Kanały

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Kanały

04 maja 2014, 22:37

Od czasu zwanej Plagą Minaloicką wielkiej zarazy, która miała miejsce w latach 403-405EF, kanały pod Minaloit stały się miejscem wręcz mitycznym. Odkryte na początku zakładania tego górskiego osiedla, a więc w roku 398 Ery Feniksa, korytarze zdawały się być idealne do wykorzystania w formie ścieku. Spora ilość przeróbek, jakich dokonali osadnicy, pozwoliła im na odprowadzanie nieczystości wprost do leżącej na południu miasteczka rzeki Napogi. Istnienie kanałów okazało się niezbędne dla istnienia Minaloit jako takiego – spływający wiosną z gór, roztopiony śnieg znajdował tutaj ujście, nie zalewając miasteczka. Niepotrzebne ścieżki odnalezionych komnat zamurowano, resztę uprzątnięto i tak właśnie całość funkcjonowała nieprzerwanie od kilkunastu lat. Nie przeprowadzano tutaj właściwie żadnych badań, traktując istnienie tych starożytnych tuneli jako dopust Piętnastki.

Plotki pojawiły się nieco później. Mówiono, że choroba, jaka przetrzebiła osiedle, wyszła właśnie stąd, rażąc mieszkańców rozkwitającego Minaloit niczym młot samego Mealena. To tutaj palono zwłoki, stąd wyszli pierwsi zarażeni – chodzące trupy o wielkiej sile i nieposkromionej żądzy mordu. Dopiero powrót niejakiego Bakero, ówczesnego burmistrza miasta, położył kres tym cierpieniom. Dla wielu spraw było już jednak za późno. Bractwo, które trzymało pieczę nad rozwojem osiedla, rozpadło się, większość mieszkańców zmarła bądź wyjechała, a namiestnik prowincji utworzonej wokół niego do teraz jest obiektem drwin możnych, zwących go czasem „Psem Derinu”. Z oazy światłych umysłów Minaloit stało się zabitą dechami dziurą, do której nikt nie chciał się przeprowadzić. Główną populację stanowili górnicy oraz ich rodziny, niestrudzenie pracując nad wydobyciem bogactwa Ikrem – srebra.


Kanały nadal były używane, ale na zdecydowanie mniejszą skalę. Ludzie bali się tam zapuszczać, pozostawiając porzucone tam za czasów zarazy przedmioty samym sobie. Mówiono, że można tam znaleźć oręż, artefakty, wynalazki – wszystko, czego dusza zapragnie. Mimo tego mało która grupa śmiałków decydowała się ostatecznie na zejście wgłąb – a były po temu dwie, powszechnie znane drogi.


Pierwsza, najbardziej oczywista, prowadziła z miasta. Wystarczyło uderzyć na południe osiedla, aby dojść do dużego, okrągłego, niezabezpieczonego otworu. Po Pladze Minaloickiej zamierzano go nawet zamurować, ale zaprawa okazała się niezbyt trwała, przez co konstrukcja rozpadła się, a jej gruzów nie uprzątnięto. Zresztą, jako wytwór ludzkich rąk cały ten od siedmiu boleści „portal” z definicji nie był szczególnie mocnym konstruktem. Wybito go tak, aby można było we względnie łatwy i bezpieczny sposób zejść niżej, do właściwych kanałów. Po przybyciu do Minaloit krasnoludzkiej ekspedycji ze Złotego Wąwozu przejście to prowadziło prosto w objęcia stacjonujących nieco dalej w podziemiach brodatych wartowników, którym nie przeszkadzał najwyraźniej smród spływających do otworu nieczystości. Większość bowiem mieszkańców Minaloit wzorem obywateli znamienitszych metropolii wyrzucało nieczystości wprost na błotniste ulice, licząc na to, że zmyją je deszcze bądź same spłyną do otworu na końcu miasta, czemu sprzyjało obniżenie terenu w kierunku południowym.


Drugim ogólnie znanym wejściem było to od strony samej rzeki. Aby do niego trafić, należało iść traktem z miasta aż do miejsca, w którym przecinał on Napogę. Następnie, idąc w górę jej nurtu, nie sposób było nie trafić do jedynego ujścia kanałów. Choć kiedyś tego okrągłego przejścia (o średnicy około dwóch metrów) chroniły ustawione raz przy razie, grube, stalowe pręty, teraz kilka z nich było uszkodzonych. Powstała na skutek działania jakiejś żrącej substancji dziura prawdopodobnie również była chroniona przez krasnoludy. Pozwalała bowiem nawet wyrośniętemu mężczyźnie na przeciśnięcie się dalej – z trudem, na kuckach, ale pozwalała – co mogło prowadzić do przykrych dla Minaloit konsekwencji.


