może dać swojemu towarzyszowi żadnych wyraźnych sygnałów ani wskazówek, bo tym samym przekaże je też Chorążemu.


Re: Kanały

: 03 paź 2018, 14:34
autor: Dahhard

To sen? – zapytał sam siebie. Cały czas nie mógł uwierzyć, że znajduje się w kompletnym osamotnieniu, otoczony przez nieprzeniknione ciemności. Chwycił się za głowę i szybko tego pożałował. Głowa bolała, jakby ktoś wbijał w nią gwoździe. Połamana szczęka ze szczególnym okrucieństwem dawała znak magowi, że jeszcze nie umarł. I bynajmniej nie śnił.

Na myśl o tym co doprowadziło go do tego stanu, ciało młodego alchemika przeszył zimny dreszcz. Chwilę zajęło nim zaczął dalej analizować swoją sytuację. Ogólne zmęczenie, a także pragnienie i głód towarzyszące teraz młodzieńcowi, nie pomagały w skupieniu. Myśli cały czas tworzyły niezrozumiałą plątaninę. W jego umyśle obrazy na przemian zamazywały się i rozjaśniały, pojawiały, żeby zaraz zniknąć i zostać zastąpione innym.


Dahhard czuł się, jakby miał gorączkę, lecz nim zdążył się nad tym zastanowić, zakręciło mu się w głowie co omal nie doprowadziło go ponownie do pozycji leżącej. Był głodny i potwornie spragniony. Niestety dookoła nie było niczego co mógłby zjeść lub wypić. Brak światła powodował dezorientację, która tylko bardziej pogarszała samopoczucie.

Po krótkiej chwili trwania w bezgłośnej ciszy, którą zakłócały tylko tabuny myśli wirujące w głowie Dahharda, mężczyzna poruszył się. Spróbował podnieść się z klęczek. Kolana bolały równie mocno co reszta ciała. Po krótkim wysiłku, który zmęczył zaskakująco mocno, alchemik znalazł się w pozycji stojącej. Spróbował zrobić jeden krok, potem drugi i następny. Zrobił kilka ruchów w bliskiej odległości starając się zbytnio nie oddalać. Było jasne, że jeśli będzie tego chciał, nogi poniosą go w wybranym kierunku. Tylko jakim?

Alchemik zaczął zastanawiać się, w którą stronę udali się jego towarzysze. Zostawili go… Był zły, jednak po chwili uznał, że nie będzie próbował obarczać ich winą za swoją sytuację. Leżąc na ziemi wyglądał pewnie jak trup, więc nic dziwnego, że go porzucili. Sam postąpiłby podobnie.

Jeśli nie chciał tutaj utknąć na zawsze, musiał poszukać wyjścia. Po omacku nie było takiej możliwości, jednak chłopak przypomniał sobie o kaganku, który miał przy sobie, gdy tu schodzili. Może uda mu się go znaleźć? Dahhard z trudem pochylił się, aby później opaść na kolana. Podjęcie samej próby dawało jakieś nadzieje, jednak nie gwarantowało to żadnego powodzenia. Gdyby, jednak dotarł znalazł naczynie, mógłby przy użyciu krzesiwa rozpalić ogień. Szukając, alchemik czuł się bardzo bezradny.

W międzyczasie zerknął do swej torby. Nie znalazł tam nic prócz krzesiwa, liny i eliksirów. Gdyby miał przy sobie swój dobytek, jego sytuacja mogłaby zmienić się diametralnie. Z beznadziejnej co najmniej na stabilną. W pewnym momencie, jakby niespodziewanie, na młodego mężczyznę spłynęło olśnienie. Dar od bogów. Był przecież magiem, potrafił leczyć mniejsze rany. Chciał chociaż spróbować, jednak nie był pewien czy obecny stan pozwoli mu czarować. Warto było spróbować przy pomocy magii zmniejszyć ból głowy, a także nieco rozluźnić spięte i poobijane mięśnie na całym ciele.

Ciszę, która trwała już od dłuższego czasu przerwały hałasy. Dahhard wzdrygnął się na samą myśl, że może ponownie mieć do czynienia z potworami tkwiącymi w tych katakumbach. Dźwięki przypominające tarcie blachy o blachę nie były jeszcze bardzo wyraźne, a to oznaczało, że ma nieco czasu, aby chociaż odnaleźć światło. Nie wiedział jak wiele.