Idąc korytarzem otwierającym się za uszkodzonymi kratami można było po lekkim łuku dojść do samego miasta, wychodząc na jego południu – opisanym wyżej portalem. Po drodze kilkadziesiąt metrów od tego wylotu, mijało się tylko jedną odnogę, prowadzącą do krasnoludzkich tuneli. Do odnogi tej wpadały – tak z lewej jak i z prawej – kolejne tunele, w większości zamurowane. Te odpieczętowane były natomiast chronione przez kolejnych brodaczy, które generalnie cały kompleks uważały za swój.


Część użytkowa kanałów była więc względnie mało rozbudowana – ot, jeden tunel prowadzący właściwie prostą drogą od Minaloit do Napogi i jedna, nachylona odpowiednio odnoga prowadząca do podziemnej siedziby krasnoludów. Przez środek obu tych kwadratowych tuneli szły kamienne rynny, którymi nieczystości płynęły do rzeki. Z racji małej populacji miasta było ich niewiele, przez co większość z nich po prostu tutaj zalegała, czekając na deszcz. Ziemia była tutaj twarda i nieskora do poddania się pracy ludzkich rąk, więc tylko niektórzy z bogatszych obywateli żyjących w mieście mogli sobie w przeszłości pozwolić na posiadanie własnych, domowych odpływów. Teraz jednak, po przybyciu do Minaloit krasnoludzkiej ekspedycji, ostatni z nich – ten idący od zrujnowanego ratusza miejskiego – został zlikwidowany, dzięki czemu nieczystości trafiały do kanałów jedynie leżącym na południu miasta, południowym portalem oraz od strony krasnoludzkich tuneli. Po lewej i prawej stronie rynien pozostawiono wąskie chodniki pozwalające na przejście jednej, niezbyt szerokiej w barach osoby.


Pozostałe odnogi, ciągnące się zapewne wiele sążni pod górami Ikrem pozostawały niezbadane, mówiono jednak, że prowadzą one bezpośrednio do przedsionka Dravenghr – mitycznej kopalni, jaką mają na celu odzyskać brodaci obywatele miasta (w sile około dwóch tysięcy chłopa), zajmujący się obecnie zabezpieczaniem terenu.


MG

Rześka po noclegu nad rzeką grupa wysłana przez wujaszka Festera do kanałów pod Minaloit kierując się prawie wyłącznie nosem doszła koło południa do ich wylotu. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Duże wejście zostało zakratowane parę ładnych lat temu, choć wstawione w nie, grube jak przedramiona dorosłego mężczyzny pręty wydawały się kompletnie nie na miejscu. Mocna, biaława skała została w prymitywny sposób naruszona, przebita na wylot i podmurowana, pozwalając płynącym prosto z Minaloit brudom na wylewanie się prosto do rzeki. Fakt faktem, że nieczystości tych nie było ostatnimi czasy zbyt wiele z powodu małej populacji osiedla, ale i tak śmierdziało stamtąd nieziemsko. Bystre oczy Ailei dostrzegły znajdujące się nad portalem fragmenty dziwacznego, nieznanego jej pisma. Krótkie doświadczenie długouchej z krasnoludami ze Złotego Wąwozu kazało jej sądzić, że tylko one byłyby w stanie odczytać te niekompletne ciągi sypiących się znaków. Jakikolwiek nie byłby ich przekaz, ludzcy osadnicy Minaloit kompletnie się nim nie przejęli, doszczętnie niszcząc wejście do starożytnych komnat, które, o ironio!, obrali za idealne miejsce do (dosłownego) obsmarowania fekaliami.

Czwórka śmiałków nie miała jednak na co narzekać. Lepiej było dla niej usunąć kilka z metalowych prętów niż przebijać się przez pradawne, kamienne wrota. Kilof dźwigany bez konkretnego powodu przez Dahharda miał wreszcie znaleźć swoje zastosowanie. Wedle wszelkich przesłanek to tutaj znajdowało się ongiś wejście do najwyższych komnat przedwiecznej kopalni Dravenghr, którą chcieli odzyskać brodacze z Wąwozu. Nawet jednak oni nie ośmielili się zejść głębiej, poprzestając póki co na zabezpieczeniu dwóch z trzech wejść do kompleksu. Aż dziw brał, że przy trzecim nie stało ze czterech krasnoludzkich gwardzistów. Być może uznali oni, że kraty powstrzymają ewentualnych eksploratorów albo stali nieco dalej. Możliwe też, że zwyczajnie się czegoś obawiali.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

06 lip 2014, 20:50

MG

Po raz kolejny potwierdziło się, że powierzenie swojego losu mężczyznom nie prowadzi do niczego dobrego. Ailea, która jako jedyna nie zamierzała tak po prostu skorzystać z „zaproszenia” krasnoludzkich wojowników mogła jedynie ze zgrozą obserwować, jak wszyscy jej towarzysze – Sokolnik, Nessir, a wreszcie Dahhard – przechodzą na drugą stronę niewidzialnej, a wymierzonej między tarczami brodatych, linii. Tamci popędzali ją, pohukując słowa takie jak „już, już” i coś na wzór „szybko”. Ich żądania stały się przez to nieco bardziej przejrzyste i okazało się, że nie zamierzają atakować nikogo, kto przejdzie pomiędzy nimi – przynajmniej jeszcze nie teraz.

Chcąc nie chcąc, długoucha musiała w końcu udać się za swoimi drużynnikami. Gdyby tak uczyniła, zrozumiałaby, że oto krasnoludy każą im iść przed sobą, odwracając się tak, aby zablokować ewentualną drogę powrotu. Oczywiście, pomiędzy ich okrągłymi tarczami nadal było dość miejsca, żeby spróbować się przecisnąć, ale ostre topory w rękach wojów zdecydowanie zniechęcały do podjęcia tak pochopnej decyzji.

W razie, gdyby poszukiwacze Krwawej Róży ociągali się, brodacze gotowi byli lekko – jak na ich standardy – popchnąć ich swoimi metalowymi umbami. Nadal jednak nie pozbawiali nikogo broni i raczej stronili od fizycznego kontaktu, jakby bali się, że grupka nieco wyższych od nich istot była czymś zarażona. Na pewno nie chodziło im o zapach czy aparycję, bo nie wyglądali na takich, którzy nie mogli zdzierżyć kontaktu z przedstawicielami nieswojej rasy, ale ich zachowanie z pewnością odbiegało od normy. Trudno było powiedzieć, co je spowodowało, jednak najprostszą odpowiedzią był zwyczajny strach. Krasnoludy nie chciały drażnić drużynników, trzymając się w miarę możliwości z dala i jedynie każąc im przemieścić się w jakieś miejsce, które dziwnym trafem wypadało akurat tam, gdzie poszukiwacze i tak mieli się udać.

Czyżby ci konkretni przedstawiciele rodu Mealena zamierzali zdradzić swoich ziomków i udzielić bandzie powierzchniowców wsparcia, prowadząc ich wgłąb kompleksu? Potwierdzenie ich zamiarów wymagałoby znajomości głębinowej mowy, więc póki co wszystko pozostawiało w sferze domysłów. Jakby jednak nie było, odwracanie się tyłem do uzbrojonych po zęby karzełków nie wyglądało na dobry pomysł, przynajmniej dopóki komuś nie uśmiechało się wyciąganie topora spomiędzy łopatek. Nerwowa atmosfera udzieliła się każdemu z zebranych. Wiedzieli, że to od ich decyzji, którą zmuszeni byli podjąć w ciemno, zależy dalszy los wyprawy.

Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 98
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

06 lip 2014, 22:18

Jeszcze żyli. Zachowanie krasnoludów było niecodzienne, zdawałoby się, że powinni się oni czuć pewniej, byli przecież u siebie. Tymczasem postanowili przepuścić drużynę przed sobą i ostrożnie popychać, jakby prowadzili zarażonych. Może też spotkali się z tutejszymi stworzeniami i mieli jakieś podejrzenia? Może dało się tym zarazić? Dresz mimowolnie wrócił myślami do zająca, którego przyszło im spotkać. Niedobrze.

Ruszył przed siebie, korzystając z tego, że pierwszy przeszedł pomiędzy krasnoludami i nie był pierwszy do otrzymania ciosu toporkiem w plecy. Cóż, jakieś ludzkie odruchy wymagałyby przepuszczenia na przód Ailei, które tak czy siak zapewne była w najgorszej sytuacji, ale to pozostawił dwóm towarzyszom za nim. Sam miał swoje powody, by tego nie robić… albo nie miał, co za różnica.

[mod]Rusz dupę, przecież w drugą stronę nie ma krasnoludów. To może być nasza szansa, przejście. Lepiej, żeby nie okazało się ślepym zaułkiem. Sprawdź chociaż kawałek.[/mod] Dresz cicho parsknął wyrażając w ten sposób swoją irytację nim zdążył się pohamować. Mógł jedynie mieć nadzieję, że krasnoludy nie usłyszały tego dźwięku, jeszcze pomyślą sobie coś, czego pomyśleć zdecydowanie nie powinni.

- Nie wiem co mają zrobić, ale na tę chwilę są za nami, a to dobrze. – wymamrotał do drużyny. Starał się mówić cicho, zdawał sobie jednak sprawę, że krasnoludy prawdopodobnie i tak nie zrozumieją, więc wysilił się na tyle, aby pozostali go na pewno dosłyszeli. Pozostawało pytanie co teraz. Brodacze nie są w stanie ich gonić, tutaj było na to szans. Problem pozostawał taki, że Sokolnik nie miał wątpliwości, iż im dalej w tunel, tym będzie ich więcej. A oznaczało to, że ucieczka na oślep oznaczała po prostu wpadnięcie na kolejne krasnoludy. Musieli iść z nurtem rzeki, albo raczej zgodnie z tym co nakazywała uzbrojona w tarcze dwójka, grzecznie i spokojnie. Przynajmniej jak na razie.