Dahhard w jednej chwili porzucił nadzieje związane z uratowaniem mistrza. Teraz musiał dbać o własne życie. Poprzysiągł sobie, że nie zginie, nie teraz i nie tutaj. Chwilę później gorączkowo szukał kaganka.


Re: Kanały

: 03 paź 2018, 15:04
autor: Rowena
Wprost uroczo.
Wycieńczona, zagubiona, głodna, brudna i obolała szła korytarzem, wydawałoby się, bez końca. Gdy weń weszła, wymacała w torbie krzesiwo i świecę. Niezręcznym ruchem roztrzęsionych rąk udało jej się zapalić knocik i wkrótce chybotliwy płomień choć trochę oświetlił jej drogę. Bez niego było ciemno, że oko wykol.
Białowłosa – choć to określenie teraz do niej zupełnie nie pasowało – przesuwała się powoli. Ta droga, to miejsce zmęczyły ją już nadto, a najgorsze, że nie mogła się cofnąć. Mogła tylko iść i iść, nie wiedząc gdzie i po co. Zawsze musiała wtykać nos w nie swoje sprawy i pakować się w kłopoty. Żyła już na tyle długo i w takich warunkach, że powinna nauczyć się ostrożności i przezorności. Natomiast Rowena była najlepszym przykładem nieroztropności i braku logicznego myślenia. Po prostu głupia, opętana, naiwna i płytka jak brodzik dziewczyna. A do tego zuchwała i arogancka.
Ostatnimi czasy te dwie cechy charakteru znacznie przycichły na rzecz tych mniej chlubnych. Mniej – w jej przekonaniu oczywiście. Okazywała się słabą, bezbronną dziewczynką, która potrzebowała pomocy i niemalże ojcowskiej opieki, której tak brakowało jej przez całe życie. Niezaradna, głodna, brudna i bez dachu nad głową zjednywała sobie męską część społeczeństwa niespotykaną urodą. Bujnymi, białymi włosami, dużymi szmaragdowymi oczyma, rumianymi policzkami i jasną cerą. Łatwo było się nią zauroczyć, łatwo zakochać w tym obrazku, lecz prawda o niej była inna i ten zarys bezradnej i zagubionej dziewczynki burzył wszystko, co mogło w niej zachwycać. Wzbudzała litość, żal i coś na kształt miłosierdzia. W końcu któż nie pomógłby ładnej, lecz biednej sierocie? Albo nie wykazał się rycerskością, aby uratować damę w potrzebie? Pierwszego dokonał Aleksis. Drugiego Kot’eleiven. Ale przecież Rowena, ta prawdziwa Rowena nie była ani potrzebującą, ani tym bardziej damą. Potrafiła jako tako zadbać o siebie. Miała swój miecz, umiejętności i odwagę. Miała taką wewnętrzną siłę i tylko jej demony potrafiły ją zniszczyć. I zrobiły to. A teraz – odeszły. Została sama. Mogła wreszcie żyć pełnią życia! Bez zjaw, duchów, chrzęstu kości, smrodu cmentarnej ziemi i chłodnego oddechu śmierci. Być panią samej siebie. Jednak najpierw musiała tę samą siebie odbudować. Tylko jak, kurwa, w tych cholernych podziemiach?! Tyle było sprzeczności i myśli pędzących z prędkością światła w białowłosej głowie. Wolnych od upiornych podszeptów, że Rowena nad nimi nie panowała. Gubiła wątki, przeplatała je bez logicznego ciągu, ale cieszyła się tą wolnością umysłu. Nie musi już się bać, nie musi szukać nekromantów – wcale nie chce ich szukać! W tejże chwili wolałaby nawet wieść życie swojej matki – proste, rozpustne i niebezpieczne, ale nie pod względem magicznym, lecz zarówno wojowniczym, jak i uczuciowym. Ta wolność zaczęła budować Rowenę od nowa i tylko to miejsce w tym przeszkadzało. Nie umiała jednak wrócić. Musiała wierzyć, że na końcu drogi znajdzie wyjście. Opuści Minaloit i zostawi za sobą wszystkie wspomnienia związane z tym miejscem. Choć będzie to bolesne, bo rany wciąż są świeże, w końcu się zabliźnią. Nie spojrzy wstecz…