[mod]

Miał nadzieję, że Sokół zdąży rozeznać się choć trochę w sytuacji nim dojdzie do tego, co miał zamiar zrobić. Gdy będą mijać zakręt, w który wleciał ptak, lub też dwójka idących za nimi wartowników postanowi skręcić w jedną z dwóch wcześniejszych odnóg Dresz rzuci do swoich drużynników proste hasło: "wiejemy". Później już tylko będzie miał nadzieję, że ci pobiegną za nim. Jeśli odbędzie się to przy mijaniu korytarza, sprawa będzie prosta. Jeśli przy wcześniejszym zakręcie, prawdopodobnie będą musieli minąć kolejne krasnoludy. Sokolnik będzie starał się je w miarę możliwości omijać, lub też oszołomić je w biegu na tyle, aby on i pozostali mogli kontynuuować dalej.

[/mod]

Martwił się o elfkę, która mogła nie nadążyć w razie prób ucieczki, ale nie miał jak jej pomóc, nie tym razem. Mogła chociaż dać mu wcześniej tę cholerną torbę. W miarę jak szli coraz dalej jego ciśnienie przyśpieszało coraz bardziej. Czuł kompletną suchość w ustach, na dłoniach miał pot.

[mod]

Adrenalina szalała w jego ciele, sprawiając, że i tak już nienaturalnie ostre zmysły wyostrzyły się jeszcze bardziej. Czuł, że jego nerwowość udzieliła się w pewnym stopniu także Sokołowi. Szczęśliwie, odczuwanie jego emocji nie była dla ptaka pierwszyzną i nie powinno to w niczym przeszkodzić. Powtarzał w myślach, jakby miał w ten sposób nakazać to krasnoludom, aby ominęli pierwsze zakręty i poszli dalej, do upragnionego tunelu, gdzie uskoczą w bok i znikną w ciemności. Może za nimi nie pobiegną, z jakiegoś powodu unikali tej odnogi.
A co, jeśli Sokół trafi na ścianę? Jeśli to będzie ślepy zaułek? Wtedy będą musieli posłusznie pójść tam, gdzie nakażą krasnoludy, prawdopodobnie tracąc przy okazji głowy. Cóż, znali ryzyko. Chyba.

[/mod]
Cóż złego może się stać? Najwyżej umrzemy.
Awatar użytkownika
Ailea
Posty: 102
Rejestracja: 03 maja 2013, 16:08
Lokalizacja postaci:
GG: 4469192
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2639

08 lip 2014, 20:55

Ailea należała do tego rodzaju kobiet, które najmniejszą nawet oznakę braku szacunku odbierają jako osobistą zniewagę. Całym szczęściem, elfka należała też do tego rodzaju kobiet, które nie chodzą z tłuczkiem do kartofli, lub innym ciężkim narzędziem na podorędziu. Spiorunowała jedynie wzrokiem towarzyszy i zacisnęła ręce w pięści.

- Cielęta… – mruknęła do siebie przez zęby

Dopiero nerwowy bełkot brodaczy skłonił ją do przejścia pomiędzy nimi. Miała przy tym wrażenie, że właśnie weszli w pułapkę bez wyjścia. No, ale jak wszyscy, to wszyscy, solidarnie. Dwóch krasnoludów skutecznie tarasowało im drogę ucieczki, a korytarz przed nimi ginął w mroku. Mimowolnie zaplotła ramiona na piersi, dając wyraz swej niepewności. Najbardziej denerwowało ją to, że zupełnie nie rozumiała, o czym rozmawiali między sobą, ani jak zinterpretowali słowa Sokolnika.

Ruszyła w spokoju razem z resztą, bijąc się z myślami. Przewinęła się pomiędzy Nessirem i Dahhardem, starając się znaleźć za plecami Sokolnika. Wolała widzieć drogę przed sobą.

Powoli dochodziła do wniosku, że sytuacja mogła być dużo bardziej zagmatwana, niż na początku sądziła. Był to na tą chwilę jedyny wniosek, jaki jej zasnuty niepokojem i czarnymi wizjami mózg był w stanie wyprodukować, a robienie góry z kretowiska było jej specjalnością. Skinęła odruchowo głową na słowa Sokolnika, z opóźnieniem przyswajając sobie ich znaczenie.

Dobrze? Niedobrze! – prychnęła w duchu. Ostatnim, czego pragnęła, było dwóch uzbrojonych po zęby krasnoludów dyszących im w karki… czy raczej w plecy.

Zerknęła ukradkiem przez ramię, dostrzegając ich krępe sylwetki. Bezpieczny dystans dzielił ich tarcze od ostatniego członka drużyny, co elfka uznała za wyjątkowo nienaturalne, jak na krasnoluda, zachowanie. Zazwyczaj człowiek odruchowo unika kontaktu, jeżeli ten drugi stwarza w jego mniemaniu zagrożenie, Ailea jednak nie mogła uwierzyć, by dwóch krasnoludów aż tak bało się trójki ludzi i elfa. W zasadzie pierwszy raz widziała krasnoluda, który się bał, co naprostowało nieco jej wyolbrzymione pojęcie o możliwościach tej rasy.

Odwróciła wzrok i skupiła się z powrotem na drodze przed nimi. Obserwowała bacznie ginący w mroku koniec przejścia, jednocześnie starając się zwracać uwagę na Sokolnika, którego w duchu uznała za dowódcę grupy. Nie miała żadnego innego pomysłu i, pomimo wewnętrznych oporów, postanowiła zdać się na doświadczenie innych.

Awatar użytkownika
Dahhard
Posty: 632
Rejestracja: 11 lis 2011, 12:15
Lokalizacja postaci: Kanały
GG: 25113951
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1010

09 lip 2014, 21:31

Dahhard zaczynał być nie tyle przestraszony co poirytowany całą sytuacją. W kanałach, które jak przypuszczał, gnieżdżą się krasnoludy, których mowy nie jest w stanie zrozumieć. Potworność.

Chciałby zakląć głośno, ale ostatecznie zrezygnował. Co jak co, ale zakute łby powinny zrozumieć przekleństwa wypowiedziane w wolnej mowie, było one przecież tak powszechne w całym świecie.

- Co w tym dobrego? – alchemik rzucił obojętnie, gdy tylko znalazł się w pobliżu Dresza. - Uciekniemy? W łapy kolejnych krasnoludów? – m ag odwrotnie do swojego towarzysza, nie uważał, aby byli w komfortowej sytuacji.

Mimo iż poszedł za nim, cały czas nie mógł przestać żałować tych kilku kroków. Teraz przed nimi zapewne znajduje się pełno nie ludzi, a od strony pleców mają ścianę w postaci dwóch odzianych w żelazne zbroje nieludzi. Ale jak to mówią – nie ma tego złego…
W każdym razie przybliżali się do Krwawej Róży, a przynajmniej tak sądził Dahhard. Oby krasnoludy nie popychały ich w zupełnie innym kierunku…

- Trzymajmy się blisko to może damy sobie jakoś… – westchnął, zdania już, jednak nie dokończył. W jednej chwili zdał sobie sprawę, że razem czy osobno mają nikłe szanse na osiągnięcie czegokolwiek.

Trzy dni na uratowanie mistrza? W kanałach, w których prawdopodobnie, aż roi się od krasnoludów, których nastawienie do grupy jest bardzo niejasne, nawet wieczność to byłoby zbyt mało.

Dahhard na ten moment szedł spokojnie czekając na ewentualną reakcję krasnoludów. Mogli spodziewać się po nich dosłownie wszystkiego. No może poza jednym. Chyba ich nie wychędożą…

Dahhard spojrzał ukradkiem na elfkę. Chociaż kto wie… – pomyślał uśmiechając się nieznacznie.
Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 263
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

09 lip 2014, 23:45

Nadal nie widać tego co napisał Sokolnik.




- No, najlepiej. – mruknął w stronę Sokolnika gdy ten postanowił w końcu przemówić. Nie mógł zrozumieć jego planu, a i tak się do niego zastosował. To nie było w jego stylu i wiedział, że zrobił źle. Prędzej czy później los bardzo dotkliwie go skarci za taką decyzję. Najemnik naprawdę nie wiedział co też Dresz miał w głowie gdy zdecydował się przejść jako pierwszy. Właściciel Sokoła był cwany i sprytny. Nożem w plecy dostanie jako ostatni.
Nessir chyba nigdy w życiu tak się nie prosił o zdradziecki cios jak teraz. Szedł sobie spokojnie z tyłu, czekając tylko aż brodacze wbiją mu ostrze po samą rękojeść. Przechodziły go ciarki, a plecy dziwnie zaczęły swędzieć. Czuł się bardzo nieswojo. Nawet nie zauważył gdy przed niego wepchnęła się elfka. Mądra kobieta. Wiedziała co może się za chwilę stać.
Lewą rękę miał ciągle na rękojeści sztyletu. Uznał to za konieczne. Wiedział, że w takiej ciemnicy nikt nie zwróci na to uwagi. Ciekaw był dalszego rozwoju spraw, a jednocześnie spodziewał się najgorszego.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

11 lip 2014, 17:29

MG

Jak to zwykle bywa, także i teraz po prostu musiało się coś spierdolić. Co istotne jednak, nie stało się tak bynajmniej z winy krasnoludów. Niscy wojownicy stanowczo, choć ostrożnie prowadzili czwórkę poszukiwaczy Krwawej Róży prosto jak w mordę strzelił. Tunel wedle wszelkich przesłanek ciągnął się aż do tworzącego się pod Minaloit, brodatego miasteczka. Drużyna minęła jednak po drodze kilka wejść do innych korytarzy. W pierwszym po lewej stronie stał czujny i spięty krasnolud o czarnej brodzie. Zamienił kilka słów z tymi, którzy szli za wybrańcami Festera, a następnie wysforował się na czoło pochodu i pobiegł przed siebie. Miał najwyraźniej za zadanie poinformować pozostałych o nieoczekiwanym znalezisku. Co jak co, ale nie co dzień napotykało się w kanałach osobników nienależących do rodu Mealena.