Tymczasem spojrzała pod nogi. Od jakiegoś czasu mijała zwłoki. Ciała krasnoludów. Zdmuchnęła świecę, ponieważ tu i ówdzie w salach i korytarzach, przez które przechodziła, posiadały prześwity. Wąskie, ale w totalnym mroku dawały naprawdę sporo światła. Patrząc na trupy, obudził się w niej zmysł przetrwania. Jednym z elementów sztuki „życia pomimo okoliczności” było umiejętne wykorzystanie tychże. W tej sytuacji oznaczało to zwykłą grabież. Zaczęła więc przeszukiwać szaty i torby zmarłych w poszukiwaniu cennych lub praktycznych przedmiotów. Jedne mogła sprzedać, drugie wykorzystać. Najpierw wsunęła do torby kilka grubych świec. Mogły się przydać, choć światło dawało nikłe, nie musiałaby marnować swojej czarnej świecy. Innemu poległemu zabrała sztylet. Był piękny i musiał być sporo wart. Jego rękojeść inkrustowana była drogocennymi kamieniami, a sama klinga pokryta motywem winorośli. Pasował bardziej do elfa niż krasnoluda. Może długobrody też go ukradł? Swój sztylet zostawiła w piwnicy Aleksisa, kiedy wycelowała ostrzem w serce alchemika, a ten bezmyślnie chwycił go w obie dłonie. Pal sześć rany, które sobie zadał. Ostrze było zatrute. Rowena podała Bentrumowi antidotum, bo przecież nie chciała go zabić tylko…zniechęcić. Nie udało się ani jedno, ani drugie, bo Aleks jakby za punkt honoru obrał sobie „ocalenie” Roweny. Sam jednak się zatracił, zakochując się w niej bez pamięci. Wracając jednak do sedna – sztylet przepadł, więc przyda się nowy.
Inna broń czy elementy opancerzenia nie interesowały jej. Zwłaszcza zbroje – ciężkie i zdecydowanie nie w jej rozmiarze. Owszem, niektóre z nich mogły mieć magiczne właściwości, ale Rowena nie mogła mieć o tym pojęcia. Bardziej zafascynował ją przybornik jednego krasnoluda pełen fiolek zawierających różnokolorowe płyny. Od razu pomyślała o zniszczeniach w sklepie Bentruma. Ot, taka mała rekompensata dla tych, którzy chcieliby go odbudować… A może też były to leki, trucizny lub magiczne mikstury wywołujące zaklęcia? Tak, to zdecydowanie może się przydać. U innego znów znalazła parę złotych monet, kolejnemu zabrała sygnet…takie tam złodziejskie nawyki. Dłużej zastanawiała się nad zwojami, które jeden z umarlaków trzymał w torbie. Rowena rozwijała je i obracała w różnym kierunku, próbując odczytać. Niestety nie potrafiła. Jeden z nich szczególnie ją zainteresował, bo przedstawiał mapę i była przekonana, że była to mapa tuneli. Wsunęła zwoje do torby, gdy coś wyrwało ją z przemyśleń…
Poważnie?! Ledwo złapała równowagę po pojedynku z krwiożerczym potworem. Była głodna, pobijana, ranna i śmiertelnie zmęczona. Naprawdę miała dość tego miejsca i jego…na wpół martwych mieszkańców. Jak coś umarło, powinno nie żyć! Jej zdenerwowanie wzięło źródło od chrzęstu żelaza dobiegającego z głębi korytarza. Nie wróżyło to nic dobrego. Przynajmniej ostatnie wydarzenia o tym świadczyły. Nikt, kogo spotkała na swojej drodze w Kanałach, nie był przychylnie nastawiony. Podniosła się powoli, upychając zdobycze w torbie, która z pustej zrobiła się pełna i cięższa. Ostrożnie wysunęła miecz i ruszyła naprzód. Czas zabić kolejnego skurwiela…