Przez pewien czas nic się nie działo. Grupka w napięciu przemierzała tunel, dochodząc wreszcie do miejsca, gdzie zdobiące gdzieniegdzie ściany kanałów kosze z żarzącymi się węglami rzucały nieco światła na otoczenie. Niesiona przez Dahharda pochodnia zdawała się już przygasać, kopciła zresztą niemożebnie, a jej płomień zbliżał się do ręki ucznia Aleksisa Bentruma. Wyglądało na to, że zrobione przez Nessira łuczywa nie wystarczały na zbyt długo.

Napięcie rosło, chociaż sytuacja nie zmieniała się. Brodaci wojowie nadal nie wykonywali gwałtownych ruchów. Wreszcie jednak któryś z drużynników pękł, a los chciał, że był to Sokolnik. Gdy tylko grupa zbliżyła się do drugiego, prowadzącego w lewo korytarza, Dresz rzucił do innych coś w stylu „Wiejemy!”, po czym skoczył do tunelu i tyle go było widać. Początkowo nie napotkał żadnych krasnoludów, co wziął za dobrą monetę, jednak wiedział, że jego manewr to przejaw skrajnego geniuszu bądź skrajnej głupoty. Biegł przed siebie, licząc na to, że jego towarzysze zrobią to samo.

Ci natomiast byli prawdopodobnie tak samo zaskoczeni, jak znajdujące się z tyłu krasnoludy, które, zdezorientowane, natychmiastowo przystanęły. Z racji jednak na konfuzję, jaka po manewrze Sokolnika w namacalny wręcz sposób wypełniła powietrze wokół, pozostali poszukiwacze zyskali małą chwilę na podjęcie decyzji. Mogli pobiec za Dreszem lub prosto, mogli też spróbować przeciwstawić się krasnoludom, do których zniknięcie jednego z drużynników docierało nieco wolniej. Pewnym było, że nie będą zadowoleni z tego, co się wydarzyło. Ich gniew mógł znaleźć ujście w stojącej przed nimi trójce powierzchniowców. Równie dobrze jednak brodacze mogli spróbować przekonać ich do zaniechania próby ucieczki. Wszelkie za i przeciw trzeba było rozważyć w locie, nie było czasu, żeby dłużej się nad tym zastanawiać. Albo w tę, albo we w tę, Dresz już wybrał.

//Nessirze – nikt nie napisał, że to, co znajduje się w tagu MOD poprzedniego posta Sokolnika zostanie ujawnione. Każdy ma prawo do jego stosowania, gdy jego postać zdolna jest do wykonywania ruchów ukrytych przed innymi.
Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 263
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

11 lip 2014, 23:21

Ta droga zdawała się nie mieć końca. Tak przynajmniej uważał młody najemnik. Wszystko tutaj wyglądało dokładnie tak samo. Może gówna było trochę mniej. Znudzony i nieco już zirytowany nadal szedł przed siebie, dokładnie tak jak mu kazano. Krasnoludy nie były zbyt rozmowne. Nawet między sobą nie zamieniali żadnych słów. Był to dość niecodzienny widok. W swoim krótkim życiu widział już kilku przedstawicieli tego gatunku i o dziwo żaden z nich nie był cichy tak jak tych dwóch. Kurduple zazwyczaj byli aż za głośni i często swoim obelżywym zachowaniem ściągali wzrok innych. Uśmiechnął się na wspomnienie o kilku brodaczach z którymi miał przyjemność pić w Kacerstwie. Ciekawe czy gdyby zdecydował się pójść z nimi do tego magazynu to spotkałby go inny los. Możliwe, że tamta akcja to też była zwykła pułapka i tak jak teraz szedłby w jakieś tajemnicze miejsce.

Gdy sytuacja zaczęła się zmieniać, Nessir czuł jeszcze większy niepokój. Kolejny krasnolud wcale nie był dobrym znakiem. A krasnolud biegnący przed siebie, zapewne celem poinformowania o ich przybyciu był kurewsko złym sygnałem. Nawet otoczenie w którym się znaleźli nieco się zmieniło. Zapewne dochodzili do celu. Czasu było mało, a ich sytuacja wcale się nie zmieniła. Wyszło na to, że mogło być już tylko gorzej.

Odwrócił na chwilę głowę aby zobaczyć czy Dahard poradzi sobie z pochodnią gdy usłyszał coś głośnego. Nie wiedział dokładnie co to było, ale gdy tylko spojrzał przed siebie, domyślił się o co może chodzić. Polecenie ucieczki. Dwa razy nie trzeba mu było powtarzać. Bez słowa rzucił się w pogoń za Sokolnikiem. Pamiętał jednak, że elfka stoi przed nim. Najszybciej jak to było możliwe starał się ją ominąć. Chciał uniknąć jakiekolwiek kontaktu fizycznego. Wolał nie wiedzieć co by się stało, gdyby w biegu trącił kobietę ramieniem. Tak drobna osóbka jak ona z pewnością upadła by na ziemię skreślając swoje szanse na ucieczkę.

Gdyby udało mu się zostawić za sobą resztę, nie miałby czasu myśleć o niczym innym niż o zachowaniu równowagi i szybkim przebieraniu nogami. Teren nie zachęcał do sprintów, a do tego trzeba było uważać gdzie się stawia stopę. Skręcenie kostki w takiej sytuacji to ostania rzecz jakiej potrzebował. Liczył, że jego towarzysze zrobili to samo i w krótce spotkają się w pełnym komplecie.

Awatar użytkownika
Sokolnik
Posty: 98
Rejestracja: 07 lip 2013, 21:37
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?p=44142#44142

12 lip 2014, 13:07

Nie było sensu rozmyślać czy pozostali nadążyli za tym nagłym zrywem, jeśli zostaną z krasnoludami ich los może okazać się marny. Jak na razie wszystko było w porządku, oderwał się bez problemu od grupy i zniknął za zakrętem nim prowadzący ich strażnicy zdołali w ogóle zrozumieć co się święci. Wyglądało na to, że będzie dobrze… dopóki nie spotka kolejnych krasnoludów.

Biegł przed siebie niemal jak po sznurku, nie zwracając uwagi czy ktoś biegnie za nim. Miał ogromną chęć sprawdzić czy może chociaż jedna osoba z grupy zdołała zrozumieć co się dzieje i ruszyła za nim. Tuż za jego plecami była elfka, więc też teoretycznie ona powinna być najbliżej, później pozostali. Ale czy tak było? Odstawił sprawdzanie tego na później. W najgorszym wypadku jeśli ktoś się wypieprzy i połamie nie będą mieli nikogo, kto im pomoże.

Mimo myśli, które złośliwie zawracały korytarzem w stronę reszty drużyny, Dresz starał się w miarę możliwości skupić kompletnie na dalszej drodze, którą miał do przebiegnięcia, zwracając uwagę właśnie na nią, a w dużym stopniu ignorując wszystko inne. Dopóki nie oddalą się na bezpieczną odległość wszystko co było na ścianach, suficie, czy też innych podobnych miejscach przestawało mieć większą wartość poznawczą, z jednym świecącym wyjątkiem. Zwolni, czy nawet zatrzyma się i sprawdzi kto za nim nadążył dopiero, gdy korytarz będzie pozbawiony obecnych u ścian pochodni. Liczył na to, że zobaczy tam chociaż większość drużyny.

Miał też pewne obawy, że natrafi na kolejne krasnoludy, co mogłoby się skończyć różnie. Musiał wtedy jak najszybciej wykorzystać fakt, że brodacz może być tak zaskoczony obecnością w kanałach biegnącego człowieka, że nie zareaguje. Szybki cios w krtań aby go na krótką chwilę obezwładnić i kolejny w skroń, kark, lub podstawę czaszki zadany rękojeścią noża powinny załatwić sprawę. Ogłuszony krasnolud mógł sobie poleżeć, tracił wartość bojową. Ale to były twarde sukinsyny, jeśli dwa ciosy nie wystarczą będzie musiał spróbować trzeci, może nawet czwarty i piąty. A w ostateczności pchnąć ostrzem w kark upartego wojownika. Wolałby nie zabijać żadnego z nich, według historii, którą słyszeli śmierć dwóch osobników doprowadziła do dostatecznie dużych problemów, a kolejny trup mógłby podpisać na nich wyrok. Nie miał ochoty pogarszać już i tak kiepskich stosunków z tą krępą rasą.

Awatar użytkownika
Szablogrzbiet
Posty: 32
Rejestracja: 11 paź 2012, 02:48
Lokalizacja postaci: Kanały
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2251

14 lip 2014, 09:16

Chociaż był w posiadaniu elfki, a można w pewnym sensie powiedzieć – całej drużyny, ich obecność nużyła go. Tak – zdawałoby się – jak i im, zależało mu na uratowaniu Bentruma. Był jednak świadom, że szansa na pełne uzdrowienie i doprowadzenie go do pełni sił była nikła, bardzo nikła. Potrzeba by było mitycznych czynów, które w zbyt dużym stopniu wymykają się nawet z jego rozumienia, by ciało zassało duszę alchemika. Ciało może i się uzdrowi, jednak to dusza jest kluczem i na niej należało się skupić tak samo, jak na ratowaniu ciała. Drużyna, bądź co bądź, niezbyt rozgarnięta w względach świadomości istoty życia w ogóle nie brała tego pod uwagę. Jego zniewolenie nie pozwalało mu na wiele czynów, a i znów – próba przemówienia im do rozsądku byłaby równa z próbą nauczenia noworodka podstaw matematyki.

Po fiasko – a Szablogrzbiet był profesjonalistą i tego słowa się nie bał – jakie miało miejsce jeszcze w chatce, darował sobie tymczasowo ingerencję w sytuacje drużyny. Jemu nic nie zagrażało, znalazłby dziesiątki rozwiązań jak przeżyć, gdyby nawet wszyscy z drużyny byliby martwi. Uwagę całą poświęcił innym kwestiom i temu był nieobecny cały czas.