Re: Kanały

: 12 paź 2018, 11:05
autor: Nessir

Wszystko powoli zaczynało układać się w jedną całość. Mimo początkowej niepewności, która ogarnęła jego umysł i ciało zacisnął pięści i głęboko odetchnął. Gdy lekko przymknął oczy i skupił wzrok na Sokolniku, początkowy strach wywołany nowymi doznaniami odszedł. Mógł teraz lepiej zaplanować następne działania. Miło było dla odmiany wiedzieć co się dzieje wokół niego. Nie byłby ze sobą szczery, gdyby twierdził, że rozumie zasady rozgrywki, którą prowadził jego kompan, ale świadomość tego, że w ogóle ma miejsce jakakolwiek rozgrywka była sporym udogodnieniem.

Jeżeli Sokolnik nie był w stanie wykonać choćby najmniejszego ruchu lub gestu to sytuacja, w której się znaleźli nie była zbyt komfortowa. Nie do końca potrafił rozszyfrować to czy bierna postawa jego towarzysza była świadomym wyborem czy tez obowiązkowym elementem mentalnej potyczki, którą prowadził. Tajemniczy stwór siedzący po środku misternie wykonanych malunków nie był zbyt zainteresowany najemnikiem i tę przewagę w końcu postanowił wykorzystać.

Chwycił za miecz i zacisnął mocniej dłoń na jej rękojeści. Wyciągając ostrze robił to możliwie jak najciszej tak aby nie zwracać na siebie uwagi. Wolną ręką sięgnął po tarczę, którą zdobył w podziemiach. Nie był świadomy jej wartości czy możliwości, ale odkąd ją znalazł, mocno wierzył w to, że jeżeli cokolwiek ma go uratować od ciężkiego uszczerbku na zdrowiu to właśnie będzie ten przedmiot. Kolejnym pytaniem, które zrodziło się w jego prostym umyśle był sposób ataku obrzydliwej kreatury.

Pozornie na łatwiejszego przeciwnika nie mógł trafić. Z wyglądu zupełnie niegroźny, a jednocześnie mało mobilny. Nie przejawiał żadnych znaków życia i w dodatku sprawiał wrażenie jakby Nessira w ogóle nie było w tym pomieszczeniu. Miał szczerą ochotę po prostu podejść do kreatury i zbić ostrze miecza w ciało. Wiedział jednak, że zrobić tego w ten sposób nie może. Powodem dla którego miał obawy były malunki na podłodze. Z jakiegoś powodu kreatura siedziała akurat „zamknięta” w tych malunkach. Z własnej woli czy nie, nie miał pewności czy malunki na ziemi mogą mu pomóc czy przeszkodzić.

Oblizał nerwowo wargi i skupił wzrok na przeciwniku. Czuł przyśpieszone bicie serca, drżenie mięśni i ścisk w żołądku, za którym tęsknił. Zrobiło mu się cieplej, krew w jego organizmie znów zaczynała się gotować. Zawsze przed starciem lub w kluczowych dla niego momentach jego organizm wysyłał mu podobne sygnały. Nauczony doświadczeniem wiedział, że to jest ten moment, w którym jest gotów. Zrobił pierwszy krok, w prawą stronę, tak aby zwiększyć dystans między nim, a Sokolnikiem. Jednocześnie oddalił się od malunków, tak aby lepiej ogarnąć wzrokiem najbliższe otoczenie. Musiał wykorzystać fakt, iż nikt nie zwraca na niego uwagi. Znów oblizał wargi i zaczął liczyć odległość. Gdy był już pewien, ruszył do ataku. Pierwszy krok był przyniósł kolejną falę ekscytacji, a drugi pewność siebie. Lekkim truchtem zbliżał się do ścisłego centrum przestępując z pięt na palce. Jednocześnie regulował oddech, tak aby w kluczowym momencie wypuścić nadmiar powietrza. Gdy wystarczająco skrócił już dystans, wydłużył krok i przyśpieszył. Tuż przed malunkami zboczył z kursu i odbił mocniej w prawą stronę, osłaniając się tarczą. Cały ciężar ciała przeniósł na lewą nogę i wybił się z niej, chcąc zaatakować od boku, a nie frontalnie. Czuł się fantastycznie, napędzony rządzą zemsty za wszystkie krzywdy, które spotkały go w tych podziemiach skupiony był tylko na przeciwniku. Będąc już w powietrzu opuścił lekko tarczę i starał się użądlić mieczem swojego przeciwnika celując gdzieś w okolice szyi lub obojczyków. Niezależnie od efektów ataku, chciałby wylądować lekko uginając przy tym kolana. Zaraz po tym odwróciłby się frontem do przeciwnika i odbiegł kilka kroków w tył osłaniając się tarczą. W głowie obmyślałby plan następnego ataku.