Co sprawiało, że przedmioty spadają i leżą martwe? Swego czasu miał styczność z kilkoma poważnymi księgami poświęconemu temu problemowi. Wiedział też, że nieliczni potrafili zaprzeczyć temu odwiecznemu prawidłu za pośrednictwem magii, nie wiedział jednak jak. Czy ważka, czy ptak – gdy przestaną poruszać skrzydłami – spadną. Powietrze nawet było gęstsze na dole, niż w górach. To już było dużą wskazówką, gdyż świadczyło to o tym, iż przestrzeń, którą oddychają istoty, nie jest jednolita, a coś ją tworzy. Coś, co unika widzeniu. Nieważne co czym jest – spada. Piórko i kamień.

Przeprowadzał badania nad ową problematyką, ale zostały one… brutalnie przerwane. Powietrze, porównać można do wody. Tak, jak ryba dzięki niej żyje, tak inne istoty dzięki powietrzu. Te dwie materie były sobie bliskie. Woda nie jest jednolita więc i powietrze nie mogło być czymś niematerialnym, a jednolitym. Z kufla wody, można zabrać kroplę, więc i z powietrza można było zabrać część. I ponownie – może jego założenia było błędne – ale im głębiej (a więc niżej) tym woda silniej napiera na elementy. Kolejną wskazówką było iż dwa elementy w wodzie blisko siebie – przyciągają się i przylegają do siebie. Ale jednak woda podlega prawu spadania, więc to nie jej cecha, iż przedmioty się przyciągają. Stąd spadanie nie mogło być właściwością powietrza. Istniało coś wyżej i od wody i od przestrzeni, co sprawiało tę prostą, a tak ciekawą sytuację.

Woda, jako środowisko widoczne dla oka było wdzięcznym polem do badań. Im większy przedmiot, tym większe jest jego pole, a więc i więcej innych przedmiotów może przyciągnąć i z większej odległości. Ale i tutaj pojawia się pytanie. Bo skoro przedmioty przyciągają się do siebie – jakkolwiek absurdalna i odważna myśl to była – to czemu męża nie przyciąga większy budynek, pomijając zamtuzy. Wchodząc na granicy absurdu i oczyszczając swój umysł z zahamowani, można założyć, że przyciąga. Ale czemu to nie jest odczuwalne? Czemu ani Szablo, ani nikt inny nie odczuwa przyciągania do murów kanałów i innych?

Istnieje coś… co to wszystko sprawia. Pytanie – co. Coś na tyle tajemniczego, a jednocześnie naukowo wytłumaczalnego. Co…?

Awatar użytkownika
Ailea
Posty: 102
Rejestracja: 03 maja 2013, 16:08
Lokalizacja postaci:
GG: 4469192
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2639

14 lip 2014, 23:29

Ailea czuła się najlepiej, gdy miała obok siebie osobę, którą można by obciążyć rolą przywódcy, a przez to – odpowiedzialnością. Elfka bardzo lubiła mieć dużo czasu do namysłu, a takie sytuacje zdawały się ostatnio coraz rzadziej. Tym razem jednak wybór nie był tak oczywisty – Sokolnik pomknął przed siebie jak strzała, zostawiając ich samych w obliczu krasnoludów. W pierwszym odruchu chciała pobiec za nim, lecz natychmiast powstrzymała ją fala tradycyjnych wątpliwości.
W bieganiu była kiepska. Owszem, stres pozwala na przekraczanie granic, ale zawsze do pewnego momentu. W dodatku taszczyła ze sobą całkiem sporą torbę z dobytkiem, którego nie mogła przecież porzucić. I jeszcze ta fikuśna szabelka u boku, na miłość Lorven! Krasnoludy posiekają ich na plasterki, jeśli dopadną uciekinierów!
Nessir przemknął tuż obok niej niczym cień. Krasnoludy! Potulnie jak baranki iść głębiej w to gówno?
Ailea pomknęła w boczny korytarz tuż za Nessirem, starając się nie stracić go z oczu. Gdzieś tam dalej musiał być Sokolnik, musiała zaufać Nessirowi, że ten go nie zgubi. Dopiero gdy poczuła wpijający się w ramię pasek od torby i bijące coraz szybiej serce, zdała sobie sprawę ze swojej kondycji. Nie chciała pozbywać się torby, miała w niej zby wiele cennych rzeczy. Niemniej jednak, jeżeli krasnoludy ruszą za nimi, a ona zostanie w tyle, zrobi wszystko, by zniknąć z oczu pościgowi. Jeżeli pozbycie się cieżaru nie pozwoli jej na ucieczkę, gotowa była nawet skoczyć w losową boczną odnogę. Najlepiej jak najciemniejszą. Opuszczanie towarzyszy było jednak aktem desperacji – Ailea uczyni to dopiero, gdy nie będzie miała wyboru.


// Przepraszam za jakosc posta, ale jestem już po czasie i sama tego czasu nie mam. Jutro przy okazji troche go poprawie.

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 8 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Infi
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Mejb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.